Wydawca: Uroboros Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2018

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 362 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 27 min Lektor: Anna Maria Buczek

Opis ebooka Druga Szansa - Katarzyna Berenika Miszczuk

 

Julia budzi się w tajemniczym szpitalu. Nie poznaje własnego odbicia w lustrze, nie pamięta, jak się tu znalazła. Z czasem dowiaduje się, że cała jej rodzina zginęła w pożarze. Jedynie Julii udało się przeżyć, choć na skutek odniesionych obrażeń straciła pamięć. Nazwa ośrodka, Druga Szansa, powinna napawać pacjentów otuchą… Co jednak myśleć o kobiecie, która ciągle wróży Julii śmierć, pojawiającej się nagle nieznajomej dziewczynie i szeptach rozbrzmiewających dokoła? Najwyraźniej dzieje się tu coś dziwnego. Julia staje się coraz bardziej zagubiona i przerażona. Co zrobi w sytuacji, w której nie może zaufać nawet sobie?

Opinie o ebooku Druga Szansa - Katarzyna Berenika Miszczuk

Fragment ebooka Druga Szansa - Katarzyna Berenika Miszczuk

Katarzyna Berenika Miszczuk

DRUGA SZANSA

Copyright © by Katarzyna Berenika Miszczuk, MMXIII

Wydanie II

Warszawa, MMXVIII

Dedykuję tę powieść moim przyjaciołom z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego

The last man on Earth sat alone in a room.

There was a knock on the door…

Fredric Brown Knock, magazyn „Thrilling Wonder Stories”, 1948

Prolog

Cisza.

Otula mnie.

Miękka.

Lepka.

Straszna.

‒ Boję się…

1

Zaczerpnęłam gwałtownie powietrza. Czułam się, jakbym zbyt długo znajdowała się pod wodą. Palący ból rozsadzał moją klatkę piersiową. Głębokie oddechy przynosiły ukojenie. Chropowaty dźwięk wdychanego powietrza szumiał mi w uszach. Rozkaszlałam się. Miałam zawroty głowy.

Co się dzieje?

Otworzyłam oczy. Zaczęły gwałtownie łzawić porażone ostrym światłem, skierowanym prosto na mnie. Zasłoniłam je sztywnymi dłońmi. Płuca wciąż domagały się tlenu. Starałam się oddychać spokojniej, by stłumić dławiącą w gardle panikę.

Moje ręce… Były takie obce. Nie moje.

Ciepłe łzy płynęły po policzkach.

Cisza dookoła.

‒ Boję się… ‒ szepnęłam.

Matowy, martwy głos, nienależący do mnie.

Dotknęłam opuszkami palców włosów, twarzy, szyi… Dłonie powoli zaczynały mnie słuchać. Czuły.

Uchyliłam powieki. Światło już mnie tak nie oślepiało. Naprzeciwko łóżka, w którym leżałam, znajdowało się szeroko otwarte, zakratowane okno. Za nim widziałam tylko ciemność wieczoru. Nad moją głową syczała cicho świetlówka. To jej zimne promienie padały na moją twarz. Nie raziły tak mocno, jak mi się wydawało, gdy pierwszy raz otworzyłam oczy.

Z powrotem zacisnęłam powieki, starając się uspokoić. Powoli oddychałam, już nie krzyczałam o powietrze.

Nic złego się nie działo. Po prostu się obudziłam. Wszystko jest dobrze ‒ powtarzana w głowie mantra uciszała rodzący się we mnie krzyk. Tylko co mnie obudziło? Światło? Syk świetlówki?

To zwykły wieczór. Taki jak każdy poprzedni.

Poprzedni?

Wciąż nie otwierając oczu, oderwałam dłonie od twarzy. Przesunęłam je na szyję, piersi, brzuch. Sunęły po pościeli. Szorstkiej, niemiłej w dotyku. Poruszyłam nogami. Ciało wciąż reagowało z pewnymi oporami. Brakowało mu płynności ruchu.

Otworzyłam oczy i odwróciłam głowę na bok. Przed sobą miałam podniesioną barierkę szpitalnego łóżka. Przesunęłam palcami po chłodnym metalu pomalowanym białą farbą, której płaty odłaziły gdzieniegdzie od rurek.

Za poręczą zobaczyłam wnętrze maleńkiego pokoju. Brzoskwiniowe ściany, okrągły beżowy dywanik, puste biurko, krzesło, regał z książkami, szafa, uchylone drzwi do pogrążonej w ciemnościach łazienki oraz drugie, zamknięte, prowadzące chyba na korytarz.

Nie pasowało tu jedynie szpitalne łóżko i…

…i ja.

Nie wiedziałam, gdzie jestem. Nie wiedziałam, co tu robię.

Z wysiłkiem usiadłam. Zawroty głowy zmusiły mnie do złapania się barierki. Z kolejnym ruchem poczekałam do czasu, aż miną. Beżowy dywan zlewał mi się przed oczami ze ścianami.

Szalony wir powoli hamował.

Gdy już byłam pewna, że się nie przewrócę, szarpnęłam za blokadę. Metalowa barierka zatrzasnęła się z hukiem.

Skąd wiedziałam, gdzie jest zamek?

Spuściłam nogi na podłogę. Gołe stopy dotknęły zimnych paneli. Zadrżałam.

Ten pokój był tak bezosobowy. Tak pusty.

Niepewnie stanęłam na nogach. Strzeliło mi w kręgosłupie, zupełnie jakbym dawno go nie używała. Spróbowałam zrobić krok. Świat wykonał nieoczekiwany zwrot przed moimi oczami. Góra zamieniła się miejscami z dołem.

Przewróciłabym się, gdybym nie oparła się o ścianę.

Czułam własną niemoc i nie rozumiałam, skąd się wzięła. Nigdy tak nie było.

Nigdy?

Ruszyłam, trzymając się ściany. Chciałam dojść do zamkniętych drzwi. Zobaczyć, co jest za nimi.

Czemu nie wiedziałam, gdzie jestem? Co się działo?

Nogi powoli zaczynały mnie słuchać. Ominęłam biurko, wspierając się na krześle. Złapałam się półki regału. Przesunęłam palcami po zniszczonych książkach. Tytuły na okładkach wydały mi się znajome, jednak to odczucie szybko znikło. Już nie potrafiłam umiejscowić ich w pamięci.

Zbita z tropu zawróciłam i porzuciłam na razie pomysł wydostania się z pokoju. Podeszłam do szafy, której drzwi otworzyłam. Na półkach leżało kilka podkoszulków, głównie czarnych. Złożone, pachnące nowością dżinsy. Metka z urwaną ceną jeszcze wystawała z kieszeni, zaczepiona o szlufkę. Niebieski sweter jako jedyny wisiał na wieszaku.

Wszystko było nowe.

Głośne krakanie za moimi plecami przestraszyło mnie śmiertelnie. Krzyknęłam i odwróciłam się gwałtownie. Na parapecie otwartego okna siedział kruk. Stuknął kilka razy dziobem w kratę, zupełnie jakby sprawdzał, ile wytrzyma metal.

Jego czarne jak noc pióra połyskiwały w blasku świetlówki. Obrócił małą główkę w bok i wbił we mnie spojrzenie. Czarne oko przypominało szklany paciorek. Potężny dziób zdolny do łamania kości był olbrzymi, lekko zagięty na końcu.

Ptaszysko zakrakało przeraźliwie. W odpowiedzi na ten głos za oknem rozległo się chóralne nawoływanie jego pobratymców. Odepchnęłam się od ściany i podeszłam do szyby. Miałam nadzieję, że się mnie przestraszy i odleci spłoszony.

Przecież to tylko ptak.

‒ Sio! ‒ Machnęłam ręką.

Kruk nieruchomo wpatrywał się we mnie zaciekawiony.

Kakofoniczne krakanie za oknem nabierało mocy.

‒ Sio! ‒ powtórzyłam.

Czarne pazurki zastukały, gdy odwracał się ode mnie. Rozłożył skrzydła. Miały szerokość okna. Był olbrzymi.

Zeskoczył z parapetu i pofrunął w stronę drzew. Czarne stado zamilkło i zerwało się do lotu za swoim królem.

Zamknęłam okno. Nie chciałam tu tego przerażającego gościa.

Odwróciłam się i przestraszyłam na widok nieznanej dziewczyny. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to mój obraz w lustrze przymocowanym do wewnętrznej strony drzwi szafy.

Dotknęłam dłonią policzka. Odbicie powtórzyło mój ruch. Uśmiechnęłam się. Odbicie posłało mi ten sam blady, nieprzekonujący uśmiech. Odgarnęłam na plecy proste jak druty blond włosy, sięgające do połowy łopatek, odsłaniając łabędzią szyję. W lekko trójkątnej twarzy główne miejsce zajmowały duże oczy. Zwracały uwagę ponurą powagą.

Cofnęłam się o krok. Dziewczyna w lustrze zrobiła to samo. Przewiercała mnie błękitnym, przenikliwym spojrzeniem. Drobne usta skrzywiły się niedowierzająco.

Przesunęłam dłońmi po szczupłym ciele. Mały biust, wystające kości biodrowe, długie proste nogi. Odbicie pilnie naśladowało każdy, nawet najdrobniejszy, gest. Jeszcze raz spojrzałam mu w twarz.

Nie znałam tej dziewczyny… Widziałam ją po raz pierwszy.

Czemu nie poznawałam samej siebie? Potoczyłam wzrokiem po pomieszczeniu. Czemu nie poznawałam tego pokoju?

Odbicie posłało mi przerażone spojrzenie.

Kim ja jestem?

Jak się nazywam?

Cofnęłam się, by odsunąć się od dziewczyny z lustra. Oddychałam coraz szybciej. Czułam, jak gardło zaciska mi się ze strachu.

Pod powiekami poczułam słone łzy.

Łzy strachu.

Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Wciągane spazmatycznie powietrze nie wystarczało. Opadłam na kolana i pochyliłam głowę. Na chwilę osłabienie zniknęło, jednak gdy tylko spojrzałam w lustro, zaatakowało ze zdwojoną siłą. Obraz zaczął wirować mi przed oczami.

Miałam wrażenie, że dziewczyna z lustra śmieje się ze mnie.

Kim ja jestem?!

2

Świat wciąż wirował jak szalony. Zrobiło mi się niedobrze. Żołądek podskakiwał szaleńczo do gardła.

Jak przez mgłę słyszałam skrzypnięcie otwieranych drzwi i tupot obcasów tuż obok mnie.

Co się dzieje?!

Gdzie ja jestem?!

Kim ja jestem?!

Chciałam krzyczeć, ale nie potrafiłam wydobyć z siebie głosu. Zamierał gdzieś w gardle, mimo że otwierałam usta.

‒ O Boże, spokojnie, Julio, Juleczko, już spokojnie! ‒ Czyjeś ręce złapały mnie za ramiona i przeniosły moją głowę z podłogi na swoje kolana.

Po raz kolejny wszystko zawirowało mi przed oczami.

Nie wiedziałam, co się dzieje.

‒ Julio, spokojnie. Oddychaj głęboko. Oddychaj razem ze mną. Wdech. ‒ Kobiecy głos urwał się, by wciągnąć w siebie gwałtownie powietrze. Brzmiał jak zatkana rura od starego odkurzacza. ‒ A teraz wydech!

Próbowałam wykonać polecenie.

‒ Bardzo dobrze! Jeszcze raz! Wdech! I wydech! Wdech! I wydech!

Mroczki przed oczami powoli znikały. Świat już nie wirował jak szalony. Poczułam się lepiej.

‒ Co się dzieje? ‒ wydusiłam, patrząc w twarz kobiecie, która mocno mnie ściskała.

Zamrugałam zaskoczona. Mniej więcej pięćdziesięcioletnia kobieta wyglądała niezwykle. Wściekle rude włosy z przypalonymi farbą końcówkami okalały kwadratową, mocno umalowaną twarz. Nałożony grubą warstwą niebieski cień do powiek kłócił się z zielonymi oprawkami ogromnych, babcinych okularów. Podkład wydawał się odchodzić płatami, gdy nadymała policzki w teatralnym oddechu.

Kim, do diabła, ona jest?!

‒ Oddychaj ‒ ponagliła mnie. ‒ Zaraz ci wszystko opowiem, skarbeczku.

Poddałam się jej. Twarde deski wbijały mi się w plecy, gdy leżałam na wznak i z zamkniętymi oczami powoli się uspokajałam. Przestałam myśleć o pytaniach i strach zniknął. Zaraz na pewno wszystkiego się dowiem. Przecież zapewniła mnie, że wszystko wyjaśni, kiedy się uspokoję. Wszystko będzie dobrze. Musi być dobrze.

‒ Jak się czujesz, Juleczko? ‒ zapytała kobieta.

Otworzyłam oczy.

‒ Wstańmy ‒ zaproponowała.

Posłusznie podniosłam się i stanęłam na niepewnych nogach. Wciąż wydawały mi się obce i sztywne.

Kobieta ze stęknięciem wstała, opierając ciężko dłonie na biurku. Dopiero teraz zobaczyłam, jak była niska. Sięgała mi ledwie do ramienia nawet pomimo wysokich kilkucentymetrowych, czarnych szpilek, które miała na nogach.

Błękitny kostium ciasno opinał jej pulchne kształty.

‒ Droga Juleczko, usiądź, proszę, na łóżku. ‒ Pchnęła mnie w jego stronę, a sama chwyciła krzesło.

Posłusznie zajęłam miejsce ‒ co innego mogłabym zrobić?

‒ Juleczko? ‒ zapytałam tylko.

Szeroki uśmiech rozpychający jej policzki odrobinę się zmniejszył. Przysunęła krzesło bliżej mnie i usiadła na samym brzegu, zakładając nogę na nogę. Sięgająca kolan spódnica podjechała wyżej. Zerknęłam na jej stopy. Wylewały się z czarnych szpilek. Opuchnięte kostki dorównywały szerokością łydkom.

Nie powinna nosić takich butów. Ani spódnic.

‒ Skarbeczku, to twoje imię. Nazywasz się Julia Stefaniak. ‒ Nie zwracała uwagi na mój badawczy wzrok.

‒ Julia Stefaniak? ‒ powtórzyłam głucho.

Nie brzmiało znajomo. Dla pewności wymówiłam je jeszcze kilka razy. Nic nie odblokowało się w mojej pamięci. Julia Stefaniak była dla mnie całkowicie obcą, nieznaną osobą.

‒ Gdzie ja jestem? ‒ dopytywałam.

‒ Kochanie. ‒ Kobieta wzięła mnie za ręce i mocno ścisnęła. ‒ Nazywam się Zofia Morulska. Możesz mi mówić po imieniu. Będę twoją opiekunką w najbliższym czasie. Możesz się do mnie zgłaszać w każdej chwili. Pamiętaj, że jestem tu dla ciebie.

Kiwnęłam potakująco głową, chociaż nic nie rozumiałam.

‒ Miałaś wypadek, skarbeczku. Bardzo poważny wypadek.

Spojrzałam na łóżko z białą, wysoką barierką.

‒ Jestem w szpitalu, tak? ‒ zapytałam.

‒ Nie. ‒ Zofia Morulska pokręciła przecząco głową. ‒ Już cię wypuścili. Jesteś teraz w specjalistycznym ośrodku, w którym udziela się pomocy osobom po wypadkach. Oferujemy niezbędną rehabilitację i psychoterapię. Znajdujesz się w ośrodku Druga Szansa.

Moje dłonie zaczęły się pocić. Ciepło promieniujące od kobiety raczej mi nie pomagało. Chciałam wytrzeć ręce o spodnie od piżamy, ale nie zamierzała mnie puścić, gdy lekko je pociągnęłam. Byłam w pułapce.

‒ Co to za wypadek? Ja nic nie pamiętam. Nie wiem, jak się nazywam. Skąd się tu wzięłam?

‒ Och! ‒ Pogodna twarz kobiety odrobinę spochmurniała. ‒ Naprawdę nic nie pamiętasz? Nawet naszej wczorajszej rozmowy?

Zamarłam. Wczorajsza rozmowa. Przecież pierwszy raz widzę ją na oczy! W życiu z nią nie rozmawiałam. Co ona wygaduje? Gorączkowo myślałam. Czy było wczoraj? Co było wczoraj, jeśli ono w ogóle istniało?

Nic.

Nie było żadnego wczoraj.

Świetlówka nad naszymi głowami pstryknęła kilka razy. Światło przygasło, ale zaraz znowu z sykiem zapłonęło.

‒ Hm, trzeba to zgłosić konserwatorowi. ‒ Kobieta skrzywiła wąskie usta.

‒ Ja nic nie… ‒ Urwałam i rozpłakałam się.

Zdołałam wyszarpnąć wreszcie ręce i zasłoniłam nimi twarz. Ciepłe łzy sunęły po moich lodowatych policzkach.

Boję się. Nie wiem, co się dzieje. Boję się. Chcę do mamy! Płacz ustał gwałtownie. Myśl! ‒ Nakazałam sobie. Nie wolno mi teraz tracić głowy.

Mama. Moja mama. Nie pamiętam mojej mamy!

‒ Gdzie moi rodzice? ‒ wyszeptałam pełna złych przeczuć. ‒ Chcę ich zobaczyć.

‒ Pamiętasz ich? ‒ Twarz kobiety rozpromieniła się.

Czy ich pamiętam? Zamyśliłam się.

Nie. Przed oczami miałam tylko szare postacie bez twarzy. Wyobrażenie. Muszę mieć rodziców. Każdy ich ma. Nie jestem stara. Moje odbicie wyglądało jak przestraszona nastolatka.

Tylko że ja ich…

‒ Nie pamiętam…

‒ Och, skarbeczku. ‒ Poklepała mnie po dłoni. ‒ Wszystko sobie przypomnisz. Obiecuję ci. Pomogę ci. Po-mo-gę-ci.

Jej oczy wpatrywały się we mnie z napięciem. Grubo umalowane powieki nawet nie drgnęły. Mimo że się odsuwałam ‒ ona wciąż się zbliżała. Przestraszyłam się jej.

‒ Gdzie są moi rodzice? Co się z nimi stało? Jaki wypadek?!

‒ Kochanie, słyszę w twoim głosie gniew. ‒ Światło zabłyszczało w jej okularach, ukrywając przede mną oczy.

‒ Chcę usłyszeć w końcu jakieś wyjaśnienia ‒ syknęłam.

Na ustach kobiety pojawił się lekki uśmiech. Odsunęła się i oparła plecami o krzesło. Znowu widziałam jej oczy.

‒ Gniew nie jest niczym złym. ‒ Głos Zofii brzmiał miękko. ‒ Może pomóc ci uporać się z emocjami, z którymi niebawem się zetkniesz. Musisz jednak pamiętać, by nie zatracać się w tym uczuciu. W dużym nasileniu może przynieść więcej szkód niż pożytku.

Byłam na granicy wybuchu. O czym ta kobieta pieprzy?! Chcę usłyszeć jakieś wyjaśnienia! Gdzie ja jestem?! Co się stało?!

Zagryzłam wargi i spojrzałam w ciemne okno. W szybie zobaczyłam swoją wykrzywioną ze złości twarz. To naprawdę ja?

‒ Skarbeczku. ‒ Jej wąskie usta zacisnęły się w kreskę. ‒ Miałaś bardzo poważny wypadek. Twoja hospitalizacja trwała kilka tygodni. Byłaś w śpiączce. W Drugiej Szansie jesteś od sześciu dni. Codziennie przychodziłam do ciebie i odbywałyśmy taką samą rozmowę. Codziennie budziłaś się i nic nie pamiętałaś. Nie chciałam mówić ci tego w ten sposób, ale nie pozostawiasz mi wyboru.

‒ Co to był za wypadek? ‒ wydusiłam, wracając do niej spojrzeniem.

Moje odbicie nie chciało mi nic powiedzieć. Cały czas przedstawiało obcą twarz.

‒ Uraz głowy, Juleczko. Poważny uraz głowy.

‒ Czy ja… znowu zapomnę?

Byłam zdruzgotana. Jakim cudem mogę nie pamiętać tego, co się stało? Strach znowu napłynął i zacisnął na moim gardle grubą pętlę. Czułam się zagubiona i samotna.

‒ Mam nadzieję, że nie. ‒ Jej głos koił, uspokajał.

‒ Jest pani terapeutką?

‒ Psychiatrą. I mów mi, proszę, po imieniu. Zostańmy przyjaciółkami. Chcę ci pomóc.

Objęłam się ramionami.

‒ Chcę wiedzieć więcej. Co się stało? Gdzie moi rodzice?

Zofia Morulska skrzywiła się. Jej pokryty różem policzek napiął się mocno.

‒ Nie jestem pewna, czy na tym etapie terapii powinnyśmy rozmawiać o bolesnych i traumatycznych przeżyciach…

Ton jej głosu przeczył słowom. Pobrzmiewało w nim oczekiwanie. Wydawało mi się, że chciała, żebym zaczęła nalegać i prosić ją o wyjaśnienia. Postanowiłam jej nie zawieść.

‒ Chcę wiedzieć. Muszę wiedzieć.

‒ Skarbeczku, w twoim domu zdarzył się wypadek. Wybuchł pożar. Usiłowałaś wydostać się z budynku. Przygniotła cię belka stropowa. Na szczęście straż pożarna przyjechała na czas.

‒ Rodzice?

Pokręciła przecząco głową.

‒ Nic nie dało się zrobić.

Myślałam, że poczuję smutek, ból. Cokolwiek! Nic takiego jednak się nie stało. Byłam pusta. Zupełnie wyprana z emocji. Dziwne uczucie… Nawet obejmujący mnie swoimi lepkimi palcami strach gdzieś zniknął.

‒ Juleczko? Jak się czujesz?

‒ Pusto. ‒ To było pierwsze, co przyszło mi do głowy.

‒ Skarbeczku, to zupełnie normalne. Emocje przyjdą z czasem, razem ze wspomnieniami.

Potarłam oczy. Byłam taka zmęczona. Chciało mi się spać.

‒ A inna rodzina? Nie mam nikogo? Czemu nikt do mnie nie przyszedł? Czemu nie jestem w domu?

‒ Niestety nie masz innej rodziny, a twój dom rodzinny spłonął. Dziadkowie zmarli, gdy byłaś mała. Nikogo innego nie odszukaliśmy. Nikt się do nas nie zgłosił. Juleczko, nie musisz się martwić. Zajmiemy się tobą i wszystkimi twoimi sprawami. Od tego jesteśmy. Wyprowadzimy cię na prostą. Wszystko zostaw nam.

Nam? Czyli komu? Terapeutom?

Byłam oszołomiona. Cały czas miałam wrażenie, że to jakiś straszny sen. Nieprawdopodobny koszmar.

‒ Jak się nazywam? Julia jak?

‒ Julia Stefaniak. Masz dwadzieścia dwa lata. Dlatego trafiłaś do nas, a nie do ośrodka dziecięcego.

Zaśmiałam się pod nosem. Czułam się teraz jak mała dziewczynka. Może moja metryka kłamała.

‒ Julia ‒ posmakowałam to imię.

Nie pasowało do mnie. Niczego mi nie przypominało.

‒ Nie bój się, że nic nie pamiętasz. Jeszcze nie wiemy, na jakie zaburzenia pamięci cierpisz. Może twoje wspomnienia szybko się odblokują. Dowiemy się tego podczas terapii. Musisz tylko pamiętać, że efekty nie będą od razu widoczne. Czasami powrót wspomnień zajmuje wiele miesięcy.

‒ Rozumiem ‒ odpowiedziałam głucho.

Przytłoczona informacjami przestałam uważnie słuchać słów Zofii. Opowiadała mi o Drugiej Szansie, o tym, jacy pacjenci do nich trafiają, ilu osobom pomagają. Nowatorski ośrodek skupiał najlepszych specjalistów z kraju: neurologów, psychiatrów, psychoterapeutów. Zajmowali się tylko najcięższymi przypadkami.

Najcięższymi.

Mało pocieszająca informacja.

Zagłębiłam się w labirynt myśli. Starałam się znaleźć drogę do wspomnień. Były gdzieś głęboko w środku. Ukryte. Poczułam się dziwnie, nierealnie. Przed oczami pojawiły mi się białe plamy. Skupiłam się na największej, która zdawała się pochłaniać wszystko. Zaczęłam szybciej oddychać.

‒ Julia? Julia, dobrze się czujesz? ‒ Z transu wyrwał mnie głos Morulskiej.

Zamrugałam kilka razy i spojrzałam w jej szare oczy.

‒ Ja…

‒ Przez chwilę wydałaś się nieobecna duchem. ‒ Nie dała mi dojść do słowa. ‒ Wydaje mi się, że znowu zaczynasz się denerwować. Uspokój się. Histeria w niczym teraz nie pomoże. Będziemy musieli zastanowić się nad tymi emocjami. Mogą być dla ciebie zbyt silne.

Zamknęłam oczy, z całych sił pragnęłam znaleźć się gdzieś indziej. Wszędzie, byle nie tu. Nie obok tej kobiety. Nie w tym pokoju. Nie w tej piżamie. Nie z tą twarzą…

Otworzyłam oczy.

Zofia przyglądała mi się z tym samym uśmiechem. Nagle wydał mi się sztuczny.

‒ Może przebierzesz się, a potem oprowadzę cię po ośrodku? Pospacerujemy sobie. Powinnaś trochę się poruszać. Dawno nie miałaś do tego okazji.

‒ Nie, nie ‒ odmówiłam szybko, przerażona perspektywą wyjścia z pokoju.

Zderzenia się ze światem, z ludźmi, z białymi plamami. Bałam się, że wrócą… Spojrzałam na czarne okno, gdzie wcześniej siedziało wielkie ptaszysko. W środku jest bezpiecznie. Tylko tutaj, tylko w tym pokoju.

‒ Ja chciałabym odpocząć.

‒ Rozumiem. ‒ Wydało mi się, że słyszę w jej głosie ulgę. ‒ Ale proszę, Juleczko, uspokój się. Wszystko jest i będzie dobrze.

‒ Nie jest dobrze! Jestem sama! ‒ krzyknęłam zirytowana jej spokojem.

Zaczęło brakować mi powietrza. Białe plamy wróciły. Oddychałam spazmatycznie. Coraz szybciej i szybciej.

‒ Nie jesteś sama. ‒ Chwyciła mnie za ręce i mocno ścisnęła. ‒ Masz mnie i całą Drugą Szansę po swojej stronie. Zrobimy dla ciebie wszystko. Wszystko, czego będziesz potrzebować.

Sięgnęła do kieszeni błękitnego żakietu. Wyjęła z niej szklaną, brązową buteleczkę. W środku były podłużne, żółte tabletki. Zasłoniła palcami nazwę specyfiku.

‒ Otwórz dłoń ‒ rozkazała.

‒ Co to jest? ‒ zapytałam nieufnie ze ściśniętym gardłem, ani myśląc podawać jej rękę.

Kobieta uniosła do góry jedną cienko wyskubaną brew, zupełnie jakby dziwiła ją moja niesubordynacja. Na jej ustach zagościł wystudiowany uśmiech profesjonalistki.

‒ To tylko środek uspokajający. Zapobiegnie kolejnemu atakowi paniki ‒ wyjaśniła. ‒ Naleję ci wody. Poczekaj chwilkę.

Patrzyłam, jak idzie do łazienki. Usłyszałam chrzęst szklanki, a potem szum wody.

‒ Dłoń ‒ nakazała po powrocie.

Wysunęłam rękę. Wytrząsnęła jedną tabletkę z opakowania. Nie miałam argumentów, by się z nią sprzeczać. Bałam się białych plam, ogarniającego mnie strachu.

Położyłam gorzką pigułkę na języku i szybko popiłam łykiem wody.

‒ A teraz połóż się. ‒ Pomogła mi i przykryła kołdrą. ‒ Wrócę do ciebie później.

‒ Czy ja do jutra zapomnę?

Zatrzymała się w drzwiach zaskoczona moim pytaniem.

‒ Nie wiem ‒ odparła szczerze. ‒ Mam nadzieję, że nie. Zgasić światło?

Spojrzałam na pojedynczą świetlówkę przymocowaną do sufitu. Czy to jej światło mnie obudziło?

‒ Nie, niech zostanie.

‒ Rozumiem. Do zobaczenia jutro rano, skarbeczku.

Patrzyłam, jak wychodzi. Na tle brzoskwiniowych ścian jej błękitny kostium bardzo się wyróżniał. Wysokie obcasy pantofli lekko się chwiały.

Wszystko zaczęło rozmywać mi się przed oczami. Kolory, kształty… Tabletka zaczynała działać, wprowadzając mnie w stan przyjemnego odrętwienia. Bez smutku, bez bólu, bez wątpliwości.

Bez woli…

Już nic nie miało znaczenia.

3

Następne dni wydawały się szalonym snem. Przed moimi oczami przesuwały się korowody nieznanych twarzy. Lekarzy, rehabilitantów, specjalistów, pielęgniarek i sanitariuszy. Najbardziej kolorową z nich niezmiennie pozostawała twarz pełnej współczucia Zofii Morulskiej.

Nie zapomniałam naszej rozmowy. Na szczęście. Chociaż żółte tabletki, które szczodrze mi oferowała, nie pomagały w zachowaniu trzeźwości umysłu.

Ile dni leżałam, patrząc w sufit i słuchając krakania za oknem? Nie wiem…

Wspomnienia z przeszłości, zanim w moim życiu nastała era łóżka z barierką i szorstkiej piżamy, nie wracały.

Drzwi zamknęły się za wysokim, szczupłym rehabilitantem o pobrużdżonej twarzy. Zawsze żartował, kiedy do mnie przychodził na poranne ćwiczenia tuż przed śniadaniem. Miałam podobno jakieś przykurcze w ramionach.

Nie wiem. Może miałam. Nie obchodziło mnie to.

Aż do dzisiaj.

Ponure krakanie wciąż rozbrzmiewało pod moim oknem, zupełnie jakby król kruków czekał na mnie. Zadrżałam na samą myśl o tym przeklętym ptaszysku.

Poczekałam, aż dźwięk kroków rehabilitanta umilknie w korytarzu. Opuściłam gołe stopy na zimne panele.

Rzadko sama wstawałam. Przeważnie pomagała mi Morulska. Cały czas była przy mnie. Widziałam jej twarz, gdy się budziłam, i zasypiałam z jej obrazem wyrytym pod powiekami.

Podparłam się na barierce i wolnym krokiem podeszłam do okna. Było zamknięte. Nie pozwalałam go nikomu otwierać, co bardzo niepokoiło moją terapeutkę. Bałam się ptaków, ale nie powiedziałam jej tego. Nie chciałam dostać jeszcze więcej leków.

Odbicie w szybie śledziło moje ruchy. Nie chciałam na nie patrzeć. Na całkiem obcą osobę. Były dni, kiedy wydawało mi się, że to moja twarz. Były też takie jak ten, gdy nie wiedziałam, co jest prawdą.

Oparłam czoło o chłodną szybę i westchnęłam ciężko. Kruków nie było nigdzie widać. Za oknem rozciągał się piękny widok. Drzewa szumiały kołysane lekkim wiatrem. Pomarańczowe i złote liście spadały na żółknący trawnik. Słońce grzało przez taflę szkła. Musiało być ciepło. W sam raz na spacer.

Chcę wyjść.

Ta myśl, a raczej chęć pojawiła się nagle w mojej głowie. Na początku się przestraszyłam. Ja miałabym wyjść? Przecież nie wiem, gdzie jestem, nie wiem, kim jestem! Ale z drugiej strony ile można leżeć i otumaniać się tabletkami?

Buteleczka z ciemnego szkła stała na stoliku tuż obok łóżka. Codziennie znikały z niej trzy tabletki.

A może to leki sprawiają, że jest mi tak dziwnie? Świat wiruje, chce mi się spać?

Wspomnienia nie wracają?

A gdybym przestała je łykać?

Zerknęłam na zegar wiszący nad drzwiami. Dziewiąta. Zofia Morulska powinna pojawić się lada chwila ze śniadaniem. Każe mi połknąć tabletkę, a ja od razu po posiłku zasnę. Jak co dzień.

Nie będę spać. Nie ma mowy. Moja opiekunka się spóźniała, a im więcej czasu mijało od kolejnej dawki lekarstwa, tym bardziej rozjaśniało mi się w głowie.

Zamrugałam gwałtownie. Zegar wskazywał dziesięć minut po dziewiątej. Co się ze mną dzieje? Gdzie się podział ten czas?

Poruszyłam dłońmi. Już nie czułam, jakbym miała ręce i nogi z waty. Wracały siła i czucie. Sięgnęłam po buteleczkę. Drżącymi palcami odkorkowałam ją i wytrząsnęłam jedną żółtą tabletkę. Szybko umieściłam korek na miejscu.

W korytarzu rozległ się głuchy stukot obcasów. To ona!

Pobiegłam do łazienki. Nie było czasu. Usłyszałaby dźwięk spuszczanej wody. Odsunęłam klapę rezerwuaru i wrzuciłam tam tabletkę.

Kroki tuż za drzwiami.

Raz.

Dwa.

Trzy.

Naciśnięcie klamki.

Drzwi uchyliły się w momencie, gdy siedziałam już na łóżku. Wpatrzyłam się tępym wzrokiem w podłogę. Pochyliłam głowę.

‒ Juleczko, skarbie! ‒ Jej wesoły, wysoki głos ranił moje uszy. ‒ Jak się dzisiaj czujesz? Widzę, że masz lepszy humor. Rehabilitacja chyba ci służy. Będę musiała pochwalić pana Ryszarda.

Kobieta, tym razem ubrana we wściekle pomarańczową garsonkę i nieodłączne czarne szpilki, postawiła talerz z kanapkami na stoliku obok łóżka. Rano jej kostki nie były aż tak opuchnięte. Wzięła do ręki buteleczkę z tabletkami.

‒ Przed śniadaniem połkniemy lekarstwo ‒ zakomenderowała.

‒ Już połknęłam ‒ odezwałam się głucho.

‒ Słucham? ‒ Uśmiech na jej ustach przygasł.

Spojrzałam jej w oczy.

‒ Spóźniła się pani, więc połknęłam sama.

Odwróciła się w stronę zegara. Wskazywał kwadrans po dziewiątej.

‒ Hm, rzeczywiście trochę się spóźniłam.

‒ Mówiła pani, że trzeba przyjmować je regularnie. To połknęłam.

‒ Skarbeczku ‒ zagruchała i zaśmiała się perliście. ‒ Pamiętasz, miałaś mi mówić po imieniu. Jestem Zofia.

Wysypała tabletki na stolik i zaczęła je przeliczać, wrzucając z powrotem do opakowania.

‒ Chyba rzeczywiście połknęłaś ‒ mruknęła. ‒ Poczekaj chwilkę.

Odwróciła się ode mnie na pięcie i poszła do łazienki. Usłyszałam, jak podnosi klapę od sedesu. Po chwili wróciła usatysfakcjonowana.

‒ Wybacz, Juleczko, ale musiałam sprawdzić. Niektórzy nasi pacjenci nie chcą łykać leków. A przecież dajemy je wam dla waszego dobra. Tylko i wyłącznie. Pomagają wszystkim, pomagają tobie.

Kiwnęłam głową i sięgnęłam po kanapkę. Zaczynało mi już burczeć w brzuchu. Za oknem rozległo się krakanie. Wzdrygnęłam się.

‒ Wstrętne ptaszyska! ‒ zawołała kobieta. ‒ Wyjątkowo upodobały sobie nasz park. Nie można się ich pozbyć…

‒ Chciałabym wyjść na dwór ‒ przerwałam jej.

‒ Na dwór? ‒ zmieszała się. ‒ Nie jestem pewna, czy jesteś już gotowa. Nie chce ci się aby spać?

Poczułam gniew. Tym razem nie dam się otumanić prochami. Muszę wydostać się z tego pokoju. Odetchnąć innym powietrzem. Tu się duszę.

‒ Jestem gotowa. Chcę wyjść. Trochę chce mi się spać. ‒ Udałam ziewnięcie. ‒ Ale świeże powietrze na pewno dobrze mi zrobi. Proszę. Tyle czasu siedzę w pokoju.

Szybko wepchnęłam sobie ostatni kęs kanapki do ust i wstałam. Zofia od razu do mnie doskoczyła, by podtrzymać mnie, gdybym się zachwiała.

‒ Naprawdę czuję się już lepiej. ‒ Spojrzałam jej w oczy. ‒ Jestem gotowa na terapię i na wyjście na zewnątrz. Nie jestem spanikowana, nie chce mi się płakać. Jestem gotowa. To leżenie w łóżku wcale mi nie pomaga.

Morulska przypatrywała mi się badawczo. Bałam się, że się nie zgodzi, że domyśli się, że nie wzięłam lekarstwa. Nerwowym gestem zawinęłam pasmo blond włosów za ucho.

‒ Tak ‒ odparła wolno. ‒ Chyba rzeczywiście czujesz się już lepiej. Czekałam na to. Wiem, że dawaliśmy ci silne leki, jednak mimo wszystko poddawałaś się im zbyt długo. Aż półtora tygodnia.

Zamarłam z ręką na klamce szafy. Tak długo dzień mieszał mi się z nocą? W ogóle nie odczułam upływu czasu.

Zofia Morulska chyba zauważyła moją minę, bo przytuliła mnie do swojej obfitej piersi. Jej ciężkie, piżmowe perfumy drażniły mój nos.

‒ Nie przejmuj się, skarbeczku. Musieliśmy cię uspokoić. Gwałtowne emocje mogły ci zaszkodzić. Jeśli jednak twierdzisz, że czujesz się lepiej, zmniejszymy dawkę twojego lekarstwa. Teraz będziesz łykać tabletki dwa razy dziennie, słyszysz? Do śniadania i do kolacji. Przyjdę wieczorem tego przypilnować.

Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się. Podobało mi się to. Chciałam coś robić. Wreszcie coś sobie przypomnieć.

‒ Dziękuję pani.

‒ Jaka tam pani! ‒ żachnęła się. ‒ Mów mi Zofio. Przecież jesteśmy przyjaciółkami.

‒ Dziękuję… Zofio ‒ jej imię ledwo przeszło mi przez gardło.

Nie zetknęłam się nigdy z psychoterapią ani psychiatrią, ale wydawało mi się dziwne, że ona koniecznie chce się ze mną zaprzyjaźnić.

Zaśmiałam się w duchu. Nic o sobie nie wiem poza jedną rzeczą. Jestem przemądrzała.

‒ Doskonale. ‒ Poklepała mnie po ramionach. ‒ Może mały spacer to rzeczywiście dobry pomysł. Pokażę ci nasz wspaniały ośrodek. Tylko najpierw musimy znaleźć ci coś do ubrania. Chyba że chciałabyś iść w piżamie. Część naszych wychowanków traktuje Drugą Szansę jako szpital, chociaż wolelibyśmy, żeby nie zachowywali się jak w szpitalu. Fakt, że zatrudniamy pielęgniarzy, nie świadczy jeszcze o tym, że NFZ nas finansuje.

Narzekając pod nosem, otworzyła szafę. Lustro zabłyszczało w słońcu. Naprzeciwko miałam swoje odbicie.

‒ Och, przepraszam. Zupełnie zapomniałam o lustrze. ‒ Zofia chciała zamknąć drzwi, ale ją powstrzymałam.

Dotknęłam odbicia i przyjrzałam się sobie krytycznie. Nie jestem brzydka. Tylko odrobinę zaniedbana. Matowe, przetłuszczone włosy wisiały potargane dookoła bladej twarzy z podkrążonymi oczami. Miałam duże oczy. Przez to szare wory wydawały się zajmować całą szerokość twarzy. Ciało nie przedstawiało się lepiej. Muszę więcej jeść, może chociaż piersi mi większe urosną…

‒ Nie pamiętam siebie ‒ westchnęłam. ‒ Nie poznaję własnego nosa.

‒ Najważniejsze jest przyznać to przed sobą ‒ powiedziała spokojnie. ‒ Powinnaś przestać się bać siebie. Tak wyglądasz, tak zawsze wyglądałaś. To nie jest obca osoba. To ty. Musisz na nowo nauczyć się siebie.

Nauczyć? Jak na razie dowiedziałam się jednego ‒ te nogi będą wyglądać bardzo źle w rurkach.

‒ Postaram się ‒ zapewniłam opiekunkę.

Co innego miałam zrobić? Jak powinnam się zachować? Mało komu zdarza się obudzić i nie pamiętać niczego. To raczej niezbyt popularny temat filmów i książek, żebym miała jakieś wzorce. Zamyśliłam się. Filmy i książki…

‒ Dlaczego pamiętam treść filmów i książek, które przeczytałam, a nie pamiętam swojego życia? ‒ zapytałam.

‒ Skarbeczku, tak się czasami zdarza. Masz częściową amnezję. Dokładnego zakresu jeszcze nie znamy, bo nie rozpoczęłyśmy pełnej terapii. Od jutra zaczniemy spotykać się na sesjach, wtedy będę mogła więcej ci na ten temat powiedzieć. Już jesteś gotowa, żebyśmy razem popracowały. Cieszysz się?

Uśmiechnęła się do mnie szeroko, pokazując szare wypełnienia w żółtych zębach.

‒ Chyba tak ‒ mruknęłam.

‒ Widzę, że mało entuzjastyczna z ciebie osóbka.

A z czego tu się cieszyć? Nie mam niczego, nawet samej siebie.

‒ Może najpierw się umyję? ‒ zaproponowałam.

Najwyższy czas.

‒ Dobrze, skarbeczku. Weź szybki prysznic. Ja tu na ciebie poczekam. Zabierz do łazienki ubrania, które chciałabyś założyć.

W szafie nic się nie zmieniło, odkąd ostatni raz ją otwierałam. W szufladzie znalazłam bieliznę i skarpetki, na półkach leżało kilka podkoszulków, głównie czarnych, oraz złożone, pachnące nowością szaro-czarne dżinsy. Niebieski sweter na wieszaku był jedyną plamą koloru.

‒ Dlaczego wszystko jest czarne? ‒ zapytałam.

‒ Sądziłam, że będziesz chciała chodzić w żałobie ‒ odparła, sadowiąc się na krześle przy biurku. Założyła nogę na nogę i machała stopą w powietrzu. Ostry obcas przecinał rytmicznie powietrze. ‒ No już. Leć. Rozmiary niekoniecznie muszą na ciebie pasować, bo kupowałam na oko, ale tym się nie przejmuj. Gdy poczujesz się lepiej, razem pójdziemy na zakupy.

Bez słowa wzięłam potrzebne rzeczy i wskoczyłam do łazienki. Po zamknięciu drzwi odetchnęłam z ulgą. Wreszcie odizolowałam się od jej gadania. To bezustanne trajkotanie bardzo mnie męczyło.

Zrzuciłam z siebie szorstką piżamę i pozwoliłam jej opaść na kafelki. Jeden z trzech miękkich, zielonych ręczników położyłam na zamkniętej klapie sedesu tuż obok kabiny prysznicowej.

Łazienka była malutka. Ledwo można się było w niej obrócić. Projektant wnętrz się nie popisał. Zielono-białe kafelki na ścianach i podłodze tworzyły oślepiający wzór przyprawiający o zawrót głowy i mdłości. Olbrzymie lustro nad umywalką także nie pomagało w orientacji w tym pomieszczeniu.

Zamknęłam za sobą drzwi kabiny i odkręciłam wodę. Ciepły strumień spłynął na moją głowę i plecy.

Westchnęłam z rozkoszą. Dowiedziałam się o sobie nowej rzeczy. Lubię brać prysznic. W brzuchu ponownie mi zaburczało. Kolejna informacja ‒ jestem chuda, bo mam dobrą przemianę materii. Pożarłabym konia z kopytami.

Prysznic kusił, ale nie chciałam, żeby Morulska długo na mnie czekała. Bałam się, że się rozmyśli i nie pozwoli mi wyjść, jeśli uzna, że się zmęczyłam.

Owinęłam się w zielony ręcznik i stanęłam przed zaparowanym lustrem. Przeciągnęłam dłonią po tafli. Niebieskie oczy dziewczyny naprzeciwko mnie zamrugały zaskoczone. Ależ ja jestem chuda! Jak śmierć na chorągwi. Poklepałam się po policzkach. Obraz nędzy i rozpaczy.

Już miałam odwrócić się od odbicia, gdy zauważyłam coś na czole tuż pod linią włosów. Odgarnęłam mokre pasma na plecy. Nad moją lewą skronią biegła cienka kilkucentymetrowa blizna. Przesunęłam po niej palcem. Czy to tu uderzyła płonąca belka stropowa? Prosto w czoło? Jak sierotę na tanim filmie?

Ja nie będę sierotą. Wszystko sobie przypomnę i się z tym uporam. Z tym postanowieniem ubrałam się i wyszłam z Zofią Morulską z pokoju.

Jednak moja pewność siebie zniknęła tuż za drzwiami. Przed sobą miałam oślepiająco biały, pozbawiony okien korytarz z szeregiem drzwi. Na każdych widniał przybity numer. Moje drzwi, ostatnie w ciągu, oznaczone były trzynastką. Chyba niezbyt dobry znak.

‒ Jak się je zamyka? ‒ zapytałam, nie puszczając klamki.

Drzwi pomalowano na biały kolor. W niczym nie przypominały ciepłej sosny, którą widziałam od strony pokoju. Efekt domowego ciepła znikał na korytarzu. Nic dziwnego, że niektórzy wychowankowie Szansy uważali, że znajdują się w szpitalu.

Chociaż mnie numery na drzwiach kojarzyły się z hotelem. Bardzo… sterylnym hotelem. Rząd świetlówek pozbawiał korytarz cienia. Biała terakota na podłodze zlewała się ze ścianami. Kolorem wyróżniały się jedynie rozmieszczone w równych odstępach między drzwiami małe skrzyneczki, mieszczące w sobie czerwony guzik.

‒ Nie zamykamy drzwi, skarbeczku ‒ odparła pobłażliwie. ‒ W jaki sposób mielibyśmy przyjść w nocy komuś na pomoc, gdyby się wcześniej zamknął?

‒ Ale… to pogwałcenie prywatności. ‒ Nie dałam za wygraną.

‒ Juleczko. Nie jesteś na wakacjach. To zamknięty ośrodek. Chodź już. Nie przejmuj się drzwiami.

Wzięła mnie pod ramię i poprowadziła korytarzem. Tuż przy schodach spotkałyśmy mniej więcej czterdziestoletnią chudą kobietę. Zgięta wpół opierała się o ścianę. Miała na sobie przykrótką bladoróżową koszulę nocną. Nerwowo międliła w dłoniach materiał, przez co ledwo zasłaniał jej pośladki. Roześmiała się szaleńczo na nasz widok. Jej rozbiegane spojrzenie przeskakiwało pomiędzy nami.

‒ Jesteś nowa. Nowa! Zabiją cię. Zabiją cię tak jak wszystkich! Wszyscy nie żyją! Umrzesz!

Odskoczyłam przestraszona, kiedy wycelowała we mnie palec z długim, pożółkłym paznokciem.

‒ Magdaleno, daj spokój ‒ prychnęła Morulska. ‒ Tu nikt nie umiera! Co robisz sama na korytarzu w koszuli nocnej?! Znowu nie wzięłaś leków?! Przecież miałaś je brać regularnie! Wracaj natychmiast do pokoju albo wezwę sanitariusza.

‒ Słyszałam w nocy! ‒ krzyknęła kobieta, plując przed siebie śliną. ‒ Słyszałam, na korytarzu łóżko na kółkach! Znowu ktoś umarł, a wy to ukrywacie!

‒ Kochana, jak zwykle miałaś przywidzenia. To normalne po lekach, które otrzymujesz. Już o tym rozmawiałyśmy. Magdaleno, widzę, że muszę znowu poświęcić ci więcej czasu. ‒ Moja opiekunka sięgnęła do ściany, gdzie zamocowany za przezroczystą klapką znajdował się czerwony przycisk.

Początkowo myślałam, że to guzik bezpieczeństwa w razie pożaru, ale się myliłam. Tuż nad przyciskiem znajdował się mały napis: „Sanitariusz”.

‒ Mnie też zabijecie. Wiem to ‒ oświadczyła szalona kobieta.

‒ Nikt nikogo nie zabije, Magdaleno. ‒ Głos Zofii stał się ostry i twardy. Już się nie uśmiechała. Cała dobroć pulchnej kobieciny gdzieś zniknęła.

Jakby znikąd pojawili się dwaj sanitariusze. Wysocy barczyści mężczyźni o zakazanych mor… twarzach. Nie bądźmy niemili od samego początku. Wydawało się, że mnie nie zauważyli. Bez słowa podeszli do szalonej kobiety, złapali ją pod pachy i wprowadzili do pokoju z numerem 18.

Zofia Morulska od razu straciła zainteresowanie całym zdarzeniem. Zatroskała się na widok mojej miny.

‒ Och, skarbeczku, zupełnie się tym nie przejmuj. ‒ Znowu wzięła mnie pod ramię. ‒ Ta kobieta cierpi na schizofrenię i manię prześladowczą. Bardzo ciężki przypadek. Staramy się jej pomóc, ale sama widzisz. Nie przyjmuje regularnie leków. Wypluwa je. Potrafi nawet wywoływać wymioty, by pozbyć się tabletki. Chyba ponownie musimy przejść na leki podawane dożylnie. Ale wtedy znowu zacznie wyrywać sobie kroplówkę i trzeba ją będzie krępować. ‒ Zamyśliła się.

W trakcie jej przemowy coraz bardziej bladłam. Dokąd ja trafiłam? Co to za oddział zamknięty? Czy ze mną też jest aż tak źle?

‒ Kochanie, nie przejmuj się Magdaleną. Pomożemy jej. ‒ Pozwoliłam terapeutce pociągnąć się w dół schodów.

Mój pokój znajdował się na pierwszym piętrze. Niedaleko pokoju szalonej kobiety. Pożałowałam, że nie mam w drzwiach zamka.

Zeszłyśmy na parter. Hol nie był długi. Pośrodku znajdowało się wejście do stołówki, oznaczone odpowiednim napisem, i stanowisko sanitariuszy. Siedzieli za białymi kratami, tworzącymi klatkę nad kilkoma biurkami i kanapą. Za białym siedziskiem znajdowały się białe drzwi prowadzące zapewne do pomieszczenia, w którym mogli spać. Przed sobą mieli kilka monitorów pokazujących korytarze. Gdy szłyśmy, nie widziałam żadnych kamer. Musiały być dobrze ukryte.

Mężczyźni odwrócili się w naszą stronę i kiwnęli głowami Morulskiej. Bardziej przypominali mi ochroniarzy niż sanitariuszy.

‒ Wyszłyśmy właśnie z żeńskiego skrzydła ‒ zaczęła tłumaczyć Zofia. ‒ Ma dwa piętra. Nie jest duże. Naprzeciwko widzisz wejście do skrzydła męskiego. Nie wolno ci tam wchodzić, tak jak żadnemu mieszkańcowi stamtąd nie wolno przekroczyć progu żeńskiej części budynku. Pośrodku znajdują się przestrzenie wspólne. Na parterze stołówka i biblioteka, na pierwszym piętrze świetlica, a na ostatnim, drugim piętrze pokoje pracowników i biura.

‒ A co jest tam? ‒ Wskazałam na sielski widok za przeszklonymi drzwiami wejściowymi.

Jakaś para siedziała na ławce i czytała gazetę.

‒ To nasz wspaniały park. Otacza dom. Kiedy już poczujesz się lepiej, pójdziemy na spacer. Nie musisz się martwić, że się zgubisz, chociaż teren jest rozległy. Wszystkie ścieżki prowadzą do budynku, a całość jest ogrodzona wysokim murem. Nikt niepowołany nie dostanie się do środka. Nie musisz się też martwić, że spotka cię tam coś złego ze strony mieszkańców. Nasi podopieczni w złym stanie nie mogą opuszczać budynku.

Jakoś mnie to nie przekonało. Na widok Magdaleny o mało nie dostałam zawału ze strachu. Trafiłam do jakiegoś domu dla obłąkanych.

Już się nie dziwiłam, dlaczego Zofia Morulska nie była pewna, czy jestem gotowa na opuszczenie pokoju.

Jeszcze przez chwilę spacerowałyśmy po budynku. Opowiadała mi, skąd wzięły się fundusze na ośrodek, jakie sławy w nim pracują. Jej słowa przelatywały koło moich uszu jak natrętna mucha. Zmęczyło mnie jej towarzystwo. Potrafiła być prawdziwym wrzodem na tyłku, bezustannie powtarzając te same utarte frazesy.

Podczas naszej wycieczki po Drugiej Szansie wyglądałam przez każde okno. Drzewa nęciły mnie spokojem, przyzywały do siebie. Chciałam usiąść w ich cieniu i na chwilę zapomnieć, że powinnam sobie coś przypomnieć.

Ośrodek zrobił na mnie dobre wrażenie. Wydawał się całkiem ładny. Jego środkowa część, utrzymana w ciepłych barwach, mieściła się w starej rezydencji. Prawdziwa drewniana klepka uginała się pod stopami. Było tu przytulniej niż w dobudowanych znacznie później skrzydłach, w których mieściły się pokoje dla pacjentów. Tam w korytarzach królowała czysta biel posadzek z terakoty i ścian pomalowanych do połowy farbą olejną. Zdecydowanie wolałam środkową część.

Znajdowałyśmy się właśnie w bibliotece. Wysokie, kilkumetrowe regały sięgały sufitu. Niknęły w cieniu, którego nie rozpraszało światło wpadające przez wysokie okna pokryte kurzem. By dostać się do najwyższych półek, należało użyć specjalnej drabiny na kółkach. Jedyne oświetlenie stanowiły lampy rozstawione na niskich stolikach. Dziwne. Czytelnia powinna być dobrze oświetlona. Na suficie ozdobionym drewnianymi kasetonami widniały, oddalone od siebie, głębokie wyrwy w drewnie, zupełnie jakby kiedyś były tam zamocowane żyrandole.

Zaspana bibliotekarka, którą mi przedstawiono jako panią Anię, siedziała za biurkiem i na pracowniczym komputerze z monitorem kineskopowym pamiętającym lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku, z zapamiętaniem układała pasjansa. Nie miała wiele pracy. Naćpani mieszkańcy nie przychodzili tutaj czytać Tołstoja.

Zbiory prezentowały się imponująco. Morulska wyjaśniła mi, że należą w całości do właściciela rezydencji i jednocześnie dyrektora Drugiej Szansy, utalentowanego neurochirurga, którego tytułowała „panem doktorem”. Najwyraźniej był tak zasłużony, że nikt nie śmiał głośno wypowiadać jego imienia ani nazwiska.

‒ Jestem już zmęczona ‒ przerwałam Morulskiej w pół słowa zachwyty nad osobą doktora. ‒ Chyba wrócę do pokoju na małą drzemkę.

Moja opiekunka zerknęła na zegarek na nadgarstku. Złota bransoletka wrzynała się w pulchne ciało.

‒ Dobrze, skarbeczku ‒ zgodziła się z uśmiechem. ‒ Obiad za dwie godzinki. Akurat się zdrzemniesz. Chcesz zjeść w stołówce czy wolisz, żebym przyniosła ci posiłek do pokoju?

Wyobraziłam sobie szaleńców czekających w stołówce, zaopatrzonych w noże i widelce, a następnie moją samotnię, do której zdołałam się już przyzwyczaić.

‒ Wolałabym zjeść w pokoju ‒ mruknęłam. ‒ Jeśli mogę.

‒ Oczywiście, kochanie, że możesz! Odprowadzić cię czy sama trafisz?

‒ Pójdę sama. Dziękuję.

Skierowałyśmy się do drzwi prowadzących na korytarz. Za plecami kobiety układającej pasjansa też były drzwi. Nad nimi wisiał karnisz ze zniszczoną, aksamitną zasłoną, teraz odsuniętą do połowy. Na drzwiach dostrzegłam w połowie zasłoniętą tabliczkę z napisem: „Archi…”. Gdy wchodziłyśmy, kotara była całkowicie zaciągnięta i pomyślałam, że znajduje się za nią okno przysłonięte, by światło nie odbijało się w monitorze komputera.

‒ Tajemnicza komnata? ‒ Zaśmiałam się, wskazując na nią głową.

‒ Och, to tylko magazyn. Trzymamy tam stare historie chorób ‒ powiedziała Morulska i posłała ostre spojrzenie bibliotekarce.

Kobieta zerwała się z miejsca i poprawiła zasłonę.

‒ Przepraszam, musiałam zaczepić krzesłem. Tu jest strasznie ciasno ‒ tłumaczyła się.

Wyszłyśmy na korytarz.

‒ Do zobaczenia ‒ powiedziałam i zbliżyłam się do schodów.

Za plecami usłyszałam skrzypnięcie ciężkich drewnianych drzwi i cichy głos Morulskiej strofującej podwładną.

4

Nie położyłam się jednak do łóżka. Nawet na nim nie usiadłam.

Po wejściu do pokoju otworzyłam szeroko okno i oparłam ręce na kratach. Pierwszy raz odważyłam się je otworzyć. Wdychałam zapach drzew i wiatru. Tak wspaniale się różnił od smrodu środka dezynfekującego, którym codziennie myto podłogę w moim pokoju, zapachu kurzu w bibliotece czy przypalonego jedzenia w jadalni.

Szarpnęłam kraty na próbę. Trzymały mocno. Dopiero po chwili zauważyłam, że są zamocowane w ramie na zawiasach. Przesunęłam palcami po zamku. Jeśli miało się klucz, można było otworzyć swoje więzienie.

Okłamałam Morulską. Nie chciało mi się spać. Chciałam się od niej uwolnić i wybrać się na samotną wycieczkę po parku. Chciałam zrobić coś sama bez obaw, że będę pod stałą obserwacją. Tylko jak się wydostanę z budynku?

Przygryzłam wargę. Musi istnieć jakiś sposób. Może po prostu udam, że mam pozwolenie na opuszczanie ośrodka, i spróbuję wyjść? Jeśli będę pewna siebie, to może nikt mnie nie zatrzyma.

Wyjęłam z szafy błękitny sweter. Nie jestem w żałobie. Ubiorę się na czarno, gdy przypomnę sobie ludzi, za którymi powinnam tęsknić. Uśmiechnęłam się do odbicia w lustrze. Posłało mi figlarne spojrzenie. Moje odbicie też chciało uciec. Wydawało mu się to czymś wesołym, podniecającym.

Już miałam zamknąć szafę, gdy coś mignęło w lustrze nad moim ramieniem. Ludzka sylwetka. Odwróciłam się gwałtownie. Serce podskoczyło mi do gardła.

Omiotłam spojrzeniem niewielkie pomieszczenie. Czy ktoś wszedł do pokoju, kiedy przeglądałam się w lustrze? Nie słyszałam dźwięku otwieranych drzwi.

Wiatr wpadający przez otwarte okno poruszył moimi włosami. Odetchnęłam głęboko. To tylko cień. Na ścianie nad łóżkiem falowały gałęzie drzewa. Mocne południowe światło łatwo wydobywało z przedmiotów ostre kontury.

Dla pewności ukucnęłam i zajrzałam pod wysokie szpitalne łóżko. Niczego tam nie było. Podeszłam do okna. Naprzeciwko mojego pokoju rosło stare wyschnięte drzewo. To ono rzucało podłużne cienie, wyciągające się w moją stronę niczym szpony czarownicy.

Wyjrzałam w poszukiwaniu kruków i zamknęłam okno. Już za długo było otwarte. Nie ma czasu na zwłokę. Muszę już iść.

Uchyliłam drzwi na korytarz i wysunęłam głowę, by sprawdzić, czy nie widać szalonej Magdaleny. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że mogę wyglądać podejrzanie. Sanitariusze mieli kamery. Powinnam być pewna siebie od samych drzwi.

Odetchnęłam głęboko. Dam radę. Dlaczego miałabym nie dać rady?

Uniosłam do góry głowę, odgarnęłam włosy na plecy i spokojnym krokiem ruszyłam korytarzem, gotowa do ucieczki w każdej chwili, gdyby na horyzoncie pojawiła się tamta pacjentka.

Siłą hamowałam się, żeby nie zbiec po schodach. Byłam pełna życia, energii! Lek, którym mnie usypiano, powoli znikał z mojego organizmu. Dobrze zrobiłam, że nie wzięłam rano tabletki. Wreszcie mogłam myśleć.

Minęłam biurka sanitariuszy, nawet nie zerkając w ich stronę. Udawałam, że zmagam się z guzikami sweterka. Nikt nie wstał, nie krzyknął. Żadnej reakcji. Zupełnie jakbym dla nich nie istniała.

Zadowolona z siebie pchnęłam drzwi. Ciepły wiatr owiał moją twarz.

Tu już się nie hamowałam ‒ zbiegłam po trzech stopniach. Pod miękkimi podeszwami trampków czułam każde ziarno żwiru pod stopami, ale mi to nie przeszkadzało. Szłam przed siebie cienistą ścieżką.

Poczułam się wolna i… chyba… pierwszy raz szczęśliwa. Moje położenie nie wydawało mi się już takie beznadziejne.

Z radością zagłębiłam się między drzewa, gdzie nikt nie mógł mnie zobaczyć. Gdy tylko kogoś widziałam na ścieżce, zmieniałam kierunek spaceru. Nie chciałam stać się obiektem przyciszonych rozmów innych mieszkańców Drugiej Szansy.

Potrzebowałam odrobiny prywatności, żeby zostać z moimi demonami sam na sam.

Obudziłam się, nic nie pamiętając, brałam tabletki uspokajające na ataki paniki, podczas których się dusiłam, i wciąż nic sobie nie przypomniałam. Nie wyglądało to dobrze. Z drugiej strony miałam wikt i opierunek oraz profesjonalną opiekę, która chce mi pomóc. Muszę się postarać na sesjach z Morulską.

Po chwili odczułam zmęczenie. Byłam w nie najlepszej kondycji, skoro kilkanaście minut chodzenia spowodowało zadyszkę. Usiadłam na najbliższej ławce. Stała pod rozłożystym dębem. Słońce przemykało między gałęziami, łaskocząc mnie ciepłem po twarzy. Bolały mnie plecy. I lewa ręka. Poruszyłam nią kilka razy. Chyba rzeczywiście cierpiałam na tajemnicze przykurcze, o których wspomniał rehabilitant.

Zamyśliłam się, masując przedramię. Jak wyglądali moi rodzice? Dlaczego pamiętałam filmy wyświetlane w kinach w ostatnim roku, a nie potrafiłam przypomnieć sobie ich twarzy? Czy tak powinno być?

Co mówiła mi Morulska?

Ja usiłowałam uciekać, a oni? Spali? Jak mogli nie zauważyć, że dom płonie? Nie słyszeli moich krzyków? Miałam w oczach tę scenę. Zobaczyłam siebie obudzoną przez woń dymu. Odgarniam kołdrę i wstaję. Dym wcieka do pokoju przez szparę pod drzwiami. Co się dzieje?! Łapię za klamkę, ale ta mnie parzy. Z sykiem odskakuję. Jeszcze raz próbuję, tym razem przez bluzkę. Korytarz jest pogrążony w kłębach dymu. Kaszlę. Biegnę przed siebie. Krzyczę o pomoc. Wołam rodziców. Dobiegam do schodów. Pomarańczowa łuna oświetla moją przerażoną twarz. Nie mogę zejść. Płomienie wspinają się po kolejnych stopniach. Odwracam się w stronę sypialni rodziców. Przez otwarte drzwi widzę, że leżą w łóżku. Ich pokój pełen jest gryzącego, palącego dymu. Czy oni…? Czy oni żyją? Czy się udusili?!

Pokręciłam głową, przeganiając złe myśli. Nic mi się nie przypomniało. Tylko sobie to wyobraziłam. Na mojej prawej ręce nie ma śladu po oparzeniu. Spojrzałam na czyste wnętrze dłoni, bez jednej skazy.

Co się tam tak naprawdę stało?

‒ Dobrze się czujesz?

‒ Boże! ‒ ryknęłam i podskoczyłam do góry.

‒ Wystarczy Adam. ‒ Stojący przede mną chłopak wzruszył ramionami.

Na jego twarzy błąkał się rozbawiony uśmiech. Czarne półdługie proste włosy opadały mu na lekko wygięte brwi. Machnął głową, by ciemna grzywka odsłoniła oczy. Przypalił papierosa, którego trzymał w palcach. Smużka dymu uniosła się w powietrze.

‒ Więc dobrze się czujesz? ‒ powtórzył.

Miał głęboki, miły dla ucha głos.