Wydawca: Amber Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 456 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Droga przez kłamstwa - Ann Cleeves

Inspektor Vera Stanhope to postać zupełnie wyjątkowa wśród bohaterek literatury kryminalnej. Inteligentna, odważna, bezkompromisowa, ale kierująca się emocjami samotna czterdziestoparolatka, ma poczucie humoru i cięty język. Nie przywiązuje wagi ani do swojego wyglądu, ani do swojego życia. Jej życie napiętnowane jest bolesnymi przeżyciami, a dzieciństwo naznaczone cierpieniem. A mimo to traktuje innych z taką empatią, ciepłem i serdecznością, i tak przeżywa każde śledztwo.

Dziesięć lat temu Jeanie Long została skazana za zabójstwo piętnastoletniej Abigail. Teraz nowe dowody świadczą o jej niewinności. Lecz Jeanie popełnia samobójstwo – nie potrafi spojrzeć w twarz ludziom, którzy przez tyle lat wierzyli, że była zdolna zabić dziecko.

Inspektor Vera Stanhope rozpoczyna nowe śledztwo w małej wiosce w Yorkshire. Morderca jest wciąż na wolności. Wśród mieszkańców narasta niepokój. Czy jednak obawiają się zabójcy, czy swojej własnej przeszłości - pełnej win i sekretów?

 

Kiedy zostaje popełnione drugie morderstwo, dochodzenie Very przybiera nieoczekiwany, przerażający obrót…

Opinie o ebooku Droga przez kłamstwa - Ann Cleeves

Fragment ebooka Droga przez kłamstwa - Ann Cleeves

Redakcja stylistyczna

Dorota Kielczyk

Korekta

Halina Lisińska

Joanna Egert-Romanowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© ITV Studios/Helen Turton

Tytuł oryginału

Telling Tales

Copyright © 2005 by Ann Cleeves

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4823-3

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

CZĘŚĆ 1

1

Emma siedzi przy oknie sypialni i wygląda na skwer. Jest noc. Wiatr klekocze dachówkami i ze świstem wypada z cmentarza, wypluwając na ulicę puszkę po coli. Tego popołudnia, kiedy zmarła Abigail Mantel, była prawdziwa wichura, i Emma nie potrafi się pozbyć wrażenia, że od tamtej pory wiało bez przerwy, że minęło dziesięć lat sztormów, gradu jak kule karabinowe miotanego o jej szyby, wichur wyrywających drzewa z korzeniami. A przynajmniej od narodzin małego. Od tamtego dnia, ilekroć budzi się w nocy – żeby nakarmić dziecko albo kiedy James wraca późno z pracy – dudnienie wiatru jest wciąż obecne, huczy jej w głowie jak szum muszli, kiedy przykłada się ją do ucha.

James, jej mąż, jeszcze nie wrócił, ale Emma nie czeka na niego. Wbija spojrzenie w Starą Kuźnię, gdzie Dan Greenwood lepi swoje garnki. W oknie widać światło i od czasu do czasu Emmie wydaje się, że widzi cień. Wyobraża sobie, że Dan wciąż pracuje: ubrany w niebieski płócienny kitel, ze zmrużonymi oczami kształtuje glinę silnymi brązowymi dłońmi. Potem wyobraża sobie, że zostawia małego, który mocno śpi opatulony w nosidełku. Widzi siebie, jak wymyka się na skwer. Trzymając się cieni, przechodzi do kuźni, otwiera jedno skrzydło wielkich łukowatych wrót, takich jak w kościele, i staje za progiem. Strop jest wysoko, między wygiętymi belkami więźby Emma dostrzega dachówki. Czuje w wyobraźni żar pieca do wypalania gliny, widzi zakurzone półki pełne niepolewanych garnków.

Dan Greenwood podnosi wzrok. Twarz ma zarumienioną, a w zmarszczkach na jego czole zgromadził się czerwony pył. Nie jest zaskoczony jej widokiem. Odsuwa się od stołu, przy którym pracuje, i staje przed nią. Emmie przyspiesza oddech. On całuje ją w czoło, a potem zaczyna rozpinać jej bluzkę. Dotyka jej piersi, pieści je i zostawia smugi czerwonej gliny, niczym barwy wojenne. Glina zasycha na jej skórze, piersi twardnieją, zaczynają lekko swędzieć.

Potem obraz blaknie i Emma jest z powrotem w sypialni, którą dzieli z mężem. Wie, że jej piersi są ciężkie od mleka, a nie naprężone od zasychającej gliny. W tej samej chwili mały zaczyna marudzić i na oślep miętosić rączkami powietrze. Emma wyjmuje go z nosidełka i zaczyna karmić. Dan Greenwood nigdy jej nie dotknął i prawdopodobnie nigdy nie dotknie, choćby marzyła o tym codziennie. Zegar na wieży kościelnej wybija północ. James pewnie już wprowadził statek bezpiecznie do portu.

Taką opowieść snuła Emma, siedząc przy oknie swojego domu we wsi Elvet. Bieżący komentarz do jej uczuć, jakby patrzyła z zewnątrz. Zawsze tak było: jej życie jako seria bajek. Zanim Matthew przyszedł na świat, zastanawiała się, czy kiedy urodzi dziecko, stanie się bardziej zaangażowana. Trudno o coś realniejszego niż poród, czyż nie? Ale teraz, przeciągając palec między jego ustami a sutkiem, żeby mały przestał ssać, pomyślała, że to nieprawda. Czuła się z nim równie słabo związana emocjonalnie jak z Jamesem. Czy była inna, zanim znalazła ciało Abigail Mantel? Pewnie nie. Uniosła syna na ramię i pogłaskała po plecach. Chłopczyk chwycił kosmyk jej włosów.

Pokój znajdował się na poddaszu schludnego georgiańskiego domu z czerwonej cegły i z czerwoną dachówką. Dwufrontowy budynek miał dwa saloniki, symetryczną fasadę z prostokątnymi oknami i drzwiami pośrodku. Zbudował go pewien żeglarz prowadzący handel z Holandią, i Jamesowi się to spodobało.

– Podtrzymujemy tradycję – powiedział, oprowadzając ją po pomieszczeniach. – To jak kontynuacja rodzinnego fachu.

Emma pomyślała, że to za blisko domu, za blisko wspomnień o Abigail Mantel i Jeanie Long, i zasugerowała, że gdyby zamieszkali w Hull, byłoby wygodniej ze względu na jego pracę. Albo w Beverley – to przyjemne miasteczko. Ale on stwierdził, że Elvet jest równie dobre.

– Będzie ci miło mieszkać tak blisko rodziców – stwierdził.

Uśmiechnęła się i przytaknęła, bo zawsze tak robiła. Lubiła sprawiać Jamesowi przyjemność. Tak naprawdę nieszczególnie zależało jej na towarzystwie Roberta i Mary. Oczywiście zawsze mogła liczyć na ich pomoc, ale czuła się przy nich zażenowana i, nie wiedzieć czemu, winna.

Przez hurgot wiatru przebił się inny dźwięk – silnika samochodu; skwer omiotły światła, na moment oświetlając bramę kościoła z zaspą suchych liści naniesionych wiatrem. James zaparkował na bruku, wysiadł i mocno trzasnął drzwiczkami. W tej samej chwili ze Starej Kuźni wyłonił się Dan Green­wood. Ubrany tak, jak wyobrażała sobie Emma: w dżinsy i niebieski kitel. Spodziewała się, że Dan dociągnie połówki wielkich dwuskrzydłowych wrót i zamknie je na klucz, który nosi na kółku przypiętym łańcuszkiem do paska. A potem przełoży ciężką mosiężną kłódkę przez żelazne pierścienie przynitowane do obu skrzydeł i wepchnie skobel. Wiele razy obserwowała z okna ten rytuał. Ale Dan przeszedł przez skwer do Jamesa. Jego ciężkie robocze buty głośno stukały o bruk; na ten odgłos James się odwrócił.

Kiedy zobaczyła ich razem, uderzyło ją, jak bardzo się różnią. Dan jest ciemny jak jakiś obcokrajowiec. Mógłby grać czarny charakter w gotyckim melodramacie. A James to blady, uprzejmy Anglik. Nagle zaniepokoiło ją spotkanie tych dwóch, choć bez żadnego powodu. Przecież Dan nie mógł domyślać się jej fantazji. Nie zrobiła niczego, co by ją zdradziło. Ostrożnie uniosła okno, żeby słyszeć ich słowa. Firanki się wydęły. Wiatr o smaku soli wypełnił pokój. Emma poczuła się jak dziecko, które podsłuchuje rozmowę dorosłych, na przykład nauczyciela z rodzicem, dyskutujących o jej postępach w nauce. Żaden z mężczyzn jej nie zauważył.

– Oglądałeś wiadomości? – spytał Dan.

James pokręcił głową.

– Właśnie zszedłem z litewskiego kontenerowca. Pojechałem do Hull, żeby się odmeldować, a potem prosto do domu.

– Czyli nie rozmawiałeś z Emmą?

– Ona też raczej nie śledzi wiadomości.

– Jeanie Long popełniła samobójstwo. Znów odmówili jej zwolnienia warunkowego. To się stało dwa dni temu, trzymali to w tajemnicy przez cały weekend.

James stał z ręką uniesioną do kliknięcia pilotem, żeby zamknąć samochód. Był w mundurze, wyglądał przystojnie i staroświecko, jakby pochodził z czasów, w których zbudowano dom. Mosiężne guziki marynarki połyskiwały matowo w sztucznym świetle. Głowę miał odkrytą, czapkę trzymał pod pachą. Emmie przypomniały się dni, kiedy to na jego temat fantazjowała.

– Nie sądzę, żeby Em się tym specjalnie przejęła. Po tylu latach. Właściwie nie znała Jeanie, w każdym razie niezbyt dobrze. Była bardzo młoda, kiedy to wszystko się działo.

– Zamierzają na nowo otworzyć sprawę Abigail Mantel – powiedział Dan Greenwood.

Przez chwilę panowała cisza. Emma zastanawiała się, co Dan wie o tej historii. Czy ci dwaj rozmawiali też przy innych okazjach, kiedy nie widziała?

– Przez to samobójstwo? – spytał James.

– Przez to, że zgłosił się nowy świadek. Wygląda na to, że Jeanie nie mogła zamordować dziewczyny. – Umilkł na chwilę.

Emma patrzyła, jak pociera czoło szerokimi, krótkimi palcami, jakby próbował zetrzeć zmęczenie. Ciekawe, dlaczego tak się przejmował zabójstwem sprzed dziesięciu lat. A widziała, że się przejmował, leżał bezsennie i gryzł się tym. A przecież nawet nie mieszkał wtedy we wsi. Opuścił dłoń. Na jego skórze nie zostały ślady gliny. Widocznie umył ręce, zanim wyszedł z kuźni.

– Szkoda, że nikt nie powiedział Jeanie, co? – rzucił. – Może by jeszcze żyła.

Nagły podmuch wiatru jakby odepchnął od siebie dwóch mężczyzn. Dan potruchtał z powrotem do kuźni. Volvo zamknęło się z kliknięciem i błyskiem migaczy, James wspiął się po stopniach do drzwi wejściowych.

Emma odsunęła się od okna i usiadła w fotelu przy łóżku. Ułożyła sobie małego na ręce i przystawiła go do drugiej piersi.

Siedziała tak, kiedy wszedł James. Zapaliła małą lampkę obok siebie; reszta dużego poddasza tonęła w cieniach. Matthew skończył jeść i miał zamknięte oczy, ale ona wciąż go trzymała; od czasu do czasu zaczynał ssać przez sen. Po policzku ciekła mu kropelka mleka. Emma słyszała, jak James ostrożnie stąpa piętro niżej; poskrzypywanie schodów przygotowało ją, że zaraz się zjawi. Siedziała opanowana, z uśmiechem na twarzy. Matka i dziecko. Jak na którymś z tych holenderskich obrazów w muzeum, do którego ją zaciągnął. Kupił nawet reprodukcję do domu i kazał oprawić w ciężką złoconą ramę. Widziała, że i on zauważył podobieństwo. Też się uśmiechnął i przez ten uśmiech wyglądał na niesamowicie szczęśliwego. Przemknęło jej przez głowę pytanie, dlaczego nagle zaczął ją bardziej pociągać Dan Greenwood, który często chodził niechlujny i robił sobie cieniutkie skręty z tytoniu.

Delikatnie przełożyła synka do łóżeczka. Wydął usta, jakby ciągle szukał sutka, głęboko westchnął rozczarowany, ale się nie obudził. Emma zapięła klapkę brzydkiego stanika dla karmiących matek i zaciągnęła poły szlafroka. Ogrzewanie było włączone, ale w tym domu wiecznie panowały przeciągi. James schylił się, żeby ją pocałować, i musnął jej usta koniuszkiem języka, równie natarczywy, jak mały domagający się pokarmu. Na pewno miał ochotę na seks, ale Emma wiedziała, że nie będzie naciskał. W żadnym przypadku nie zamierzał narażać się na scenę, a Em ostatnio zachowywała się nieprzewidywalnie. Nie ryzykowałby, że doprowadzi ją do płaczu. Odepchnęła go delikatnie. Na dole nalał sobie szklaneczkę whisky i wciąż miał ją przy sobie. Wypił łyk, po czym odstawił szklankę na szafkę nocną.

– Jak dzisiaj poszło? Dobrze? – spytała, żeby złagodzić swoją odmowę. – Tak strasznie wiało. Wyobrażałam sobie ciebie w tych ciemnościach, na wysokich falach.

Nic takiego sobie nie wyobrażała. Nie dziś. Owszem, kiedy go poznała, marzyła o nim, w wyobraźni widziała, jak James pływa po czarnym morzu. Ale teraz jakimś cudem wyparował z tego cały romantyzm.

– Wiało od wschodu – odparł. – Od morza. To pomogło nam wejść do portu. – Uśmiechnął się do niej czule.

Odetchnęła zadowolona z siebie, że powiedziała to, co należy.

Zaczął się powoli rozbierać, rozluźniając zesztywniałe mięśnie. Był pilotem. Wchodził na statki u ujścia zatoki Humber i wprowadzał je bezpiecznie do portów w Hull, Goole czy Immingham, albo wyprowadzał je z rzeki. Traktował swoją pracę poważnie, czuł odpowiedzialność. Należał do najmłodszych w pełni wykwalifikowanych pilotów pracujących w Humber. Emma była z niego bardzo dumna.

A przynajmniej tak sobie mówiła, ale teraz te słowa przeleciały jej przez głowę zupełnie puste. Starała się bronić przed paniką narastającą w niej od chwili rozmowy mężczyzn na skwerze, wznoszącą się jak wielka fala, która znikąd wyrasta na morzu.

– Słyszałam, jak rozmawiałeś przed domem z Danem Green­woodem. Co takiego ważnego mieliście do omówienia w środku nocy?

Usiadł na łóżku, bez koszuli; jego ciało pokrywały cienkie, jasne włoski. Choć piętnaście lat starszy od niej, był tak wysportowany, że nikt by się nie domyślił tej różnicy wieku.

– W zeszłym tygodniu Jeanie Long popełniła samobójstwo. No wiesz, Jeanie Long. Córka dawnego sternika motorówki pilotowej w Point. Ta skazana za uduszenie Abigail.

Miała ochotę wrzasnąć: Oczywiście że wiem. Wiem o tej sprawie więcej, niż tobie się kiedykolwiek przyśni. Ale tylko patrzyła na niego.

– To dopiero niefart, fatalny zbieg okoliczności. Dan mówi, że zgłosił się nowy świadek. Policja wznowiła śledztwo. Mogli wypuścić Jeanie.

– A skąd Dan Greenwood ma takie wieści?

Nie odpowiedział. Uznała, że James pewnie myśli już o czymś innym, może o zdradliwym przypływie, o przeładowanym statku, wrogo nastawionym szyprze. Rozpiął pasek i wstał, żeby zdjąć spodnie. Złożył je pedantycznie i powiesił na wieszaku w szafie.

– Chodź do łóżka – powiedział. – Prześpij się, póki możesz.

Pomyślała, że zdążył już wyrzucić z głowy Abigail Mantel i Jeanie Long.

2

Przez dziesięć lat Emma starała się zapomnieć dzień, w którym znalazła ciało Abigail. Teraz zmusiła się, żeby go sobie przypomnieć, zmienić go w opowieść.

Był listopad, Emma miała piętnaście lat. Krajobraz ocieniały burzowe chmury koloru błota i poczerniałych od deszczu łodyg fasoli. Emma w Elvet zaprzyjaźniła się tylko z jedną osobą. Abigail Mantel. Dziewczyną z ogniście rudymi włosami. Kiedy Abigail miała sześć lat, jej matka zmarła na raka piersi. Emma, która potajemnie marzyła o śmierci ojca, z przerażeniem odkryła, że trochę zazdrości przyjaciółce tego, że wszyscy jej współczują. Abigail nie mieszkała w wilgotnym, pełnym przeciągów domu i nikt jej nie kazał chodzić co niedzielę do kościoła. Ojciec Abigail był tak bogaty, jak to tylko możliwe.

Emma zastanawiała się, czy tak właśnie brzmiała opowieść, którą sobie wtedy powtarzała, ale nie pamiętała. Więc co właściwie pamiętała z tamtej jesieni? Wielkie czarne niebo i wiatr z mnóstwem piachu, który szorował jej twarz, kiedy czekała na szkolny autobus. Swoją wściekłość na ojca, że ich tutaj przywiózł.

I Abigail Mantel, egzotyczną jak gwiazda telewizyjna, z dzikimi włosami i w drogich ciuchach, z jej pozami i ustami w ciup. Abigail, która siedziała z nią w ławce, spisywała prace domowe i odrzucała włosy do tyłu, pełna pogardy dla wszystkich podkochujących się w niej chłopaków. A więc dwa kontrastowe wspomnienia: zimny, monochromatyczny pejzaż i piętnastoletnia dziewczyna, tak intensywnie kolorowa, że sam jej widok rozgrzewał człowieka. Oczywiście kiedy żyła. Po śmierci była równie zimna jak zamarznięty rów, w którym ją znalazła.

Emma zmusiła się, żeby wrócić myślami do tej chwili. Przynajmniej tyle była winna przyjaciółce. W pokoju holenderskiego kapitana mały posapywał, James oddychał równo i spokojnie, a ona odtwarzała swoje kroki wzdłuż tamtego pola fasoli, starając się z całych sił przywołać wierne wspomnienie. Żadnych fantazji, proszę.

Wiało tak mocno, że musiała wyciskać każdy oddech z płuc serią krótkich sapnięć, zupełnie tak jak uczono ją później podczas porodu, zanim przyszła pora przeć. Przed wiatrem nie dało się nigdzie schronić. Daleki horyzont przecinała jedna z tych niedorzecznie wysokich wież kościelnych, tak typowych dla tej części kraju, ale niebo było ogromne i wyobrażała sobie, że jest jedyną osobą pod chmurami.

– Co robiłaś tam sama w czasie sztormu? – pytała ją później policjantka, łagodnie, jakby naprawdę się troszczyła, jakby to pytanie nie stanowiło elementu śledztwa.

Dziś jednak, leżąc u boku męża, Emma wiedziała, że to wspomnienie, wspomnienie tego, jak matka i policjantka siedzą w kuchni i omawiają szczegóły jej odkrycia, jest tylko wykrętem. Abigail zasługiwała na coś więcej. Zasługiwała na całą opowieść.

Więc… było późne popołudnie, niedziela, listopad. Dziesięć lat temu. Emma parła pod wiatr w stronę niedużej doliny, gdzie znajdowała się przystosowana do celów mieszkalnych kaplica, czyli dom Mantelów. Była rozżalona i wściekła. Na tyle wściekła, by wypaść z domu w to paskudne popołudnie, choć już się ściemniało. Idąc, kłóciła się w głowie z rodzicami, pomstowała, jakie to niesprawiedliwe mieć takiego głupiego, takiego okrutnego ojca. A przynajmniej stał się taki, kiedy dorosła. Dlaczego nie mogła mieć ojca jak inne dziewczyny? Jak Abigail, na przykład? Dlaczego gadał jak jakaś postać z biblijnej przypowieści, wywołując wrażenie, że kwestionowanie jego decyzji jest jak podważanie autorytetu samej Biblii? Dlaczego sprawiał, że czuła się winna, chociaż w swoim przekonaniu nie zrobiła niczego złego?

Potknęła się o ostry kawałek krzemienia i poleciała do przodu. Twarz miała umazaną łzami i smarkami. Przez chwilę została tak, oparta na rękach i kolanach. Chroniąc się przy upadku, zdarła sobie dłonie, ale tutaj, przy ziemi, było przynajmniej łatwiej oddychać. W końcu pomyślała, że pewnie wygląda strasznie głupio, choć w takie popołudnie nikt w pobliżu się nie kręcił, więc kto by ją zobaczył. Upadek ją otrzeźwił. Wiedziała, że w końcu będzie musiała wrócić do domu i przeprosić za to, że zrobiła scenę. Lepiej wcześniej niż później. Wzdłuż pola biegł rów melioracyjny. Kiedy wstała, wiatr uderzył w nią z całą siłą, więc odwróciła się do niego plecami. Właśnie wtedy spojrzała w rów i zobaczyła Abigail. Najpierw rozpoznała kurtkę – niebieską, pikowaną. Też taką chciała, ale jej matka przeraziła się, kiedy zobaczyła cenę. Emma nie rozpoznała jednak przyjaciółki. Pomyślała, że to na pewno ktoś inny, że Abigail pożyczyła kurtkę kuzynce albo jakiejś koleżance, która o takiej marzyła. Komuś, kogo Emma nie znała. Ta dziewczyna miała ohydną twarz, a Abigail nigdy nie była tak brzydka. Ani tak cicha; wiecznie gadała. Ta miała spuchnięty język, sine wargi – już nigdy nic nie powie. Nie będzie flirtować, droczyć się ani złośliwie uśmiechać. Białka jej oczu znaczyło mnóstwo czerwonych kropek.

Emma nie mogła się ruszyć z miejsca. Rozejrzała się i zobaczyła kawał czarnej folii miotanej wiatrem; trochę tak jakby ogromny kruk leciał nad polem fasoli. A potem jakimś cudem pojawiła się matka. Patrząc aż po horyzont, Emma potrafiłaby uwierzyć, że ta kobieta jest jedyną żywą osobą prócz niej, jaka została w całej wsi. Brnęła ścieżką w stronę córki, z siwiejącymi włosami schowanymi pod kaptur starej kurtki, w kaloszach i najlepszej niedzielnej spódnicy. Kiedy Emma wybiegała z kuchni, ostatnie słowa Roberta brzmiały: „Puść ją. Musi dostać nauczkę”. Nie krzyczał. Mówił cierpliwie, wręcz łagodnie. Mary zawsze wykonywała polecenia Roberta, i widok jej sylwetki na tle szarego nieba, grubszej niż zwykle, bo ciepło opatulonej, był niemal równie szokujący jak widok Abigail Mantel w rowie. Bo po kilku sekundach Emma uznała fakt, że to Abigail. Nikt inny nie miał takich ognistych włosów. Ze łzami płynącymi po twarzy czekała, aż matka do niej dotrze.

Kilka metrów od niej matka rozłożyła ramiona i stała tak, aż Emma podbiegła i dała się objąć. Emma zaczęła szlochać, krztusić się, więc nie mogła mówić. Mary przytuliła ją, głaskała, odgarniając jej włosy z twarzy, tak jak robiła to, kiedy jeszcze mieszkali w Yorku, a Emma była dzieckiem i miewała nocne koszmary.

– Nic nie jest warte takiej rozpaczy – powiedziała Mary. – Cokolwiek się dzieje, załatwimy to jakoś. – Miała na myśli: wiesz, że ojciec robi tylko to, co uznaje za słuszne. Jeśli mu to wytłumaczymy, to się opamięta.

W końcu Emma pociągnęła ją nad rów i zmusiła, żeby spojrzała w dół, na ciało Abigail Mantel. Wiedziała, że nawet jej matka w żaden sposób tego nie załatwi i nie naprawi.

Mary milczała przerażona. Zupełnie jakby też potrzebowała czasu, żeby przyswoić ten widok. W końcu znów się odezwała, dziwnie ostro i nagląco.

– Dotykałaś jej?

Szok wyrwał Emmę z histerii.

– Nie.

– W tej chwili nic tu po nas. Słyszysz mnie, Emmo? Pójdziemy do domu i zawiadomimy policję. Przez jakiś czas wszystko będzie przypominało straszny sen. Ale ty w niczym nie zawiniłaś i nic nie mogłaś zrobić.

A Emma pomyślała: przynajmniej nie wspomniała o Jezusie. Przynajmniej nie każe mi czerpać z Niego pociechy.

W Domu Kapitana wiatr wciąż klekotał obluzowanym oknem w sypialni. Emma rozmawiała w myślach z Abigail: Widzisz, stawiłam temu czoło. Opowiedziałam to sobie tak, jak zdarzyło się naprawdę. Mogę już zasnąć? Ale choć przylgnęła do Jamesa i zaczęła chłonąć jego ciepło, wciąż była zmarznięta. Próbowała przywołać swoją ulubioną fantazję o Danie Greenwoodzie, wyobrazić sobie jego śniade ciało tuż obok, dotykające jej skóry, ale nawet to nie zadziałało.

3

Tego, co działo się po znalezieniu zwłok Abigail, Emma nie potrafiła przerobić na opowieść. Te wydarzenia nie układały się w wyraźną narrację. Wszystko zbyt mocno mieszało się w jej głowie. Brakowało szczegółów. Nawet wtedy z trudem nadążała za tym, co się dzieje. Może to przez szok nie potrafiła się skoncentrować. Dziś też, dziesięć lat później, widok zimnej, milczącej Abigail pojawiał się w jej myślach w najmniej spodziewanych momentach. Tamtego wieczoru po dramatycznym odkryciu, kiedy siedzieli całą rodziną w kuchni Springhead House (tak nazywał się ich nowy dom), ten obraz tkwił w jej głowie. Przesłaniał wzrok. Sprawiał, że wszystkie pytania docierały do niej jakby z bardzo daleka. A teraz powodował, że wspomnienia były mgliste i niewiarygodne.

Nie pamiętała marszu do domu z matką, ale widziała siebie, jak waha się przed tylnym wejściem do domu, wciąż niechętna, żeby stanąć z ojcem twarzą w twarz. Nie cierpiała go rozczarowywać. Ale nawet jeśli, słysząc ich kroki, przygotowywał jakieś kazanie, natychmiast o nim zapomniał. Mary odciągnęła go w kąt, chwyciła za barki i szeptem wyjaśniła sytuację. Przez chwilę nieruchomo tkwił w miejscu, jakby usłyszana wiadomość całkowicie go poraziła.

– Tylko nie tutaj – wymamrotał w końcu. – Nie w Elvet. – Odwrócił się i wziął Emmę w ramiona; poczuła zapach jego mydła do golenia. – Nikt nie powinien oglądać czegoś takiego. A już na pewno nie moja mała córeczka. Strasznie cię przepraszam. – Jakby jakimś cudem to była jego wina, jakby powinien być dość silny, by ochronić ją przed takim widokiem.

Potem opatulili ją w gryzący koc, który zwykle rozkładali sobie do siedzenia podczas pikników, i zadzwonili na policję. Emma, mimo szoku, wyczuwała, że kiedy Robert już przetrawił fakty, zaczął się całkiem dobrze bawić tą całą sytuacją.

Gdy jednak zjawiła się policjantka, żeby pomówić z Emmą, chyba zdał sobie sprawę, że nic tam po nim i zostawił trzy kobiety same w kuchni. To musiało być dla niego trudne. Zawsze uważał, że może być pomocny w kryzysowych momentach. Przywykł reagować w nagłych wypadkach, kiedy jego podopieczni podcinali sobie żyły w poczekalni, miewali ataki psychotyczne, uciekali po wyjściu z aresztu za kaucją. Emma była ciekawa, czy właśnie dlatego tak lubił swoją pracę.

Może z policjantką do Springhead przyjechał ktoś jeszcze i przepytywał Roberta w drugim pokoju, bo w chwilach ciszy, kiedy Emma miała problem z odpowiedzią na pytania kobiety, słyszała przyciszone głosy. A przynajmniej tak sądziła. Niewykluczone, że ojciec rozmawiał tylko z Christopherem, a jej – przy tym wietrze – jedynie zdawało się, że jest tam ktoś trzeci. Bo Christopher też na pewno był w domu tego dnia.

Mary zaparzyła herbatę w dużym brązowym czajniku z kamionki i usiadły przy kuchennym stole.

– W innych pomieszczeniach jest straszny ziąb – wyjaśniła przepraszająco Mary. – Tu przynajmniej jest piec kuchenny…

I choć raz piec spisywał się jak trzeba i dawał trochę ciepła. Po szybach przez cały dzień spływała skroplona para, woda tworzyła kałuże na parapetach. W tamtych czasach Mary nienawidziła tego pieca, nie zdążyła przyzwyczaić się do jego kaprysów. Co rano stawała przed nim, jakby przygotowywała się do bitwy, i mamrotała pod nosem modlitwę: „Proszę, rozgrzej się dzisiaj. Nie zdychaj mi. Proszę, grzej na tyle długo, żebym zdążyła coś ugotować”.

Mimo to policjantka wciąż wyglądała na zmarzniętą. Siedziała w płaszczu, ściskając w dłoniach kubek z herbatą. Z pewnością przedstawiła się Emmie, ale ten moment umknął jej z pamięci, a nazwisko natychmiast uleciało. Pamiętała jedynie, jak pomyślała, że ta kobieta na pewno jest z policji, choć była w cywilnym ubraniu, które wydało się Emmie tak eleganckie, że zwróciła na nie uwagę od razu po wejściu gościa. Pod płaszczem miała spódnicę, lekko dopasowaną, niemal do kostek, a na nogach brązowe skórzane botki. Przez całe śledztwo Emma nie mogła zapamiętać jej nazwiska, choć kobieta stała się jedynym łącznikiem rodziny z policją i wracała, ilekroć pojawiały się nowe fakty, żeby nie musieli się dowiadywać z prasy.

Jak tylko usiadły, policjantka – Kate? Cathy? – zadała to pytanie.

– Co robiłaś na dworze sama w taką wichurę?

Trudno to było wyjaśnić. Emma nie mogła przecież powiedzieć: „No cóż, jest niedzielne popołudnie”, choć w jej pojęciu to powinno wystarczyć. W niedziele atmosfera często robiła się napięta, wszyscy siedzieli razem i starali się być wzorową rodziną. A po kościele niewiele mieli do roboty.

Ta niedziela była gorsza niż inne. Emma zachowała parę dobrych wspomnień rodzinnych obiadów w Springhead, okazji, kiedy Robert zachowywał się serdecznie, opowiadał głupie dowcipy, po których pokładali się ze śmiechu, albo kiedy matka z pasją opowiadała o czytanej akurat książce. Wtedy niemal zdawało się, że wróciły dobre czasy z Yorku. Ale to wszytko było przed śmiercią Abigail. Ten niedzielny obiad stanowił znak graniczny, od tego momentu zmienił się klimat. A przynajmniej tak Emma widziała to później. Pamiętała ten obiad niezwykle wyraźnie: siedzą przy stole we czwórkę. Christopher jest jak zwykle małomówny i pochłonięty swoimi sprawami, Mary nakładała jedzenie z jakąś rozpaczliwą energią, gadając bez przerwy, Robert milczy. Emma uznała to milczenie za dobry znak i niby mimochodem wyraziła swoją prośbę, niemal z nadzieją, że ojciec nie zwróci na to większej uwagi.

– Mogę później iść do Abigail?

– Wolałbym, żebyś nie szła. – Powiedział to całkiem spokojnie, ale ona się wściekła.

– Dlaczego nie?

– Czy to dla ciebie za wiele spędzić jedno popołudnie z rodziną?

Co za niesprawiedliwość! Każdą niedzielę spędzała w ohydnym, wilgotnym domu, kiedy jej koledzy dobrze się bawili. I nigdy wcześniej nie pisnęła słowa.

Jak zwykle pomogła ojcu zmywać naczynia, ale przez cały czas jej furia narastała, wzbierała niczym rzeka zamknięta tamą. Później, kiedy matka przyszła zobaczyć, jak im idzie, oznajmiła:

– Wychodzę, idę do Abigail. Nie będę długo siedzieć – zwróciła się do Mary, nie do niego. I wyszła szybko, głucha na gorączkowe prośby matki.

Wszystko to wydawało się głupie i nieważne w obliczu śmierci przyjaciółki. Napad złości dwuletniego dziecka. Teraz, kiedy matka siedziała obok i ta elegancka kobieta patrzyła na nią i czekała, tym bardziej nie potrafiła wyrazić tej frustracji, tej potrzeby ucieczki.

– Nudziłam się – odparła w końcu. – Wie pani, niedzielne popołudnie.

Policjantka skinęła głową, jakby rozumiała.

– Nie znałam nikogo oprócz Abigail. Drogą to całe kilometry. A przez pola jest skrót.

– Byłaś pewna, że zastaniesz ją w domu?

– Widziałam się z nią w klubie młodzieżowym w piątek wieczorem. Mówiła, że musi przygotować ojcu specjalny niedzielny podwieczorek. W ramach podziękowania.

– A za co chciała mu podziękować?

Emma odniosła wrażenie, że policjantka zna odpowiedź, a przynajmniej się jej domyśla. Ale jakim cudem? Czy zdążyła się już dowiedzieć? Może po prostu celowo udawała taką wszechwiedzącą.

– Za to, że wyrzucił Jeanie Long, żeby znowu mogli mieć dom dla siebie.

Policjantka znów kiwnęła głową zadowolona, jakby była nauczycielką, a Emma prawidłowo odpowiedziała na pytanie przy tablicy.

– Kto to jest Jeanie Long?

Emmie znów się wydawało, że kobieta zna odpowiedź.

– Była narzeczona pana Mantela. Mieszkała z nimi.

Policjantka zapisała to w notesie, ale nie skomentowała.

– Powiedz mi wszystko, co możesz, na temat Abigail.

Emma, która nagle przestała być zbuntowaną nastolatką – szok wybił jej bunt z głowy – bardzo chciała być uprzejma i natychmiast zaczęła mówić. A wtedy okazało się, że tyle jest do powiedzenia.

– Abigail to moja najlepsza przyjaciółka. Kiedy się tu przeprowadziliśmy, było ciężko, inaczej, wie pani. Przywykliśmy do życia w mieście. Abigail spędziła w Elvet większość życia, ale też nie bardzo tutaj pasowała.

Rozmawiały o tym, jak Emma nocowała u Abigail, jak wiele miały ze sobą wspólnego. Że były bratnimi duszami. Ale nawet wtedy Emma wiedziała, że to nieprawda. Obydwie były niedopasowane i tyle. Abigail dlatego, że nie miała matki i ojciec dawał jej wszystko, o co prosiła. Emma dlatego, że przeprowadziła się z miasta i jej rodzice odmawiali dziękczynienie przed posiłkami.

– Abigail mieszkała tylko z tatą, dopóki Jeanie się nie wprowadziła, a Abigail jej nie znosiła. Jest też pani, która sprząta i gotuje, ale ma mieszkanie nad garażem i to się tak naprawdę nie liczy. Pan Mantel jest biznesmenem.

Te słowa wciąż wyczarowywały w głowie Emmy te same wizje luksusu co w chwili, kiedy usłyszała je po raz pierwszy. Myślała wtedy o wielkim eleganckim samochodzie ze skórzanymi siedzeniami, który czasami zajeżdżał po nie po szkole, o Abigail, całej wystrojonej, bo wybierała się na kolację z ojcem i jego klientami, o szampanie, którego otworzył Keith Mantel w jej piętnaste urodziny. I o samym Mantelu, wytwornym, czarującym i troskliwym. Nie potrafiłaby jednak tego wytłumaczyć tej kobiecie. Dla policjantki słowo „biznesmen” to pewnie wyłącznie nazwa zajęcia. Tak jak „kurator” czy „pastor”.

– Czy ojciec Abigail już wie? – spytała nagle Emma. Poczuła mdłości.

– Tak – odparła policjantka z bardzo poważną miną i Emmie przyszło do głowy, że to ona mu o tym powiedziała.

– Byli tacy zżyci – mruknęła, ale to określenie i tak nie oddawało głębi ich relacji. Wyobraziła sobie ojca i córkę przytulonych na kanapie w nieskazitelnym domu, śmiejących się z komedii w telewizji.

Musiała powiedzieć policjantce więcej o Jeanie Long, o tym, dlaczego Abigail jej nie lubiła, ale kiedy tak leżała w łóżku u boku Jamesa, ta część rozmowy jakoś jej umykała. Nie mogła sobie też przypomnieć, żeby pomiędzy obiadem a późnym wieczorem widziała w domu Christophera. Teraz jej młodszy brat, naukowiec, robił doktorat. Badał zachowania rozrodcze maskonurów i część każdego roku spędzał na Szetlandach. Wtedy był po prostu małolatem, zamkniętym w sobie i irytująco inteligentnym.

Czy zawsze był taki? Zawsze się tak izolował od reszty rodziny? Czy stał się taki dopiero po śmierci Abigail? Może i on się zmienił, choć oglądał cały ten dramat pośrednio, i tylko jej pamięć szwankowała? Czy naprawdę stał się skupionym, zamyślonym chłopakiem z powodu przeprowadzki do Elvet, czy z powodu śmierci Abigail? Teraz nie potrafiła już tego ­rozstrzygnąć. Ciekawe, ile pamiętał z tego dnia i czy chciałby z nią o tym porozmawiać.

W Yorku z pewnością był bardziej otwarty, bardziej… zawahała się, nie wiedząc, czy wolno jej użyć tego słowa nawet we własnych myślach: bardziej… normalny. Pamiętała rozhukanego chłopca, jak ganiał po domu z kolegami, wymachiwał plastikowym mieczem albo, innym razem, siedział na tylnej kanapie samochodu podczas jakiejś długiej podróży i zaśmiewał się z jakiegoś żartu, który przyniósł ze szkoły, aż łzy płynęły mu po policzkach.

Teraz wiedziała już na pewno: w dniu śmierci Abigail był w domu. Nie wyszedł na jeden z tych swoich samotnych spacerów. Później, kiedy policjantka wreszcie sobie poszła, siedzieli razem na poddaszu w jego pokoju z widokiem na pola. Wiatr wywiał dziurę w chmurach i pokazał się księżyc w pełni. Patrzyli na krzątaninę na polu fasoli. Latarki rzucały dziwaczne cienie, ludzie na dole wydawali się tacy malutcy. Christopher wskazał dwóch facetów, którzy brnęli przez błoto z noszami.

– To pewnie ona.

Nagle jeden z nich potknął się i padł na kolano, nosze przechyliły się niebezpiecznie. Emma i Christopher spojrzeli na siebie i z ich ust wyrwał się chichot. Poczuli się niezręcznie, zażenowani.

Zegar na wieży kościelnej wybił drugą. Mały zapłakał przez sen, jakby miał koszmar. Emma zaczęła drzemać i w tym półśnie przypomniała sobie, jak nazywała się policjantka. Caroline Fletcher.

4

„Na początku było słowo”. Nawet jako nastolatka Emma wiedziała, że nie należy traktować tego dosłownie. Jak może być słowo bez kogoś, kto je wypowiada? Niemożliwe, żeby słowo było pierwsze. Ale nikt nigdy dobrze jej tego nie wyjaśnił. Ani podczas kazań, których wysłuchiwała na rodzinnych mszach w niedzielę rano, ani podczas nudnych wieczornych zajęć przed bierzmowaniem.

Jej zdaniem to oznaczało: Na początku była opowieść. Cała Biblia to jedna wielka opowieść. Bo niby co innego? Ona sama widziała tylko jeden sposób, żeby zrozumieć własne życie – trzeba zamienić je w opowieść.

W miarę jak dorastała, te bajki – ale czy naprawdę bajki? – stawały się coraz bardziej skomplikowane.

Dawno, dawno temu była sobie rodzina. Zwyczajna rodzina. Winterowie. Matka, ojciec, syn i córka. Mieszkali w miłym domku na przedmieściach Yorku, przy ulicy, gdzie rosły drzewa. Wiosną miały różowe kwiaty, a jesienią złote liście. Robert, ojciec, był architektem. Mary, matka, pracowała na pół etatu w bibliotece uniwersyteckiej. Emma i Christopher chodzili do szkoły na końcu ulicy. Nosili mundurki z brązową marynarką i popielatym krawatem.

Powtarzając sobie teraz tę opowieść w myślach, Emma widziała ogród w ich dawnym domu. Mur z czerwonej cegły z rzędem słoneczników, barwy tak żywe, że niemal raziły. Christopher kucał przy terakotowej donicy z lawendą, w dłoniach trzymał uwięzionego motyla. Emma czuła zapach lawendy i słyszała też muzykę, radosne nuty fletu z otwartego okna; na instrumencie grała nastoletnia dziewczyna, która czasem przychodziła ich popilnować.

Już nigdy nie będę taka szczęśliwa. Ta myśl przyszła nieproszona do głowy, ale Emma nie mogła pozwolić, żeby stała się częścią narracji. To zbyt bolesne. Opowiadała więc tę historię dalej, tak jak opowiadała ją zawsze…

Potem Robert odnalazł Jezusa i wszystko się zmieniło. Oznajmił, że nie może dłużej być architektem. Porzucił swoje biuro z wysokimi oknami i zapisał się na kurs, żeby zostać kuratorem.

– Dlaczego nie pastorem? – spytała Emma. Wtedy już regularnie chodzili do kościoła. Uważała, że ojciec świetnie nadawałby się na pastora.

– Bo nie czuję powołania – odpowiedział jej.

Nie mógł być kuratorem w Yorku. Nie zaproponowano mu stanowiska na miejscu, a poza tym nie mieli dość pieniędzy, żeby utrzymać duży dom przy spokojnej ulicy. Przeprowadzili się na wschód, do nizinnego Elvet, gdzie było zapotrzebowanie na kuratorów. Mary odeszła z uniwersytetu i przyjęła posadę w maleńkiej miejscowej bibliotece. Nie mówiła, czy tęskni za studentami. Co niedzielę uczęszczała z Robertem do wiejskiego kościoła i śpiewała hymny równie głośno jak on. Emma nie potrafiła odgadnąć, co Mary myśli o tym ich nowym życiu w domu pełnym przeciągów, wśród pól fasoli i wiecznego błota.

Oczywiście to nie była kompletna opowieść. Nawet jako piętnastolatka Emma wiedziała, że to nie może być wszystko. Robert przecież tak po prostu nie odnalazł Jezusa w błysku światła i grzmocie cymbałów, prawda? Coś do tego doprowadziło. Coś sprawiło, że się zmienił. W książkach, które czytała, każde działanie miało przyczynę. Czuła się rozczarowana, jeśli coś ot tak spadało z nieba, działo się przypadkowo, bez wyjaśnienia. Robert musiał przeżyć jakąś traumę, jakieś depresyjne wydarzenie. Nigdy o tym nie mówił, więc Emma mogła bez przeszkód stworzyć własne wyjaśnienie, swoją fikcję.

Była niedziela, a w niedzielę wszyscy razem chodzili na rodzinną komunię w kościele po drugiej stronie skweru. Kiedy urodził się Matthew, Emma została na parę tygodni zwolniona z tego obowiązku, ale miesiąc po jej porodzie Robert przyszedł do ich domu. Przed południem, w zwykły dzień tygodnia. Zdziwiła się na jego widok.

– Nie powinieneś być w pracy? – spytała.

– Jadę do Spinney Fen. Mam mnóstwo czasu, żeby napić się kawy i popatrzeć na swojego wnuczka.

Spinney Fen było więzieniem dla kobiet, z wysokimi betonowymi murami, na klifie, przy porcie naftowym. Robert miał tam podopieczne: przestępczynie, które musiał nadzorować, jak na dobre wyjdą z więzienia, i inne, które właśnie miały dostać zwolnienie warunkowe. Emma nie cierpiała przejeżdżać obok Spinney Fen. Więzienie często zasnuwała morska mgła, tak że betonowe mury jakby wznosiły się w nieskończoność, w chmury. W pierwszych latach po przeprowadzce do Elvet miewała koszmary, że ojciec wejdzie przez wąską metalową bramkę i już nigdy nie zostanie wypuszczony.

Zaparzyła mu kawy i pozwoliła potrzymać Matthew, ale cały czas zastanawiała się, po co tak naprawdę ją odwiedził. Kiedy już wychodził, zatrzymał się w progu.

– Zobaczymy cię w niedzielę w kościele? Nie martw się o małego. Gdyby zaczął płakać, zawsze możesz go wynieść.

I oczywiście następnej niedzieli była tam, bo od śmierci Abigail Mantel nie miała siły mu się postawić. Postawić się komukolwiek. A on wciąż potrafił wywołać u niej poczucie winy. W głębi duszy czuła, że gdyby nie sprzeciwiła mu się tamtej niedzieli dziesięć lat temu, może historia potoczyłaby się inaczej. Gdyby nie pojawiła się tam, gdyby nie znalazła ciała, Abigail nie zostałaby zamordowana.

Robert i Mary zawsze stawiali się w kościele Świętej Marii Magdaleny przed Emmą i Jamesem. Robert posługiwał do mszy i sam, kiedy przyszła pora, przebierał się w białą szatę, by podawać wino z wielkiego srebrnego kielicha. Emma nie wiedziała, co robił przez pół godziny przed rozpoczęciem ­liturgii. Znikał w zakrystii. Może miał jakieś przyziemne zadania, może się modlił. Mary zawsze szła do małej kuchenki w korytarzu, żeby włączyć ekspres i przygotować filiżanki do kawy na późniejsze spotkanie wiernych. Potem wracała do kościoła, stawała przy drzwiach i rozdawała śpiewniki i kartki z porządkiem mszy. Kiedy Emma mieszkała jeszcze w domu, pomagała matce, a przynajmniej tego od niej oczekiwano.

James zupełnie nie był religijny, kiedy Emma go poznała. Poruszyła tę kwestię na pierwszej randce, żeby to sprawdzić. Jej zdaniem nawet teraz tak naprawdę nie wierzył w Boga ani w żadną z tych rzeczy, które wymieniał, recytując wyznanie wiary. Wydawał się największym racjonalistą, jakiego znała. Śmiał się z przesądów znajomych marynarzy z obcych krajów. Lubił chodzić do kościoła z tych samych powodów, z jakich lubił mieszkać w Domu Kapitana. Kościół reprezentował tradycję, trwałość i szacunek. Wspólne spotkania również ogromnie go pociągały, bo sam nie miał rodziny. Emma często odnosiła wrażenie, że jest bardziej zżyty z Robertem i Mary niż ona sama, a już z pewnością czuł się w ich towarzystwie swobodniej niż ona.

Spóźnili się do kościoła. Artykuł o samobójstwie Jeanie zajmował pierwszą stronę gazety, którą dostarczano im zawsze w niedzielę. Twarz Jeanie gapiła się na Emmę z wycieraczki, nie pozwoliła jej iść dalej. Potem było jeszcze jedno opóźnienie, bo kiedy już wychodzili z domu, Matthew zwymiotował na ubranko. Skończyło się na tym, że pędzili przez skwer jak wystraszone dzieci spóźnione do szkoły. Gdy nadszedł nagły szkwał, Emma schowała małego pod płaszcz, żeby ochronić go od deszczu. Zorientowała się, że przez to wygląda tak, jakby znów była w ciąży. Grupka reporterów palących pod kościołem rozbiegła się do samochodów.

Pierwszy hymn już się zaczął; Emma i James ruszyli środkiem nawy za pastorem i trzema starszymi paniami z chóru niczym niezgrabny ogon powłóczącej nogami procesji. Mary wstała, by wpuścić ich na miejsca w pierwszej ławie. Emma potknęła się o wielką patchworkową torbę, którą matka zawsze nosiła ze sobą i stawiała na posadzce.

Uklękła, żeby złapać oddech, choć udawała, że się modli. Dopiero kiedy wstała, żeby dośpiewać ostatnią zwrotkę, zauważyła, że w kościele jest bardziej tłoczno niż zazwyczaj. Tak pełne ławki widywało się zwykle tylko przy chrztach – wtedy, jak to zjadliwie stwierdzał jej ojciec, zjawiali się „poganie”. Dziś jednak nie udzielano żadnego chrztu, a poza tym większość twarzy była znajoma. To nie tak, że kościół wypełniali obcy ludzie; wyglądało raczej na to, że każdy miejscowy postarał się przyjść. W Elvet złe wiadomości zawsze ekscytowały wszystkich. O ile samobójstwo Jeanie Long można uznać za złą wiadomość.

Artretyczna organistka właśnie kończyła hymn drżącym akordem, kiedy drzwi znów się otworzyły. Widocznie wiatr zassał je z powrotem, bo zamknęły się z głośnym hukiem i kongregacja z dezaprobatą obróciła głowy. Z tyłu nawy stał Dan Greenwood obok wielkiej, wyjątkowo brzydkiej kobiety. Choć Emma jak zwykle poczuła miły dreszczyk na jego widok, rozczarowało ją to, że tu przyszedł. Nigdy wcześniej nie widziała go w kościele i sądziła, że gardzi religią. A jednak nie wysilił się, jeśli chodzi o strój – wciąż te same dżinsy i ten sam kitel co zeszłej nocy. Kobieta była ubrana w puchaty purpurowy kardigan i bezkształtną kremową sukienkę z krempliny w małe fioletowe kwiatki. Mimo zimna na nogach miała płaskie skórzane sandały. Stała tam jak zwiastun nieszczęścia i przez moment Emma spodziewała się usłyszeć jakieś ogłoszenie, żądanie, żeby opuścić kościół, bo w sąsiedztwie wybuchł pożar albo ktoś podłożył bombę. Nawet pastor zawahał się i przez chwilę gapił się na nich.

Kobieta jednak stała całkowicie opanowana, chyba wręcz cieszyła się zainteresowaniem, jakie wzbudziła. Wzięła Dana pod ramię i pociągnęła go do ławki. Poufałość tego gestu zaniepokoiła Emmę. Co ich łączyło? Na jego matkę za młoda – najwyżej dziesięć lat starsza od niego. Z drugiej strony, nie mógł przecież być związany sercowo z kimś tak paskudnym. Emma miała mnóstwo kompleksów, ale zawsze uważała, że jest atrakcyjna fizycznie. James na pewno nigdy nie poprosiłby jej o rękę, gdyby była gruba albo pryszczata. Przez całą resztę mszy słyszała głos tej kobiety, przebijający się ponad inne podczas hymnów i odpowiedzi. Wyraźny, głośny i mocno fałszujący.

W trakcie kazania pastor ani słowem nie wspomniał o Jeanie Long, więc Emma pomyślała, że może nie słyszał o jej samobójstwie. W końcu jednak jej nazwisko pojawiło się razem z nazwiskami Elsie Hepworth i Alberta Smitha podczas modlitwy za zmarłych. Siedząc z Matthew na kolanach i patrząc na pochylone głowy klęczących, Emma próbowała przywołać w pamięci obraz Jeanie. Pamiętała tylko jedno spotkanie z nią w domu Mantelów. Jeanie grała na fortepianie, który Keith kupił dla Abigail, kiedy ta wyraziła przelotne zainteresowanie nauką gry na instrumencie. Wysoka, ciemnowłosa młoda kobieta, poważna i skupiona, pochylona nad klawiaturą. Potem do pokoju wszedł Keith, Jeanie odwróciła się i napięte mięśnie twarzy rozluźnił uśmiech. Jeanie była młodsza niż Emma teraz, ledwie skończyła studia. To bolesna świadomość.

Nabożeństwo toczyło się dalej, aż nadeszła pora komunii. Robert w białej szacie stał przy ołtarzu obok pastora. Mary pierwsza przyjęła chleb i wino, po czym pobiegła do kuchni nasypać kawy rozpuszczalnej do termosów. Organistka przykuśtykała na swoje miejsce i zaczęła grać coś łagodnego i melancholijnego. W nawie uformowała się kolejka. Emma oddała Matthew Jamesowi, który nigdy nie przystąpił do bierzmowania mimo usilnych nalegań Roberta, i poszła ustawić się w ogonku. Przed nią stał wysoki, przygarbiony mężczyzna w błyszczącym popielatym garniturze, za dużym na niego. Na pewno nie bywał regularnie w kościele, choć Emmie wydawało się, że widziała go we wsi. Podczas mszy siedział sam i nikt się do niego nie odezwał – a to niezwykłe. Panie z parafii szczyciły się tym, że każdego obcego serdecznie witały w świątyni.

Kolejka niespiesznie posuwała się naprzód. Mężczyzna ukląkł niezgrabnie; kiedy Emma przyklęknęła obok niego, poczuła nagle silny zapach kulek na mole. Ten garnitur długo wisiał w szafie nienoszony. Mężczyzna wyciągnął dłonie złożone w miseczkę, żeby przyjąć opłatek. Były twarde i brązowe jak rzeźbione drewno, mocne, choć ten człowiek miał co najwyżej sześćdziesiątkę na karku. Pastor odnalazł jego spojrzenie i lekko uśmiechnął się na powitanie. Potem zbliżył się Robert z kielichem, wycierając brzeg białą ściereczką. Nieznajomy odruchowo wyciągnął rękę, żeby unieruchomić kielich, zanim uniósł go do ust. Nagle spojrzał na Roberta i na jego twarzy odmalował się szok rozpoznania. Kiedy Robert przesunął się w stronę Emmy, mężczyzna wypluł na niego zawartość ust. Na białej szacie pojawiła się czerwona plama gęstego słodkiego wina. Emmie skojarzyło się to z krwią sączącą się z rany. Kobieta klęcząca z lewej strony Emmy zachłysnęła się podekscytowana, choć udawała przerażenie. Pastor nie zauważył, co się stało, a Robert nie zareagował. Mężczyzna wstał z klęczek i, zamiast wrócić do ławki, pokonał całą nawę i opuścił kościół.

Wszystko rozegrało się bardzo szybko, a że widok przesłaniali przystępujący do komunii, z pewnością nie było tego widać z nawy. Mimo to towarzyszka Dana Greenwooda wstała i poszła za mężczyzną, kiedy ten ją minął.

5

Co tydzień po kościele Emma i James szli do domu Roberta i Mary na obiad. To niezmienny element rytuału, tak jak czytanie Listów i zbiórka datków. Emma uważała to za niesprawiedliwe, że matka, która przez godzinę po mszy nalewała kawę i myła naczynia, musi natychmiast po powrocie do domu rzucać się w wir obowiązków. Ona sama twierdziła, że to lubi, ale Mary, którą Emma pamiętała z Yorku, w niczym nie przypominała kury domowej. Wtedy mieli panią do sprzątania i często jadali na mieście. Emma pamiętała restaurację prowadzoną przez włoską rodzinę, długie niedzielne popołudnia spędzane przy makaronach i lodach i to, jak podchmieleni rodzice prowadzą ich do domu, kiedy już się ściemniało.

James zawsze zabierał na te obiady dwie butelki przyzwoitego wina. Zdaniem Emmy potrzebował alkoholu, żeby się porządnie rozgrzać i złagodzić nudę, ale kiedy zasugerowała, że mogliby się wymówić i nie pójść, nie chciał o tym słyszeć.

– Lubię twoich rodziców. Twój ojciec jest interesujący i inteligentny, a matka urocza. Masz szczęście, że tak nas wspierają.

Po tej zawoalowanej reprymendzie nie poruszała więcej tematu.

Springhead, kwadratowy szary budynek tuż za granicą wsi, kiedyś stanowił część farmy, ale ziemia została wyprzedana. Właśnie do tego domu rodzina przeniosła się po przeprowadzce z Yorku. Robert triumfował, kiedy go znalazł. Wszystkie oszczędności wydał podczas nauki zawodu kuratora i nie sądził, że znajdzie tak przestronną siedzibę na miarę swojego budżetu. Zlekceważył raport rzeczoznawcy – że mury podchodzą wilgocią, a w więźbie dachowej są korniki – i uparł się, że to jest właśnie dom pisany jego rodzinie. I może dobrze się stało, zdaniem Emmy. Nie potrafiła wyobrazić sobie ojca w jakimś bliźniaku na nowym osiedlu. Mówiła sobie, że jego ego nie przetrwałoby w ciasnocie, choć wiedziała, że to prawdopodobnie jest niesprawiedliwe. Ale naprawdę rozpaczliwie pragnęła aprobaty Roberta.

Za oknem pokoju Christophera na poddaszu wciąż rozciągało się pole, na którym dziesięć lat temu leżało ciało Abigail. Widok się nie zmienił. Tutaj teren był całkowicie płaski, a bliżej wybrzeża pozwalano się budować. Najnowszy raport Agencji Ochrony Środowiska przewidywał nie tylko powodzie, ale wręcz zatopienie całego półwyspu.

Po drodze do Springhead lało jak z cebra i zrobiło się ciemno. Woda wylewała się z rowów i płynęła środkiem jezdni. Jechali volvo Jamesa; Robert i Mary zebrali się do domu wcześniej.

– Co to za okropnego babsztyla przyprowadził ze sobą Dan? – spytał James. Cenił piękno. Emma podejrzewała, że tylko dlatego znosił jeszcze jej humory.

– Nie mam pojęcia. Nigdy jej nie widziałam.

– Może jakaś znajomość biznesowa. Na przykład prowadzi sklep z rękodziełem w Harrogate albo w Whitby.

– Och, no tak! – Czasami bywała zaskoczona, jaki on spostrzegawczy. Właśnie w takich chwilach podobał jej się najbardziej: kiedy ją zaskakiwał. – Na pewno w Whitby. Na Harrogate za mało elegancka. – Umilkła na chwilę. – Myślisz, że dlatego pojawił się w kościele? Żeby sprawić jej przyjemność i łatwiej dobić targu? Dla mnie to raczej dziwne. I nie w jego stylu. Sprawia wrażenie takiego prostolinijnego. Nie potrafię sobie wyobrazić, że mógłby manipulować dla własnej korzyści.

– Nie. – James zwolnił niemal do zera. Kolejny rów się przelał i w poprzek jezdni płynął błotnisty strumień. – Chyba musiał znać Jeanie Long. Wczoraj w nocy, kiedy mówił o jej samobójstwie, wydawał się bardzo przejęty. A czasami dobrze odwiedzić kościół, nawet jeśli jest się niewierzącym.