Wydawca: Goneta Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 110 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Druga piętnaście. Powrót wspomnień - Michał Domaradzki

 

Opowiadanie dla młodzieży już dorosłej. Głównym tematem niniejszego woluminu jest miłość, odmieniana tyle razy, ile razy występuje w nim imię Agnieszka. Miłość ponad wszystko, ponad wszelkie mroczne zaświaty i poczekalnię, zwaną Czyśćcem.

Jest to historia opowiedziana przez siedemnastoletniego Kubę, który na swej drodze spotyka niezwykle piękną i tajemniczą dziewczynę podczas wakacji w Kołobrzegu. Historia toczy się przez kolejne lata życia Kuby, gdy nieustannie poszukuje wybranki serca wszelkimi sposobami i za wszelką cenę, narażając na szwank  kontakt z rodziną oraz ze znajomymi. Okazuje się, że Agnieszka znajduje się w bliżej nieokreślonym wymiarze: pomiędzy życiem a śmiercią. Jeśli ktoś jej nie uratuje — zginie.

Mnóstwo tu zawiłości, tajemniczości oraz  dziwnych, niespotykanych zjawisk i postaci. Niekiedy książka przypomina horror. A kluczowe zdarzenia tej historii mają miejsce zawsze o godzinie drugiej piętnaście.

 

Opinie o ebooku Druga piętnaście. Powrót wspomnień - Michał Domaradzki

Fragment ebooka Druga piętnaście. Powrót wspomnień - Michał Domaradzki

Strona redakcyjna

Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m 45, 02-103 Warszawa

Korekta: Anna Śliwa

an.ga@op.pl

Okładka: Agnieszka Walczak

agnieszka.walczak89@gmail.com

Redakcja: Aneta Gonera

wydawnictwo@goneta.net

ISBN: 978-83-63783-01-3

Wydanie 1.

Warszawa, grudzień 2012

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany, ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

WSZYSTKIE POSTACI W KSIAZCE SĄ FIKCYJNE.

WSZELKIE SKOJARZENIA I PODOBIEŃSTWA Z KIMIKOLWIEK

W RZECZYWISTOŚCI NIE POWINNY MIEĆ MIEJSCA.

PODOBIEŃSTWA DO OSÓB LUB ZDARZEŃ SĄ CAŁKOWICIE

PRZYPADKOWE I NIEZAMIERZONE. AUTOR NIE BIERZE

ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA NASUWAJĄCE SIĘ SKOJARZENIA.

Od redakcji:

Opowiadanie dla młodzieży już dorosłej. Głównym tematem niniejszego woluminu jest miłość, odmieniana tyle razy, ile razy występuje w nim imię Agnieszka. Miłość ponad wszystko, ponad wszelkie mroczne zaświaty i poczekalnię, zwaną Czyśćcem.

Jest to historia opowiedziana przez siedemnastoletniego Kubę, który na swej drodze spotyka niezwykle piękną i tajemniczą dziewczynę podczas wakacji w Kołobrzegu. Historia toczy się przez kolejne lata życia Kuby, gdy nieustannie poszukuje wybranki serca wszelkimi sposobami i za wszelką cenę, narażając na szwank kontakt z rodziną oraz ze znajomymi. Okazuje się, że Agnieszka znajduje się w bliżej nieokreślonym wymiarze: pomiędzy życiem a śmiercią. Jeśli ktoś jej nie uratuje — zginie.

Mnóstwo tu zawiłości, tajemniczości oraz dziwnych, niespotykanych zjawisk i postaci. Niekiedy książka przypomina horror. A kluczowe zdarzenia tej historii mają miejsce zawsze o godzinie drugiej piętnaście.

Część pierwsza — Spotkanie

„Sama nie wiem, dlaczego, nie rozumiem powodu, dla którego...

A może jednak...

Nie wiem...

Ratunku!”

Rozdział 1

Życie jest takie cudowne jak fantastyczne naczynie, a każdy dzień, kiedy realizujesz swój plan i odnosisz sukces jest jak jedna z miliardów kropel, która je wypełnia. Jeżeli jednak naczynie się przepełnia i uronisz chociaż jedną małą kroplę, wszystko nagle upada.

Życie jest też takie kruche jak to naczynie, które wypada ci z rąk, gdy tracisz nad nim kontrolę. Upada i rozsypuje się na tysiące małych kawałków, których nie sposób pozbierać i ułożyć z nich pierwotny kształt.

Tak, to właśnie wspomnienia starej formy, czyli dawnego życia. To wszystko, co ci pozostaje. Seria niezliczonych wspomnień, a każde z nich jest jak klatka niemego filmu. Jest jak odległy świat, do którego ty nie masz już dostępu. To okrutne jak łatwo można wszystko stracić w jednej chwili.

*

Tamtej wiosny wracałem pewnego deszczowego dnia do domu ze szkoły. Nienawidziłem podróżować wszelkiego rodzaju komunikacją publiczną. Tłok, odór spoconych pasażerów i brudne siedzenia wprawiały mnie w zły nastrój. Autobus jak zwykle jechał powoli. Czasami odnosiłem, oczywiście błędne, wrażenie, że szybciej poruszałbym się pieszo.

Pomimo rutyny, która ogarniała każdy mój dzień, ten feralny dwudziestego dziewiątego marca odcisnął swoje piętno w mojej pamięci. Pamiętam, że mijaliśmy pobliską wieś. Mieszkają tam same szychy wielkiego świata biznesu. Można by ich ordynarnie określić grubymi rybami, choć nigdy nie lubiłem tego robić, ponieważ brzmiało to dosyć śmiesznie. Niemniej jednak uważają się za najważniejszych na świecie, na drogach i w ogóle wszędzie. Pędzą tymi swoimi drogimi mercedesami, audi i mazdami, nie zwracając uwagi na szalejącą strzałkę licznika prędkości. Tak było i tamtego dnia. Nieco dłuższe niż ogólnie używane i znane czarne, smukłe auto właśnie przecięło ulicę. Usłyszałem jak kierowca autobusu rzuca w ich kierunku różnego rodzaju obelgi. Zwolnili. A może to nasz kierowca przyspieszył? Teraz już tego nie pamiętam. W pewnym momencie, na bardzo krótką chwilę, zobaczyłem przez szybę oczy młodej dziewczyny. Zauważyłem w nich strach, żal i niepojęty ból. Przyspieszyli znów, deszcz rozbijał się o szyby... i cały autobus ogarnął przeraźliwy krzyk i panika. Wszyscy pasażerowie wstali z miejsc, by zobaczyć tę tragedię na ulicy. Samochód, w którym widziałem dziewczynę, uderzył z impetem w drzewo rosnące tuż przy drodze.

Kierowca chrząknął głośno i oświadczył, że nie zamierza się zatrzymać oraz, że nie ma zamiaru wplątać się w jakieś kłopoty, związane z tym wypadkiem. Tak więc minęliśmy ich płonące auto, zostawiając ich na pastwę losu.

Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że ten wypadek radykalnie zmieni moje dotąd żałosne i nudne życie.

Nikt nie wiedział.

Rozdział 2

Miałem wtedy tylko siedemnaście lat. Życie stało przede mną otworem. Jak wielu moich kolegów miałem wiele różnych, czasami nie do końca mądrych, pomysłów. Jednym z nich był skuter. Dlaczego wymieniam właśnie ten? Ponieważ to od niego wszystko się zaczęło.

Wakacje spędzone u cioci, by w jej ośrodku wypoczynkowym nad morzem zapracować na wymarzony pojazd, nie były szczytem moich ambicji. Niemniej jednak, był to najprostszy sposób na zdobycie dwóch i pół tysiąca złotych na skuter. Rodzice oczywiście nie byli skłonni finansować mi, jak to oni lubili mawiać, tej „maszyny śmierci”. Ileż to historii przyszło mi wysłuchiwać o wszelkiego rodzaju tragicznych wypadkach na skuterach. Nic nie było w stanie im przemówić do rozsądku. Uparli się po prostu, że nie dostanę jednoślada i już.

Plan zatem był bardzo prosty. Dwa miesiące ciężkiej pracy nad morzem i po wakacjach będę mógł podjechać moim nowiutkim skuterem na szkolny parking i tylko czekać jak wszystkim opadają na jego widok szczęki.

Jeżeli chodzi o szkołę, to byłem prymusem — zarówno klasowym, jak i ogólnoszkolnym. Ciężko pracowałem, by osiągnąć sukces. Moi rodzice od zawsze chcieli, żebym został lekarzem. Szczerze? Sam nie wiem, czy po pewnym czasie ich dążenie nie stało się także i moim. Pilnie uczyłem się przez pierwszy rok liceum. Nie ukrywam, że przeżyłem istne piekło, ale poradziłem sobie. Rodzice rok wcześniej, tuż przed wakacjami, kupili wymarzony dom na wsi. Sam nie wiedziałem, skąd mieli na to fundusze. Mama była szanowaną pielęgniarką i pracowała w szpitalu akademickim we Wrocławiu, a ojciec? Trudno było to jasno zidentyfikować. Oficjalną wersją była praca w firmie marketingowej. Oczywiście, nigdy nie zwierzał się z jej adresu, nazwy czy czegokolwiek. Dziwiło mnie najbardziej w tym wszystkim, że mama też nigdy tego nie dociekała. Czułem już wtedy, że coś przede mną ukrywają. Dlatego też od zawsze podejrzewałem go o jakieś nieuczciwe interesy. Ciągłe tajemnicze telefony, nocne nieobecności, a wreszcie tajemniczy gabinet, którego tak nie mógł się doczekać pozostawiały wiele do myślenia. Nikt nie mógł przekroczyć progu jego świątyni poza nim samym. Nigdy nie potrafiłem go do końca rozszyfrować. A przecież był moim ojcem.

W każdym bądź razie ich marzenie zostało spełnione i w 2011 roku musieliśmy przenieść się na wieś, z dala od mojego ukochanego Wrocławia. Mimo tego, że dom musiał kosztować ich fortunę, byli niesamowicie szczęśliwi i zadowoleni z przeprowadzki. Ja, niestety, nie. Musiałem opuścić moje środowisko i zaaklimatyzować się w nowym, które diametralnie różniło się od znanego mi. Czasami sam nie wiedziałem, co ja tu robię. Czułem, że nie pasuję do tego świata. Dlatego też było mi naprawdę ciężko. Nie miałem tu żadnych znajomych. Wszyscy zostali w mieście i biorąc pod uwagę kilometry, które nas zaczęły dzielić, nie mieliśmy okazji spotykać się już tak często jak kiedyś. Stałem się więc bardzo samotny. Musiałem codziennie dojeżdżać do szkoły komunikacją podmiejską. Najczęściej były to busy bądź pociągi. Spotykało mnie wiele nieprzyjemności ze strony nauczycieli z powodu licznych spóźnień i nieobecności. Mimo to miałem okazję dostąpić zaszczytu odbioru świadectwa z biało-czerwonym paskiem, na które tak solidnie pracowałem.

Ostatni dzień szkoły i rozdanie świadectw dłużył się niewyobrażalnie. Czerwcowy upał dawał mi się we znaki, przez co moje ciało było rozpalone. A może to podniecenie towarzyszące mi z powodu wieczornego wyjazdu nad morze? Nie wiem.

— Świadectwo z wyróżnieniem otrzymuje również Jakub Koszycki — na twarzy dyrektora pojawił się ten sam uśmiech, który towarzyszył mu za każdym razem, gdy miał mi wręczyć jakąkolwiek nagrodę.

Pamiętam do dziś, jak dumnie kroczyłem przez aulę po odbiór mojego cudownego wyróżnienia. Był to świetny atlas biologiczny. Naprawdę bardzo obiecująca pozycja z listy nagród, którą mi zaproponowano. Mocny uścisk dłoni dyrektora, wręczenie mi świadectwa z nagrodą i wreszcie mogłem wyjść z tej dusznej, zatłoczonej uczniami auli. Kiedy znalazłem się na ulicy, poczułem wolność. Wiatr lekko smagał mą twarz, poczułem się nagle dziwnie rześko. Oczywiście nie mogłem się doczekać, kiedy pochwalę się sukcesem domownikom. Wszystko mogłoby się wydawać idealnie, gdyby nie ogarnęło mnie znowu to cholerne uczucie. Coś, czego nie umiałem wytłumaczyć w żaden sensowny sposób. Wrażenie to towarzyszyło mi dosyć często. Odkąd nasze nowe mieszkanie znalazło się trzydzieści kilometrów od starego gniazda, zrobiłem się bardzo samotny, że aż czasami mi chyba odbijało. Z racji tego, że byłem nieśmiały i zamknięty w stosunku do dziewczyn (po prostu nigdy nie miałem ukochanej). Dlatego można sobie tylko wyobrazić, ile mnie kosztowała cała ta śmieszna przeprowadzka. Jednakże jakoś w kwietniu tamtego roku nachodziło mnie dziwne uczucie czyjejś obecności obok mnie. Czułem, jakby ktoś mi pomagał — taki mój Anioł Stróż. Wiem, że to nierealne, ale naprawdę to czułem. Było to na tyle nadprzyrodzone, że jak tylko komuś o tym mówiłem, każdy kpił sobie ze mnie. Niektórzy nawet mogą traktować to jako chorobę psychiczną. Tamtego ostatniego dnia szkoły, gdy wracałem do domu, również to czułem.

Dzień wyjazdu był upalny. Gdy tylko przyszedłem do domu, zdjąłem natychmiast strój wizytowy i przebrałem się w coś luźniejszego. Walizki miałem już wcześniej spakowane. Oczywiście nie obyło się bez matczynych kazań na temat antykoncepcji, tytoniu, alkoholu i ogólnego bezpieczeństwa. Obydwoje bardzo się o mnie martwili. Byłem ich jedynym dzieckiem. Mama ciężko zniosła poród i nie mogła mieć więcej dzieci. Obiecałem im więc, że będę odpowiedzialny, sumienny w wykonywaniu obowiązków i wieczorem po otrzymaniu sporej gotówki na tak zwany start, wyruszyłem w podróż życia. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, ile wydarzy się dobrego, ale też i złego...

*

— Pamiętaj, synku, aby pieniądze trzymać dobrze schowane i staraj się na bieżąco kontrolować sytuację.

Mama była bardzo przejęta i podekscytowana moim wyjazdem. Udawała oczywiście, że trzyma emocje na wodzy, chociaż ja nie dałem się oszukać, widząc łzy w jej oczach.

— Mamo, no co ty? Nie płacz!

— Mój mały synek dorósł i... — nie dokończyła, ponieważ przez megafon właśnie zapowiedziano mój pociąg.

— No, synu! — Ojciec nie umiał prawić morałów, choć bardzo się starał. — Uważaj na siebie i nie rób głupstw!

— Och, tato! Przestań... przecież znasz mnie.

Po tych słowach rozległ się głośny gwizd. Trzask zamykanych drzwi jeszcze bardziej wzruszył mamę.

— Pa, pa, kochany i nie zapomnij dzwonić! Kochamy cię!

— Ja was też!

Pociąg ruszył, a ja przez chwilę machałem rodzicom przez otwarte okno w przedziale. Nabraliśmy prędkości, a wiatr zaczął rozwiewać moje nieco dłuższe blond włosy. Po zamknięciu okna, usiadłem na swoim miejscu. W tym pociągowym pomieszczeniu, zupełnie pozbawionym jakiegokolwiek towarzystwa dla mnie, panowała ciemność. Przyjemne kołysanie pociągu pogrążyło mnie we śnie tak twardym, że zbudziłem się dopiero dziesięć po drugiej w nocy.

Poczułem nieprzyjemny ucisk pęcherza i żółwim ruchem wygramoliłem się z przedziału. Korytarz był pusty. Od czasu do czasu nawiedzały go tylko błyski zza okien mijanych lamp przydrożnych. Ruszyłem w stronę toalety, ziewając przy tym bardzo niekulturalnie. WC było oczywiście zajęte i mimo tego, że już wcześniej sprawdzałem godzinę, odruchowo znów spojrzałem na zegarek.

„Ojej! Kto bezczelnie okupuje toaletę kwadrans po drugiej w nocy?!” — pomyślałem.

Uśmiechnąłem się sam do siebie i wtedy otworzyły się drzwi łazienki. Jasne światło oślepiło mnie na kilka sekund. Chciałem już ruszyć w stronę drzwi, gdy nagle pociąg gwałtownie zahamował, a postać, która chwilę przedtem stała w progu toalety wypadła i runęła wprost na mnie. Po chwili szoku spowodowanego zaistniałą sytuacją, obydwoje stanęliśmy naprzeciw siebie. Zawstydzeni absurdem, jaki miał miejsce, nie odezwaliśmy się do siebie słowem. Uśmiechnąłem się tylko życzliwie i obróciłem się, by w końcu skorzystać z łazienki, lecz nagle usłyszałem piękny kobiecy głos, który zaczął drgać w moim uchu i przyszywając moje oszołomione ciało na wylot, skończył u koniuszków palców u nóg.

— Zaczekaj!

— Tak, coś się stało?

— Tak, leci ci krew z nosa. Chyba musiałam cię nieźle uderzyć jak upadałam. Tak mi przykro! Ale ten pociąg...

— Och, to nic takiego — zapewniłem, sprawdzając stan mojego nosa. — Zaraz to załatwię. Nic się nie stało. To przecież nie twoja wina. — Nie umiałem powiedzieć nic innego.

Zawstydzała mnie bardziej, niż inne dziewczyny, które jakimś cudem znalazły się w moim towarzystwie.

— Daj, pomogę ci — zabrała mi chusteczkę i zaczęła delikatnie wycierać krew z mojej twarzy.

Robiła to tak niesamowicie subtelnie i czule, że nie mogłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Światło z toalety delikatnie smagało jej twarz. Zobaczyłem, że ma subtelne i nieziemsko piękne kobiece rysy twarzy. Nos lekko zadarty. Brązowe włosy opadały na jej ramiona, a ciemna grzywka osłaniała jej czoło. Wyglądała tak seksownie, że nie miałem siły panować nad swoim ciałem. Dopiero kiedy jej delikatne dłonie wytarły ostatnią plamę krwi na mojej twarzy, powiedziałem:

— Bardzo dziękuje ci, ale naprawdę nie musiałaś.

— Ale chciałam. Jestem Agnieszka — jej oczy w kolorze świeżo zerwanych niezapominajek błyszczały wprost przecudownie.

Była taka naturalna, nie oszpecona nawet najdrobniejszym kosmetykiem. Idealna!

— A ja Kuba! Przepraszam, ale muszę do łazienki — właściwie zapomniałem już, że chciało mi się do toalety, ale jej obecność wprawiała mnie w niesamowite zakłopotanie i dyskomfort.

Czułem się, jakby rzuciła na mnie jakiś urok, z którego nie mogłem się uwolnić.

— Do zobaczenia, Kubo! — Usłyszałem, gdy zamykałem drzwi.

„Do jakiego zobaczenia? Przecież to nierealne, że kiedykolwiek się jeszcze spotkamy” — pomyślałem. Ciężko oparłem się o umywalkę i spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Nos nie wyglądał tragicznie. Był tylko lekko zaczerwieniony. Po krwi nie było nawet najmniejszego śladu. Bezskutecznie próbowałem odzyskać trzeźwość umysłu. Podciągnąłem rękawy, żeby opłukać ręce i twarz wodą. Wtedy też zauważyłem, że na zegarku wciąż widnieje ta sama godzina. Kwadrans po drugiej! Dałbym sobie wtedy uciąć rękę za to, że cała ta sytuacja przed WC trwała dobre dziesięć minut. Nie wiedziałem, co się dzieje.

Wracając na swoje miejsce, nie spotkałem już dziewczyny, która w tak niesamowity sposób zasiała coś dziwnego w moim sercu.

*

Tajemniczej Agnieszki, bo tak zacząłem ją nazywać, nie spotkałem więcej w pociągu. Około jedenastej przed południem skład, którym podróżowałem zahamował z głośnym piskiem na dworcu w Kołobrzegu. Mój wujek czekał już tam na mnie zniecierpliwiony. Gdy wysiadłem, zobaczył mnie i przywitał z tym swoim niesamowitym uśmiechem na twarzy. Był niezwykłym człowiekiem. Mimo tego, że życie dało mu niezłego kopniaka, nie poddał się i był miłym, sympatycznym, i niezwykle wrażliwym facetem, który był moim idolem.

Ośrodek mojego