Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 410 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Drogie życie - Alice Munro

Laureatka Literackiej Nagrody Nobla 2013!

Po doskonałym debiucie sprzed 45 lat, Wydawnictwo Literackie przedstawia polskim wielbicielom opowiadań Alice Munro najnowszy tom kanadyjskiej pisarki. Książka Drogie życie miała swoją światową premierę w listopadzie 2012 roku, a już w maju tego roku trafi do naszych księgarń. Scenerią dla prostych, czasami strasznych, innym razem ciepłych historii stały się tym razem miasteczka otaczające kanadyjskie jezioro Huron. Los niemal wszystkich bohaterów determinują wydarzenia związane z II wojną światową.

Tom Drogie życie to Alice Munro w najlepszym wydaniu.

Opinie o ebooku Drogie życie - Alice Munro

Fragment ebooka Drogie życie - Alice Munro

Wydawnictwo Literackie
Kraków 2013
Tytuł oryginału: DEAR LIFE
Opieka redakcyjna: PAWEŁ CIEMNIEWSKI
Redakcja: ANNA RUDNICKA
Korekta: ALEKSANDRA SZCZEPAN, MAŁGORZATA WÓJCIK
Projekt okładki i stron tytułowych: URSZULA GIREŃ
Skład i łamanie: Infomarket
Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT
Copyright © 2012 by Alice Munro All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Agnieszka Kuc © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2013
ISBN 978-83-08-05168-9
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.
Żwir

W tamtym czasie mieszkaliśmy niedaleko żwirowni. Nie jakiejś ogromnej, gdzie pracowałyby monstrualnej wielkości maszyny. To była nieduża żwirownia, z której już dawno temu jakiś miejscowy farmer musiał czerpać zyski. Prawdę mówiąc, żwirownia wydawała się na tyle płytka, że można było wziąć ją za wykop pod budowę domu, którego nigdy nie wzniesiono.

Moja matka wciąż nawiązywała do niej w rozmowie.

– Mieszkamy koło starej żwirowni, przy wylocie drogi prowadzącej ze stacji obsługi pojazdów – zwykła mówić ludziom ze śmiechem, bo taka była zadowolona, że udało jej się odseparować od wszystkiego, co wiązało się z domem, ulicą – mężem, życiem, które wiodła wcześniej.

Ja ledwo pamiętam tamto dawne życie. To znaczy przypominam sobie wyraźnie niektóre epizody, ale nie potrafię odtworzyć obrazu całości. Z domu, który mieliśmy w mieście, została mi w pamięci tapeta w misie z mojego starego pokoju. W nowym domu, który właściwie był przyczepą, moja siostra Caro i ja miałyśmy wąskie łóżka umieszczone jedno nad drugim. Kiedy się tam wprowadziłyśmy, Caro dużo mi opowiadała o naszym starym miejscu zamieszkania, próbując mnie zmusić, bym sobie przypomniała to czy tamto. Robiła tak zawsze wtedy, gdy już leżałyśmy w łóżkach, i zwykle nasze rozmowy kończyły się tym, że ja nie mogłam przywołać w pamięci dawnych wydarzeń, a ona się na mnie złościła. Czasem już mi coś prawie świtało w głowie, ale z przekory lub obawy, że coś przekręcę, wolałam udawać, że nie pamiętam.

Kiedy przeprowadziłyśmy się do przyczepy, było akurat lato. Towarzyszyła nam suczka Blitzee.

– Blitzee uwielbia to miejsce – mówiła matka i to była prawda. Który pies nie wolałby zamienić ulicy w mieście, nawet takiej z dużymi trawnikami i przestronnymi domami, na rozległe, ciągnące się po horyzont wiejskie okolice? Blitzee obszczekiwała każdy przejeżdżający pojazd, jakby cała droga należała do niej, a od czasu do czasu przynosiła do domu upolowaną wiewiórkę albo świstaka. Początkowo Caro bardzo się tym martwiła. Neal rozmawiał z nią na ten temat, tłumacząc tajniki psiej natury i łańcucha życia, w którym jedne zwierzęta pożerają inne.

– Przecież dostaje swoje psie jedzenie – upierała się Caro.

– A gdyby go nie dostawała? A jeśli któregoś dnia zostałaby zupełnie sama, bez nas i musiałaby dawać sobie jakoś radę? – spokojnie kontynuował swój wywód Neal.

– Nigdy jej nie zostawię – odpowiedziała Caro. – Zawsze będę się nią opiekować.

– Tak myślisz? – zapytał, a wtedy wtrąciła się matka, żeby odwieść Neala od jego ulubionego tematu.

Neal zawsze był chętny do rozmowy o Amerykanach, grzybie atomowym i tym podobnych sprawach, a nasza matka uważała, że my nie jesteśmy jeszcze na to gotowe. Nie przyszło jej nawet do głowy, że kiedy on rozprawiał o grzybie atomowym, ja wyobrażałam sobie jakiś gigantyczny grzyb wyhodowany przez Amerykanów. Nie byłam jednak pewna, czy dobrze wszystko rozumiem, i dlatego wolałam nie zadawać pytań, by się nie ośmieszyć.

Neal był aktorem. W mieście działał profesjonalny teatr letni, zupełna nowość w tamtym czasie. Niektórzy ludzie byli do tego projektu nastawieni entuzjastycznie, a inni martwili się, że teatr ściągnie do miasta różne szumowiny. Moi rodzice zaliczali się do grupy entuzjastów, a zwłaszcza matka, bo miała więcej czasu. Ojciec był agentem ubezpieczeniowym i dużo podróżował. Matka wciągnęła się w działalność na rzecz teatru, zbierała fundusze i pomagała również, pracując jako bileterka. Była bardzo atrakcyjna i młoda, tak że równie dobrze mogła uchodzić za aktorkę. W pewnym momencie zaczęła się też nosić jak artystka, zakładała powłóczyste spódnice, szale i długie naszyjniki. Włosom pozwalała swobodnie spływać na ramiona i przestała robić sobie makijaż. Oczywiście ja w tamtym okresie byłam za mała, by coś z tego rozumieć albo zauważyć jakiekolwiek zmiany. Matka to matka. Natomiast bez wątpienia nie uszło to uwagi Caro. No i mojego ojca. Chociaż znając jego naturę i uczucia, jakimi darzył mamę, myślę, że mógł być z niej dumny, bo tak pięknie wyglądała w tych swoich nowych strojach i tak dobrze się rozumiała z artystami. Kiedy opowiadał o tych latach później, twierdził, że zawsze aprobował sztukę. Mogę sobie teraz wyobrazić, jak bardzo zażenowana byłaby matka i jak bardzo starałaby się pokryć śmiechem swoje zakłopotanie, gdyby ojcu przyszło na myśl złożyć taką deklarację w obecności jej teatralnych przyjaciół.

No cóż, a potem rzeczy potoczyły się tak, jak można było przewidzieć, i pewnie wiele osób tego właśnie się spodziewało, ale nie mój ojciec. Trudno mi stwierdzić, czy podobne historie przytrafiły się również innym osobom, które zgłosiły się do pomocy w teatrze. Wiem jednak, chociaż tego nie pamiętam, że mój ojciec płakał i przez cały dzień chodził za matką, nie spuszczając jej z oczu i wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał. A ona, zamiast podnieść go na duchu, powiedziała coś, co go dobiło.

Wyznała, że dziecko jest Neala.

Była tego pewna?

Całkowicie. W pełni kontrolowała sytuację.

I co się stało później?

Ojciec przestał płakać. Musiał wrócić do pracy. Matka spakowała nasze rzeczy i zabrała nas ze sobą. Zamieszkałyśmy razem z nią i Nealem w przyczepie, którą on wynalazł, na wsi za miastem. Potem matka powiedziała, że ona też płakała. Ale przynajmniej poczuła ulgę. Może po raz pierwszy miała pełną świadomość tego, że naprawdę żyje. Uważała, że otrzymała szansę od losu. Mogła zacząć wszystko od nowa. Porzuciła nie tylko męża, ale także swoje srebra, porcelanę, urządzone mieszkanie, ogród pełen kwiatów i nawet ukochane książki stojące w biblioteczce. Teraz miała zacząć żyć, a nie zajmować się czytaniem. Zostawiła ubrania wiszące w szafie, buty na obcasach z włożonymi do środka prawidłami, brylantowy pierścionek i obrączkę na toaletce, jedwabną koszulę nocną w szufladzie. Planowała, że gdy zamieszkamy na wsi, będzie się starała chodzić nago, dopóki pogoda na to pozwoli. Ale ten pomysł nie wypalił, bo gdy próbowała wprowadzić go w życie, Caro popędziła do łóżka i zwinęła się w kłębek. Nawet Neal nie był jakoś szczególnie entuzjastycznie nastawiony do tego projektu.

Neal. Co właściwie o tym wszystkim myślał? Jego filozofią życiową, jak to później wyłożył, było akceptować w pełni to, co niesie życie. Wszystko jest darem. Dajemy i bierzemy.

Do ludzi, którzy głoszą takie teorie, nie mam zaufania, co nie znaczy, że moje podejrzenia są uprawnione.

Neal nie był tak naprawdę aktorem, tylko eksperymentował, jak sam twierdził. W ten sposób chciał dowiedzieć się jak najwięcej o samym sobie. Gdy studiował w college’u, zanim jeszcze z niego wyleciał, występował jako członek chóru w Królu Edypie Sofoklesa. Podobało mu się to – lubił się w coś bez reszty angażować, współdziałać z innymi. Później, na ulicy w Toronto, wpadł na znajomego, który wybierał się na przesłuchania w sprawie pracy sezonowej. Chciał zaciągnąć się do nowej trupy aktorskiej, która miała dawać przedstawienia na prowincji. Neal poszedł razem z nim, bo akurat nie miał nic lepszego do roboty, i ostatecznie to on dostał angaż, a znajomy odszedł z kwitkiem. Neal miał zagrać rolę Banka. Czasami reżyserzy woleli, by duch Banka ukazywał się na scenie naprawdę, a czasami nie. Tym razem zdecydowano, że duch Banka się pojawi. Neal idealnie się do tego celu nadawał, bo miał odpowiedni wzrost i w ogóle był pokaźnych rozmiarów. Solidny kawał ducha.

Neal planował, że zimę również spędzi w naszym mieście, jeszcze zanim moja matka ujawniła radosną wiadomość. Już wcześniej upatrzył sobie przyczepę. Znał się też na tyle dobrze na stolarce, by móc wykonywać prace renowacyjne w teatrze, a tym samym przetrwać jakoś do wiosny. Dalej już nie planował, bo nie widział takiej potrzeby.

Caro nawet nie musiała zmieniać szkoły. Zabierał ją szkolny autobus, który stawał na końcu drogi biegnącej obok żwirowni. Musiała zaprzyjaźnić się z wiejskimi dziećmi, a może też wyjaśnić to i owo swoim przyjaciołom z miasta, z którymi przyjaźniła się w poprzednim roku, ale nawet jeśli miała z tego powodu jakieś problemy, ja nigdy o tym nie słyszałam.

Blitzee zawsze czekała na nią przy drodze, by razem wrócić do domu.

Ja nie poszłam do przedszkola, ponieważ matka nie miała samochodu. Ale nie tęskniłam za towarzystwem innych dzieci. Wystarczała mi Caro, kiedy już wracała do domu.

Matka często była w radosnym nastroju. Tamtej zimy, gdy tylko spadł śnieg, ulepiłyśmy wspólnie bałwana, a ona poprosiła:

– Możemy dać mu na imię Neal?

Zgodziłam się i powtykałyśmy w niego różne rzeczy, żeby zabawnie wyglądał. Potem zdecydowałyśmy, że wybiegnę z domu, gdy nadjedzie samochód Neala, i zawołam: „Neal! Neal!”, pokazując na bałwana. I tak zrobiłam, ale Neal wysiadł z auta wściekły, krzycząc, że mógł mnie przejechać.

To był jeden z nielicznych momentów, kiedy widziałam, że zachowuje się jak ojciec.

Tamte krótkie zimowe dni musiały wydawać mi się dziwne – w mieście o zmierzchu zapalano światła. Ale dzieci szybko przyzwyczajają się do zmian. Czasami myślałam sobie o naszym dawnym domu. Nie chodzi o to, że za nim tęskniłam albo że znów chciałabym tam zamieszkać – zastanawiałam się tylko, gdzie się podział.

Relacje mojej matki z Nealem nadal dobrze się układały, co dotyczyło również nocy. Kiedy się budziłam i musiałam iść po ciemku do łazienki, wołałam matkę. Przychodziła uśmiechnięta, ale nie spieszyła się zbytnio. Owinięta była kawałkiem materiału albo szalem. Również pachniała w charakterystyczny sposób, który kojarzył mi się ze światłem świec oraz muzyką. I z miłością.

Potem coś się wydarzyło, coś niezbyt krzepiącego i dodającego otuchy, ale ja w tamtym czasie nawet nie starałam się tego zrozumieć.

Blitzee, nasza suczka, nie należała do dużych psów, ale nie była też na tyle mała, żeby się zmieścić pod płaszczem Caro. Nie mam pojęcia, jak siostra zdołała tego dokonać. I to nie raz, lecz dwa razy. Ukryła psa pod płaszczem, wsiadając do szkolnego autobusu, a potem zamiast iść prosto na lekcje, zabrała Blitzee do naszego starego domu w mieście, który znajdował się tylko trochę dalej niż szkoła. I właśnie tam mój ojciec znalazł psa, gdy przyszedł do domu na samotny lunch – na zimowej werandzie, której nie zamykał na klucz. Był bardzo zdziwiony, że Blitzee do niego dotarła, znalazła drogę do domu zupełnie jak psy, o których piszą w powieściach.

Najwięcej szumu wokół tego robiła sama Caro. Twierdziła, że nie widziała suczki przez cały ranek. Ale jakiś tydzień później popełniła błąd, próbując powtórzyć tę akcję, i chociaż ani w autobusie, ani w szkole znów nikt niczego nie zauważył, to matka tym razem zaczęła ją podejrzewać.

Nie pamiętam, czy mój ojciec odwiózł wtedy Blitzee do nas. Jakoś nie wyobrażam go sobie w przyczepie, ani nawet na prowadzącej do niej drodze. Może Neal pojechał do naszego domu w mieście i zabrał ją. Co wcale nie znaczy, że tę drugą wersję łatwiej jest sobie wyobrazić.

Jeśli z mojej opowieści wynika, że Caro była osobą nieszczęśliwą albo knującą jakieś intrygi, nie jest to zgodne z prawdą. Tak jak powiedziałam, rzeczywiście próbowała nakłonić mnie do wspomnień, gdy wieczorem leżałyśmy w łóżkach, ale to nie znaczy, że bez końca wylewała żale. Dąsanie się nie leżało w jej naturze. Za wszelką cenę starała się wywrzeć dobre wrażenie. Chciała, żeby ludzie ją lubili; uwielbiała podgrzać atmosferę w pokoju do tego stopnia, że można by nawet mówić o ogólnej wesołości. Bardziej o to zabiegała niż ja.

Ona bardziej przypominała naszą matkę, jak mi się teraz wydaje.

Jeśli chodzi o psa, musiało zostać przeprowadzone w tej sprawie małe dochodzenie. Myślę, że trochę tę sytuację pamiętam.

– Zrobiłam to dla żartu.

– Chcesz wrócić i zamieszkać ze swoim ojcem?

Zdaje się, że takie właśnie padło pytanie i z tego, co pamiętam, Caro powiedziała: nie.

Nie dociekałam. To, co zrobiła, wcale nie wydawało mi się dziwne. Tak prawdopodobnie reagują małe dzieci – zachowania starszego i bardziej przebojowego rodzeństwa nigdy nie przyjmują jako czegoś nadzwyczajnego czy niewyobrażalnego.

Poczta, która do nas przychodziła, była wrzucana do metalowej skrzynki zawieszonej na słupie, stojącym kawałek dalej przy drodze. Matka i ja lubiłyśmy chodzić tam każdego dnia, chyba że pogoda była bardzo nieprzyjemna. Po listy szłyśmy po mojej drzemce. Czasami była to w ogóle jedyna chwila w ciągu dnia, kiedy wychodziłyśmy z domu. Rano oglądałyśmy w telewizji programy dla dzieci – albo ona czytała, a ja oglądałam. (Nie na długo zarzuciła czytanie). Przygrzewałyśmy sobie zupę z puszki na lunch, a potem ja szłam się trochę zdrzemnąć, a ona dalej czytała. Matka, wydawało mi się, była okazałej postury, zwłaszcza wtedy, gdy dziecko w jej brzuchu stale rosło i poruszało się, tak że nawet ja mogłam to wyczuć. Miało nosić imię Brandy – już mówiliśmy o nim Brandy – bez względu na to, czy miał być to chłopiec, czy dziewczynka.

Pewnego dnia, gdy szłyśmy alejką w kierunku skrzynki i właściwie byłyśmy już całkiem niedaleko, matka nagle zatrzymała się i zastygła w bezruchu.

– Cicho – powiedziała do mnie, chociaż nie odzywałam się ani słowem i nawet nie szurałam, tak jak to lubiłam robić, butami po śniegu.

– Przecież jestem cicho – zaprotestowałam.

– Ciiii – zawracamy.

– Ale nie zabrałyśmy listów.

– Nic nie szkodzi. Po prostu chodź.

Wtedy zauważyłam, że Blitzee, która zawsze nam towarzyszyła z tyłu albo biegła z przodu, gdzieś przepadła. Po drugiej stronie drogi, kilka metrów od skrzynki na listy, stał jakiś inny pies.

Gdy tylko dotarłyśmy do domu, matka wpuściła Blitzee, która na nas czekała, i zadzwoniła do teatru. Nikt nie odebrał telefonu. Wtedy zadzwoniła do szkoły i poprosiła kogoś o przekazanie kierowcy autobusu, żeby wysadził Caro pod samymi drzwiami. Okazało się, że jednak nie mógł podjechać tak blisko naszej przyczepy, bo śnieg znowu zasypał drogę, choć Neal niedawno ją odśnieżał. Ale zaczekał, aż Caro bezpiecznie dotarła do drzwi. Wilka nie było już wtedy w pobliżu.

Neal był zdania, że wilk w ogóle nie istniał. A gdyby jakimś cudem rzeczywiście tam wtedy się pojawił, to i tak nie stanowił dla nas żadnego zagrożenia, bo po okresie snu zimowego z pewnością był bardzo osłabiony.

Wtedy Caro powiedziała, że wilki nie zapadają w sen zimowy.

– Uczyliśmy się o nich w szkole.

Matka chciała, żeby Neal kupił broń.

– Myślisz sobie pewnie, że zaopatrzę się w spluwę, pójdę i zastrzelę tę cholerną wilczycę, ot tak. Biedaczka ma pewnie na wychowaniu stado szczeniąt ukrytych gdzieś w lesie i po prostu stara się je chronić, tak jak ty chronisz własne dzieci – dodał cicho.

– Tylko dwoje – wtrąciła się Caro. – W jednym miocie jest tylko dwoje młodych.

– Okej, okej. Nie rozmawiam z tobą.

– Tego nie możesz wiedzieć – powiedziała matka. – Nie możesz wiedzieć, czy to zwierzę ma gdzieś do wykarmienia głodne szczeniaki.

Nigdy bym nie pomyślała, że matka będzie z nim rozmawiać w taki sposób.

– Spokojnie, po co te nerwy, wyluzuj trochę i pomyśl. Broń to okropna rzecz. Gdybym rzeczywiście ją kupił, co musiałbym wtedy powiedzieć? Uznać, że wojna w Wietnamie była sprawiedliwa? I że właściwie ja sam też powinienem był tam pojechać?

– Nie jesteś Amerykaninem.

– Przestań mnie wkurzać.

Tak mniej więcej wyglądała wymiana zdań między nimi, która skończyła się tym, że Neal nie musiał jednak kupować broni. A wilka nigdy potem już nie widziałyśmy, jeśli to w ogóle był wilk. Wydaje mi się, że matka przestała chodzić po listy, może dlatego, że zrobiła się taka duża i nieporadna i nie byłaby już w stanie tego robić.

Śniegu w magiczny sposób ubywało. Drzewa nadal były gołe i bezlistne, dlatego matka wciąż nakazywała Caro wkładać rano płaszcz, ale gdy moja siostra wracała po szkole do domu, ciągnęła zawsze okrycie za sobą.

Matka uważała, że dziecko w niej to muszą być bliźnięta, ale doktor powiedział, że wcale nie.

– Świetnie, wspaniale – mówił Neal, któremu idea bliźniąt jak najbardziej przypadła do gustu. – Co ci lekarze mogą wiedzieć.

Wyrobisko żwirowni po brzegi wypełniała woda z topniejącego śniegu i padającego deszczu, dlatego Caro musiała obchodzić je dokoła, by móc dotrzeć do miejsca, gdzie stawał autobus. Żwirownia zamieniła się w małe jezioro, nieruchome i błyszczące pod czystym niebem. Caro zapytała, bez większej nadziei na to, że uzyska zgodę, czy może się tam bawić.

Matka odparła, że trzeba zachować zdrowy rozsądek.

– To wyrobisko musi mieć ze dwadzieścia stóp głębokości – powiedziała.

– Najwyżej z dziesięć – oświadczył Neal.

– Tuż przy brzegu na pewno nie jest aż tak głęboko – upierała się Caro.

Matka stwierdziła, że owszem, jest głęboko.

– Od razu gwałtowny spadek – powiedziała. – Tu nie można sobie bezpiecznie wejść do wody jak na plaży. Zrozum to wreszcie, do kurwy nędzy, i trzymaj się od tego miejsca z daleka.

Matka zaczęła używać słowa „kurwa” dosyć często, może nawet częściej niż Neal. W dodatku mówiła to okropnie poirytowanym tonem.

– Czy nie powinniśmy też bardziej pilnować psa, żeby nie próbował tam wchodzić? – zapytała go.

Neal odparł, że tym zupełnie nie musimy się martwić.

– Psy potrafią pływać.

Sobota. Caro oglądała ze mną Przyjaznego olbrzyma[8] i wciąż rzucała jakieś komentarze, które tylko przeszkadzały. Neal leżał na kanapie. Była to rozkładana kanapa, która służyła jemu i mojej mamie za łóżko. Palił swoje ulubione papierosy. Nie mógł tego robić w pracy, więc palił je przeważnie w weekendy, w przyczepie. Caro niekiedy mu się naprzykrzała i mówiła, że chciałaby spróbować. Raz jej pozwolił, ale zabronił chwalić się tym przed naszą matką.

Ale ja przy tym byłam, więc jej powiedziałam.

Matka bardzo się zdenerwowała, ale raczej nie można by tego nazwać awanturą.

– Przecież wiesz, że gdyby się o tym dowiedział, natychmiast wyrwałby stąd dzieci i tyle byśmy je widzieli – powiedziała. – Nigdy więcej tego nie rób.

– Nigdy więcej – posłusznie odparł Neal. – A co będzie, jak on postanowi je otruć i doda jakiegoś świństwa do płatków Rice Krispies?

Początkowo w ogóle nie widywałyśmy się z ojcem. Potem, po Bożym Narodzeniu, uzgodniono, że będziemy się z nim spotykać w soboty. Nasza matka miała w zwyczaju pytać później, czy dobrze się bawiłyśmy. Ja zawsze odpowiadałam twierdząco i rzeczywiście tak myślałam – w moim przekonaniu wyjście do kina, wycieczka nad jezioro Huron albo obiad w restauracji były dobrą zabawą. Caro też odpowiadała twierdząco, ale tonem, który sugerował, że matce nic do tego. Potem ojciec wyjechał na ferie zimowe na Kubę (matka mówiła o tym ze zdumieniem i chyba aprobatą) i wrócił stamtąd z przewlekłą grypą, co sprawiło, że nasze wizyty zostały chwilowo zawieszone. Miałyśmy znów zacząć go odwiedzać na wiosnę, ale do tej pory to nie nastąpiło.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przypisy

[8] Oryg. Friendly Giant, popularny kanadyjski program dla dzieci nadawany przez telewizję CBC w latach 1958−1985.