Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 442 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Drugi okręt - Richard Phillips

W 1948 okręt kosmiczny obcych spadł z nieba nad Nowym Meksykiem i natychmiast zniknął za murami laboratorium Los Alamos. Od tego czasu wojsko USA prowadziło ściśle tajne badania znane jako Projekt Rho, starając się rozpracować technologię pojazdu. Teraz, kilka dziesięcioleci od katastrofy, rząd szykuje się, by o wszystkim opowiedzieć.

A przynajmniej tak twierdzi…

Istnieje bowiem Drugi okręt, przez wszystkie te lata ukryty przed wojskowymi. Trójka studentów odnajduje go zagrzebanego w odległym kanionie i w tym momencie ich życie zmienia się już na zawsze. Wystarcza jeden dotyk, aby technologia, na której rozszyfrowanie rząd wydał miliardy dolarów, załadowała się do umysłów nastolatków, którzy znają teraz przerażającą prawdę o Projekcie Rho. Gdy odnajduje ich ekipa NSA do tajnych zadań, złożona z Jacka „Rozpruwacza” Gregory’ego oraz Janet Price, zostają wtrąceni w brutalny świat sekretów i korupcji, mimo woli biorąc udział w wojnie, której celem jest przedefiniowanie pojęcia człowieka.

Opinie o ebooku Drugi okręt - Richard Phillips

Fragment ebooka Drugi okręt - Richard Phillips

1. Drugi okręt

2. Immune [w przygotowaniu]

3. Wormhole

Prolog

Choć na takiej głębokości poniżej poziomu Groom Lake nie dawało się precyzyjnie określić kierunku, Donald Stephenson wiedział, że tunel prowadzi na południowy zachód. Wagon ciągnięty przez elektryczną lokomotywę dowiózł go aż tutaj po torach biegnących środkiem korytarza. Przed wielu laty tą samą trasą do wielkich stalowych drzwi, pod którymi teraz stał, transportowano zupełnie inny towar. Dwie szczeliny u podstawy wrót pasowały do szyn znikających po drugiej stronie.

Don podniósł wyżej kołnierz wojskowej kurtki i przeszedł na prawo, do mniejszych drzwi przeznaczonych dla personelu. Przystanął, by przesunąć kartę przez czytnik. Przejście otworzyło się z cichym świstem wyrównującego się ciśnienia.

Nagły dreszcz kazał mu obejrzeć się przez ramię. Ujrzał długi, pusty tunel znikający za lekkim zakrętem w lewo. Jedyne towarzystwo stanowił cichy szum jarzeniówek umieszczonych wysoko na suficie.

Wzruszył ramionami, by pozbyć się ciarek z karku. Zupełnie jakby ktoś przeszedł po jego grobie. Chryste, ależ był dziś nerwowy.

Szczęśliwego Dnia Dziękczynienia, pomyślał.

Znajdował się sam w przestronnym pomieszczeniu, jak zresztą często o tej porze nocy, zwłaszcza w ważne święta. Choć Don nie potrafił tego zrozumieć, przypuszczał, że możliwość pracy nad obiektem utraciła już powab nowości dla zespołu naukowców, którzy grzebali i majstrowali przy jego powłoce od kilku dziesięcioleci, nie osiągając żadnych postępów pozwalających rozwikłać jego wewnętrzne tajemnice.

Zajmował znaczną powierzchnię środkowej części pomieszczenia i otaczała go pajęczyna aluminiowych rusztowań, stanowiących kładki dla naukowców oraz robotników, a także stelaż dla instrumentów elektronicznych przyklejonych do skóry obiektu niczym pąkle do dawnych statków wielorybniczych.

Nawet teraz, tyle lat od tamtego dnia pod koniec marca 1948 roku w pobliżu Aztec w stanie Nowy Meksyk, kiedy to miejscowi trafili na ślady katastrofy okrętu kosmicznego, jedynie kilkadziesiąt osób wiedziało bez cienia wątpliwości, że mieszkańcy Aztec mieli słuszność. Jak na ironię, nadmierne zainteresowanie mediów, wywołane rok wcześniej za sprawą incydentu w Roswell, ułatwiło zatuszowanie wydarzeń w Aztec. Zanim dziennikarze przybyli w okolicę Farmington, by przeprowadzić szczegółowe śledztwo, podłożono już wystarczającą liczbę fałszywych oraz wykluczających się nawzajem dowodów, by zagwarantować, że świadectwa miejscowych staną się zupełnie bezwartościowe.

Idąc w stronę rusztowania, Don przyglądał się okrętowi. Okazywał się zdumiewający w każdym możliwym aspekcie. Pierwotna ekipa badawcza stwierdziła na pierwszy rzut oka, że kraksa pojazdu została spowodowana jakąś wewnętrzną usterką, lecz to założenie wkrótce ustąpiło pola znacznie bardziej niepokojącemu wnioskowi.

Po pierwsze, obiekt próbował ukryć się po katastrofie, nakładając na siebie jakieś elektrooptyczne maskowanie zakłócające, dzięki któremu trudniej było go ujrzeć. Gładki, wydłużony kształt okrętu pojawiał się w polu widzenia i znikał z niego, jeśli nie stało się bezpośrednio obok. Przynajmniej ta część systemów pokładowych wciąż działała.

Po drugie i jeszcze bardziej zatrważające, pojazd był uszkodzony. Choć kadłub nie został przebity, jakaś siła sprawiła, że w kilku miejscach utworzyły się na nim pęcherze i nierówności. W wyniku prób ustalono, że powodem nie było uderzenie o powierzchnię Ziemi.

Na podstawie dowodów opracowano obowiązującą obecnie teorię, że właśnie źródło uszkodzeń w jakiś sposób doprowadziło do katastrofy.

Przez lata, jakie minęły od przeniesienia okrętu tutaj, nie zdołano przebić jego powierzchni. Nic nie dały niekończące się eksperymenty wykorzystujące olbrzymie ilości energii, z których część powinna rozgrzać fragmenty kadłuba do temperatury jądra Słońca. Diamentowe wiertła, palniki, spawarki łukowe, lasery i wreszcie strumienie wysokoenergetycznych cząstek nie wywarły żadnego efektu na dziwny materiał składający się na powłokę obiektu. Powierzchnia pozostawała chłodna w dotyku, nieważne, ile ani jakiej energii naukowcy w nią kierowali.

Choć nie umieszczono tego w żadnym z oficjalnych raportów, wśród badaczy przeważała opinia, że podobne uszkodzenia zdolna byłaby wywołać jedynie technologia mogąca się równać z tą, która posłużyła do zbudowania pojazdu. Don zgadzał się z tymi przypuszczeniami i dziękował Bogu, że ktokolwiek zaatakował okręt, nie uznał Ziemi za wystarczająco interesującą, by zająć się nią w dalszej kolejności.

Zespół naukowy nie zdołał zdrapać choćby opiłka z kadłuba, nie mówiąc już o dostaniu się do środka. To tyle w kwestii „geniuszu” ludzi kierujących programem. Teraz jednak pojawiła się szansa. Szczęście zawsze wydawało się sprzyjać Donowi i przez ostatnie dwa tygodnie nie mógł się uskarżać na jego brak. Pozwolono mu zorganizować własny eksperyment na zewnętrznej skorupie okrętu obcych. Pomijając kwestię szczęścia, wolał sądzić, że zawdzięczał swój sukces zaharowywaniu się przez poprzednie trzy lata, odkąd ukończył studia i został przydzielony do tego ściśle tajnego programu. Wyglądało na to, że godziny żmudnych badań nie poszły na marne.

Po drugiej stronie pojazdu Don ustawił torus z elektromagnesami pozwalającymi rozpędzić elektrony do prędkości światła. Przy elemencie uważanym przez zespół za drzwi okrętu wychodził z pierścienia długi metalowy stożek, zakończony zestawem rurek emitujących promieniowanie Czerenkowa.

Don nie pamiętał, jak właściwie wpadł na ten pomysł. Czytając tajne zeznania naocznych świadków, wychwycił coś, co wydało mu się dziwne: doniesienia o słabym niebieskim blasku bijącym od obiektu mknącego po niebie nad Nowym Meksykiem.

Brzmiało to jak opis promieniowania Czerenkowa. Piękne niebieskie światło powstawało, gdy coś poruszającego się w próżni z prędkością bliską światłu wpadało w ośrodek materialny o niższej prędkości fazowej światła, na przykład powietrze lub wodę.

Wydzielanie przez okręt tego rodzaju radiacji nie miało sensu. Opisywana przez świadków szacunkowa prędkość nie była wyższa niż dwa machy. Jeśli promienie Czerenkowa były wówczas obecne, musiały pochodzić z mechanizmów sterowania lub napędu. Skoro zaś te systemy wydzielały promieniowanie, być może zareagowałyby w sposób mierzalny na odpowiednią kombinację fal Czerenkowa.

Don nie miał złudzeń, że możliwość przeprowadzenia eksperymentu w świąteczny weekend obejmujący Dzień Dziękczynienia otrzymał tylko dlatego, że przez te wszystkie lata zespół naukowy nie dokonał żadnych postępów. I Don prowadził badania bez przerwy aż od zeszłej nocy.

Gdy usiadł przy klawiaturze, nad którą migały tysiące diod elektroluminescencyjnych, dostrzegł mrugający wskaźnik błędu i nachylił się w jego stronę.

– Co, u diabła?

Kilka z jego eksperymentalnych instrumentów dawało niewłaściwe odczyty lub zupełnie nie działało. Błędną wartość podawały też przyrządy sterujące ustawieniem zwierciadeł Czerenkowa.

Don zaklął cicho, sprawdzając dane na długim wydruku zwisającym z drukarki i tworzącym kupkę na podłodze. Przeglądając strony, odnalazł godzinę usterki: osiemnasta pięćdziesiąt trzy.

– Niech to cholera!

Cały system wyłączył się niedługo po tym, jak Don wyszedł, by zrobić sobie kolację. Już stracił dwie cenne godziny, a nie wiedział, ile zajmie mu zidentyfikowanie przyczyny awarii i jej usunięcie.

Upewniwszy się, że usterka leżała nie w systemie komputerowym, lecz w samych instrumentach, okrążył szybko rusztowanie, kierując się do miejsca, gdzie iniektor wstrzeliwał elektrony do aparatu, wysoko po przeciwległej stronie okrętu.

Obchodząc ogon wydłużonego pojazdu, Don zahaczył stopą o kabel i przewróciłby się, gdyby nie złapał rusztowania. Wyprostował się i podniósł wzrok ku swoim wiszącym instrumentom. Kable oraz mocowania były połamane i poskręcane, a zwierciadła Czerenkowa wyskoczyły z gniazd i spadły na betonową podłogę. Umysł Dona ledwo jednak rejestrował stan instrumentów.

Naukowiec wpatrywał się w dużą rampę, która opuściła się z boku kadłuba aż do podłoża, miażdżąc rusztowanie pod sobą. Z otworu wydostawał się lekki blask.

Don usztywnił kolana, by nie załamały się pod nim, groziła mu bowiem utrata przytomności w wyniku hiperwentylacji. Dysząc i trzymając się pogiętego rusztowania, przyglądał się instrumentom zamontowanym wzdłuż najbliższej ściany, monitorującym jakość powietrza i poziom promieniowania. Wszystko w normie. Mógł jeszcze tego dnia zginąć, ale nie z powodu czegoś tak trywialnego.

Wiedział, że powinien podnieść słuchawkę czerwonego telefonu i zadzwonić do oficera pełniącego służbę w głównej bazie. Zapoczątkowałoby to lawinę wezwań do naukowców i wojskowych pracujących nad obiektem. Gdyby tego nie zrobił, ryzykowałby wyrzucenie z projektu, a być może nawet unieważnienie poświadczeń bezpieczeństwa.

Pot spływał mu z czoła i szczypał w oczy, gdy Don wpatrywał się w rampę prowadzącą do wejścia. Do głowy przyszła mu ryzykowna myśl.

Dlaczego ma dzwonić, zanim chociaż nie podejdzie i nie zajrzy do środka? W końcu czy to nie dzięki jego pracy udało się osiągnąć ten przełom?

Miał graniczące z pewnością przeczucie, że gdyby wykonał telefon, nigdy nie dostałby szansy, by spojrzeć do wnętrza okrętu. Najmniejszej szansy. Ci sami idioci, którzy od dziesięcioleci drapali się po głowach, pojawiliby się znikąd i wszystko zamknęli szczelnie jak tyłek ślimaka. W pobliże pojazdu dopuszczono by tylko najwyższych rangą naukowców i smutasów z wywiadu.

Don nie zamierzał do tego dopuścić, przynajmniej dopóki sam nie rzuci okiem. Czując w skroniach dudnienie krwi, wszedł chwiejnie po rampie, zatrzymał się u jej szczytu, by zaczerpnąć tchu, po czym przestąpił próg, znikając we wnętrzu.

Samotny oscyloskop w baterii przyrządów po przeciwległej stronie sali zarejestrował chwilowe wahnięcie elektronicznego sygnału, a następnie wrócił do zwyczajnej wartości.

W odległości ośmiu kilometrów w małym pomieszczeniu tuż przy Hangarze 1 pełniący służbę major lotnictwa nazwiskiem Stuart Greeley dokonał kolejnego wpisu w swoim dzienniku służby: „21.15, 24 listopada 1987, Groom Lake, Obszar 51, Nevada. Wszystko w porządku”.

ROZDZIAŁ 1

Purpurowy blask Jaskini Arki oblewał chudą jak zapałka postać światłem tak czystym, że wydawało się ściekać z brudnych blond dredów.

Perry Symons po raz pierwszy usłyszał głos Pana w lipcu 1998 roku, gdy nóż do ryb wbijał się w gardło jego pięknej Vanessy. Tyle krwi zalało mu ręce, gorącej i śliskiej, przeszkadzającej mu w utrzymaniu noża i włosów dziewczyny, gdy ta miotała się pod nim.

Złożona z Vanessy ofiara skierowała na niego uwagę Pana, dzięki temu czynowi stał się Go godny. Perry poświęcił miłość życia, swoją słodką Vanessę, aby Bóg zauważył nowego Gabriela, który poprowadzi Jego dzieci pośród nadciągającej apokalipsy.

Właśnie wtedy, w tylnej części zielonej furgonetki Volkswagena, gdy życiodajny płyn Vanessy spływał do dwudziestolitrowego wiaderka, Bóg przemówił w jego umyśle: „Oczekuj na znak końca dni”.

Perry przyjechał do parku stanowego Bottomless Lakes tuż koło Roswell w stanie Nowy Meksyk, przeniósł owinięte folią ciało Vanessy do łodzi wiosłowej i wypłynął na środek jeziora, po czym wyrzucił obciążony łańcuchem pakunek za burtę. Choć solidnie wykrwawił trupa, ten przez chwilę kołysał się na powierzchni, po czym opadł w słone głębiny, pozostawiając po sobie maleńkie czerwone bąbelki.

Kolejny znak. Nawet po złożeniu tak wielkiej ofiary ciało słodkiej Vanessy nie chciało go opuścić, próbowało utrzymać się na wodzie, choć ciężar łańcuchów nieuchronnie ściągał je w wieczny mrok.

Perry wrócił do swego mieszkania przy South Main Street, sprzedał wszystko, co posiadał, kupił zestaw survivalowy i przeniósł się do Bandelier, pradawnej i odludnej krainy kanionów w pobliżu Los Alamos, dawniej stanowiącej siedzibę przodków Indian Pueblo, którzy zamieszkiwali tamtejsze urwiska.

Był przekonany, że rok 2000 da mu obiecany znak Pana, jednak okazało się, że na próżno czekał na katastrofę. Gdy nic nie wydarzyło się również w roku 2001, pogrążył się w depresji. Zaczął wątpić we własną poczytalność. Czy poświęcił swą bliźniaczą duszę na darmo? Zagubiwszy się w heroinie, kokainie i krystalicznej metamfetaminie, błąkał się bez celu po krainie kanionów, kuszony spokojem, jaki dałby mu samobójczy skok.

Bóg wystawił jego wiarę na próbę w sposób kojarzący się z cierpieniami Hioba, przemienił go w strzęp człowieka, ledwo przypominający dawną dumną wersję. I nagle, pewnego jesiennego dnia 2002 roku, Perry poznał Krzyczącego Orła. Ten zaś zaprezentował mu pradawne ceremonie Indian oraz wspaniałe ścieżki widoczne jedynie w dymie szałasu potu[1].

Właśnie podczas jednego z majaczeń wywołanych pejotlem, gdy wytoczył się z szałasu i ruszył wzdłuż wysokiego urwiska kanionu, po raz pierwszy natknął się na ukryte wejście do Jaskini Arki. To tam Bóg zesłał mu swój znak.

Wspomnienia słabły, gdy Perry rozglądał się po grocie, którą tak dobrze poznał. Arka Boga spoczywała w jej tylnej części, po tym jak wiele, wiele lat temu spadła z niebios i przedarła się przez kamienne ściany kanionu.

Mężczyzna wszedł pod gładkie, obłe krawędzie pojazdu i znalazł otwór, który broń Szatana wybiła w kadłubie. Podciągnął się bez wysiłku i wspiął do środka, podobnie jak niezliczoną ilość razy w przeszłości. Ominął pierwszy poziom i przemieszczał się dalej gładkim tunelem ku drugiemu pokładowi.

Właśnie tam, na wystającym ze ściany jedwabiście gładkim metalowym pulpicie, oblane wszechobecnym purpurowym blaskiem, leżały cztery aureole. Choć wyglądały jak wykonane ze lśniącego metalu, były na to o wiele za lekkie i za elastyczne, poza tym połyskiwały tęczą odcieni obcych jakiejkolwiek ziemskiej substancji. Jak zawsze, dłonie Perry’ego przyciągnęła czwarta aureola.

Podniósł ją i obracał powoli w palcach, pogrążony we wspomnieniach pierwszego razu, gdy nałożył giętką obręcz na skronie.

Ból. Nawet teraz pamięć gorejącego w głowie białego ognia posłała w jego kończyny macki cierpienia tak silnego, że spodziewał się, iż z opuszek palców polecą mu iskry, które pochłoną świat. Został ochrzczony w tej rzece bólu i wyłonił się z niej już nie jako Perry Symons, a czwarty jeździec, namaszczony boską prędkością i siłą, a także sprytem wykraczającym poza możliwości wszystkich ludzi.

Jednak to nie ból, lecz nowe moce skłoniły go do wyboru pustelniczej ścieżki. Jego sny wypełniły się wizjami. Arka Boga nie przybyła na Ziemię samotnie. Była też druga... Rydwan Szatana. W swych wizjach Perry widział, jak pojazdy zmagały się na nocnym niebie, a później pomknęły ku powierzchni Ziemi, ciągnąc za sobą ogromne jęzory ognia. Choć podczas starcia oba zostały uszkodzone, przetrwały w ukryciu, poszukując swych bohaterów, apostołów Armagedonu.

Przez wszystkie te lata Perry czekał, cierpliwie wypatrując ostatecznego znaku, sygnału świadczącego, że Arka Boga zamierza przyzwać resztę jeźdźców, że pozostałe trzy aureole nie będą już leżały bezczynnie, że każda z nich wypełni swój określony cel w nadciągającej apokalipsie. Teraz Arka uznała, że nadeszła pora, by przywołać trzech towarzyszy Perry’ego.

Gdy Perry nałożył aureolę i głowę wypełniły mu boskie wizje, na ustach wykwitł mu lekki uśmiech. Długie oczekiwanie dobiegało końca.

1 Szałas potu (ang. sweat lodge) – niska chata lub szałas wykorzystywane przez Indian z Ameryki Północnej do kąpieli parowych, ceremonii leczniczych i modlitwy (przyp. tłum.).

ROZDZIAŁ 2

Heather McFarland zawsze wstawała wcześnie, lecz teraz sny budziły ją na długo przed świtem. Nie pamiętała, czego dotyczyły. Znała jedynie grozę, jaką po sobie pozostawiały.

Gdy tego ranka zeszła po schodach, cyfrowy zegar na kuchence mikrofalowej wskazywał czwartą czterdzieści trzy. Zdecydowanie za wcześnie, nawet jak na nią. Koszmary zaczęły się niedługo po rozpoczęciu letnich wakacji i po tygodniu przestała już próbować zasnąć ponownie po wybudzeniu z nich. Było to niemożliwe, miała bowiem silne wrażenie jakiejś nieprawidłowości. Żywiła nadzieję, że gdy w kolejnym tygodniu ruszy szkoła, sny się skończą.

Przygotowała sobie poranny kubek herbaty ziołowej i przeszła z nim na tylną werandę, gdzie spoglądała na słońce wyłaniające się zza górskiego horyzontu. Na wyżynie Nowego Meksyku świt miał w sobie coś czysto magicznego. Być może to dzięki powietrzu rozrzedzonemu na wysokości ponad dwóch kilometrów nad poziomem morza promienie migotały i tańczyły na skalnych urwiskach, zabarwiając je kolorem róży pokrytej rosą. A może dzięki sposobowi, w jaki czerwienie i żółcie jutrzenki rozlewały się po wschodnim niebie. Woń wysokich sosen wisiała w porannym powietrzu, chłodnym, jak na tę porę dnia, nawet na początku sierpnia.

White Rock było dla Heather domem przez niemal całe jej życie. W tym sypialnianym osiedlu Narodowego Laboratorium Los Alamos znajdowały się domy jej najbliższych przyjaciół, choć wielu znajomych ze szkoły żyło kilka kilometrów dalej, w granicach większego z miast. Heather zachichotała. Los Alamos i White Rock były pięknymi miejscowościami usytuowanymi w olśniewającym otoczeniu kanionów północnego Nowego Meksyku, lecz określenie „miasto” było nieco na wyrost.

Pomimo utrzymującego się niepokoju, jaki sen zaszczepił w jej umyśle, Heather czuła podekscytowanie. Jennifer i Mark mieli dziś wrócić z letnich wakacji. Choć wyprawa wzdłuż wybrzeża Alaski wydawała się fajna i dziewczyna nie czuła zawiści, że bliźniaki spędzały czas z bliskimi, to przez ostatnie kilka tygodni bardzo za nimi tęskniła.

Wciąż mieli parę dni, by popracować nad umiejętnościami wspinaczkowymi, zanim zacznie się szkoła i koszykówka skradnie wszystkie wolne chwile Marka. Jako trzecioklasista został na ten rok wybrany do licealnej drużyny. Będą jedynie musieli oderwać Jennifer od książek i przekonać ją, że aktywne przeżycie ostatnich dni lata jest ważniejsze niż czytanie o najnowszych teoriach komputerowych. Zadanie zapewne okaże się łatwiejsze, jeśli pozwolą jej zabrać ze sobą jakieś tomiszcze.

Gdy Heather piła trzeci już kubek herbaty ziołowej, czuła się niemal wystarczająco zrelaksowana, by rozważyć powrót do łóżka. Nagle rozległ się brzęk naczyń w kuchni – a więc matka już wstała i niedługo będzie wołać na śniadanie. Rozsuwane drzwi otworzyły się i na werandę wyszedł ojciec z parującym kubkiem kawy w dłoni.

– Dzień dobry, kochanie.

– Cześć, tato.

Gilbert McFarland był wysoki i szczupły, miał piwne oczy i usta wykrzywione w wiecznym uśmiechu. Jego gęste brązowe włosy zawsze kryły się pod starą, sfatygowaną czapką wędkarską, do której przyczepiono kilka ręcznie robionych much oraz przypinkę z napisem: „Taaaka ryba...”.

– Wygląda na to, że czeka nas kolejny piękny dzień.

– Ano. Ale przegapiłeś najlepszą część świtu.

– Razem z mamą oglądaliśmy go przez okno w sypialni.

– To się nie liczy. Szkło pogarsza widok.

– Hmm. Nie każdy się urodził, by wstawać przed słońcem. Jesteś głodna?

– Zaczynam być.

– To dobrze. Śniadanie już prawie gotowe.

Heather weszła za tatą do domu. Matka, Anna McFarland, krzątała się po kuchni i przy stole ze skutecznością sprawiającą wrażenie, jakby wszystko ustawiało się na swoich miejscach z własnej woli.

– Oj, wyglądasz dzisiaj na trochę zmęczoną – stwierdziła, dotykając czoła Heather. – Dobrze się czujesz?

– Tak, mamo. Po prostu trochę nie mogłam się doczekać, aż się obudzę.

Matka uśmiechnęła się porozumiewawczo.

– Tak, ciekawe dlaczego. Pewnie powinnam dostawić jeszcze dodatkowe krzesła.

Heather chciała właśnie powiedzieć, że nie jest pewna, kiedy wracają Smythe’owie, gdy rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Bliźniaki Smythe od lat jadały w domu Heather śniadanie i wszelkie inne posiłki, na które mogły się wprosić. Umiejętności kulinarne pani Smythe osnuwała legenda, ponieważ wykonane przez nią potrawy nie nadawały się do zjedzenia. Sama również ich nie lubiła, nie mogła więc winić Marka i Jennifer, że korzystali z gościnności McFarlandów. Za tę przysługę rodzina rewanżowała się regularnymi grillami, urządzanymi przez pana Smythe’a.

Heather otworzyła gościom i cofnęła się o krok.

– Wow. Wyglądacie świetnie. Nie sądziłam, że na Alasce można się opalić.

– Taa, jasne. – Mark wyszczerzył zęby. – Trochę wspinałem się po skałach i lodowcach. Spodobałoby ci się tam.

– To też dobre miejsce, by nadrobić zaległości w lekturze – rzekła Jennifer, ściskając się krótko z Heather.

Heather się roześmiała.

– Jesteście głodni? – spytała.

– Wygłodzeni – odparł Mark. – Dziś rano mało brakowało, by mama usmażyła omlety. – Wyraz zgrozy na jego twarzy sprawił, że Heather zaśmiała się jeszcze donośniej.

Jej matka mocno przytuliła bliźniaki na powitanie, skierowała je do krzeseł i puściła w obieg półmisek z naleśnikami, do którego opróżniania natychmiast wszyscy się zabrali. Zanim śniadanie dobiegło końca, McFarlandowie usłyszeli już wszystko o podróżach po Alasce, a także entuzjastyczną recenzję przeczytanej przez Jennifer biografii madame Skłodowskiej-Curie.

Z zewnątrz dobiegł klakson i ojciec Heather wstał, wycierając sobie brodę serwetką.

– Oho. Moja podwózka. Muszę lecieć.

– Baw się dziś dobrze w laboratorium – powiedziała Heather.

– Zawsze dobrze się bawię.

Choć nie miał doktoratu ani nawet magisterium, był jednym z tych nieodzownych ludzi znanych w laboratoriach jako technicy. Podobnie jak pan Smythe, czekający teraz na ich podjeździe. W tym tygodniu to jemu przypadło obsługiwanie kierownicy.

Ojciec Heather miał smykałkę do budowania mechanicznych wynalazków spełniających konkretne wymagania, nawet jeśli otrzymał jedynie pobieżne informacje. W zasadzie piastował stanowisko mechanika, lecz wyniósł swą pracę do rangi sztuki. Uwielbiał laboratorium, które zapewniało mu dostęp do świetnie wyposażonego warsztatu oraz możliwość budowania rozmaitych dziwactw dla naukowców.

Podczas gdy Gilbert McFarland był mistrzem wszystkiego, co związane z mechaniką, Fred Smythe rządził elektroniką. Nie istniało nic, czego nie potrafiliby wspólnie stworzyć albo ulepszyć. I jeszcze mieszkali obok siebie.

Gdy pan McFarland sięgnął do klamki, drzwi otworzyły się zamaszyście i został niemal przewrócony przez zwalistą sylwetkę wpadającego do salonu Freda. Zanim zdążył zareagować, sąsiad złapał pilota i włączył stary telewizor.

– Gil, chodź tu zaraz. Musisz to zobaczyć!

Na pasku u dołu ekranu widniały logo CNN oraz napis: WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJ CHWILI. Obraz z prezentera przeskoczył nagle na prezydenta siedzącego przy swoim biurku w Gabinecie Owalnym, na tle herbu oraz amerykańskiej flagi.

Prezydent zaczął przemawiać bezpośrednio do kamery:

– Drodzy rodacy. Z wielką przyjemnością oraz ekscytacją pojawiam się dziś przed wami z oświadczeniem, na które bardzo długo czekaliście, nawet o tym nie wiedząc. Przez te lata rządziło kilku prezydentów, wybuchło kilka wojen, odbyło się lądowanie człowieka na Księżycu i świat znalazł się w dzisiejszej niespokojnej sytuacji. W tym czasie rząd starannie strzegł sprawy o niezgłębionym znaczeniu naukowym. Jak okaże się już za chwilę, należało utrzymywać ją w tajemnicy, aby można było zbadać konsekwencje tego odkrycia dla bezpieczeństwa narodowego oraz publicznego. Ostatnie przełomy w badaniach sugerują jednak tak wielkie korzyści dla ludzkości, że w porozumieniu z czołowymi członkami Kongresu postanowiłem je upublicznić.

Prezydent przerwał na chwilę, a Heather zastanawiała się, czy się nie zgubił, czytając tekst z telepromptera. Wziął głęboki oddech i kontynuował:

– Pod koniec marca tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego roku armia Stanów Zjednoczonych odkryła tuż pod Aztec w stanie Nowy Meksyk miejsce katastrofy niezidentyfikowanego pojazdu latającego. Od tego czasu ponad wszelką wątpliwość ustalono, że miejsce jego pochodzenia znajduje się poza naszym systemem słonecznym. Mówiąc w skrócie, jest to okręt kosmiczny z innego świata, skonstruowany przy użyciu zaawansowanych technologii, z których części wciąż nie potrafimy rozszyfrować. Przez kilka ostatnich lat zespół naszych czołowych naukowców badał ów pojazd w ramach programu nazwanego Projektem Rho. Przekażę teraz głos naukowcowi kierującemu tym zespołem.

W domu McFarlandów zapanowało pandemonium. Pełne podekscytowania wrzaski zostały w końcu zagłuszone przez żądania ciszy ze strony państwa McFarlandów i pana Smythe’a.

Zamiast prezydenta na ekranie pojawił się stojący przy pulpicie w pomieszczeniu prasowym mówca. Wszyscy mieszkańcy okolic Los Alamos natychmiast go rozpoznali. Był to Donald R. Stephenson, zastępca dyrektora Narodowego Laboratorium Los Alamos, kierujący specjalnymi projektami, z których wiele pozostawało tajemnicą. Najwyraźniej jeden z nich miał właśnie zostać ujawniony.

Spoglądając na tego człowieka, Heather z jakiegoś powodu zawsze czuła się dziwnie, zupełnie jakby jego bystre spojrzenie wyłapywało ją z tłumu i przewiercało się przez nią na wylot. Był żylastym, szczupłym mężczyzną o atrakcyjnej twarzy, wysokim czole i wyrazistych ustach, wyglądających, jakby nigdy nie zostały zmuszone do wykrzywienia się w uśmiechu. W brązowych włosach wciąż nie było widać śladu siwizny, choć skończył już pięćdziesiątkę.

Ponadczasowy. Tak właśnie Heather określała w myślach profesora Stephensona. Mógł być w dowolnym wieku – podobnie jak Pat, zabawna postać nieokreślonej płci pojawiająca się w powtórkach starych odcinków Saturday Night Live. Na pewno nie można było odgadnąć, ile Stephenson miał lat, jedynie na niego patrząc.

Profesor Donald Stephenson był powszechnie uważany za najmądrzejszego człowieka na planecie. Opuścił wojsko w wieku mniej więcej dwudziestu pięciu lat i szybko obronił na MIT doktoraty z astrofizyki, matematyki oraz chemii. Trzy Nagrody Nobla przed ukończeniem czterdziestki wystarczyły, by zapewnić mu obecne wysokie stanowisko w laboratorium. Heather słyszała od ojca, że gdyby naukowiec nie był tak absolutnie niesympatyczny, bez wątpienia zostałby mianowany dyrektorem, a nie zastępcą, choć nie okazywał żadnej chęci odejścia od projektów, które trzymał pod ścisłą kontrolą.

Jej ojciec oraz pan Smythe nie cierpieli go, ale uczucie to podzielało w laboratorium tak wielu naukowców oraz techników, że nikogo nie dziwiło. Dziewczyna miała wrażenie, że Stephenson upajał się nienawiścią innych.

Teraz, w sali pełnej dziennikarzy, przemawiał spokojnie na tle sekwencji slajdów przedstawiających podłużny kształt obstawiony instrumentami, pracowników chodzących po kładkach przyklejonych do jego powierzchni oraz rampę sięgającą do wnętrza. Nie pokazano jednak ujęć środka pojazdu.

Choć Heather była zbyt podekscytowana, by śledzić monotonną przemowę, jej przekaz był jasny: niedawne przełomy w odcyfrowywaniu elementów obcej technologii zaowocowały wynikami tak istotnymi i zaskakującymi, mogącymi mieć taki wpływ na produkcję energii oraz zdrowie wszystkich ludzi, że po prostu nie można było dalej trzymać ich w sekrecie.

W nadchodzących tygodniach owe rezultaty miały zostać ujawnione wyselekcjonowanej grupie naukowców z całego świata celem przeanalizowania i zewnętrznej oceny, pozwalającej stwierdzić, czy można je bezpiecznie przekazać innym krajom.

Prezentacja slajdów skończyła się. Stalowoszare oczy profesora Stephensona omiotły salę.

– Teraz odpowiem na państwa pytania.

Zapanował harmider. Dopiero po pięciu minutach udało się na tyle uspokoić dziennikarzy, by dało się słyszeć wypowiadane w podnieceniu słowa:

– Dlaczego przez cały ten czas utrzymywano sprawę w tajemnicy przed mieszkańcami Ameryki?

– Czy niezależni naukowcy otrzymają dostęp do okrętu?

– Czy to odkrycie nie powinno zostać przekazane Organizacji Narodów Zjednoczonych?

Wciąż padały kolejne pytania, z których część przekazywano rządowi. Jednak natychmiast stało się oczywiste, że choć amerykański gabinet deklarował chęć podzielenia się technologią uzyskaną w ramach projektu, owa otwartość nie wiązała się z dostępem do samego pojazdu.

Gdy konferencja prasowa dobiegała końca, Heather przeszedł dreszcz. Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że zdoła sobie przypomnieć szczegóły ostatniego snu. Wrażenie zniknęło jednak, zastąpione utrzymującym się poczuciem grozy, z którym się obudziła.

ROZDZIAŁ 3

Mesa. Hiszpańskie słowo oznaczające „stół”. Heather nie pamiętała, dlaczego zaczęli nazywać swój ulubiony górski azyl tym określeniem. Wysoki skalny paluch rozciągający się pomiędzy dwoma głębokimi kanionami nie przypominał stołu ani nawet jego blatu.

W zasadzie przypominał setki innych miejsc w tym składającym się z czerwonych skał rejonie nowomeksykańskiej wyżyny. Wyglądał, jakby ziemia rozszczepiła się i popękała z trzech stron, po czym runęła do stromej rozpadliny, głębokiej na kilkadziesiąt metrów i rytej w skale przez tysiąclecia dzięki działaniu wody oraz wiatru.

Na rowerach górskich dotarli do tej odległej kryjówki, którą odwiedzali już przez dziesiątki weekendów. W tę pierwszą sobotę roku szkolnego do Mesy nie przywiodła ich jednak chęć wspinaczki ani poszukiwania zagubionych mitycznych kopalni złota, lecz zawartość dużego pudełka przymocowanego do pojazdu Marka.

Heather zatrzymała się z poślizgiem, opuściła stopkę, ściągnęła kask i zawiesiła go na kierownicy. Upajała się delikatnym podmuchem rozwiewającym jej włosy. Mark odpiął już pudełko i troskliwie przeniósł je między drzewami na polanę.

Na odcinku czterystu metrów grzbiet był płaski i pozbawiony drzew, po czym opadał stromo do kanionu. Przypominał Heather olbrzymi włochaty palec wskazujący na południowy zachód. Być może sam Coronado wykorzystywał go jako punkt orientacyjny w drodze powrotnej do Meksyku.

– Pomóż mi – poprosił Mark, odwijając opakowanie otulające jego cenny samolot.

Wyciągnęli pięknie pomalowany model samolotu Piper Cub wraz z silnikiem i nadajnikiem zdalnego sterowania. Budowali już wcześniej inne modele, ten był jednak najbardziej szczegółowy. Konstrukcja zajęła im większość lata i na razie mogli polatać tylko w pobliskim parku. Tym razem samolot miał odbyć prawdziwy dziewiczy lot poza bezpiecznym terenem szkoleniowym.

Mark trzymał mały lejek, zaś Heather napełniała zbiornik paliwa, uważając, by nie rozlać nic na ziemię.

Jennifer podeszła do nich, majstrując przy nadajniku. To jej pomysłem było przymocowanie do kadłuba mikrokamery nadającej bezprzewodowo sygnał wyłapywany przez aplikację w tablecie lub telefonie. Owszem, obraz nie miał szczególnie dobrej rozdzielczości i wymagał braku zakłóceń na linii pomiędzy kamerą a odbiornikiem, jednak ciekawie wzbogacał całość.

Heather skierowała sygnał do swojej komórki. Dzięki temu mogli zapisać kilka minut materiału wideo na karcie pamięci i odtworzyć je później. Ich ojcowie trochę pomogli, dając drobne wskazówki co do trudniejszych kwestii, jednak w większości wykonali pracę w trójkę, samodzielnie.

Widząc podniesiony kciuk Jennifer, Mark obrócił się do Heather.

– Jak prędkość wiatru?

Uniosła niewielki anemometr. Tworzące go cztery połówki piłeczek pingpongowych obracały się w lekkich podmuchach.

– Stabilna na czterech węzłach. Zapowiada się dobrze.

– OK, to ruszamy. – Mark obrócił niewielkie śmigło i silnik przy drugiej próbie ożył chrapliwie.

Jennifer przesunęła dźwignię przepustnicy i mechanizm zawył, po czym umilkł z powrotem. Jego odgłosy poniosły się przez cichą górską okolicę niczym jasny promień żarówki przez ciemną jaskinię. Sprawdziła sterowanie. Tym razem to Mark uniósł podniesiony kciuk, widząc, że powierzchnie kontrolne samolotu prawidłowo odpowiadają na komendy.

– Jak przekaz wideo? – spytała Jennifer, starając się przekrzyczeć wizg silnika.

– Wygląda dobrze, zwłaszcza gdy Mark nie wpycha twarzy w kamerę. – Heather się uśmiechnęła.

– Zabawne. – Mark pokręcił głową.

Jennifer podniosła pięć palców i opuszczała je po kolei, odliczając w dół. Silnik nabrał obrotów, gdy Mark wypuścił samolocik. Jennifer skierowała go w górę, po czym zatoczyła krąg ponad nimi. Chciała stopniowo zaznajomić się ze sterowaniem, zanim zabierze się do gwałtowniejszego wznoszenia i nurkowania.

Po kilku minutach Mark podszedł do niej.

– Moja kolej, Jen.

Dziewczyna uniosła brew, spoglądając w stronę brata, lecz oddała mu nadajnik i zbliżyła się do Heather.

– Jak obraz? – spytała.

Heather wzruszyła ramionami.

– Dobrze – odparła – ale gdy się tak kręcicie, dostaję choroby powietrznej.

Jennifer wyciągnęła rękę, by wziąć od niej telefon.

– Hej, Mark, może polataj trochę na stałej wysokości? – zaproponowała. – Leć przez chwilę prosto – poleciła, wpatrując się w ekran. – Właśnie minął krawędź.

– Nie oddalaj się zanadto – ostrzegła Heather.

Nagle samolocikiem szarpnęło w bok i w dół.

– Cholera, wpadł w podmuch – stwierdził Mark.

Chłopak walczył o odzyskanie kontroli nad górnopłatem, manewrując kciukami na bliźniaczych dżojstikach. Przez chwilę zdawało to egzamin, lecz nagle, akurat gdy czerwony model próbował wspiąć się z powrotem nad krawędź, obrócił się gwałtownie i pomknął w dół, znikając im z pola widzenia.

– Niech to diabli! – krzyknął chłopak, odkładając nadajnik, po czym pobiegł w stronę grani. Heather pędziła tuż za nim.

Gdy dotarli do miejsca, gdzie samolot zniknął, zatrzymali się. Na szczęście zbocze, choć strome, nie opadało tam pionowym urwiskiem tak jak kawałek dalej na prawo. Niestety, pokryte było gęstymi, ciernistymi krzewami. Rozglądając się z góry, nie widzieli miejsca, w którym spadła ich drogocenna zabawka.

– Chryste – jęknął Mark. – Możemy go nigdy nie znaleźć.

– Znajdziemy – odrzekła Heather, choć też nie miała na to wielkiej nadziei. – Ale będzie niefajnie.

Dogoniła ich Jennifer, trzymając telefon, na którym nagrało się wideo.

– Hej, spójrzcie na to. Odtwarzam ostatnie trzydzieści sekund przed katastrofą.

Mark i Heather ustawili się za jej plecami i spoglądali przez ramię, gdy uruchamiała klip. Obraz obracał się szaleńczo, po czym się uspokoił. Jennifer nacisnęła pauzę.

– Widzicie tamto miejsce? – spytała, wskazując samotną sosnę rosnącą wśród zbitych krzaków. – To drzewo?

Mark podszedł z powrotem do krawędzi i rozejrzał się po zboczu.

– Tak, chyba widzę.

– Dobra. A teraz obejrzyjcie końcówkę.

Przeskakując ostatnich kilka sekund klatka po klatce, obserwowali, jak ekran pokazywał na zmianę niebo i ziemię. Na końcowych kadrach widać było model wpadający w krzaki jakieś trzydzieści metrów w górę zbocza od sosny.

– Co to? – spytała Heather, wskazując ciemny ekran.

Mark zmrużył oczy, wpatrując się w wyświetlacz.

– To? – odparł. – Tylko ciemność po zderzeniu z ziemią.

– Nie. Tam. – Heather pokazała bladoczerwony blask w lewym górnym rogu ekranu.

Jennifer poprawiła okulary i nachyliła się nad małym wyświetlaczem.

– Nie wiem. Pewnie kamera się zawiesiła.

– Zejdę tam po niego – stwierdził Mark, wstając.

– Niefajnie. – Jennifer pokręciła głową, zerkając na gęste krzewy.

– Nie chcesz losować, kto pójdzie? – spytała Heather.

Mark roześmiał się.

– To miłe, ale nie. Ja go rozbiłem.

– OK – uznała Heather. – Płać cenę za bycie macho.

Mark schodził po skalistym zboczu, przesuwając się ostrożnie po wąskiej koźlej ścieżce, po czym wkroczył między krzaki. Dziewczyny obserwowały z góry, jak się przez nie przedziera.

Gdy zbliżył się do miejsca katastrofy, krzyknął z przestrachem i wychylił się w przód, nagle znikając. Z wysoka Jennifer i Heather dobrze widziały zbocze, jednak nie dostrzegały śladu towarzysza.

– Mark! Wszystko w porządku?

Jennifer dalej krzyczała, a Heather w tym czasie schodziła szybko po kamienistym stoku w stronę miejsca, gdzie ostatni raz widziała chłopaka.

– Zaczekaj! – zawołała Jennifer, pędząc ku niej z telefonem w dłoni. – Spójrz na to.

– Nie mamy czasu, by dalej oglądać nagranie.

– To przekaz na żywo.

– Co?

– Kamera wciąż nadaje. Nie zauważyłam tego, bo było niemal zupełnie ciemno. Ale popatrz na to.

Heather w zdumieniu otworzyła usta. Na ciemnym ekranie widziała nieruchomą sylwetkę Marka, słabo podświetloną czerwonym blaskiem.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Chcę podziękować Alanowi Wernerowi, z którym spędziłem wiele godzin na burzach mózgów i rozmowach, dzięki czemu moja powieść zyskała swój obecny kształt. Jestem wdzięczny również mojemu agentowi Paulowi Lucasowi, który ciężko pracował, by zaprezentować ją szerszemu audytorium. Mój utalentowany redaktor Jeff VanderMeer nadał ostateczny szlif wszystkim trzem powieściom z serii Projekt Rho – jego ekspercki wpływ jest w nich znakomicie widoczny. Wreszcie podziękowania należą się mojej żonie Carol, której miłość, wsparcie i zachęty sprawiają, że życie staje się piękniejsze.

O Autorze

Richard Phillips urodził się w 1956 roku w Roswell w stanie Nowy Meksyk. W 1979 roku ukończył Akademię Wojskową Stanów Zjednoczonych w West Point oraz szkolenie na rangersa. W podyplomowej szkole marynarki zrobił magisterium z nauk fizycznych, pracę zaliczeniową napisał w Narodowym Laboratorium Los Alamos. Przepracował trzy lata jako asystent w instytucie badawczym Lawrence Livermore, a następnie wrócił do wojska, by zaliczyć pozostały okres służby. Obecnie wraz z żoną Carol mieszka w Phoenix w stanie Arizona. Tworzy oprogramowanie symulacyjne dla amerykańskiego wojska, a w wolnych chwilach pisze powieści science fiction.

COPYRIGHT © 2012 BY Richard Phillips COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2017 COPYRIGHT © FOR TRANSLATION BY Piotr Kucharski, 2017

TYTUŁ ORYGINAŁU The Second Ship. Book One of the RHO Agenda

WYDANIE I

ISBN 978-83-7964-194-9

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

W książce przedstawiono fikcyjne wydarzenia i postacie. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, żyjących bądź martwych, jest przypadkowe i niezamierzone przez autora.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

ILUSTRACJA NA OKŁADCE Dark Crayon

PROJEKT OKŁADKI Dark Crayon, black gear Paweł Zaręba

REDAKCJA Joanna Mika-Orządała

KOREKTA Maria Brzyska, Agnieszka Pawlikowska

SKŁAD ORAZ OPRACOWANIE OKŁADKI „Grafficon” Konrad Kućmiński

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ pan@drewnianyrower.com

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow