Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 367 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Droga nad rzeką - Jayne Ann Krentz

Minęło trzynaście lat, odkąd Lucy była ostatni raz w Summer River. Nawet we wspomnieniach nie chciała wracać do tego otoczonego winnicami kalifornijskiego miasteczka i do pewnej fatalnej nocy, gdy miała siedemnaście lat. Nie chciała myśleć, jak by się dla niej skończyła, gdyby nie Mason...

Teraz przyjeżdża sprzedać dom ciotki, która zginęła w tragicznym wypadku. Lucy ma nadzieję załatwić szybko sprawy spadkowe i wyjechać stąd na zawsze, wrócić do Seattle, do swojej pracy genealoga w firmie detektywistycznej. Lecz spotyka Masona, jeszcze bardziej przystojnego niż zapamiętała. A w domu ciotki dokonuje makabrycznego odkrycia…

Mason już raz ocalił Lucy, czy jednak zdoła uratować ją teraz, gdy sennym miasteczkiem wstrząśnie seria tajemniczych zbrodni?

Opinie o ebooku Droga nad rzeką - Jayne Ann Krentz

Fragment ebooka Droga nad rzeką - Jayne Ann Krentz

Korekta

Hanna Lachowska

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Serov/Shutterstock

Tytuł oryginału

River Road

Copyright © 2014 by Jayne Ann Krentz

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5116-5

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Tę książkę dedykuję mojej cudownej szwagierce, Wendy Born, 

z podziękowaniami za dodatkowe informacje.

Rozdział 1

Kto mianował cię moim aniołem stróżem? – zapytała Lucy Sheridan.

Była wkurzona – naprawdę, naprawdę wkurzona. Ale i podekscytowana. Byli tylko we dwoje z Masonem Fletcherem, jechali wąską szosą, oświetloną blaskiem księżyca. Właściwie powinna to być najbardziej romantyczna noc w jej życiu, taka noc, o jakiej marzy się, mając kilkanaście lat. Ale Mason zepsuł wszystko, traktując ją jak małe dziecko, które nie ma dość rozumu, by uciec przed deszczem.

Wbiła się w kąt kabiny pikapa, oparła stopę w tenisówce o tablicę rozdzielczą i naburmuszona skrzyżowała ramiona na piersi.

– Nie jestem żadnym aniołem stróżem – odparł Mason. Nie odrywał oczu od drogi. – Po prostu oddałem ci dzisiaj przysługę.

– Czy cię o to prosiłam, czy nie. I co, może jeszcze mam ci być wdzięczna?

– Impreza Brinkera nie skończy się dobrze, za dużo tam alkoholu, narkotyków i szczeniaków. Ciesz się, że cię tam nie będzie, kiedy zjawi się policja.

Spokój i lodowata pewność w głosie Masona doprowadzały ją do szału. Aż trudno uwierzyć, że miał dopiero dziewiętnaście lat, więc był od niej starszy tylko o trzy, pomyślała. W jego oczach była, jak określiłaby to ciotka Sara, prowokującą małolatą.

Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było to, że Mason miał dziewiętnaście lat, a zachowywał się jak trzydziestolatek. Ciotka Sara twierdziła, że z jego oczu wyziera stara dusza.

Co prawda, Sara opisywała ludzi w dziwaczny sposób. Ona i Mary, jej wspólniczka, głęboko wierzyły w medytacje, oświecenie, życie chwilą, cały ten bełkot. Lucy musiała jednak przyznać, że w tym, co mówiła o Masonie, była cząstka prawdy. Już teraz był mężczyzną w większym stopniu, niż zapewne kiedykolwiek będzie można to powiedzieć o chłopcach obecnych na imprezie. Przy nim wszyscy wydawali się bandą dzieciaków z podstawówki.

Nagle Mason wydał jej się bardziej dojrzały niż większość znanych jej dorosłych, nie wyłączając jej własnych rodziców. Kiedy rozstawali się trzy lata wcześniej, wszyscy gratulowali im przyjaznego rozwodu. Tylko że nikt z nich nie był trzynastolatką kulącą się w swoim pokoju, podczas gdy rodzice obrzucali się słownymi granatami oskarżeń i złośliwości tak bolesnych, że raniły do krwi. Gdyby rozwód, który potem nastąpił, określić mianem przyjaznego, trzeba by na nowo zdefiniować to słowo.

Mason natomiast zawsze wydawał się dorosły – może aż za bardzo. Sprowadził się do Summer River z wujem i młodszym bratem dwa lata temu. Pracował w miejscowym sklepie z artykułami żelaznymi, a w wolnym czasie remontował stary dom. Tego lata sam opiekował się bratem, bo jego wuj walczył na wojnie gdzieś na końcu świata. Jedno było pewne: Mason Fletcher traktował życie bardzo poważnie. Lucy intrygowało, co on, jeśli kiedykolwiek do tego dochodziło, robił dla przyjemności, oczywiście zakładając, że w ogóle wiedział, czym jest przyjemność.

Nawet prowadził jak dorosły, stwierdziła ponuro, czy raczej tak, jak dorosły powinien prowadzić. Sposób, w jaki obchodził się ze starym pikapem wuja, był bardzo znaczący. Sprawnie, zwinnie zmieniał biegi. Nie było mowy o nagłym przyspieszeniu na prostym odcinku, nie brał zakrętów odrobinę za szybko, nie przekraczał dozwolonej prędkości. Właściwie powinno być nudno, ale nie było. Po prostu czuła, że jest w dobrych, pewnych rękach.

– Nie musiałeś mnie ratować – stwierdziła. – Sama daję sobie radę.

Świetnie, teraz już naprawdę zachowywała się jak małolata.

– Dzisiaj wpakowałaś się w niezłe niebezpieczeństwo – mruknął.

– Litości! Nic mi nie groziło. Nawet gdyby policjanci naprawdę przyjechali na stare ranczo Harperów, oboje wiemy, że nie aresztowaliby nikogo. Szeryf Hobbs nie wsadzi do pudła dzieciaków takich jak Tristan Brinker czy Quinn Colfax. Słyszałam, jak ciotka Sara mówiła, że nie zrobi niczego, co mogłoby zdenerwować ich ojców.

– Fakt, wuj mówi, że Brinker i Colfax mają szeryfa i całą radę miejską w kieszeni. Co nie oznacza, że Hobbs nie zgarnąłby dzisiaj kilku osób tylko po to, żeby wszystkim udowodnić, że wywiązuje się ze swoich obowiązków.

– No i co z tego? Udzieliłby im formalnego pouczenia i tyle. W najgorszym razie zadzwoniłby do ciotki, żeby po mnie przyjechała.

– Naprawdę myślisz, że nic gorszego nie mogło się stać?

– Naprawdę. – Miała ochotę zazgrzytać zębami.

– Zaufaj mi, Lucy – mruknął. – Nie powinno cię dzisiaj być na tej imprezie.

– Oczywiście zdajesz sobie sprawę, że jutro wszyscy, który tam byli, będą się ze mnie śmieli za moimi plecami.

Nie odpowiedział. Zerknęła na niego. W mdłym świetle tablicy rozdzielczej jego twarz wydawała się wyrzeźbiona w kamieniu. Po raz pierwszy poczuła dreszczyk ciekawości.

– Jest coś, czego mi nie mówisz, prawda? – domyśliła się.

– Zostawmy to – odparł.

– O, nie. Skąd wiedziałeś, że będę dzisiaj u Brinkera?

– A czy to ważne?

– Tak – odparła. – Dla mnie tak.

– Słyszałem plotki, że możesz tam być. Zadzwoniłem do twojej ciotki. Nie było jej w domu.

– Pojechały z Mary do San Francisco, na targi antyków. Nagrałam się ciotce na sekretarkę, choć to oczywiście nie twoja sprawa.

Mason puścił to mimo uszu.

– Kiedy okazało się, że twojej ciotki nie ma w domu, pomyślałem, że zajrzę do parku i zobaczę, czy tam jesteś. Obawiałem się, że sytuacja cię przerośnie.

– Dlaczego? Bo nie jestem jedną z ich paczki?

– Bo jesteś za młoda, żeby przebywać w towarzystwie Brinkera i Colfaxa.

– Jillian Benson jest ode mnie tylko o rok starsza. I błagam cię, rób, co chcesz, ale daruj mi wykład o tym, że nie powinnam pchać palca między drzwi tylko dlatego, że wszyscy moi przyjaciele to robią.

– Jillian nie jest twoją przyjaciółką.

– Tak się akurat składa, że to właśnie ona mnie zaprosiła.

– Czyżby? – Mason zamyślił się. – A to ciekawe.

– Zadzwoniła dzisiaj do mnie, powiedziała, że wybiera się na imprezę Brinkera i zapytała, czy nie poszłabym z nią. A przecież tutaj nie ma zbyt wiele do roboty.

– Więc od razu skorzystałaś.

– Nie do końca. W pierwszej chwili odmówiłam. Przyjechałam tu tylko na wakacje, prawie nikogo nie znam. Tłumaczyła, że na imprezie poznam więcej osób. Powiedziałam, że nie mam samochodu. Obiecała, że po mnie przyjedzie do ciotki Sary.

– Bardzo miło z jej strony, nie uważasz? – mruknął Mason.

– O co ci chodzi?

– Piłaś coś, zanim tam przyszedłem?

– Wodę mineralną, którą zabrałam ze sobą. Zresztą, nie muszę się przed tobą z niczego tłumaczyć.

– Czyli nie piłaś tego, co było w tych nieoznakowanych butelkach w lodówce?

– To jakiś napój energetyczny, tak mówiła Jillian. Opowiadała, że Brinker zawsze to podaje na swoich imprezach. Mówiła, że to coś wyjątkowego.

– Ale nie piłaś tego?

– Nie miałam ochoty się upić ani brać żadnych narkotyków, okej?

Nie chciała przyznać, że przerażała ją sama myśl o wypiciu płynu o dziwnym kolorze. Smutna prawda była taka, że jeszcze na długo przed zjawieniem się Masona wiedziała, że wieczór skończy się porażką. Nie odpowiadało jej życie na krawędzi, nie kusiło jej ryzyko, nie bawiło przekraczanie granic. Wszyscy uważali ją za poważną i zrównoważoną – takie jak ona nie pakują się w kłopoty. Czyli, innymi słowy, była zwyczajnie nudna i przesadnie ostrożna. Zaczynała podejrzewać, że już do końca życia zostanie na uboczu, poza niewidzialnym szklanym domem, wpatrzona tęsknie w ludzi, którzy nie boją się czasem zaryzykować i mają odwagę żyć pełnią życia.

– Dlaczego poszłaś na imprezę Brinkera, skoro nie chciałaś się upić ani odlecieć? – zapytał Mason.

Skuliła się w fotelu pasażera.

– Po prostu chciałam potańczyć. Zabawić się. Zabij mnie za to.

– Kiedy przyszedłem, nie tańczyłaś.

Westchnęła.

– Bo nikt mnie nie poprosił do tańca. W końcu dostałam się na imprezę Brinkera, ale okazało się, że nikt nie chce mieć z mną nic wspólnego. Miałeś rację, to nie moje towarzystwo, nie moja bajka, i tak dalej, i tak dalej. I tak, oczywiście, moje szczęście, że zjawiłeś się akurat wtedy. No co, zadowolony?

Nie odpowiedział, być może dlatego, że skręcał akurat w wąską drogę, która przecinała stary sad, otaczający przytulny dom ciotki Sary. W małym domku płonęły światła. Na podjeździe, tam gdzie zawsze, stała wiekowa furgonetka z napisem „Antykwariat Summer River”.

– Wygląda na to, że twoja ciotka już wróciła – zauważył Mason. Zatrzymał pikapa.

– Wcześnie. – Lucy odpięła pas i otworzyła drzwiczki. – Zazwyczaj wracają z takich wypraw sporo po północy.

Mason wpatrywał się w drzwi wejściowe.

– To dobrze.

Lucy, która już miała wysiąść, znieruchomiała.

– Co: dobrze?

– Nie będziesz tu dzisiaj sama.

– Jezu, Mason, nie potrzebuję niańki. To ja niańczę cudze dzieci. Właściwie jestem wręcz rozrywana jako opiekunka do dzieci, bo jestem taka rozsądna, zrównoważona i tak dalej.

– Wiem – odparł. – Przepraszam.

– Och, przestań w końcu przepraszać. To nie w twoim stylu.

Wysiadła z pikapa i ruszyła do drzwi.

– Przepraszam za dzisiaj – dodał innym, twardszym głosem. – Nie chciałem narobić ci wstydu.

– Mhm. – Odwróciła się przez ramię i spojrzała na niego, siedzącego za kierownicą. – Wiesz co? Za kilka lat, kiedy będę już całkiem dorosła, przypomnij mi, żebym ci podziękowała za to, że dzisiaj mnie uratowałeś, całkiem niepotrzebnie. Może kiedy będę miała trzydzieści czy czterdzieści lat, zdołam w pełni docenić twoje szlachetne intencje. A może nie. Znasz to powiedzenie, że żaden dobry uczynek nie ujdzie ci płazem?

– Tak, już to kiedyś słyszałem.

A co tam, równie dobrze może wygarnąć mu wszystko.

– Moim zdaniem dzisiaj tylko zmarnowałeś czas – powiedziała. – Kiedy się zjawiłeś, sama wybierałam się do domu.

– Kiepski pomysł. To kawał drogi.

– Dałabym sobie radę. Miałam ze sobą komórkę. Zresztą to Summer River, nie żadna metropolia. Ciotka twierdzi, że od wieków nie popełniono tu żadnego morderstwa.

– W małych miasteczkach dochodzi do przestępstw równie często, jak w wielkich miastach – zauważył Mason.

– Świetnie. Czy teraz wygłosisz mi wykład o wracaniu do domu po ciemku?

Wstrzymała oddech, bo sądząc po wyrazie jego twarzy, właśnie to miał zamiar zrobić. Uśmiechnęła się pod nosem.

– To silniejsze do ciebie, co? – rzuciła. – Chronić i służyć. Brałeś pod uwagę karierę w policji?

– Słyszałem, że więcej się zarobi na handlu nieruchomości – odparł ze śmiertelnie poważną miną.

– Mówię serio.

Puścił jej słowa mimo uszu.

– Dlaczego wybierałaś się do domu?

– Bo Jillian była pijana, jeśli już koniecznie musisz wiedzieć. Widziałam, że jeszcze chce tam zostać. Brinker się jej podoba. Jak wszystkim dziewczynom i niektórym chłopakom. W każdym razie nie chciałam z nią wracać. No i proszę, teraz znasz już całą prawdę o mojej szalonej imprezowej nocy. Miałeś rację, niepotrzebnie się tam wybrałam, choć na tej imprezie była połowa dzieciaków z miasteczka. Spełniłeś dobry uczynek. Ale już daj sobie spokój.

Drzwi wejściowe otworzyły się i w progu stanęła Sara. Lampka nad wejściem oświetlała jej ciemne włosy, przyprószone siwizną. Podobnie jak wszystkie kobiety w rodzinie Sheridanów nie była olbrzymką, ale w jej wypadku drobna postura sprawiała mylne wrażenie. Dziesiątki lat uprawiania jogi i dźwigania drew do wielkiego kominka zaowocowały silnym, gibkim ciałem i wyprostowaną postawą.

Wyszła na ganek i pomachała.

– Cześć, Mason – zawołała. – Dzięki, że podwiozłeś Lucy. Miałam do niej dzwonić, czy po nią nie podjechać.

– Nie ma sprawy, proszę pani – zapewnił. – Było mi po drodze.

Lucy prychnęła pod nosem.

– Po drodze, akurat. – Już miała zamknąć drzwiczki, ale coś kazało jej się zatrzymać.

– Jeśli chodzi o to twoje aniołostróżowanie…

– Mówiłem ci już, nie jestem żadnym aniołem stróżem.

Po raz pierwszy w jego głosie pojawiły się jakieś emocje. Wydawał się zirytowany.

– Ciotka Sara głęboko wierzy w karmę – ciągnęła Lucy. – No wiesz, jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

– Wiem, czym jest karma – odparł odrobinę zbyt wystudiowanym tonem.

Zdała sobie sprawę, że uraziła go sugestią, że nie zrozumiał użytego przez nią słowa, i zrobiło jej się głupio, choć przecież upokorzył ją na oczach wszystkich, zabierając z imprezy. Wszyscy wiedzieli, że Mason po skończeniu szkoły poszedł do pracy. Nie miał szans kształcić się dalej. Ciotka Sara tłumaczyła, że na studia miał iść Aaron, jego młodszy brat. I że właśnie dostał się na bardzo prestiżowy i bardzo drogi uniwersytet. I dlatego Mason i jego wuj robili, co w ich mocy, żeby Aaron skończył studia bez przytłaczających długów.

– Załóżmy, dla celów dyskusji, że moja ciotka ma rację co do karmy – powiedziała Lucy. – A jeśli tak, to prędzej czy później i ty będziesz potrzebował pomocy.

– No i?

– Zastanawiałeś się kiedyś, kto spieszy na pomoc zawodowym aniołom stróżom?

Zatrzasnęła drzwiczki, zanim zdążył odpowiedzieć, i szybkim krokiem ruszyła do ganku, gdzie ciągle czekała Sara. Tyle, jeśli chodzi o najbardziej romantyczną noc w jej życiu.

Rozdział 2

Mason obserwował, jak Lucy wita się z ciotką i wchodzi do starego domu. Poczekał, aż zamknęły się za nimi drzwi, dopiero wtedy odpalił silnik i zawrócił wąską drogą przez sad.

„Zastanawiałeś się kiedyś, kto spieszy na pomoc zawodowym aniołom stróżom?”

Lucy nie miała racji. Żaden z niego anioł stróż. Kiedy tego wieczora zabierał ją z imprezy Brinkera, po prostu robił to, co musiało być zrobione. Pod nieobecność ciotki nie było nikogo, kto mógłby się nią zaopiekować, a sama była zbyt naiwna i niewinna, by dostrzec zło, jeśli działało z ukrycia. A jeśli wierzyć plotkom, Brinker to zło wcielone.

Mason powtórzył sobie, że rano musi porozmawiać z Sarą Sheridan. Powinna wiedzieć, do czego dzisiaj o mały włos nie doszło.

Byłoby lepiej, gdyby wuj Deke był na miejscu. On najlepiej wytłumaczyłby wszystko Sarze, a ona posłuchałaby go na pewno. Wszyscy słuchali Deke’a. Niestety, znowu wysłano go z oddziałem i miał wrócić dopiero za kilka miesięcy, co oznaczało, że rozmowę z Sarą Mason musiał wziąć na siebie. Razem zaopiekują się Niewinną Lucy.

Dojechał do głównej drogi i z powrotem skierował się na imprezę. Stare ranczo Harperów stało opustoszałe od lat. Natura ponownie wzięła we władanie dawne krowie pastwiska. W rozpadającym się domu od dawna nikt nie mieszkał. Poprzedniego lata Tristan Brinker zagarnął szopę jako miejsce swoich imprez. Miejscowe dzieciaki lgnęły do niego jak ćmy do ognia. A u jego boku zawsze trwał Quinn Colfax. Razem sprawowali rządy dusz nastolatków w Summer River.

Impreza trwała w najlepsze, ale wśród samochodów stojących przed szopą nie było ani sportowego cacka Brinkera, ani nowiutkiej terenówki Quinna Colfaxa. Obaj byli zbyt sprytni, by zostawiać rzucające się w oczy auta tam, gdzie zobaczyłby je każdy, kto przejeżdżał koło starego rancza. Owszem, bogaci ojcowie pomogliby im wydostać się z tarapatów, gdyby zgarnęła ich policja, ale i Warner Colfax, i Jeffrey Brinker nie byliby zadowoleni, gdyby ich synowie okazali się na tyle głupi, że dali się złapać.

Tristan i Quinn byli w miasteczku nowi, jednak szybko zdobyli popularność. Ich ojcowie byli wspólnikami w funduszu hedgingowym. Głowna siedziba firmy mieściła się w Dolinie Krzemowej, ale obaj, podobnie jak większość zamożnych biznesmenów w tej okolicy, chętnie spędzali weekendy w krainie winnic. Jako dalekowzroczni ludzie interesu przewidzieli, że właśnie w Summer River zacznie się kolejny winiarski boom.

Zainteresowanie uprawą winorośli zagościło w północnej Kalifornii ponad sto lat temu, a ostatnio przybrało na sile i winnice zajmowały miejsce wiekowych sadów jabłoni i gruszy, pastwisk i farm mlecznych. A teraz przyszła kolej na Summer River. Na wzgórzach pod miasteczkiem zasadzono pierwsze pędy winorośli. Wkrótce cała dolina zapełni się winnicami.

Za kilka lat senne miasteczko Summer River stanie się zapewne eleganckim kurortem, podobnie jak Heraldsburg, Sebastopol, Napa i inne dawniej rolnicze miejscowości w tej okolicy. Ceny nieruchomości już powoli szły w górę. Mason na to liczył, namawiając wuja na kupno domu do remontu, z którego dochód miał pomóc pokryć czesne w ekskluzywnym college’u Aarona. Kiedy skończy remont, posiadłość będzie warta prawie dwa razy tyle, ile za nią zapłacili.

Mason nie skręcił w dróżkę prowadzącą do szopy; jechał dalej nieoznakowaną, bitą drogą wzdłuż rzeki.

Wkrótce zobaczył oba samochody zaparkowane wśród drzew. Być może trochę potrwa, zanim zjawią się Brinker i Colfax, ale Mason był zdecydowany czekać tyle, ile będzie trzeba.

Zaparkował za sportowym wozem i terenówką, blokując tym samym wyjazd na drogę. Wysiadł i poszedł nad rzekę. Z tego miejsca nie widział szopy, ale nawet z daleka słyszał stłumione dźwięki muzyki.

Przez dłuższy czas patrzył, jak księżyc w pełni odbija się w powierzchni rzeki. Miał wrażenie, że woda płynie w zwolnionym tempie, ale leniwy ruch małych fal był zwodniczy. Rzeka Summer była miejscami bardzo głęboka, a prądy silne. Co roku słyszało się o ludziach, którzy weszli pobrodzić przy brzegu, ale nurt ich porwał. Kilka miesięcy wcześniej było głośno o kolejnym wypadku samochodowym na River Road. Samochód runął z urwiska niedaleko punktu widokowego, prosto w fale rzeki. Kierowca nie przeżył.

„Brałeś pod uwagę karierę w policji?”

Myślał o jej słowach. Szczerze mówiąc, rzadko się zastanawiał nad swoją przyszłością. Od śmierci rodziców za bardzo pochłaniała go walka o przetrwanie i spełnianie ostatniej próby ojca: „Dbaj o brata. Macie zawsze trzymać się razem”.

Wkrótce jednak Aaron wyjedzie na studia, zacznie własną świetlaną przyszłość. A wtedy już nie będzie miał się kim opiekować.

Może rzeczywiście czas pomyśleć, co właściwie chciałby robić w życiu.

Najpierw jednak musiał zająć się Lucy.

Pierwszym znakiem, że impreza dobiegła końca, była nagła cisza, gdy wyłączono muzykę. Zapewne ktoś, kto przejeżdżał koło starego rancza, zgłosił hałasy na policji. Szeryf Hobbs nie miał wyjścia, musiał wysłać patrol, by się tam rozejrzał. Lucy miała rację: mało prawdopodobne, by kogoś aresztowano. Dzieciaki się rozpierzchły, być może policjanci spiszą kilku maruderów i tyle.

Odgłos kroków wyrwał go z zadumy. Odwrócił się i zobaczył dwa rozchwiane snopy światła z latarek, a po chwili Tristan Brinker i Quinn Colfax wyszli na polanę spomiędzy drzew.

Podeszli do samochodów, zdyszani, tłumiąc śmiech. Taszczyli między sobą dużą przenośną lodówkę.

– Widziałeś minę tego gliniarza, kiedy ta blond idiotka poczęstowała go butelką towaru? – Brinker roześmiał się głośno. – Myślałem, że zaraz pęknie.

– Myślisz, że nas widział? – zapytał Quinn niespokojnie.

– A nawet jeśli, co z tego? Wie, że tam byliśmy, ale nie może udowodnić, że w grę wchodziły narkotyki. – Brinker zwolnił i wyjął kluczyki z kieszeni. – I nawet nie będzie próbował. Zrobił, co do niego należało. Rozpędził imprezę. Ciekawe, kto doniósł tym razem?

– Pewnie jakiś farmer, który tędy przejeżdżał – podsunął Quinn.

– Wiesz, co mnie naprawdę interesuje? Jakim cudem Mason Fletcher wiedział, że Lucy Sheridan będzie dzisiaj na imprezie – zauważył Brinker.

– A czy to ważne? – zdziwił się Quinn.

– Owszem. Ważne. Nie podoba mi się, że ten dupek wsadza nos w moje sprawy.

– Odpuść – poradził Quinn. – Z Masonem Fletcherem lepiej nie zadzierać.

– Dlaczego nie? To tylko dupek ze sklepu z artykułami żelaznymi.

– Słuchaj, to już zamknięta sprawa. Wracajmy do domu i zapomnijmy o Fletcherze.

Mason założył okulary słoneczne i wyszedł z cienia. Oparł się o błotnik smukłego sportowego wozu.

– Najpierw porozmawiamy o Lucy – powiedział.

Quinn zatrzymał się gwałtownie.

– Fletcher? Co ty tu robisz?

Brinker także stanął i zaświecił latarką Masonowi prosto w oczy. Okulary słoneczne spełniły swoje zadanie. Nie udało mu się go oślepić.

– Odejdź od samochodu – warknął. – Był specjalnie lakierowany. Jeszcze go podrapiesz.

Mason nie zwracał na niego uwagi.

– Jeśli jeszcze raz zbliżysz się do Lucy Sheridan, jesienią nie wrócisz na studia.

– Nie wiem, o co ci chodzi – burknął Brinker. – A teraz odsuń się od mojego samochodu.

Quinn wyraźnie się denerwował.

– Grozisz nam?

– Mniej więcej – odparł Mason.

– Kto gadał? – warknął Brinker głosem ochrypłym z gniewu.

– Nieważne – odparł Mason. – Niech ci wystarczy, że wiem, co planowałeś.

Quinn najwyraźniej nic z tego nie rozumiał.

– Co tu się dzieje?

– Kto gadał? – powtórzył Brinker. Wyraźnie starał się nad sobą zapanować. – Zresztą to nieistotne, i tak się dowiem, a wtedy…

– No, co? – Mason wpadł mu w słowo. – Co wtedy zrobisz, co?

– Zejdź mi z drogi – wycedził Brinker przez zęby, wyraźnie wściekły. – Jeszcze pożałujesz, że tu dzisiaj przyjechałeś, słyszysz?

– Słyszę – odparł Mason spokojnie. – A teraz ty mnie posłuchaj. Nigdy więcej nie zbliżaj się do Lucy Sheridan. Jeśli coś jej się stanie, uznam, że to twoja sprawka. Rozumiemy się, Brinker?

Brinker nagle wpadł w szał. Upuścił trzymany skraj przenośnej lodówki, złapał pierwszy lepszy przedmiot, który miał w zasięgu ręki – kamień – i zaatakował.

– Ej! – zawołał Quinn. – Nie rób tego, Tristan. Oszalałeś?

Mason stał nieruchomo do ostatniej chwili, a wtedy odskoczył błyskawicznie i Brinker wpadł na samochód. Rozległ się przeraźliwy zgrzyt, gdy kamień rysował drogi lakier na masce. Tristan, zaskoczony, cofnął się o krok.

Mason minął go, odwrócił się i odszedł powoli.

– Trzymaj się z daleka od Lucy Sheridan – rzucił.

Oddalał się, cały czas odwrócony tyłem do Brinkera i Quinna. Niestety żaden nie połknął przynęty.

Kiedy doszedł do pikapa, otworzył drzwiczki, wsiadł do kabiny, odpalił silnik i pojechał do domu, do starej chaty nad rzeką.

Aaron spał na kanapie. Drogi nowy komputer, który Mason i Deke kupili mu na urodziny, nadal pracował; na ekranie widniały szeregi tajemniczych cyfr nowego programu.

Mason zamknął za sobą drzwi i sprawdził okna. Był to rytuał, który odprawiał co wieczór, od tamtego wieczora, gdy usłyszał od policjantów, że ich rodzice zginęli w wypadku samochodowym.

Przykrył kocem śpiącego brata i poszedł na górę, do siebie, gdzie włączył swój komputer, używany, kupiony na aukcji internetowej.

Nadeszła pora na kolejny rytuał – sprawdzanie, czy na koncie nie ma debetu i czy nie spłynęły nowe rachunki do zapłacenia. Uspokojony, że ani elektryczności, ani telefonu nie odetną im przez kolejny miesiąc, napisał mail do wuja, pokrótce streszczając wydarzenia tego wieczora. Zapewnił go, że panuje nad sytuacją.

Rozebrał się, położył komórkę na nocnym stoliku, zgasił światło i wślizgnął się pod kołdrę. Z dłońmi splecionymi za głową wpatrywał się w światło księżyca za oknem.

Zapewnił Deke’a, że sam sobie poradzi, ale tak naprawdę jeszcze nie miał żadnego planu, a tego wieczora stało się jasne, że był mu bardzo potrzebny. Tristan Brinker to nie byle rozpuszczony bogaty gnojek, to prawdziwy psychopata i prędzej czy później stanie się to jasne dla wszystkich. Co prawda Mason niewiele wiedział o psychologii, ale bezbłędnie wyczuwał drapieżnika w ludzkiej skórze, ilekroć takiego spotkał. Wyczuwał też instynktownie, jak ważne było, by odwrócić uwagę Brinkera od ofiary, którą sobie pierwotnie upatrzył. Był przekonany, że, przynajmniej chwilowo, mu się to udało, to jednak wcale nie oznaczało, że Lucy i inne dziewczęta w Summer River są już bezpieczne.

Z samego rana porozmawia z ciotką Lucy i uświadomi jej powagę sytuacji. Instynkt podpowiadał, że najlepiej byłoby, gdyby Lucy jak najszybciej znalazła się poza miasteczkiem – i zasięgiem Brinkera.

A potem zastanowi się, jak się go pozbyć. Miał już pewność, że drań nie przestanie.

Następnego ranka widziano, jak Brinker wyjeżdża z Summer River nowiutkim wozem sportowym, który dostał od ojca. Nie pokazał się nigdy więcej. Po kilku dniach pojawiły się plotki, że padł ofiarą nieudanej transakcji narkotykowej.

Nigdy nie odnaleziono jego ciała.

Rozdział 3

Trzynaście lat później, Vantage Harbor, Kalifornia

Lucy miała właśnie upić pierwszy łyk upragnionego białego wina, gdy zobaczyła, jak do ich stolika zmierza Zapłakana Wdowa.

Alicia Gatley zwinnie przeciskała się przez tłum hałaśliwych urzędników, którzy wpadli na lunch do popularnej knajpki. Była jedną z tych kobiet, które zwracają na siebie uwagę wszystkich, gdy tylko wejdą do pokoju. Poczynając od eleganckiego kostiumu i niebotycznie wysokich obcasów, na klasycznym koczku i manikiurze kończąc, w każdym calu przypominała blond bohaterkę filmów Alfreda Hitchcocka. Drogie cycki też nie zaszkodzą, pomyślała Lucy. Dzisiaj jednak spod gładkiej fasady wyjrzała prawdziwa barakuda.

– O Boże – szepnęła Hannah Carter. – To się nie może dobrze skończyć.

– Jeszcze tylko tego nam brakowało, żeby zwieńczyć i tak kiepski dzień – dodała Ella Merrick.

– Idzie prosto na ciebie, Lucy – ostrzegła Hannah. – Uważa, że to, co się wydarzyło w sądzie, to twoja wina.

– Coś takiego – mruknęła Lucy.

Ella spojrzała na nią ze współczuciem.

– Przecież ty byłaś tylko posłańcem, po prostu przekazałaś złe wieści.

– Ale wszyscy wiemy, co spotyka takich posłańców. – Lucy upiła łyk wina, żeby dodać sobie odwagi. – Mówiłam szefowi, że będą z nią kłopoty.

– I nie myliłaś się – przyznała Hannah.

– Szczerze mówiąc, liczyłam, że zdążę wyjechać, zanim zorientuje się, że jej finansowa porażka to moja wina – mruknęła Lucy.

Nie uśmiechała jej się myśl o jutrzejszym wyjeździe do Summer River, ale w tej chwili wolałaby być tam niż tutaj, uwięziona za stolikiem, bez szans na ucieczkę. Dobrze chociaż, że nie jestem sama, pomyślała. Hannah i Ella to jej najlepsze przyjaciółki. Nie zostawią jej w takiej chwili.

Hannah z namysłem przyglądała się Alicii.

– Ciekawe, jakim cudem się dowiedziała, że to akurat ty doszukałaś się informacji, że jej świętej pamięci małżonek miał w Kanadzie trójkę dzieci.

– Nie wiadomo – mruknęła Lucy. – Pewnie ktoś w biurze coś wypaplał. W końcu nasza praca nie jest objęta jakąś specjalną tajemnicą.

– Zapłakana Wdowa pewnie zatrzepotała tymi sztucznymi rzęsami do jednego z mężczyzn pracujących przy dochodzeniu i ten ochoczo wypaplał jej wszystko, co chciała wiedzieć – stwierdziła Ella.

– Bardzo prawdopodobne – przyznała Lucy.

To ona ochrzciła drugą żonę pana Gatleya mianem Zapłakanej Wdowy, czym wyraziła podziw dla jej oscarowych wręcz umiejętności aktorskich. Przezwisko przyjęło się i teraz wszyscy pracownicy działu genealogicznego określali Alicię Gatley właśnie tak.

Alicia była coraz bliżej. Spod staranie nałożonego makijażu przebijały gniewne czerwone plamy. Tak zamaszyście stukała obcasami w drewnianą podłogę, że Lucy dziwiła się, czemu spod jej nóg nie lecą iskry.

– Przygotujcie się – szepnęła. – I pamiętajcie, jesteśmy profesjonalistkami.

– Czy to znaczy, że nie możemy zareagować, kiedy obrzuci cię wyzwiskami i chluśnie ci winem w twarz? – zainteresowała się Hannah. – Tak pytam, z ciekawości.

– Tak, to właśnie to znaczy – odparła Lucy. – Reprezentujemy agencję Brookhouse. Nasze zachowanie rzutuje na wizerunek firmy.

– No jasne, musisz popsuć każdą zabawę – prychnęła Ella.

– Nie będzie tak źle – stwierdziła Lucy. – Jest wkurzona, więc pewnie obrzuci mnie stekiem wyzwisk, ale nie chluśnie mi winem w twarz. Zepsułaby tym sobie wizerunek chłodnej Grace Kelly, który tak starannie pielęgnuje.

– No to chyba cię zmartwię – mruknęła Ella. Nie odrywała wzroku od Zapłakanej Wdowy. – To już nie Grace Kelly, teraz raczej przypomina Godzillę. Zanim tu dotrze, chciałabym się o coś założyć. Stawiam pięć dolarów na to, że ze złości będzie chciała spoliczkować Lucy.

– Moim zdaniem raczej chluśnie jej w twarz winem – rzuciła Hanna. – To bardziej dramatyczne.

– Zakład! – szepnęła Ella.

– Uspokójcie się obie – skarciła je Lucy. – Przecież nie wygłupi się tutaj, wśród tylu ludzi.

Alicia podeszła do ich stolika i przeszyła Lucy gniewnym wzrokiem.

– To wszystko pani wina! – wrzasnęła. – Jakim prawem wtrącała się pani w moje życie? Cholerna suka! Za kogo się pani uważa, do cholery?

– Pani Gatley, ja tylko wykonywałam swoją pracę – zauważyła Lucy. – Jak zapewne pani wiadomo, firmę Brookhouse zatrudnili prawnicy wypełniający testament pani męża, w którym znalazły się zapisy na rzecz jego dzieci.

– Bernie nigdy mi nie mówił o żadnych dzieciach. Jestem pewna, że wcale ich nie miał. Znaleźliście jakichś nieudaczników w Kanadzie i przekupiliście ich, żeby podali się za jego dzieci, niech pani powie to głośno.

– Bardzo mi przykro, pani Gatley, ale Bernard Gatley miał troje dzieci, dwie córki i syna, z inną kobietą. I to oni w pierwszym rzędzie odziedziczą jego majątek.

– Jeśli ci rzekomi spadkobiercy naprawdę istnieją, w co, szczerze mówiąc, wątpię, są z nieprawego łoża.

– Prawo nie wprowadza tu żadnego rozgraniczenia – tłumaczyła Lucy cierpliwie. – Dzieci są potomkami danej osoby bez względu na to, czy urodziły się w związku formalnym, czy nie. Zresztą w tym wypadku to akurat nie ma znaczenia, bo tak się składa, że pan Gatley był mężem matki trójki spadkobierców, obecnie dorosłych ludzi, którzy pozakładali własne rodziny.

– Nie możecie tego udowodnić – wycedziła Alicia przez ściśnięte gardło.

– Rzecz w tym, pani Gatley, że nasza firma przedstawiła przekonywające dowody, że dzieci pani męża mają prawo do części jego majątku.

– Części? – Alicia podniosła głos i była o krok od krzyku. – Przecież dostaną najlepsze nieruchomości i znaczną część papierów wartościowych!

– Słyszała pani prawników i sędziego. Pierwsza rodzina pana Gatleya ma pełne prawo do części jego majątku.

Ella uśmiechnęła się łagodnie.

– Przecież i pani sporo się dostało.

Alicia przeniosła wzrok na nią.

– Ale to tylko ułamek tego, co powinnam odziedziczyć! Bernie obiecywał, że to ja wszystko dostanę. Jak pani myśli, dlaczego niby za niego wyszłam, do cholery?

Zapadła nagła znacząca cisza. Lucy miała świadomość, że w barze umilkły wszystkie rozmowy.

– Nie wydaje mi się, żeby chciała pani omawiać tak prywatne sprawy w miejscu publicznym – zauważyła miękko.

– Nie waż się kazać mi się zamknąć, suko! – warknęła Alicia. – Skoro Bernie naprawdę miał dzieci, czemu nawet nie przyjechały na pogrzeb?

– Trzy osoby, do których udało mi się dotrzeć w Kanadzie, były małymi dziećmi, gdy ich rodzice się rozstali – wyjaśniła Lucy. – Od lat nie mieli kontaktu z ojcem. Prawda jest taka, że przed laty zostawił rodzinę i nigdy się nimi nie interesował. Myśleli, że już od dawna nie żyje.

– Choć umarł dopiero teraz – podkreśliła Ella radośnie.

– Poświęciłam dwa lata życia, wychodząc za tego dziada. I co mi z tego przyszło? Marnych kilka tysięcy. I to wszystko pani wina.

Alicia najwyraźniej widziała, że Lucy, Ella i Hannah kurczowo zaciskają dłonie na swoich kieliszkach, więc odwróciła się, porwała z sąsiedniego stolika prawie pełną szklankę piwa i chlusnęła nim Lucy w twarz.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wyszła, przeciskając się przez tłum oniemiałych klientów, trzasnęła przeszklonymi drzwiami i znikła w blasku popołudniowego słońca.

Lucy z westchnieniem sięgnęła po jedną z trzech malutkich serwetek na stoliku, żeby zetrzeć sobie piwo z twarzy. Ella i Hannah usłużnie podały jej swoje serwetki.

Mężczyzna, którego piwem posłużyła się Alicia, posłał Lucy przepraszające spojrzenie.

– Przykro mi – zaczął. – Nie miałem pojęcia, o co jej chodzi, póki nie było za późno.

– To nie pana wina – zapewniła Lucy.

– Niezadowolona klientka? – domyślił się. – A przy okazji, mam na imię Carl.

– Nie, to nie była nasza klientka – odparła Ella.

– Po prostu nie umiała przegrać z godnością.

– Mogę zapytać, czym wy się właściwie zajmujecie? – zapytał zaintrygowany.

– Pracujemy w prywatnej firmie detektywistycznej – wyjaśniła Lucy. – W Agencji Brookhouse.

– Super. Panie detektyw? – Carl był wyraźnie zaintrygowany. – Macie broń?

– Nie – odparła Lucy stanowczo. – Detektywami są państwo Brookhouse. My pracujemy w dziale badań genealogicznych.

Carl był zawiedziony, choć starał się tego nie okazywać.

– A czym się właściwie zajmujecie w dziale badań genealogicznych?

– Mówiąc najprościej, naszymi zleceniodawcami są prawnicy reprezentujący bogatych klientów – wyjaśniła Hannah. – Poszukujemy zaginionych spadkobierców i informujemy, że odziedziczyli spadek.

– A czasami odwrotnie – dodała Ella. – Czasami zgłaszają się do nas ludzie przekonani, że należy im się część majątku i proszą, żeby to udowodnić.

– No jasne. – Mężczyzna pstryknął palcami. – Jesteście łowcami dziedziców.

Ella mówiła spokojnie, obojętnie, ale czujnie obserwowała, jak zareaguje Carl. Mało kto zdawał sobie sprawę, że szukanie spadkobierców to zawód, a ci, którzy o tym wiedzieli, często postrzegali to zajęcie jako przykrą stronę pracy detektywistycznej.

Nie ma co ukrywać, w branży rzeczywiście zdarzali się ludzie balansujący na granicy prawa, przekonani, że los się do nich uśmiechnie i odnajdą niczego nieświadomego dziedzica wielomilionowej fortuny. Zadaniem poszukiwacza było nakłonić takiego szczęśliwca, żeby podpisał umowę, wedle której poszukiwacz dostanie część majątku w zamian za podanie źródła niespodziewanego bogactwa. Jednak firma Brookhouse szczyciła się tym, że zawsze trzymała się litery prawa.

– Wygląda na to, że wygrałam – mruknęła Hannah.

– Niby dlaczego? – obruszyła się Ella. – Zapłakana Wdowa zaatakowała Lucy, a to było moje przypuszczenie.

– No tak, ale jej nie uderzyła – zauważyła Hannah.

– Ani nie oblała winem – prychnęła Ella. – Tylko piwem z sąsiedniego stolika.

– To tylko detal techniczny. – Hannah obstawała przy swoim.

Ella uśmiechała się tryumfalnie.

– My w naszej branży wiemy doskonale, jak wielkie znaczenie miewa czasami mały detal techniczny. – Wyciągnęła otwartą dłoń. – Wisisz mi pięć dolarów.

– Przepraszam was bardzo – wtrąciła się Lucy. – Wy tutaj kłóćcie się dalej, ja tymczasem pójdę do domu się spakować.

Podszedł do nich kelner z czystą ściereczką.

– Menadżer prosił, żeby paniom przekazać, że te wina dzisiaj były na koszt firmy.

– Dzięki. – Lucy wzięła ręcznik i spróbowała wytrzeć elegancki kostium. – Chyba dopiszę koszt czyszczenia do wydatków zawodowych.

– Koniecznie – przytaknęła Ella.

Hannah skinęła głową.

– Zdecydowanie.

Kelner pochylił się niżej i ściszył głos.

– Czy mogę zapytać, czym pani ją rozwścieczyła do tego stopnia?

– Niestety, to sprawa poufna – odparła Lucy.

Kelner ze zrozumieniem skinął głową.

– Myśli, że ma pani romans z jej facetem, tak?

Zaskoczona Lucy znieruchomiała ze ściereczką w dłoni.

– Co za bzdura. Niby dlaczego dwie inteligentne kobiety miałyby się bić o faceta?

– To takie staroświeckie, rodem z dwudziestego wieku – dodała Hannah.

– Nie, tutaj chodzi o coś o wiele poważniejszego – dorzuciła Ella.

– No jasne. – Kelner rozpromienił się. – Pieniądze.

– Duże pieniądze – podkreśliła Lucy.

Carl roześmiał się głośno.

– Niech zgadnę. Żadna z was nie jest prawdziwą romantyczką, co?

– Praca nas tego nauczyła – odparła Lucy. – Po pewnym czasie zaczynasz dostrzegać, że każdy ma jakiś cel. A w przypadku znakomitej większości ludzi najwyższe miejsce na liście priorytetów zajmują dwie rzeczy.

– Tak? A jakie? – zainteresował się.

– Pieniądze albo zemsta – wyjaśniła. – Zadziwiające, jak często jedno łączy się z drugim.

– O rany. – Carl był wyraźnie pod wrażeniem. – To mocne słowa.

– Nie – mruknęła. – To ludzka natura. – Wstała od stolika. – A teraz pożegnam się już, na mnie czas.

– Znalazłaś ostatnio jakichś spadkobierców? – zawołał Carl za nią.

– Tak się składa, że owszem. – Lucy zarzuciła sobie torebkę na ramię. – Siebie.

Rozdział 4

Mason Fletcher opierał się o ladę i od niechcenia bawił się kluczem francuskim. Przyglądał się Lucy z zainteresowaniem zmieszanym z odrobiną chłodnej dezaprobaty. To połączenie działało jej na nerwy i zarazem zbijało z tropu.

Najgorsze jednak było to, że Mason wyglądał jeszcze lepiej niż przed trzynastu laty, kiedy odgrywał tak ważną rolę w rozpalonej nastoletniej wyobraźni. Kiedy zobaczyła go, wchodząc do sklepu, w pierwszej chwili zabrakło jej tchu. „Szukałem cię…”

Potężny wilczur, który wynurzył się zza lady, przyglądał się z jej miną zaskakująco podobną do miny Masona. Ten pies nie tylko rozmiarem, ale też wyglądem przypominał dzikiego wilka. Starzejącego się wilka, stwierdziła. Na pysku dostrzegła siwą sierść. A jego ślepia nie były ciemnobrązowe, jak u większości znanych jej psów, tylko orzechowozłociste i niepokojąco przypominały oczy Masona.

– To Joe. – Mason skinął głową w stronę psa.

Spojrzała na niego i wyciągnęła rękę.

– Cześć, Joe.

Joe przez chwilę przyglądał się jej niewzruszonym wzrokiem, aż w końcu doszedł do wniosku, że nie jest ani potencjalnym zagrożeniem, ani ofiarą, obwąchał jej palce i zadowolony, przysiadł. Nieśmiało podrapała go za uszami. Prychnął cicho i polizał jej dłoń.

– Lubi cię – stwierdził Mason. – Zazwyczaj wszystkich ignoruje.

– Bardzo mnie cieszy, że nie skoczył mi do gardła – mruknęła.

– Już od ponad tygodnia nie skoczył nikomu do gardła – zapewnił Mason i podrzucił błyszczący klucz francuski, łapiąc go zwinnie. W jego wykonaniu wydawało się to bajecznie łatwe. – Słyszałem, że przyjechałaś do Summer River, żeby wystawić dom ciotki na sprzedaż.

– Taki mam plan. – Przestała głaskać psa i wyprostowała się.