Drugie podejście - Christine Riccio - ebook

Drugie podejście ebook

Christine Riccio

0,0
29,90 zł

lub
Opis

Piękna opowieść o wkraczaniu w dorosłe życie i odwadze, aby wziąć los w swoje ręce!

Ku radości rodziców Shane zaczyna studiować medycynę. Poza nauką jej życie jest wypełnione nudą i samotnością – nie ma przyjaciół ani chłopaka.

Dziewczyna pragnie odczarować swój los i postanawia zrobić Drugie podejście do dorosłego życia. Wyjeżdża do Londynu – tam chce kontynuować naukę i poznać nowych ludzi. Czy w nowym mieście będzie mogła wreszcie rozwinąć skrzydła i zostać tym, kim pragnie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 497




Rodzicom. Kocham Was.

Część I

ROZDZIAŁ 1

Zaryzykuj

Wyjeżdżam za granicę, bo nie mam przyjaciół.

Do tego się to sprowadza. Ludzie potrafią sobie poradzić nawet na najgorszej ścieżce życiowej, o ile mają u boku przynajmniej jednego przyjaciela. Ja go nie miałam, co zmusiło mnie do rozważenia zmiany mojej ścieżki. I teraz w kadłubie ze skrzydłami pokonuję Atlantyk w drodze na zagraniczne studia, zupełnie niezwiązane z moim dotychczasowym kierunkiem.

Moi rodzice nie mają pojęcia o tym braku związku. Gdy tylko o tym pomyślę, trzęsą mi się ręce.

Zaciskam palce na podłokietniku przy oknie. Klamka zapadła, nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Pochylam się, uważając, żeby nie uderzyć głową w oparcie fotela przede mną, i wyciągam z leżącej na podłodze dużej torby na ramię długopis i notes – zazwyczaj pomaga mi pisanie. Przelewanie myśli na papier ma na mnie oczyszczający wpływ. Ostatnio wszystkie notatniki są moimi horkruksami i takie tytuły na nich umieszczam. Horkruksy od pierwszego do ósmego leżą w plastikowym pudełku pod moim łóżkiem w Nowym Jorku.

Nowy notatnik przyjemnie szeleści, gdy otwieram go i przerzucam kartki do pierwszego wpisu.

1 stycznia 2011

Studia, drugie podejście – cele programu zagranicznego:

1. Wymiatać na praktykach, żeby zdobyć pracę na wakacje.

2. Poznać ludzi, z którymi będę lubiła spędzać czas i którzy będą lubili spędzać go ze mną.

Poznam nowych ludzi i się z nimi zaprzyjaźnię. Zrobię to. Będę rozmawiać z obcymi tak, jakbym już ich znała – to w tym kryje się cały sekret. Latami obserwowałam, jak robi to mój brat stryjeczny Leo, i jestem gotowa. Te samotne czasy wymagają ekstremalnie towarzyskich środków.

Pstrykam długopisem i zapisuję kolejne cztery cele.

3. Pocałować chłopaka, który będzie mi się podobał. Przestać blokować sobie pocałunki.

4. Przeżywać przygody w mieście, w którym akurat jestem. Przez dwa i pół roku pobytu w Nowym Jorku nic nie zrobiłam, głupia ja.

5. Może trochę się upić. Nie tak, żeby urwał mi się film, ale żebym się przekonała, jakie to uczucie w kontrolowanym, samoświadomym otoczeniu. W UK mogę już legalnie pić!

6. Zacząć pisać swoją wielką amerykańską powieść. Próba wymyślenia idealnego pierwszego zdania zabrała mi absurdalną ilość czasu. Muszę dać sobie spokój i po prostu pisać.

– Co takiego?

Podskakuję z zaskoczenia i instynktownie zakrywam ręką notatnik. Siedząca obok mnie kobieta – szczupła czterdziestolatka z bujnymi jasnoczerwonymi włosami – patrzy na mnie niecierpliwie.

– Co? – jąkam.

– Jak niby człowiek może blokować samemu sobie pocałunki? – pyta z brytyjskim akcentem, zirytowana.

Oczy wychodzą mi z orbit.

– Ja…

– Ile masz lat? – naciska.

Przez sekundę milczę, po czym mamroczę pod nosem:

– Dwadzieścia.

Lewy kącik ust kobiety unosi się z niedowierzaniem.

– Twierdzisz, że masz dwadzieścia lat i nigdy nikogo nie pocałowałaś?

No oczywiście, że jakaś nieznajoma w samolocie zacznie mnie nękać pytaniami. Znacząco odwracam wzrok, nie mam ochoty ani potwierdzać, ani zaprzeczać. Na ten temat nigdy nie warto rozmawiać. Ludzie nie potrafią sobie z nim poradzić. Robią się protekcjonalni, jakbyś nagle znowu miała dziesięć lat. Ogólny komunikat społeczny: całowanie innych nie sprawia, że stajesz się lepsza od ludzi, których nikt nie pocałował. Siadaj. A blokowanie sobie pocałunków to całkiem rzeczywisty problem. Znam go z autopsji. Kilka razy byłam bliska pocałowania tego czy innego faceta na studenckich imprezach, na które zaciągnęły mnie współlokatorki. Kiedy nadchodził na to czas, odwracałam się, kompletnie przerażona. Wydaje mi się, że dosłownie myślałam: Demon, demon! Zbyt blisko mojej twarzy!

– Jakież to interesujące. Czy mam przez to również rozumieć, że nie masz przyjaciół? – Czerwonowłosa kobieta przywraca mnie do rzeczywistości.

Kręcę głową z niedowierzaniem, zerkam na swoją listę i z powrotem na kobietę.

– Boże drogi – mówię pod nosem.

– Dlaczego nie masz przyjaciół? – Przechyla głowę na bok.

Robię wydech, speszona.

– Mam… mam przyjaciół w domu, po prostu nie na studiach, bo źle do tego podeszłam.

To nie jest kłamstwo. Mam przyjaciół, chociaż niezbyt bliskich. W zasadzie to znajomi Leo, których poznałam w okresie dorastania. Obecnie już z nim nie rozmawiam, więc nie rozmawiam też z jego przyjaciółmi.

Czy Leo w ogóle liczył się jako prawdziwy przyjaciel? Czy bracia stryjeczni liczą się jako przyjaciele?

– Nie wiedziałam, że można źle podejść do studiów. – Kobieta przewraca oczami.

Powstrzymuję prychnięcie i wracam myślami do listy, którą zapisałam w zeszłym miesiącu w horkruksie numer osiem:

JAK ŹLE PODEJŚĆ DO STUDIÓW:

1. Nie zaprzyjaźnić się z nikim poza współlokatorkami w akademiku.

2. Nie brać udziału z zajęciach dodatkowych, które mogłyby mi się spodobać.

3. Nie rozmawiać z ludźmi, z którymi chodzę na zajęcia.

4. Siedzieć w pokoju, oglądając namiętnie każdy serial, jaki tylko znajdę w necie.

5. Wybrać megatrudny kierunek, żeby zadowolić rodziców.

– No więc można – dodaję spokojniejszym tonem. – Jadę do Londynu, żeby to zmienić.

– Londyn zapewni ci przyjaciół? – Zdecydowanie za bardzo ją to bawi.

– Mogę zacząć wszystko od nowa! – rzucam napiętym głosem.

Kobieta unosi brew. Kiwam głową, bardziej do siebie, i znowu odwracam się w stronę okna.

– To realne cele. Wierzę w ciebie – kończy rozmowę.

Jej nieoczekiwane wsparcie ściska mi serce. Wyglądam w noc oczami błyszczącymi od łez. Strach skręca mi wnętrzności, wywołuje niepokój i dyskomfort.

Kiedy na stronie uniwersytetu znalazłam zagraniczny program kursu literatury i kreatywnego pisania w Londynie, moje serce wskoczyło do samolotu i gigantycznymi literami wypisało na niebie „TAK”. Pomysł zostawienia za sobą dotychczasowego życia – biologii, chemii, fizyki, egzaminów wstępnych na studia medyczne, a nawet rodziny – i rozpoczęcia wszystkiego od zera wydał mi się właśnie tym, czego potrzebowałam.

Przez ostatni tydzień tylko to utrzymywało mnie przy życiu. W niedzielę byliśmy na Florydzie i tuż po kościele (cytując mojego ojca: „To, że jesteśmy na wakacjach, nie oznacza jeszcze, że możemy darować sobie mszę, w końcu jesteśmy przykładnymi katolikami”) tata przyłapał mnie na czytaniu w zatoczce z dala od hałaśliwej rodziny. Ku mojemu przerażeniu wyrwał mi książkę z rąk. „Co ty wyprawiasz? Właź do wody! Porozmawiaj z nami! Spędź trochę czasu z kuzynami!”

Natychmiast pobiegłam do basenu, w którym siedzieli moi kuzyni. Mam ich dziesięcioro, są to chłopcy w wieku od jedenastu do dziewiętnastu lat. Siadając na krawędzi basenu, wiedziałam, że z ich strony czeka mnie tylko słowna przemoc.

Może „słowna przemoc” to zbyt mocny termin. Po prostu dobrowolnie stanę się przedmiotem ich żartów.

Nie zawsze tak było, zwłaszcza z najstarszym, czyli Leo. Ale teraz jest właśnie tak. Zaczynają rozmawiać o piciu i nagle rzucają: „Shane, czy ty kiedykolwiek chodzisz na imprezy? Po chuja przyjeżdżasz do domu na co drugi weekend?”. Wybuchają gromkim śmiechem. „Jesteś antyspołeczna!” Zaczynają rozmawiać o dziewczynach i nagle rzucają: „Shane, czy ty w ogóle rozmawiasz z kimkolwiek oprócz rodziców? Dlaczego nigdy nie masz chłopaka?”. Czasami próbuję śmiać się razem z nimi. Przewracam oczami, piekę raka, zaciskam usta. Ale się nie odzywam, bo mają przewagę liczebną. Naprawdę świetna zabawa.

Zamykam swój nowy notes. Przez chwilę podziwiam artystyczne bazgroły, które stworzyłam na okładce, czekając na samolot: Do zobaczenia w innym życiu. W końcu odkładam horkruksa do torby i wtykam do uszu słuchawki, do tej pory zwisające mi z szyi. Włączam na ipodzie Beatlesów. Rodzice słuchają ich, odkąd sięgam pamięcią, więc ta muzyka automatycznie mnie uspokaja. Zostały jeszcze cztery godziny. Cztery godziny do nowych wrażeń. Nowych zajęć. Nowego otoczenia. Nowego kraju. Spróbuj się przespać, Shane.

ROZDZIAŁ 2

Wprowadź zmiany

Nie udało mi się zasnąć, ale udało mi się znaleźć postój taksówek przed lotniskiem. Chociaż tyle. Jedziemy złą stroną ulicy do mojego nowego domu o nazwie Karlston, a ja wyglądam na migający za oknem Londyn.

Zgodnie z broszurą Studia za granicą, którą przeczytałam w Stanach z pięćset razy, po opuszczeniu samolotu powinnam odebrać bagaż i jednocześnie znaleźć koleżankę uczestniczącą w tym samym programie, żeby pojechać z nią do Karlstona jedną taksówką. Niestety na polecenie znalezienia koleżanki reaguję alergicznie. Moje próby spełzały na niczym setki razy. Przy podajniku bagaży specjalnie stanęłam obok wyglądającej na studentkę dziewczyny w niebieskiej kurtce marynarskiej, po czym przez następne pięć minut walczyłam z brakiem wiary w siebie i zastanawiałam się, co mam jej powiedzieć. Na przykład: „Cześć! Jedziesz do Karlstona?” albo „Cześć! Jadę do Karlstona”, albo „Cześć! Ty i ja – Karlston?”. Ale zanim zebrałam się na odwagę, żeby otworzyć usta, nieznajoma zauważyła swoją walizkę. Patrzyłam, jak śledzi ją wzrokiem, i nie odezwałam się, gdy ją ściągnęła i odeszła.

Jadę więc taksówką bez towarzystwa i nie mam z kim podzielić się opłatą wynoszącą pięćdziesiąt funtów. Zaliczę to na poczet próby generalnej bycia bardziej otwartą. Kiedy już dotrę do Karlstona, będę rozmawiać z obcymi. Będę zagajać rozmowę.

Na razie mijamy sklepy, których nazw nigdy nie słyszałam. Są inne. Wszystko jest już tak odmienne, że dotkliwie odczuwam odległość dzielącą mnie od domu. Ponad pięć i pół tysiąca kilometrów między mną i wszystkimi, których znam.

Wczoraj rodzice z poważnymi minami obserwowali, jak kieruję się do kontroli bezpieczeństwa na lotnisku. Miałam przez to wrażenie, jakbym jechała na wojnę czy coś.

Odruchowo sięgam do torby po komórkę, żeby sprawdzić wiadomości. Nie działa. Wrzucam ją z powrotem. Wiedziałam już wcześniej, że w Anglii będzie tylko bezużyteczną cegłą. Mój LG voyager jest za stary, żeby umożliwić mi prowadzenie rozmów międzynarodowych. Broszura Studia za granicą radzi zakup plastikowej tanizny, jaką w telewizji widzi się u uchodźców.

* * *

Taksówka zatrzymuje się na ulicy między ładnymi budynkami, białymi i z kolumnami, wyglądającymi bardzo wytwornie. Luksusowo. Wciągam bagaż po czterech stopniach prowadzących do tego z napisem „The Karlston”.

Wewnątrz widzę staroświecki hol z bordową wykładziną, po lewej typowy zaokrąglony kontuar, a po prawej stolik, za którym siedzą dwie osoby: trzydziestoletnia blondynka o jasnej karnacji i łysiejący czarnoskóry pięćdziesięciolatek. Przedstawiają się jako kierownicy londyńskiego programu: William i Agatha. Ta ostatnia podaje mi klucze do mieszkania. Numer trzy, pokój C. William kieruje mnie do drzwi po lewej stronie, za kontuarem, więc człapię tam z walizkami.

Otwieram wskazane drzwi i odkrywam za nimi schody. Schody! To drzwi do piwnicy. Stoję u szczytu wyłożonych wykładziną stopni wiodących w dół. Mam mieszkać w piwnicy? Wzdycham ciężko.

Może być. Uda ci się. Drugie podejście do studiów. Nie zawal.

Mam ze sobą torbę na ramię, walizkę podręczną i drugą, gigantyczną czarną. Poprawiam torbę na ramieniu, małą walizkę przesuwam przed siebie, a dużą chcę ciągnąć za sobą.

Robię jeden krok w dół, nagle czuję szarpnięcie i lecę do przodu.

– Kuźwa! – Poświęcam małą walizkę, łapię poręcz i na szczęście udaje mi się utrzymać w miejscu, a walizka stacza się z łomotem po jakichś dwudziestu stopniach. Po chwili odpycham się do pionu od drewnianego uchwytu.

Odwracam się i widzę, że moja gruba kurtka zimowa zahaczyła o poręcz u szczytu schodów. Świetny sposób, żeby się o mało nie zabić jeszcze przed dotarciem do pokoju. W głowie rozbrzmiewa mi głos Leo: „Potrafisz zrobić chociaż jedną rzecz, nie powodując zamieszania?”.

Uwalniam się zirytowana i powoli schodzę na dół z resztą bagaży. Obchodzę walizkę szerokim łukiem i rozglądam się po odnogach korytarza. Są trzy: na prawo, na lewo i za mną, równolegle do schodów.

– Nic ci nie jest? – słyszę z góry. Obracam się i widzę dziewczynę o pełnych kształtach, ciemnej skórze i pogodnym spojrzeniu piwnych oczu, ubraną w kurtkę marynarską w śmiałym odcieniu zieleni.

Dlaczego wszyscy mają modne kurtki? Czy teraz chodzi się tylko w marynarskich? Na ciemnych włosach do ramion, podkręconych na końcach jak w latach sześćdziesiątych, nieznajoma ma biały beret. Wygląda bardzo elegancko i wyrafinowanie, zupełnie nie tak, jakby właśnie wysiadła z samolotu.

Brak snu daje mi się we znaki i przez chwilę mam trudności z udzieleniem odpowiedzi.

– Yy, nieee, wszystko okej.

Dziewczyna w berecie rusza na dół ze swoją ogromną czerwoną walizką.

– Tylko się potknęłam… I moja walizka podręczna spadła ze schodów… – mamroczę. Mów wyraźnie.

– Myślałam, że to ty spadłaś. Hałas był nieziemski!

Czuję, jak płoną mi policzki. Odchrząkuję.

– Spoko… ee, nic mi nie jest. Nie ma się czym przejmować! – Podnoszę walizkę z podłogi i ruszam korytarzem równoległym do schodów.

– Dokąd idziesz? – pyta, schodząc z ostatniego stopnia. Znowu się obracam.

– Pod trójkę, pokój C. Zgaduję, że to tam, ale tak naprawdę nie mam pojęcia.

– O Boże, poważnie? Ja też! – Posyła mi szeroki uśmiech. Odwzajemniam go.

Na końcu korytarza widzimy dwoje drewnianych drzwi: 3B po lewej i 3C po prawej.

Przekręcam klucz w zamku tych 3C. Popycham je niezbyt mocno, a one otwierają się i uderzają lekko w ścianę. Przebiegam pokój wzrokiem. Stoimy przy długiej ścianie prostokątnego pokoju z szarą wykładziną. Trzy ściany nie mają okien, pod dwiema z nich stoją piętrowe łóżka. Jedno dokładnie na wprost wejścia, w którym stoję, a drugie na lewo. Tam gdzie znalazło się miejsce, pod ścianami upchnięto cztery jasnobrązowe szafy. Na trzeciej ścianie znajdują się drzwi do łazienki i duże lustro. Czwarta ściana to okno. No dobra, nie jest cała przeszklona. Jakieś czterdzieści procent to mur, a sześćdziesiąt to ogromne okno, w tej chwili zasłonięte żaluzjami. Pod nim stoi stół. Wciągamy swoje bagaże i pozwalamy, żeby drzwi zamknęły się za nami z cichym kliknięciem.

– Cudownie! – Dziewczyna w berecie porzuca bagaż przy drzwiach i mija mnie w drodze do jednego z łóżek. – Na tym jest moje imię! – Pokazuje mi niebieski folder, który ściągnęła z dolnego materaca.

Zostawiam swoje rzeczy pod ścianą i patrzę na folder leżący na drugim dolnym materacu. Nie dla mnie. Wskakuję na drabinkę, żeby spojrzeć na folder leżący na górze, ale nic tam nie znajduję. Muszę spać nad dziewczyną w berecie. Przedstaw się i zapytaj ją o imię, Shane.

Obracam się na drabince i w końcu się odzywam:

– Hej, tak w ogóle to jestem Shane!

Podnosi na mnie wzrok spod łóżka, gdzie przekłada już swoje rzeczy do dwóch wielkich szuflad.

– A ja Babe!

– Tak jak ta świnka z filmu o gadających zwierzętach?

Babe nadal się uśmiecha.

– Uwielbiam tę świnkę.

Zeskakuję z drugiego łóżka i wspinam się na górny materac pierwszego. Leżący tu niebieski folder podpisano „Shane Primaveri”. Łóżko jest już pościelone, leży na nim gładka czarna kołdra. Wygląda kusząco. Szkoda, że jest dopiero jedenasta.

Zeskakuję z drabinki. Chyba powinnam się rozpakować. Podnoszę z podłogi torbę, wyciągam z niej laptop i stawiam go na stole pod oknem.

– Babe? – pytam niepewnie. Słyszę szum procesora, gdy włączam swój macbook.

– Co? – Spogląda na mnie znad walizki.

– Miałabyś coś przeciwko, gdybym puściła w tle muzykę, gdy będę się rozpakowywać? Beatlesów albo coś?

– Rany Julek, uwielbiam Beatlesów. Tak, włączaj! – ekscytuje się Babe, klaszcząc dłońmi o uda dla pokreślenia swoich słów.

– Genialnie! – Odwracam się do komputera i odpalam iTunes. Rozlega się A Hard Day’s Night. Zamykam na chwilę oczy. Jestem w Anglii! Odwracam się i tanecznym krokiem podchodzę do walizki.

* * *

Kończę układanie rzeczy w szafie. W międzyczasie przybyła moja druga współlokatorka, która okazała się onieśmielająco wysoka. Sądzimy, że czwartej osoby nie będzie, bo na ostatnim materacu nie ma niebieskiego folderu. Będziemy trzymać na nim walizki. Babe już się rozpakowała. Leży na łóżku z laptopem na kolanach. Na ścianie przy jej materacu wiszą teraz zdjęcia i wycinki dotyczące Myszki Miki oraz fraza „Najszczęśliwsze miejsce na ziemi” wypisana ozdobną czcionką Disneya.

Druga współlokatorka, Sahra – wymawiane „sejra” – nadal się rozpakowuje. Ma duże ciemne oczy i opaloną skórę. Za każdym razem kiedy się odwraca, żeby spojrzeć na mnie i na Babe, jej proste ciemnobrązowe włosy do ramion tańczą wokół twarzy jak w reklamie szamponu. Już trochę zazdroszczę jej tego luzu. Ma na sobie modne botki na obcasie, szare dopasowane jeansy i szykowny kremowy sweter oversize.

Sahra jest na programie przygotowującym do studiów prawniczych i ma nadzieję, że przed snem pogada na Skypie z chłopakiem. Zdążyła już przypiąć do swojej ściany zdjęcie ich dwojga. Gdy wszystkie się już sobie przedstawiłyśmy i chwilę porozmawiałyśmy, zapadła między nami swobodna cisza, w której przekładałyśmy swój dobytek z walizek.

Wieszam ostatni sweter w przepełnionej szafie i ją zamykam. Do spotkania informacyjnego, na którym mamy zjawić się na górze o wpół do pierwszej, zostało jakieś trzydzieści minut. Przebieram się w białą koszulę i czarne jeansy, przechodzę przez mgiełkę rozpylonych perfum, myję zęby, poprawiam kręcone blond włosy i odświeżam makijaż, który – według czasu Wschodniego Wybrzeża – zrobiłam wczoraj rano. Jestem zbyt zmęczona, żeby policzyć, ile godzin faktycznie minęło. Wyciągam z kosmetyczki bransoletkę z czarnej gumy, którą dostałam na Gwiazdkę, i wciągam ją na nadgarstek. Od świąt nosiłam ją non stop i w samolocie czułam się bez niej tak jakby trochę naga. Jest czarna i ma jaskrawozielone liczby (4, 8, 15, 16, 23, 42). To z Zagubionych. A Zagubieni to najlepszy serial telewizyjny wszech czasów. Noszenie jego fizycznej części na ręce wzbudza we mnie dziwny dreszcz podniecenia. Chcę, żeby ludzie mnie o nią pytali, a wtedy bez ostrzeżenia zacznę zarażać ich swoją miłością. Zdjęłam ją na czas lotu, bo wydawała mi się złym omenem – w końcu cała akcja serialu obraca się wokół katastrofy lotniczej.

Po raz ostatni staję przed lustrem, żeby sprawdzić, jak wyglądam. Oczy, które czasami są niebieskie, dzisiaj błyszczą zimną szarością, a włosy spływają puszystą masą do połowy pleców. Gdy się rozpakowywałam, moja cera miała wampirzy odcień szarości, ale cienka warstwa bronzera przywróciła mi ludzki wygląd.

Mój laptop (nazywam go Sawyer) nadal stoi na stole i odtwarza muzykę. Ogromne okno jest szczelnie zasłonięte żaluzjami. Przechodzę przez pokój i odwracam się w stronę Sahry, jednocześnie owijając palce wokół cienkiego drążka do regulacji żaluzji. Współlokatorka wpycha do szafy czarną sukienkę, chyba już pięćsetną. Rozmawiaj z nimi tak, jakbyście się już przyjaźniły.

Odzywam się trochę głośniej, niż to konieczne, żeby mieć pewność, że obie mnie usłyszą:

– Dziewczyny, zastanawiam się, jaki widok mamy z piwnicy. O co w ogóle chodzi z tym oknem?

Babe wychyla się ze swojego łóżka i się do mnie uśmiecha.

– No nie? Pewnie ma dawać złudzenie, że nie mieszkamy w lochu.

Sahra zamyka szafę i opada na swoje łóżko.

– Otwórz je – żąda z powściągliwym uśmiechem.

– Okej. – Przekręcam plastikowy patyczek. Żaluzje odsłaniają widok na podwórze. Chociaż „podwórze” to słowo zdecydowanie na wyrost. Z ust wyrywa mi się śmiech.

– Ha! – Sahra przez chwilę uśmiecha się szeroko, a potem uruchamia własny laptop.

Za oknem jest jakieś trzysta metrów betonowego chodnika, a za nim kolejna ściana z ogromnym oknem, idealnie ukazującym jakąś kuchnię. Może naszą. W tym mieszkaniu mamy mieć wspólną dla mieszkańców wszystkich pokoi kuchnię, której okno najwyraźniej wychodzi prosto na naszą sypialnię.

Mamy jednak żaluzje zapewniające prywatność, więc to chyba nawet fajnie. Możemy szpiegować każdego, kto wejdzie do kuchni. Co za dziwaczne rozwiązanie architektoniczne. Kto wstawia w mur piwnicy wielgachne okno z widokiem na wspólną kuchnię…

Chłopak.

W kuchni jest jakiś chłopak. Stoi tuż przy oknie zwrócony w moją stronę. Jakim cudem nie zauważyłam go od razu? Myje naczynia dużą i grubą żółtą gąbką. Tuż pod oknem musi być zlew.

Nieźle wygląda. Atrakcyjny chłopak myjący naczynia. Czy na świecie istnieje coś bardziej pociągającego? Gapię się na niego, a po kilku chwilach on podnosi wzrok. Nawiązujemy kontakt wzrokowy przez dwa okna oraz trzysta metrów betonu i ten chłopak się do mnie uśmiecha. Wybucham.

Nie dosłownie. Ale pewnie znasz to uczucie, gdy przeszywa cię dreszcz, bo patrzysz na kogoś fajnego i nagle ten ktoś zauważa cię i dostrzega w tobie człowieka, z którym mógłby potencjalnie wejść w związek, więc nagle każda komórka twojego ciała dygocze z podekscytowania.

Nic nie mogę na to poradzić. Mój umysł natychmiast przeskakuje do:

CEL 3. Pocałować chłopaka, który ci się podoba.

Odwzajemniam uśmiech, a potem odwracam wzrok, żeby nie wyjść na dziwaczny posąg, który się na niego gapi. Jak mam go poznać? Instynkt podpowiada mi, że powinnam usiąść do laptopa z nadzieją, że wpadnę na nieznajomego później.

Zerkam na niego ukradkiem. Na czarnej skórzanej kanapie po drugiej stronie pomieszczenia siedzi jeszcze jeden, ciemnowłosy chłopak, którego nie widzę za dobrze.

Może mogłabym udać, że idę zobaczyć kuchnię? Ale nie chcę iść tam sama. Mogę zapomnieć języka w gębie, a wtedy przyda się ktoś, kto wypełni pustkę. Chyba mam kołatanie serca. Znowu odwracam się do Sahry i Babe, nieudolnie próbując zgrywać luz.

– Dziewczyny, może chcecie obczaić kuchnię? – pytam szybko.

* * *

Ostatni raz podbijałam do chłopaka w ósmej klasie. To właśnie wtedy między mną i kuzynostwem otworzyła się przepaść. Wcześniej się kumplowaliśmy, zwłaszcza z Leo, bo jesteśmy w podobnym wieku, a jego rodzina mieszka na tej samej ulicy. Kiedyś Leo przychodził do nas i chował się w moim pokoju za każdym razem, gdy wkurzył czymś stryjka Dana (czyli często).

Kiedy miałam trzynaście lat, zebrałam się na odwagę i wysłałam wiadomość do Louisa Watsona. I zaczęliśmy do siebie pisać w którąś niedzielę podczas cotygodniowego grilla Primaverich. Siedziałam w domu przy komputerze stryjka Dana, a reszta licznej rodziny była na zewnątrz w basenie. W pewnym momencie do środka zawędrował dwunastoletni Leo, zobaczył mnie i oznajmił wszystkim, że kocham się w Louisie Watsonie. Drwili sobie ze mnie przez resztę wieczoru. Najpierw Leo, potem reszta chłopców, później stryjkowie, a w końcu tata. Gdy spotkanie dobiegło końca, byłam rozpaloną i mokrą od potu kupką zażenowania. Już nigdy więcej nie odezwałam się do Louisa. Dzisiaj nie ma przy mnie nikogo z rodziny. Pogadam z tym fajnym chłopakiem.

W wyprawie do kuchni towarzyszy mi Babe. Kierujemy się razem z powrotem ku schodom, a za nimi skręcamy w lewo. Bądź otwarta, bądź towarzyska, cokolwiek zrobisz, bądź kontaktowa.

Zatrzymujemy się przy drzwiach do kuchni. Obok nich znajduje się klawiatura numeryczna. Najwyraźniej do wejścia potrzebny jest kod.

– Mówili nam coś o kodzie? – pytam Babe.

– Może jest w tych niebieskich folderach, które zostawili nam na łóżkach? – sugeruje.

Na szczęście po obu stronach drzwi są wąskie pionowe okna, przez które widzą nas chłopacy. Otwiera nam ten z kanapy. Jest wysokim Azjatą o krótkich włosach i ciepłych brązowych oczach.

– Cześć! – wykrzykuje, szczerząc się jak głupi do sera. Jest tyczkowaty, ma na sobie czarną koszulę oversize i luźne jeansy. – Witajcie w kuchni! Jestem Atticus.

– Cześć – odpowiadamy chórem.

– Jestem Babe – ciągnie moja współlokatorka.

– A ja Shane – dodaję.

Chłopak, który uśmiechnął się do mnie przez okno, teraz stoi zwrócony w naszą stronę, nadal przy zlewie, opierając się o blat i trzymając ścierkę. Napotyka moje spojrzenie i znowu się uśmiecha. Nie szeroko, odsłaniając zęby, ale półgębkiem, luzacko. Ma na sobie koszulę w kratę i jeansy. Jego jasnobrązowe włosy są niedbale zmierzwione. Ma jasną cerę (chociaż daleko mu do mojej trupiej bladości), zaróżowioną, jakby niedawno przypiekł się na słońcu. Jest wyluzowany, opiera się tak i wygląda… na wyluzowanego. Co ja wyprawiam? Stoję niezdarnie pośrodku pomieszczenia obok Babe. Odruchowo biorę się ręką pod bok, a potem ją opuszczam, bo mam wrażenie, że to wymuszona poza. Następnie znowu kładę ją na biodrze. A później znowu opuszczam. Jezu Chryste.

– Cześć, jestem Pilot – mówi chłopak.

Bądź towarzyska.

– Pilot? Jak pilot? – Słowa wypadają ze mnie, zanim mam okazję się nad nimi zastanowić.

Co?

– No chyba… – Wygląda na trochę zdezorientowanego.

– Jak pierwszy odcinek serialu! – ciągnę. Przestań paplać.

– Tak, dokładnie tak! – Atticus śmieje się pod nosem i opada na kanapę.

Niemal wyrywa mi się: „Pilot z Zagubionych był super!”, ale zanim mi się to udaje, Pilot stwierdza:

– Taa, moi rodzice naprawdę uwielbiają oglądać telewizję.

– Co? – rzuca Babe z niedowierzaniem, a ja w tym samym czasie mamroczę:

– Ojej, ja też uwielbiam oglądać telewizję!

Atticus i Pilot wybuchają śmiechem.

O nie, to był żart. Policzki mi płoną, więc spuszczam głowę. Podczas rozmów z atrakcyjnymi chłopakami mam tendencję do paplania bez sensu i zbyt wolnego myślenia.

Chichoczę pod nosem, wlepiając wzrok w płytki pod stopami Pilota, i czuję, jak zażenowanie powoli mnie opuszcza. Po chwili otwierają się za nami drzwi i do kuchni zagląda Agatha.

– Hej, mieszkańcy trójki, robię obchód. Zaraz zacznie się spotkanie informacyjne. Byłoby super, gdybyście poszli na górę.

ROZDZIAŁ 3

Oddychaj, po prostu oddychaj

Nie śpię od trzydziestu godzin. Spotkanie skończyło się dwadzieścia trzy minuty temu. Zostaliśmy zabrani na zewnątrz i podzieleni na grupy przez czworo ponaddwudziestoletnich opiekunów mieszkańców. Oddzielili mnie od wszystkich, których zdążyłam poznać. Załamana obserwowałam, jak Pilot, Atticus, Babe i Sahra odchodzą w przeciwnym kierunku z innym przewodnikiem. Wiem, że to było tylko głupie spotkanie informacyjne, ale wtedy wydawało mi się ważne.

Opiekunowie oprowadzili nas po miasteczku akademickim, pokazali, gdzie jest pralnia (już zapomniałam), kino (nazywa się Odeon) i zaprowadzili do punktu Orange UK.

Moja nowa komórka to małe szare plastikowe pudełko rodem z dwa tysiące trzeciego roku. Ma prawdziwe przyciski, ale jest bez klapki, która by je chroniła. Kiedy ją uruchomiłam, jako tło ustawione było stockowe zdjęcie skalniaka. Nie miałam wielkiego wyboru, ale zmieniłam je na zbliżenie tygrysiego pyska. Zdjęcie łba tygrysa promieniuje większą odwagą niż zdjęcie skalniaka. Wracając do akademika, zatrzymaliśmy się w kawiarni, w której wygłodniała zamówiłam quesadillas. Uwaga na przyszłość: nigdy więcej nie zamawiać tutaj meksykańskich potraw. Anglicy nie potrafią ich przyrządzać. Znowu jestem głodna. Opiekun wspomniał, że niedaleko jest sklep, ale szczegóły zdążyły wylecieć mi z głowy. Nie powinno się ode mnie oczekiwać, że zapamiętam tak skomplikowane rzeczy jak droga do sklepu, gdy od tylu godzin nie spałam.

Znam już kod do kuchni (rzeczywiście był w dokumentach dostarczonych w niebieskim folderze) i siedzę w niej z Sawyerem na stole. Chcę opisać swoje doświadczenia z Anglii, więc zaczęłam pracować nad postem z pierwszych kilku godzin pobytu tutaj. W horkruksach umieszczam bardziej osobiste przemyślenia, a na lepiej opracowane teksty, takie jak skończone opowiadania, mam bloga. Na czas pobytu chcę zmienić jego tematykę na studia zagraniczne i przedstawiać swoje przygody w formie krótkich opowiadań.

Słowa przelewają się ze mnie w przestrzeń cyfrową i w końcu w moim dokumencie roi się od przemyśleń, które nachodziły mnie przez cały dzień w związku z podróżą. Z głośników płynie cicho Lucy in the Sky with Diamonds, a palce nadal tańczą po klawiaturze, kiedy słyszę, że otwierają się za mną drzwi. Prostuję się, przewidując konieczność poprowadzenia rozmowy. Uda ci się.

Odwracam się i już mam powiedzieć „cześć”, kiedy widzę Pilota. Rozglądam się nerwowo, gdy zamykają się za nim drzwi. Nie milcz.

– Hej – wyduszam z siebie.

– Hej. Shane, tak? – Napotyka moje spojrzenie.

Kiwam głową, a on obchodzi stół i siada na wprost mnie.

– Pilot? – mówię.

– Jak pierwszy odcinek serialu – rzuca swobodnie.

Zasłaniam twarz ręką.

Chłopak śmieje się pod nosem.

– Nad czym pracujesz?

Zerkam na laptop, a później znowu na jego oczy. Są zielone. Jak oliwki.

– Tak sobie tylko piszę, to nic specjalnego. Lubię pisać opowiadania i takie tam.

Szczerzy zęby w uśmiechu.

– Nieźle zasuwałaś, gdy wchodziłem.

Wydaję z siebie coś pomiędzy śmiechem a chrząknięciem.

– To tylko bezładny opis moich pierwszych czternastu godzin w Anglii.

– Pisanie to coś, czym, no, chciałabyś się zajmować? Być pisarką czy coś? – Obrzuca mnie zaciekawionym spojrzeniem.

Opadam trochę niżej na siedzeniu i zaczynam się bawić włosami.

– Yyy, tak, uwielbiam czytać i pisać, i w ogóle, więc byłoby super.

– Świetnie. Mógłbym kiedyś przeczytać jakiś twój tekst?

Mrugam z zaskoczenia. O co biega? Wymieniliśmy dwa słowa i on już chce przeczytać mój tekst? Przez chwilę wpatruję się w ekran komputera, bo nie wytrzymuję przedłużającego się kontaktu wzrokowego. Czy on ze mną flirtuje? Wygląda i brzmi na szczerze zainteresowanego. Muszę skończyć z tymi wewnętrznymi zmaganiami, bo przecież on może przeczytać wszystko, co napisałam.

Znowu przenoszę na niego spojrzenie i zaczynam się uśmiechać.

– Yyy, taaa, jasne. Czasami wrzucam coś na bloga. – Przerywam, ale próbuję utrzymać kontakt wzrokowy. – A ty piszesz?

Uśmiecha się.

– No.

– Naprawdę? – Otwieram usta z zaskoczenia.

– Tyle że muzykę.

On pisze muzykę.

– O, ja cię, to super! To grasz na jakimś instrumencie?

– Taa, na gitarze. Mam zamiar skończyć tutaj pracę nad płytą. – Wystukuje dłońmi szybki rytm na stole.

Odsuwam Sawyera trochę na bok.

– Ooo, a co to za rodzaj muzyki? – dopytuję.

– No wiesz… taki akustyczny jazz.

– Super! I tym chcesz się zajmować? – Znowu się uśmiecham, próbując sobie wyobrazić, jak coś takiego może brzmieć.

Opuszcza spojrzenie na stół.

– Ech, to raczej hobby, chociaż naprawdę chciałbym robić coś związanego z muzyką. Studiuję finanse, tu przyjechałem na program biznesowy.

– Och, cóż… Chciałabym kiedyś posłuchać twojej muzyki – stwierdzam zbyt wysokim głosem. Pilot posyła mi skromny uśmiech.

Toczymy rozmowę!

– Powinniśmy zrobić coś wieczorem całą paczką – sugeruje, stukając dłonią o blat. Unosi kącik ust. – Działania integrujące mieszkańców spod trójki czy coś. Może kupić piwo i razem posiedzieć.

Unoszę wysoko brwi.

– Właśnie, tu już możemy! Chętnie bym poszła do sklepu i kupiła też jakieś jedzenie. Wiem, że jedliśmy na spotkaniu informacyjnym, ale już padam z głodu.

– Chcesz iść teraz? – pyta.

Czuję w żyłach niespokojne motyle.

– Yyy, nie wiem, gdzie jest sklep czy coś takiego – jąkam.

– Wspominał o nim facet, który oprowadzał moją grupę, więc mniej więcej wiem, dokąd iść. Dobrze orientuję się w terenie.

– Yyy, no to… okej.

– Pójdę po kurtkę. Spotkamy się przy schodach za jakąś minutę?

Przez chwilę gapię się na niego z niedowierzaniem. Co, do diaska? Jestem tu może od czterech godzin. Pomysł wydaje mi się cudownie na rękę.

– Cool – wyduszam z siebie. Wychodzę w ślad za nim z kuchni i idę… do swojego pokoju. Pilot w ostatnim momencie skręca w lewo, do drzwi na wprost moich. – Hej – rzucam głośno. – Jesteśmy sąsiadami!

Ogląda się na mnie przez ramię, wybucha śmiechem i znika w swoim pokoju.

– No coś takiego – rozlega się jego głos parodiujący południowy akcent, gdy wpadam do siebie po kurtkę.

ROZDZIAŁ 4

Chyba mi się tu spodoba

Idziemy razem chodnikiem po Londynie. Pilot i ja. Ja i Pilot. Fajny chłopak, który jest dla mnie miły. Z którym odbyłam rozmowę. Moje serce tańczy. Oraz zastanawia się, czy to randka.

Nie, to nie randka, ale… coś.

Słońce wisi nisko na niebie, a ulice są pełne spieszących dokądś ludzi. Co kilka minut ze świstem mijają nas czerwone piętrowe autobusy. Nie mogę powstrzymać idiotycznego wyszczerzu, który pojawia się na moich ustach za każdym razem, gdy rozglądam się w zdumieniu jak ktoś, kto po raz pierwszy wyszedł na zewnątrz. Kiedy próbuję rozluźnić twarz w jakimś naturalniejszym wyrazie, uśmiech sam na nią wraca.

– Są tu te czerwone piętrusy, które widuje się w filmach! – Mój głos wprost ocieka zachwytem. – To takie surrealistyczne. Nigdy nie byłam za granicą, a teraz po prostu tu jestem.

Zerkam na Pilota, potem patrzę przed siebie, znowu na niego, znowu przed siebie. Jak często powinnam na niego patrzeć? Czy to spoglądanie na niego będzie dziwne czy niespoglądanie? Znowu na niego zerkam. Uśmiecha się bardziej subtelnie. Oczy błyszczą mu tak, jakby również ekscytował się Londynem, ale tłumił to pod warstwą opanowania.

Truchtamy w ciszy wzdłuż Kings Gate w domniemanym kierunku sklepu. Pilot trzyma ręce w kieszeniach. Mijamy jeden ładny biały dom z kolumnami za drugim, aż w końcu zatrzymujemy się na ruchliwym skrzyżowaniu.

– Myślisz, że to tu mamy skręcić? – pytam.

Rozglądam się za wysokimi słupkami z zielonymi tabliczkami podającymi nazwy ulic, które wszyscy znamy i kochamy w Stanach – i nie widzę ani jednego. Już tęsknię za GPS-em w telefonie.

– Wydaje mi się… – Pilot mruży oczy, patrząc na drugą stronę ulicy. – Że musimy iść na wprost do następnego skrzyżowania.

Odwracam się i obrzucam go nieufnym spojrzeniem.

– Brzmisz tak, jakbyś miał tylko jakieś sześćdziesiąt dwa procent pewności.

Unosi dłoń, żeby pogładzić się po brodzie, i rozgląda się teatralnie na prawo i lewo.

– Powiedziałbym raczej, że jestem tego pewny w trzydziestu siedmiu procentach.

– Gdzie są znaki? – Kręcę głową na wszystkie strony. Nie ma żadnych słupków. To całkiem zbija mnie z tropu.

Broszura Studia za granicą rozwodziła się nad pewnym fenomenem o nazwie „szok kulturowy”. Podczas lektury go wyśmiałam, bo dajcie spokój, co za idiotyzm. Ale, cholera, chyba go właśnie przeżywam.

– No dobra, mam już czterdzieści trzy procent pewności, że musimy iść prosto jeszcze do następnego skrzyżowania – stwierdza Pilot.

Spoglądam w lewo i robię kilka kroków, wychodząc na jezdnię.

– Shane! – Pilot łapie mnie za ramię i ciągnie do tyłu akurat w chwili, gdy niecałe pół metra przede mną przejeżdża samochód.

Robię tak głęboki wdech, że zasysam chyba całe powietrze w promieniu trzystu metrów, i czuję przypływ adrenaliny. Pilot puszcza moje ramię, gdy odwracam się ku niemu śmiertelnie przerażona.

– Jasna cholera, zapomniałam, że samochody tutaj nadjeżdżają z drugiej strony. Jezu Chryste! – Zakrywam twarz dłońmi.

Jestem tu zaledwie od czterech godzin, a już niemal wpadłam pod samochód i zabiłam się na schodach.

– Nie przejmuj się. Sam tak kilka razy o mało wczoraj nie zginąłem. – Pilot zaczyna przechodzić przez ulicę, więc w milczeniu za nim podążam. – No ale nie zginąłem, bo pamiętałem, żeby przed wejściem na jezdnię rozejrzeć się w obie strony. – Odwraca się po wejściu na chodnik i uśmiecha złośliwie.

Posyłam mu zdumiony uśmiech.

– Zamknij się! – wybucham i odruchowo walę go w ramię. Ułamek sekundy później patrzę w osłupieniu na własną rękę. – O Boże, przepraszam. Nie chciałam cię uderzyć. Czasami mam nawyk bicia ludzi…

Przerywa mi śmiechem.

– Masz nawyk bicia ludzi?

– Nie. – Mój głos robi się znacznie wyższy. – No, nie biję ludzi. Matko.

– Aha.

– Oj no, czasami lekko kogoś trzepnę.

Mruży oczy.

– Czy to poważny problem? Chodzisz na jakieś spotkania albo coś?

– Nie! – Z trudem powstrzymuję śmiech.

– Aha. – Nadal uśmiecha się złośliwie.

– Dlaczego się tak złośliwie uśmiechasz? – protestuję.

Nie przestaje.

– Przestań – piszczę. Zanim dociera do mnie, co robię, znowu dzielę go w ramię. Matko przenajświętsza. Wyjąkuję przeprosiny.

A on uśmiecha się szerzej i odskakuje z udawaną zgrozą.

– I znowu ta przemoc. Właśnie uratowałem ci życie, a ty mnie tak traktujesz.

Znowu ukrywam twarz w dłoniach i się śmieję.

Docieramy do kolejnego skrzyżowania i skręcamy w prawo w jakąś ulicę bez nazwy. Trudno mi się skupić na czymkolwiek oprócz Pilota. Tak blisko siebie idziemy. Patrzy na mnie z zaciśniętymi ustami, jakby powstrzymywał uśmiech.

Robię głośny wydech.

– Może rzeczywiście mam problem – przyznaję najposępniej, jak tylko mogę. – Postaram się nad nim panować.

– Pierwszy krok to akceptacja – oznajmia wyniosłym tonem i lekko stuka mnie w ramię. Kolejny raz parskam śmiechem. Nagle widzę przed sobą szyld z czerwonymi literami układającymi się w nazwę „TESCO”. Brzmi znajomo.

– To ten sklep, tak? Tes-ko – Sprawdzam dźwięk tego słowa. – Ciekawa nazwa dla sklepu.

– Shane. Ciekawe imię dla dziewczyny – droczy się ze mną.

Mrużę oczy.

– Pilot. Ciekawe imię dla człowieka – odcinam się.

Tym razem to on parska.

Kiedy otwierają się przed nami drzwi, atakuje nas znajomy hałas: skrzypienie wózków, płynąca spod sufitu muzyka tła i monotonne bipnięcia skanerów przy kasach.

– Shane, to jakiej muzyki słuchasz? – pyta Pilot, gdy podnoszę koszyk.

– Muzyki? Kto cokolwiek wspominał o muzyce? Przyszliśmy po jedzenie. – Bezwstydnie chichoczę ze swojej obcesowości. Zwykle nie odzywam się w ten sposób do osób, które dopiero co poznałam. Znowu patrzę na Pilota. – Nie chcę odpowiadać na to pytanie. Na pewno jest podchwytliwe.

– Po prostu jestem ciekawy – odpowiada niewinnie.

– Piszesz muzykę, więc na dziewięćdziesiąt procent jesteś muzycznym snobem.

– Wcale nie. – Milknie na chwilę i unosi kącik ust. – No dobra, ale tylko troszeczkę.

Znowu szczerzę się jak głupi do sera.

– Chcesz zwiedzić wszystkie alejki? Nie masz nic przeciwko? Bo ja bardzo chcę zobaczyć je wszystkie. – Wchodzę z determinacją w pierwszą, a Pilot wlecze się za mną. – Patrz na napoje. Widzisz butelki? Są trochę węższe od naszych! – Macham energicznie w stronę półek.

Uśmiecha się szeroko.

– No więc miałaś mi powiedzieć, czego słuchasz – wraca do tematu. Wchodzimy w kolejną alejkę.

– Różnych rzeczy – odpowiadam dyplomatycznie, sięgając po słoik nutelli i wkładając go do koszyka. – Doceniam wszystkie gatunki muzyczne. – Mijamy masła orzechowe i dżemy. – Lubię Beatlesów…

– Czekaj. – Pilot zamiera w połowie drogi.

– Co? – pytam niepewnie.

– Beatlesów? – Niemal szepcze. – Nie gadaj. Lubisz ich? Niemożliwe. Nie gadaj…

Przewracam oczami.

– Przestań – przerywam.

– Nie gadaj!

– Przestań! – piszczę nieludzkim głosem.

– Uwielbiam ich! Myślałem, że nikt oprócz mnie ich nie zna. – Uśmiecha się promiennie.

Uciekam w następną alejkę. Wchodzę między półki z pieczywem i słyszę śmiech Pilota. Ten chłopak naprawdę mi się podoba. Zatrzymuję się przy makaronach. Są w torebkach. Co to ma być? W Stanach pakujemy je w pudełka!

– Wszystkie makarony są w torebkach! – Odwracam się do Pilota, spodziewając się, że podzieli moje zaskoczenie.

Wygląda tak, jakby znowu miał się ze mnie nabijać.

Staram się nie uśmiechnąć.

– Chodzi mi o to, że w Stanach większość makaronów jest w pudełkach! – tłumaczę.

Kręci głową, uśmiechając się od ucha do ucha.

– To interesująca ciekawostka, Pilocie. Będziesz zadowolony, że zwróciłam na nią twoją uwagę, gdy w przyszłości będziesz musiał o tym wiedzieć… biorąc udział w teleturnieju z wiedzy ogólnej na temat Anglii.

Wrzucam paczkę do koszyka i skaczę – słodki Jezu, czy ja naprawdę podskakuję? – wzdłuż regału do sosów pomidorowych, gdzie zamieram w bezruchu. Cofam się nieznacznie, żeby mieć pewność, że niczego nie przeoczyłam, po czym mimowolnie robię głośny wdech. Zjawia się przy mnie Pilot.

– Wszystko w porządku? – upewnia się.

– To te sosy – wyjaśniam.

Drgają mu usta.

– Obraziły cię?

– Nie, ale zobacz. Mają tu tylko dwa rodzaje sosu pomidorowego. W jakim świecie żyje Anglia, że są tylko dwa rodzaje sosu! – Żywo gestykuluję dla podkreślenia swoich słów.

Cofa się o krok, teraz już szczerząc zęby, i od niechcenia wskazuje na sosy, a potem na mnie.

– Czy ty naprawdę zachłysnęłaś się z powodu sosu?

– To poważna sprawa. – Do twarzy napływa mi krew.

Sięgam niezdarnie po słoik, żebyśmy mogli już opuścić tę alejkę. Gdy ściągam go z półki, razem z nim do krawędzi zjeżdża drugi. Wstrzymuję oddech i rzucam się, żeby złapać słoik, ale jestem zbyt wolna. Odskakuję, gdy rozbija się na posadzce. Szkło pęka i sos rozbryzguje się na moje buty.

Zamieram, wpatrzona w podłogę. Nie mogę uwierzyć, że na oczach Pilotach upuściłam słoik sosu. Kurna, kurna, kurna.

Po chwili ktoś odciąga mnie od strefy katastrofy i wciąga w drugą alejkę. To Pilot… Po raz drugi trzyma mnie za ramię. Śmieje się. Stajemy między półkami z alkoholem.

Puszcza moją rękę i spogląda na mnie znacząco.

– Zamordowałaś sos, Shane.

Kręcę głową.

– To był wypadek – bronię się skrzekliwym głosem.

Pilot przegląda regały, w końcu pochyla się i podnosi skrzynkę angielskiego piwa o nazwie Strongbow. Cmoka, kręci głową i tłumi uśmiech w drodze do kasy.

– Przemoc trwa w najlepsze – stwierdza rozbawiony.

* * *

Do Karlstona wracamy wolniejszym krokiem. Nagle dochodzę do wniosku, że chcę mówić na Pilota „Pizza”, ale nie wiem, czy mogę. To fajne słowo, a my jesteśmy przyjaciółmi, nie? Albo kimś w tym rodzaju. Tam gdzie jest przezwisko, tam jest więź. A przynajmniej ja zawsze tak mówię.

– Mogę nazywać cię Pizza? – wypalam w ciemność. – Przepraszam. Nie pytałabym, ale naprawdę chciałabym tak do ciebie mówić – kończę niepewnie.

Zerkam na niego i widzę uśmiech. Odrobinę się rozluźniam.

– Jasne, Morderczyni Sosów.

Uśmiecham się promiennie.

– Och, ale wolałabym, żebyś mnie tak nie nazywał – odpowiadam grzecznie.

Parska.

– Dużo osób mówi już na ciebie Pizza? – pytam.

– Nie, to nowość.

Moje serce śpiewa na myśl, że wymyśliłam nową ksywkę, której nie używa nikt inny.

– A jak na ciebie wołają? – drążę zaciekawiona.

– Pilot… albo Pi.

– Pi? Jak ta liczba? To do ciebie nie pasuje. Wydaje się takie zimne. Więcej jest w tobie z pizzy. Ona jest ciepła, wspaniała i przepyszna… – Sama sobie przerywam. Otwartość to jedno, a ten tekst to zupełnie co innego.

Pilot dziwnie na mnie patrzy. Spuszczam oczy na ziemię i czuję, jak przepełnia mnie zażenowanie. Przez kilka chwil idziemy w milczeniu.

– Zamierzasz opisać przygodę ze sklepu na swoim blogu? – zagaduje.

– O tak. – Łapię się nowego tematu. – Planuję cały artykuł o fenomenie makaronu w worku zamiast w pudełku.

– Nie mogę go przegapić – obwieszcza poważnie. Śmieję się. – Jak nazywa się twój blog?

Otwieram gwałtownie oczy. Nie przemyślałam tej części, w której będę musiała podać mu nazwę swojego bloga. Pilot znowu się do mnie uśmiecha.

Ponownie skupiam uwagę na chodniku.

– Eee, wiesz co? Nie warto. Naprawdę nie chcesz wiedzieć. – Troszkę przyspieszam. Wydaje mi się, że od akademika dzieli nas jedna przecznica. Może uda mi się uniknąć odpowiedzi na to pytanie.

– Ej, powiedziałaś, że mogę przeczytać twoje teksty – wyrzuca mi cichym głosem.

– To dziwaczna nazwa – wyznaję.

– Jaka?

Nadal idę energicznym krokiem w milczeniu.

– Shane! – Pilot przyspiesza, żeby się ze mną zrównać, i wybucha śmiechem, pochwytując moje spojrzenie. – Musisz mi powiedzieć.

Uśmiecha się promiennie, przyprawiając mnie o zawrót głowy. I dreszcz podniecenia. Zatrzymuje się, ja robię to samo. Uśmiechamy się do siebie.

– Francuskiarbuzdziewiętnaście – mamroczę jednym ciągiem.

Pilot chichocze.

– Przepraszam, co? Francuski. Arbuz. Dziewiętnaście? – upewnia się.

– Francuskiarbuzdziewiętnaście. – Zaciskam usta, żeby się tak bardzo nie szczerzyć. On się szczerzy.

Nonszalancko wzrusza ramionami.

– Okej. Francuski arbuz dziewiętnaście. Co w tym dziwacznego? Normalna nazwa. Właściwie to nudna. Znam z pięć innych osób, które używają jej w necie. Jesteś Francuzką?

– Nie. – Czuję się zażenowana. I próbuję tak wyglądać.

Unosi brwi.

– Po prostu… uwielbiam francuskie tosty. – Wbijam spojrzenie w jego buty.

– Och, ja też. Kto ich nie lubi? – odpowiada szybko.

Unoszę na niego spojrzenie i widzę, że stoi bliżej. Jak mu się to udało? Chyba się trzęsę. Moje nogi przeszywa dreszcz niepokoju. Czuję się niestabilna, jakby następny podmuch wiatru mógł zdmuchnąć mnie z powierzchni ziemi. Nie jestem pewna, co teraz. Wymiana spojrzeń robi się intensywniejsza. Słowa wydobywające się z moich ust są ciche:

– Uwielbiam też arbuzy i liczbę dziewiętnaście, więc zrobiłam to co każda inna racjonalna osoba na moim miejscu i połączyłam je w dziwaczną zbitkę, która będzie mnie prześladować do końca życia.

Pilot kiwa głową.

– A więc francuski arbuz.

Czy jest jeszcze bliżej?

– Dziewiętnaście – kończę za niego.

Co się dzieje? Czy chodnik się rusza?

– Moim zdaniem to odjazdowa nazwa.

Stoimy bardzo blisko siebie. Jego oczy znajdują się zaledwie kilka centymetrów od moich. Ściskam torbę z zakupami, jakby od tego zależało moje życie. Serce łomocze mi jak zajechana tokarka.

Spuszczam wzrok na pęknięcie w superczystym londyńskim chodniku, a kiedy po chwili znowu podnoszę oczy, Pilot stoi metr ode mnie, odwrócony w stronę akademika.

– No popatrz, wróciliśmy. – Jeszcze raz na mnie patrzy. – Gotowa zebrać wszystkich i zacząć się integrować?

Gapię się na niego.

– Aa, taa, jasne. Nie śpię od trzydziestu czterech godzin, co mi szkodzi jeszcze kilka… Mam na ipodzie kilka gier na przełamanie lodów, będą idealne.

Pilot uśmiecha się od ucha do ucha i wbiega po schodkach do budynku. Robię długi wydech, który boleśnie świadomie wstrzymywałam od pół minuty.

* * *

W naszym pokoju jest niemal całkowicie ciemno. Sahra już śpi, ale ja nagle odżyłam. Siadam na łóżku, włączam laptop jako źródło światła, biorę długopis i otwieram nowy horkruks na czystej stronie.

11.01.2011 – godz. 1.03

Przed chwilą dodałam do znajomych na Facebooku wszystkich moich współlokatorów (Babe Lozenge, Sahrę Merhi, Atticusa Kwona i Pilota Penna) i skończyłam pisać do rodziców e-mail, żeby dać im znać, że wszystko poszło dzisiaj dobrze. Nie wymyśliłam jeszcze najlepszego sposobu na bezpośrednią rozmowę, bo mój jednorazowy telefon ma ograniczoną liczbę minut. Światło w pokoju jest zgaszone, więc piszę przy włączonym ekranie Sawyera. Patent się sprawdza.

Po zakupach z Pilotem wszyscy (oprócz Babe, która po spotkaniu informacyjnym poszła na górę do kolegi) spotkaliśmy się w kuchni i usiedliśmy niepewnie wokół stołu. Tak przy okazji – stojące przy nim krzesła są beznadziejne. Atticus przez kilka minut opowiadał lekko o tym, że z niecierpliwością wyczekuje zanurzenia się w środowisko teatralne Londynu, a my słuchaliśmy go, kulturalnie rzucając słowo czy dwa, ale nie ciągnąc tematu. Miałam wrażenie, że zaraz ogarnie mnie lęk społeczny i zamknę się w sobie, ale Pilot akurat przełamał ciszę, wyciągając kupione wcześniej piwo. A ja otworzyłam Taboo. Czy raczej odpaliłam Word Kinish, wersję Taboo na ipod. Nic nie przełamuje lodów lepiej od gry w Word Kinish. (Oczywiście wypełniłam swój ipod grami towarzyskimi, gdy postanowiłam udzielać się towarzysko na wyjeździe).

Zaczęłam podchodzić do rywalizacji trochę za poważnie, ale chyba wszyscy dobrze się bawili. Często zmienialiśmy skład drużyn. Moja zawsze wygrywała, bo jestem zawodowcem. Kilka lat temu grałam w Taboo / Word Kinish z kuzynami w każde wakacje.

Najgorzej szło Sahrze. Łatwo się wkurzała, gdy bez użycia zakazanych wyrazów nie potrafiła opisać słowa, które miała odgadnąć jej drużyna. Zamiast gadać naokoło, wydawała z siebie fuknięcia irytacji, aż czas mijał. Nie wiem, co o niej myśleć. Z jednej strony wydaje się miła, a z drugiej – chłodna. Nie uśmiecha się, kiedy ze mną rozmawia, a jej wypowiedzi składają się z krótkich, urywanych zdań. Nie wiem, czy chodzi o to, że mnie nie lubi, czy po prostu tak ma.

Żałuję, że nie zabrałam ze sobą kart. Muszę kupić jakąś talię tutaj. Gdy wszyscy angażują się w grę, dzieje się coś magicznego. Kiedyś rozgrywaliśmy partyjkę po każdym spotkaniu rodzinnym. Primaveri są zwykle głośni i zawzięci, a ja normalnie nie biorę udziału w ich rozmowach. Wolę, żeby o mnie zapomnieli, niż negatywnie ocenili albo skarcili, bo powiem coś, co im się nie spodoba. Ale kiedy gramy w karty, zapominam o tym strachu. Znika też napięcie między mną i kuzynami. Automatycznie robię się bardziej pewna siebie i mam coś do powiedzenia.

Mam nadzieję, że Pilot lubi grać w karty. Dzisiaj się zaangażował. Może nie aż tak jak ja, ale wystarczająco, żeby było fajnie. Atticus też.

Atticus studiuje aktorstwo. Bardzo łatwo się z nim rozmawia. Ma szczególny urok, który powoduje, że czuję się mniej samotna. Właśnie skończył czytać Zaginiony symbol i nie mogę się doczekać, żeby przy najbliższej okazji porozmawiać z nim o Danie Brownie. Atticus podchodzi do teatru z ogromną pasją i chce się dostać na praktyki na West Endzie. Niedawno zerwał ze swoim chłopakiem przez przyjazd tutaj, ale nie wydaje się tym zbytnio przejęty. Ekscytuje go wizja obracania się wśród Brytyjczyków. Jako jedyny razem ze mną podskakiwał i wrzeszczał podczas gry w Word Kinish – Sahra i Pilot woleli siedzieć spokojnie za stołem.

Z całych sił staram się powstrzymać to rosnące tsunami podekscytowania, które wzbudził dziś po południu widok Pilota w kuchni, ale teraz – w ciemności i tuż przed snem – zalewają mnie niepoważne myśli i nic nie mogę na to poradzić. Moglibyśmy ze sobą chodzić? Na bank w pewnym momencie prawie się dzisiaj pocałowaliśmy.

On jest taki… no, cool. Na pewno już się całował. To, że nigdy w życiu jeszcze się nie całowałam, jest moją piętą achillesową. Nie znoszę bycia niedoświadczoną. Nie podoba mi się, że nie da się tego nauczyć z książki. Nie cierpię siódmych potów, którymi się oblewam za każdym razem, gdy ktoś wspomni o zabawie w „ja jeszcze nigdy”, bo tak bardzo boję się, że zostaną poruszone tematy seksualne. Jak to się stało, że mam dwadzieścia lat i jeszcze nie trzymałam żadnego chłopaka za rękę? To nie byłby problem, gdybym tego nie chciała, ale jest inaczej. A nigdy nawet nie byłam blisko.

Ale teraz… okazję mam tuż przed nosem.

Po głowie już chodzi mi słowo „chłopak”. Rodzina zadręcza mnie pytaniami o moje życie miłosne od siedmiu lat. Jak mogłabym o tym nie myśleć? Do tej pory dobrze było mi samej, ale chcę w końcu poczuć, jak to jest, gdy komuś tak na mnie zależy. Gdy otacza mnie od tyłu ramionami. Nie chcę tej pięty achillesowej.

ROZDZIAŁ 5

Otwórz oczy i zobacz

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Część I
Rozdział 1. Zaryzykuj
Rozdział 2. Wprowadź zmiany
Rozdział 3. Oddychaj, po prostu oddychaj
Rozdział 4. Chyba mi się tu spodoba
Rozdział 5. Otwórz oczy i zobacz
Rozdział 6. Nic nie stoi mi na drodze
Rozdział 7. Nieważne
Rozdział 8. Chcę być burzą, a nie domkiem z kart
Rozdział 9. Może zwiedzimy razem świat
Rozdział 10. Rome ma-ma
Rozdział 11. Co dalej?
Rozdział 12. Widział to?
Rozdział 13. Raz kozie śmierć
Rozdział 14. Hit?
Rozdział 15. Kit
Rozdział 16. Milion błyszczących gwiazdek
Rozdział 17. Taka delikatna nić
Rozdział 18. Mogę się tego nauczyć
Rozdział 19. Dryfowanie
Rozdział 20. Wirowanie
Rozdział 21. Odliczanie
Rozdział 22. Muszę marzyć o rzeczach, których pragnę
Rozdział 23. Burza z piorunami
Rozdział 24. Rozwiane marzenia
Rozdział 25. Ostatni raz
Rozdział 26. Pa, pa
Część II
Rozdział 27. Na której stronie jesteś?
Rozdział 28. Więej, niż się spodziewałaś
Rozdział 1. Bezradna
Rozdział 2. Niech ktoś złapie mój oddech
Rozdział 3. Sądziłam, że czas to kleprydra przyklejona do stołu
Rozdział 4. Pierwsza w kolejce
Rozdział 5. Szukanie po omacku
Rozdział 6. Cóż za cudowna noc
Rozdział 7. Z chodnika bije blask
Rozdział 8. Co teraz?
Rozdział 9. Równie dobrze możemy to wykorzystać
Rozdział 10. Pragnę zielonego światła
Rozdział 11. Zejście się
Rozdział 12. Początkowa gorączka
Rozdział 13. Blisko
Rozdział 14. Nie zatrzymuj mnie teraz
Rozdział 15. Nie wiem, nie wiem, co to jest
Rozdział 16. Przepadłam
Rozdział 17. Jaśnieję
Rozdział 18. Zborz mury
Rozdział 19. Ciężkie jak zachodzące słońce
Rozdział 20. Fale nadciągają po północy

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Again, But Better

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Wydawca: Monika Rossiter

Redakcja: Zyszczak.pl Paulina Zyszczak

Korekta: Magorzata Denys

Projekt okładki: Joanna Florczak

Zdjęcie na okładce: © Millena (Shutterstock.com)

Copyright © 2019 by Christine Riccio

Copyright © 2020 for the Polish edition by Young

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Ischim Odorowicz-Śliwa, 2020

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66611-65-8

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek