Druga strona - Kim Holden - ebook

51 osób właśnie czyta

Opis

Każda historia ma dwie strony. Pierwszą, przedstawioną światu. I tę drugą. Prawdziwą.
Tę, która ma znaczenie.
Siedemnastoletni zbuntowany i gburowaty Toby Page jest samotny. Nie ma rodziny. Przyjaciół. Pracuje dorywczo, w ten sposób zarabia na własne utrzymanie i dach nad głową. Każdego dnia walczy z niewidzialnymi dla innych demonami. I każdego dnia pragnie się poddać. Ale nie może. Jeszcze nie. Do budynku, w którym mieszka, wprowadza się Alice Eliot i rozświetla nieco mroczny świat chłopaka.
Stojąc na rozdrożu, ciężko zachować perspektywę. Trudno dostrzec swoją wartość, kiedy jest się czarnym charakterem w swojej własnej historii.
Na szczęście dla Toby’ego, dziewczyna rozbudza w nim nieznane dotąd uczucia. Dwie strony Toby’ego sprawiają, że staje się kompletny, pozwalając dostrzec prawdę.
Tak powstają niezwykli bohaterowie.
Ale czy to wystarczy, by go ocalić?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 367

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tę książkę dedykuję każdemu dotkniętemu mrokiem depresji.

Cytując My Blood zespołu Twenty One Pilots:

„Wezmę swoje światło i pójdę z tobą”.

Nie jesteście sami.

 

 

 

 

PROLOG KOSZMARU

 

Przeszłość

Czerwiec 1985

 

 

TOBY

 

 

W siódmej klasie na biologii wykonywałem masaż serca na manekinie. Nie przykładałem się zbytnio do tej czynności czy techniki, ale żywo pamiętam nienaturalną fakturę spieczonych alkoholem gumowych warg i leniwe uciśnięcia dłoni na giętkiej i równie ospałej klatce piersiowej. Liczyłem niedbale. Spociłem się pod pachami, kątem oka widziałem oceniający wzrok nauczyciela i zaczerwieniłem się, słysząc drwiny kolegów z klasy. Pamiętam również zakradającą się do mojej głowy myśl i moją ponurą, nadopiekuńczą podświadomość, próbującą ją wyprzeć, gdy starałem się ignorować tę żenującą scenę. Pomyślałem wtedy, że ta gówniana lekcja przeprowadzająca nas przez najgorszy ze scenariuszy nie może być realistyczna.

I miałem rację.

Nie była.

Kiedy miałem szesnaście lat, w obskurnym mieszkaniu w Wash Park, przeprowadzałem masaż serca u jedynej osoby, którą bezwarunkowo kochałem. Moje wargi pokryte były łzami, a jej usta krwią. Każdy oddech, który wdmuchiwałem w wątłą skorupę bez życia, wysysał to, co pozostało z mojej pogruchotanej duszy, ale z chęcią bym się poddał, gdyby oznaczało to wymianę mojego życia za jej.

Przez pierwsze pięć minut liczyłem precyzyjnie, dłonie ułożyłem jedna na drugiej, z determinacją naciskając na mostek. Pamiętam, że pierwsze uciśnięcie spotkało się z nieoczekiwanym oporem klatki piersiowej, przez co się zawahałem, bo nie chciałem wyrządzić większej krzywdy temu słabemu, uszkodzonemu ciału. Wahanie niemal natychmiast zastąpiły nieustające, mrożące krew w żyłach polecenia, płynące swobodnie z autorytarnego, i posiadającego niemal nieistniejący optymizm, zakątka umysłu: Zrób to, inaczej ją stracisz! Pogłębiłem uciśnięcia, aż poczułem, że żebra się poddały, przez co żółć podeszła mi do gardła, ale tempo pozostało równe.

W ciągu następnych pięciu minut porzuciłem liczenie. I stabilną prędkość. Oddechy były szlochem pomiędzy prośbami i groźbami wypowiadanymi wprost do jej ust:

– Nie możesz mnie zostawić, Nino! Nie możesz! Nie poradzę sobie bez ciebie! Jeśli odejdziesz, ja też to zrobię!

Moje działania były napędzane desperacją, ale czułem się bezradny. Odeszła, wiedziałem o tym.

Kiedy ratownicy medyczni przybyli na moje wezwanie, nieunikniona rozpacz, beznadzieja i rzeczywistość wdarły się we mnie niczym złodzieje wysłani nocą, aby zniweczyć własne, wykonywane ze szczytnych pobudek starania.

Dałem za wygraną, a oni podjęli daremną próbę ocalenia naszego życia. Lub odebrania go nam.

Nina już nie żyła.

I, choć moje serce wciąż biło, ja również.

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

 

JEDNA STRONA HISTORII

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

Obecnie

Luty 1987

 

 

TOBY

 

 

Jestem dupkiem. Każdy wam to powie. To pewne, jak i to, że każdego ranka słońce wschodzi na wschodzie i każdej nocy zachodzi na zachodzie.

– Jesteś dupkiem, Toby.

Mówiłem?

Nie odpowiadam, ponieważ mój współlokator Cliff będzie kontynuował. Jedyne, co lubi bardziej niż dźwięk swojego głosu, to kradzież. Ma bardziej lepkie ręce od dzieciaka z lodami stojącego na upale. Wróciłem właśnie ze szkoły, a on jest pośrodku mojego pokoju, czyli nie po tej stronie drzwi, po której bym tego chciał, z kłódką, która powinna ograniczyć mu wejście, w jednej ręce i z kasetą magnetofonową w drugiej. Podejrzewałem, że potrafi podważyć zamek i naprawdę nie podoba mi się, że w tym przypadku mam rację. Spoglądam na koraliki różańca, który ma na piersi i uniesione przy nich ręce i  po raz kolejny zastanawiam się, czy ma świadomość tego, że jest hipokrytą, czy po prostu jest mu z tym dobrze. Podejrzewam, że raczej to drugie, ale przy nim – trudno stwierdzić.

Grzechocze trzymaną w lewej ręce kasetą na tyle głośno, żeby zwrócić moją uwagę, ale nie na tyle mocno, aby uszkodzić cenne nagrania Sex Pistols.

– Dwa tygodnie tego szukałem. Dwa tygodnie, dupku.

– Zapomniałem, że ją mam. – Nie zapomniałem. Słucham jej każdej nocy, gdy rysuję. To kopia kopii… innej kopii… Jakość jest fatalna, więc muszę podgłaśniać swój magnetofon, ale nawet wtedy wściekłe pokrzykiwania Johnny’ego Rottena brzmią jak łagodne szepty. Normalnie Cliff kradnie nowe kasety ze sklepu muzycznego Record Bar w lokalnym centrum handlowym, ponieważ, zgodnie z symbolem narysowanym czarnym markerem na plecach jego jeansowej katany, jest anarchistą, który głosi hasło: „Na pohybel ludzkości”. Co znów wydaje się dziwne, zważywszy na różaniec na jego szyi. No mówię wam, hipokryta. A kradnie bardziej dlatego, że Record Bar nie ma kamer, w przeciwieństwie do innego sklepu z muzyką niezależną w naszej dzielnicy Wax Trax. Choć nie w tym przypadku. Kaseta Sex Pistols jest uświęconym wyjątkiem od jego zasady – kradzieży wszystkiego, co wpadnie mu w ręce – zapłacił za nią całkiem sporo. Pieniędzmi, które ukradł, rzecz jasna, ale wciąż to zrobił. Nieustannie się przechwala, że to nagranie z płyty winylowej, która należy do siostry kuzynki Malcoma McLarena, czy coś w tym stylu. Gwarantuję wam, że to nieprawda, ale szkoda czasu na jakiekolwiek próby podjęcia logicznej dyskusji. Nie jest najbystrzejszym z ludzi.

– Nie zapomniałeś. Liczyłeś, że nie zauważę, że ją ukradłeś.

Prawda.

– Pożyczyłem. – Liczyłem na to, że nie zauważy, że ją ukradłem.

– Kłamiesz – warczy, upuszczając na podłogę kłódkę, która zostawia dziurę w starym, wytartym linoleum. Wychodzi do kuchni, tupiąc jak nadęta pensjonarka. Jest niskim, pulchnym, naznaczonym trądzikiem czternastolatkiem z krzywym irokezem, którego sam sobie wygolił i starannie dobranymi ubraniami, które pasują do jego obłudnej postawy. Ma się za groźnego, ale tak naprawdę jest nieszkodliwy. Poza tymi kradzieżami. I, najwyraźniej, włamaniami.

Ma rację. Kłamię. To tania rozrywka. Ale nigdy nie skłamałem w ważnej sprawie. Ponieważ o nich w ogóle nie lubię mówić. Lista ważnych spraw jest krótka. Obraca się głównie wokół kalendarza. Nazywam go „Miarką” i trzymam złożony w portfelu pomiędzy prezerwatywą a wyimaginowanymi pieniędzmi. Opowiem wam o nim później, kiedy nadejdzie właściwy czas. Kiedy poczuję, że mogę zawierzyć wam swoją tajemnicę.

Upuszczam plecak na śpiwór, leżący na podłodze mojego pokoju, wychodzę i za pomocą zbrukanej kłódki zamykam za sobą drzwi. Wydaje się to w tej chwili daremne. Podchodzę do automatycznej sekretarki, która leży na rozklekotanym krześle, stojącym pod wiszącym na ścianie telefonem. Guzik dający znać o nagraniu miga. Zawsze tak jest. Dzwonią zdesperowani lokatorzy tego wspaniałego przybytku – starego wiktoriańskiego domu przerobionego na pięć mieszkań, którzy wiedzą, że ktoś odpowie, choć rzadko wiadomością, którą chcą lub którą potrzebują usłyszeć. Widzicie, jestem konserwatorem w tej norze, którą nazywam domem. Wspominałem, że jestem sarkastycznym dupkiem? Wkrótce się przekonacie. Sarkazm to wynik mroku. Oddycham nim. Moja czarna dusza to wilk, sarkazm to owcza skóra.

Mam siedemnaście lat i nigdy nie miałem domu. Czy zawsze miałem dach nad głową? Przeważnie. Czy było pod nim czyste środowisko odpowiednie dla gatunku ludzkiego? Nigdy. Obecnie, póki piątego czerwca nie ukończę Szkoły Średniej East, mieszkam w przestronnej spiżarni w mieszkaniu 3A. Minimalistyczne poddasze składa się z kuchni otoczonej dwoma ciasnymi sypialniami, łazienką i wyżej wspomnianą spiżarnią. Niegdyś zajmowałem jeden z pokoi, ale kiedy zamieszkał z nami Cliff, na ochotnika się z niego wyniosłem. On ma więcej rzeczy, no i jest rodziną Johnny’ego. Wcześniej mieszkałem z mamą pod 1A. Została eksmitowana niemal dwa lata temu. Zniknęła, a ja nie miałem się gdzie podziać. Nasz gospodarz Johnny zaproponował mi pracę w charakterze konserwatora (sam jest przeważnie zbyt pijany, by odpowiadać na zgłoszenia). Wynagradza mnie, pozwalając tu mieszkać i jeść, a w każdy piątek wkładając mi niewielką ilość gotówki do kieszeni. Żyję jak król – tak, to znów był sarkazm.

Wciskam migający guzik i słucham, jak ułoży się moje popołudnie.

Wiadomość pierwsza:

– Woda się podnosi, Toby! Wlewa się przez okno! Widziałam Tragedię Posejdona i wiem, co się stanie! Statek zatonie! Wszyscy się poto… – To pani Bennett z mieszkania 2B znajdującego się na pierwszym piętrze budynku, stojącego w stanie bez dostępu do morza, co, jak dodam, sprawia, że fale oceaniczne raczej nie wleją się przez jej okno. Przynajmniej raz w tygodniu dzwoni spanikowana i prosi, abym uratował ją przed samą sobą. Znów wciskam guzik i zapamiętuję, by później do niej zapukać i upewnić się, że nie jest sama.

Wiadomość druga:

– Zejdź tu, Toby. Lodówka nie działa. Znowu… – To pan Street z 1B. Ponownie wciskam guzik, ponieważ przekazał już sedno swojej tragedii – jest wkurzony, bo ma ciepłe piwo.

Wiadomość trzecia:

– Toby, tu Johnny. – Zawsze mi mówi, że to on, jakbym nie potrafił rozpoznać znajomego bełkoczącego głosu, warczącego same rozkazy. – Nowi wprowadzają się do 2A. Spotkaj się z nimi o czwartej. Klucze są w kuchni na blacie. Potrzebuję ich, więc tego nie spieprz. – Krótkie zdania ze stawianymi protekcjonalnie znakami interpunkcyjnymi, na tle ścieżki dźwiękowej tworzonej przez pijanych klientów Tawerny Dana – to codzienny jednostronny taniec między nami.

Mrugające czerwone światełko w końcu gaśnie. Dziś tylko trzy połączenia. To święto. I jest piątek. Spoglądam na wiszący nad kuchenką zegar mający kształt koguta. Cliff mówi, że to „kurakomierz” – ale z niego mądrala. Pokrywają go warstwy tłuszczu i kurzu. Zastanawiam się, jak długo tu wisi, bo nigdy nie widziałem, żeby ktoś tu gotował, tak, aby mógł osiąść na nim tłuszcz. Wskazuje kwadrans po czwartej. Jestem spóźniony, by wpuścić do mieszkania nowych lokatorów. Mam świra na punkcie punktualności i Johnny o tym wie, i przez to właśnie kazał mi spotkać się z nimi o czwartej. Ma świadomość, że wracam ze szkoły później. Wie, że kiedy uświadomię sobie, że jestem spóźniony, zaczynam się pocić (tak, mam mokre pachy) i obgryzam paznokcie (tak, są obrzydliwie krótkie i poranione przez moje neurotyczne ataki). Większość ludzi nie poświęca mi tyle uwagi, żeby oceniać moje reakcje. Johnny ma jednak niesłychany talent do wychwytywania moich tików. Zgarniam klucze z blatu, biorę stojącą na lodówce skrzynkę na narzędzia i udaję się do drzwi.

Schodzę po schodach i kiedy przechodzę, zauważam, że spod drzwi pani Bennett nie wylewa się słona woda, więc ją uratuję jako ostatnią. Mieszkanie 2A znajduje się na pierwszym piętrze i jest najdalej od schodów. Przed drzwiami siedzi ktoś z wyciągniętymi nogami. Mrużę oczy – nie mam najlepszego wzroku, a nie stać mnie na okulary. Stwierdzam, że to kobieta i że jest sama. Kiedy się zbliżam, dostrzegam, że trzyma dłonie na kolanach i ma przesadnie pochyloną głowę, przez co jej niebywale długie blond włosy zbierają się na podłodze po obu jej stronach.

Gdy przechodzę ponad jej nogami, na których ma zdarte czarne glany Dr. Martensa, zauważam, że jest zaskoczona moim pojawieniem się w jej przestrzeni osobistej, ale nic z tym nie robię. Idę bezpośrednio do drzwi, wsuwam jeden z identycznych kluczy w zamek i przekręcam. Zostawiam go tam, otwieram drzwi i wciąż stojąc do niej plecami, odsuwam się na bok, by mogła przejść.

Wstaje, ale nie zamierza mnie minąć, aby wejść do mieszkania. W tym samym czasie obracam się do niej twarzą, a ona wyciąga rękę. Dłoń wisi między nami, choć podana ze zdecydowaniem nieznacznie drży, jak latawiec pod wpływem nagłego podmuchu wiatru. Ściskam ją stanowczym ruchem, ale bardziej, by uspokoić drżenie, niż odpowiedzieć na tę uprzejmość.

– Chyba przyjęłam dziś zbyt wiele kofeiny – żartuje ze swojego zdenerwowania. Jestem boleśnie świadomy swojej spoconej dłoni, więc natychmiast ją puszczam, a ona dodaje – Dzięki. Jestem Alice.

W jej cichym głosie słyszę dziwną mieszaninę nadziei, pewności siebie i zdenerwowania. To niemal wystarczy, abym spojrzał jej w oczy, ale nawiązanie kontaktu wzrokowego z tak bliskiej odległości wymagałoby odwagi, której mi brakuje. Jest we mnie brawura, która normalnie przekłada się na wyraźną arogancję, ale brak mi prawdziwej śmiałości. Mama powtarzała, że jestem tchórzem. Z trudem muszę przyznać, że miała rację. Wpatruję się więc w podłogę, gryząc paznokieć kciuka i odchodzę pospiesznie korytarzem, nim dziewczyna się odwróci i spróbuje nawiązać rozmowę. Nie żebym nie lubił rozmawiać, ale nie podoba mi się to, że interakcja jest dwukierunkowa. Wolę się przyglądać i słuchać, jak widz. Z daleka. Okej, może jednak nie lubię rozmawiać.

– Dzięki! – woła za mną, tym razem głośniej i wyraźniej. Nadzieja i zaufanie tłumią nerwy.

Przez chwilę czuję ukłucie – żal plącze się między żebrami jak nienaciągnięta żyłka wędkarska, gdy myślę: Pożegnaj nadzieję, to miejsce jest skazane na zagładę. Schodząc do pana Streeta, zastanawiam się, czy nie odkrzyknąć swojego imienia, ale stwierdzam, że to nie ma sensu. I tak wkrótce przekona się, że jestem dupkiem, jeśli już tego nie wie. Nie ma potrzeby, abym okazywał widowiskowe maniery. Równie dobrze może od razu poznać prawdziwego Toby’ego.

Pan Street otwiera ubrany w elegancką koszulę i spodnie, na które, jak zwykle, ma zarzucony czysty, ale zmechacony brązowy szlafrok frotte, zupełnie niepasujący do reszty. W jednej ręce trzyma piwo, w drugiej fajkę. Wirujący dziś wokół niego dym pachnie cynamonem.

– Co tak długo? – pyta.

Patrzę na telewizor i widzę, że przebrany za Roberta De Niro ogląda Taksówkarza. Co jest trochę niepokojące, ponieważ pan Street naprawdę jest taksówkarzem. Mówi też, że jest aktorem, a jeżdżąc na taksówce, dorabia pomiędzy „pracą w teatrze”. W ciągu trzech miesięcy, odkąd tu mieszka, odegrał przede mną kilka słabych scen z filmów. Niektóre znałem, o innych nigdy nie słyszałem. W każdej był kiepski. Nic dziwnego, że jest taksówkarzem. Jestem też stuprocentowo pewien, że nigdy nie spotkałem jego prawdziwej postaci.

Nie odpowiadam. Wchodzę do nieskazitelnego mieszkania, udając się wprost do lodówki. To okrągławy turkusowy relikt z lat pięćdziesiątych. Pociągam za długi uchwyt i otwieram drzwiczki, aby zajrzeć do środka. Na górnej półce, w schludnym rzędzie, ustawione są trzy puszki piwa Pabst Blue Ribbon. Ich rozmieszczenie jest naprawdę metodyczne i precyzyjne. Wyobrażam sobie, jak mężczyzna wkładał je tu z intymnym dotykiem, który większość mężczyzn rezerwuje dla ciała kochanki. Myśl o panu Streecie, który pieści palcami puszki piwa jest zbyt perwersyjna, więc wyrzucam ją z głowy i skupiam się na zadaniu. Oprócz napojów w lodówce jest tylko opakowanie pokrojonego w plasterki żółtego sera i otwarta paczka parówek, które leżą w swoim naturalnym sosie. Założę się, że nawet ich nie gotuje, tylko spożywa wprost z opakowania. Może, jeśli ma ochotę, owija je w ser. Kiedy nie mogę się skupić, właśnie takie bezsensowne myśli wirują w mojej głowie, plącząc się ze sobą – zastanawiam się nad kiepskimi zwyczajami żywieniowymi lokatora z parteru. Moje życie jest żałosne.

Staje za mną. Czuję na łokciu sztywną tkaninę jego szlafroka.

– Co się zepsuło? – pyta. W jego oddechu wyczuwam mieszaninę dymu i pasty do zębów, ani odrobiny chmielu, pomimo piwa w dłoni. Może to tylko rekwizyt.

Do tej pory mogę jedynie powiedzieć, że lodówka zamiast być zimna, ma w środku temperaturę pokojową.

Stawiam skrzynkę z narzędziami na podłodze i mamroczę:

– Proszę dać mi chwilę.

Mam ochotę mu powiedzieć, że zapomniałem z góry mojej kryształowej kuli, ale wspaniałomyślnie milczę i zamykam drzwiczki. Przechodząc na bok, z dala od niego, odsuwam piekielną maszynę od ściany i sprawdzam znajdujący się z tyłu silnik i wężownicę. Dwa razy na miesiąc próbuję naprawić tę starożytną maszynerię, aby opóźnić jej nieunikniony zgon.

Zawsze byłem dobry w naprawach, bo było to konieczne, gdy dorastałem. Nie mieliśmy za wiele, a to, co znajdowało się w naszym mieszkaniu, pochodziło z komisu i zwykle było mocno zużyte. Już w dzieciństwie zacząłem majsterkować. Byłem ciekawy, jak co działa, ale lubiłem również, kiedy na przykład toster opiekał chleb. Wszystko to przydało mi się, gdy musiałem podjąć się tej pracy.

Dopycham lodówkę do ściany i rzucam okiem na pana Streeta, który stoi wyczekująco, a wściekłość Roberta De Niro, którą ma w oczach, sprawia, że wygląda bardziej złowrogo niż niewinnie.

– Nic nie poradzę. Zacznę szukać nowej – mówię.

Z niedowierzaniem wyrzuca ręce w górę, a z puszki wylatuje piana i skapuje na jego eleganckie ubranie.

– Ile to zajmie? – Jest dziś w kiepskim nastroju. No i dobrze. Kiedy zauważa, że oblał sobie mankiet, mamrocze cicho, wychodząc z roli. – Cholera.

Wzruszam ramionami, biorę skrzynkę i udaję się do drzwi. Prawdę mówiąc, nie cierpię konfrontacji. To kolejna rzecz, przez którą się pocę. Ale maskuję to brawurą, stojąc prosto i milcząc. Kiedy to robię, czuję się jak oszust, ale zawsze działa. Inni postrzegają to pozowanie jako asertywność, a nie skrywanie się za zbroją. Może być.

Głos De Niro dogania mnie, gdy wychodzę. Olewam go, bo wiem, że to tylko dla efektu i idę do mieszkania 2B, w którym przebywa pani Bennett. Pisk trzewików z każdym krokiem nabiera tempa, choć czuję, że moje nogi są zmęczone.

Pukam głośno. Pani Bennett nie słyszy zbyt dobrze.

Otwiera drzwi po czwartym razie. Fizycznie kobieta jest sprawna, więc chyba dlatego tak mi smutno, że jej umysł nie funkcjonuje jak należy. W jej przypadku, to że jest chora, wydaje się wyjątkowo niesprawiedliwe.

– Toby! – wykrzykuje z radością.

W jej oczach pojawia się rzadka iskra rozpoznania. Błysk świadomości jest tak jasny, jak płomień w jej tęczówkach, odznaczający się znaczną witalnością. Kiedy panuje nad umysłem, jej oczy połyskują jak latarnia morska.

– Pani Bennett – witam się. Znam ją, a także jej wnuczkę Chantal, z którą mieszka od siedmiu lat, czyli odkąd zajmuję pomieszczenie w tym budynku. Lubię ją. Nie jestem pewien, czy to widać, ale lubię ją. – Wszystko dziś w porządku? – pytam.

Kiwa entuzjastycznie głową.

– Tak, wszystko dobrze. Chantal karmi dziecko w swoim pokoju, ale zaraz skończy, jeśli chcesz się z nimi zobaczyć. – Odruchowo krzywię się w duchu i to jak zawsze boli, gdy kobieta ciągnie: – Będziemy jeść obiad, oglądając końcówkę Oprah. Dołączysz do nas? – Przynajmniej raz w tygodniu proponuje mi posiłek.

Za każdym razem odmawiam.

– Nie, dziękuję. Muszę wracać na górę i odrobić zadanie domowe.

Kłamię, nie mam zadanej żadnej pracy. W tym mieszkaniu rodzina jest bardzo ważna, a ja potrafię znosić to tylko przez krótki czas. Komfort, którego można tu doświadczyć, jest tak przytłaczający, jak zapach smażonego kurczaka, docierający z kuchni niczym oszałamiająca mgła, która ukołysze mnie w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa, mająca sprawić, bym uwierzył w bajkę. Krótki czas, przypominam sobie, gdy burczy mi w brzuchu z głodu. Odsuwam się od jej dobroci i pełnego troski braku rozsądku.

Lekko kiwa na mnie kościstą dłonią, zginając nadgarstek i machając palcami jak ważka skrzydłami.

– Dobranoc, Toby.

W odpowiedzi unoszę rękę, ale nadgarstek i palce pozostają nieruchomo, podobnie jak maska na mojej twarzy.

– Dobranoc.

Wiem, że powinienem powiedzieć coś o Chantal i dziecku, ale tego nie robię. Wyrzuty sumienia znów mnie kłują. Pani Bennett powinna mnie uważać za potwora, ale tak nie jest. Znów kłuje wina. Poraża. Zadaje serię otwartych, zainfekowanych, niewidzialnych ran.

Kobieta wzdycha cicho, nim zamyka drzwi i słyszę jej słabe słowa:

– Ten biedaczek musi się wyspać, zawsze wygląda na takiego wymęczonego.

A ja myślałem, że wieczne worki pod oczami sprawiają, że wyglądam jak twardziel, a nie jakby moje zdrowe zmysły trzymały się jedynie na postrzępionej nici. Najwyraźniej się myliłem.

Wracam do siebie i odkładam skrzynkę z narzędziami na lodówkę. Przez krótką chwilę patrzę z tęsknotą na drzwi mojego pokoju i rozważam olanie piątkowej rutyny na rzecz snu. Urok nawyku i chęć uniknięcia zderzenia czołowego z bezsennością, szybko i bezsprzecznie wygrywa. Muszę uciszyć myśli, a nie wyostrzać je ciszą i bezruchem.

Zapinam bluzę i naciągam kaptur, który mnie skrywa i wychodzę do znajdującej się na końcu ulicy Tawerny Dana. Zamierzam się znieczulić.

Kiedy wchodzę, od razu dostrzegam Johnny’ego. Lokal jest stosunkowo pusty. Ludzie, którzy pracują, właśnie kończą zmianę, więc przyjdą tu dopiero za jakąś godzinę – nawet ci z trzęsącymi się dłońmi i desperacką potrzebą napicia się piwa. Zdecydowanym krokiem podchodzę do Johnny’ego i siadam obok przy barze. Kiedy zajmuję miejsce, uczucie bezruchu nie łagodzi mojego zdenerwowania, a tylko je pogarsza. Mój umysł ma tendencję do przyspieszania, gdy nic nie robię. Wątpliwości, wyrzuty sumienia, beznadzieja i bezradność budzą się do życia i miażdżą mnie z brutalną siłą. To dlatego wciąż się czymś zajmuję – rozproszenie je tępi i pozwala mi funkcjonować.

Johnny obraca się i kiwa głową w moim kierunku.

– Dupek.

Kiedy z nim zamieszkałem, zapytał, jak ma mnie nazywać. Powiedziałem „Dupek”, ponieważ tak właśnie się czułem. Przylgnęło to do mnie, choć mężczyzna nie wypowiada tego z przekonaniem.

– Lodówka pana Streeta w końcu wyzionęła ducha – rzucam w odpowiedzi.

Kiwa ponuro głową. Wiedział, że ten dzień w końcu nadejdzie.

– Moja kasa – dodaję, brzmiąc jak dupek, którym mnie nazwał. Zwykle proszę, przypominam pracodawcy o tygodniówce. Dziś nie mam jednak cierpliwości, więc zamiast tego żądam.

Wyciąga kilka banknotów z kieszeni brudnej flanelowej koszuli. W jego ruchu jest pewna świętość, jego rytuał. Robi tak, ilekroć ma styczność z pieniędzmi, jakby modlił się w duchu, opłakując rozłąkę z nimi. Porusza ustami, wyciągając dwie dziesiątki i piątkę, i wraz z ostatnim tęsknym spojrzeniem, rzuca je w moją stronę.

Porywam pieniądze i kiwam głową barmanowi Danowi, aby zwrócić jego uwagę. Palce stóp trzymam na rurce służącej za podnóżek, kołysząc piętami ze zniecierpliwieniem.

Chciałbym krzyczeć: Nie mogę tak dłużej! Nie dotrwam do czerwca! Mam dosyć!, ale, dzięki Bogu, Johnny nie potrafi czytać w myślach i nie zna mojego planu, więc ewentualny napad złości posłużyłby jedynie do tego, by nazwać mnie wariatem, czego staram się jednak uniknąć. To znaczy, wiem, że mam problemy z głową, ale nie chcę dawać innym wglądu w szaleństwo rozgrywające się pod moją czaszką. Siedzę więc, jak zawsze milcząc i biorę rozwodnione piwo, które postawił przede mną Dan. Kufel nie jest całkiem przezroczysty, co jest oznaką, że ktoś nie przyłożył się do mycia. Ściągam mankiet bluzy, aby zakryć dłoń i próbuję przetrzeć brzeg szklanki, by ją wyczyścić, nim uniosę kufel do ust. Piwo jest ciepłe i smakuje nędznie. Obok mnie Johnny wskazuje na mnie otwartą paczką papierosów. Wytrząsa jednego i, jak na ironię, kaszle ochryple. Bez namysłu biorę papierosa i sięgam po leżącą przed nim na barze zapalniczkę. Odpalam i zaciągam się głęboko, szczerze pragnąc, aby dym wypełniający mi płuca mógł zamglić również umysł. Ale domyślam się, że po to jest piwo. Palę jedynie, gdy piję alkohol. A piję go jedynie w piątki wieczorem. I tylko u Dana, ponieważ od piątej do ósmej jest promocja, co oznacza, że pół kwarty kosztuje ćwierć dolara. Dodatkowo Dan nigdy nie pyta o dokumenty. Jestem wysoki i nawet jeśli mam chłopięcą twarz, postarza mnie gburowata postawa, a także fioletowe worki pod oczami, o których nie powinniśmy zapominać. Mój wiek widać tylko kiedy się uśmiecham, przynajmniej tak mi mówiono. Minęły lata, odkąd się śmiałem, więc skąd miałbym wiedzieć.

Johnny zostawia paczkę papierosów pomiędzy nami na barze. Częstuje mnie bez słów. Nie jestem pewien skąd ta hojność, skoro nie przejawia jej w niczym innym. Może próbuje mnie zabić.

Przy trzecim piwie i czwartym papierosie bar zaczyna się wypełniać udręczonymi duszami, które są niczym jagnięta prowadzone na rzeź. Niektóre puby przeznaczone są do zabawy i świętowania, ale Tawerna Dana to miejsce wyciszenia i ucieczki. Można się tu skryć i na chwilę o wszystkim zapomnieć.

Johnny dzień w dzień siedzi na tym samym stołku. Wiem, dlaczego go wybiera – opiera się o ścianę, więc widzi całe pomieszczenie oraz prowadzące na zewnątrz drzwi. Nikt nie zdoła wślizgnąć się za niego. Pilnuje się nawet, gdy jest pijany. Potrzebowałem dużo czasu, aby do tego dojść, ponieważ on sam nie mówi za wiele, ale widziałem marynarkę od munduru z jego nazwiskiem, która leżała w nogach łóżka w jego pokoju. Wiem, że służył w Wietnamie i po jego zachowaniu wnioskuję, że mentalnie nigdy z niego nie wrócił. Że siedząca obok skorupa śmierdząca piwem, papierosami i niedolą wsiadła do samolotu i przyleciała do domu, ale Johnny Stockton zniknął całe wieki temu.

Kiedy zaczyna ogarniać mnie alkoholowa błogość, zawiasy frontowych drzwi skrzypią i do baru wchodzi brunetka. Jest wszystkim, czego szukałem. Nawet przez całe zasnute dymem pomieszczenie jej przygarbiona sylwetka, powolne człapanie i zmarszczone brwi dają mi znać, że przygniata ją ciężar, jakby jej kieszenie były pełne kul do kręgli. Rozgląda się po lokalu. Wyraźnie widać, że jest tutaj po raz pierwszy i szuka miejsca, aby się skryć, zanim zwróci na siebie uwagę. Za późno.

Przyglądam się jej przez kolejne dwie minuty, nim upewniam się, że to ona. Każdego piątkowego wieczoru przeszukuję wzrokiem tłum tak, jak robię to w tej chwili. Większość facetów skupia się na wyglądzie, ale ja poszukuję głębokiego zniszczenia, tak brutalnego, że aż wypływa ze środka na zewnątrz. Szukam kobiet, od których bije bezbronność i powiewa niczym biała flaga na wietrze ponad polem bitwy. Szukam rozbicia.

Przedstawiam się, i ponieważ jestem lekko podpity, jest to łagodniejsze, mniej niezręczne, bardziej dojrzałe. Kiedy piję, słowa łatwiej wychodzą z moich ust, co jest dodatkową zaletą. Dziewczyna jest cicha i nieśmiała, póki nie wleję w nią kilku piw, dopiero wtedy się rozluźnia. Jak za pociągnięciem nitki wyrwanej ze znoszonego swetra, zaczyna się rozplatać. Jest jednak jak na huśtawce – ona się rozkręca, a ja się spinam, bo od kiedy usiadłem przy niej, nie brałem już alkoholu do ust.

Ma na imię Jessica i ma dwadzieścia cztery lata, niedawno przeprowadziła się tu z Filadelfii i mieszka ze starszą siostrą. Od niedawna jest singielką. Mówi o swoim byłym same dobre rzeczy, ale zdradza ją przerażenie w oczach. Lubi mówić, słucham więc jej słów. Odczytuję również jej spojrzenie. I próbuję znaleźć prawdę pomiędzy tymi dwoma rzeczami. Im więcej pije, tym więcej w jej słowa zakrada się nieskrępowanej prawdy i potwierdzają się moje podejrzenia. Uciekła, ponieważ ją bił.

Nie mówię za wiele. Jestem słuchaczem, pamiętacie? Kiedy jednak zbliżamy się do cienkiej linii przepaści, której próbuję uniknąć, mówię jej to samo, co innym:

– Zasługujesz na coś lepszego.

Mam na myśli jej przeszłe towarzystwo i to obecne.

Kiedy kończy mówić, a poziom równowagi między jej upojeniem alkoholowym a zmniejszeniem jej zmartwień jest wyraźny, proszę Dana, żeby zadzwonił po taksówkę.

Czekacie, abym zdradził, co dzieje się później, nie? Pragniecie soczystych szczegółów? Niestety. Może i jestem dupkiem, ale i dżentelmenem.

Jest po pierwszej w nocy, kiedy przechodzę przez drzwi wiktoriańskiego domu na Clarkson i idę na górę. Po długim spacerze od Jessiki bolą mnie nogi. Tak jak i reszta ciała. Schowałem się jednak w cichym zakątku mojego umysłu, który rzadko pozwala mi czuć się inaczej, lepiej. Staram się nie nazywać tego, ponieważ to przejściowe, ale to czuję.

Kiedy wkładam klucz do zamka w drzwiach mieszkania Johnny’ego, modlę się, aby go tam nie było i żeby Cliff spał.

Sypialnia mojego gospodarza jest otwarta, a jego samego w niej nie ma. Udało się. Nie można jednak powiedzieć tego samego o Cliffie.

W kuchni gości niepożądany smród przypalonego popcornu z mikrofalówki. Drzwi pokoju Cliffa są otwarte. Telewizor ryczy, a chłopak mi się przygląda. Wydaje się jakby jego paciorkowate oczy były reflektorami ciągnika rolniczego.

– Zaliczyłeś? – woła.

Ma na myśli seks. Przynajmniej raz w tygodniu o to pyta. Nie żeby żył moim życiem, tylko jakbyśmy się kolegowali.

Nie odpowiadam mu. Nigdy tego nie robię. Zaciskam usta.

– W Aplauzie mają w końcu Sida i Nancy. – Aplauz to wypożyczalnia kaset wideo na końcu Colfax. Cliff łazi do niej od tygodni, próbując położyć brudną łapę na przygodach swojego ulubionego bohatera.

Nie potrafię wyjść z podziwu.

– Pożyczyli ci?

Do innych wypożyczalni ma zakaz wstępu, póki nie spłaci karnych opłat, bo przetrzymywał filmy po dziesięć dni.

Uśmiecha się z dumą i już wiem, że tego nie zrobili.

– Ukradłem go – nuci wybitnie z siebie zadowolony. – Nie oddam go. Jest mój.

Unoszę brwi, ale bardziej, by zadowolić ciało i jak najszybciej wrócić do stanu odrętwienia, niż aby pogratulować mu złodziejskiego wyczynu.

– Obejrzyj. Jeśli chcesz. – Słowa są żartobliwe. Jego ton taki nie jest.

Chce, żebyśmy obejrzeli to razem. Naprawdę chce, bym to z nim oglądał. Jest fanatykiem Sex Pistols i pragnie obdarować mnie przywilejem oglądania prawdziwej historii rozgrywającej się na filmie.

– Wiem, jak się kończy. – Oboje są narkomanami. Oboje umierają. W zeszłym tygodniu czytałem o tym artykuł na mikrofiszkach znajdujących się w bibliotece. Słuchałem zespołu i byłem ciekaw. A kiedy coś mnie zainteresuje, czytam wszystko, co mogę. Mam obsesję. Zapytajcie o cokolwiek, co dotyczy Sex Pistols, a zapewne wam odpowiem.

– Sid Vicious to legenda – mówi znacząco, w jego głosie ponownie słychać, że chciałby się zakolegować.

Kręcę głową i mruczę:

– Nie określiłbym go w ten sposób. – Przechodzę obok jego drzwi, kierując się do swojego pokoju. Otwieram kłódkę. Cliff potrzebuje nowego idola.

Zamykam za sobą drzwi, ściągam buty, zdejmuję bluzę i jeansy. Nie ma tu okna, nie ma światła, więc po omacku wchodzę do leżącego na podłodze śpiwora. Odtwarzam w głowie wydarzenia wieczoru po tym jak wyszedłem z Jessicą od Dana, aż zasypiam.

I śnię nieokreślone sny o niczym ważnym.

Nie ma koszmarów.

Nie ma głosów.

To piękne.

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

Obecnie

Luty 1987

 

 

TOBY

 

 

Mam swoje przyzwyczajenia, jestem fanem rutyny.

Dziś jest niedziela, co oznacza jedno: wyprawę do sklepu Mile High Comics.

Jest wcześnie, Cliff i Johnny najwyraźniej wciąż śpią, nie słyszałem zgrzytu drzwi ich pokojów. Jestem w łazience. Nie spieszę się, ponieważ to moje ulubione pomieszczenie w całym mieszkaniu. Wiem, jak dziwacznie to brzmi, zwłaszcza, jeśli to łazienka dzielona przez trzech facetów, z których dwaj to świnie. Pozwolę wam zgadnąć, gdzie ja wpisuję się w to równanie. I obrażę się, jeśli wybierzecie niewłaściwie. Jednak łazienka jest przestronna, ma okno i zamek w drzwiach. Prywatność w połączeniu z ciepłą wodą, świeżym powietrzem i promieniami słońca. W moim pokoju nie czuję się klaustrofobicznie, ale też nie ukrywam, że czas spędzony w łazience stanowi dla mnie ucieczkę. To również miejsce, w którym próbuję przegnać obrazy nawiedzające mnie w koszmarach. Parująca woda rozluźnia moje spięte mięśnie, ale niewiele pomaga na pogruchotanego ducha (zwanego inaczej pamięcią) w mojej głowie. Nie potrafię uciec od wspomnień, plamy krwi pozostaną już na zawsze.

Po długim prysznicu golę się, myję zęby i czeszę mokre włosy – urosły, teraz zwisają aż do oczu. Muszę je podciąć.

Wracam do swojego pokoju przewiązany ręcznikiem w pasie i pociągam za sznurek wiszący na środku pomieszczenia, by zapalić światło nad moją głową. Zamykam za sobą drzwi. Oświetlenie jest słabe. W zeszłym tygodniu przepaliła się żarówka, więc zastąpiłem ją jedyną, jaką udało mi się znaleźć w piwnicy. Ma moc dwudziestu watów, nadaje się najwyżej do lampki nocnej. Świeczka dałaby intensywniejszą poświatę. Wieszam ręcznik na haku przy drzwiach, by wysechł i obracam się, aby zobaczyć, co jeszcze zostało mi z czystych ubrań.

Półki zajmują jedną ze ścian i lubię mieć na nich porządek. Moje życie podzielone jest na kategorie: ubrania, rzeczy do szkoły, stary boombox, który przygarnąłem w zeszłym roku po tym, jak Johnny wyrzucił lokatorów spod 2A, trzy kasety, rzeczy do rysowania, komiksy, więcej komiksów, deskorolkę, plecak i niewielkie pudełko z rzeczami Niny. Przeciwległą ścianę pokrywają moje rysunki. Ciągle zmieniam ich położenie. Nie jestem miłośnikiem swoich własnych dzieł – nie mam okna, więc cieszę się, mogąc zmienić czasem scenerię. Wąska przestrzeń między rzeczami to jakieś półtora metra, ale wystarcza, by zmieściła się tam gruba na pięć centymetrów karimata, poduszka, śpiwór, lampa biurowa oraz poszewka na poduszkę, której używam jako kosza na brudną bieliznę. Robię pranie raz w tygodniu, gdy się zapełnia.

Ubrany biorę plecak i deskorolkę, nim wychodzę i zabezpieczam drzwi pokoju niezbyt odporną na Cliffa kłódką. Udaje mi się przejść dwa kroki, gdy dzwoni telefon. Wzdycham, ponieważ znajdowałem się milimetry przed osiągnięciem wolności i odbieram:

– Halo?

– Mogę rozmawiać z Tobym? – Głos należy do kobiety i skrzeczy, jakby się właśnie obudziła lub była przeziębiona, ale jest również zaskakująco przyjemny.

Co mnie wkurza, bo zazwyczaj nie spotykam się z czymś takim.

– Mówi Toby – odpowiadam niezgrabnie.

– Z tej strony Alice.

Alice? Czekam z nadzieją, że coś doda, ponieważ nie wiem kto to.

– Alice z dwa a – wyjaśnia.

O, nowa lokatorka.

– No tak – potwierdzam głównie sobie.

– Eee, Johnny mówił, że gdybyśmy… no wiesz… gdybyśmy mieli jakieś problemy… to mamy do ciebie dzwonić. – Jej głos znów jest miękki jak wtedy, gdy ją poznałem, ale wahanie w nim daje znać, że jest osobą, która nie znosi prosić innych o pomoc.

– Tak. – Urywam, ale kiedy ona też się nie odzywa, pytam: – Co się stało?

– Spłuczka w toalecie nie działa. Przepraszam, że zawracam ci głowę, ale… to pilne… Jeśli wiesz, o co mi chodzi… – Milknie.

– Przyjdę za chwilę. – Rozłączam się, nim ma szansę coś dodać, ponownie otwieram kłódkę, odkładam plecak i deskę, zamykam kłódkę i biorę skrzynkę z narzędziami leżącą na lodówce.

Kiedy przychodzę, drzwi do 2A są otwarte, ale i tak pukam przed wejściem.

– Toby? – woła Alice, co jest dziwne, skoro stoi dwa metry od drzwi i patrzy na mnie. Nie poznaje mnie? Nie żebym był godzien zapamiętania, ale spotkaliśmy się mniej niż dwie doby temu.

– Tak – rzucam. Już jestem wkurzony, bo opóźnia się moje wyjście do sklepu z komiksami, a teraz nie wiem, o co tu chodzi. Czy ona się ze mną droczy? Czy ma krótkotrwałą amnezję? Czy jest naćpana?

Znów, patrząc prosto na mnie, mówi:

– Wejdź.

Wchodzę do ciasnego salonu, który jest pozbawiony mebli, oprócz małej sofy z potarganą tapicerką i czterech wypełnionych płytami skrzynek po mleku. Zostawiam otwarte drzwi, czując, że będzie to lepsze dla nas obojga.

Dziewczyna obraca się i idzie w kierunku jednego z dwóch pokojów sypialnianych. Zamiast ruszyć za nią, stoję. Stawia krótkie kroki, ledwo unosząc stopy nad drewnianą podłogą – jest ostrożna. Wyciąga przed sobą ręce na wysokości talii, rozkładając palce, jakby grała na fortepianie.

Zakładam, że idzie do sypialni, by zostawić mnie z robotą i normalnie wziąłbym się do niej, ale z jakiegoś powodu mówię:

– Rzucę okiem na toaletę.

Zatrzymuje się w wejściu, wskazuje i z umiarkowaną pewnością siebie odpowiada:

– Tak, tutaj.

Nie wiem co powiedzieć, więc decyduję się na oczywiste:

– To sypialnia.

Obraca się w kierunku mojego głosu, a na jej policzkach pojawia się kilka czerwonych plam.

– Przepraszam, wciąż nie przyzwyczaiłam się do rozkładu pomieszczeń, no i jestem zaspana. Następne drzwi po lewej, prawda? – pyta zakłopotana.

Kiwam głową, zauważając, że jej piżamą są czerwone spodenki i poszarpana, cienka koszulka z logo zespołu Siouxsie and the Banshees.

Zatrzymuje się, jakby czekała, aż się odezwę.

Nieruchomieję, uświadamiając sobie, że kształt i kolor jej ciała odzianego w cienki materiał jest widoczny, choć niezbyt mocno, więc opuszczam wzrok do jej spodenek. Nie, sytuacja nie poprawia się, one również są cienkie. Spod jasnoniebieskich i białych pasków wyzierają czerwone figi. Opuszczam wzrok jeszcze niżej, do jej kolan i widzę jasną skórę i długie nogi. Jezu, ta pokusa nigdy się nie skończy.

Następnie, dzięki Bogu, widzę, jak maca dłońmi po ścianie i odchrząkuję zawstydzony. Jestem bezdusznym dupkiem i do tego zboczeńcem. Przecież ona jest niewidoma.

Tym razem werbalizuję odpowiedź.

– Tak, następne drzwi po lewej. – Odsuwam od siebie pociąg do tej dziewczyny, który został zastąpiony podłym zażenowaniem.

– Dzięki – mówi z sennym uśmiechem, unosząc dłoń ku wejściu do łazienki.

Daję jej czas, żeby do niej weszła, czekam, aż zdecyduje, gdzie stanąć, zanim przemknę obok.

– Przepraszam – mówi, gdy ocieram się o nią ramieniem.

Próbuje się skulić, aby zrobić więcej miejsca, nawet jeśli opiera się już plecami o ścianę, ale nie jest nieśmiała. Jest pewna siebie, nie ma w niej ani odrobiny niepokoju.

Dzieje się tak zapewne dlatego, że wszystkie obawy wszechświata wchłonęły się w mój krwiobieg. Trzymam się ich teraz i to jest do bani.

– W porządku. Pomieszczenie jest małe. – Nie wiem, dlaczego dodałem tę drugą część. Może i jest niewidoma, ale potrafi wyczuć przestrzeń dotykiem. Łazienka jest na tyle mała, że jeśli stanąć na środku i wyciągnąć ręce na boki z łatwością można dotknąć obu jej końców. Jestem kretynem.

– Tak – stwierdza. – Ale wolę takie.

Nie komentując, podnoszę pokrywę zbiornika na wodę i zaglądam do środka. Łańcuszek połączony z zaworem unoszącym i opuszczającym korek w spłuczce jest zepsuty, jedno ogniwo pękło na pół. Grzebię w skrzynce z narzędziami, znajduję małą szpulkę drutu i łączę dwa sąsiednie oczka łańcuszka. Trzeba go będzie wymienić, ale połączenie drutem powinno na chwilę zdać egzamin. Woda w zbiorniku jest zimna, więc pracuję pospiesznie, zanurzając w niej ręce.

– Da się naprawić? – pyta.

Opuszczam pokrywę i spłukuję toaletę, odpowiadając na jej pytanie. Kiedy spoglądam w zawieszone nad umywalką lustro, dostrzegam szeroki uśmiech na jej twarzy, gdy odgłos płynącej wody jest tym, na co liczyła. Chyba jest ledwie po dwudziestce, ale z tym uśmiechem zdaje się być młodsza, pewnie jest w moim wieku. To pierwszy raz, gdy się jej przyglądam. Jest ładna. Naprawdę śliczna.

– Szybko. Uratowałeś mi życie, dziękuję. – Jej głos brzmi inaczej, weselej.

Rozumiem tę ulgę. Kiedy nie działa toaleta, nie ma powodów do radości. Chodzi jednak o to, że z każdego wypowiedzianego przez nią słowa biją emocje. Wyrazy zdają się bardziej znaczące i więcej ujawniają. Nie są wypowiadane lekkomyślnie. A ona się nie ukrywa. Nie znałem wcześniej nikogo niewidomego, więc może to wszystko zmienia. Gdy jeden z twoich zmysłów jest zepsuty, to reszta rozwija się ponad przeciętnie. To ciekawe. Ta dziewczyna jest interesująca.

Przyjmowanie podziękowań zawsze było dla mnie problematyczne. Nigdy nie mówiłem „proszę bardzo”, ponieważ na samą myśl o tym się czerwienię. Wdzięczność – bez względu na to czy szczera, czy mimowolna, wyuczona maniera – kieruje całą uwagę na mnie, czego nienawidzę. Nigdy więc nie odpowiadam na podziękowania, po prostu odchodzę. Po szybkim umyciu rąk, normalnie bym wyszedł, nie mówiąc nic więcej. Jednak w jakiś sposób nie potrafię jej tego zrobić.

– To tymczasowa naprawa. Poproszę Johnny’ego, żeby w następnym tygodniu kupił potrzebną część. – Dodaję niemal: „wychodzę”, ale postanawiam wziąć z podłogi skrzynkę i przecisnąć się obok dziewczyny.

Kiedy ponownie ocieram się o jej ramię, mówi:

– Przepraszam.

– Cześć – rzucam.

Na co natychmiast odpowiada:

– Cześć, Toby. Jeszcze raz dziękuję. – Brzmi teraz na bardziej rozbudzoną, chrypę zastąpiła miękkość.

Kolejne wyrazy wdzięczności zdają się przepędzać mnie ku wyjściu. Obracam zamek w gałce, nim zatrzaskuję za sobą drzwi.

***

Jadąc na deskorolce na przystanek autobusowy, myślę o Alice: to piękna, pewna siebie, przyjazna, ale również samotna dziewczyna. Byłem w tym mieszkaniu już dwukrotnie i za każdym razem była sama. Gdzie jej rodzice? Sam będąc dzieckiem, miałem mnóstwo swobody, do diabła, od niemal dwóch lat mieszkam z pijanym, rzadko przebywającym w domu zarządcą budynku, ponieważ moja matka mnie zostawiła, ale różnica polega na tym, że nigdy nie byłem bezradny. Nie żeby ona taka była, ale wydaje się… no nie wiem… delikatna. Jakby ciągle wymagała pomocy. I nagle jestem na nią zły. Wierzę, że perfekcyjne rodziny istnieją tylko w telewizji, ponieważ nigdy nie widziałem takiej na własne oczy. Dlaczego rodzice nie mogą po prostu spełniać swojej roli?

Wciąż zastanawiam się nad tym, jadąc autobusem, ale kiedy przekraczam próg Mile High Comics, każda nieskładna myśl znika. To miejsce, w którym co tydzień zatracam się na godzinę. Zapach papieru i świeżego tuszu kojarzy mi się nie tylko z rozrywką, jaką zapewniają komiksy. Poważne poszukiwanie nowej świetnej fabuły to misja. Niezliczone godziny poświęcone na stworzenie każdego zeszytu, znajdującego się w tym sklepie, wydają się być poświęceniem. Natłok ilustracji, jakie zapewnia okładka za okładką, jest jak dar. Każda praca grafika jest wyjątkowa i indywidualna jak odcisk palca. Styl jest precyzyjny i możliwy do zidentyfikowania – to moja ulubiona cecha, bo stanowi o tym, że ludzie nie są węglowymi kopiami i nie ma dwóch takich samych osób. Szczegółowo zapamiętuję grafików i ich dzieła, uprzednio analizując i doceniając ich pracę. Todd McFarlane jest boski.

Przechadzam się powoli po sklepie, rozglądając się po alejkach, jakbym był tu po raz pierwszy. Wiem, że właściciel ma mnie zapewne za wariata, ale nie czepia się i nie łazi za mną, bo wie, że nie wsadzę do plecaka niczego, za co nie zapłaciłem. Po przechadzce wrócę do działu, który mnie zainteresuje (no chyba że pojawi się nowy numer Mrocznego Rycerza, bo jeśli tak, to właśnie z nim wrócę do domu) i przejrzę każdy leżący na półce zeszyt, ale zrobię to ostrożnie, nie zaginając rogów i nie zostawiając tłustych odcisków palców na lśniących okładkach. Czas w tym miejscu się nie liczy, przynajmniej przez chwilę. Jednak za jakąś godzinę zacznie dawać o sobie znać moje sumienie. Czas ci się kończy. Byłeś tu wystarczająco długo. Lubisz tu przesiadywać, a wiesz, że na to nie zasługujesz.

Nie, nie zasługuję.

Tak więc, kiedy podejmuję decyzję o wyborze komiksu, który kupię, płacę stojącemu za ladą mrukowi i wychodzę, wiedząc, że to zapewne moja ostatnia wycieczka do tego sklepu.

Wracając do wiktoriańskiego domu na Clarkson, czuję się winny.

Winny, że pozwoliłem sobie na radość.

Winny, że wyszedłem i nie poświęciłem tego czasu na pracę, gdyby coś się stało.

Winny, że wydałem pieniądze, które mogłem przeznaczyć na jedzenie czy coś innego.

Winny, że wolałem Spider-Mana od Usagi Yojimbo.

Winny, że może moje wyrzuty sumienia są niewystarczające.

Wymieńcie coś, a na pewno będę czuł się z tego powodu winny.

Jestem zżyty z winą. Stanowimy jedność. Kiedy mnie nie kłuje, noszę ją ze sobą jak kulę u nogi.

***

Po powrocie do domu, wchodzę po schodach na piętro tak cicho, jak tylko mogę, przechodzę na paluszkach do 2A i nasłuchuję pod drzwiami. Okej, tak naprawdę się nie skradałem, ale ostrożnie traktuję swoje znoszone trampki. Kiedy słyszę dochodzącą zza drzwi melodię wesołej rozmowy mężczyzny i kobiety, obracam się i natychmiast udaję się na górę, do 3A, zadowolony, że Alice nie jest już sama.

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 3

 

Obecnie

Luty 1987

 

 

TOBY

 

 

Poniedziałki zawsze są trudne, gorączkowy start nowego tygodnia jest nieunikniony. Zeszłej nocy spadł śnieg, więc wstałem bardzo wcześnie, by zgarnąć go z chodnika i posypać solą przejście i schody. Opady białego puchu oznaczają też, że nie mogę jechać do szkoły na deskorolce, przez co moja podróż dwukrotnie się wydłuży. Niemal kilometrowy spacer w trampkach, po piętnastocentymetrowej śnieżnej pokrywie, nie jest moim ulubionym zajęciem na świecie.

Do czasu, gdy docieram do East High School, moje palce u rąk i nóg pieką z odrętwienia, a twarz szczypie od zimna. Zazwyczaj stałbym przed szafką do ostatniej minuty przed dzwonkiem, ale przez to, że tak bardzo zmarzłem, od razu idę na zajęcia z języka angielskiego do klasy panny Montgomery. W drugim rzędzie stoi ławka, która przylega do grzejnika, i choć normalnie siedzę z tyłu, dziś to ciepłe, ogrzewane miejsce będzie moje. Kiedy masz kilometr do szkoły, doceniasz takie miejsca w dni, w których Matka Natura postanawia pokazać swoją moc i być wrzodem na twoim tyłku.

Samotność i cisza, której zazwyczaj doświadczam przed dzwonkiem, zakłócane są przez głosy zbliżające się do drzwi, nim te stają otworem. Nie unoszę głowy, skupiam wzrok na blacie ławki i moich odmarzających nogach, i stopach wyciągniętych pod nim. Jest tak, aż panna Montgomery mówi:

– Możesz usiąść w ławce najbliżej drzwi. Znajduje się bezpośrednio przed tobą, panno Eliot. – Chwila ciszy i panna Montgomery dodaje: – Właśnie tak, krzesło jest po prostu po jej drugiej stronie, a w tej chwili stoisz twarzą do tyłu klasy.

Unoszę wzrok i widzę Alice, która obchodzi ławkę. Opiera białą laskę o jej bok, ściąga plecak i nim siada, wkłada go pod blat.

– Dziękuję – mówi w ten sam sposób, w jaki dziękowała mi w swojej łazience. Jakby naprawdę wyrażała wdzięczność.

– Proszę, moja droga. Nie bój się prosić, gdybyś czegokolwiek potrzebowała. – Panna Montgomery zawsze jest miła i serdeczna, co sprawia, że większość uczniów w ogóle jej nie słucha. Jest jedną z tych osób, które nie zdają sobie sprawy z tego, jak postrzega ich reszta świata. Żyje w błogiej nieświadomości tego, że jest źródłem żartów i nieustannie ktoś się z niej wyśmiewa. Podziwiam jej zdolność do odsuwania tego od siebie.

– Dziękuję – powtarza Alice. Znów mówi poważnie.

Kiedy panna Montgomery idzie w kierunku swojego biurka, które stoi po tej samej stronie klasy, po której siedzę, wita się:

– Dzień dobry, panie Page.

Nie unoszę wzroku, aby również się przywitać, tylko kiwam głową. Nie mówię za wiele, ale ona o tym wie i nie wymaga ode mnie za dużo.

Wyciąga dokumenty ze starej skórzanej torby i podchodzi do mnie. Staje i przeszukuje stosik, nucąc pod nosem coś optymistycznego. Kiedy przestaje, w moim polu widzenia na blacie pojawia się teczka. To moje wypracowanie na temat książki Walden, czyli życie w lesie. Czytaliśmy ją w zeszłym miesiącu, a potem pojechaliśmy na jedną z nieczęsto odbywających się wycieczek, w góry, w pobliże Boulder, aby mogła zaprezentować dzieciakom z miasta widok i dźwięk sosen i spokoju. Nie sądziła, żebyśmy mogli w pełni docenić Henry’ego Davida Thoreau, nie „harcując na łonie natury”. Sprawiło to, że natychmiast zapragnąłem wyrzucić słowa takie, jak „harce” i „łono” z naszego języka, bo nigdy nie powinny być używane w zdaniu, a co dopiero tym samym.

– To jedyna piątka w klasie. Wypracowanie jest wybitne. Dobra robota. Podczas zajęć chciałabym zobaczyć więcej pana aktywności, panie Page. Niech się pan zgłasza do odpowiedzi, bo ma pan wiele do powiedzenia. Niech pan nas tym oczaruje.

Oczywiście, gdy ktoś nakazuje mi się odzywać, moją ostatnią odpowiedzią będzie ta z wykorzystaniem słów. Odrabiam pracę domową, uczę się, czytam i dobrze mi idzie, ale nie zamierzam brać czynnego udziału w lekcjach. Nie reaguję i nie wkładam teczki do plecaka, tylko siedzę, słysząc w myślach ochrypłe słowa pijanej matki: „Myślisz, że taki jesteś mądry, co? Cóż, mam dla ciebie wieści, nicponiu. Nigdy niczego nie osiągniesz, głupi gówniarzu”. Mógłbym wygłaszać obelgi przez wiele godzin i się nie powtarzać, bo dzięki Marilyn Page przez piętnaście lat uzbierałem ich mnóstwo.

Nucenie znów się rozpoczyna, a panna Montgomery wraca za swoje biurko, wiedząc, że przegrała bitwę, ale czuje się dobrze, bo przynajmniej próbowała.

Poczucie osamotnienia znika, zastąpione niepokojem wywołanym wypełniającym się pomieszczeniem. Niepokojem, bo napływające ciała zasłoniły mi Alice, a nie potrafię nie rzucać na nią okiem. Za każdym razem, gdy odrywam wzrok od blatu, wydaje mi się, że następuje przeciąganie liny i dziewczyna ściąga na siebie moje spojrzenie. Choć nie wie o mojej obecności tutaj, bo mnie nie widzi. Co oznacza, że nie ciągnie, a to ja naciskam. Najwyraźniej jestem również podglądaczem. Kiedy chodzi o nią, moja ciekawość zdaje się mnie przewyższać. Nie żebym chciał ją poznać, ale chcę się o niej dużo dowiedzieć. Czy trudno być niewidomym? Jak wygląda jej codzienne życie? Skąd się tu przeniosła? Czy znów ma na sobie czerwone majtki? Denerwuję się, bo rzadko skupiam się tak bardzo na jednej osobie, no chyba że jest piątkowy wieczór i siedzę u Dana. Zazwyczaj jedyne osoby, nad którymi się zastanawiam to te, z którymi coś mnie łączy, które nieustannie mnie otaczają, jak Cliff czy Johnny. I zwracam na nich baczną uwagę tylko po to, by wyprzedzić o kilka kroków ich szaleństwo. Nigdy nie miałem takiej obsesji… aż do teraz. Wszyscy w moim życiu stanowią jedynie wypełnienie. Przeważnie to ignoruję.

A mówiąc o pierwszorzędnym wypełniaczu – Jessie Tolken opada na miejsce obok mnie z gracją ospałego ćpuna, którym zresztą jest. Patrzy na mnie przeszklonymi, niemal sennymi oczami i uśmiecha się głupkowato. Nie czuje bólu na takim haju. Eter – swojski zapach jest silny i przylgnął do niego, jakby wciąż trzymał nasączoną nim szmatkę przy nosie. Wpływa w moją przestrzeń, co mnie wkurza, bo wiem, co to gówno robi z człowiekiem. W poprzednim semestrze Gina Ramirez i Alicia Fogle przyszły na lekcję historii, usiadły za mną i przez całą godzinę poddawały mnie działaniu tych oparów. Kiedy wyszedłem z lekcji, nie czułem kończyn, a mój umysł unosił się gdzieś poza ciałem, poddając halucynacjom. Wciąż pamiętam, jak potknąłem się na schodach, a upadające książki wydały taki łoskot, że mojemu zamglonemu umysłowi wydawało się, że upuściłem ich dwieście, a nie tylko dwie. Dźwięk odbijał się echem w korytarzu chyba przez wieczność. W następnej godzinie zmysły płatały mi figle – niektóre się wyostrzyły, niektóre przytępiły – a następnie do końca dnia było mi niedobrze. Nie podobało mi się to. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego dla niektórych narkotyki są takie pociągające. To znaczy, jasne, piję alkohol, ale substancje odurzające to zupełnie inna sprawa. Po prostu. Przeważnie nie czuję, że kontroluję myśli, gdy depresja trzyma mnie, jak zakładnika w mojej własnej skórze, ale dobrowolne oddanie resztek kontroli chemikaliom i gra w kości z ich niestabilnością jest przerażająca. Rozważam odsunięcie się od Jessiego, ale ciepło przenikające przez moje ubranie i wsiąkające w kości, gdy moja lewa strona przyciśnięta jest do grzejnika, wystarczy, bym pozostał na miejscu.

Całą lekcję spędzam z łokciem na ławce, a podbródkiem na złożonej dłoni, oddychając płytko przez nos i usta w mankiet bluzy, którą naciągnąłem na rękę.

Prowizoryczny filtr z materiału się sprawdził, bo kiedy wstaję po dzwonku, jestem tylko lekko oszołomiony, a poza tym nic mi nie jest. Wszystko jest w porządku, aż bez słowa przechodzę obok miejsca Alice przy drzwiach. Czuję wyrzuty sumienia przez całą drogę do następnej sali. Jestem winny, bo miałem nad nią przewagę – ona nie mogła mnie zobaczyć. Przechodzę obok ludzi każdego dnia i to wielokrotnie, i nie zwracam na nich uwagi, nawet jeśli niewielu zwracało ją niegdyś na mnie. Ale oni potrafią dostrzec, że się obok nich przemykam, a to różnica. Wiedzą, że jestem dupkiem. Alice nie ma pojęcia. Dla niej jestem chłopakiem, który wszystko naprawia, sprawia, że jest lepsze.

A to z pewnością nie ja.

Ja tylko wszystko pogarszam.

***