Drugi miesiąc miodowy - James Patterson, Howard Roughan - ebook

Drugi miesiąc miodowy ebook

James Patterson, Howard Roughan

4,2

Opis

Ethan i Abigail Breslowowie zostają zamordowani w trakcie miesiąca miodowego. Ojciec Ethana, chcąc odnaleźć morderców syna i synowej, zleca zawieszonemu w służbie czynnej agentowi FBI, Johnowi O’Harze, przeprowadzenie prywatnego śledztwa. Kiedy jednak w trakcie miesiąca miodowego zostaje zamordowana kolejna para, staje się jasne, że ktoś poluje na nowożeńców.

W tym samym czasie agentka Sarah Brubaker tropi innego seryjnego zabójcę, którego ofiary łączy jednakowe imię i nazwisko: John O’Hara. Podążając tropem wskazówek zostawianych przez mordercę, Sarah odkrywa, że sprawa ma związek ze śmiercią siostry zabójcy, Nory, i agentem Johnem O’Harą. Kilka lat wcześniej John zajmował się sprawą Nory, „czarnej wdowy”, i miał z nią romans. Brat Nory obwinia go o jej śmierć i po ucieczce ze szpitala psychiatrycznego zaczyna mordować ludzi noszących to samo imię i nazwisko. Sarah otrzymuje polecenie skontaktowania się z Johnem, który ma ukryć się na czas prowadzonego śledztwa. Oboje jednak lekceważą polecenia swoich szefów i łączą siły, by rozwiązać obie sprawy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




O książce

Rajska wyspa, wspaniały hotel, drinki na plaży… I śmierć. Nowożeńcy Ethan i Abigail Breslow spędzają wakacje życia na Karaibach. Po leniwym poranku w łóżku wybierają się do sauny i ostatnie, co widzą, to oczy mordercy.

Po zgłoszeniu zbrodni na karaibską wyspę przybywa agent specjalny John O’Hara. I trafia do idyllicznego kurortu dla świeżo poślubionych par, czyli, krótko mówiąc – do piekła. O’Hara zdecydowanie nie wierzy w „żyli długo i szczęśliwie”. Dwa lata wcześniej jego żona została brutalnie zamordowana, a teraz jej morderca ma zostać zwolniony z więzienia.

Pracując nad sprawą zabójcy z Karaibów, O’Hara nie może się oprzeć obsesyjnym myślom o żonie i o tym, jak słodko smakowałaby zemsta…

JAMES PATTERSON

Czołowy amerykański autor powieści sensacyjnych, zdobywca Edgar Award, ma w swoim dorobku około stu książek, które ukazały się w kilku cyklach wydawniczych, m.in. Alex Cross, Kobiecy Klub Zbrodni, Michael Bennett. Jest również współautorem powieści dla młodzieży, np. Gimnazjum. Najgorzsze lata mojego życia, Czarownica czy Dar. Łączny nakład sprzedanych powieści Pattersona sięga 200 milionów egzemplarzy.

www.jamespatterson.com

HOWARD ROUGHAN

Zanim został pisarzem, pracował jako copywriter i dyrektor kreatywny w agencji reklamowej na Manhattanie. Debiutował w 2001 thrillerem The Up and Comer. Choć książka nie osiągnęła sukcesu komercyjnego, zebrała wiele pochlebnych recenzji i została dostrzeżona przez Michaela Douglasa, który zdecydował się kupić prawa filmowe. W 2004 Roughan opublikował Obietnice kłamstwa, a następnie, wspólnie z Jamesem Pattersonem, Miesiąc miodowy, Ostrzeżenie, Rejs i Drugi miesiąc miodowy sprzedane w milionowych nakładach.

Tego autora

DOM PRZY PLAŻYDROGA PRZY PLAŻYKRZYŻOWIECMIESIĄC MIODOWYRATOWNIKSĘDZIA I KATSZYBKI NUMEROSTRZEŻENIEBIKINIREJSPOCZTÓWKOWI ZABÓJCY (z Lizą Marklund)KŁAMSTWO DOSKONAŁEWYCOFAJ SIĘ ALBO ZGINIESZDRUGI MIESIĄC MIODOWYKobiecy Klub ZbrodniTRZY OBLICZA ZEMSTYCZWARTY LIPCAPIĄTY JEŹDZIEC APOKALIPSYSZÓSTY CELSIÓDME NIEBOÓSMA SPOWIEDŹDZIEWIĄTY WYROKAlex CrossW SIECI PAJĄKAKOLEKCJONERJACK I JILLFIOŁKI SĄ NIEBIESKIECZTERY ŚLEPE MYSZKIWIELKI ZŁY WILKNA SZLAKU TERRORUMARY, MARYALEX CROSSPODWÓJNA GRATROPICIELPROCES ALEXA CROSSAGRA W KOTKA I MYSZKĘJA, ALEX CROSSW KRZYŻOWYM OGNIUZABIĆ ALEXA CROSSAALEX CROSS MUSI ZGINĄĆMichael BennettNEGOCJATORTERROR NA MANHATTANIENAJGORSZA SPRAWAPrivate InvestigationsDETEKTYWI Z PRIVATEDETEKTYWI Z PRIVATE: IGRZYSKA

Tytuł oryginału:SECOND HONEYMOON

Copyright © James Patterson 2013All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Maria Gębicka-Frąc 2015

Redakcja: Marta Bratkowska

Zdjęcie na okładce: © Trevor Payne/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Projekt graficzny serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-147-8

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Moim cudownym rodzicom – Johnowi i Harriet Roughanom

PrologRzeczy, które wybuchają w nocy

1

Chłopiec pewnego dnia miał zostać sławny, ale teraz oczywiście nawet mu to przez myśl nie przeszło. Czy małe dziecko może przewidzieć przyszłość albo zacząć ją rozumieć? Siedmioletni Ned Sinclair wyciągnął rękę w ciemność, po omacku szukając ściany, gdy zatrzymał się przed swoją sypialnią. Nie ośmielił się zapalić światła w korytarzu. Nie ośmielił się wydać jakiegokolwiek dźwięku. Ani pisnąć. Jeszcze nie.

Powoli szedł na palcach w głąb długiego, wąskiego korytarza, czując przez stopki swojej piżamy z Supermanem chłód drewnianej podłogi w środku zimy w Albany. Drżał, zmarznięty na sopel, z zimna szczękał zębami.

Gdy szukał poręczy na szczycie schodów, jego ręka kołysała się jak wiotka gałąź na wietrze. Nie ma… ciągle nie ma… nagle – tak, jest – gładka krzywizna lakierowanej sosny pod czubkami palców.

Ściskając poręcz tak mocno, że zbielały mu kostki palców, zszedł na parter, bezszelestnie stąpając po kolejnych stopniach.

Wcześniej tego dnia Ned prawie zapomniał, jakie przerażenie budzi w nim noc. Jego starsza siostra, Nora, zabrała go do kina na nowy film, sequel Powrotu do przyszłości. Cztery lata wcześniej był za mały, żeby obejrzeć oryginał.

Siedząc w ciemnym kinie z wielkim kubełkiem popcornu na kolanach i RC colą w dłoni, był całkowicie, cudownie zaabsorbowany filmem, a zwłaszcza samochodem marki DeLorean.

Gdybym tylko mógł podróżować w czasie, pomyślał później. Już nie chcę tu być. Tu mi się nie podoba.

Nie było dla niego ważne, dokąd chciałby się udać, byle tylko jak najdalej stąd – i jak najdalej od tego przeraźliwego złego ducha, który nawiedzał dom późną nocą. Oboje z Norą zorganizowaliby wielką ucieczkę i później żyli szczęśliwie. Nowe miasto. Nowy dom. A w ogrodzie nowego domu? Wyłącznie żółte lilie, ulubione kwiaty Nory.

Ned ogromnie kochał swoją siostrę. Ilekroć dzieciaki z sąsiedztwa naśmiewały się z jego jąkania i okrutnie go przedrzeźniały – Ne-Ne-Ne-Ned – ona zawsze stawała w jego obronie. Nora była twarda jak żaden chłopak. Może tam, dokąd by się udali, mógłby ją poślubić.

Ale na razie wciąż tkwił w domu. Więzień. W pułapce. Leżąc bezsennie w każdą straszną noc, czekając na dźwięk, modlił się, żeby nigdy więcej się nie rozległ… ale zawsze się rozlegał.

Zawsze, zawsze. Zawsze.

Zły duch.

2

Ned skręcił w prawo u podnóża schodów, ręce wciąż prowadziły go w ciemności, gdy szedł po beżowej kudłatej wykładzinie przez jadalnię i gabinet ojca. Zatrzymał się przed drzwiami biblioteki ojca, do której pod żadnym pozorem nie wolno było mu wchodzić.

Zamarł, gdy zabulgotało i zagrzechotało ogrzewanie pod listwą przypodłogową, jakby ktoś szybko i mocno uderzał w stare, zardzewiałe rury. Następnie rozległ się szum płynącej wody. To wszystko. Nie usłyszał kroków ani głosów w domu. Tylko swoje serce szaleńczo tłukące się w klatce piersiowej.

Wracaj do łóżka. Nie możesz teraz walczyć ze złym duchem. Może kiedy będziesz większy. Proszę, proszę, proszę, wracaj do łóżka.

Tylko że Ned już nie chciał słuchać tego głosu rozbrzmiewającego w jego głowie. Teraz mówił do niego inny głos, znacznie silniejszy. Śmielszy. Nieustraszony. Kazał mu działać. Nie bój się! Nie bądź tchórzem!

Ned wszedł do biblioteki. Przy oknie stało mahoniowe biurko. Oświetlał je mglisty blask małego elektrycznego zegara z cyframi na klapkach, zmieniającymi się jak te na staroświeckiej tablicy wyników.

Biurko było wielkie, zbyt wielkie jak na taki pokój. Pod blatem, po lewej stronie trzy duże szuflady.

Ta, która miała znaczenie, znajdowała się na samym dole. Zawsze była zamknięta na klucz.

Ned oburącz sięgnął po stojący na biurku stary kubek do kawy, teraz służący do przechowywania piór, gumek i spinaczy. Odetchnął głęboko, niemal jakby liczył do trzech, i podniósł kubek.

Był tam. Klucz. Dokładnie tak jak tygodnie temu, gdy go odkrył. Ciekawski siedmiolatek potrafi znaleźć niemal wszystko, szczególnie kiedy nie powinien.

Ned wziął klucz, ścisnął go w palcach i wsunął do zamka w dolnej szufladzie.

Przekręcał go zgodnie z ruchem wskazówek zegara, aż usłyszał cichy szczęk.

Potem, równie ostrożnie, powoli, żeby nie narobić hałasu, wysunął szufladę.

I wyjął pistolet.

3

Olivia Sinclair usiadła w łóżku tak szybko, że lekko zakręciło się jej w głowie. Najpierw pomyślała, że włączyło się ogrzewanie, że zbudziło ją to okropne brzęczenie rur, które praktycznie wstrząsało całym domem.

Ale przecież właśnie dlatego przed pójściem spać wkładała do uszu woskowe zatyczki. Zawsze spełniały swoją funkcję. Nie pamiętała, żeby choć raz zbudziła się w środku nocy.

Do teraz.

Jeśli nie ogrzewanie i rury, to co? Musi być jakiś powód.

Olivia spojrzała w lewo, żeby sprawdzić, która godzina. Zegar na szafce nocnej wskazywał 00:20.

Obróciła się w prawo i spuściła nogi z łóżka, jej bose stopy szybko znalazły leżące na podłodze kapcie. W chwili gdy zapaliła światło, wstrząsnął nią kolejny hałas. Rozpoznała go od razu. Był to krzyk, straszny, po prostu okropny.

Nora!

Olivia wypadła z sypialni, popędziła długim, wąskim korytarzem w stronę światła dochodzącego z sypialni córki.

Kiedy stanęła w drzwiach, zapomniała o zawrotach głowy. Ogarnęły ją potworne mdłości.

Wszędzie była krew. Na podłodze. Na łóżku. Rozbryzgana na różowej ścianie pomiędzy plakatami Debbie Gibson i Duran Duran.

Oczy Olivii skakały po pokoju. Zaczerpnęła tchu. W powietrzu wisiał gęsty zapach prochu. W jednej szybkiej, przerażającej chwili zrozumiała, co się stało.

I co się działo od ponad roku.

Boże! Moja córka! Moja słodka, niewinna córeczka!

Nora siedziała skulona przy wezgłowiu łóżka. Rękami mocno obejmowała kolana. Była naga. Płakała. Patrzyła na swojego brata.

W kącie po drugiej stronie pokoju stał Ned. Biały niczym śnieg za oknami, nieruchomy jak posąg w swojej piżamie z Supermanem. Nie mógł nawet mrugnąć.

Olivia przez sekundę też stała jak skamieniała. Ale w następnej chwili było tak, jakby sobie przypomniała, kim jest. To jej dzieci.

Ona jest ich matką.

Podbiegła do Neda i uklękła, żeby go mocno przytulić. Zaczął coś mamrotać, powtarzał w kółko dwa słowa. Brzmiało to jak „Zły duch”.

– Ciiiii – szepnęła mu do ucha. – Wszytko w porządku. Wszystko dobrze, skarbie.

Potem bardzo ostrożnie wyjęła pistolet z jego ręki.

Powoli podeszła do drzwi i obejrzała się, jeszcze raz spoglądając na pokój. Jej córka. Jej syn.

I martwy „zły duch” na podłodze.

Podeszła do telefonu w korytarzu. Stała przez długą chwilę ze słuchawką w ręce. W końcu wybrała numer.

– Mówi Olivia Sinclair – powiedziała dyżurnemu policjantowi. – Właśnie zabiłam swojego męża.

Część pierwszaDziwny przypadek O’Harów

Rozdział 1

Ethan Breslow nie mógł powstrzymać się od uśmiechu, gdy sięgnął po butelkę szampana Perrier-Jouët chłodzącą się w ustawionym tuż obok łóżka wiaderku z lodem. Nigdy w całym swoim życiu nie czuł się bardziej szczęśliwy. Nigdy nie przypuszczał, że takie szczęście w ogóle jest możliwe.

– Jaki jest twój rekord w nienoszeniu ubrań podczas miesiąca miodowego? – zapytał żartobliwie, wyciągając swoje długie na metr osiemdziesiąt pięć, ładnie wyrzeźbione ciało, skąpo okryte prześcieradłem.

– Nie mogę tego wiedzieć na pewno. To mój pierwszy miesiąc miodowy – odparła jego świeżo upieczona żona, Abigail, opadając na poduszkę tuż obok niego. Jeszcze nie odzyskała tchu po ostrym seksie. – Ale w tempie, w jakim się posuwamy – dodała – niedługo będę miała przesyt.

Oboje się roześmiali, gdy Ethan nalewał szampana. Podając Abigail kieliszek, spojrzał głęboko w jej łagodne błękitne oczy. Miała tak piękne ciało i – piekielnie oklepany frazes – jeszcze piękniejsze wnętrze. Nigdy nie spotkał nikogo równie miłego i pełnego zrozumienia dla innych. Krótko mówiąc, uczyniła go najszczęśliwszym facetem na kuli ziemskiej. Czy bierzesz tego mężczyznę za męża?

Tak.

Ethan wzniósł kieliszek w toaście, bąbelki zamigotały w promieniach karaibskiego słońca wpadającego przez zasłonki.

– Za Abby, najwspanialszą dziewczynę pod słońcem – powiedział.

– Sam też nie jesteś taki znowu wstrętny. Mimo że nazywasz mnie dziewczyną.

Trącili się kieliszkami i w milczeniu sączyli szampana, rozkoszując się pobytem w bungalowie na plaży w Governor’s Club w Turks i Caicos. Wszystko było takie idealne – wonny aromat kwiatów dzikiej bawełny unoszący się pod baldachimem ich wielkiego łoża, łagodna bryza wpadająca przez otwarte drzwi tarasowe.

Na zupełnie innej wyspie – na Manhattanie – brukowce wylewały niezliczone kubły tuszu na opisy historii ich związku. Ethan Breslow, dziedzic stworzonego przez Breslowów imperium funduszy inwestycyjnych wysokiego ryzyka, kapitału wysokiego ryzyka i wykupów lewarowanych, niegdysiejszy złoty młodzieniec z nowojorskich kręgów imprezowych, wreszcie dorósł dzięki stojącej twardo na ziemi lekarce pediatrze Abigail Michaels.

Zanim się poznali, Ethan był notorycznym abnegatem. Brał narkotyki. Zmieniał kobiety jak rękawiczki. Imał się różnych zajęć. Próbował otworzyć nocny klub w SoHo, próbował wydawać czasopismo poświęcone winiarstwu, próbował zrobić film dokumentalny o Amy Winehouse. Ale nie wkładał w to serca. Ani trochę. W głębi duszy, tam gdzie naprawdę miało to znaczenie, nie miał pojęcia, co chce zrobić ze swoim życiem. Był przegrany.

A potem spotkał Abby.

Umiała się cieszyć życiem i była przezabawna, ale również konsekwentnie dążyła do wyznaczonego celu. Jej oddanie dzieciom naprawdę go wzruszyło i zainspirowało. Ethan zerwał z dotychczasowym stylem życia, rozpoczął i ukończył studia na wydziale prawa Uniwersytetu Columbia. Po pierwszym tygodniu pracy dla Children’s Defense Fund, organizacji zajmującej się pomocą dzieciom, padł na kolana przed Abby i poprosił ją o rękę.

I teraz byli tutaj, świeżo po ślubie, i starali się o własne dzieci. Naprawdę się starali. Stało się to takim ich prywatnym żartem. Nikt od czasów Johna i Yoko nie spędzał w łóżku tyle czasu razem.

Ethan przełknął ostatni łyk szampana.

– Więc jak myślisz? – zapytał. – Damy odsapnąć tabliczce NIE PRZESZKADZAĆ i wybierzemy się na przechadzkę po plaży? Może jakiś mały lunch?

Abby przytuliła się jeszcze mocniej, jej długie kasztanowe włosy opadły na jego pierś.

– Moglibyśmy tu zostać i zamówić lunch do pokoju – odparła. – Może po tym będziemy mieli trochę większy apetyt.

Jej słowa podsunęły Ethanowi interesującą myśl.

– Chodź ze mną – powiedział, podnosząc się z łoża z baldachimem.

– Dokąd? – zapytała Abigail. Uśmiechała się zaintrygowana.

Ethan podniósł wiaderko z lodem, wsunął je pod pachę.

– Zobaczysz.

Rozdział 2

Abby z początku nie była pewna, co o tym myśleć. Stojąc nago z Ethanem w łazience, położyła rękę na biodrze, jakby pytała: Żartujesz, prawda? Seks w saunie?

Ethan właśnie przed chwilą wyłożył jej swój pomysł.

– Myśl o tym jak o jednym z tych swoich ćwiczeń hot jogi – powiedział. – Tylko lepszym.

To przesądziło sprawę. Abby uwielbiała zajęcia hot jogi na Manhattanie. Nic lepiej nie poprawiało jej samopoczucia po długim dniu pracy.

Może z wyjątkiem tego. Tak, w tym pomyśle był wielki potencjał. Będą mogli śmiać się z tego przez następne lata. To będzie prawdziwe wspomnienie z podróży poślubnej. Albo, w najgorszym razie, fantastyczny sposób na spalenie kalorii!

– Ty pierwsza, kochanie – powiedział Ethan, z żartobliwą galanterią otwierając drzwi sauny. Governor’s Club słynął z luksusowych łazienek, wyposażonych w jacuzzi i sześciogłowicowe prysznice w wyłożonych marmurem kabinach.

Ethan zwinnym ruchem nakrył ręcznikiem ławkę pod ścianą. Gdy Abby się położyła, zwiększył temperaturę, potem polał wodą kamienie lawowe ułożone w kącie. W saunie zasyczała para.

Klęcząc na cedrowej podłodze przed Abby, sięgnął do wiaderka z lodem. Odrobina gry wstępnej nie zaszkodzi.

Pochylił się, trzymając w ustach kostkę lodu, i zaczął powoli przesuwać ją po jej ciele. Kostka ledwie muskała skórę, wędrując od szyi przez piersi i dalej, aż do palców stóp, które teraz podkulały się z rozkoszy.

– To… cudowne – szepnęła Abby z zamkniętymi oczami.

Czuła pełną siłę gorąca sauny, pot zaczynał spływać po skórze. To było upajające. Była cała wilgotna.

– Chcę cię mieć w sobie – wymruczała.

Ale gdy otworzyła oczy, nagle poderwała się z ławki. Patrzyła nad ramieniem Ethana, zawstydzona.

– O co chodzi? – zapytał.

– Tam ktoś jest! Ethanie, właśnie kogoś widziałam.

Ethan się odwrócił, żeby spojrzeć na drzwi ze szklanym okienkiem, odrobinę większym niż biblioteczna karta katalogowa. Nie zobaczył niczego – ani nikogo.

– Jesteś pewna? – zapytał.

Abby pokiwała głową.

– Najzupełniej. Ktoś przeszedł. Jestem pewna.

– Mężczyzna czy kobieta?

– Nie mam pojęcia.

– Pewnie tylko pokojówka – powiedział Ethan.

– Przecież na drzwiach wisi tabliczka NIE PRZESZKADZAĆ.

– Na pewno zapukała, tylko jej nie słyszeliśmy. – Uśmiechnął się. – Biorąc pod uwagę, jak długo wisi tabliczka, pewnie zaczęła się zastanawiać, czy jeszcze żyjemy.

Abby trochę się uspokoiła. Prawdopodobnie Ethan ma rację. A jednak…

– Możesz sprawdzić? – zapytała.

– Jasne – zapewnił. Dla hecy sięgnął po wiaderko z lodem i podniósł je na wysokość krocza.

– Jak wyglądam?

– Bardzo śmiesznie – odparła Abigail, w końcu z uśmiechem. Podała mu ręcznik z ławki.

– Za sekundkę będę z powrotem – powiedział, owijając się ręcznikiem w talii.

Chwycił gałkę drzwi i pociągnął. Nic się nie stało.

– Zaklinowały się. Abby, nie chcą się otworzyć.

Rozdział 3

– Co to znaczy, nie chcą się otworzyć?

W ułamku sekundy uśmiech zniknął z twarzy Abby.

Ethan szarpnął mocniej, lecz drzwi sauny ani drgnęły.

– Jak zamknięte na klucz – powiedział. Tyle że oboje wiedzieli, że w drzwiach nie ma zamka. – Pewnie się zaklinowały.

Przycisnął twarz do szyby okienka, żeby lepiej widzieć.

– Widzisz kogoś? – zapytała Abigail.

– Nie. Nikogo.

Uderzył pięścią w drzwi i krzyknął:

– Hej, jest tam kto?

Nie doczekał się odpowiedzi. Cisza. Niepokojąca cisza. Niesamowita cisza.

– I tyle w kwestii pokojówki – powiedziała Abby. Nagle coś wpadło jej do głowy. – Myślisz, że zamknęli nas tu złodzieje, żeby splądrować nasz pokój?

– Może – mruknął Ethan. Nie mógł wykluczyć takiej możliwości. Oczywiście, jako syn miliardera mniej się przejmował tym, że padnie ofiarą kradzieży, niż uwięzieniem w saunie.

– Co zrobimy? – zapytała Abby. Zaczynała się bać.

Zobaczył strach w jej oczach i to go przeraziło.

– Najpierw wyłączymy ogrzewanie – odparł, ocierając pot z czoła. Wcisnął guzik WYŁĄCZ na termostacie. Chwycił chochlę leżąca przy kamieniach lawowych i pokazał ją Abby. – To druga rzecz, jaką musimy zrobić.

Wepchnął drewnianą rączkę pomiędzy drzwi i futrynę jak łom, po czym naparł na nią całym swoim ciężarem.

– Działa! – krzyknęła Abigail.

Drzwi drgnęły na zawiasach, leciutko się uchyliły. Jeszcze odrobina wysiłku i… trach!

Rączka pękła jak zapałka, Ethan uderzył głową w ścianę. Kiedy się odwrócił, Abby zawołała:

– Krwawisz!

Miał skaleczenie pod prawym okiem, po jego policzku spłynął strumyczek czerwieni. Potem strumień. Abby lekarka widziała krew na każdy możliwy do wyobrażenia sposób i zawsze wiedziała, co robić. Ale teraz sytuacja wyglądała inaczej. To nie był jej gabinet ani szpital; nie miała gazików ani bandaży. Nie miała niczego. I to Ethan krwawił.

– Nic mi nie jest – zapewnił, żeby ją podnieść na duchu. – Wszystko będzie dobrze. Jakoś to rozgryziemy.

Nie była przekonana. To, co miało być gorące i seksowne, teraz było tylko gorące. Brutalnie gorące. Przy każdym wdechu powietrze parzyło wnętrze jej płuc.

– Jesteś pewien, że sauna jest wyłączona? – zapytała.

Prawdę mówiąc, Ethan już niczego nie był pewien. W saunie robiło się coraz goręcej. Jak to możliwe?

Mniejsza z tym. Jego asem w rękawie była rura w kącie, zawór awaryjny.

Stanął na ławce, przekręcił zawór na rurze. Rozległ się głośny syk. Jeszcze głośniejsze było westchnienie ulgi Abby.

Nie dość, że temperatura przestała wzrastać, to z kratki wentylacyjnej w suficie dmuchało zimne powietrze.

– Zrobione – oznajmił Ethan. – Przy odrobinie szczęścia włączyliśmy gdzieś alarm. Nawet jeśli nie, wszystko będzie dobrze. Wody mamy pod dostatkiem. W końcu nas znajdą.

Ale gdy tylko ostatnie słowo padło z jego ust, oboje zmarszczyli nosy, wciągając powietrze.

– Co to za zapach?

– Nie wiem – odparł Ethan. Cokolwiek to było, coś było nie w porządku.

Abby zakasłała pierwsza, desperacko poderwała ręce do szyi. Gardło się zaciskało, nie mogła oddychać.

Ethan próbował jej pomóc, ale parę sekund później on też już nie mógł oddychać.

To się działo tak szybko. Popatrzyli na siebie, łzy płynęły z ich zaczerwienionych oczu. Oboje dygotali, cierpiąc niewyobrażalne katusze. Nie mogło być gorzej.

Ale było. Kiedy Ethan i Abby upadli na kolana, bez tchu, zobaczyli dwoje oczu patrzących przez okienko w drzwiach sauny.

– Pomocy! – wykrztusił Ethan, wyciągając rękę. – Ratunku, proszę!

Ale oczy tylko patrzyły. Nieruchome i bezduszne. Ethan i Abby w końcu zrozumieli, co się dzieje. To morderca – morderca, który patrzył, jak umierają.

Rozdział 4

Mówiłem to tysiące razy. Nie zawsze wszystko jest takie, jak się wydaje.

Weźmy na przykład pokój, w którym siedziałem. Patrząc na eleganckie meble, kosztowne perskie dywany i obrazy w złoconych ramach, pomyślelibyście, że wszedłem do jakiegoś designerskiego domu pokazowego na przedmieściach.

Zdecydowanie nie do biura jakiegoś faceta na Lower East Side na Manhattanie.

Następnie weźmy samego faceta, który siedział naprzeciwko mnie.

Gdyby odrobinę bardziej odchylił się do tyłu, jego fotel na pewno by się wywrócił. Miał na sobie dżinsy, koszulkę polo i brązowe sandały marki Teva. Nigdy w życiu byście nie zgadli, że jest psychiatrą.

Jeszcze jakiś tydzień temu ja też wydawałem się całkiem wyluzowany. Nikt by nie powiedział, że byłem na skraju spuszczenia w klopie mojej w miarę obiecującej jedenastoletniej kariery w FBI. Dobrze to ukrywałem. Przynajmniej tak mi się zdawało.

Ale mój szef, Frank Walsh, był odmiennego zdania, delikatnie mówiąc. Frank zasadniczo założył mi werbalnego nelsona, wrzeszcząc na mnie swoim chrapliwym wskutek wypalania dwóch paczek dziennie głosem, dopóki się nie poddałem. Musisz iść do psychiatry, John.

Oto dlaczego zgodziłem się spotkać z nadzwyczaj wyluzowanym doktorem Adamem Kline’em w gabinecie urządzonym jak salon. Specjalizował się w leczeniu ludzi cierpiących na skutek „głębokiego stresu emocjonalnego spowodowanego utratą bliskiej osoby”.

Ludzi takich jak ja, John O’Hara.

Wiedziałem na pewno tylko to, że jeśli ten facet w końcu nie poręczy, że jestem zdrowy psychicznie, będę skończony w FBI. Kaput. Wylany. Sayonara w promocji.

Ale tak naprawdę nie na tym polegał problem.

Problem był w tym, że miałem to w dupie.

– Więc jest pan Doktorem Zgryzotą? – odezwałem się, opadając na fotel, który wyraźnie miał sprawić, że zapomnę, iż w rzeczywistości jestem „na kozetce”.

Doktor Kline z lekkim uśmiechem pokiwał głową, jakby dowcipkowanie na samym wstępie było właśnie tym, czego się po mnie spodziewał.

– A z tego, co słyszałem, pan jest Agentem Bombą Zegarową – odpalił. – Możemy zaczynać?

Rozdział 5

Facet zdecydowanie nie tracił czasu.

– Jak dawno temu zmarła twoja żona, John? – zapytał doktor Kline, od razu przechodząc do rzeczy.

Zauważyłem, że nie ma pióra ani notatnika. Nic nie zostanie zapisane. Po prostu słuchał. Prawdę mówiąc, spodobało mi się takie podejście.

– Została zabita mniej więcej dwa lata temu.

– Jak to się stało?

Patrzyłem na niego, nieco zbity z tropu.

– Nie czytał pan o tym w moich aktach?

– Przeczytałem wszystko. Trzy razy – odparł. – Chcę jednak usłyszeć to od ciebie.

Z jednej strony chciałem poderwać się z fotela i przywalić gościowi prawym sierpowym za to, że próbuje mnie zmusić do przeżywania na nowo najgorszego dnia w moim życiu. Ale druga część mojej osoby – ta mądrzejsza – rozumiała, że nie prosi mnie o nic, czego ja sam bym nie robił. Codziennie, ni mniej, ni więcej. Nie mogłem o tym zapomnieć.

Nie mogłem zapomnieć o Susan.

Susan i ja byliśmy agentami specjalnymi FBI, choć kiedy się poznaliśmy i wzięliśmy ślub, byłem tajnym detektywem w nowojorskiej policji. Gdy kilka lat później zostałem agentem, przydzielono mnie do zupełnie innej sekcji niż Susan, do wydziału walki z terroryzmem. Pomijając nieliczne wyjątki, Biuro tylko pod takim warunkiem zgadza się na zatrudnianie par małżeńskich.

Susan urodziła dwóch pięknych chłopców i przez jakiś czas było cudownie. Później przestało być. Po ośmiu latach wzięliśmy rozwód. Oszczędzę wam wyliczania powodów, zwłaszcza dlatego, że żaden nie okazał się dość wielki, żeby nas rozdzielić.

Jak na ironię, oboje zrozumieliśmy to dopiero wtedy, gdy pracowałem nad sprawą dotyczącą pewnej czarnej wdowy, seryjnej zabójczyni, która o mało mnie nie otruła. Susan i ja pogodziliśmy się i wraz z Johnem Juniorem i Maxem znów tworzyliśmy rodzinę. Do pewnego popołudnia mniej więcej dwa lata temu.

Opowiedziałem doktorowi Kline’owi, jak Susan wracała do domu z supermarketu, kiedy inny samochód przejechał na czerwonym świetle i worał się w bok jej auta z prędkością prawie stu kilometrów na godzinę. Ograniczenie na tej drodze wynosiło pięćdziesiąt. Susan poniosła śmierć na miejscu, podczas gdy ten drugi kierowca został ledwie draśnięty. Co więcej, sukinsyn był pijany.

Pijany prawnik, jak się okazało.

Odmawiając dmuchania w alkomat i decydując się na badanie krwi w szpitalu, zyskał parę godzin – dość, żeby poziom alkoholu spadł poniżej dopuszczalnego. Został oskarżony o spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym i dostał minimalny wyrok.

Czy to sprawiedliwe? Wy mi powiedzcie. On wróci do swoich dzieci, ja zaś musiałem posadzić moje i wytłumaczyć, że już nigdy więcej nie zobaczą swojej mamy.

Doktor Kline milczał przez kilka sekund, gdy skończyłem mówić. Jego twarz niczego nie zdradzała.

– Co kupowała? – zapytał w końcu.

– Słucham?

– Co Susan kupowała w supermarkecie?

– Słyszałem pana. Po prostu nie mogę uwierzyć, że to pierwsze pańskie pytanie po tym wszystkim, co powiedziałem. Czy to ważne?

– Nie powiedziałem, że ważne.

– Masło – mruknąłem. – Susan chciała upiec ciastka dla chłopców, ale nie miała masła. Czysta ironia, nie sądzi pan?

– Jak to?

– Mniejsza z tym.

– Nie, proszę, mów – zachęcił mnie doktor Kline.

– Była agentką FBI, wiele razy mogła zginąć w pracy.

Wtedy stało się tak, jakby wewnątrz mnie pstryknął jakiś włącznik. Albo może wyłącznik. Nie mogłem się opanować, słowa ze złością wylewały się z moich ust.

– Ale nie, zabił ją jakiś pijany dupek, gdy wracała z supermarketu!

Nagle zabrakło mi tchu, jakbym przed chwilą ukończył maraton.

– Proszę. Zadowolony pan?

Doktor Kline pokręcił głową.

– Nie, nie jestem zadowolony, Johnie. Jestem zmartwiony – powiedział spokojnie. – Czy wiesz dlaczego?

Oczywiście, że wiedziałem. Właśnie dlatego Biuro mnie zawiesiło. Właśnie dlatego mój szef, Frank Walsh, nalegał na to, żebym tu przyszedł na badanie głowy.

Stephen McMillan, pijany prawnik, który zabił Susan, niespełna tydzień temu wyszedł z więzienia.

– Myśli pan, że zamierzam go zabić, prawda?

Kline wzruszył ramionami, zbywając pytanie.

– Powiedzmy, że ludzie, którym na tobie bardzo zależy, martwią się o to, co być może planujesz. Więc powiedz mi, John… czy mają powody do obaw? Zamierzasz się zemścić?

Rozdział 6

Riverside w Connecticut leży jakąś godzinę jazdy od centrum Manhattanu. Dając upust drzemiącym we mnie ambicjom kierowcy wyścigowego Maria Andrettiego, pokonałem trasę w czterdzieści minut. Wszystkim, czego chciałem, był powrót do domu i uściskanie moich chłopców.

– Jezu, tato, chcesz mnie zmiażdżyć czy co? – pisnął Max, który rzucał piłką baseballową w siatkę ustawioną na naszym trawniku przed domem. Powiem, że jak na dziesięciolatka naprawdę miał do tego dryg, oczywiście uwzględniając ojcowskie klapki na oczach.

Wreszcie wypuściłem go z objęć.

– Jesteście spakowani? – zapytałem.

Tydzień temu zaczęły się wakacje. Max i jego starszy brat, John Junior, nazajutrz rano mieli jechać na miesięczny obóz.

Max pokiwał głową.

– Tak. Babcia pomogła mi wszystko ogarnąć. Nawet napisała markerem moje imię na wszystkich majtkach. Dziwne. Co najmniej.

Nie spodziewałbym się niczego innego po babci Judy.

– Są w domu? Oboje z dziadkiem?

– Nie. Pojechali na zakupy – odparł Max. – Dziadek chce steki na kolację. To nasz ostatni wspólny wieczór.

Po śmierci Susan jej rodzice, Judy i Marshall Holtowie, zdecydowali się na przeprowadzkę z Florydy, gdzie mieszkali od czasu przejścia na emeryturę. Powiedzieli, że nie dam rady samotnie wychować chłopców, wciąż pracując w Biurze, i mieli rację. Poza tym chyba wiedzieli, że kontakt z Maxem i Johnem Juniorem pomoże – choćby trochę – złagodzić ból po stracie córki, ich jedynego dziecka.

Byli absolutnie niesamowici od dnia przyjazdu i nie mógłbym w pełni wyrazić swojej wdzięczności za ich czas, miłość i poświęcenie, ale mogłem przynajmniej zafundować im czterotygodniowy rejs wycieczkowy po Morzu Śródziemnym, kiedy chłopcy będą na obozie. Zapłaciłem z przyjemnością, gdy jeszcze dostawałem z Biura czeki z wypłatą. Nie znaczy, że po zawieszeniu zmieniłbym zdanie. Chodzi o to, że w obecnych okolicznościach Marshall i Judy nigdy nie przyjęliby takiego prezentu. Po prostu tacy są.

– Gdzie jest twój brat? – zapytałem Maxa.

– Przy komputerze. A gdzie indziej? – odparł, przewracając oczyma pod swoją czapką Jankesów. – Komputeromaniak.

Max wrócił do eliminowania wyimaginowanych pałkarzy Red Sox, a ja wszedłem do domu i na górę do pokoju Johna Juniora. Naturalnie drzwi były zamknięte.

– Puk, puk – zapowiedziałem się, wchodząc od razu.

John Junior rzeczywiście siedział przy biurku przed komputerem. Na mój widok oderwał ręce od klawiatury.

– Daj spokój, tato, nie możesz naprawdę zapukać? – powiedział z jękiem. – Czy nigdy nie słyszałeś o prawie do prywatności?

Zachichotałem.

– Masz trzynaście lat, stary. Możesz ze mną dyskutować, gdy zaczniesz się golić.

Z uśmiechem potarł brzoskwiniowy meszek na podbródku.

– Może to nastąpi prędzej, niż myślisz – powiedział.

Miał rację. Mój starszy chłopak szybko dorastał. Może zbyt szybko.

John Junior miał jedenaście lat, kiedy stracił matkę, bardzo trudny wiek. W odróżnieniu od Maxa, J.J. był dość duży, żeby przeżywać wszystko jak dorosły – pełnię bólu i cierpienia, dotkliwe poczucie straty. Wciąż jednak był tylko dzieckiem. Właśnie dlatego uważałem to za ogromnie niesprawiedliwe. Tragedia przyspieszyła proces jego dojrzewania w sposób, na jaki nie powinno być narażone żadne dziecko.

– Nad czym pracujesz? – zapytałem.

– Aktualizuję swoją stronę na Facebooku – odparł. – Na obozie nie pozwolą nam tego robić.

Tak, wiem. Między innymi dlatego tam jedziesz, kolego. Zero gier wideo, telefonów komórkowych i laptopów. Tylko świeże powietrze i matka natura.

Stanąłem za nim i rzuciłem okiem na jego macbooka. Natychmiast się wkurzył, zasłaniając ekran rękami.

– Tato, to moje prywatne sprawy!

Nigdy nie chciałem być ojcem, który szpieguje swojego dzieciaka albo potajemnie loguje się do jego komputera, żeby sprawdzić, czy nie mówi albo nie robi czegoś, czego nie powinien. Ale też wiedziałem, że w internecie nie ma niczego „prywatnego”.

– Kiedy wrzucisz coś do sieci, każdy na świecie może to zobaczyć – powiedziałem.

– I co z tego?

– Dlatego musisz być ostrożny, to wszystko.

– Jestem – odparł. Odwrócił wzrok.

W chwilach takich jak ta naprawdę brakowało mi Susan. Ona by wiedziała, co powiedzieć i, równie ważne, czego nie mówić.

– John, spójrz na mnie.

Powoli uniósł głowę.

– Ufam ci – oznajmiłem. – Ale ty też musisz mi ufać. Ja tylko próbuję ci pomóc.

Pokiwał głową.

– Tato, wiem wszystko o zagrożeniach w sieci. Nie podaję żadnych osobistych informacji ani nic takiego.

– To dobrze – powiedziałem. I na tym koniec.

Przynajmniej tak myślałem. Wychodząc z pokoju Johna Juniora, nie miałem pojęcia, najmniejszego pojęcia, że czeka mnie rozgryzienie jednej z największych i najbardziej obłąkanych spraw w mojej karierze.

I że zacznie się szybciej, niż da się powiedzieć „Kolacja na stole”.

Rozdział 7

– Wiecie, jak Włosi nazywają kolację na dworze? – zapytała Judy, patrząc na swoich wnuków, jakby siedzieli nie przy naszym okrągłym stole na tarasie, ale w szkolnych ławkach.

Matka Susan przez dwadzieścia osiem lat uczyła w szkole podstawowej. Niełatwo wykorzenić stare nawyki.

– Skarbie, daj chłopcom spokój – powiedział Marshall, tnąc półkilogramowy stek. – Szkoła się skończyła.

Judy radośnie go zignorowała. Byli małżeństwem jeszcze dłużej, niż pracowała jako nauczycielka.

– Alfresco – kontynuowała. – To znaczy „na świeżym powietrzu”. – Powoli powtórzyła słowo, wymawiając je tak, jak brzmiałoby na jednaj z tych klasycznych taśm Berlitza do nauki języków. – Al-fres-co.

– Hej, chwileczkę, znam go! – wtrącił Marshall, mrugając do chłopaków zza okularów w drucianej oprawce. – Al Fresco! Razem walczyliśmy w Wietnamie. Dobry stary Al Fresco. Ależ był z niego agregat!

Max i John Junior wybuchnęli śmiechem. Zawsze się śmiali z żartów dziadka. Nawet Judy pozwoliła sobie na uśmiech.

Ja też się uśmiechałem. Patrzyłem na rodzinę, która została zdruzgotana przez tragedię, ale jakoś zdołała się pozbierać i żyła dalej.

Rany, jakieś myśli o pozbieraniu się i życiu dalej, O’Hara? Może odzyskasz swoją odznakę? Jakieś pozory życia. Tak? Nie?

Parę minut później Judy zrobiła coś, czego unikała od wypadku Susan. Zaczęła mówić o śmierci innej osoby. Przez jakiś czas na sam dźwięk tego słowa zaczynała płakać.

– Dziś w wiadomościach widziałam coś strasznego – powiedziała. – Ethan Breslow i lekarka, którą poślubił, zostali zamordowani w podróży poślubnej.

Marshall pokręcił głową.

– Nigdy nie przypuszczałem, że to powiem, ale naprawdę współczuję jego ojcu.

– Chwila… a kto to taki ten Ethan Breslow? – zapytał John Junior.

– Syn bardzo bogatego człowieka – odparłem.

– Bardzo, bardzo bogatego człowieka – dodał Marshall. – Warner Breslow jest kimś w rodzaju miliardera Donalda Trumpa… tylko mniej skromny.

Judy spojrzała na niego z dezaprobatą, choć nie miała zamiaru zaprzeczyć. Ego Warnera Breslowa zdobyło światową sławę. Miało nawet swoją własną stronę w Wikipedii.

– Złapali zabójcę? – zapytałem.

– Nie – odparła Judy. – W wiadomościach podali, że nie było żadnych świadków. Mlodzi chyba się wybrali do Turks i Caicos.

– Turks i gdzie? – zapytał Max, nieświadom, że właśnie sprowokował babcię do poprowadzenia kolejnej lekcji.

– Turks i Caicos – powtórzyła. – To karaibska wyspa, a w zasadzie dwie grupy wysp.

Gdy zaczęła krótką lekcję historii poświęconą Brytyjskim Indiom Zachodnim, w domu zadzwonił telefon. Miałem zamiar wstać, ale Marshall mnie ubiegł.

– Ja odbiorę – powiedział.

Niespełna dwadzieścia sekund później wrócił do stołu ze zdezorientowaną miną, dość zszokowany. Przyniósł aparat.

– Kto to? – zapytałem.

– Warner Breslow – odparł. – Chce z tobą mówić.