Druga szansa - Lidia Mariotti - ebook
Opis

MONIKA BORECKA, agentka gwiazd, ma wszystko:

karierę, pieniądze, pozycje w showbiznesie, przystojnego

narzeczonego… I traci to… w jeden wieczór. Co zrobi ze

swoim życiem? Książkowa wersja serialowego hitu TVN,

który śledziły ponad dwa miliony widzów, wydana w dniu

premiery jego drugiej serii. Wreszcie się dowiemy,

co naprawdę czuła Borecka!

 

Druga szansa” to pierwszy polski serial ukazujący kulisy działania

showbiznesu. Główna bohaterkę Monikę Borecką poznajemy, gdy

traci wszystko, co w życiu najważniejsze. Bedzie dzielnie walczyć,

zeby odzyskac dobre imie, prace i ocalic w tym bezwzglednym

swiecie wiare w ludzi. Czy odniesie sukces i bedzie szczesliwa?

Małgorzata Kożuchowska,

gra główną rolę w serialu „Druga szansa

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 396

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

ROZDZIAŁ 1

– Nazwisko?

Tęgi policjant spojrzał na kobietę. Po trzydziestu latach pracy nic nie mogło go już zaskoczyć. Nawet widok siedzącej przed nim dobrze ubranej blondynki. Bez wątpienia damy. I domniemanej dilerki narkotyków.

Minęły czasy, kiedy siadali tu wyłącznie niechlujni faceci o mętnym spojrzeniu albo ogoleni na jeżyka chłopcy z rozbieganymi oczkami. Teraz coraz częściej przyprowadzano mu skutych kajdankami ludzi pięknych, raczej majętnych i roztaczających wokół siebie aurę luksusu. Limuzyny, laptopy, modne gadżety i dokumenty pod pachą. „Intelektualiści” – zaśmiał się w duchu policjant. Pewni siebie nawet tutaj w takich okolicznościach. Nie pasowali do odrapanego komisariatu w stylu, który można by od biedy nazwać eklektycznym: trochę mebli z lat siedemdziesiątych, trochę z osiemdziesiątych, coś nowego, coś pożyczonego, coś przyniesionego z domu. A wszystko razem przywodziło na myśl osiedlowy klub w piwnicy. Nie da się ukryć, że ci pierwsi „interesanci” komponowali się z takim wnętrzem o wiele lepiej.

Taaak… Ta młoda i atrakcyjna kobieta w ogóle tu nie pasowała. Już sam jej biały strój mówił: „jestem z innego, lepszego świata”. Siedziała wyprostowana, świeża, miała piękną cerę i zadbane dłonie, które świadczyły o tym, że na pewno nie zajmowała się nigdy niczym brudnym. Chyba że… handlem narkotykami.

– Nazwisko? – spytał beznamiętnym tonem, wyćwiczonym przez lata pracy w zawodzie, którego już od dawna się nie lubi.

– Borecka – odparła. Mimo pewności siebie, z którą tu przed chwilą weszła, była teraz autentycznie wystraszona.

„Pobieranie odcisków palców robi swoje” – pomyślał.

– Monika Borecka – dodała, gdy wstukiwał niespiesznie na klawiaturze komputera jej nazwisko.

Westchnął. Podparł głowę rękami i zajrzał jej głęboko w oczy.

– Co pani robiła przed zatrzymaniem?

Spojrzała na niego wielkimi niebieskimi oczami. Zauważył, że drgnęła jej broda. Nie wzruszył się. Za łzawym wzrokiem może się kryć niewinna owieczka lub morderca.

Patrzyła na niego wyraźnie zdezorientowana. Chciała coś powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle. Policjant miał rację. Monika Borecka z całej siły starała się nie wybuchnąć płaczem. Zacisnęła zęby. „O nie, to nie w moim stylu. Nawet tutaj. Jestem silna, jestem silna, jestem silna…” – powtarzała w myślach. Chociaż po raz pierwszy w życiu nie miała pojęcia, co się wokół niej dzieje.

Wzięła głęboki oddech. Przecież jest mistrzynią w panowaniu nad sytuacją…

Poczuła ostre ukłucie w brzuchu, ostatnio doznała go chyba podczas matury. Spojrzała na policjantkę, która ją tutaj przyprowadziła, ale ta, spłoszona, odwróciła wzrok. Młoda aspirantka nie chciała, by przyłapała ją na lustrowaniu jej wyglądu.

Śnieżnobiała marynarka z dwoma rzędami ciężkich guzików i ozdobnych sznurów, inspirowana mundurem szaserów z czasów napoleońskich. „Pewnie od któregoś z tych projektantów na topie, jeden łaszek w cenie mojej miesięcznej pensji. Albo i dwóch. Buty… trzy pensje, zresztą co za różnica”.

Krótkie, zawadiacko uniesione włosy to też niewątpliwie zasługa modnego stylisty fryzur, którego mogłaby znać co najwyżej z TVN, i to tylko wtedy, gdyby akurat miała wolne, czyli w zasadzie nigdy.

„No ale – pocieszyła się szybko – ta lady w bieli ma to wszystko dzięki przestępczemu procederowi”. – Przyjrzała się jej jeszcze raz. Wyglądała na autentycznie zagubioną. „A co tam” – pomyślała, w końcu to nie jej sprawa. Zaczęła szybko przerzucać ostatnie raporty.

Monika Borecka wzięła głęboki oddech, starając się skupić na pytaniu policjanta.

– Co robiłam przed zatrzymaniem? – powtórzyła matowym tonem. – Opowiem panu…

************

Na wariackich papierach, tak można by w skrócie określić ten dzień. Ale z drugiej strony – dzień jak co dzień. Taki w każdym razie miał być. No, może jednak trochę inny, bo właśnie nadszedł ten moment, gdy w rubryce „wiek” cyferkę „3” na początku należy zamienić na „4”.

Tak, Monika Borecka kończyła czterdzieści lat. Kiedy to się stało!? Nie miała czasu zastanowić się nad tym dłużej.

Jeszcze przed południem wjechała swoim czarnym bmw niemal w środek planu filmowego. Liczyła się każda minuta. Dookoła kręciła się ekipa serialu (obowiązkowo w kurtkach typu parka). Korzystali z niezapowiedzianej przerwy, ucinając sobie pogawędki albo puszczając szybkiego dymka. Dziennikarze z mikrofonami w rękach przechadzali się nerwowym krokiem przed drzwiami studia. A gwiazdy, dla której wszyscy się tu zebrali – nie było. Igor Szot zaginął.

– Prosimy państwa o chwilę cierpliwości. Za dziesięć minut zaczynamy – rozległ się przez megafon uspokajający głos kierownika planu na przekór jego samopoczuciu. Finalny odcinek serialu właśnie obracał się w zgliszcza. Ale obecność wścibskich pismaków zmuszała do zachowania pozorów porządku.

Monika wyskoczyła z samochodu. W dżinsach rurkach, czarnych butach na obcasach i luźnym swetrze w tym samym kolorze, zarzuconym na białą koszulę, wyglądała elegancko. Zwłaszcza przy młodej kobiecie z rozwichrzonymi ciemnymi włosami i przewieszoną niedbale przez ramię torbą. Biegła w jej stronę, uważając, by nie rozlać trzymanej w dłoniach kawy w papierowym kubku.

Przywitały się szybkim cmoknięciem; dziewczyna podała jej ­kubek.

– Cześć, no i co tam? – zapytała Monika i od razu zaczęła pić kawę, bo tego teraz właśnie najbardziej potrzebowała. – Dzięki, jesteś aniołem – dodała szybko, pociągając kolejny duży łyk. Asystentka bezbłędnie odczytywała jej potrzeby.

– Jakaś masakra – relacjonowała podenerwowana. – Miała być kręcona ostatnia scena i konferencja prasowa. Wszystko już gotowe, a tu nagle Igor odebrał telefon i… zniknął. – Pstryknęła palcami.

– No i co, nie wiesz, gdzie jest?

– Szukamy go od godziny.

– Dziennikarze już coś wiedzą?

– Jeszcze nie.

– I niech tak zostanie – zarządziła Monika, zarzucając torbę na ramię i zdecydowanym krokiem ruszając do hali Zeit Studio.

Monika Borecka od lat była menedżerką gwiazd. A co ważniejsze, była też gwiazdą wśród menedżerek. I współwłaścicielką firmy producenckiej Zeit. Znała w branży wszystkich, których należało znać. Jeśli ktoś nie znał jej, to znaczyło, że był spoza branży. Swojej mocnej pozycji nie osiągnęła drogą na skróty, lecz ciężką harówką. A na pewno nie odniosłaby sukcesu, gdyby traciła głowę z byle powodu. Stalowe nerwy w jej zawodzie to podstawa.

Otwierając wielkie metalowe drzwi hali, miała już plan awaryjny. Punkt pierwszy: znaleźć Igora Szota. Teraz. Bo za pięć minut będzie już za późno.

Za pięć minut na portalu plotkarskim napiszą: „Zaginął Igor Szot. Z kim i gdzie?” albo: „Plan filmowy najbardziej popularnego serialu stoi. Wszyscy szukają Szota”.

Monika nie mogła do tego dopuścić. „Gdzie jest ten operator!?”… Minęła jeden korytarz, drugi… W końcu go znalazła. Jadł coś, czytając gazetę. – Uruchom sprzęt – rzuciła. Kamera pofrunęła nad ściankami dzielącymi scenografię na różne pomieszczenia. Pochyliła się nad monitorem... Jest!

Igor Szot leżał w wannie. Ze szklanką whisky.

„Jesteśmy w domu” – pomyślała.

– Dzięki – rzuciła uśmiech kamerzyście, zmierzając do filmowej łazienki.

Mission complete. Igor uratowany, serial uratowany, świat uratowany. Zajęło to Monice dziesięć minut. Przekonała Igora, że za następny występ w supermusicalu – w którym zagra dzięki niej główną rolę – zdobędzie fortunę. I będzie mógł latać do Czech, dokąd żona po kolejnej awanturze zabrała dzieci.

Poza umiejętnościami negocjacji kosztowało ją to też trochę wysiłku fizycznego: wdrapania się po drabinie – przydźwigała ją sama i postawiła przy ścianie łazienki, w której zamknął się aktor. A także siły perswazji („Nie chrzań! Nie po to załatwiłam ci rolę, żebyś to teraz spieprzył!”), której używała w sytuacjach podbramkowych.

Gdy wyszli na plan, oślepił ich blask fleszy i otoczył wianuszek reporterów oraz fotografów. – Pani Moniko, jest szansa na jakiś dłuższy wywiad? – zagaił jeden z dziennikarzy.

– Wszystko w swoim czasie – przeprosiła z uśmiechem i zgrabnie wymknęła się sępom.

Wpadła wprost na Jakuba Zeita.

– Co tak późno? – zapytała z lekką przyganą w głosie.

– Nie chciałem ci przeszkadzać – odparł z uśmiechem. Rozbrajał ją nim zawsze; w ułamku sekundy z tykającej emocjami bomby zamieniała się w słodkiego kociaka z reklamy karmy.

– Jestem twoim największym wyznawcą… fanatykiem – zajrzał jej głęboko w oczy, wciąż się uśmiechając.

Doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego uroku. Nawet gdyby nie ubierał się w ciuchy od najznakomitszych zachodnich projektantów i nie jeździł nowym porsche, też ścigałyby go westchnienia kobiet. Taki już był: pewny siebie zdobywca. Wybraniec bogów, któremu wszystko przychodziło z łatwością. A przynajmniej stwarzał takie pozory.

Jego firma producencka Zeit Studio z takim szefem skazana była na sukces. To tu powstawały największe hity telewizyjne. A Monika była jego prawą ręką.

Ujęła go swoją normalnością w tym zwariowanym światku show-biznesu. Kilka lat temu zakochał się w tej pięknej, błękitnookiej blondynce o skandynawskim typie urody. Choć do tej pory wolał życie singla, złamał swoje zasady i niemal natychmiast zaproponował jej wspólne zamieszkanie.

Odtąd tworzyli tandem doskonały – w życiu i w pracy.

– Monika… – nachylił się nad nią i nagle spoważniał. Tam, gdzie zaczynały się interesy, kończył się urok słodkiego urwisa. Stał teraz przed nią poważny, odpowiedzialny biznesmen. – Wiem, że nie muszę ci tego mówić… – podał jej czarną teczkę z dokumentami – ale… wygraj dla nas ten przetarg.

Popatrzyła mu w oczy i odpowiedziała z przekonaniem: – Wiadomo.

Ten jej spokój szalenie mu imponował. Jej pewność siebie i przebojowość połączona z naturalną kobiecością. Nadstawiła usta do pocałunku. Pocałował ją i wciąż z tą powagą, która pociągała ją tak samo, a może nawet bardziej niż szelmowski uśmiech, powiedział niskim głosem: – Kocham cię.

Rzuciła mu długie, zalotne spojrzenie i wymruczała: – Wiem.

Znów się uśmiechnął, kiedy zerknęła jak nauczycielka, która musi skarcić niesfornego, ale ulubionego ucznia. Są przecież w pracy!

Po chwili już biegła z powrotem do samochodu, za godzinę ma być u prezesa wielkiej telewizji, by walczyć o kontrakt życia. Wsiadając, usłyszała, jak Jakub zaprasza wszystkich pracowników planu na ostatnie ujęcie serialu.

– Chodźcie, chodźcie, kochani… Szampan czeka! – zachęcał, rozpinając swój ekstrawagancki fioletowy płaszcz, pod którym miał czerwony sweter i śnieżnobiałą koszulę z ciemnym krawatem. Poluzował go, ale tylko odrobinę i spojrzał na kosztowny zegarek: Monika ma godzinę na przygotowanie się do spotkania, ale właściwie nie potrzebuje tyle czasu – nawet wyrwana do pracy w środku nocy wyglądałaby i zachowywała się profesjonalnie.

Istotnie, wkrótce była już w drodze. Zwolniła przed światłami na rondzie Daszyńskiego. Nieopodal, w kawiarnianych ogródkach, ludzie jedli lunch, dookoła pędziły samochody. Zatrzymała się na czerwonym świetle, wystukując palcami na kierownicy rytm piosenki lecącej w radiu. Zadzwonił telefon.

– Trzeba było tak od razu – zaśmiała się, usłyszawszy propozycję gaży dla Sary Daymer, celebrytki z jej stajni gwiazd. – Obiecuję, że będzie punktualna. I miła!

Sara była urodzoną gwiazdą. Piękna i kapryśna. To ostatnie czyniło ją najbardziej uciążliwą spośród uciążliwych aktorów, których Monika miała pod swoimi skrzydłami. Ale czego się nie wybacza prawdziwej gwieździe!

Marilyn Monroe była jeszcze bardziej kapryśna, a jednak do dziś kochają ją miliony ludzi. Wiedziała, że to słabe pocieszenie, ale starała się nie zaprzątać sobie tym głowy. Przymykała oko na kaprysy Sary, jej nagłe niedyspozycje, zmiany nastroju, wygórowane wymagania i inne niedogodności – dla dobra sprawy.

Dbała o nią także jako przyjaciółka, starała się jej dogodzić. Ale to było raczej niewykonalne.

************

Marcin Kryński spoglądał w lustro z niechęcią. Nie żeby się nie lubił. Widywał brzydszych facetów. Ale te wszystkie pędzle, podkłady, fluidy i ta kobieta, a w zasadzie dziewczyna lat około dwudziestu, która jakąś gąbką wsmarowywała mu w twarz beżową maź z takim przejęciem, jakby ratowała mu życie. A przecież tylko malowała go do występu w telewizji.

Nachyliła się, poczuł jej perfumy… I masz, dotknęła biustem jego ramienia. Drugi raz. To już nie mógł być przypadek!

Odsunął się nieco. Dziewczyna na sekundę znieruchomiała. Ręka z gąbeczką zawisła w powietrzu.

„Nic z tego nie będzie” – przemknęło jej przez myśl.

Czyżby gej? Niemożliwe. Męski do bólu. Twardziel w typie Ala Pacina. Brunet z modną krótką brodą. I to spojrzenie: niby surowe, a łagodne, takie, które zmiękczy każde kobiece serce, nawet gdyby było z tytanu.

I w dodatku kardiochirurg. Nie – zerknęła na fiszkę z notatką – chirurg. Transplantolog. Jeszcze lepiej! Gdy tu wchodził, nie było takiej, która by się nie obejrzała. Oczywiście dyskretnie. I oczywiście każda zazdrościła, że to ona będzie go malować.

Zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Czyżby mu się nie podobała? Jak to możliwe? Co z nią nie tak? Mięta z sałatki tabbouleh między zębami, którą zjadła podczas lunchu?

Nie, wszystko correct.

Dziwny jakiś. Ważniak. Musi jeszcze podkreślić mu oko.

No i z tego wszystkiego masz! Zadrżała jej ręka i prawie wsadziła mu kredkę do oka. Znów gwałtownie się odchylił. Żachnęła się:

– Jak się pan będzie tak wiercił, to potrwa to dłużej.

Marcin zamknął oczy. Jeszcze trochę cierpliwości… W końcu przyszedł tu dla dobra sprawy.

– Wejdziecie najwcześniej za pół godziny – dodała makijażystka. – Prowadzącego nawet jeszcze nie malowałam…

Otworzył oczy.

– Pani żartuje!?

Zadzwoniła jego komórka, sięgnął po aparat.

– Zaraz będę – rzucił do słuchawki, wstając i zdejmując fartuch, który założyła mu makijażystka.

– Proszę pana…

W drodze do wyjścia szybkim ruchem pozbył się mikroportu. Podał go dziewczynie bez słowa. Zaskoczona, zaniemówiła z mikroportem w jednej dłoni i gąbeczką w drugiej.

Marcin był zły. Co oni sobie myślą w tej telewizji? Że może wrócić do pacjenta dopiero po operacji? Że on poczeka na stole operacyjnym, poleży sobie jak w spa albo podadzą mu kawę, ciasteczko i kolorowe czasopisma jak w poczekalni u fryzjera?

A gdyby miał dziś przeszczep? Jasne, nie umówiłby się wówczas na wywiad, ale oni przecież nie wiedzieli, czy nie miał na dziś zaplanowanej jakiejś operacji. Jego praca była po-waż-na. W przeciwieństwie do tej tutaj: pogaduszek i gąbeczek.

Nie, stanowczo nie nadawał się do takich fanaberii. To nie dla niego. „Wejdziecie najwcześniej za pół godziny” – oburzył się na samo wspomnienie tej próby rozporządzania jego drogocennym czasem. To było nie do przyjęcia. Następnym razem wyśle rzecznika albo mniej zagonionego kolegę z branży.

A teraz wraca do szpitala. Bez dyskusji!

Nagle usłyszał za sobą na korytarzu stukot obcasów. To biegła za nim asystentka produkcji.

– A wywiad? – spytała zadyszana. – Byliśmy umówieni!

– Tak, ale dawno temu – odparł stanowczo.

– Nie może pan tak po prostu wyjść przed nagraniem! Wszyscy czekają!

– Jak pani widzi – mogę. I wychodzę. Też czekałem czterdzieści minut. Teraz potrzebują mnie gdzie indziej…

Asystentka nie dawała za wygraną.

– Ale to nagranie na żywo! Sprawa życia i śmierci!

Spojrzał na nią przeciągle, po czym odpiął od marynarki identyfikator. Podał go oniemiałej dziewczynie.

– Do widzenia. – Zdobył się na uśmiech, po czym skierował się do windy.

– Dół? – zapytał, wchodząc do środka i dotykając przycisku na panelu.

– Góra – odparła kobieta, nie odrywając oczu od ekranu telefonu.

Drzwi się zamknęły, winda ruszyła, nim zdążył wyjść. Utkwił wzrok w ścianie.

Nagle zamigotało światło. Winda stanęła, a potem ruszyła i runęła w dół.

Kobieta krzyknęła i przywarła do ściany. Marcin przypadł do drugiej. Winda zatrzymała się z gwałtownym szarpnięciem.

Zgasło światło. Zrobiło się całkiem ciemno.

– Nie! – Kobieta nie zamierzała przyjmować tego pokornie. – Błagam… Nie teraz…

Marcin usłyszał, jak nerwowo wdusza przyciski, a potem wali w drzwi.

– Halo! Jest tam kto? Halo!

Marcin wciąż milczał. Zapewne nie byłby taki spokojny, gdyby taka awaria zdarzyła się podczas operacji.

Jego towarzyszka nie dawała jednak za wygraną. Jak oszalała wrzeszczała z całych sił:

– Halo! Jesteśmy w windzie! Winda się zacięła! Halo! Ratunku! Wypuśćcie nas!

„Co za temperament” – przeszło mu przez myśl.

Nie drgnął mu nawet jeden mięsień twarzy. Stres zawsze towarzyszył jego pracy. Nauczył się niczym treser dzikich zwierząt oswajać go i ujarzmiać. Gdy przystępował do operacji, musiał mieć spokojną głowę, a ręka nie miała prawa drgnąć. Nauczył się tego dawno temu i niewiele sytuacji było w stanie wyprowadzić go z równowagi. A już na pewno nie zatrzymanie się windy między piętrami.

Tymczasem tutaj miał do czynienia z rzadko spotykanym zjawiskiem. Zupełnie jakby oglądał na Discovery program o uwięzionym w klatce, miotającym się zwierzęciu… i wysiadłaby wizja.

Fonia jednak została.

Przewrócił oczami... Kobieta krzyczała jak opętana. Chociaż… na tle tego całego telewizyjnego cyrku wydawała się autentyczna.

– Nie usłyszą pani… – stwierdził rzeczowo. I zaraz pomyślał, że tylko niepotrzebnie traci energię.

– Od piętnastu lat jeżdżę tymi windami, wie pan? – Ku swojemu zaskoczeniu usłyszał, że kobieta po raz pierwszy nie krzyczy, lecz mówi. – I dziś, właśnie dziś, gdy mam najważniejsze spotkanie w karierze… Co za pech…

– To nie pech – odparł. – To awaria.

– Kwestia interpretacji – odparowała wyraźnie poirytowana. Usłyszał, jak zdejmuje coś, pewnie marynarkę, rzuca ją na podłogę i siada. A jednak jego spokój zadziałał. Jak zwykle. Też usiadł i oparł się o ścianę, gdy nagle błysnęło światło. Włączyła się lampa awaryjna.

Marcin, mrużąc oczy, przyjrzał się współtowarzyszce niewoli. No cóż, nie dało się ukryć, że w rozchełstanej podczas ataku paniki bluzce z głęboko rozpiętym dekoltem – wyglądała niewątpliwie seksownie.

Gdyby zamiast krótkich blond włosów miała długie rude, przypominałaby tę amerykańską aktorkę zdejmującą rękawiczkę, Ritę Hayworth. Albo tę polską, od Kilera.

„Może to aktorka – pomyślał – a jeśli tak, to z pewnością dramatyczna”.

 – Nie ma zasięgu – przerwał krępującą ciszę. – Prędzej czy później i tak nas ściągną.

Kobieta przestała walić w drzwi i spojrzała na niego.

– Może ja nie mam robić tego serialu? – zastanawiała się głośno. – Może to jakiś znak?

– Znak? – spojrzał na nią, powstrzymując uśmiech. – A wszechświat od bilionów lat pracował nad tą sytuacją specjalnie dla pani.

Kobieta spojrzała na niego niczym uwięziona pantera, obserwująca, jak ktoś zabiera jej małe.

– Tak. Tak właśnie myślę… I dla pana też.

– Tak – potaknął – jasne.

Wbił z powrotem wzrok w ścianę. Nagle zobaczył wyciągniętą dłoń.

– Borecka. Monika Borecka. Pracuję w Zeit Studio. Jestem agentką.

Zerknął na nią, kiwnął głową. Po czym wrócił do studiowania ściany naprzeciwko.

Spojrzała na niego zaskoczona.

– A pan?

Rzucił niechętne spojrzenie.

– Nie musi pani tego robić.

Monika spojrzała na niego badawczo. Nikt nie wybiera sobie osoby, z którą utkwi w windzie, ale ona trafiła wyjątkowo źle. Owszem, może jest przystojny, opanowany i chyba trochę podobny do Ala Pacina… ale zaczynał ją drażnić.

– A zna pan lepszy sposób na zabicie czasu niż rozmowa? – zapytała zaczepnie.

Znów potaknął, wpatrując się w ścianę. Upłynęło kilka sekund, a zdaniem Moniki prawie wieczność, nim w końcu usłyszała:

– Tak… Cisza.

„Co za dziwak” – pomyślała i tym razem to ona wbiła wzrok w tę samą ścianę. Na szczęście nie wiedziała, co dzieje się teraz w głowie Jakuba.

Jakub Zeit chodził szybkimi, nerwowymi krokami po hali zdjęciowej z komórką przyklejoną do ucha. Przeżywał horror. Tym razem nie był jednak jego producentem, lecz mimowolnym uczestnikiem.

Właśnie otrzymał wiadomość z telewizji, że Monika nie pojawiła się na spotkaniu z prezesem. Kontrakt życia jego, a w zasadzie ich i ich wspólnego dziecka – Zeit Studia – właśnie obracał się w pył.

– Coś się musiało stać. Ja mogę być w ciągu trzech minut – tłumaczył, z całej siły starając się ukryć zdenerwowanie. W rzeczywistości ogarnęła go panika. Czuł, jak grunt pali mu się pod nogami.

– Nie ma potrzeby – usłyszał uspokajający głos prezesa.

„Uff… Widocznie Monika, choć spóźniona, dotarła na miejsce” – pomyślał z ulgą.

– Jest tu pani Ania Starczyńska. Zaczniemy od jej oferty.

Jakuba zalała krew. Walnął pięścią w ścianę.

Anna Starczyńska, największy rywal Zeit Studio. W zasadzie na rynku show-biznesu liczyły się dwie firmy – ich oraz Starczyńskiej.

Nie znosił tej kobiety. Głównie dlatego, że była zimna, inteligentna i wyrachowana, a przez to trzeba było się z nią bardzo liczyć. A może raczej: obawiać się jej.

Każde ich starcie wyglądało jak pojedynek piłkarski między Argentyną a Niemcami, a Starczyńska zachowywała się tak, jakby całe życie grała w tej ostatniej drużynie: konsekwentna do bólu, prąca do przodu wbrew wszystkiemu i miażdżąca po drodze wszelkie przeszkody.

Od lat deptali sobie po piętach: oni czuli jej oddech na karku, a ona – ich.

Teraz była pierwsza. Jakub chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nie zdążył – prezes się rozłączył.

Wcześniej usłyszał w tle pewny siebie, dominujący głos Starczyńskiej:

– Zacznijmy od propozycji obsady…

Poczuł krople potu na czole.

Gorączkowo raz za razem wybierał numer Moniki, ale słyszał tylko: „Abonent czasowo niedostępny. Proszę zadzwonić później”.

Co mogło się stać?! Monika nigdy dotąd nie zawiodła. Jeżeli zaraz czegoś nie wymyśli, Zeit Studio poniesie klęskę.

Monika tymczasem napawała się zwycięstwem. Małym, ale zawsze. Ponieważ przymusowy towarzysz nie miał najmniejszego zamiaru się jej przedstawić ani tym bardziej nawiązać grzecznościowej rozmowy, postanowiła zabić czas, zajmując się wciąż dostępną funkcją na telefonie – propozycjami dzwonków.

Nie przejmowała się morderczymi spojrzeniami, które jej posyłał: chciał, to ma.

Właśnie testowała trzeci dzwonek, naśladujący piłowanie drzewa, gdy jej towarzysz nie wytrzymał:

– Proszę…

Zastygła na moment, ale na wszelki wypadek włączyła czwartą propozycję: alarm przeciwpożarowy. Musiała poupajać się chwilę zemstą na tym arogancie.

Przysunął się do niej i wyciągnął rękę:

– Marcin. Nie mam nic wspólnego z telewizją.

Uśmiechnęła się i podała dłoń:

– Widzi pan? Od razu zrobiło się milej…

Po czym zaczęła przetrząsać torebkę. Marcinowi przyszło do głowy, że cokolwiek by to było, łącznie z podświetloną na kolorowo wieżą Eiffla, w takim bałaganie nie dało się znaleźć niczego. Co chwila coś wypadało, toczyło się po podłodze bądź lądowało na jego nogach. „Dobrze, że ona nie jest chirurgiem albo neurologiem” – pomyślał.

O, znalazła. Wyjęła małą butelkę wody i łapczywie się do niej przyssała. Po kilku łykach zerknęła na Marcina:

– Wody?

– Dziękuję. Niech pani oszczędza, nie wiadomo, ile tu posiedzimy.

Wskazała na jego twarz:

– Myślałam raczej o tym… Zawsze się pan tak maluje? – zapytała, podając mu wodę i chusteczki higieniczne.

Spojrzał na swoje odbicie w lustrze: jego twarz w połowie była zwykłego koloru, a w połowie barwy mocnej kawy z mlekiem. Wytarł resztki, a właściwie zaczątki makijażu.

– Dziękuję.

W rewanżu podniósł jakąś rzecz leżącą obok jego nogi. „Zaproszenie urodzinowe” zdążył przeczytać, zanim Monika wepchnęła je z powrotem do torby.

„Szklanka jest do połowy pełna” – pomyślała rozbawiona. Jutro wielka gala z okazji jej czterdziestych urodzin, a tymczasem…

– Jeśli nas nie znajdą do jutra, to umrę jako trzydziestka – zauważyła, czując, że włączył się jej tryb awaryjny – humor straceńca. Nie miała żadnego wpływu na to, że zamiast siedzieć teraz w gabinecie prezesa, została uwięziona w windzie z miłym arogantem o dwukolorowej twarzy.

– Trzydziestka, czterdziestka… – usłyszała jego spokojny, cichy głos. – Jakie to ma znaczenie? Ciało i tak starzeje się od osiemnastego roku życia.

„Ten facet potrafi nie tylko wkurzyć, ale i zaintrygować” – pomyślała zaciekawiona.

– Ciekawe podejście… A dla pana co ma znaczenie?

– Zdrowie – odparł bez namysłu.

Czekała na ciąg dalszy, ale przeciągająca się cisza wskazywała na to, że nie nastąpi.

– Coś jeszcze? – dociskała.

– Rodzina. – Znów ta sama pewność w głosie.

– Pan z prawicy? – zapytała z lekką ironią.

– Agituję tylko w windach – odparł rozbawiony. – I tylko w połowicznym make-upie.

Roześmiali się jednocześnie. Lody zaczęły pękać mimo wszystkich różnic między nimi.

Ona żywiołowa niczym wulkan i on – z nieruchomym obliczem Bustera Keatona.

Patrzyli już na siebie z uśmiechem. Wtem windą znów targnął gwałtowny wstrząs.

Monika instynktownie przylgnęła do Marcina, a on mocno ją do siebie przygarnął. Kiedy winda nagle ruszyła w górę, nie wypuszczał jej z objęć.

O dziwo, Monika nawet nie próbowała się wyzwolić z tego uścisku. Tak było bezpieczniej – to wszystko. Nawet przypalana gorącym żelazem nie przyznałaby się, że miała jeszcze inny powód.

Minęła długa chwila, zanim w końcu odsunęli się od siebie. Byli zmieszani, nawet on, choć wydawałoby się, że to uczucie jest mu z gruntu obce.

Każde z nich poczuło też lekkie ukłucie żalu, choć jednocześnie każde by się go wyparło.

– Przepraszam – powiedziała cicho Monika i spojrzała Marcinowi w oczy. Zanim zdążył coś odrzec, winda zatrzymała się i otworzyły się drzwi.

– Wszystko w porządku? Cali i zdrowi? – zapytał pracownik ekipy technicznej.

Monika nie odpowiedziała, bo zdążyła już odebrać telefon: – Jakub? Pędzę! No błagam cię… Przepraszam – mówiła gorączkowo, wybiegając z windy.

Ledwo zarejestrowała grzeczne: „Do widzenia”, wypowiedziane przez mężczyznę z windy. Biegła już dalej telewizyjnym korytarzem do gabinetu prezesa. Wpadła do przeszklonego gabinetu w chwili, gdy rozpostarty w fotelu prezes śmiał się z dowcipu Anny Starczyńskiej.

Ta była w swoim żywiole: uśmiechnięta, wyprostowana, dystyngowana, w ołówkowej czarnej spódnicy i jedwabnej bluzce pod szyję w kolorze fuksji, na której spoczywał naszyjnik z pereł. Do tego starannie ułożone ciemne, błyszczące włosy z krótką grzywką, porcelanowa cera i szminka w kolorze bluzki. Dyskretne perfumy, starannie wyszukane na ważne służbowe spotkanie, dopełniały szyku à la paryżanka.

Tylko uśmiech, którym czarowała prezesa, pochodził raczej z Hollywood. „Ile ona ma zębów?” – przemknęło przez myśl Monice. „Trzydzieści dwa? Akurat. Sto trzydzieści dwa. Co najmniej”.

Lekko zadyszana wzięła głęboki oddech:

– Panie prezesie, dzień dobry, przepraszam. Seria niefortunnych zdarzeń…

Prezes wstał i rutynowo ucałował jej dłoń.

– Tempo jest zabójcze dla niektórych – zauważyła Starczyńska, uśmiechając się z udawaną troską.

– Naprawdę? Współczuję… – nie dała się zbić z tropu Monika. – Tyle masz pracy?

Pewnym gestem, już opanowana, położyła na stole przed prezesem materiały Zeit Studio.

– Ja akurat zawsze jestem na czas… – odparła z wyższością Starczyńska, posyłając prezesowi porozumiewawcze spojrzenie. Miało mu uświadomić, jeśli sam jeszcze tego nie dostrzegł – brak profesjonalizmu u konkurentki.

Monika spojrzała na nią zaczepnie:

– Nawet na nie swoich spotkaniach?

Prezes podniósł rękę jak sędzia piłkarski sygnalizujący przerwę w grze.

– Dobrze. Dziękuję, pani Anno, za prezentację. Odezwiemy się do pani w przyszłym tygodniu.

Anna z gracją wstała z krzesła, także zostawiając na stole prezentację swojej firmy.

– Moi ludzie są już w blokach startowych.

Posłała ostatni uśmiech i wyszła. Monika została sam na sam z prezesem.

– Przepraszam…

Pokiwał głową.

– Dała mocną ofertę. Żałuj… Mogłaś być dzisiaj pierwsza.

– Ale dzięki temu mam ostatnie słowo.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko. Rozbrajała go waleczność i żądza przetrwania tej bądź co bądź delikatnej kobiety.

– Które brzmi?

Monika czekała na ten moment. Co prawda, rozgrywała wcześniej w myślach tę scenę nieco inaczej, bez nieprzewidzianych przeszkód, ale i tak wciąż miała asa w rękawie.

– Sara Daymer.

– Aaa… – prezes odchylił się do tyłu i wciągnął głęboko powietrze, jakby palił niewidocznego papierosa. Spojrzał na swoje zdjęcie z Sarą, które wisiało na ścianie wśród wielu innych, ale na poczesnym miejscu.

Był mocno zaskoczony.

O taki właśnie efekt chodziło Monice, która natychmiast wyjęła kosztorys ze zdjęciem Sary na okładce. Piękna ciemna blondynka niczym gwiazda złotych lat dwudziestych z ledwo widocznym uśmiechem przeciągała się w seksownej pozie, ubrana w małą czarną. W bardzo małą czarną.

– A ona nie miała teraz kręcić jakiegoś filmu we Francji?

Monika uśmiechnęła się tajemniczo. Dała mu jeszcze moment na podziwianie największej gwiazdy w jej stajni, ba – największej gwiazdy w ogóle.

Sara od kilku sezonów była najgorętszym nazwiskiem w branży. Film czy serial z jej udziałem gwarantował oglądalność porównywalną z głównymi wydaniami wiadomości lub finałami rozgrywek sportowych. Nie było dnia, by serwisy plotkarskie nie pisały, z kim się spotyka, z kim sypia, co je na śniadanie, gdzie się ubiera albo dokąd wyjeżdża na wakacje. Liczne skandale, które uwielbiała, tylko przysparzały jej wielbicieli. Miała to „coś”, co powodowało, że wszyscy do niej lgnęli, a producenci i reżyserzy ustawiali się w kolejce. Nieliczne wolne chwile spędzała, głównie pozując na ściankach w zmasowanym ogniu fleszy.

Miała magnetyzm dzikiego, pięknego zwierzęcia i doskonale o tym wiedziała.

– Miała mieć zdjęcia we Francji – odparła Monika z uśmiechem. – Ale zagra u nas.

Bardziej już dla formalności niż z konieczności wymieniła nazwiska innych gwiazd, z którymi współpracowało Zeit Studio z Igorem Szotem na czele.

– Ale to byłaby wasza pierwsza duża produkcja, prawda? – Prezes miał wątpliwości i nie zamierzał kurtuazyjnie tego ukrywać.

– Dlatego właśnie postaramy się jak nikt inny. – Kuła żelazo Monika. – Już czas rozwinąć skrzydła. Agencja aktorska to był tylko etap w rozwoju… Chcemy iść dalej. I mamy w rękach wszystkie potrzebne do tego narzędzia. Łącznie z Sarą.

Prezes potarł dłonią czoło. Zaskoczyła go ta oferta. Ale i tak potrzebował czasu na zastanowienie. Ostatecznie nie decydował o sprzedaży worka jabłek, ale o największej superprodukcji od lat.

Nachylił się do Moniki.

– Dobrze, odezwę się do ciebie. Musicie mi zostawić czas na decyzję. Dam ci odpowiedź w przyszłym tygodniu, OK?

Ale Monika postanowiła zagrać va banque. Też nachyliła się do niego.

– Muszę znać ją teraz.

Była zdeterminowana: całe Zeit Studio czekało na tę decyzję. Jakub na nią czekał. Dotarła tutaj, pokonawszy wszystkie kłody, które los po drodze rzucał jej pod nogi. I nie będzie czekać, aż on łaskawie zdecyduje się na propozycję jej czy tej paryżanki z Warszawy o uśmiechu rekina. Starczyńska może sobie mieć swoich ludzi w blokach startowych i wieloletnie doświadczenie na rynku filmowym. Ale ona ma Sarę Daymer! I nie zawaha się tego wykorzystać. Ma też ogromny zapał do pracy i najlepszych fachowców. Nie zadowoli się zdawkowym: „Oddzwonimy do pani”.

– Za dwie godziny mam spotkanie u konkurencji – dodała ze słodkim uśmiechem.

Prezes spojrzał na nią, ona na niego i roześmiali się równocześnie: oboje dobrze znali zasady tej gry.

Do prezesa dotarło jednak, że ma do czynienia z godnym przeciwnikiem, który w dodatku ma asa w rękawie. W tej grze nigdy nie ma pewności, kto blefuje. A najgorszym koszmarem byłoby oglądanie Sary Daymer w prime timie u konkurencji.

Jeszcze raz spojrzał na jej zdjęcie na ścianie.

Znał już odpowiedź.

Monika też.

************

Monika wracała do studia jak na skrzydłach. Jeżeli coś jeszcze trzymało ją na ziemi, to butelka drogiego szampana w torbie. Dla ekipy Zeit Studio. Zrobi im niespodziankę.

Byli przekonani, że prezes telewizji wybrał firmę Starczyńskiej: wiadomość, że Borecka nie dotarła na spotkanie, obiegła branżę lotem błyskawicy. Sam Zeit od dwóch godzin chodził w tę i z powrotem z zaciś­niętymi pięściami albo gorączkowo gdzieś wydzwaniał.

Gdy Monika weszła do firmy, wszyscy przerwali swoje zajęcia i utkwili w niej wzrok. Zapadła cisza. Tylko Ola ośmieliła się zapytać cichutko:

– I jak?

Monika rozłożyła bezradnie ręce. Odczekała, aż rozlegnie się westchnienie zawodu, po czym szybko sięgnęła do torby po szampana. Podniosła go obiema rękami niczym puchar i krzyknęła:

– Mamy to! Zamówienie na dwa sezony!

Szampan wystrzelił, ktoś krzyknął: „Yes! Yes! Yes!”, wszyscy podbiegli z gratulacjami. Długą chwilę pławili się w morzu radości. Gdy euforia nieco ucichła, Monika oddała asystentce butelkę, a sama ruszyła prosto do Jakuba.

Ola coś za nią krzyczała, ale w tym całym rozgardiaszu Monika niczego nie mogła zrozumieć.

– Twoja siostra dzwoniła! – powtórzyła głośniej asystentka.

Siostra? No tak, ma przecież siostrę. Ale dlaczego dzwoniła, czy coś się stało?

– Pytała, co z urodzinami.

– Pogadam z nią na imprezie.

Ola zrobiła zdziwioną minę i wyszeptała:

– Ale ona nie dostała zaproszenia…

Monika stanęła jak wryta. „Jak to możliwe? Przecież było wysłane… a może jednak nie?”. Nie ma teraz czasu się nad tym zastanawiać.

– Zadzwonię do niej – ucięła temat.

I już biegła do gabinetu, który dzieliła z Jakubem.

Czekał na nią w drzwiach do ich wspólnego królestwa: ogromnego, przeszklonego, utrzymanego w bieli, chromie, z czarnymi dodatkami. Lubił luksus, otaczał się nim i nie zamierzał nikomu się z tego tłumaczyć. A wręcz przeciwnie: uwielbiał obserwo­wać pierwszą reakcję gości: podziw i onieśmielenie. Zapracował na to.

Tak jak się spodziewała: już wiedział o wszystkim. Dumny, wyprostowany, wydawał się wyższy niż zwykle, jakby sukces dodał mu parę centymetrów. Objął ją wpół i pocałował. „Kochana dziewczynka” – pomyślał z czułością i dumą. „Moja agentka od zadań specjalnych”. Uśmiechnął się sam do siebie i jeszcze mocniej ją przytulił.

Odkąd połączyli siły w jednym projekcie – Zeit Studio – wciąż byli na fali. Ale dziś to był szach i mat. Makao i po makale.

– Wiesz, że jesteś najlepszą agentką? – szepnął jej do ucha.

– Wiem… – wymruczała.

Zajrzał jej głęboko w oczy.

– A mówił ci ktoś, że za chwilę będziesz najlepszą producentką?

– Nie… – Spojrzała na niego zalotnie. Kochała te jego ogromne oczy, których błękit podkreślała dodatkowo ciemna oprawa. Miał w nich taki blask, gdy na nią patrzył.

– Ale mów, mów… potrzebuję komplementów – podmawiała się. – Dużo, dużo komplementów. A im bliżej jutra, tym więcej – dodała, mając na myśli swoje urodziny.

Zapowiadał się wspaniały dzień: impreza urodzinowa, a przedtem, w samo południe, podpisanie umowy z telewizją. Najlepszy prezent.

Wszystko nabierało już realnych kształtów. Jeszcze dziś przeleją zaliczki aktorom.

– Nasze wspólne dziecko! Przed nami trudne dni i zarwane noce… – Jakub promieniał. Spacerował już po biurze, podśpiewując.

– I zmiana pieluch osiem razy na dobę – dodała Monika i nagle jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyraz jej twarzy się zmienił.

Spoważniała. Jakub natychmiast to wychwycił i także momentalnie spochmurniał.

– Co jest? – zapytał.

– Nic – odparła. Co miała powiedzieć? „Halo! Hali! Dom się pali! Jutro kończę czter-dzie-stkę! Kiedy dziecko?”.

– Przecież widzę. – Przyjrzał się jej uważnie. – Wiem, że te urodziny cię stresują…

Monika podniosła kieliszek z szampanem i wzięła duży łyk.

– Daj spokój. Przecież wiem, że to nie jest dobry moment na dziecko. Za dużo pracy, nowe projekty… – wzruszyła ramionami z uśmiechem.

Mówiła do niego, ale czuła, że tak naprawdę tłumaczy to sobie. I że nie jest nawet w jednej dziesiątej tak przekonująca, jak była jeszcze chwilę temu w telewizji. Bolało. Ale przecież trzeba iść do przodu. Co będzie, to będzie. Planowanie w życiu prywatnym nie wychodziło jej tak dobrze jak w życiu zawodowym.

Jakub podszedł i nachylił się do niej. Czuł, że musi jej wytłumaczyć jak małej dziewczynce, dlaczego nie może dostać cukierka.

– Chodź tu, maleńka… – znów przyciągnął ją do siebie i mocno objął. – Po prostu róbmy wszystko po kolei, OK?

– OK – szepnęła. – Jasne.

Wtuliła się w niego. Nie powiedziała nic więcej. Nie chciała, by usłyszał jej łamiący się głos. Nie będzie psuć tego pięknego dnia. Dnia, w którym, jak to określił Jakub, narodziło się ich wspólne dziecko. Na to prawdziwe można jeszcze chwilę zaczekać.

Pocałowała go w policzek jak mała dziewczynka na zgodę.

Zerknęła na zegarek i znów się uśmiechnęła. Musi biec dalej. Czeka na nią tyle atrakcji…

************

– Zobacz: pierwsze prezenty… – podekscytowana Ola pokazała Monice ustawione pod ścianą bukiety kwiatów i kilka paczek. Monika już wychodziła z firmy, dogoniła ją w ostatniej chwili.

– Już? – ucieszyła się. „Może ta czterdziestka nie jest taka zła” – pomyślała z uśmiechem.

Podziękowała asystentce. Co ona by zrobiła bez tej złotej dziewczyny, która pamiętała o wszystkim.

Ola podawała jej kolejne pakunki, wszystkie z pięknymi wstążkami. Przy ostatnim, zapakowanym i oklejonym przez firmę kurierską, chwilę się zawahała:

– O, jeszcze takie coś.

Monika zabrała paczki i poprosiła, by kwiaty rozdała dziewczynom.

– Zadzwoń do siostry! – przypomniała Ola, machając jej na pożegnanie.

Monika szybko ułożyła paczki w samochodzie. Ledwo ruszyła, zadzwonił telefon.

Sara. No tak, wiedziała, że za chwilę usłyszy litanię rozterek sercowych swojej najjaśniejszej gwiazdy, ale to będzie miła rozmowa, są przecież przyjaciółkami. Była jednak też druga możliwość – superzlecenie. A czasem chodziło o jedno i drugie.

Sara, jak każda szanująca się gwiazda, miewała zachcianki bez względu na porę dnia i nocy. To mogła być świeca zapachowa, ale taka sama, jaką Jennifer Lopez ma w sypialni, albo kostium kąpielowy, ten sam, który widziała na zdjęciach na Rihannie. Warunek był jeden: zaraz.

Monika przywykła do tego. Była przyjaciółką i wspólniczką w interesach. Traktowała Sarę jak młodszą, uroczą i rozpieszczoną siostrę, którą wszyscy kochają i chcą jej przychylić nieba. Inaczej będzie tupać nóżkami, a do tego nie mogła dopuścić. Oddałaby jej wszystko – oprócz Jakuba. Na szczęście nie musiała się obawiać takiego rozwoju wypadków. Zarówno Sara, jak i Jakub pomimo dużej zażyłości traktowali się jedynie jak przyjaciele i wspólnicy w interesach. Sara miała dosyć wielbicieli, narzeczonych i kochanków, by chcieć jeszcze Jakuba. Jej Jakuba. Poza tym była przecież jej przyjaciółką.

Monika odebrała telefon. Tym razem, choć gwiazda pływała właśnie w basenie ekskluzywnego apartamentowca, nie chciała kostiumu Rihanny. Tylko wodę. Francuską.

– Sara, kochanie, ja mam za pięć minut spotkanie w centrum… – próbowała jeszcze oponować: woda to wprawdzie mniejszy kłopot niż kostium, ale i tak trzeba pojechać, kupić, zawieźć… a nie chciała się przecież spóźnić na następne spotkanie.

– Proszę… Te delikatesy są obok ciebie… Kup mi.

Monika musiała się bardzo hamować, żeby nie przekląć na głos. Ale OK, to przecież nie gwiazdka z nieba. Pojedzie.

– Jaka to woda? – zapytała, starając się ze wszystkich sił, by zabrzmiało to wystarczająco miło.

– No wiesz, ta moja, francuska, wiesz która…

– Ile?

– Dwie zgrzewki.

Kupi jej tę wodę „Ę-Ą”. Chociaż w głębi ducha była przekonana, że gdyby wzięła dwanaście pustych butelek po tej wodzie i napełniła je kranówką, Sara nie zauważyłaby żadnej różnicy.

Ale czego się nie robi dla przyjaciół. Kupi jej też jedzenie, bo wie, że ma pustą lodówkę: Sara obsesyjnie dbała o figurę.

– Bardzo ci dziękuję, kochana jesteś…

– Tylko bardzo cię proszę – przyjdź na zdjęcia próbne punktualnie. OK?

– Jasne. Co ja bym bez ciebie zrobiła… Buziaki.

Monika zatrzymała samochód przed ekskluzywnym sklepem. Ale zanim zdążyła wysiąść, ktoś zapukał w okno. Dookoła rozbłysły niebieskie, czerwone i białe światła. Przez szybę zobaczyła rękę z odznaką policyjną. No tak, tylko tego brakowało – kręcą tu film i pewnie trzeba zaparkować kilometr dalej.

Otworzyła okno:

– Już odjeżdżam. Źle zaparkowałam?

Kątem oka zobaczyła drugiego policjanta z psem, który natychmiast zaczął drapać w jej bagażnik, szczekać i skomleć.

„Kto zwróci mi za lakier?!” – pomyślała.

– Proszę wysiąść – rozkazał mężczyzna z odznaką policyjną. Posłusznie wyszła z auta, a drugi policjant otworzył bagażnik. Pies natychmiast dopadł do paczki oklejonej przez kuriera.

– To pani rzeczy? – policjant w cywilu z odznaką wskazał na jej prezenty.

Monika była kompletnie zaskoczona.

– Tak… Coś się stało? Ja nic nie zrobiłam! O co chodzi?!

Z samochodu stojącego obok wyskoczyło kilku ludzi w kominiarkach. „Co się dzieje?” – myślała gorączkowo, kiedy nagle poczuła ból. To policjant złapał ją mocno pod ramię i prowadził w kierunku radiowozu.

– Ej! To boli… Co pan robi?!

– Zakuć ją – zwrócił się do ludzi w kominiarkach. Monika poczuła, jak dwie zimne stalowe obręcze zatrzaskują się na nadgarstkach, a ktoś kładzie jej na głowie silną dłoń i wpycha ją do radiowozu.

– Chwila! Mam wysokie szpilki…

Ale policjanta to nie obchodziło.

– Jedziemy! – rzucił i samochód ruszył.

************

Tęgi policjant wrócił do wpisywania danych.

– Urodzona…

– Dziesiątego października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego piątego roku – odparła już całkiem przerażona.

Policjant wyraźnie się ucieszył.

– O, najlepszego – uśmiechnął się po raz pierwszy. – To jutro świętujemy…

Postukał w klawiaturę i spojrzał na nią trochę cieplejszym wzrokiem. – Pani się nie martwi. Czterdziestka to nie wyrok… Gorzej z handlem narkotykami.

Monika zerwała się na równe nogi.

– Sorry, ja nie mam czasu na takie bzdury.

– Proszę usiąść! – Funkcjonariusz z powrotem przybrał służbowy wyraz twarzy.

Usiadła. Miała wrażenie, że bierze udział w jakiejś farsie, co nie zmieniało faktu, że czuła się koszmarnie.

– Monika… Borecka. – Policjant wklepywał nadal jej dane do komputera, równocześnie czytając na głos. – Zatrzymana… pod zarzutem… posiadania… i handlu… substancjami psychoaktywnymi i odurzającymi…

Monika prychnęła:

– Jakaś paranoja! Jakimi substancjami? – podniosła głos, łapiąc się za głowę rozkutymi już rękami. – Ja niczym nie handlowałam… Przewoziłam prezenty urodzinowe!

– W samochodzie podejrzanej… – Policjant, przyzwyczajony do teatralnych gestów zatrzymanych, nie przerywał pracy: – zabezpieczono ponad… pięćset gramów… substancji…

Skończył. Westchnął głęboko i oparł głowę na dłoniach. Przyglądał się Monice.

Czuła się jak robak uwięziony pod szklanką, któremu przypatruje się jakiś sadysta. Do oczu po raz pierwszy napłynęły jej łzy. Łzy wściekłości. Jeśli chciał ją złamać – teraz w końcu był tego bliski. A na pewno wyprowadził ją z równowagi. Dotąd nie udało się to nikomu; nawet Sarze. Monika miała przecież nerwy ze stali. A jednak tym razem… Czuła się bezsilna.

Ale za żadne skarby świata nie da tego po sobie poznać. Uśmiechnęła się, choć łzy kręciły się jej już w kącikach oczu, by zaraz spłynąć po twarzy.

– I co teraz? – Wzruszyła ramionami. – No? Co teraz?

– Teraz… – Policjant znów westchnął. Zajrzał jej głęboko w oczy. – Teraz…? Do hotelu.

Chwilę później Monika usłyszała trzask zamykającej się za nią kraty aresztu.

Strona redakcyjna

Copyright for the Polish Edition © 2016 Edipresse Polska SA

Copyright © 2016 by TVN

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor kreatywna projektu: Magda Mazur

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51); Beata Konik (tel. 22 584 25 73); Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: [email protected]

tel.: 22 584 22 22 (pon.-pt. w godz. 8:00-17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

Tekst: Anna Ratigowska. Na podstawie scenariusza serialu TVN „Druga szansa” według pomysłu Doroty Kośmickiej-Gacke; scenarzysta prowadzący – Katarzyna Śliwińska-Kłosowicz.

Redakcja językowa: Dorota Jastrzębowska, Paulina Płatkowska

Korekta: Beata Saracyn, Joanna Tomasz

Projekt okładki: Dominika Raczkowska

Skład i łamanie: Master, Łódź

Zdjęcie na okładce: TVN, Adam Pluciński / Move

Zdjęcia we wkładce: TVN, Adam Pluciński / Move

Książkę wydrukowano na papierze Creamy 80 g vol. 2.0 dostarczonym przez Zing Sp. z o.o.

Druk i oprawa: Lega, Opole

ISBN: 978-83-7945-467-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.