Wydawca: Uroboros Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 362 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 27 min Lektor: Anna Maria Buczek

Opis ebooka Druga Szansa - Katarzyna Berenika Miszczuk

Autorka bestsellerowych powieści "Wilk" i "Wilczyca" oraz cyklu "Ja, Diablica", "Ja, Anielica", "Ja, Potępiona" powraca w nowej nieznanej odsłonie!

Powieść opowiada o młodej dziewczynie, która budzi się w szpitalu. Nie pamięta, skąd się tam wzięła, ani nawet jak się nazywa. Będzie musiała poznać prawdę i zmierzyć się z własnym strachem. W szpitalu "Druga Szansa" nic nie jest bowiem takie, jakie się wydaje…

Opinie o ebooku Druga Szansa - Katarzyna Berenika Miszczuk

Fragment ebooka Druga Szansa - Katarzyna Berenika Miszczuk

Co­py­ri­ght © by Ka­ta­rzy­na Be­re­ni­ka Misz­czuk, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

De­dy­ku­ję tę po­wieść moim przy­ja­cio­łom z War­szaw­skie­go Uni­wer­sy­te­tu Me­dycz­ne­go

The last man on Earth sat alo­ne in a room.

The­re was a knock on the door...

Fre­dric Brown Knock, ma­ga­zyn „Thril­ling Won­der Sto­ries“, 1948

PROLOG

Ci­sza.

Otu­la mnie.

Mięk­ka.

Lep­ka.

Strasz­na.

– Boję się...

1

Za­czerp­nę­łam gwał­tow­nie po­wie­trza. Czu­łam się, jak­bym zbyt dłu­go znaj­do­wa­ła się pod wodą. Pa­lą­cy ból roz­sa­dzał moją klat­kę pier­sio­wą. Głę­bo­kie od­de­chy przy­no­si­ły uko­je­nie. Chro­po­wa­ty dźwięk wdy­cha­ne­go po­wie­trza szu­miał mi w uszach. Roz­kasz­la­łam się. Mia­łam za­wro­ty gło­wy.

Co się dzie­je?

Otwo­rzy­łam oczy. Za­czę­ły gwał­tow­nie łza­wić po­ra­żo­ne ostrym świa­tłem, skie­ro­wa­nym pro­sto na mnie. Za­sło­ni­łam je sztyw­ny­mi dłoń­mi. Płu­ca wciąż do­ma­ga­ły się tle­nu. Sta­ra­łam się od­dy­chać spo­koj­niej, by stłu­mić dła­wią­cą w gar­dle pa­ni­kę.

Moje ręce... Były ta­kie obce. Nie moje.

Cie­płe łzy pły­nę­ły po po­licz­kach.

Ci­sza do­oko­ła.

– Boję się... – szep­nę­łam.

Ma­to­wy, mar­twy głos, nie­na­le­żą­cy do mnie.

Do­tknę­łam opusz­ka­mi pal­ców wło­sów, twa­rzy, szyi... Dło­nie po­wo­li za­czy­na­ły mnie słu­chać. Czu­ły.

Uchy­li­łam po­wie­ki. Świa­tło już mnie tak nie ośle­pia­ło. Na­prze­ciw­ko łóż­ka, w któ­rym le­ża­łam, znaj­do­wa­ło się sze­ro­ko otwar­te, za­kra­to­wa­ne okno. Za nim wi­dzia­łam tyl­ko ciem­ność wie­czo­ru. Nad moją gło­wą sy­cza­ła ci­cho świe­tlów­ka. To jej zim­ne pro­mie­nie pa­da­ły na moją twarz. Nie ra­zi­ły tak moc­no, jak mi się wy­da­wa­ło, gdy pierw­szy raz otwo­rzy­łam oczy.

Z po­wro­tem za­ci­snę­łam po­wie­ki, sta­ra­jąc się uspo­ko­ić. Po­wo­li od­dy­cha­łam, już nie krzy­cza­łam o po­wie­trze.

Nic złe­go się nie dzia­ło. Po pro­stu się obu­dzi­łam. Wszyst­ko jest do­brze – po­wta­rza­na w gło­wie man­tra uci­sza­ła ro­dzą­cy się we mnie krzyk. Tyl­ko co mnie obu­dzi­ło? Świa­tło? Syk świe­tlów­ki?

To zwy­kły wie­czór. Taki jak każ­dy po­przed­ni.

Po­przed­ni?

Wciąż nie otwie­ra­jąc oczu, ode­rwa­łam dło­nie od twa­rzy. Prze­su­nę­łam je na szy­ję, pier­si, brzuch. Su­nę­ły po po­ście­li. Szorst­kiej, nie­mi­łej w do­ty­ku. Po­ru­szy­łam no­ga­mi. Cia­ło wciąż re­ago­wa­ło z pew­ny­mi opo­ra­mi. Bra­ko­wa­ło mu płyn­no­ści ru­chu.

Otwo­rzy­łam oczy i od­wró­ci­łam gło­wę na bok. Przed sobą mia­łam pod­nie­sio­ną ba­rier­kę szpi­tal­ne­go łóż­ka. Prze­su­nę­łam pal­ca­mi po chłod­nym me­ta­lu po­ma­lo­wa­nym bia­łą far­bą, któ­rej pła­ty odła­zi­ły gdzie­nieg­dzie od ru­rek.

Za po­rę­czą zo­ba­czy­łam wnę­trze ma­leń­kie­go po­ko­ju. Brzo­skwi­nio­we ścia­ny, okrą­gły be­żo­wy dy­wa­nik, pu­ste biur­ko, krze­sło, re­gał z książ­ka­mi, sza­fa, uchy­lo­ne drzwi do po­grą­żo­nej w ciem­no­ściach ła­zien­ki oraz dru­gie, za­mknię­te, pro­wa­dzą­ce chy­ba na ko­ry­tarz.

Nie pa­so­wa­ło tu je­dy­nie szpi­tal­ne łóż­ko i...

...i ja.

Nie wie­dzia­łam, gdzie je­stem. Nie wie­dzia­łam, co tu ro­bię.

Z wy­sił­kiem usia­dłam. Za­wro­ty gło­wy zmu­si­ły mnie do zła­pa­nia się ba­rier­ki. Z ko­lej­nym ru­chem po­cze­ka­łam do cza­su, aż miną. Be­żo­wy dy­wan zle­wał mi się przed ocza­mi ze ścia­na­mi.

Sza­lo­ny wir po­wo­li ha­mo­wał.

Gdy już by­łam pew­na, że się nie prze­wró­cę, szarp­nę­łam za blo­ka­dę. Me­ta­lo­wa ba­rier­ka za­trza­snę­ła się z hu­kiem.

Skąd wie­dzia­łam, gdzie jest za­mek?

Spu­ści­łam nogi na pod­ło­gę. Gołe sto­py do­tknę­ły zim­nych pa­ne­li. Za­drża­łam.

Ten po­kój był tak bez­oso­bo­wy. Tak pu­sty.

Nie­pew­nie sta­nę­łam na no­gach. Strze­li­ło mi w krę­go­słu­pie, zu­peł­nie jak­bym daw­no go nie uży­wa­ła. Spró­bo­wa­łam zro­bić krok. Świat wy­ko­nał nie­ocze­ki­wa­ny zwrot przed mo­imi ocza­mi. Góra za­mie­ni­ła się miej­sca­mi z do­łem.

Prze­wró­ci­ła­bym się, gdy­bym nie opar­ła się o ścia­nę.

Czu­łam wła­sną nie­moc i nie ro­zu­mia­łam, skąd się wzię­ła. Nig­dy tak nie było.

Nig­dy?

Ru­szy­łam, trzy­ma­jąc się ścia­ny. Chcia­łam dojść do za­mknię­tych drzwi. Zo­ba­czyć, co jest za nimi.

Cze­mu nie wie­dzia­łam, gdzie je­stem? Co się dzia­ło?

Nogi po­wo­li za­czy­na­ły mnie słu­chać. Omi­nę­łam biur­ko, wspie­ra­jąc się na krze­śle. Zła­pa­łam się pół­ki re­ga­łu. Prze­su­nę­łam pal­ca­mi po znisz­czo­nych książ­kach. Ty­tu­ły na okład­kach wy­da­ły mi się zna­jo­me, jed­nak to od­czu­cie szyb­ko zni­kło. Już nie po­tra­fi­łam umiej­sco­wić ich w pa­mię­ci.

Zbi­ta z tro­pu za­wró­ci­łam i po­rzu­ci­łam na ra­zie po­mysł wy­do­sta­nia się z po­ko­ju. Po­de­szłam do sza­fy, któ­rej drzwi otwo­rzy­łam. Na pół­kach le­ża­ło kil­ka pod­ko­szul­ków, głów­nie czar­nych. Zło­żo­ne, pach­ną­ce no­wo­ścią dżin­sy. Met­ka z urwa­ną ceną jesz­cze wy­sta­wa­ła z kie­sze­ni, za­cze­pio­na o szluf­kę. Nie­bie­ski swe­ter jako je­dy­ny wi­siał na wie­sza­ku.

Wszyst­ko było nowe.

Gło­śne kra­ka­nie za mo­imi ple­ca­mi prze­stra­szy­ło mnie śmier­tel­nie. Krzyk­nę­łam i od­wró­ci­łam się gwał­tow­nie. Na pa­ra­pe­cie w otwar­tym oknie sie­dział kruk. Stuk­nął kil­ka razy dzio­bem w kra­tę, zu­peł­nie jak­by spraw­dzał, ile wy­trzy­ma me­tal.

Jego czar­ne jak noc pió­ra po­ły­ski­wa­ły w bla­sku świe­tlów­ki. Ob­ró­cił małą głów­kę w bok i wbił we mnie spoj­rze­nie. Czar­ne oko przy­po­mi­na­ło szkla­ny pa­cio­rek. Po­tęż­ny dziób zdol­ny do ła­ma­nia ko­ści był ol­brzy­mi, lek­ko za­gię­ty na koń­cu.

Pta­szy­sko za­kra­ka­ło prze­raź­li­wie. W od­po­wie­dzi na ten głos za oknem roz­le­gło się chó­ral­ne na­wo­ły­wa­nie jego po­bra­tym­ców. Ode­pchnę­łam się od ścia­ny i po­de­szłam do szy­by. Mia­łam na­dzie­ję, że się mnie prze­stra­szy i od­le­ci spło­szo­ny.

Prze­cież to tyl­ko ptak.

– Sio! – Mach­nę­łam ręką.

Kruk nie­ru­cho­mo wpa­try­wał się we mnie za­cie­ka­wio­ny.

Ka­ko­fo­nicz­ne kra­ka­nie za oknem na­bie­ra­ło mocy.

– Sio! – po­wtó­rzy­łam.

Czar­ne pa­zur­ki za­stu­ka­ły, gdy od­wra­cał się ode mnie. Roz­ło­żył skrzy­dła. Mia­ły sze­ro­kość okna. Był ol­brzy­mi.

Ze­sko­czył z pa­ra­pe­tu i po­fru­nął w stro­nę drzew. Czar­ne sta­do za­mil­kło i ze­rwa­ło się do lotu za swo­im kró­lem.

Za­mknę­łam okno. Nie chcia­łam tu tego prze­ra­ża­ją­ce­go go­ścia.

Od­wró­ci­łam się i prze­stra­szy­łam na wi­dok nie­zna­nej dziew­czy­ny. Do­pie­ro po chwi­li do­tar­ło do mnie, że to mój ob­raz w lu­strze przy­mo­co­wa­nym do we­wnętrz­nej stro­ny drzwi sza­fy.

Do­tknę­łam dło­nią po­licz­ka. Od­bi­cie po­wtó­rzy­ło mój ruch. Uśmiech­nę­łam się. Od­bi­cie po­sła­ło mi ten sam bla­dy, nie­prze­ko­nu­ją­cy uśmiech. Od­gar­nę­łam na ple­cy pro­ste jak dru­ty blond wło­sy, się­ga­ją­ce do po­ło­wy ło­pa­tek, od­sła­nia­jąc ła­bę­dzią szy­ję. W lek­ko trój­kąt­nej twa­rzy głów­ne miej­sce zaj­mo­wa­ły duże oczy. Zwra­ca­ły uwa­gę po­nu­rą po­wa­gą.

Cof­nę­łam się o krok. Dziew­czy­na w lu­strze zro­bi­ła to samo. Prze­wier­ca­ła mnie błę­kit­nym, prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Drob­ne usta skrzy­wi­ły się nie­do­wie­rza­ją­co.

Prze­su­nę­łam dłoń­mi po szczu­płym cie­le. Mały biust, wy­sta­ją­ce ko­ści bio­dro­we, dłu­gie pro­ste nogi. Od­bi­cie pil­nie na­śla­do­wa­ło każ­dy, na­wet naj­drob­niej­szy, gest. Jesz­cze raz spoj­rza­łam mu w twarz.

Nie zna­łam tej dziew­czy­ny... Wi­dzia­łam ją po raz pierw­szy.

Cze­mu nie po­zna­wa­łam sa­mej sie­bie? Po­to­czy­łam wzro­kiem po po­miesz­cze­niu. Cze­mu nie po­zna­wa­łam tego po­ko­ju?

Od­bi­cie po­sła­ło mi prze­ra­żo­ne spoj­rze­nie.

Kim ja je­stem?

Jak się na­zy­wam?

Cof­nę­łam się, by od­su­nąć się od dziew­czy­ny z lu­stra. Od­dy­cha­łam co­raz szyb­ciej. Czu­łam, jak gar­dło za­ci­ska mi się ze stra­chu.

Pod po­wie­ka­mi po­czu­łam sło­ne łzy.

Łzy stra­chu.

Zro­bi­ło mi się ciem­no przed ocza­mi. Wcią­ga­ne spa­zma­tycz­nie po­wie­trze nie wy­star­cza­ło. Opa­dłam na ko­la­na i po­chy­li­łam gło­wę. Na chwi­lę osła­bie­nie znik­nę­ło, jed­nak gdy tyl­ko spoj­rza­łam w lu­stro, za­ata­ko­wa­ło ze zdwo­jo­ną siłą. Ob­raz za­czął wi­ro­wać mi przed ocza­mi.

Mia­łam wra­że­nie, że dziew­czy­na z lu­stra śmie­je się ze mnie.

Kim ja je­stem?!

2

Świat wciąż wi­ro­wał jak sza­lo­ny. Zro­bi­ło mi się nie­do­brze. Żo­łą­dek pod­ska­ki­wał sza­leń­czo do gar­dła.

Jak przez mgłę sły­sza­łam skrzyp­nię­cie otwie­ra­nych drzwi i tu­pot ob­ca­sów tuż obok mnie.

Co się dzie­je?!

Gdzie ja je­stem?!

Kim ja je­stem?!

Chcia­łam krzy­czeć, ale nie po­tra­fi­łam wy­do­być z sie­bie gło­su. Za­mie­rał gdzieś w gar­dle, mimo że otwie­ra­łam usta.

– O Boże, spo­koj­nie, Ju­lio, Ju­lecz­ko, już spo­koj­nie! – Czy­jeś ręce zła­pa­ły mnie za ra­mio­na i prze­nio­sły moją gło­wę z pod­ło­gi na swo­je ko­la­na. Po raz ko­lej­ny wszyst­ko za­wi­ro­wa­ło mi przed ocza­mi.

Nie wie­dzia­łam, co się dzie­je.

– Ju­lio, spo­koj­nie. Od­dy­chaj głę­bo­ko. Od­dy­chaj ra­zem ze mną. Wdech. – Ko­bie­cy głos urwał się, by wcią­gnąć w sie­bie gwał­tow­nie po­wie­trze. Brzmiał jak za­tka­na rura od sta­re­go od­ku­rza­cza. – A te­raz wy­dech!

Pró­bo­wa­łam wy­ko­nać po­le­ce­nie.

– Bar­dzo do­brze! Jesz­cze raz! Wdech! I wy­dech! Wdech! I wy­dech!

Mrocz­ki przed ocza­mi po­wo­li zni­ka­ły. Świat już nie wi­ro­wał jak sza­lo­ny. Po­czu­łam się le­piej.

– Co się dzie­je? – wy­du­si­łam, pa­trząc w twarz ko­bie­cie, któ­ra moc­no mnie ści­ska­ła.

Za­mru­ga­łam za­sko­czo­na. Oko­ło pięć­dzie­się­cio­let­nia ko­bie­ta wy­glą­da­ła nie­zwy­kle. Wście­kle rude wło­sy z przy­pa­lo­ny­mi far­bą koń­ców­ka­mi oka­la­ły kwa­dra­to­wą, moc­no uma­lo­wa­ną twarz. Na­ło­żo­ny gru­bą war­stwą nie­bie­ski cień do po­wiek kłó­cił się z zie­lo­ny­mi opraw­ka­mi ogrom­nych, bab­ci­nych oku­la­rów. Pod­kład wy­da­wał się od­cho­dzić pła­ta­mi, gdy na­dy­ma­ła po­licz­ki w te­atral­nym od­de­chu.

Kim, do dia­bła, ona jest?!

– Od­dy­chaj – po­na­gli­ła mnie. – Za­raz ci wszyst­ko opo­wiem, skar­becz­ku.

Pod­da­łam się jej. Twar­de de­ski wbi­ja­ły mi się w ple­cy, gdy le­ża­łam na wznak i z za­mknię­ty­mi ocza­mi po­wo­li się uspo­ka­ja­łam. Prze­sta­łam my­śleć o py­ta­niach i strach znik­nął. Za­raz na pew­no wszyst­kie­go się do­wiem. Prze­cież za­pew­ni­ła mnie, że wszyst­ko wy­ja­śni, kie­dy się uspo­ko­ję. Wszyst­ko bę­dzie do­brze. Musi być do­brze.

– Jak się czu­jesz, Ju­lecz­ko? – za­py­ta­ła ko­bie­ta.

Otwo­rzy­łam oczy.

– Wstań­my – za­pro­po­no­wa­ła.

Po­słusz­nie pod­nio­słam się i sta­nę­łam na nie­pew­nych no­gach. Wciąż wy­da­wa­ły mi się obce i sztyw­ne.

Ko­bie­ta ze stęk­nię­ciem wsta­ła, opie­ra­jąc cięż­ko dło­nie na biur­ku. Do­pie­ro te­raz zo­ba­czy­łam, jak była ni­ska. Się­ga­ła mi le­d­wie do ra­mie­nia na­wet po­mi­mo wy­so­kich kil­ku­cen­ty­me­tro­wych, czar­nych szpi­lek, któ­re mia­ła na no­gach.

Błę­kit­ny ko­stium cia­sno opi­nał jej pulch­ne kształ­ty.

– Dro­ga Ju­lecz­ko, usiądź, pro­szę, na łóż­ku. – Pchnę­ła mnie w jego stro­nę, a sama chwy­ci­ła krze­sło.

Po­słusz­nie za­ję­łam miej­sce – co in­ne­go mo­gła­bym zro­bić?

– Ju­lecz­ko? – za­py­ta­łam tyl­ko.

Sze­ro­ki uśmiech roz­py­cha­ją­cy jej po­licz­ki odro­bi­nę się zmniej­szył. Przy­su­nę­ła krze­sło bli­żej mnie i usia­dła na sa­mym brze­gu, za­kła­da­jąc nogę na nogę. Się­ga­ją­ca ko­lan spód­ni­ca pod­je­cha­ła wy­żej. Zer­k­nę­łam na jej sto­py. Wy­le­wa­ły się z czar­nych szpi­lek. Opuch­nię­te kost­ki do­rów­ny­wa­ły sze­ro­ko­ścią łyd­kom.

Nie po­win­na no­sić ta­kich bu­tów. Ani spód­nic.

– Skar­becz­ku, to two­je imię. Na­zy­wasz się Ju­lia Ste­fa­niak.

– Nie zwra­ca­ła uwa­gi na mój ba­daw­czy wzrok.

– Ju­lia Ste­fa­niak? – po­wtó­rzy­łam głu­cho.

Nie brzmia­ło zna­jo­mo. Dla pew­no­ści wy­mó­wi­łam je jesz­cze kil­ka razy. Nic nie od­blo­ko­wa­ło się w mo­jej pa­mię­ci. Ju­lia Ste­fa­niak była dla mnie cał­ko­wi­cie obcą, nie­zna­ną oso­bą.

– Gdzie ja je­stem? – do­py­ty­wa­łam.

– Ko­cha­nie. – Ko­bie­ta wzię­ła mnie za ręce i moc­no ści­snę­ła. - Na­zy­wam się Zo­fia Mo­rul­ska. Mo­żesz mi mó­wić po imie­niu. Będę two­ją opie­kun­ką w naj­bliż­szym cza­sie. Mo­żesz się do mnie zgła­szać w każ­dej chwi­li. Pa­mię­taj, że je­stem tu dla cie­bie.

Kiw­nę­łam po­ta­ku­ją­co gło­wą, cho­ciaż nic nie ro­zu­mia­łam.

– Mia­łaś wy­pa­dek, skar­becz­ku. Bar­dzo po­waż­ny wy­pa­dek.

Spoj­rza­łam na łóż­ko z bia­łą, wy­so­ką ba­rier­ką.

– Je­stem w szpi­ta­lu, tak? – za­py­ta­łam.

– Nie. – Zo­fia Mo­rul­ska po­krę­ci­ła prze­czą­co gło­wą. – Już cię wy­pu­ści­li. Je­steś te­raz w spe­cja­li­stycz­nym ośrod­ku, w któ­rym udzie­la się po­mo­cy oso­bom po wy­pad­kach. Ofe­ru­je­my nie­zbęd­ną re­ha­bi­li­ta­cję i psy­cho­te­ra­pię. Znaj­du­jesz się w ośrod­ku Dru­ga Szan­sa.

Moje dło­nie za­czę­ły się po­cić. Cie­pło pro­mie­niu­ją­ce od ko­bie­ty ra­czej mi nie po­ma­ga­ło. Chcia­łam wy­trzeć ręce o spodnie od pi­ża­my, ale nie za­mie­rza­ła mnie pu­ścić, gdy lek­ko je po­cią­gnę­łam. By­łam w pu­łap­ce.

– Co to za wy­pa­dek? Ja nic nie pa­mię­tam. Nie wiem, jak się na­zy­wam. Skąd się tu wzię­łam?

– Och! – Po­god­na twarz ko­bie­ty odro­bi­nę spo­chmur­nia­ła. - Na­praw­dę nic nie pa­mię­tasz? Na­wet na­szej wczo­raj­szej roz­mo­wy?

Za­mar­łam. Wczo­raj­sza roz­mo­wa. Prze­cież pierw­szy raz wi­dzę ją na oczy! W ży­ciu z nią nie roz­ma­wia­łam. Co ona wy­ga­du­je? Go­rącz­ko­wo my­śla­łam. Czy było wczo­raj? Co było wczo­raj, je­śli ono w ogó­le ist­nia­ło?

Nic.

Nie było żad­ne­go wczo­raj.

Świe­tlów­ka nad na­szy­mi gło­wa­mi pstryk­nę­ła kil­ka razy. Świa­tło przy­ga­sło, ale za­raz zno­wu z sy­kiem za­pło­nę­ło.

– Hm, trze­ba to zgło­sić kon­ser­wa­to­ro­wi. – Ko­bie­ta skrzy­wi­ła wą­skie usta.

– Ja nic nie... – Urwa­łam i roz­pła­ka­łam się. Zdo­ła­łam wy­szarp­nąć wresz­cie ręce i za­sło­ni­łam nimi twarz. Cie­płe łzy su­nę­ły po mo­ich lo­do­wa­tych po­licz­kach.

Boję się. Nie wiem, co się dzie­je. Boję się. Chcę do mamy! Płacz ustał gwał­tow­nie. Myśl! – Na­ka­za­łam so­bie. Nie wol­no mi te­raz tra­cić gło­wy.

Mama. Moja mama. Nie pa­mię­tam mo­jej mamy!

– Gdzie moi ro­dzi­ce? – wy­szep­ta­łam peł­na złych prze­czuć. – Chcę ich zo­ba­czyć.

– Pa­mię­tasz ich? – Twarz ko­bie­ty roz­pro­mie­ni­ła się. Czy ich pa­mię­tam? Za­my­śli­łam się.

Nie. Przed ocza­mi mia­łam tyl­ko sza­re po­sta­cie bez twa­rzy. Wy­obra­że­nie. Mu­szę mieć ro­dzi­ców. Każ­dy ich ma. Nie je­stem sta­ra. Moje od­bi­cie wy­glą­da­ło jak prze­stra­szo­na na­sto­lat­ka.

Tyl­ko że ja ich...

– Nie pa­mię­tam...

– Och, skar­becz­ku. – Po­kle­pa­ła mnie po dło­ni. – Wszyst­ko so­bie przy­po­mnisz. Obie­cu­ję ci. Po­mo­gę ci. Po-mo-gę-ci.

Jej oczy wpa­try­wa­ły się we mnie z na­pię­ciem. Gru­bo uma­lo­wa­ne po­wie­ki na­wet nie drgnę­ły. Po­mi­mo że się od­su­wa­łam

– ona wciąż się zbli­ża­ła. Prze­stra­szy­łam się jej.

– Gdzie są moi ro­dzi­ce? Co się z nimi sta­ło? Jaki wy­pa­dek?!

– Ko­cha­nie, sły­szę w two­im gło­sie gniew. – Świa­tło za­błysz­cza­ło w jej oku­la­rach, ukry­wa­jąc przede mną oczy.

– Chcę usły­szeć w koń­cu ja­kieś wy­ja­śnie­nia – syk­nę­łam.

– Na ustach ko­bie­ty po­ja­wił się lek­ki uśmiech. Od­su­nę­ła się i opar­ła ple­ca­mi o krze­sło. Zno­wu wi­dzia­łam jej oczy.

– Gniew nie jest ni­czym złym. – Głos Zo­fii brzmiał mięk­ko. – Może po­móc ci upo­rać się z emo­cja­mi, z któ­ry­mi nie­ba­wem się ze­tkniesz. Mu­sisz jed­nak pa­mię­tać, by nie za­tra­cać się w tym uczu­ciu. W du­żym na­si­le­niu może przy­nieść wię­cej szkód niż po­żyt­ku.

By­łam na gra­ni­cy wy­bu­chu. O czym ta ko­bie­ta pie­przy?! Chcę usły­szeć ja­kieś wy­ja­śnie­nia! Gdzie ja je­stem?! Co się sta­ło?!

Za­gry­złam war­gi i spoj­rza­łam w ciem­ne okno. W szy­bie zo­ba­czy­łam swo­ją wy­krzy­wio­ną ze zło­ści twarz. To na­praw­dę ja?

– Skar­becz­ku. – Jej wą­skie usta za­ci­snę­ły się w kre­skę. – Mia­łaś bar­dzo po­waż­ny wy­pa­dek. Two­ja ho­spi­ta­li­za­cja trwa­ła kil­ka ty­go­dni. By­łaś w śpiącz­ce. W Dru­giej Szan­sie je­steś od sze­ściu dni. Co­dzien­nie przy­cho­dzi­łam do cie­bie i od­by­wa­ły­śmy taką samą roz­mo­wę. Co­dzien­nie bu­dzi­łaś się i nic nie pa­mię­ta­łaś. Nie chcia­łam mó­wić ci tego w ten spo­sób, ale nie po­zo­sta­wiasz mi wy­bo­ru.

– Co to był za wy­pa­dek? – wy­du­si­łam, wra­ca­jąc do niej spoj­rze­niem.

Moje od­bi­cie nie chcia­ło mi nic po­wie­dzieć. Cały czas przed­sta­wia­ło obcą twarz.

– Uraz gło­wy, Ju­lecz­ko. Po­waż­ny uraz gło­wy.

– Czy ja... zno­wu za­po­mnę?

By­łam zdru­zgo­ta­na. Ja­kim cu­dem mogę nie pa­mię­tać tego, co się sta­ło? Strach zno­wu na­pły­nął i za­ci­snął na moim gar­dle gru­bą pę­tlę. Czu­łam się za­gu­bio­na i sa­mot­na.

– Mam na­dzie­ję, że nie. – Jej głos koił, uspo­ka­jał.

– Jest pani te­ra­peut­ką?

– Psy­chia­trą. I mów mi, pro­szę, po imie­niu. Zo­stań­my przy­ja­ciół­ka­mi. Chcę ci po­móc.

Ob­ję­łam się ra­mio­na­mi.

– Chcę wie­dzieć wię­cej. Co się sta­ło? Gdzie moi ro­dzi­ce?

Zo­fia Mo­rul­ska skrzy­wi­ła się. Jej po­kry­ty ró­żem po­li­czek na­piął się moc­no.

– Nie je­stem pew­na, czy na tym eta­pie te­ra­pii po­win­ny­śmy roz­ma­wiać o bo­le­snych i trau­ma­tycz­nych prze­ży­ciach...

Ton jej gło­su prze­czył sło­wom. Po­brzmie­wa­ło w nim ocze­ki­wa­nie. Wy­da­wa­ło mi się, że chcia­ła, że­bym za­czę­ła na­le­gać i pro­sić ją o wy­ja­śnie­nia. Po­sta­no­wi­łam jej nie za­wieść.

– Chcę wie­dzieć. Mu­szę wie­dzieć.

– Skar­becz­ku, w two­im domu zda­rzył się wy­pa­dek. Wy­buchł po­żar. Usi­ło­wa­łaś wy­do­stać się z bu­dyn­ku. Przy­gnio­tła cię bel­ka stro­po­wa. Na szczę­ście straż po­żar­na przy­je­cha­ła na czas.

– Ro­dzi­ce?

Po­krę­ci­ła prze­czą­co gło­wą.

– Nic nie dało się zro­bić.

My­śla­łam, że po­czu­ję smu­tek, ból. Co­kol­wiek! Nic ta­kie­go jed­nak się nie sta­ło. By­łam pu­sta. Kom­plet­nie wy­pra­na z emo­cji. Dziw­ne uczu­cie... Na­wet obej­mu­ją­cy mnie swo­imi lep­ki­mi pal­ca­mi strach gdzieś znik­nął.

– Ju­lecz­ko? Jak się czu­jesz?

– Pu­sto. – To było pierw­sze, co przy­szło mi do gło­wy.

– Skar­becz­ku, to zu­peł­nie nor­mal­ne. Emo­cje przyj­dą z cza­sem, ra­zem ze wspo­mnie­nia­mi.

Po­tar­łam oczy. By­łam taka zmę­czo­na. Chcia­ło mi się spać.

– A inna ro­dzi­na? Nie mam ni­ko­go? Cze­mu nikt do mnie nie przy­szedł? Cze­mu nie je­stem w domu?

– Nie­ste­ty nie masz in­nej ro­dzi­ny, a twój dom ro­dzin­ny spło­nął. Dziad­ko­wie zmar­li, gdy by­łaś mała. Ni­ko­go in­ne­go nie od­szu­ka­li­śmy. Nikt się do nas nie zgło­sił. Ju­lecz­ko, nie mu­sisz się mar­twić. Zaj­mie­my się tobą i wszyst­ki­mi two­imi spra­wa­mi. Od tego je­ste­śmy. Wy­pro­wa­dzi­my cię na pro­stą. Wszyst­ko zo­staw nam.

Nam? Czy­li komu? Te­ra­peu­tom?

By­łam oszo­ło­mio­na. Cały czas mia­łam wra­że­nie, że to ja­kiś strasz­ny sen. Nie­praw­do­po­dob­ny kosz­mar.

– Jak się na­zy­wam? Ju­lia jak?

– Ju­lia Ste­fa­niak. Masz dwa­dzie­ścia dwa lata. Dla­te­go tra­fi­łaś do nas, a nie do ośrod­ka dzie­cię­ce­go.

Za­śmia­łam się pod no­sem. Czu­łam się te­raz jak mała dziew­czyn­ka. Może moja me­try­ka kła­ma­ła.

– Ju­lia – po­sma­ko­wa­łam to imię.

Nie pa­so­wa­ło do mnie. Nic mi nie przy­po­mi­na­ło.

– Nie bój się, że nic nie pa­mię­tasz. Jesz­cze nie wie­my, na ja­kie za­bu­rze­nia pa­mię­ci cier­pisz. Może two­je wspo­mnie­nia szyb­ko się od­blo­ku­ją. Do­wie­my się tego pod­czas te­ra­pii. Mu­sisz tyl­ko pa­mię­tać, że efek­ty nie będą od razu wi­docz­ne. Cza­sa­mi po­wrót wspo­mnień zaj­mu­je wie­le mie­się­cy.

– Ro­zu­miem – od­po­wie­dzia­łam głu­cho.

Przy­tło­czo­na in­for­ma­cja­mi prze­sta­łam uważ­nie słu­chać słów Zo­fii. Opo­wia­da­ła mi o Dru­giej Szan­sie, o tym, jacy pa­cjen­ci do nich tra­fia­ją, ilu oso­bom po­ma­ga­ją. No­wa­tor­ski ośro­dek sku­piał naj­lep­szych spe­cja­li­stów z kra­ju: neu­ro­lo­gów, psy­chia­trów, psy­cho­te­ra­peu­tów. Zaj­mo­wa­li się tyl­ko naj­cięż­szy­mi przy­pad­ka­mi.

Naj­cięż­szy­mi.

Mało po­cie­sza­ją­ca in­for­ma­cja.

Za­głę­bi­łam się w la­bi­rynt my­śli. Sta­ra­łam się zna­leźć dro­gę do wspo­mnień. Były gdzieś głę­bo­ko w środ­ku. Ukry­te. Po­czu­łam się dziw­nie, nie­re­al­nie. Przed ocza­mi po­ja­wi­ły mi się bia­łe pla­my. Sku­pi­łam się na naj­więk­szej, któ­ra zda­wa­ła się po­chła­niać wszyst­ko. Za­czę­łam szyb­ciej od­dy­chać.

– Ju­lia? Ju­lia, do­brze się czu­jesz? – Z transu wy­rwał mnie głos Mo­rul­skiej.

Za­mru­ga­łam kil­ka razy i spoj­rza­łam w jej sza­re oczy.

– Ja...

– Przez chwi­lę wy­da­łaś się nie­obec­na du­chem. – Nie dała mi dojść do sło­wa. – Wy­da­je mi się, że zno­wu za­czy­nasz się de­ner­wo­wać. Uspo­kój się. Hi­ste­ria w ni­czym te­raz nie po­mo­że. Bę­dzie­my mu­sie­li za­sta­no­wić się nad tymi emo­cja­mi. Mogą być dla cie­bie zbyt sil­ne.

Za­mknę­łam oczy, z ca­łych sił pra­gnę­łam zna­leźć się gdzieś in­dziej. Wszę­dzie, byle nie tu. Nie obok tej ko­bie­ty. Nie w tym po­ko­ju. Nie w tej pi­ża­mie. Nie z tą twa­rzą...

Otwo­rzy­łam oczy.

Zo­fia przy­glą­da­ła mi się z tym sa­mym uśmie­chem. Na­gle wy­dał mi się sztucz­ny.

– Może prze­bie­rzesz się, a po­tem opro­wa­dzę cię po ośrod­ku? Po­spa­ce­ru­je­my so­bie. Po­win­naś tro­chę się po­ru­szać. Daw­no nie mia­łaś do tego oka­zji.

– Nie, nie – od­mó­wi­łam szyb­ko, prze­ra­żo­na per­spek­ty­wą wyj­ścia z po­ko­ju.

Zde­rze­nia się ze świa­tem, z ludź­mi, z bia­ły­mi pla­ma­mi. Ba­łam się, że wró­cą... Spoj­rza­łam na czar­ne okno, gdzie wcze­śniej sie­dzia­ło wiel­kie pta­szy­sko. W środ­ku jest bez­piecz­nie. Tyl­ko tu­taj, tyl­ko w tym po­ko­ju.

– Ja chcia­ła­bym od­po­cząć.

– Ro­zu­miem. – Wy­da­ło mi się, że sły­szę w jej gło­sie ulgę. Ale pro­szę, Ju­lecz­ko, uspo­kój się. Wszyst­ko jest i bę­dzie do­brze.

– Nie jest do­brze! Je­stem sama! – krzyk­nę­łam zi­ry­to­wa­na jej spo­ko­jem.

Za­czę­ło bra­ko­wać mi po­wie­trza. Bia­łe pla­my wró­ci­ły. Od­dy­cha­łam spa­zma­tycz­nie. Co­raz szyb­ciej i szyb­ciej.

– Nie je­steś sama. – Chwy­ci­ła mnie za ręce i moc­no ści­snę­ła. – Masz mnie i całą Dru­gą Szan­sę po swo­jej stro­nie. Zro­bi­my dla cie­bie wszyst­ko. Wszyst­ko, cze­go bę­dziesz po­trze­bo­wać.

Się­gnę­ła do kie­sze­ni błę­kit­ne­go ża­kie­tu. Wy­ję­ła z niej szkla­ną, brą­zo­wą bu­te­lecz­kę. W środ­ku były po­dłuż­ne, żół­te ta­blet­ki. Za­sło­ni­ła pal­ca­mi na­zwę spe­cy­fi­ku.

– Otwórz dłoń – roz­ka­za­ła.

– Co to jest? – za­py­ta­łam nie­uf­nie ze ści­śnię­tym gar­dłem, ani my­śląc po­da­wać jej rękę.

Ko­bie­ta unio­sła do góry jed­ną cien­ko wy­sku­ba­ną brew, zu­peł­nie jak­by dzi­wi­ła ją moja nie­sub­or­dy­na­cja. Na jej ustach za­go­ścił wy­stu­dio­wa­ny uśmiech pro­fe­sjo­na­list­ki.

– To tyl­ko śro­dek uspo­ka­ja­ją­cy. Za­po­bie­gnie ko­lej­ne­mu ata­ko­wi pa­ni­ki – wy­ja­śni­ła. – Na­le­ję ci wody. Po­cze­kaj chwil­kę.

Pa­trzy­łam, jak idzie do ła­zien­ki. Usły­sza­łam chrzęst szklan­ki, a po­tem szum wody.

– Dłoń – na­ka­za­ła po po­wro­cie.

Wy­su­nę­łam rękę. Wy­trzą­snę­ła jed­ną ta­blet­kę z opa­ko­wa­nia. Nie mia­łam ar­gu­men­tów, by się z nią sprze­czać. Ba­łam się bia­łych plam, ogar­nia­ją­ce­go mnie stra­chu.

Po­ło­ży­łam gorz­ką pi­guł­kę na ję­zy­ku i szyb­ko po­pi­łam ły­kiem wody.

– A te­raz po­łóż się. – Po­mo­gła mi i przy­kry­ła koł­drą. – Wró­cę do cie­bie póź­niej.

– Czy ja do ju­tra za­po­mnę?

Za­trzy­ma­ła się w drzwiach za­sko­czo­na moim py­ta­niem.

Nie wiem – od­par­ła szcze­rze. – Mam na­dzie­ję, że nie. Zga­sić świa­tło?

Spoj­rza­łam na po­je­dyn­czą świe­tlów­kę przy­mo­co­wa­ną do su­fi­tu. Czy to jej świa­tło mnie obu­dzi­ło?

– Nie, niech zo­sta­nie.

– Ro­zu­miem. Do zo­ba­cze­nia ju­tro rano, skar­becz­ku. Pa­trzy­łam, jak wy­cho­dzi. Na tle brzo­skwi­nio­wych ścian jej błę­kit­ny ko­stium bar­dzo się wy­róż­niał. Wy­so­kie ob­ca­sy pan­to­fli lek­ko się chwia­ły.

Wszyst­ko za­czę­ło roz­my­wać mi się przed ocza­mi. Ko­lo­ry, kształ­ty... Ta­blet­ka za­czy­na­ła dzia­łać, wpro­wa­dza­jąc mnie w stan przy­jem­ne­go odrę­twie­nia. Bez smut­ku, bez bólu, bez wąt­pli­wo­ści.

Bez woli...

Już nic nie mia­ło zna­cze­nia.

3

Na­stęp­ne dni wy­da­wa­ły się sza­lo­nym snem. Przed mo­imi ocza­mi prze­su­wa­ły się ko­ro­wo­dy nie­zna­nych twa­rzy. Le­ka­rzy, re­ha­bi­li­tan­tów, spe­cja­li­stów, pie­lę­gnia­rek i sa­ni­ta­riu­szy. Naj­bar­dziej ko­lo­ro­wą z nich nie­zmien­nie po­zo­sta­wa­ła twarz peł­nej współ­czu­cia Zo­fii Mo­rul­skiej.

Nie za­po­mnia­łam na­szej roz­mo­wy. Na szczę­ście. Cho­ciaż żół­te ta­blet­ki, któ­re szczo­drze mi ofe­ro­wa­ła, nie po­ma­ga­ły w za­cho­wa­niu trzeź­wo­ści umy­słu.

Ile dni le­ża­łam, pa­trząc w su­fit i słu­cha­jąc kra­ka­nia za oknem? Nie wiem...

Wspo­mnie­nia z prze­szło­ści, za­nim w moim ży­ciu na­sta­ła era łóż­ka z ba­rier­ką i szorst­kiej pi­ża­my, nie wra­ca­ły.

Drzwi za­mknę­ły się za wy­so­kim, szczu­płym re­ha­bi­li­tan­tem o po­bruż­dżo­nej twa­rzy. Za­wsze żar­to­wał, kie­dy do mnie przy­cho­dził na po­ran­ne ćwi­cze­nia tuż przed śnia­da­niem. Mia­łam po­dob­no ja­kieś przy­kur­cze w ra­mio­nach.

Nie wiem. Może mia­łam. Nie ob­cho­dzi­ło mnie to.

Aż do dzi­siaj.

Po­nu­re kra­ka­nie wciąż roz­brzmie­wa­ło pod moim oknem, zu­peł­nie jak­by król kru­ków cze­kał na mnie. Za­drża­łam na samą myśl o tym prze­klę­tym pta­szy­sku.

Po­cze­ka­łam, aż dźwięk kro­ków re­ha­bi­li­tan­ta umilk­nie w ko­ry­ta­rzu. Opu­ści­łam gołe sto­py na zim­ne pa­ne­le.

Rzad­ko sama wsta­wa­łam. Prze­waż­nie po­ma­ga­ła mi Mo­rul­ska. Cały czas była przy mnie. Wi­dzia­łam jej twarz, gdy się bu­dzi­łam, i za­sy­pia­łam z jej ob­ra­zem wy­ry­tym pod po­wie­ka­mi.

Pod­par­łam się na ba­rier­ce i wol­nym kro­kiem po­de­szłam do okna. Było za­mknię­te. Nie po­zwa­la­łam go ni­ko­mu otwie­rać, co bar­dzo nie­po­ko­iło moją te­ra­peut­kę. Ba­łam się pta­ków, ale nie po­wie­dzia­łam jej tego. Nie chcia­łam do­stać jesz­cze wię­cej le­ków.

Od­bi­cie w szy­bie śle­dzi­ło moje ru­chy. Nie chcia­łam na nie pa­trzeć. Na cał­kiem obcą oso­bę. Były dni, kie­dy wy­da­wa­ło mi się, że to moja twarz. Były też ta­kie jak ten, gdy nie wie­dzia­łam, co jest praw­dą.

Opar­łam czo­ło o chłod­ną szy­bę i wes­tchnę­łam cięż­ko. Kru­ków nie było nig­dzie wi­dać. Za oknem roz­cią­gał się pięk­ny wi­dok. Drze­wa szu­mia­ły ko­ły­sa­ne lek­kim wia­trem. Po­ma­rań­czo­we i zło­te li­ście spa­da­ły na żółk­ną­cy traw­nik. Słoń­ce grza­ło przez ta­flę szkła. Mu­sia­ło być cie­pło. W sam raz na spa­cer.

Chcę wyjść.

Ta myśl, a ra­czej chęć po­ja­wi­ła się na­gle w mo­jej gło­wie. Na po­cząt­ku się prze­stra­szy­łam. Ja mia­ła­bym wyjść? Prze­cież nie wiem, gdzie je­stem, nie wiem, kim je­stem! Ale z dru­giej stro­ny ile moż­na le­żeć i otu­ma­niać się ta­blet­ka­mi?

Bu­te­lecz­ka z ciem­ne­go szkła sta­ła na sto­li­ku tuż obok łóż­ka. Co­dzien­nie zni­ka­ły z niej trzy ta­blet­ki.

A może to leki spra­wia­ją, że jest mi tak dziw­nie? Świat wi­ru­je, chce mi się spać?

Wspo­mnie­nia nie wra­ca­ją?

A gdy­bym prze­sta­ła je ły­kać?

Zer­k­nę­łam na ze­gar wi­szą­cy nad drzwia­mi. Dzie­wią­ta. Zo­fia Mo­rul­ska po­win­na po­ja­wić się lada chwi­la ze śnia­da­niem. Każe mi po­łknąć ta­blet­kę, a ja od razu po po­sił­ku za­snę. Jak co dzień.

Nie będę spać. Nie ma mowy. Moja opie­kun­ka się spóź­nia­ła, a im wię­cej cza­su mi­ja­ło od ko­lej­nej daw­ki le­kar­stwa, tym bar­dziej roz­ja­śnia­ło mi się w gło­wie.

Za­mru­ga­łam gwał­tow­nie. Ze­gar wska­zy­wał dzie­sięć mi­nut po dzie­wią­tej. Co się ze mną dzie­je? Gdzie się po­dział ten czas?

Po­ru­szy­łam dłoń­mi. Już nie czu­łam, jak­bym mia­ła ręce i nogi z waty. Wra­ca­ły siła i czu­cie. Się­gnę­łam po bu­te­lecz­kę. Drżą­cy­mi pal­ca­mi od­kor­ko­wa­łam ją i wy­trzą­snę­łam jed­ną żół­tą ta­blet­kę. Szyb­ko umie­ści­łam ko­rek na miej­scu.

W ko­ry­ta­rzu roz­legł się głu­chy stu­kot ob­ca­sów. To ona!

Po­bie­głam do ła­zien­ki. Nie było cza­su. Usły­sza­ła­by dźwięk spusz­cza­nej wody. Od­su­nę­łam kla­pę re­zer­wu­aru i wrzu­ci­łam tam ta­blet­kę.

Kro­ki tuż za drzwia­mi.

Raz.

Dwa.

Trzy.

Na­ci­śnię­cie klam­ki.

Drzwi uchy­li­ły się w mo­men­cie, gdy sie­dzia­łam już na łóż­ku. Wpa­trzy­łam się tę­pym wzro­kiem w pod­ło­gę. Po­chy­li­łam gło­wę.

– Ju­lecz­ko, skar­bie! – Jej we­so­ły, wy­so­ki głos ra­nił moje uszy. – Jak się dzi­siaj czu­jesz? Wi­dzę, że masz lep­szy hu­mor. Re­ha­bi­li­ta­cja chy­ba ci słu­ży. Będę mu­sia­ła po­chwa­lić pana Ry­szar­da.

Ko­bie­ta, tym ra­zem ubra­na we wście­kle po­ma­rań­czo­wą gar­son­kę i nie­od­łącz­ne czar­ne szpil­ki po­sta­wi­ła ta­lerz z ka­nap­ka­mi na sto­li­ku obok łóż­ka. Rano jej kost­ki nie były aż tak opuch­nię­te. Wzię­ła do ręki bu­te­lecz­kę z ta­blet­ka­mi.

– Przed śnia­da­niem po­łknie­my le­kar­stwo – za­ko­men­de­ro­wa­ła.

– Już po­łknę­łam – ode­zwa­łam się głu­cho.

– Słu­cham? – Uśmiech na jej ustach przy­gasł.

Spoj­rza­łam jej w oczy.

– Spóź­ni­ła się pani, więc po­łknę­łam sama.

Od­wró­ci­ła się w stro­nę ze­ga­ra. Wska­zy­wał kwa­drans po dzie­wią­tej.

– Hm, rze­czy­wi­ście tro­chę się spóź­ni­łam.

– Mó­wi­ła pani, że trze­ba przyj­mo­wać je re­gu­lar­nie. To po­łknę­łam.

– Skar­becz­ku – za­gru­cha­ła i za­śmia­ła się per­li­ście. – Pa­mię­tasz, mia­łaś mi mó­wić po imie­niu. Je­stem Zo­fia.

Wy­sy­pa­ła ta­blet­ki na sto­lik i za­czę­ła je prze­li­czać, wrzu­ca­jąc z po­wro­tem do opa­ko­wa­nia.

– Chy­ba rze­czy­wi­ście po­łknę­łaś – mruk­nę­ła. – Po­cze­kaj chwil­kę.

Od­wró­ci­ła się ode mnie na pię­cie i po­szła do ła­zien­ki. Usły­sza­łam, jak pod­no­si kla­pę od se­de­su. Po chwi­li wró­ci­ła usa­tys­fak­cjo­no­wa­na.

– Wy­bacz, Ju­lecz­ko, ale mu­sia­łam spraw­dzić. Nie­któ­rzy nasi pa­cjen­ci nie chcą ły­kać le­ków. A prze­cież da­je­my je wam dla wa­sze­go do­bra. Tyl­ko i wy­łącz­nie. Po­ma­ga­ją wszyst­kim, po­ma­ga­ją to­bie.

Kiw­nę­łam gło­wą i się­gnę­łam po ka­nap­kę. Za­czy­na­ło mi już bur­czeć w brzu­chu. Za oknem roz­le­gło się kra­ka­nie. Wzdry­gnę­łam się.

– Wstręt­ne pta­szy­ska! – za­wo­ła­ła ko­bie­ta. – Wy­jąt­ko­wo upodo­ba­ły so­bie nasz park. Nie moż­na się ich po­zbyć...

– Chcia­ła­bym wyjść na dwór – prze­rwa­łam jej.

– Na dwór? – zmie­sza­ła się. – Nie je­stem pew­na, czy je­steś już go­to­wa. Nie chce ci się aby spać?

Po­czu­łam gniew. Tym ra­zem nie dam się otu­ma­nić pro­cha­mi. Mu­szę wy­do­stać się z tego po­ko­ju. Ode­tchnąć in­nym po­wie­trzem. Tu się du­szę.

– Je­stem go­to­wa. Chcę wyjść. Tro­chę chce mi się spać. Uda­łam ziew­nię­cie. – Ale świe­że po­wie­trze na pew­no do­brze mi zro­bi. Pro­szę. Tyle cza­su sie­dzę w po­ko­ju.

Szyb­ko we­pchnę­łam so­bie ostat­ni kęs ka­nap­ki do ust i wsta­łam. Zo­fia od razu do mnie do­sko­czy­ła, by pod­trzy­mać mnie, gdy­bym się za­chwia­ła.

– Na­praw­dę czu­ję się już le­piej. – Spoj­rza­łam jej w oczy. Je­stem go­to­wa na te­ra­pię i na wyj­ście na ze­wnątrz. Nie je­stem spa­ni­ko­wa­na, nie chce mi się pła­kać. Je­stem go­to­wa. To le­że­nie w łóż­ku wca­le mi nie po­ma­ga.

Mo­rul­ska przy­pa­try­wa­ła mi się ba­daw­czo. Ba­łam się, że się nie zgo­dzi, że do­my­śli się, że nie wzię­łam le­kar­stwa. Ner­wo­wym ge­stem za­wi­nę­łam pa­smo blond wło­sów za ucho.

– Tak – od­par­ła wol­no. – Chy­ba rze­czy­wi­ście czu­jesz się już le­piej. Cze­ka­łam na to. Wiem, że da­wa­li­śmy ci sil­ne leki, jed­nak mimo wszyst­ko pod­da­wa­łaś się im zbyt dłu­go. Aż pół­to­ra ty­go­dnia.

Za­mar­łam z ręką na klam­ce sza­fy. Tak dłu­go dzień mie­szał mi się z nocą? W ogó­le nie od­czu­łam upły­wu cza­su.

Zo­fia Mo­rul­ska chy­ba za­uwa­ży­ła moją minę, bo przy­tu­li­ła mnie do swo­jej ob­fi­tej pier­si. Jej cięż­kie, piż­mo­we per­fu­my draż­ni­ły mój nos.

– Nie przej­muj się, skar­becz­ku. Mu­sie­li­śmy cię uspo­ko­ić. Gwał­tow­ne emo­cje mo­gły ci za­szko­dzić. Je­śli jed­nak twier­dzisz, że czu­jesz się le­piej, zmniej­szy­my daw­kę two­je­go le­kar­stwa. Te­raz bę­dziesz ły­kać ta­blet­ki dwa razy dzien­nie, sły­szysz? Do śnia­da­nia i do ko­la­cji. Przyj­dę wie­czo­rem tego przy­pil­no­wać.

Kiw­nę­łam gło­wą i uśmiech­nę­łam się. Po­do­ba­ło mi się to. Chcia­łam coś ro­bić. Wresz­cie coś so­bie przy­po­mnieć.

– Dzię­ku­ję pani.

– Jaka tam pani! – żach­nę­ła się. – Mów mi Zo­fio. Prze­cież je­ste­śmy przy­ja­ciół­ka­mi.

– Dzię­ku­ję... Zo­fio – jej imię le­d­wo prze­szło mi przez gar­dło.

Nie ze­tknę­łam się nig­dy z psy­cho­te­ra­pią ani psy­chia­trią, ale wy­da­wa­ło mi się dziw­ne, że ona ko­niecz­nie chce się ze mną za­przy­jaź­nić.

Za­śmia­łam się w du­chu. Nic o so­bie nie wiem poza jed­ną rze­czą. Je­stem prze­mą­drza­ła.

– Do­sko­na­le. – Po­kle­pa­ła mnie po ra­mio­nach. – Może mały spa­cer to rze­czy­wi­ście do­bry po­mysł. Po­ka­żę ci nasz wspa­nia­ły ośro­dek. Tyl­ko naj­pierw mu­si­my zna­leźć ci coś do ubra­nia. Chy­ba że chcia­ła­byś iść w pi­ża­mie. Część na­szych wy­cho­wan­ków trak­tu­je Dru­gą Szan­sę jako szpi­tal, cho­ciaż wo­le­li­by­śmy, żeby nie za­cho­wy­wa­li się jak w szpi­ta­lu. Fakt, że za­trud­nia­my pie­lę­gnia­rzy, nie świad­czy jesz­cze o tym, że NFZ nas fi­nan­su­je.

Na­rze­ka­jąc pod no­sem, otwo­rzy­ła sza­fę. Lu­stro za­błysz­cza­ło w słoń­cu. Na­prze­ciw­ko mia­łam swo­je od­bi­cie.

– Och, prze­pra­szam. Zu­peł­nie za­po­mnia­łam o lu­strze. – Zo­fia chcia­ła za­mknąć drzwi, ale ją po­wstrzy­ma­łam.

Do­tknę­łam od­bi­cia i przyj­rza­łam się so­bie kry­tycz­nie. Nie je­stem brzyd­ka. Tyl­ko odro­bi­nę za­nie­dba­na. Ma­to­we, prze­tłusz­czo­ne wło­sy wi­sia­ły po­tar­ga­ne do­oko­ła bla­dej twa­rzy z pod­krą­żo­ny­mi ocza­mi. Mia­łam duże oczy. Przez to sza­re wory wy­da­wa­ły się zaj­mo­wać całą sze­ro­kość twa­rzy. Cia­ło nie przed­sta­wia­ło się le­piej. Mu­szę wię­cej jeść, może cho­ciaż pier­si mi więk­sze uro­sną...

– Nie pa­mię­tam sie­bie – wes­tchnę­łam. – Nie po­zna­ję wła­sne­go nosa.

– Naj­waż­niej­sze jest przy­znać to przed sobą – po­wie­dzia­ła spo­koj­nie. – Po­win­naś prze­stać się bać sie­bie. Tak wy­glą­dasz, tak za­wsze wy­glą­da­łaś. To nie jest obca oso­ba. To ty. Mu­sisz na nowo na­uczyć się sie­bie.

Na­uczyć? Jak na ra­zie do­wie­dzia­łam się jed­ne­go – te nogi będą wy­glą­dać bar­dzo źle w rur­kach.

– Po­sta­ram się – za­pew­ni­łam opie­kun­kę.

Co in­ne­go mia­łam zro­bić? Jak po­win­nam się za­cho­wać? Mało komu zda­rza się obu­dzić i nie pa­mię­tać ni­cze­go. To ra­czej mało po­pu­lar­ny te­mat fil­mów i ksią­żek, że­bym mia­ła ja­kieś wzor­ce. Za­my­śli­łam się. Fil­my i książ­ki...

– Dla­cze­go pa­mię­tam treść fil­mów i ksią­żek, któ­re prze­czy­ta­łam, a nie pa­mię­tam swo­je­go ży­cia? – za­py­ta­łam.

– Skar­becz­ku, tak się cza­sa­mi zda­rza. Masz czę­ścio­wą amne­zję. Do­kład­ne­go za­kre­su jesz­cze nie zna­my, bo nie roz­po­czę­ły­śmy peł­nej te­ra­pii. Od ju­tra za­cznie­my spo­ty­kać się na se­sjach, wte­dy będę mo­gła wię­cej ci na ten te­mat po­wie­dzieć. Już je­steś go­to­wa, że­by­śmy ra­zem po­pra­co­wa­ły. Cie­szysz się?

Uśmiech­nę­ła się do mnie sze­ro­ko, po­ka­zu­jąc sza­re wy­peł­nie­nia w żół­tych zę­bach.

– Chy­ba tak – mruk­nę­łam.

– Wi­dzę, że mało en­tu­zja­stycz­na z cie­bie osób­ka.

A w cze­go tu się cie­szyć? Nie mam ni­cze­go, na­wet sa­mej sie­bie.

– Może naj­pierw się umy­ję? – za­pro­po­no­wa­łam.

Naj­wyż­szy czas.

– Do­brze, skar­becz­ku. Weź szyb­ki prysz­nic. Ja tu na cie­bie po­cze­kam. Za­bierz do ła­zien­ki ubra­nia, któ­re chcia­ła­byś za­ło­żyć.

W sza­fie nic się nie zmie­ni­ło, od­kąd ostat­ni raz ją otwie­ra­łam. W szu­fla­dzie zna­la­złam bie­li­znę i skar­pet­ki, na pół­kach le­ża­ło kil­ka pod­ko­szul­ków, głów­nie czar­nych, oraz zło­żo­ne, pach­ną­ce no­wo­ścią sza­ro-czar­ne dżin­sy. Nie­bie­ski swe­ter na wie­sza­ku był je­dy­ną pla­mą ko­lo­ru.

– Dla­cze­go wszyst­ko jest czar­ne? – za­py­ta­łam.

– Są­dzi­łam, że bę­dziesz chcia­ła cho­dzić w ża­ło­bie – od­par­ła, sa­do­wiąc się na krze­śle przy biur­ku. Za­ło­ży­ła nogę na nogę i ma­cha­ła sto­pą w po­wie­trzu. Ostry ob­cas prze­ci­nał ryt­micz­nie po­wie­trze. – No już. Leć. Roz­mia­ry nie­ko­niecz­nie mu­szą na cie­bie pa­so­wać, bo ku­po­wa­łam na oko, ale tym się nie przej­muj. Gdy po­czu­jesz się le­piej, ra­zem pój­dzie­my na za­ku­py.

Bez sło­wa wzię­łam po­trzeb­ne rze­czy i wsko­czy­łam do ła­zien­ki. Po za­mknię­ciu drzwi ode­tchnę­łam z ulgą. Wresz­cie od­izo­lo­wa­łam się od jej ga­da­nia. To bez­u­stan­ne traj­ko­ta­nie bar­dzo mnie mę­czy­ło.

Zrzu­ci­łam z sie­bie szorst­ką pi­ża­mę i po­zwo­li­łam jej opaść na ka­fel­ki. Je­den z trzech mięk­kich, zie­lo­nych ręcz­ni­ków po­ło­ży­łam na za­mknię­tej kla­pie se­de­su tuż obok ka­bi­ny prysz­ni­co­wej.

Ła­zien­ka była ma­lut­ka. Le­d­wo moż­na się było w niej ob­ró­cić. Pro­jek­tant wnętrz się nie po­pi­sał. Zie­lo­no-bia­łe ka­fel­ki na ścia­nach i pod­ło­dze two­rzy­ły ośle­pia­ją­cy wzór przy­pra­wia­ją­cy o za­wrót gło­wy i mdło­ści. Ol­brzy­mie lu­stro nad umy­wal­ką tak­że nie po­ma­ga­ło w orien­ta­cji w tym po­miesz­cze­niu.

Za­mknę­łam za sobą drzwi ka­bi­ny i od­krę­ci­łam wodę. Cie­pły stru­mień spły­nął na moją gło­wę i ple­cy.

Wes­tchnę­łam z roz­ko­szą. Do­wie­dzia­łam się o so­bie no­wej rze­czy. Lu­bię brać prysz­nic. W brzu­chu po­now­nie mi za­bur­cza­ło. Ko­lej­na in­for­ma­cja – je­stem chu­da, bo mam do­brą prze­mia­nę ma­te­rii. Po­żar­ła­bym ko­nia z ko­py­ta­mi.

Prysz­nic ku­sił, ale nie chcia­łam, żeby Mo­rul­ska dłu­go na mnie cze­ka­ła. Ba­łam się, że się roz­my­śli i nie po­zwo­li mi wyjść, je­śli uzna, że się zmę­czy­łam.

Owi­nę­łam się w zie­lo­ny ręcz­nik i sta­nę­łam przed za­pa­ro­wa­nym lu­strem. Prze­cią­gnę­łam dło­nią po ta­fli. Nie­bie­skie oczy dziew­czy­ny na­prze­ciw­ko mnie za­mru­ga­ły za­sko­czo­ne. Ależ ja je­stem chu­da! Jak śmierć na cho­rą­gwi. Po­kle­pa­łam się po po­licz­kach. Ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy.

Już mia­łam od­wró­cić się od od­bi­cia, gdy za­uwa­ży­łam coś na czo­le tuż pod li­nią wło­sów. Od­gar­nę­łam mo­kre pa­sma na ple­cy. Nad moją lewą skro­nią bie­gła cien­ka kil­ku­cen­ty­me­tro­wa bli­zna. Prze­su­nę­łam po niej pal­cem. Czy to tu ude­rzy­ła pło­ną­ca bel­ka stro­po­wa? Pro­sto w czo­ło? Jak sie­ro­tę na ta­nim fil­mie?

Ja nie będę sie­ro­tą. Wszyst­ko so­bie przy­po­mnę i się z tym upo­ram. Z tym po­sta­no­wie­niem ubra­łam się i wy­szłam z Zo­fią Mo­rul­ską z po­ko­ju.

Jed­nak moja pew­ność sie­bie znik­nę­ła tuż za drzwia­mi. Przed sobą mia­łam ośle­pia­ją­co bia­ły, po­zba­wio­ny okien ko­ry­tarz z sze­re­giem drzwi. Na każ­dych wid­niał przy­bi­ty nu­mer. Moje drzwi, ostat­nie w cią­gu, ozna­czo­ne były trzy­nast­ką. Chy­ba nie­zbyt do­bry znak.

– Jak się je za­my­ka? – za­py­ta­łam, nie pusz­cza­jąc klam­ki.

Drzwi po­ma­lo­wa­no na bia­ły ko­lor. W ni­czym nie przy­po­mi­na­ły cie­płej so­sny, któ­rą wi­dzia­łam od stro­ny po­ko­ju. Efekt do­mo­we­go cie­pła zni­kał na ko­ry­ta­rzu. Nic dziw­ne­go, że nie­któ­rzy wy­cho­wan­ko­wie Szan­sy uwa­ża­li, że znaj­du­ją się w szpi­ta­lu.

Cho­ciaż mnie nu­me­ry na drzwiach ko­ja­rzy­ły się z ho­te­lem. Bar­dzo... ste­ryl­nym ho­te­lem. Rząd świe­tló­wek po­zba­wiał ko­ry­tarz cie­nia. Bia­ła te­ra­ko­ta na pod­ło­dze zle­wa­ła się ze ścia­na­mi. Ko­lo­rem wy­róż­nia­ły się je­dy­nie roz­miesz­czo­ne w rów­nych od­stę­pach mię­dzy drzwia­mi małe skrzy­necz­ki, miesz­czą­ce w so­bie czer­wo­ny gu­zik.

– Nie za­my­ka­my drzwi, skar­becz­ku – od­par­ła po­błaż­li­wie. – W jaki spo­sób mie­li­by­śmy przyjść w nocy ko­muś na po­moc, gdy­by się wcze­śniej za­mknął?

– Ale... to po­gwał­ce­nie pry­wat­no­ści – nie da­łam za wy­gra­ną.

– Ju­lecz­ko. Nie je­steś na wa­ka­cjach. To za­mknię­ty ośro­dek. Chodź już. Nie przej­muj się drzwia­mi.

Wzię­ła mnie pod ra­mię i po­pro­wa­dzi­ła ko­ry­ta­rzem. Tuż przy scho­dach spo­tka­ły­śmy oko­łocz­ter­dzie­sto­let­nią chu­dą ko­bie­tę. Zgię­ta wpół opie­ra­ła się o ścia­nę. Mia­ła na so­bie przy­krót­ką bla­do­ró­żo­wą ko­szu­lę noc­ną. Ner­wo­wo mię­dli­ła w dło­niach ma­te­riał, przez co le­d­wo za­sła­niał jej po­ślad­ki. Ro­ze­śmia­ła się sza­leń­czo na nasz wi­dok. Jej roz­bie­ga­ne spoj­rze­nie prze­ska­ki­wa­ło po­mię­dzy nami.

– Je­steś nowa. Nowa! Za­bi­ją cię. Za­bi­ją cię tak jak wszyst­kich! Wszy­scy nie żyją! Umrzesz!

Od­sko­czy­łam prze­stra­szo­na, kie­dy wy­ce­lo­wa­ła we mnie pa­lec z dłu­gim, po­żół­kłym pa­znok­ciem.

– Mag­da­le­no, daj spo­kój – prych­nę­ła Mo­rul­ska. – Tu nikt nie umie­ra! Co ro­bisz sama na ko­ry­ta­rzu w ko­szu­li noc­nej?! Zno­wu nie wzię­łaś le­ków?! Prze­cież mia­łaś je brać re­gu­lar­nie! Wra­caj na­tych­miast do po­ko­ju albo we­zwę sa­ni­ta­riu­sza.

– Sły­sza­łam w nocy! – krzyk­nę­ła ko­bie­ta, plu­jąc przed sie­bie śli­ną. – Sły­sza­łam, na ko­ry­ta­rzu łóż­ko na kół­kach! Zno­wu ktoś umarł, a wy to ukry­wa­cie!

– Ko­cha­na, jak zwy­kle mia­łaś przy­wi­dze­nia. To nor­mal­ne po le­kach, któ­re otrzy­mu­jesz. Już o tym roz­ma­wia­ły­śmy. Mag­da­le­no, wi­dzę, że mu­szę zno­wu po­świę­cić ci wię­cej cza­su. – Moja opie­kun­ka się­gnę­ła do ścia­ny, gdzie za­mo­co­wa­ny za prze­zro­czy­stą klap­ką znaj­do­wał się czer­wo­ny przy­cisk.

Po­cząt­ko­wo my­śla­łam, że to gu­zik bez­pie­czeń­stwa w ra­zie po­ża­ru, ale się my­li­łam. Tuż nad przy­ci­skiem znaj­do­wał się mały na­pis: „Sa­ni­ta­riusz”.

– Mnie też za­bi­je­cie. Wiem to – oświad­czy­ła sza­lo­na ko­bie­ta.

– Nikt ni­ko­go nie za­bi­je, Mag­da­le­no. – Głos Zo­fii stał się ostry i twar­dy. Już się nie uśmie­cha­ła. Cała do­broć pulch­nej ko­bie­ci­ny gdzieś znik­nę­ła.

Jak­by zni­kąd po­ja­wi­li się dwaj sa­ni­ta­riu­sze. Wy­so­cy bar­czy­ści męż­czyź­ni o za­ka­za­nych mor... twa­rzach. Nie bądź­my nie­mi­li od sa­me­go po­cząt­ku. Wy­da­wa­ło się, że mnie nie za­uwa­ży­li. Bez sło­wa po­de­szli do sza­lo­nej ko­bie­ty, zła­pa­li ją pod pa­chy i wpro­wa­dzi­li do po­ko­ju z nu­me­rem 18.

Zo­fia Mo­rul­ska od razu stra­ci­ła za­in­te­re­so­wa­nie ca­łym zda­rze­niem. Za­tro­ska­ła się na wi­dok mo­jej miny.

– Och, skar­becz­ku, zu­peł­nie się tym nie przej­muj. – Zno­wu wzię­ła mnie pod ra­mię. – Ta ko­bie­ta cier­pi na schi­zo­fre­nię i ma­nię prze­śla­dow­czą. Bar­dzo cięż­ki przy­pa­dek. Sta­ra­my się jej po­móc, ale sama wi­dzisz. Nie przyj­mu­je re­gu­lar­nie le­ków. Wy­plu­wa je. Po­tra­fi na­wet wy­wo­ły­wać wy­mio­ty, by po­zbyć się ta­blet­ki. Chy­ba po­now­nie mu­si­my przejść na leki po­da­wa­ne do­żyl­nie. Ale wte­dy zno­wu za­cznie wy­ry­wać so­bie kro­plów­kę i trze­ba ją bę­dzie krę­po­wać – za­my­śli­ła się.

W trak­cie jej prze­mo­wy co­raz bar­dziej bla­dłam. Gdzie ja tra­fi­łam? Co to za od­dział za­mknię­ty? Czy ze mną też jest aż tak źle?

– Ko­cha­nie, nie przej­muj się Mag­da­le­ną. Po­mo­że­my jej. Po­zwo­li­łam te­ra­peut­ce po­cią­gnąć się w dół scho­dów.

Mój po­kój znaj­do­wał się na pierw­szym pię­trze. Nie­da­le­ko po­ko­ju sza­lo­nej ko­bie­ty. Po­ża­ło­wa­łam, że nie mam w drzwiach zam­ka.

Ze­szły­śmy na par­ter. Hol nie był dłu­gi. Po­środ­ku znaj­do­wa­ło się wej­ście do sto­łów­ki, ozna­czo­ne od­po­wied­nim na­pi­sem, i sta­no­wi­sko sa­ni­ta­riu­szy. Sie­dzie­li za bia­ły­mi kra­ta­mi, two­rzą­cy­mi klat­kę nad kil­ko­ma biur­ka­mi i ka­na­pą. Za bia­łym sie­dzi­skiem znaj­do­wa­ły się bia­łe drzwi pro­wa­dzą­ce za­pew­ne do po­miesz­cze­nia, w któ­rym mo­gli spać. Przed sobą mie­li kil­ka mo­ni­to­rów po­ka­zu­ją­cych ko­ry­ta­rze. Gdy szły­śmy, nie wi­dzia­łam żad­nych ka­mer. Mu­sia­ły być do­brze ukry­te.

Męż­czyź­ni od­wró­ci­li się w na­szą stro­nę i kiw­nę­li gło­wa­mi Mo­rul­skiej. Bar­dziej przy­po­mi­na­li mi ochro­nia­rzy niż sa­ni­ta­riu­szy.

– Wy­szły­śmy wła­śnie z dam­skie­go skrzy­dła – za­czę­ła tłu­ma­czyć Zo­fia. – Ma dwa pię­tra. Nie jest duże. Na­prze­ciw­ko wi­dzisz wej­ście do skrzy­dła mę­skie­go. Nie wol­no ci tam wcho­dzić, tak jak żad­ne­mu miesz­kań­co­wi stam­tąd nie wol­no prze­kro­czyć pro­gu żeń­skiej czę­ści bu­dyn­ku. Po­środ­ku znaj­du­ją się prze­strze­nie wspól­ne. Na par­te­rze sto­łów­ka i bi­blio­te­ka, na pierw­szym pię­trze świe­tli­ca, a na ostat­nim, dru­gim pię­trze po­ko­je pra­cow­ni­ków i biu­ra.

– A co jest tam? – Wska­za­łam na siel­ski wi­dok za prze­szklo­ny­mi drzwia­mi wej­ścio­wy­mi.

Ja­kaś para sie­dzia­ła na ław­ce i czy­ta­ła ga­ze­tę.

– To nasz wspa­nia­ły park. Ota­cza dom. Kie­dy już po­czu­jesz się le­piej, pój­dzie­my na spa­cer. Nie mu­sisz się mar­twić, że się zgu­bisz, cho­ciaż te­ren jest roz­le­gły. Wszyst­kie ścież­ki pro­wa­dzą do bu­dyn­ku, a ca­łość jest ogro­dzo­na wy­so­kim mu­rem. Nikt nie­po­wo­ła­ny nie do­sta­nie się do środ­ka. Nie mu­sisz się też mar­twić, że spo­tka cię tam coś złe­go ze stro­ny miesz­kań­ców. Nasi pod­opiecz­ni w złym sta­nie nie mogą opusz­czać bu­dyn­ku.

Ja­koś mnie to nie prze­ko­na­ło. Na wi­dok Mag­da­le­ny o mało nie do­sta­łam za­wa­łu ze stra­chu. Tra­fi­łam do ja­kie­goś domu dla obłą­ka­nych.

Już się nie dzi­wi­łam, dla­cze­go Zo­fia Mo­rul­ska nie była pew­na, czy je­stem go­to­wa na opusz­cze­nie po­ko­ju.

Jesz­cze przez chwi­lę spa­ce­ro­wa­ły­śmy po bu­dyn­ku. Opo­wia­da­ła mi, skąd wzię­ły się fun­du­sze na ośro­dek, ja­kie sła­wy w nim pra­cu­ją. Jej sło­wa prze­la­ty­wa­ły koło mo­ich uszu jak na­tręt­na mu­cha. Zmę­czy­ło mnie jej to­wa­rzy­stwo. Po­tra­fi­ła być praw­dzi­wym wrzo­dem na tył­ku, bez­u­stan­nie po­wta­rza­jąc te same utar­te fra­ze­sy.

Pod­czas na­szej wy­ciecz­ki po Dru­giej Szan­sie wy­glą­da­łam przez każ­de okno. Drze­wa nę­ci­ły mnie spo­ko­jem, przy­zy­wa­ły do sie­bie. Chcia­łam usiąść w ich cie­niu i na chwi­lę za­po­mnieć, że po­win­nam so­bie coś przy­po­mnieć.

Ośro­dek zro­bił na mnie do­bre wra­że­nie. Wy­da­wał się cał­kiem ład­ny. Jego środ­ko­wa część, utrzy­ma­na w cie­płych bar­wach, mie­ści­ła się w sta­rej re­zy­den­cji. Praw­dzi­wa drew­nia­na klep­ka ugi­na­ła się pod sto­pa­mi. Było tu przy­tul­niej niż w do­bu­do­wa­nych znacz­nie póź­niej skrzy­dłach, w któ­rych mie­ści­ły się po­ko­je dla pa­cjen­tów. Tam w ko­ry­ta­rzach kró­lo­wa­ła czy­sta biel po­sa­dzek z te­ra­ko­ty i ścian po­ma­lo­wa­nych do po­ło­wy far­bą olej­ną. Zde­cy­do­wa­nie wo­la­łam środ­ko­wą część.

Znaj­do­wa­ły­śmy się wła­śnie w bi­blio­te­ce. Wy­so­kie, kil­ku­me­tro­we re­ga­ły się­ga­ły su­fi­tu. Nik­nę­ły w cie­niu, któ­re­go nie roz­pra­sza­ło świa­tło wpa­da­ją­ce przez wy­so­kie okna po­kry­te ku­rzem. By do­stać się do naj­wyż­szych pół­ek, na­le­ża­ło użyć spe­cjal­nej dra­bi­ny na kół­kach. Je­dy­ne oświe­tle­nie sta­no­wi­ły lam­py roz­sta­wio­ne na ni­skich sto­li­kach. Dziw­ne. Czy­tel­nia po­win­na być do­brze oświe­tlo­na. Na su­fi­cie ozdo­bio­nym drew­nia­ny­mi ka­se­to­na­mi wid­nia­ły, od­da­lo­ne od sie­bie, głę­bo­kie wy­rwy w drew­nie, zu­peł­nie jak­by kie­dyś były tam za­mo­co­wa­ne ży­ran­do­le.

Za­spa­na bi­blio­te­kar­ka, któ­rą mi przed­sta­wio­no jako pa­nią Anię, sie­dzia­ła za biur­kiem i na pra­cow­ni­czym kom­pu­te­rze z mo­ni­to­rem ki­ne­sko­po­wym pa­mię­ta­ją­cym lata dzie­więć­dzie­sią­te ubie­głe­go wie­ku, z za­pa­mię­ta­niem ukła­da­ła pa­sjan­sa. Nie mia­ła wie­le pra­cy. Na­ćpa­ni miesz­kań­cy nie przy­cho­dzi­li tu­taj czy­tać Toł­sto­ja.

Zbio­ry pre­zen­to­wa­ły się im­po­nu­ją­co. Mo­rul­ska wy­ja­śni­ła mi, że na­le­żą w ca­ło­ści do wła­ści­cie­la re­zy­den­cji i jed­no­cze­śnie dy­rek­to­ra Dru­giej Szan­sy, uta­len­to­wa­ne­go neu­ro­chi­rur­ga, któ­re­go ty­tu­ło­wa­ła „pa­nem dok­to­rem”. Naj­wy­raź­niej był tak za­słu­żo­ny, że nikt nie śmiał gło­śno wy­po­wia­dać jego imie­nia ani na­zwi­ska.

– Je­stem już zmę­czo­na – prze­rwa­łam Mo­rul­skiej w pół sło­wa za­chwy­ty nad oso­bą dok­to­ra. – Chy­ba wró­cę do po­ko­ju na małą drzem­kę.

– Moja opie­kun­ka zer­k­nę­ła na ze­ga­rek na nad­garst­ku. Zło­ta bran­so­let­ka wrzy­na­ła się w pulch­ne cia­ło.Do­brze, skar­becz­ku – zgo­dzi­ła się z uśmie­chem. – Obiad za dwie go­dzin­ki. Aku­rat się zdrzem­niesz. Chcesz zjeść w sto­łów­ce, czy wo­lisz, że­bym przy­nio­sła ci po­si­łek do po­ko­ju?

Wy­obra­zi­łam so­bie sza­leń­ców cze­ka­ją­cych w sto­łów­ce, za­opa­trzo­nych w noże i wi­del­ce, a na­stęp­nie moją sa­mot­nię, do któ­rej zdo­ła­łam się już przy­zwy­cza­ić.

– Wo­la­ła­bym zjeść w po­ko­ju – mruk­nę­łam. – Je­śli mogę.

– Oczy­wi­ście, ko­cha­nie, że mo­żesz! Od­pro­wa­dzić cię czy sama tra­fisz?

– Pój­dę sama. Dzię­ku­ję.

Skie­ro­wa­ły­śmy się do drzwi pro­wa­dzą­cych na ko­ry­tarz. Za ple­ca­mi ko­bie­ty ukła­da­ją­cej pa­sjan­sa też były drzwi. Nad nimi wi­siał kar­nisz ze znisz­czo­ną, ak­sa­mit­ną za­sło­ną, te­raz od­su­nię­tą do po­ło­wy. Na drzwiach do­strze­głam w po­ło­wie za­sło­nię­tą ta­blicz­kę z na­pi­sem: „Ar­chi...”. Gdy wcho­dzi­ły­śmy, ko­ta­ra była cał­ko­wi­cie za­cią­gnię­ta i po­my­śla­łam, że znaj­du­je się za nią okno przy­sło­nię­te, by świa­tło nie od­bi­ja­ło się w mo­ni­to­rze kom­pu­te­ra.

– Ta­jem­ni­cza kom­na­ta? – Za­śmia­łam się, wska­zu­jąc na nią gło­wą.

– Och, to tyl­ko ma­ga­zyn. Trzy­ma­my tam sta­re hi­sto­rie cho­rób – po­wie­dzia­ła Mo­rul­ska i po­sła­ła ostre spoj­rze­nie bi­blio­te­kar­ce. Ko­bie­ta ze­rwa­ła się z miej­sca i po­pra­wi­ła za­sło­nę.

– Prze­pra­szam, mu­sia­łam za­cze­pić krze­słem. Tu jest strasz­nie cia­sno – tłu­ma­czy­ła się.

Wy­szły­śmy na ko­ry­tarz.

– Do zo­ba­cze­nia – po­wie­dzia­łam i zbli­ży­łam się do scho­dów.

Za ple­ca­mi usły­sza­łam skrzyp­nię­cie cięż­kich drew­nia­nych drzwi i ci­chy głos Mo­rul­skiej stro­fu­ją­cej pod­wład­ną.

4

Nie po­ło­ży­łam się jed­nak do łóż­ka. Na­wet na nim nie usia­dłam.

Po wej­ściu do po­ko­ju otwo­rzy­łam sze­ro­ko okno i opar­łam ręce na kra­tach. Pierw­szy raz od­wa­ży­łam się je otwo­rzyć. Wdy­cha­łam za­pach drzew i wia­tru. Tak wspa­nia­le się róż­nił od smro­du środ­ka de­zyn­fe­ku­ją­ce­go, któ­rym co­dzien­nie myto pod­ło­gę w moim po­ko­ju, za­pa­chu ku­rzu w bi­blio­te­ce czy przy­pa­lo­ne­go je­dze­nia w ja­dal­ni.

Szarp­nę­łam kra­ty na pró­bę. Trzy­ma­ły moc­no. Do­pie­ro po chwi­li za­uwa­ży­łam, że są za­mo­co­wa­ne w ra­mie na za­wia­sach. Prze­su­nę­łam pal­ca­mi po zam­ku. Je­śli mia­ło się klucz, moż­na było otwo­rzyć swo­je wię­zie­nie.

Okła­ma­łam Mo­rul­ską. Nie chcia­ło mi się spać. Chcia­łam się od niej uwol­nić i wy­brać się na sa­mot­ną wy­ciecz­kę po par­ku. Chcia­łam zro­bić coś sama bez obaw, że będę pod sta­łą ob­ser­wa­cją. Tyl­ko jak się wy­do­sta­nę z bu­dyn­ku?

Przy­gry­złam war­gę. Musi ist­nieć ja­kiś spo­sób. Może po pro­stu udam, że mam po­zwo­le­nie na opusz­cza­nie ośrod­ka, i spró­bu­ję wyjść? Je­śli będę pew­na sie­bie, to może nikt mnie nie za­trzy­ma.

Wy­ję­łam z sza­fy błę­kit­ny swe­ter. Nie je­stem w ża­ło­bie. Ubio­rę się na czar­no, gdy przy­po­mnę so­bie lu­dzi, za któ­ry­mi po­win­nam tę­sk­nić. Uśmiech­nę­łam się do od­bi­cia w lu­strze. Po­sła­ło mi fi­glar­ne spoj­rze­nie. Moje od­bi­cie też chcia­ło uciec. Wy­da­wa­ło mu się to czymś we­so­łym, pod­nie­ca­ją­cym.

Już mia­łam za­mknąć sza­fę, gdy coś mi­gnę­ło w lu­strze nad moim ra­mie­niem. Ludz­ka syl­wet­ka. Od­wró­ci­łam się gwał­tow­nie. Ser­ce pod­sko­czy­ło mi do gar­dła.

Omio­tłam spoj­rze­niem nie­wiel­kie po­miesz­cze­nie. Czy ktoś wszedł do po­ko­ju, kie­dy prze­glą­da­łam się w lu­strze? Nie sły­sza­łam dźwię­ku otwie­ra­nych drzwi.

Wiatr wpa­da­ją­cy przez otwar­te okno po­ru­szył mo­imi wło­sa­mi. Ode­tchnę­łam głę­bo­ko. To tyl­ko cień. Na ścia­nie nad łóż­kiem fa­lo­wa­ły ga­łę­zie drze­wa. Moc­ne po­łu­dnio­we świa­tło ła­two wy­do­by­wa­ło z przed­mio­tów ostre kon­tu­ry.

Dla pew­no­ści ukuc­nę­łam i zaj­rza­łam pod wy­so­kie szpi­tal­ne łóż­ko. Ni­cze­go tam nie było. Po­de­szłam do okna. Na­prze­ciw­ko mo­je­go po­ko­ju ro­sło sta­re wy­schnię­te drze­wo. To ono rzu­ca­ło po­dłuż­ne cie­nie, wy­cią­ga­ją­ce się w moją stro­nę ni­czym szpo­ny cza­row­ni­cy.

Wyj­rza­łam w po­szu­ki­wa­niu kru­ków i za­mknę­łam okno. Już za dłu­go było otwar­te. Nie ma cza­su na zwło­kę. Mu­szę już iść.

Uchy­li­łam drzwi na ko­ry­tarz i wy­su­nę­łam gło­wę, by spraw­dzić, czy nie wi­dać sza­lo­nej Mag­da­le­ny. Do­pie­ro po chwi­li zda­łam so­bie spra­wę, że mogę wy­glą­dać po­dej­rza­nie. Sa­ni­ta­riu­sze mie­li ka­me­ry. Po­win­nam być pew­na sie­bie od sa­mych drzwi.

Ode­tchnę­łam głę­bo­ko. Dam radę. Dla­cze­go mia­ła­bym nie dać rady?

Unio­słam do góry gło­wę, od­gar­nę­łam wło­sy na ple­cy i spo­koj­nym kro­kiem ru­szy­łam ko­ry­ta­rzem, go­to­wa do uciecz­ki w każ­dej chwi­li, gdy­by na ho­ry­zon­cie po­ja­wi­ła się tam­ta pa­cjent­ka.

Siłą ha­mo­wa­łam się, żeby nie zbiec po scho­dach. By­łam peł­na ży­cia, ener­gii! Lek, któ­rym mnie usy­pia­no, po­wo­li zni­kał z mo­je­go or­ga­ni­zmu. Do­brze zro­bi­łam, że nie wzię­łam rano ta­blet­ki. Wresz­cie mo­głam my­śleć.

Mi­nę­łam biur­ka sa­ni­ta­riu­szy, na­wet nie zer­ka­jąc w ich stro­nę. Uda­wa­łam, że zma­gam się z gu­zi­ka­mi swe­ter­ka. Nikt nie wstał, nie krzyk­nął. Żad­nej re­ak­cji. Zu­peł­nie jak­bym dla nich nie ist­nia­ła.

Za­do­wo­lo­na z sie­bie pchnę­łam drzwi. Cie­pły wiatr owiał moją twarz.

Tu już się nie ha­mo­wa­łam – zbie­głam po trzech stop­niach. Pod mięk­ki­mi po­de­szwa­mi tramp­ków czu­łam każ­de ziar­no żwi­ru pod sto­pa­mi, ale mi to nie prze­szka­dza­ło. Szłam przed sie­bie cie­ni­stą ścież­ką.

Po­czu­łam się wol­na i... chy­ba... pierw­szy raz szczę­śli­wa. Moje po­ło­że­nie nie wy­da­wa­ło mi się już ta­kie bez­na­dziej­ne.

Z ra­do­ścią za­głę­bi­łam się mię­dzy drze­wa, gdzie nikt nie mógł mnie zo­ba­czyć. Gdy tyl­ko ko­goś wi­dzia­łam na ścież­ce, zmie­nia­łam kie­ru­nek spa­ce­ru. Nie chcia­łam stać się obiek­tem przy­ci­szo­nych roz­mów in­nych miesz­kań­ców Dru­giej Szan­sy.

Po­trze­bo­wa­łam odro­bi­ny pry­wat­no­ści, żeby zo­stać z mo­imi de­mo­na­mi sam na sam.

Obu­dzi­łam się, nic nie pa­mię­ta­jąc, bra­łam ta­blet­ki uspo­ka­ja­ją­ce na ata­ki pa­ni­ki, pod­czas któ­rych się du­si­łam, i wciąż nic so­bie nie przy­po­mnia­łam. Nie wy­glą­da­ło to do­brze. Z dru­giej stro­ny mia­łam wikt i opie­ru­nek oraz pro­fe­sjo­nal­ną opie­kę, któ­ra chce mi po­móc. Mu­szę się po­sta­rać na se­sjach z Mo­rul­ską.

Po chwi­li od­czu­łam zmę­cze­nie. By­łam w nie naj­lep­szej kon­dy­cji, sko­ro kil­ka­na­ście mi­nut cho­dze­nia spo­wo­do­wa­ło za­dysz­kę. Usia­dłam na naj­bliż­szej ław­ce. Sta­ła pod roz­ło­ży­stym dę­bem. Słoń­ce prze­my­ka­ło mię­dzy ga­łę­zia­mi, ła­sko­cząc mnie cie­płem po twa­rzy. Bo­la­ły mnie ple­cy. I lewa ręka. Po­ru­szy­łam nią kil­ka razy. Chy­ba rze­czy­wi­ście cier­pia­łam na ta­jem­ni­cze przy­kur­cze, o któ­rych wspo­mniał re­ha­bi­li­tant.

Za­my­śli­łam się, ma­su­jąc przed­ra­mię. Jak wy­glą­da­li moi ro­dzi­ce? Dla­cze­go pa­mię­ta­łam fil­my wy­świe­tla­ne w ki­nach w ostat­nim roku, a nie po­tra­fi­łam przy­po­mnieć so­bie ich twa­rzy? Czy tak po­win­no być?

Co mó­wi­ła mi Mo­rul­ska?

Ja usi­ło­wa­łam ucie­kać, a oni? Spa­li? Jak mo­gli nie za­uwa­żyć, że dom pło­nie? Nie sły­sze­li mo­ich krzy­ków? Mia­łam w oczach tę sce­nę. Zo­ba­czy­łam sie­bie, obu­dzo­ną przez woń dymu. Od­gar­niam koł­drę i wsta­ję. Dym wcie­ka do po­ko­ju przez szpa­rę pod drzwia­mi. Co się dzie­je?! Ła­pię za klam­kę, ale ta mnie pa­rzy. Z sy­kiem od­ska­ku­ję. Jesz­cze raz pró­bu­ję, tym ra­zem przez bluz­kę. Ko­ry­tarz jest po­grą­żo­ny w kłę­bach dymu. Kasz­lę. Bie­gnę przed sie­bie. Krzy­czę o po­moc. Wo­łam ro­dzi­ców. Do­bie­gam do scho­dów. Po­ma­rań­czo­wa łuna oświe­tla moją prze­ra­żo­ną twarz. Nie mogę zejść. Pło­mie­nie wspi­na­ją się po ko­lej­nych stop­niach. Od­wra­cam się w stro­nę sy­pial­ni ro­dzi­ców. Przez otwar­te drzwi wi­dzę, że leżą w łóż­ku. Ich po­kój pe­łen jest gry­zą­ce­go, pa­lą­ce­go dymu. Czy oni...? Czy oni żyją? Czy się udu­si­li?!

Po­krę­ci­łam gło­wą, prze­ga­nia­jąc złe my­śli. Nic mi się nie przy­po­mnia­ło. Tyl­ko so­bie to wy­obra­zi­łam. Na mo­jej pra­wej ręce nie ma śla­du po opa­rze­niu. Spoj­rza­łam na czy­ste wnę­trze dło­ni, bez jed­nej ska­zy.

Co się tam tak na­praw­dę sta­ło?

– Do­brze się czu­jesz?

– Boże! – ryk­nę­łam i pod­sko­czy­łam do góry.

– Wy­star­czy Adam. – Sto­ją­cy przede mną chło­pak wzru­szył ra­mio­na­mi.

Na jego twa­rzy błą­kał się roz­ba­wio­ny uśmiech. Czar­ne pół­dłu­gie pro­ste wło­sy opa­da­ły mu na lek­ko wy­gię­te brwi. Mach­nął gło­wą, by ciem­na grzyw­ka od­sło­ni­ła oczy. Przy­pa­lił pa­pie­ro­sa, któ­re­go trzy­mał w pal­cach. Smuż­ka dymu unio­sła się w po­wie­trze.

– Więc do­brze się czu­jesz? – po­wtó­rzył.

Miał głę­bo­ki, miły dla ucha głos.

– Ja... tak. W po­rząd­ku – po­wie­dzia­łam zbyt pi­skli­wym jak na mnie gło­sem. Od­chrząk­nę­łam za­kło­po­ta­na.