Droga do piekła - Przemysław Piotrowski - ebook
Opis

Były amerykański żołnierz John Pilar zostaje skazany na śmierć za zamordowanie swojej rodziny w wyjątkowo bestialski sposób. Kat wstrzykuje mu zabójczą mieszankę, ale to nie koniec jego podróży. Po drugiej stronie budzi go odrażająca woń siarki… Jego młodszy brat Lukas, były nowojorski policjant, a dziś zapijaczony detektyw, nie wierzy w jego winę. Odkrywa, że naczelnik więzienia, w którym zginął John, nie ma krystalicznie czystego sumienia. Razem z młodą dziennikarką Rose Parker rozpoczynają prywatne śledztwo i wpadają na trop mrocznego spisku. Z każdym dniem coraz bardziej zagłębiają się w matni pierwotnego zła, niewyobrażalnego okrucieństwa i zdziczałej przemocy. Czy oczyszczą Johna z zarzutów, czy może dokopią się do prawdy tak przerażającej, że nawet samo piekło wydaje się jedynie drobną igraszką? "Droga do piekła" zabierze Cię w otchłań zła, gdzie trupi odór i kwaśna woń śmierci są jedynie finezyjnym zaproszeniem do skrzętnie skrywanej, mrocznej tajemnicy ludzkości. Chcesz spać? Nie czytaj! W nocy koszmary przyjdą na pewno!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 501

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn-Sa­kie­wicz

Pro­jekt okład­ki

Da­riusz Ko­cu­rek

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2016

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 32-348-31-35

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

tekst © Prze­my­sław Pio­trow­ski

ISBN 978-83-7835-532-8

Uko­cha­nej żo­nie Kasi.

Dzię­ku­ję, że je­steś…

PRO­LOG

Aku­rat dziś, gdy tem­pe­ra­tu­ra w mie­ście do­cho­dzi­ła do trzy­dzie­stu ośmiu stop­ni Cel­sju­sza, jemu mu­sia­ła wy­siąść kli­ma­ty­za­cja. A do tego stał w pa­skud­nym po­po­łu­dnio­wym kor­ku na wy­lo­tów­ce do jego wy­ma­rzo­ne­go domu w Hamp­ton Bays, bo do­szło do ja­kie­goś ka­ram­bo­lu, w któ­rym wzię­ło udział aż sześć sa­mo­cho­dów. Przy­naj­mniej tak mó­wi­li w ra­diu i choć on do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę, że me­diom nie moż­na ufać, to aku­rat tym ra­zem mógł za­wie­rzyć mi­łe­mu, choć sta­now­cze­mu gło­si­ko­wi la­ty­no­skiej dzien­ni­kar­ki, Jen­ny Hod­ge, któ­rej au­dy­cji lu­bił słu­chać od za­wsze.

John Pi­lar był przy­zwy­cza­jo­ny do sta­nia w kor­kach, bo no­wo­jor­ska me­tro­po­lia ni­g­dy nie po­tra­fi­ła so­bie z nimi po­ra­dzić raz a do­brze. Dla­te­go trwa­ją­cy kil­ka go­dzin po­wrót do domu nie był dla nie­go czymś wy­jąt­ko­wym. Tym bar­dziej że przez ostat­nie trzy lata mu­siał na suk­ces ha­ro­wać jak wół. Cza­sem na­wet nie opła­ca­ło mu się wra­cać do domu i zo­sta­wał w jed­nym ze swo­ich klu­bów fit­ness na noc, co jego żonę Lisę do­pro­wa­dza­ło do sza­łu. Ko­chał ją bar­dzo, po­dob­nie jak trój­kę swo­ich dzie­ci. Dwu­na­sto­let­ni Tim był pa­sjo­na­tem lot­nic­twa, dzie­wię­cio­let­nia Na­ta­lia ko­cha­ła pra­ce w ogród­ku, a czte­ro­let­nia Lau­ra po­tra­fi­ła już śpie­wać jak mała gwiaz­da es­tra­dy. Po pro­stu cu­dow­ne dzie­cia­ki, uwiel­biał z nimi prze­by­wać i czuł, że jego cią­gła nie­obec­ność jest dla nich uciąż­li­wa. Przez lata tłu­ma­czył so­bie, że wszyst­ko to robi z my­ślą o żo­nie i dzie­ciach. To dla nich za­su­wał w po­cie czo­ła w Afga­ni­sta­nie, Ira­ku czy Sy­rii, gdzie prze­szedł praw­dzi­we pie­kło. To dla nich ty­rał wśród nie­wi­dzial­ne­go i cza­ją­ce­go się za każ­dym ro­giem wro­ga. Dla nich wresz­cie zo­stał od­zna­czo­ny Srebr­ną Gwiaz­dą i Pur­pu­ro­wym Ser­cem, gdy po jed­nej z ak­cji do­stał się do ta­lib­skiej nie­wo­li. Pod­da­wa­ny bru­tal­nym tor­tu­rom, nie ugiął się jed­nak przed żą­da­nia­mi wro­ga i w koń­cu do­cze­kał się ko­le­gów z SE­ALs’ów, któ­rzy wy­ra­to­wa­li go z opre­sji. Ko­chał swój kraj, był pa­trio­tą. Ro­dzi­nę sta­wiał jed­nak za­wsze na pierw­szym miej­scu. Dla­te­go zre­zy­gno­wał. Za żonę i dzie­ci był w sta­nie od­dać ży­cie i gdy­by sam dia­beł ze­chciał mu ich ode­brać, on ru­szył­by za nim do cze­lu­ści jego kró­le­stwa, aby do­paść ro­ga­te­go skur­wy­sy­na i wy­rwać z jego szka­rad­nych szpo­nów swo­ich naj­bliż­szych.

Od czte­rech lat nie la­tał już na mi­sje. Gdy uro­dzi­ła się Lau­ra, żona po­sta­wi­ła mu ul­ti­ma­tum: albo zo­sta­je w kra­ju, albo niech je­dzie i już nie wra­ca. Do tej pory nie był pew­ny, czy mo­gła­by go opu­ścić, bo choć wie­dział, że każ­dy jego wy­jazd był dla niej praw­dzi­wą ge­hen­ną, to ni­g­dy nie zwąt­pił w jej mi­łość. Zde­cy­do­wał zo­stać. Prze­kal­ku­lo­wał, że z małą po­mo­cą ban­ku za za­ro­bio­ne na wo­jacz­ce pie­nią­dze jest w sta­nie otwo­rzyć dwie si­łow­nie. Jed­ną po­sta­wił w Rid­ge­wo­od, a dru­gą w Bri­gh­ton Be­ach. Tra­fił świet­nie i już po dwóch la­tach do­ło­żył jed­ną na Gre­en­po­in­cie i ko­lej­ną, swo­ją pe­reł­kę, na man­hat­tań­skim SoHo. Dzię­ki temu w koń­cu mógł się wy­pro­wa­dzić z cen­trum i wy­je­chać na przed­mie­ścia, wy­bie­ra­jąc osta­tecz­nie nie­wiel­ką po­sia­dłość w Hamp­ton Bays. No i speł­nić nie­do­ści­gnio­ne przez lata ma­rze­nie – spra­wić so­bie wy­ma­rzo­ne­go For­da Mu­stan­ga Shel­by GT 500. Co praw­da za­wsze śnił o kla­sy­ku z 1967 roku, ale na ten mo­del jesz­cze nie było go stać. Ku­pił so­bie za­tem eg­zem­plarz pro­sto z sa­lo­nu, rocz­nik 2016. Dra­pież­ny, lśnią­cy w pie­kiel­nym słoń­cu jak czar­ny dia­ment, wy­glą­dał ma­gicz­nie. Za­wsze czuł się w nim bo­sko. Do dziś…

Nie pa­mię­tał ta­kie­go upa­łu, od kie­dy za­miesz­kał w No­wym Jor­ku, przed dwu­dzie­stu laty. Pra­wie czter­dzie­ści kre­sek w tej be­to­no­wej dżun­gli było dla prze­cięt­ne­go miesz­kań­ca męką nie­mal nie do zniesie­nia. Po­tra­fił prze­trwać po­dob­ne, a na­wet wyż­sze tem­pe­ra­tu­ry pod­czas mi­sji, i to w peł­nym umun­du­ro­wa­niu, ale na pu­sty­ni po­wie­trze nie było tak wil­got­ne. Na Man­hat­ta­nie czy Bro­okly­nie po pro­stu nie da­wa­ło się od­dy­chać. Bur­mistrz zde­cy­do­wał na­wet, aby spe­cjal­ne gru­py roz­wo­zi­ły po uli­cach dar­mo­wą wodę, bo lu­dzie naj­zwy­czaj­niej w świe­cie mdle­li z prze­grza­nia i od­wod­nie­nia or­ga­ni­zmu.

On, jak na złość, nie za­opa­trzył się w ko­lej­ną bu­tel­kę przed wjaz­dem na eks­pre­sów­kę i te­raz usy­chał w swo­im pięk­nym, wy­po­le­ro­wa­nym czar­nym mu­stan­gu, któ­ry chło­nął pro­mie­nie pra­wie jak ba­te­ria sło­necz­na. W środ­ku po­jaz­du było już pra­wie sie­dem­dzie­siąt stop­ni, jego ciem­no­sza­ra ko­szu­la od Hugo Bos­sa, mo­kra od potu, le­pi­ła się do cia­ła, po­tę­gu­jąc dys­kom­fort. John po­tra­fił opa­no­wać swo­je emo­cje nie­mal w każ­dej sy­tu­acji, ale tym ra­zem nie wy­trzy­mał i kil­ka­krot­nie ude­rzył we­wnętrz­ną czę­ścią dło­ni w górę kie­row­ni­cy, rzu­ca­jąc przy oka­zji siar­czy­ste „kur­wa mać”.

Po­czuł pie­cze­nie w za­schnię­tym gar­dle. Wie­dział, że jego or­ga­nizm po­wo­li za­czy­na się od­wad­niać. Mu­siał się cze­goś na­pić i gdy otwo­rzył drzwi po­jaz­du, aby spró­bo­wać szczę­ścia i za­py­tać któ­re­goś ze współ­to­wa­rzy­szy nie­do­li, czy może ma od­stą­pić bu­tel­kę wody bądź ja­kie­go­kol­wiek na­po­ju, sto­ją­cy przed nim sta­ry gra­fi­to­wy ca­dil­lac ru­szył z miej­sca i po­wo­li za­czął przy­spie­szać.

John prze­krę­cił klu­czyk i de­li­kat­nie wci­snął pe­dał gazu. Głę­bo­ki po­mruk pra­wie sze­ścio­li­tro­we­go sil­ni­ka o mocy 662 koni me­cha­nicz­nych znów za­brzmiał pięk­nie, ale nie dane mu było się roz­krę­cić, bo za kil­ka­na­ście se­kund wszyst­kie po­jaz­dy raz jesz­cze sta­nę­ły w bez­ru­chu. Jen­ny Hod­ge po­now­nie za­ko­mu­ni­ko­wa­ła, że ko­rek ma pra­wie sie­dem ki­lo­me­trów i po­li­cja mimo szcze­rych chę­ci nie bę­dzie w sta­nie do­pro­wa­dzić dro­gi do peł­nej prze­pu­sto­wo­ści szyb­ciej niż za kil­ka go­dzin. Dla­te­go John, nie chcąc się dłu­żej de­ner­wo­wać, pew­nym ru­chem otwo­rzył drzwi i wy­sko­czył z sa­mo­cho­du. Zro­bił kil­ka kro­ków i za­trzy­mał się przy sta­rym ca­dil­la­cu. W środ­ku sie­dział ob­fi­tych roz­mia­rów Mek­sy­ka­nin, któ­re­go nie­mal całe ra­mio­na po­kry­te były ta­tu­aża­mi. Wi­dząc pu­ka­ją­ce­go w szy­bę go­ścia, de­li­kat­nie ją uchy­lił.

– Coś nie tak? – za­py­tał, rzu­ca­jąc w kie­run­ku Joh­na pew­ne sie­bie spoj­rze­nie.

– Wszyst­ko gra, ko­le­go. Sia­dła mi kli­ma, a do tego nie ku­pi­łem nic do pi­cia i cho­ler­nie mnie su­szy. Po­mo­żesz, czło­wie­ku?

Gru­by Mek­sy­ka­nin raz jesz­cze zer­k­nął spode łba na Pi­la­ra i lek­ko kiw­nąw­szy gło­wą, się­gnął na tyl­ne sie­dze­nie i wy­cią­gnął pół­to­ra­li­tro­wą bu­tel­kę Aqu­afi­ny.

– Pięć do­lców – rzu­cił krót­ko, nie­co bar­dziej uchy­la­jąc szy­bę.

John, nie­co za­sko­czo­ny ob­ce­so­wo­ścią roz­mów­cy, wy­jął port­fel i wy­cią­gnął dzie­sięć, bo tyle aku­rat miał w naj­mniej­szym no­mi­na­le.

– We­zmę dwie – po­wie­dział i wy­cią­gnął bank­not w kie­run­ku Mek­sy­ka­ni­na, któ­ry szyb­kim ru­chem chwy­cił pa­pier i od razu prze­ka­zał bu­tel­kę z wodą.

– Nie mam wię­cej, resz­ty też. Na zdro­wie, chło­pie – od­po­wie­dział i se­kun­dę póź­niej szy­ba jego ca­dil­la­ca się do­mknę­ła.

– Dzię­ki – lek­ko iro­nicz­nie od­po­wie­dział już do sie­bie John.

Mimo że Mek­sy­ka­nin nie na­le­żał do naj­bar­dziej otwar­tych, Pi­lar i tak był za­do­wo­lo­ny, że uda­ło mu się zdo­być to, cze­go pra­gnął. Od­krę­cił za­kręt­kę i po­cią­gnął kil­ka moc­nych ły­ków, jesz­cze za­nim skie­ro­wał się do wła­sne­go po­jaz­du.

Gdy po­now­nie usiadł za kie­row­ni­cą, nie­chęt­nie spoj­rzał w koń­cu na przy­mo­co­wa­ny koło ra­dia te­le­fon. Cze­ka­ła go roz­mo­wa, któ­rej od kil­ku­dzie­się­ciu mi­nut za wszel­ką cenę sta­rał się unik­nąć. Dziś już raz po­kłó­cił się z żoną, przed wyj­ściem do pra­cy. Sprzecz­kę wi­dział na­wet są­siad, Pat Hut­chin­son – sta­ry, zgrzy­bia­ły i cho­ler­nie wścib­ski szef sie­ci bro­oklyń­skich deli, któ­re­go John po pro­stu nie lu­bił. Nie­ste­ty, po tym, co po­wie­dzia­ła w ra­diu Jen­ny Hod­ge, nie miał wyj­ścia i mu­siał w koń­cu za­dzwo­nić do żony. Wie­dział, że nie zdą­ży do domu na uro­dzi­ny Lau­ry, a Lisa znów mu nie od­pu­ści. Czy zro­zu­mie, że tym ra­zem był wy­pa­dek, a on wpa­ko­wał się w kil­ku­ki­lo­me­tro­wy ko­rek? Wąt­pił w to. Ostat­nio znów miał wię­cej pra­cy i by­wał go­ściem we wła­snym domu, co nie naj­le­piej wpły­wa­ło na ich re­la­cje. Dziś przed wyj­ściem obie­cał jed­nak, że na pew­no do­trze na szó­stą. Nie­po­trzeb­nie, bo te­raz już był pew­ny, że nie wró­ci wcze­śniej niż po ósmej, może na­wet po dzie­wią­tej.

Się­gnął po te­le­fon i klik­nął szyb­kie wy­bie­ra­nie. Na ekra­nie po­ja­wił się na­pis „Tul­czyn­ka”. Lu­bił tę ksyw­kę żony. Przy­le­pił ją, gdy się po­zna­li, bo Lisa za­wsze i wszę­dzie uwiel­bia­ła się wtu­lać w jego umię­śnio­ne ra­mio­na. A naj­bar­dziej, gdy wra­cał po mi­sji cały i zdro­wy. Prze­tarł chu­s­tecz­ką czo­ło i szy­ję, cze­ka­jąc, aż żona od­bie­rze te­le­fon i gdy w koń­cu usły­szał krót­kie: „Hej, skar­bie”, przez mo­ment po­my­ślał, że może tym ra­zem Lisa przyj­mie jego tłu­ma­cze­nia.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­tał, jak­by chciał mak­sy­mal­nie od­da­lić wy­zna­nie gorz­kiej praw­dy.

– Tak. Wra­casz już?

– Tak, ale sto­ję w kor­ku, skar­bie. Naj­pew­niej tro­chę się spóź­nię.

– W ja­kim kor­ku? Na­wet nie mów, że w tym, o któ­rym my­ślę… – Ton gło­su Lisy zmie­nił się bły­ska­wicz­nie.

– Tak, ko­cha­nie. Pech chciał, że…

– Wiesz, że nie spóź­nisz się kwa­drans czy pół go­dzi­ny. – Żona nie dała Joh­no­wi do­koń­czyć. – Sły­sza­łam w ra­diu. No, cho­le­ra, John! Z tobą tak za­wsze.

– Skar­bie, zro­bię co w mo­jej mocy, aby przy­je­chać jak naj­szyb­ciej. Wiesz, że bar­dzo mi na tym za­le­ży.

– Ech, za­wsze to samo, John, za­wsze to samo. Chwi­lę po­cze­kam z tor­tem, ale wiesz, że dzie­cia­ki ju­tro idą do szko­ły…

– Wiem, prze­pra­szam. Za­dzwo­nię, jak tyl­ko wy­ja­dę z tego pie­przo­ne­go kor­ka. Ko­cham cię, Lisa.

– Po­śpiesz się, John.

Miły i dźwięcz­ny głos żony tym ra­zem za­brzmiał tak, że John od razu po­czuł ukłu­cie wy­rzu­tów su­mie­nia. Przy­ga­szo­ny, za­wie­dzio­ny, jak­by apa­tycz­ny. Lisa nie wie­rzy­ła, że jej mąż wró­ci i ra­zem z dzieć­mi zdmuch­ną świecz­ki, że spę­dzą wspól­nie uro­dzi­ny naj­młod­szej có­recz­ki i wszy­scy będą się cie­szyć ro­dzin­nym spo­tka­niem. Wie­dzia­ła, po­dob­nie jak on, że Lau­ra bę­dzie py­tać, dla­cze­go nie ma taty.

John po­now­nie ude­rzył dłoń­mi w kie­row­ni­cę i za­ci­snął na niej pal­ce tak, że aż zbie­la­ły mu kłyk­cie. Kil­ka chwil póź­niej był już spo­koj­ny. Uznał, że nie ma sen­su de­ner­wo­wać się na rze­czy, na któ­re czło­wiek nie ma żad­ne­go wpły­wu. Tego go uczo­no przez lata – trzy­mać ner­wy na wo­dzy. Na­wet w naj­bar­dziej stre­su­ją­cych i roz­pacz­li­wych sy­tu­acjach, z któ­rych wy­da­wa­ło­by się, że nie ma wyj­ścia. Opa­no­wa­nie emo­cji to była pod­sta­wa, aby w jed­nym ka­wał­ku wró­cić z mi­sji. A to prze­cież tyl­ko głu­pi ko­rek. Kur­wa, ko­rek, przez któ­ry znów za­wie­dzie żonę i dzie­ci…

John po­now­nie chwy­cił chu­s­tecz­kę i prze­tarł nią spo­co­ną twarz. Miał głę­bo­ko osa­dzo­ne, ciem­no­brą­zo­we oczy, dłu­gi, nie­co prze­krzy­wio­ny nos i wy­dat­ną szczę­kę z do­łecz­kiem na bro­dzie, któ­ry za­wsze był w sta­nie nie­co ujarz­mić su­ro­we, żoł­nier­skie ob­li­cze. Jego apa­ry­cja i kon­kret­na po­stu­ra za­wsze po­wo­do­wa­ły, że lu­dzie mie­li do nie­go wię­cej sza­cun­ku, więc aby odro­bi­nę ocie­plić swój wi­ze­ru­nek, John czte­ry lata temu za­pu­ścił wło­sy. Wcze­śniej, gdy jeź­dził na mi­sje, co­dzien­nie go­lił gło­wę. To był jego ry­tu­ał, któ­ry po­wta­rzał z naj­wyż­szym na­masz­cze­niem. Gdy na sta­łe wró­cił do ro­dzi­ny, zde­cy­do­wał się na krót­ką, ale kla­sycz­ną mę­ską fry­zu­rę z wło­sa­mi za­cze­sa­ny­mi do przo­du. Trak­to­wał to jako osta­tecz­ną prze­mia­nę. Nie był już żoł­nie­rzem. Zo­stał sta­tecz­nym oj­cem ro­dzi­ny. Doj­rza­łym, roz­waż­nym i opa­no­wa­nym. A przy­naj­mniej ro­bił, co w jego mocy, aby ta­kim być.

Wie­lo­barw­ny wąż se­tek po­jaz­dów znów ru­szył, więc czar­ny mu­stang rów­nież włą­czył się do ru­chu. Przez ko­lej­ne pra­wie trzy go­dzi­ny John mu­siał sta­wać jesz­cze kil­ka­na­ście razy. Słu­chał wia­do­mo­ści, po­tem li­sty prze­bo­jów, wy­wia­du z gwiaz­do­rem New York Giants, znów wia­do­mo­ści, mu­zy­ki. I tak w kół­ko, aż mi­nął miej­sce, w któ­rym do­szło do ka­ram­bo­lu. W tej chwi­li służ­by wszyst­ko już nie­mal ide­al­nie wy­sprzą­ta­ły i je­dy­ny­mi śla­da­mi po wy­pad­ku były czar­ne, dłu­gie śla­dy ha­mo­wa­nia, mi­ga­ją­ce zna­ki ostrze­gaw­cze oraz kil­ka wo­zów po­li­cyj­nych i krzą­ta­ją­cy się po oko­li­cy gli­nia­rze oraz pra­cow­ni­cy po­mo­cy dro­go­wej. Straż po­żar­na i ka­ret­ki za­pew­ne już daw­no wró­ci­ły do swo­ich sie­dzib, roz­bi­te po­jaz­dy zo­sta­ły za­bra­ne na par­kin­gi, a ran­ni uczest­ni­cy ka­ram­bo­lu znaj­do­wa­li się pod opie­ką le­ka­rzy.

Gdy tyl­ko mi­nął ostat­ni ra­dio­wóz, John wci­snął pe­dał gazu tro­chę moc­niej. Z kie­ru­ją­cej na lot­ni­sko Joh­na Fit­zge­ral­da Ken­ne­dy’ego sześć­set sie­dem­dzie­siąt­ki ósem­ki zje­chał na au­to­stra­dę nu­mer dwa­dzie­ścia sie­dem, pro­wa­dzą­cą wprost do Hamp­ton Bays. Ze­gar wska­zy­wał go­dzi­nę siód­mą dzie­sięć, więc przy do­brym wie­trze mógł­by do­trzeć do celu przed dzie­wią­tą. Je­śli do­ci­śnie, może skró­ci ten czas o dwa kwa­dran­se. Dwie i pół go­dzi­ny spóź­nie­nia to wśród miesz­kań­ców obrze­ży No­we­go Jor­ku nie­mal nor­mal­ka, ale nie dla jego uko­cha­nej Lau­ry. Wie­dział, że ona tego nie zro­zu­mie, ale miał na­dzie­ję, że choć go­dzin­kę spę­dzi z żoną i dzieć­mi, za­nim Lisa wszyst­kie za­go­ni do łó­żek.

Pie­kiel­ny upał odro­bi­nę ze­lżał. Na dwo­rze tem­pe­ra­tu­ra wy­no­si­ła już je­dy­nie trzy­dzie­ści dwa stop­nie Cel­sju­sza. John spoj­rzał we wstecz­ne lu­ster­ko, w któ­rym le­ni­wie do snu ukła­da­ło się ża­rzą­ce się na po­ma­rań­czo­wo słoń­ce. Po­pra­wił środ­ko­wym pal­cem czar­ne opraw­ki ulu­bio­nych oakley­ów i moc­niej wci­snął pe­dał gazu. Po­tęż­ny sil­nik wy­dał groź­ny po­mruk, a John po­czuł, jak siła od­środ­ko­wa wpy­cha go w skó­rza­ny fo­tel.

Wy­krę­cił nu­mer do Lisy. Po­cze­kał kil­ka­na­ście sy­gna­łów, ale żona nie od­bie­ra­ła. Była na nie­go aż tak zła? Ech, może po pro­stu ba­wi­ła się z dzieć­mi, świę­tu­jąc uro­dzi­ny naj­młod­sze­go człon­ka ro­dzi­ny, i nie sły­sza­ła sy­gna­łu? Oby to dru­gie.

Wci­snął gaz do de­chy i wy­obra­ził so­bie twarz uśmiech­nię­tej Lau­ry, gdy wrę­czy jej ogrom­ne­go plu­szo­we­go mi­sia, któ­re­go wiózł na tyl­nym sie­dze­niu.

* * *

– Po­śpiesz się, John. – Lisa wci­snę­ła na swo­im smart­fo­nie gu­zik ma­ją­cy na celu roz­łą­cze­nie roz­mo­wy i chwy­ci­ła się za gło­wę.

Prze­tar­ła dło­nią czo­ło. Na­wet nie była już na nie­go zła. Dziś rano czu­ła, że prze­sa­dzi­ła, wy­po­mi­na­jąc mu, że jest sze­fem czte­rech si­łow­ni, a nie może so­bie wziąć wol­ne­go na­wet w dzień, gdy jego naj­młod­sza cór­ka ma uro­dzi­ny. Chcia­ła go prze­pro­sić, ale on znów mu­siał wszyst­ko ze­psuć.

Ko­cha­ła go bar­dzo, ale nie po­tra­fi­ła zmie­nić. Mimo że w koń­cu po la­tach uda­ło jej się na­mó­wić Joh­na do przej­ścia do cy­wi­la, to mia­ła wra­że­nie, że cząst­ka jego du­szy wciąż jest gdzieś poza jej za­się­giem. Po­tra­fił być wspa­nia­łym mę­żem i jesz­cze lep­szym oj­cem, ale cza­sa­mi swo­imi przy­zwy­cza­je­nia­mi i swo­istą nie­za­leż­no­ścią do­pro­wa­dzał ją do roz­pa­czy. Pra­wie wszyst­kie ko­le­żan­ki za­zdro­ści­ły jej ta­kie­go mę­skie­go, sil­ne­go i przy­stoj­ne­go fa­ce­ta. Wie­dzia­ły po­nie­kąd, czym się kie­dyś zaj­mo­wał i co po­świę­cił dla żony. Wi­dzia­ły w nim od­po­wie­dzial­ne­go i opie­kuń­cze­go ojca ro­dzi­ny, a za­ra­zem dra­pież­ne­go i nie­okieł­zna­ne­go żoł­nie­rza, któ­ry w łóż­ku musi wy­pra­wiać cuda. Nie zda­wa­ły so­bie jed­nak spra­wy, że w co­dzien­nym ży­ciu po­tra­fi być part­ne­rem zło­żo­nym, je­śli nie cho­ler­nie trud­nym. Bo o ile w spra­wach po­waż­nych za­wsze moż­na było na nie­go li­czyć, o tyle w drob­nych rze­czach i obo­wiąz­kach, z któ­rych skła­da się co­dzien­ne ży­cie, by­wał nie do znie­sie­nia.

Dziś znów po­ka­zał, że nie moż­na na nim po­le­gać. Obie­cał, że za­ła­twi spra­wy w mie­ście tak, aby naj­póź­niej o szó­stej po­ja­wić się w domu. O tej go­dzi­nie Lisa obie­ca­ła Lau­rze tort i pre­zen­ty, a naj­młod­sza cór­ka od sa­me­go rana nie my­śla­ła o ni­czym in­nym.

– Kie­dy wró­ci tata? – Mała Lau­ra jak­by do­my­śli­ła się, co za­przą­ta gło­wę mamy i chwy­ci­ła Lisę na zwiew­ną su­kien­kę w czer­wo­no-po­ma­rań­czo­wo-żół­te kwia­ty.

– Ta­tuś wró­ci póź­niej, ko­cha­nie. Na dro­dze był wy­pa­dek i stoi w kor­ku. Oba­wiam się, że bę­dzie­my mu­sie­li za­cząć bez nie­go.

– Ale ja chcę za­cze­kać na tatę!

– Tata bę­dzie póź­no, có­ruś. Przy­je­dzie, jak już bę­dziesz mu­sia­ła iść do łóż­ka, więc…

– Ale ja chcę cze­kać. No, mama, nooo… – Dziew­czyn­ka była już bli­ska pła­czu, jej py­za­te po­licz­ki i de­li­kat­ny pod­bró­dek za­czę­ły się trząść jak do­pie­ro co za­sty­gła ga­la­ret­ka.

– Umów­my się tak, Lau­ruś: po­cze­ka­my tro­chę i je­śli tata nie przy­je­dzie, to za­cznie­my bez nie­go. A gdy do nas do­łą­czy, po­zwo­lę ci iść do łóż­ka go­dzin­kę, a może na­wet dwie póź­niej. – Lisa pró­bo­wa­ła per­trak­to­wać z – jak ją cza­sem na­zy­wa­ła – swo­ją małą ter­ro­ryst­ką.

Po­dzia­ła­ło, bo drob­na blon­dy­necz­ka, naj­wy­raź­niej usa­tys­fak­cjo­no­wa­na fak­tem, że dziś bę­dzie mo­gła zo­stać dłu­żej, wy­cią­gnę­ła ręce do mamy. Lisa pod­nio­sła ją i przy­tu­li­ła do pier­si.

– To co, układ stoi? – za­py­ta­ła, aby się upew­nić, czy mała cwa­nia­ra nie szy­ku­je ko­lej­ne­go for­te­lu.

– No do­oobra – wy­mam­ro­ta­ła pod no­sem, a mama znie­nac­ka za­ata­ko­wa­ła usta­mi szy­ję cór­ki i gło­śno wy­dmu­chu­jąc po­wie­trze, za­czę­ła ro­bić ubó­stwia­ne przez Lau­rę „pier­dziosz­ki”, wy­wo­łu­jąc u niej nie­moż­li­wy do opa­no­wa­nia wy­buch śmie­chu.

Po chwi­li sza­lo­nej za­ba­wy Lisa po­sta­wi­ła cór­kę na pod­ło­dze i de­li­kat­nym klap­sem w pupę za­chę­ci­ła, aby do­łą­czy­ła do star­szej sio­stry, oglą­da­ją­cej baj­ki w sa­lo­nie. Lau­ra z uśmie­chem na ustach po­pę­dzi­ła przed sie­bie. Gdy tak prze­bie­ra­ła drob­niut­ki­mi nóż­ka­mi, Li­sie po­pra­wił się hu­mor. Na samą myśl o tej fan­ta­stycz­nej trój­ce za­wsze ro­bi­ło jej się cie­plej na ser­cu. Tim, Na­ta­lia i Lau­ra – trzy cuda, któ­re ko­cha­ła po­nad wszyst­ko na świe­cie.

Ze­ga­rek na wy­świe­tla­czu nie­wiel­kie­go ra­dia wska­zy­wał go­dzi­nę szó­stą czter­dzie­ści sześć, więc po­sta­no­wi­ła, że jesz­cze ogar­nie kuch­nię. Uwiel­bia­ła piec cia­sta i tor­ty, ale zro­bie­nie praw­dzi­we­go ar­cy­dzie­ła, któ­re już w peł­nej go­to­wo­ści cze­ka­ło w lo­dów­ce, wy­ma­ga­ło spo­re­go za­an­ga­żo­wa­nia. A to ozna­cza­ło ba­ła­gan. Do­słow­nie wszę­dzie wa­la­ły się brud­ne przy­rzą­dy, mi­ski z reszt­ka­mi su­ro­we­go cia­sta, uba­bra­na szpa­tuł­ka i sztuć­ce, roz­sy­pa­na mąka czy sko­rup­ki po jaj­kach. Dla­te­go zaj­rza­ła jesz­cze kon­tro­l­nie do sa­lo­nu, w któ­rym Lau­ra z Na­ta­lią sie­dzia­ły po tu­rec­ku na pod­ło­dze i oglą­da­ły ja­kąś baj­kę o pin­gwi­nach, po czym po­now­nie za­ło­ży­ła swój ku­chen­ny far­tu­szek.

Przez ko­lej­ną go­dzi­nę krzą­ta­ła się w kuch­ni, sprzą­ta­jąc po przy­go­to­wa­niach do uro­dzin Lau­ry. Zde­cy­do­wa­ła, że do­ro­bi jesz­cze ulu­bio­ną sa­łat­kę Joh­na z kur­cza­kiem. W koń­cu nie było się o co wście­kać, zwy­kły pech i tyle. Z każ­dą mi­nu­tą złość na męża mi­ja­ła. W su­mie to prze­cież nie była jego wina, że na wy­lo­tów­ce zda­rzył się wy­pa­dek. Za­czę­ła mieć na­wet wy­rzu­ty su­mie­nia, że jest aż taką ego­ist­ką. Prze­cież w ra­diu po­wie­dzie­li, że dwie oso­by zmar­ły, a sie­dem w sta­nie cięż­kim wy­lą­do­wa­ło w szpi­ta­lu. A ona mu­sia­ła go znów zru­gać.

W pew­nym mo­men­cie chwy­ci­ła na­wet za te­le­fon. Prze­szło jej przez myśl, aby za­dzwo­nić do Joh­na i po­wie­dzieć mu, że go ko­cha. Tak po pro­stu. Mę­czy­ło ją to, że po­trak­to­wa­ła go tak oschle. Gdy jed­nak włą­czy­ła swo­je­go iPho­ne’a, a ko­lo­ro­wy ekran roz­bły­snął, po­czu­ła, że coś jest nie tak. Nie po­tra­fi­ła tego jed­no­znacz­nie okre­ślić, ale in­tu­icja ka­za­ła jej skie­ro­wać się czym prę­dzej do sa­lo­nu. Scho­wa­ła te­le­fon do kie­sze­ni dżin­sów, ale na­wet nie zda­jąc so­bie z tego spra­wy, chwy­ci­ła lewą ręką dłu­gi ku­chen­ny nóż. Znów po­czu­ła to nie­przy­jem­ne mro­wie­nie. Jak­by mia­ła szó­sty zmysł, któ­ry pod­po­wia­dał, że coś się w jej oto­cze­niu zmie­ni­ło. Go­rzej, jak­by na­gle bez­pie­czeń­stwo jej i jej dzie­ci zo­sta­ło za­gro­żo­ne.

– Lau­ra, Na­ta­lia? Oglą­da­cie baj­kę? – za­wo­ła­ła, nie­śmia­ło prze­kra­cza­jąc próg kuch­ni. Zro­bi­ła jesz­cze kil­ka kro­ków ko­ry­ta­rzem. – Gdzie je­ste­ście, dziew­czyn­ki? Tim?! – Tym ra­zem krzyk­nę­ła rów­nież w kie­run­ku scho­dów pro­wa­dzą­cych na górę.

Nikt nie od­po­wia­dał.

Gdy we­szła do sa­lo­nu, jej nie­po­kój wzrósł jesz­cze bar­dziej. Dziew­czy­nek nie było, a na ekra­nie te­le­wi­zo­ra wciąż rzą­dzi­ły ja­kieś baj­ko­we pin­gwi­ny. Mia­ła wra­że­nie, że głos był pod­krę­co­ny. Wcze­śniej tego nie za­uwa­ży­ła, bo ra­dio w kuch­ni gra­ło dość gło­śno, a ona była za­ję­ta sprzą­ta­niem i szy­ko­wa­niem sa­łat­ki dla Joh­na. Wzię­ła do ręki pi­lot i przy­ci­szy­ła dźwięk.

– Lau­ra, Na­ta­lia, Ti­mo­thy! Gdzie je­ste­ście, dzie­ci? – Tym ra­zem jej ton wy­ra­żał już wię­cej. Lisa była wy­raź­nie po­de­ner­wo­wa­na. – Nie żar­tu­ję. Pro­szę na­tych­miast zejść!

Wciąż ci­sza. Lisa gwał­tow­nie ru­szy­ła do po­ko­ju obok, na­stęp­nie do ga­bi­ne­tu Joh­na. Dziew­czy­nek i Tima nie było. Wy­bie­gła na po­dwór­ko, ale je­dy­ne, co zo­ba­czy­ła na przy­strzy­żo­nym traw­ni­ku, to rów­no­mier­nie try­ska­ją­cy wodą spry­ski­wacz. Po­dmuch go­rą­ce­go po­wie­trza roz­grzał ją w środ­ku jesz­cze bar­dziej. Czu­ła, jak nie­po­kój za­mie­nia się strach. W jej gło­wie włą­czył się alarm, któ­ry wył co­raz gło­śniej.

Nie cze­ka­jąc ani chwi­li dłu­żej, niż było to po­trzeb­ne do upew­nie­nia się, że po­dwó­rze było pu­ste, za­wró­ci­ła do sa­lo­nu i wciąż wo­ła­jąc dzie­ci, wbie­gła na scho­dy. Po­ko­na­ła je w kil­ka se­kund i zaj­rza­ła do pierw­sze­go po­ko­ju po pra­wej, któ­ry na­le­żał do Tima. Lap­top był włą­czo­ny, ale nikt przed nim nie sie­dział. Strach za­mie­nił się w pa­ni­kę, gdy zo­ba­czy­ła, że za­wsze wi­szą­cy u su­fi­tu od­rzu­to­wiec Loc­khe­ed F22 Rap­tor te­raz pi­ko­wał w dół, trzy­ma­jąc się tyl­ko na jed­nym sznur­ku.

Ty­sią­ce my­śli prze­le­cia­ły jej przez gło­wę. Wy­bie­gła z po­ko­ju i wciąż na­wo­łu­jąc dzie­ci, szarp­nę­ła drzwi po­ko­ju Na­ta­lii. Był pu­sty. Z pręd­ko­ścią bły­ska­wi­cy spraw­dzi­ła ła­zien­kę i po­kój Lau­ry. Ni­ko­go. Te­raz już czu­ła prze­ra­że­nie. To­tal­ną pa­ni­kę. Mia­ła jesz­cze tyl­ko jed­ną szan­sę.

Ru­szy­ła w kie­run­ku swo­jej sy­pial­ni i gdy tyl­ko zbli­ży­ła się do uchy­lo­nych drzwi, po­czu­ła, jak ser­ce pod­cho­dzi jej do gar­dła. Przez uła­mek se­kun­dy uj­rza­ła trój­kę swo­ich dzie­ci. Le­ża­ły na pod­ło­dze, twa­rza­mi do zie­mi. Ich ręce były wy­krę­co­ne i skrę­po­wa­ne na ple­cach, usta za­kle­jo­ne sza­rą ta­śmą. Mat­czy­ny in­stynkt ka­zał jej ru­szyć na ra­tu­nek na­tych­miast. I gdy tyl­ko prze­kro­czy­ła próg, po­czu­ła po­tęż­ny cios w twarz. Siła ude­rze­nia po­wa­li­ła ją na sto­ją­cą obok ko­mo­dę. Nóż wy­padł z jej ręki. Nie zdą­ży­ła się od­wró­cić, gdy po­czu­ła szarp­nię­cie i po chwi­li ktoś ci­snął nią w kie­run­ku lu­stra. Grzmot­nę­ła ca­łym swo­im cię­ża­rem, tak moc­no, że ka­wał­ki roz­bi­te­go szkła wbi­ły jej się w dłoń i lewą część twa­rzy. Z ran po­cie­kła krew. Lisa była oszo­ło­mio­na. Ob­raz stra­cił ostrość. Spró­bo­wa­ła pod­nieść gło­wę, aby móc do­strzec dzie­ci. Za­krwa­wio­ne blond wło­sy za­kry­wa­ły jej jed­nak pole wi­dze­nia. Przez se­kun­dę mia­ła wra­że­nie, że do­strze­gła kon­tu­ry le­żą­cych po­sta­ci, ale wte­dy znów po­czu­ła szarp­nię­cie. Ktoś chwy­cił ją za wło­sy i z po­tęż­ną mocą uniósł w górę. Mia­ła wra­że­nie, że ta dzi­ka siła za­raz ze­rwie jej skalp. Przez prze­świ­ty mię­dzy wło­sa­mi do­strze­gła czar­ną ko­mi­niar­kę. Z jej trzech otwo­rów wy­ła­nia­ły się spę­ka­ne war­gi i dwo­je nie­mal czar­nych oczu. Do­pie­ro te­raz po­czu­ła smród, któ­ry wy­do­by­wał się z ust cięż­ko dy­szą­ce­go nie­zna­jo­me­go. Fe­tor zgni­łe­go al­ko­ho­lu po­mie­sza­ne­go z ja­kimś mek­sy­kań­skim żar­ciem był od­ra­ża­ją­cy. Zwy­mio­to­wa­ła.

– Ty kur­wo pier­do­lo­na – syk­nął czło­wiek w ko­mi­niar­ce i rzu­cił Lisę na łóż­ko.

Spró­bo­wa­ła unieść gło­wę, ale raz jesz­cze ude­rzył ją w twarz, roz­bi­ja­jąc łuk brwio­wy. Gdy na chwi­lę stra­ci­ła świa­do­mość, kil­ko­ma zwin­ny­mi ru­cha­mi unie­ru­cho­mił jej ręce i za­kle­ił usta ta­śmą.

– Patrz te­raz, kur­wo. Patrz!

Na­past­nik wy­jął nóż i zbli­żył się do le­żą­ce­go na pod­ło­dze Tima. Bez sło­wa pod­niósł jego gło­wę i głę­bo­kim cię­ciem otwo­rzył tcha­wi­cę, z któ­rej na­tych­miast try­snę­ła ciem­no­czer­wo­na krew, ochla­pu­jąc i na­tych­miast wsią­ka­jąc w zie­lo­ny dy­wan. Lisa za­wy­ła z roz­pa­czy, ale z jej ust wy­do­był się je­dy­nie gar­dło­wy jęk. Na­past­nik trzy­mał za wło­sy gło­wę chłop­ca, któ­ry nie mo­gąc już wy­dać z sie­bie żad­ne­go dźwię­ku, przez chwi­lę spró­bo­wał zła­pać prze­ra­żo­nym spoj­rze­niem wzrok mat­ki. Kil­ka se­kund póź­niej gał­ki oczne po­wę­dro­wa­ły w górę i du­sza Tima od­le­cia­ła do nie­ba.

– Nie, nie, nie­ee!!!

Lisa mio­ta­ła się na łóż­ku, pró­bo­wa­ła krzy­czeć, gdy czło­wiek w ko­mi­niar­ce zbli­żył się do Na­ta­lii. Przy­ci­snął ko­la­nem jej ple­cy do pod­ło­gi i szarp­nął za dłu­gie, roz­pusz­czo­ne wło­sy ko­lo­ru ma­ho­niu, uno­sząc gło­wę dzie­wię­cio­lat­ki do góry. Z za­kle­jo­nych ust nie wy­do­był się ża­den dźwięk, gdy ostrze roz­ci­na­ło de­li­kat­ną skó­rę na gar­dle dziew­czyn­ki. Lisa uj­rza­ła w jej oczach je­dy­nie szok i py­ta­nie: „Dla­cze­go, mamo?”.

W ak­cie de­spe­ra­cji stur­la­ła się z łóż­ka i reszt­ka­mi sił pod­czoł­ga­ła się do ostat­nie­go ży­ją­ce­go dziec­ka. Pró­bo­wa­ła bła­gać o li­tość, ale z za­kle­jo­nych ust nie mo­gło wy­do­być się żad­ne sło­wo prócz nie­ar­ty­ku­ło­wa­nych dźwię­ków to­tal­ne­go prze­ra­że­nia. W koń­cu na­past­nik uniósł gło­wę ma­leń­kiej Lau­ry, któ­ra dziś mia­ła zdmuch­nąć czte­ry świecz­ki ze sto­ją­ce­go w lo­dów­ce tor­tu.

– Patrz, kur­wo!

Krzyk roz­pa­czy, któ­ry chciał się wy­rwać z ser­ca mat­ki, był ni­czym roz­dzie­ra­ją­cy sa­wan­nę ryk ran­nej lwi­cy, któ­ra musi przy­glą­dać się, jak nowy sa­miec alfa za­gry­za wszyst­kie jej mło­de. Pa­trzy­ła na mor­der­cę jej dzie­ci wzro­kiem peł­nym prze­ra­że­nia, żalu i nie­do­wie­rza­nia. Jej cia­ło wiło się w fu­riac­kich spa­zmach, już go nie kon­tro­lo­wa­ła. Czło­wiek w czar­nej ko­mi­niar­ce pu­ścił w koń­cu wło­sy ma­łej Lau­ry i szcze­rząc zęby w szy­der­czym uśmie­chu, ru­szył w kie­run­ku mat­ki. Ukląkł nad nią, chwy­cił za szczę­kę swo­imi wiel­ki­mi dłoń­mi w bia­łych la­tek­so­wych rę­ka­wicz­kach i ści­snął tak, że nie­mal po­gru­cho­tał zęby. Ro­ze­rwał zwią­za­ną pod biu­stem ko­szu­lę, roz­ciął sta­nik i do­brał się do jej pier­si, lu­bież­nie je ugnia­ta­jąc. Szarp­nął za srom z siłą ima­dła, strze­li­ła gum­ka ko­ron­ko­wych maj­tek. Z jego gar­dzie­li wy­su­nął się ob­le­śny ję­zor, prze­su­nął nim po dol­nej war­dze, a Lisa po­czu­ła, jak na jej twarz ska­pu­je cuch­ną­ca śli­na.

Wte­dy usły­sza­ła trzask drzwi. Źre­ni­ce na­past­ni­ka roz­sze­rzy­ły się w pa­ni­ce. Ostat­nie, co uj­rza­ła, to ze­psu­te zęby opraw­cy i za­krwa­wio­ny nóż, któ­ry za­głę­bił się w jej klat­ce pier­sio­wej. Stra­ci­ła przy­tom­ność.

* * *

Czu­ła, że od­pły­wa w nie­skoń­czo­ność. Mia­ła wra­że­nie, że wi­dzi przed sobą świa­tło, a za nim – i była tego pew­na – są jej uko­cha­ne dzie­ci. Sły­sza­ła ich gło­sy. Wo­ła­ły ją. Jak­by z od­da­li, jak­by szep­ta­ły, a jed­no­cze­śnie przy­wo­ły­wa­ły. Echo od­bi­ja­ło się od nie­wi­docz­nych ścian spo­wi­tej mro­kiem ni­co­ści. „Tu je­ste­śmy, chodź do nas, nie zo­sta­wiaj nas” – gło­sy prze­szy­wa­ły jej cia­ło, mia­ła wra­że­nie, że dźwię­czą w każ­dym or­ga­nie. „Nie zo­sta­wiaj mnie, nie od­chodź, bła­gam!” – za­czę­ły się zmie­niać. Już nie brzmia­ły tak de­li­kat­nie i nie­win­nie. Prze­ro­dzi­ły się w mę­ski bas. „Bła­gam cię, do ja­snej cho­le­ry, Lisa!” – ostat­nie zda­nie roz­le­gło się już tak do­no­śnie, że zu­peł­nie za­głu­szy­ło gło­sy dzie­ci.

Lisa znów po­czu­ła prze­szy­wa­ją­cy ból, któ­ry roz­ry­wał jej klat­kę pier­sio­wą. Raz jesz­cze uj­rza­ła ko­lo­ry. Ob­raz był za­ma­za­ny i nie­ostry, ale zro­zu­mia­ła, że znów jest w sy­pial­ni. Po­nad nią mi­ga­ły kon­tu­ry ja­kiejś po­sta­ci. Po­zna­ła, to był John. W ręce trzy­mał nóż, któ­ry po chwi­li upadł na zie­lo­ny dy­wan. Po­czu­ła, jak po­tęż­na siła znów ją przy­tła­cza. Znów coś gnio­tło jej klat­kę pier­sio­wą. Przez chwi­lę wi­dzia­ła twarz męża, któ­re­go bła­ga­ją­cy głos tym ra­zem sta­wał się co­raz cich­szy. Znów zwy­mio­to­wa­ła. Mie­sza­ni­na krwi i plwo­cin zbry­zga­ła jej twarz, szy­ję i klat­kę pier­sio­wą. Ciem­no­czer­wo­na po­so­ka wy­le­wa­ją­ca się z ust unie­moż­li­wia­ła od­dy­cha­nie. Już nie sły­sza­ła męża, ob­raz znów stra­cił ostrość. Po­wró­ci­ła w mrocz­ną ni­cość.

1.

John Pi­lar usły­szał tępy dźwięk prze­ska­ku­ją­ce­go zam­ka w swo­jej celi. Kil­ka se­kund póź­niej gru­be sta­lo­we drzwi otwo­rzy­ły się i jego oczom uka­zał się na­czel­nik wię­zie­nia Hunt­svil­le w sta­nie Tek­sas, Ri­chard Bo­wel. Sta­now­czym to­nem wy­wo­łał go z imie­nia i na­zwi­ska i po­in­for­mo­wał, że nad­szedł czas. John pod­niósł się z be­to­no­wej pry­czy i wziął głę­bo­ki od­dech. Ręce i nogi były sku­te ma­syw­ny­mi kaj­da­na­mi po­łą­czo­ny­mi przez dłu­gi łań­cuch. Cią­żył mu, jak za­wsze, mimo to ska­za­niec po­wol­nym kro­kiem ru­szył w kie­run­ku wyj­ścia.

Nie byli sami, prócz Bo­we­la w sal­ce znaj­do­wa­ło się jesz­cze pię­ciu straż­ni­ków oraz ka­pe­lan. John znał wszyst­kich do­sko­na­le, przez czte­ry lata wi­dy­wał się z nimi re­gu­lar­nie. Z ka­pe­la­nem Ja­co­bem Saun­der­sem naj­wię­cej cza­su spę­dził w cią­gu ostat­nich kil­ku dni. Za­nim łań­cu­chy znów zło­wro­go za­brzę­cza­ły i Pi­lar ru­szył za na­czel­ni­kiem, zdą­żył jesz­cze rzu­cić krót­kie spoj­rze­nie w kie­run­ku księ­dza. Oj­ciec Saun­ders je­dy­nie de­li­kat­nie kiw­nął gło­wą.

Dzie­więć me­trów, któ­re mu­siał po­ko­nać, aby do­trzeć do celu swo­je­go prze­zna­cze­nia, były naj­dłuż­szy­mi w jego ży­ciu. Kre­mo­wa, błysz­czą­ca, su­ro­wa po­sadz­ka pro­wa­dzi­ła go do ko­mo­ry, w któ­rej już za nie­ca­łe trzy­dzie­ści mi­nut do­ko­na swo­je­go mar­ne­go ży­wo­ta. Jego oczy ła­pa­ły po­je­dyn­cze de­ta­le: ozna­cze­nia na rę­ka­wach straż­ni­ków, brzę­czą­ce kaj­dan­ki przy ich pa­skach, za­gnie­ce­nia na nie­mal per­fek­cyj­nie wy­pra­so­wa­nych mun­du­rach. Miał wra­że­nie, że każ­da se­kun­da nie­sie ze sobą tyle war­to­ści, że moż­na ją do­świad­czać i kosz­to­wać na ty­sią­ce spo­so­bów, któ­rych do tej pory nie był na­wet w sta­nie so­bie wy­obra­zić. Jego czas już się jed­nak koń­czył. Ser­ce za­bi­ło mu moc­niej, a jego cia­ło prze­szedł nie­przy­jem­ny dreszcz, gdy raz jesz­cze usły­szał szczęk zam­ka, tym ra­zem drzwi do ko­mo­ry śmier­ci. Mia­ły mor­ski, de­li­kat­ny, choć chłod­ny ko­lor. Wy­glą­da­ły nie­win­nie i gdy­by nie fakt, że do­sko­na­le wie­dział, co się za nimi znaj­du­je, ni­g­dy by nie po­my­ślał, że będą ostat­ni­mi, ja­kie zo­ba­czy.

Zresz­tą dziś wszyst­ko było „ostat­nim”. Ostat­ni te­le­fon, ostat­ni po­si­łek, ostat­nie spoj­rze­nie w słoń­ce. Sta­rał się ce­le­bro­wać każ­dą tę czyn­ność. Nie bał się śmier­ci, ale wie­dział, że opusz­cza do­cze­sny świat, nie do­ko­naw­szy ze­msty. Po­twór, któ­ry z zim­ną krwią za­szlach­to­wał jego żonę i trój­kę uko­cha­nych dzie­ci, wciąż naj­pew­niej cho­dził po tym świe­cie. Kto wie, może dziś śmiał się, ma­jąc świa­do­mość, że ich mąż i oj­ciec za­raz do­sta­nie śmier­tel­ny za­strzyk w ko­mo­rze śmier­ci, ska­za­ny za jego czy­ny. To bo­la­ło Joh­na naj­bar­dziej i choć po­go­dził się z tym, że na tym świe­cie nie zdo­ła do­paść opraw­cy ro­dzi­ny, przy­siągł so­bie, że w ko­lej­nym ży­ciu do­rwie go, choć­by miał zejść do naj­głęb­szych cze­lu­ści pie­kła. Bo je­śli ist­nie­je ży­cie po ży­ciu, to ten po­twór prę­dzej czy póź­niej tra­fi wła­śnie tam. A wte­dy John go znaj­dzie.

Mor­skie drzwi były już otwar­te na oścież. John po­wo­li ru­szył do środ­ka, wciąż po­brzę­ku­jąc łań­cu­chem przy­twier­dzo­nym do kaj­dan. Pierw­sze, co rzu­ci­ło mu się w oczy, to ide­al­nie bia­ła po­ściel przy­kry­wa­ją­ca sto­ją­ce na jed­nej, gru­bej no­dze łoże śmier­ci. Po bo­kach zło­wiesz­czo zwi­sa­ły ciem­no­żół­te pasy, któ­ry­mi już wkrót­ce straż­ni­cy przy­pną i unie­ru­cho­mią jego cia­ło, aby wstrzyk­nąć śmier­tel­ną mie­szan­kę.

John na wy­raź­ne po­le­ce­nie na­czel­ni­ka sta­nął, a je­den ze straż­ni­ków, czar­no­skó­ry Jeff Ba­du­ro, roz­piął mu kaj­da­ny. Naj­pierw uwol­nił jego sto­py, na­stęp­nie dło­nie. Za­nim od­szedł, rzu­cił ska­zań­co­wi ostat­nie spoj­rze­nie. Pi­lar wie­dział, co zna­czy­ło. Ba­du­ro nie wie­rzył w jego winę, zresz­tą jak wie­lu in­nych. To była gło­śna spra­wa, któ­ra po­dzie­li­ła cały kraj, i John miał tyle samo prze­ciw­ni­ków, co zwo­len­ni­ków. Nie przy­wią­zy­wał do tego żad­nej wagi, ale ski­nął straż­ni­ko­wi na znak, że zro­zu­miał jego in­ten­cje i chce po­dzię­ko­wać za do­bre trak­to­wa­nie przez ostat­nie lata.

Ska­za­niec ro­zej­rzał się po po­nu­rym po­miesz­cze­niu. Na wprost sta­ła ce­gla­na, po­ma­lo­wa­na na nie­bie­sko ścia­na. Su­ro­wa i zim­na, z pew­no­ścią była świad­kiem se­tek eg­ze­ku­cji. Po jego le­wej ręce znaj­do­wa­ło się lu­stro we­nec­kie, za któ­rym już cze­kał w go­to­wo­ści kat. John nie miał po­ję­cia, kim mógł być. Bia­ły, czar­ny, La­ty­nos, a może Azja­ta, szczu­pły, gru­by, z wą­sem czy bro­dą? Wąt­pił, aby była nim ko­bie­ta, ale i ta­kie­go sce­na­riu­sza nie mógł wy­klu­czyć. Wie­dział je­dy­nie, że oso­ba za szy­bą w od­po­wied­nim cza­sie za­apli­ku­je ko­lej­ne tru­ją­ce środ­ki. Wcze­śniej tech­nik me­dycz­ny wło­ży mu w przed­ra­mię we­nflon, któ­ry pod­łą­czo­ny do pom­py in­fu­zyj­nej za­cznie po­da­wać sól fi­zjo­lo­gicz­ną. Do mo­men­tu, gdy skoń­czy się jego czas. Wte­dy do ak­cji wkro­czy kat, któ­ry wstrzyk­nie do rur­ki śmier­tel­ną mie­szan­kę. Naj­pierw do jego krwio­bie­gu do­sta­nie się tio­pen­tal, któ­ry ma na celu uśpić ska­zań­ca i wy­wo­łać za­paść ukła­du od­de­cho­we­go i krwio­no­śne­go. Po mi­nu­cie zo­sta­nie wpom­po­wa­ny pa­vu­lon, któ­ry zwiot­czy mię­śnie, spo­wo­du­je pa­ra­liż i za­trzy­ma­nie ak­cji od­de­cho­wej. W koń­cu kat wstrzyk­nie chlo­rek po­ta­su, któ­ry ma za za­da­nie za­trzy­mać pra­cę ser­ca. Śmierć, któ­ra przy­cho­dzi po kil­ku mi­nu­tach, zo­sta­nie po­twier­dzo­na na pod­sta­wie wska­zań kar­dio­mo­ni­to­ra. Wte­dy John po­łą­czy się z ro­dzi­ną.

Ta myśl po­pra­wi­ła mu hu­mor. Za­sta­na­wiał się, czy nie jest naj­szczę­śliw­szym ze ska­za­nych tu na śmierć lu­dzi. Za­pew­ne więk­szość była gwał­ci­cie­la­mi, se­ryj­ny­mi mor­der­ca­mi i zwy­rod­nial­ca­mi z naj­gor­szych kosz­ma­rów. I ża­den z tych po­two­rów nie chciał umrzeć. Joh­no­wi było wszyst­ko jed­no, szcze­rze mó­wiąc, do­szedł do eta­pu, że cie­szył się na myśl o po­now­nym po­łą­cze­niu z Lisą, Ti­mem, Na­ta­lią i Lau­rą. Był pe­wien, że na nie­go cze­ka­ją. I choć przez te wszyst­kie lata ob­wi­niał się o ich śmierć, to w tej chwi­li wie­rzył, że przyj­mą go z otwar­ty­mi rę­ka­mi. Wy­ba­czą, że nie zdą­żył do­trzeć, gdy do domu wdarł się agre­sor, nie zdo­łał ich ura­to­wać i oca­lić od nie­wy­obra­żal­ne­go cier­pie­nia. Mo­dlił się o to żar­li­wie każ­de­go dnia. I wie­rzył z ca­łe­go ser­ca, że znów bę­dzie mógł ich ob­jąć, w lep­szym i pięk­niej­szym świe­cie.

Na wy­raź­ne po­le­ce­nie Bo­we­la usiadł na bia­łym jak śnieg prze­ście­ra­dle, a po chwi­li po­ło­żył się na ple­cach. Gdy już znaj­do­wał się w od­po­wied­niej po­zy­cji, z rę­ka­mi roz­po­star­ty­mi na spe­cjal­nych, po­przecz­nych w sto­sun­ku do łóż­ka pod­pór­kach, rów­nym kro­kiem po­de­szło do nie­go czte­rech straż­ni­ków i po ko­men­dzie na­czel­ni­ka chwy­ci­ło za zwi­sa­ją­ce po bo­kach pasy. Przez na­stęp­nych trzy­dzie­ści se­kund z wy­ćwi­czo­ną wpra­wą prze­ło­ży­li je przez koń­czy­ny i tu­łów ska­zań­ca, za­pi­na­jąc je i nie­mal cał­ko­wi­cie unie­ru­cha­mia­jąc jego cia­ło. John po­my­ślał, że jesz­cze szyb­ciej wy­mie­nia­ją opo­ny pod­czas wy­ści­gów For­mu­ły 1. Głu­pie sko­ja­rze­nie…

Je­dy­ną czę­ścią cia­ła, któ­rą mógł jesz­cze po­ru­szać, była gło­wa. Wy­ko­rzy­stał to i ob­ró­cił ją w pra­wo, a jego wzrok spo­czął na sza­rych za­sło­nach, któ­re zwi­sa­ły od su­fi­tu po samą po­sadz­kę. Wie­dział, że już wkrót­ce po raz ostat­ni spoj­rzy w ob­li­cze bra­ta, któ­ry znaj­dzie się wśród kil­ku obo­wiąz­ko­wych świad­ków jego eg­ze­ku­cji. Lu­kas miał pra­wo tam być, bo usta­wo­daw­stwo sta­nu Tek­sas po­zwa­la­ło, aby prócz lo­so­wo wy­bra­nych ob­ser­wa­to­rów ska­za­niec mógł wska­zać swo­je­go kan­dy­da­ta.

Lu­kas był od nie­go młod­szy o czte­ry lata i też wy­brał ży­cie w mun­du­rze. Nie po­szedł jed­nak do woj­ska, a zo­stał po­ste­run­ko­wym no­wo­jor­skiej po­li­cji. Z ra­cji swo­jej pra­cy rzad­ko się wi­dy­wa­li. Łą­czy­ła ich jed­nak moc­na i głę­bo­ka więź. Gdy oka­za­ło się, że pro­ku­ra­tor sta­no­wy oskar­żył Joh­na o po­czwór­ne mor­der­stwo z wy­jąt­ko­wym okru­cień­stwem, młod­szy brat ni­g­dy nie przy­jął tego do wia­do­mo­ści. Tym bar­dziej że w związ­ku z dra­stycz­nym sko­kiem prze­stęp­czo­ści w No­wym Jor­ku wła­dze w maju 2017 roku po­sta­no­wi­ły przy­wró­cić karę śmier­ci, a zbrod­nia o ta­kim cię­ża­rze ga­tun­ko­wym mu­sia­ła skoń­czyć się wy­ro­kiem naj­su­row­szym z moż­li­wych. I tak się sta­ło, John do­stał cza­pę.

We­dług wie­lu ob­ser­wa­to­rów pro­ces miał cha­rak­ter po­ka­zo­wy, a John stał się ko­złem ofiar­nym ma­ją­cym uspo­ko­ić wzbu­rzo­ną po­twor­ną zbrod­nią opi­nię pu­blicz­ną. Trans­mi­to­wa­ły go wszyst­kie te­le­wi­zje w kra­ju, re­la­cje po­ja­wia­ły się w dzie­siąt­kach naj­więk­szych ty­tu­łów pra­so­wych. Żąd­ny sła­wy i wy­jąt­ko­wo am­bit­ny pro­ku­ra­tor oskar­że­nie w więk­szo­ści oparł na po­szla­kach, ale miał w rę­kach je­den twar­dy do­wód – na­rzę­dzie zbrod­ni z od­ci­ska­mi Pi­la­ra. Na nic zda­ły się tłu­ma­cze­nia, że wyj­mu­jąc nóż z klat­ki pier­sio­wej żony, a na­stęp­nie uci­ska­jąc swo­ją ko­szu­lą bro­czą­cą krwią ranę, John pró­bo­wał ją ra­to­wać. In­nych od­ci­sków po­li­cyj­ni tech­ni­cy nie zna­leź­li, więc oskar­żo­ny był z góry na prze­gra­nej po­zy­cji. Pro­ku­ra­tor nie od­pusz­czał i wy­wle­kał przed ławą przy­się­głych wie­le in­nych dzia­ła­ją­cych na nie­ko­rzyść Joh­na fak­tów. We­zwał na świad­ka są­sia­da, któ­ry wi­dział, jak ten, wy­cho­dząc z domu, kłó­cił się z żoną, a z ra­cji tego, że ich mał­żeń­skie sto­sun­ki było w tam­tym cza­sie na­pię­te, do sprze­czek do­cho­dzi­ło sto­sun­ko­wo czę­sto. Fakt, że John cho­dził do psy­cho­te­ra­peu­ty, gdyż po po­wro­cie do cy­wi­la mu­siał przejść obo­wiąz­ko­we ba­da­nia i zdia­gno­zo­wa­no u nie­go de­li­kat­ny ze­spół stre­su po­ura­zo­we­go, też w pro­ce­sie nie po­ma­gał.

Gdy ława przy­się­głych wy­da­ła wy­rok ska­zu­ją­cy, Lu­kas cał­kiem się za­ła­mał. Za­czął mieć w pra­cy pro­ble­my, bo mimo że był mło­dym, ce­nio­nym de­tek­ty­wem z kil­ko­ma na­praw­dę bły­sko­tli­wie roz­wią­za­ny­mi spra­wa­mi na kon­cie, zu­peł­nie za­tra­cił się w ma­te­rii do­ty­czą­cej mor­der­stwa ro­dzi­ny bra­ta. Nie uwie­rzył w winę Joh­na i ro­bił wszyst­ko, aby zła­pać praw­dzi­we­go mor­der­cę. Szef za­bro­nił mu wtrą­cać się w za­mknię­tą spra­wę, w któ­rej wy­da­no już pra­wo­moc­ny wy­rok – wy­rok śmier­ci. Lu­kas nie mógł po­go­dzić się z tym fak­tem i przez ko­lej­ne mie­sią­ce bruź­dził so­bie w pra­cy, aż po roku szef dys­cy­pli­nar­nie go zwol­nił. Mło­dy, o co John miał do nie­go wiel­kie pre­ten­sje, zu­peł­nie się po­gu­bił. Za­czął pić, szwen­dać się po me­li­nach. Sta­czał się w co­raz głęb­szą ot­chłań, bo nie ma­jąc wła­snej ro­dzi­ny, nie mógł li­czyć na po­moc oso­by, któ­ra mo­gła­by za­wró­cić go na pra­wi­dło­wą ścież­kę. Rok temu w koń­cu się opa­mię­tał, gdy pod­czas jed­nej z pi­jac­kich burd w pół­noc­nym Bronk­sie zo­stał po­strze­lo­ny w ko­la­no. Le­ka­rze ura­to­wa­li nogę, ale nie uda­ło im się do­pro­wa­dzić jej do peł­nej spraw­no­ści. Dla­te­go Lu­kas lek­ko ku­lał i choć nie prze­szka­dza­ło mu to zbyt­nio w co­dzien­nym funk­cjo­no­wa­niu, to ewen­tu­al­ny po­wrót do za­wo­du po­zo­sta­wał już je­dy­nie w sfe­rze ma­rzeń. Na szczę­ście uda­ło mu się znów od­na­leźć sens w ży­ciu. Prze­stał pić, po­szedł na te­ra­pię. Zna­lazł rów­nież nową pra­cę, bo wy­ro­bił so­bie li­cen­cję pry­wat­ne­go de­tek­ty­wa. Z prze­szło­ścią w po­li­cji miał w tym za­wo­dzie uła­twio­ny start, szyb­ko zdo­był pierw­szych klien­tów i ja­koś uda­wa­ło mu się wią­zać ko­niec z koń­cem. Ale gdy tyl­ko miał wol­ną chwi­lę, wę­szył i tro­pił, wy­pa­try­wał ja­kie­go­kol­wiek śla­du mor­der­cy ro­dzi­ny star­sze­go bra­ta. John wie­dział, że mło­dy jest upar­ty i na­wet po jego śmier­ci nie za­koń­czy po­szu­ki­wań.

Dziś na­wet z nim o tym dys­ku­to­wał. Miał moż­li­wość wy­ko­na­nia ostat­nie­go te­le­fo­nu. Wy­brał oczy­wi­ście Lu­ka­sa. Roz­ma­wia­li całe re­gu­la­mi­no­we pięt­na­ście mi­nut. John sta­rał się go od­wieść od drą­że­nia te­ma­tu i choć pra­gnął śmier­ci czło­wie­ka w ko­mi­niar­ce, to chciał, aby młod­szy brat w koń­cu uło­żył so­bie ży­cie. Tłu­ma­czył mu, że po­go­dził się ze śmier­cią, a na­wet cie­szy się na fakt, że już dziś znów po­łą­czy się z uko­cha­ną ro­dzi­ną. Mło­dy był jed­nak nie­prze­jed­na­ny. Obie­cał, że prę­dzej spo­cznie w gro­bie, niż po­pu­ści czło­wie­ko­wi, któ­ry wy­rzą­dził tyle zła uko­cha­ne­mu bra­tu, jego żo­nie i trój­ce wspa­nia­łych dzie­ci. Bę­dzie go ści­gał w świe­cie do­cze­snym, aż go do­rwie i wy­śle do pie­kła. Tam od­naj­dzie go John. Wte­dy on do­ko­na swo­jej ze­msty.

Gdy o tym po­my­ślał, jego dło­ni do­tknął oj­ciec Saun­ders. Po­czuł się wy­jąt­ko­wo am­bi­wa­lent­nie, pa­trząc w oczy czło­wie­ka, któ­ry wła­śnie chciał zmó­wić z nim ostat­ni pa­cierz i pro­sić Boga, aby przy­jął grzesz­ni­ka do swo­je­go kró­le­stwa. Prze­cież wła­śnie my­ślał, jak do­pa­da opraw­cę swo­jej ro­dzi­ny choć­by w naj­dal­szych cze­lu­ściach pie­kła. Nie­bo, pie­kło, czy­ściec? Czy to były je­dy­nie pu­ste fra­ze­sy, czy po dru­giej stro­nie rze­czy­wi­ście ist­niał inny świat? My­ślał o tym, gdy ka­pe­lan od­pra­wiał ostat­nie na­masz­cze­nie i mo­dlił się do Boga, aby wy­ba­czył Joh­no­wi wszyst­kie grze­chy. Nie trwa­ło to dłu­go i Pi­lar ock­nął się, gdy oj­ciec Saun­ders za­mknął Bi­blię i raz jesz­cze po­pa­trzył mu w oczy. Wi­dział w jego spoj­rze­niu, że tak­że nie wie­rzy. Choć wie­lo­krot­nie roz­ma­wia­li o zba­wie­niu, to ksiądz ni­g­dy ofi­cjal­nie nie przy­znał się, któ­ra wer­sja jest mu bliż­sza – ta su­ro­we­go wy­mia­ru spra­wie­dli­wo­ści czy ta od po­cząt­ku pa­da­ją­ca z ust Joh­na. Te­raz, le­żąc na łożu śmier­ci, Pi­lar uj­rzał w oczach ka­pe­la­na to, co pod­po­wia­da­ło mu jego ser­ce. Smu­tek i żal, że nie­win­ny czło­wiek za­raz zo­sta­nie po­zba­wio­ny ży­cia. Czło­wiek, któ­ry wy­cier­piał w ży­ciu tyle, że śmierć może być dla nie­go zba­wie­niem.

Kil­ka se­kund póź­niej oj­ciec Saun­ders dał znak na­czel­ni­ko­wi, że wy­peł­nił swo­ją po­win­ność, a Bo­wel ski­nął do czło­wie­ka za drzwia­mi, któ­ry już stał w go­to­wo­ści. Do po­miesz­cze­nia wkro­czył mło­dy męż­czy­zna w zie­lo­nym far­tu­chu i nie­bie­skich la­tek­so­wych rę­ka­wicz­kach. Miał nie wię­cej niż trzy­dzie­ści lat i krót­kie brą­zo­we wło­sy za­cze­sa­ne do przo­du. Nie spoj­rzał w oczy Pi­la­ra i bez sło­wa wziął się do pra­cy. Naj­pierw przez otwór pod lu­strem we­nec­kim wy­cią­gnął po­da­ną mu przez kata rur­kę, na­stęp­nie pod­łą­czył ją do kro­plów­ki, któ­rą za­wie­sił na błysz­czą­cym sta­lo­wym sto­ja­ku. W koń­cu z jed­no­ra­zo­we­go opa­ko­wa­nia wy­cią­gnął igłę i po na­mie­rze­niu głów­nej żyły na we­wnętrz­nej stro­nie le­we­go przed­ra­mie­nia ska­zań­ca wkłuł ją i pod­łą­czył we­nflon, któ­ry na­stęp­nie ze­spo­lił z kro­plów­ką.

Gdy mło­dy tech­nik za­koń­czył pra­cę i opu­ścił po­miesz­cze­nie, John zro­zu­miał, że zo­sta­ło mu pięt­na­ście mi­nut do mo­men­tu, gdy kat za­cznie apli­ko­wać ko­lej­ne tru­ją­ce sub­stan­cje. Teo­re­tycz­nie na­wet te­raz miał szan­sę na uła­ska­wie­nie, gdy­by w ostat­niej chwi­li ode­zwał się je­den z dwóch te­le­fo­nów, od gu­ber­na­to­ra lub pro­ku­ra­to­ra ge­ne­ral­ne­go. Pierw­szy mógł go au­to­ma­tycz­nie uła­ska­wić, dru­gi prze­rwać eg­ze­ku­cję i ją od­ro­czyć, gdy­by po­ja­wi­ły się na przy­kład nowe do­wo­dy świad­czą­ce o nie­win­no­ści ska­zań­ca. John nie wie­rzył jed­nak w taki roz­wój wy­pad­ków na­wet przez uła­mek se­kun­dy.

A tych było co­raz mniej. Od mo­men­tu, gdy tech­nik me­dycz­ny opu­ścił ko­mo­rę śmier­ci, Pi­la­ro­wi zo­stał nie­ca­ły kwa­drans. W po­miesz­cze­niu zo­stał już je­dy­nie oj­ciec Saun­ders i na­czel­nik Bo­wel. John znał pro­ce­du­rę i wie­dział, że już za chwi­lę za­sło­na zo­sta­nie roz­su­nię­ta, a za okra­to­wa­ny­mi okna­mi uj­rzy świad­ków eg­ze­ku­cji, wśród nich swo­je­go młod­sze­go bra­ta. Gdy tyl­ko o tym po­my­ślał, usły­szał ci­chy dźwięk od­sła­nia­nej ko­ta­ry. Prze­krę­cił gło­wę w tym kie­run­ku i za szy­bą doj­rzał kon­tu­ry kil­ku po­sta­ci. Wszyst­kie sta­ły i wpa­try­wa­ły się pro­sto w nie­go. Nie wi­dział do­brze twa­rzy, bo na oknie od­bi­jał się ob­raz jego sa­me­go le­żą­ce­go na łożu śmier­ci. Bra­ta po­znał jed­nak od razu. Lu­kas stał naj­bli­żej szy­by. John do­strzegł jego roz­czo­chra­ne, tłu­ste wło­sy i po­cią­głą, wy­chu­dzo­ną twarz. Wciąż o sie­bie nie dbał. Zno­wu pił? Gdy roz­ma­wiał z bra­tem przez te­le­fon, ten zda­wał się być w cał­kiem nie­złej for­mie. Roz­ma­wia­li prze­cież dłu­go i John wy­czuł­by, gdy­by Lu­kas był pod wpły­wem al­ko­ho­lu albo in­nych środ­ków. Głos naj­wy­raź­niej nie od­da­wał peł­ni…

– Joh­nie Pi­lar… – Głos na­czel­ni­ka ode­rwał go od wzro­ko­we­go kon­tak­tu z młod­szym bra­tem, ska­za­niec od­ru­cho­wo za­mknął oczy. – Na mocy pra­wa sta­nu Tek­sas daję ci moż­li­wość wy­da­nia ostat­nie­go oświad­cze­nia.

Po­wie­ki Joh­na wciąż były za­mknię­te, z jego ust nie wy­do­był się ża­den dźwięk. Czy wła­śnie te­raz po­czuł ukłu­cie lęku? Stra­chu przed nie­od­gad­nio­nym, a za­ra­zem nie­uchron­nym? Te se­kun­dy ci­szy były wręcz bło­gie, ale jed­no­cze­śnie prze­ra­ża­ją­ce. De­lek­to­wał się jed­nak nimi, pod­świa­do­mie od­wle­ka­jąc na­dej­ście nie­unik­nio­ne­go.

– Synu, sły­szysz, co rze­kłem? To two­ja ostat­nia szan­sa, aby coś po­wie­dzieć. – Głos na­czel­ni­ka już nie był tak for­mal­ny, ra­czej spo­koj­ny i pe­łen żalu, przy­po­mi­nał wręcz oj­cow­ski.

– Chciał­bym pro­sić, oj­cze… – John zwró­cił się do ka­pe­la­na, ale prze­rwał, gdy po­czuł, że cia­ło za­czę­ło mu drżeć jak osi­ka, w ustach czuł su­chość, ja­kiej nie do­świad­czył ni­g­dy w ży­ciu. – Je­śli po dru­giej stro­nie cze­ka mnie nie­bo, módl się, oj­cze, aby żona i dzie­ci mi wy­ba­czy­li i przy­ję­li do sie­bie. – Za­wie­sił na chwi­lę głos. – Je­śli jed­nak tra­fię do pie­kła, bo w ży­ciu grze­szy­łem dużo, módl się, oj­cze, abym wy­trzy­mał cier­pie­nie do cza­su, aż za­wi­ta tam mor­der­ca mo­jej ro­dzi­ny.

John wbił za­szklo­ne spoj­rze­nie w za­sko­czo­ne­go wy­stą­pie­niem ka­pe­la­na. Gdy Saun­ders spu­ścił oczy, prze­chy­lił gło­wę w pra­wo i raz jesz­cze spoj­rzał na Lu­ka­sa. Jego twarz była znisz­czo­na, po­prze­ci­na­na bruz­da­mi i zmarszcz­ka­mi. Wy­glą­dał, jak­by miał przy­naj­mniej dzie­sięć, je­śli nie pięt­na­ście lat wię­cej. Pa­trzył mu w oczy przez kil­ka na­stęp­nych se­kund i za­sta­na­wiał się, czy jego młod­szy brat zdo­ła prze­żyć na tym par­szy­wym świe­cie, gdy zo­sta­nie cał­ko­wi­cie sam. John mru­gnął w koń­cu wy­mow­nie po­wie­ka­mi, pra­gnąc się po­że­gnać. Gdy znów chciał spoj­rzeć w su­fit i za­mknąć po­wie­ki, ką­tem oka doj­rzał, jak Lu­kas zbli­ża się do szy­by. Po­ło­żył na niej dłoń, jak­by chciał w ja­kiś te­le­pa­tycz­ny spo­sób na­wią­zać ostat­ni kon­takt.

– Przy­ślę go.

Szept, któ­ry wy­do­był się z jego ust, mógł sły­szeć je­dy­nie on sam. John zdo­łał od­czy­tać prze­kaz z ru­chu warg i choć się tego nie spo­dzie­wał, po­czuł ulgę. Sam nie ro­zu­miał dla­cze­go, ale ogar­nę­ła go nie­wia­ry­god­na pew­ność, że to nie ko­niec jego dro­gi. Już nie bał się śmier­ci.

Chwi­lę póź­niej na wy­raź­ny znak Bo­we­la znaj­du­ją­cy się za we­nec­kim lu­strem kat wstrzyk­nął do rur­ki pięć gra­mów tio­pen­ta­lu. Bar­bi­tu­ran po­wo­li za­czął dzia­łać. Gdy w koń­cu do­stał się do krwio­bie­gu Joh­na, ska­za­niec po­czuł, jak ogar­nia go bło­ga sen­ność. Przez ostat­nie dwa­dzie­ścia se­kund my­ślał już tyl­ko o żo­nie i dzie­ciach. Zro­zu­miał, że już nic in­ne­go nie ma zna­cze­nia. Za­pra­gnął tra­fić do nie­ba.

2.

Od trzech dni Lu­kas nie był trzeź­wy choć­by przez mi­nu­tę. Pił whi­sky od rana do wie­czo­ra, pierw­szy łyk wziął krót­ko po tym, jak opu­ścił mury wię­zie­nia w Hunt­svil­le. Nie mógł się po­wstrzy­mać, a prze­moż­na chęć po­ja­wi­ła się w mo­men­cie, gdy John po raz ostat­ni od­wró­cił wzrok i spoj­rzał w su­fit. Chwi­lę póź­niej za­mknął oczy, a po kil­ku mi­nu­tach jego ser­ce się za­trzy­ma­ło. Krzy­wa wska­zu­ją­ca wy­kres tęt­na star­sze­go bra­ta w pew­nym mo­men­cie sta­nę­ła i za­mie­ni­ła się w li­nię pro­stą, od­czyt nie po­zo­sta­wiał złu­dzeń. Ser­ce Joh­na Pi­la­ra skoń­czy­ło swo­ją dłu­go­let­nią pra­cę, a on umarł.

Gdy tyl­ko Lu­kas prze­kro­czył bra­mę wię­zie­nia, szyb­kim kro­kiem skie­ro­wał się do wy­po­ży­czo­ne­go che­vro­le­ta cru­ze i z pi­skiem opon ru­szył w stro­nę po­bli­skie­go mia­stecz­ka. Na­wet nie pró­bo­wał za­pa­no­wać nad emo­cja­mi, któ­re nim tar­ga­ły. Nie śmiał opie­rać się al­ko­ho­lo­wej żą­dzy, któ­ra do­słow­nie pło­nę­ła w nim ża­rem, któ­re­go nie był­by w sta­nie uga­sić tu­zin za­stę­pów stra­żac­kich. Za­trzy­mał się przy pierw­szym mo­no­po­lo­wym i ku­pił li­tro­we­go jac­ka da­niel’sa. Wsiadł do sa­mo­cho­du i dusz­kiem wy­chy­lił przy­naj­mniej ćwiart­kę bu­tel­ki. Od tam­tej pory przez ko­lej­ne trzy dni nie roz­sta­wał się z jac­kiem ani na chwi­lę.

Tak na­praw­dę nie pa­mię­tał, co dzia­ło się w cią­gu tych sie­dem­dzie­się­ciu dwóch go­dzin. Mie­wał ja­kieś prze­bły­ski z po­dró­ży sa­mo­lo­tem, tak­sów­ki, skle­pu mo­no­po­lo­we­go i bro­oklyń­skiej budy o na­zwie Bul­ly, gdzieś w Bri­gh­ton, w któ­rej spę­dził pierw­szą noc po po­wro­cie z Tek­sa­su. Na­wet nie wie­dział, gdzie wcho­dzi. Gdy tyl­ko wy­siadł z sa­mo­lo­tu na lot­ni­sku Joh­na Fit­zge­ral­da Ken­ne­dy’ego, zła­pał ta­ry­fę, nie po­je­chał jed­nak do domu. Po­pro­sił tak­sów­ka­rza, aby za­trzy­mał się w miej­scu, gdzie po­czu­je po­wiew świe­żej bry­zy i w spo­ko­ju może się na­pić whi­sky. Ten pod­rzu­cił go do jed­nej z knajp, w któ­rych naj­pew­niej był do­ga­da­ny z sze­fem na pro­wi­zję od klien­ta. Lu­kas nie opo­no­wał. Pa­mię­tał tyl­ko, że była dość ob­skur­na, miał jed­nak wi­dok na wodę i to wy­star­cza­ło mu w zu­peł­no­ści. Upił się wte­dy do nie­przy­tom­no­ści i obu­dził nad ra­nem, gdy usły­szał gwar bu­dzą­ce­go się mia­sta.

Zbli­ża­ła się pią­ta rano, a on wciąż sie­dział na wy­słu­żo­nej ka­na­pie, nie mo­gąc od­na­leźć snu. Pierw­szej nocy padł jak kło­da, bo wy­pił ilość, któ­ra pew­nie po­wa­li­ła­by no­so­roż­ca. Od tam­tej pory nie mógł jed­nak prze­spać dłu­żej niż dwie go­dzi­ny. Pi­jac­kie kosz­ma­ry nę­ka­ły go non stop. Wi­dział swo­je­go bra­ta, któ­ry leży bez­wład­nie na ko­zet­ce w tym prze­klę­tym po­ko­ju o nie­bie­skich ścia­nach, wi­dział go przy­pię­te­go do łóż­ka pa­sa­mi, jak­by był ja­kimś cho­rym, zde­ge­ne­ro­wa­nym, nie­bez­piecz­nym psy­cho­lem, któ­re­go trze­ba trzy­mać z dala od resz­ty spo­łe­czeń­stwa. Wi­dział go z pod­pię­tą do ręki rur­ką, któ­rą po­pły­nę­ła śmierć i za­trzy­ma­ła bi­cie jego ser­ca. Kosz­ma­ry na­wie­dza­ły go bez prze­rwy. John pa­lił się ży­wym ogniem, skó­ra do­słow­nie spły­wa­ła z jego czasz­ki i spa­da­ła na po­sadz­kę ni­czym pło­ną­ce pła­ty smo­ły z ża­rzą­cej się po­chod­ni. In­nym ra­zem wstał z łóż­ka i zbli­żył się do szy­by, za któ­rą stał brat. Jego oczy były prze­krwio­ne, a żyły na­brzmia­łe. Lu­kas wi­dział, jak pul­su­je w nich krew, ci­śnie­nie ro­śnie i na­gle całe cia­ło Joh­na za­mie­nia się w mo­zai­kę ty­się­cy gra­na­to­wych ży­łek, aż w koń­cu wy­bu­cha, obry­zgu­jąc po­so­ką całe oto­cze­nie. Gdy tyl­ko za­my­kał oczy, brat znów się po­ja­wiał. I umie­rał na ty­sią­ce róż­nych spo­so­bów.

Na dwo­rze już świ­ta­ło. Dźwię­ki po­li­cyj­nych sy­ren i ka­re­tek, któ­rych w Bro­okly­nie nocą za­wsze było aż nad­to, ustą­pi­ły klak­so­nom sa­mo­cho­dów, dźwię­ko­wi po­cią­gów i śpie­wo­wi pta­ków. Nowy Jork bu­dził się do ży­cia. Lu­kas pod­niósł się cięż­ko z ka­na­py. Po­piół z pa­pie­ro­sa, któ­ry przy­naj­mniej od mi­nu­ty bez­wied­nie spa­lał się w jego pal­cach, spadł na skó­rza­ne obi­cie. Pi­lar prze­klął pod no­sem i kil­ko­ma ru­cha­mi dło­ni strą­cił go na pod­ło­gę, po czym skie­ro­wał się w stro­nę okna. Ża­lu­zje były lek­ko unie­sio­ne i przez szy­bę wkra­da­ły się do jego ka­wa­ler­ki pro­mie­nie le­ni­wie wsta­ją­ce­go słoń­ca.

Wsa­dził pal­ce po­mię­dzy że­ber­ka i po­sze­rzył za­sięg wi­dze­nia. Moc­ne świa­tło nie­mal ośle­pi­ło przy­zwy­cza­jo­ne do mro­ku oczy i Lu­kas cof­nął się o krok. Wró­cił do sto­łu, przy któ­rym sta­ła ka­na­pa, i za­cią­gnąw­szy się po raz ostat­ni, zga­sił peta w wy­ła­do­wa­nej po brze­gi kie­pa­mi po­piel­nicz­ce. Prze­cią­gnął dło­nią po czo­le, za­cze­su­jąc tłu­ste wło­sy na bok, po czym wy­cią­gnął obie ręce i sze­ro­ko się prze­cią­gnął.

Nie spał pra­wie w ogó­le, ale dziś cze­ka­ło go spo­ro pra­cy. Jesz­cze przed wy­jaz­dem na eg­ze­ku­cję umó­wił się z fir­mą po­grze­bo­wą, że przyj­dzie z wi­zy­tą w spra­wie or­ga­ni­za­cji po­chów­ku bra­ta. Cia­ło ze wzglę­dów for­mal­nych mia­ło do­trzeć do­kład­nie po sie­dem­dzie­się­ciu dwóch go­dzi­nach i Lu­kas mu­siał być przy­go­to­wa­ny. Wstęp­nie do­ga­dał się, że po­grzeb od­bę­dzie się za dwa dni. Po­sta­wił jed­nak je­den wa­ru­nek: nikt, ab­so­lut­nie nikt, nie miał pra­wa do­wie­dzieć się, kie­dy i gdzie od­bę­dzie się skrom­na ce­re­mo­nia. Lu­kas wie­dział, że spra­wa mor­der­stwa ro­dzi­ny, o któ­rą pro­ku­ra­tor oskar­żył, a na­stęp­nie za któ­rą sąd ska­zał Joh­na, do dziś roz­pa­la­ła mi­lio­ny w ca­łym kra­ju. Gdy­by ta in­for­ma­cja do­sta­ła się w nie­po­wo­ła­ne ręce, a jesz­cze go­rzej prze­cie­kła do me­diów, to z po­grze­bu bra­ta mógł­by się zro­bić ogól­no­kra­jo­wy cyrk, na któ­rym do gar­deł ska­ka­li­by so­bie jego za­go­rza­li prze­ciw­ni­cy i zwo­len­ni­cy. Chciał tego unik­nąć za wszel­ką cenę, dla­te­go za­pła­cił po­dwój­nie, przy oka­zji zrzu­ca­jąc na fir­mę po­grze­bo­wą prak­tycz­nie wszyst­ko, od kup­na trum­ny po za­ła­twie­nie spo­koj­ne­go i za­cisz­ne­go cmen­ta­rza.

Dziś miał za­miar spraw­dzić, czy cia­ło bra­ta już do­tar­ło. Chciał też uzu­peł­nić wy­tycz­ne, któ­re John prze­ka­zał mu pod­czas ostat­niej roz­mo­wy. Pra­gnął, by po­cho­wa­no go w mun­du­rze ame­ry­kań­skiej ar­mii, ale z pol­ską fla­gą na pier­si. Bo po­mi­mo to, że od lat miesz­kał w No­wym Jor­ku, to pa­mię­tał o swo­ich pol­skich ko­rze­niach. Prze­cież tam się uro­dził i spę­dził lata mło­do­ści. To w Zie­lo­nej Gó­rze ukształ­to­wał się jako chło­pak i do­pie­ro po zda­niu ma­tu­ry zde­cy­do­wał się wy­emi­gro­wać do bab­ci, któ­ra po­nad dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej wy­gra­ła na lo­te­rii zie­lo­ną kar­tę upraw­nia­ją­cą ją do osie­dle­nia się na ame­ry­kań­skiej zie­mi. Zresz­tą po­dob­nie jak Lu­kas, któ­ry przy­je­chał do star­sze­go bra­ta czte­ry lata póź­niej. I też spę­dził za oce­anem ko­lej­nych dwa­dzie­ścia lat.

Wy­glą­dał fa­tal­nie. Wciąż był pi­ja­ny, ale już za­czy­na­ło go su­szyć i czuł, że po­twor­ny kac zbli­ża się nie­uchron­nie. Zmę­cze­nie, spo­wo­do­wa­ne szar­pa­nym snem prze­peł­nio­nym kosz­ma­ra­mi, i fakt, że nie jadł nic kon­kret­ne­go od pra­wie doby, spra­wia­ły, że le­d­wo mógł utrzy­mać się na no­gach. Skie­ro­wał się do lo­dów­ki, w któ­rej od­na­lazł je­dy­nie ket­chup, reszt­kę ma­sła, skra­wek sta­re­go, twar­de­go i ze­schłe­go żół­te­go sera oraz czte­ry jaj­ka. Nie miał więk­sze­go wyj­ścia, więc chwy­cił pa­tel­nię i po­sta­wił ją na pal­ni­ku. Gdy wrzu­cił na nią ostat­ni ka­wa­łek ma­sła, osu­nął się na blat. Wy­czer­pa­ne bra­kiem snu i pi­jac­kim cu­giem cia­ło za­czy­na­ło się bun­to­wać. Lu­kas wy­łą­czył ogień i po­sta­no­wił, że naj­pierw weź­mie prysz­nic i do­pro­wa­dzi się do jako ta­kie­go po­rząd­ku.

Po pół­go­dzi­nie już sie­dział przed te­le­wi­zo­rem, za­ja­da­jąc skrom­ną ja­jecz­ni­cę. Nie­ste­ty, nie miał ani bocz­ku, ani wę­dli­ny, ani na­wet ce­bu­li. Ale i tak nie na­rze­kał. Sma­ko­wa­ła wy­śmie­ni­cie, po­dob­nie jak moc­na kawa, któ­ra była je­dy­nym ar­ty­ku­łem w jego domu, któ­re­go nie mo­gło w żad­nym wy­pad­ku za­brak­nąć.

Prysz­nic, kawa i ja­jecz­ni­ca po­sta­wi­ły go na nogi. Ubrał się i z kie­sze­ni dżin­sów wy­cią­gnął dwie ta­blet­ki aspi­ry­ny od bólu gło­wy. Od lat miał je pod ręką. Bez nich prak­tycz­nie nie był w sta­nie funk­cjo­no­wać, bo mi­gre­ny ata­ko­wa­ły czę­sto i w naj­mniej spo­dzie­wa­nych mo­men­tach. Ale przy­zwy­cza­ił się, trak­to­wał to jak coś nor­mal­ne­go, dla­te­go w kie­sze­ni dżin­sów czy ma­ry­nar­ki za­wsze mu­siał mieć pacz­kę aspi­ry­ny.

Po­łknął dwie sztu­ki i po­pił szklan­ką wody, któ­rą wcze­śniej na­lał so­bie z kra­nu. Wy­łą­czył te­le­wi­zor, w któ­rym ja­kiś dzien­ni­ka­rzy­na opo­wia­dał coś na te­mat spad­ków na Wall Stre­et i od­kła­da­jąc pi­lot, chwy­cił le­żą­cy na sto­le te­le­fon. Zna­lazł od­po­wied­ni nu­mer.

– Dzień do­bry. Wi­ta­my w za­kła­dzie po­grze­bo­wym Ka­ra­wan. Czym mo­że­my słu­żyć? – Po­nęt­ny ko­bie­cy głos przy­wi­tał roz­mów­cę w wy­uczo­ny spo­sób, któ­ry nie­wie­le róż­nił się od tra­dy­cyj­nej au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ki.

– Lu­kas Pi­lar z tej stro­ny. Dziś by­łem umó­wio­ny w spra­wie po­grze­bu mo­je­go bra­ta. Zna­czy się Joh­na Pi­la­ra.

– Prze­łą­czam.

– Ke­vin Row­lins… – Nie­mal na­tych­miast ode­zwał się ni­ski mę­ski głos.

– Lu­kas Pi­lar, ja w spra­wie…

– Joh­na Pi­la­ra, tak, tak, dziś by­li­śmy umó­wie­ni. – Roz­mów­ca po dru­giej stro­nie nie dał do­koń­czyć Lu­ka­so­wi i prze­jął pa­łecz­kę. – Czy mógł­by po­ja­wić się pan… po­wiedz­my oko­ło po­łu­dnia? Mamy dziś spo­ry ruch i…

– Wo­lał­bym jak naj­szyb­ciej. Mam wie­le spraw na gło­wie w związ­ku z po­grze­bem bra­ta.

– Oczy­wi­ście, pro­szę wy­ba­czyć.

– Nic się nie sta­ło, będę u pana w fir­mie kwa­drans po dzie­wią­tej. Do zo­ba­cze­nia, pa­nie Row­lins. – Lu­kas nie prze­dłu­żał, nie chcąc się wda­wać w zbęd­ne uprzej­mo­ści.

Spoj­rzał na ze­ga­rek, było kil­ka mi­nut po ósmej. Przez mo­ment po­my­ślał, aby wziąć sa­mo­chód, ale stwier­dził, że wy­jazd w go­dzi­nach szczy­tu może nie być naj­lep­szym po­my­słem. Z bro­oklyń­skie­go Wil­liams­bur­ga, gdzie miesz­kał, mu­siał do­stać się do Rid­ge­wo­od, więc zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szą opcją było sko­rzy­sta­nie z me­tra. Poza tym we krwi miał jesz­cze na pew­no z pro­mil albo i wię­cej. Gdy­by za­trzy­ma­ła go po­li­cja, to za­miast za­jąć się po­grze­bem bra­ta, mu­siał­by kom­bi­no­wać, jak wy­do­stać się z aresz­tu. Nie znał tych gów­nia­rzy z dro­gów­ki i pew­nie nie miał­by jak się wy­krę­cić. Póź­niej, gdy­by już tra­fił na po­ste­ru­nek, pew­nie sto­sun­ko­wo szyb­ko by go opu­ścił, bo więk­szość sta­rych gli­nia­rzy znał z cza­sów swo­jej pra­cy. Ale nie było sen­su ry­zy­ko­wać, poza tym na dwo­rze zda­wa­ło się być cał­kiem rześ­ko i przy­jem­nie. Po­my­ślał, że spa­cer do­brze mu zro­bi.

Wy­cho­dząc ze swo­je­go wie­żow­ca, przy­wi­tał się ze straż­ni­kiem i ru­szył na za­sta­wio­ny par­king. Wrze­śnio­we słoń­ce do­pie­ro się bu­dzi­ło. Po­ra­nek był chłod­ny, bo ter­mo­metr wska­zy­wał je­dy­nie osiem stop­ni po­wy­żej zera. Lu­kas wy­cią­gnął pa­pie­ro­sa i za­sła­nia­jąc się od wschod­nie­go wia­tru, od­pa­lił go swo­ją ta­nią za­pal­nicz­ką za do­la­ra. Chwi­lę to trwa­ło, bo gaz naj­wy­raź­niej był na wy­czer­pa­niu, ale osta­tecz­nie pierw­sza por­cja dymu wy­peł­ni­ła jego płu­ca.

Lu­kas wsiadł do me­tra na sta­cji Me­tro­po­li­tan Ave­nue. Po­dróż nie trwa­ła dłu­go i już kil­ka mi­nut po dzie­wią­tej był u celu po­dró­ży. Wy­siadł przy Myr­tle–Wy­ckoff, z któ­rej miał jesz­cze oko­ło ki­lo­me­tra do za­kła­du po­grze­bo­we­go, miesz­czą­ce­go się gdzieś na rogu Sześć­dzie­sią­tej i Sześć­dzie­sią­tej Dzie­wią­tej. Głów­na uli­ca Myr­tle Ave­nue była już o tej po­rze peł­na sa­mo­cho­dów i prze­chod­niów. Gwar miej­ski mie­szał się z za­pa­cha­mi oko­licz­nych knaj­pek i po­pu­lar­nych deli, w któ­rych więk­szość bro­oklyń­czy­ków w bie­gu kon­su­mo­wa­ła śnia­da­nie w dro­dze do pra­cy. On nie był spe­cjal­nie głod­ny, ale wstą­pił po dro­dze do jed­ne­go i za­mó­wił moc­ną kawę. Moc­na kawa i moc­ny pa­pie­ros w chłod­ny po­ra­nek – to było to, co trzy­ma­ło go przy ży­ciu. Naj­chęt­niej wy­pił­by jesz­cze zim­ne piwo, ale wie­dział, że je­śli to zro­bi, to chwi­lę póź­niej wy­pi­je kil­ka ko­lej­nych, po­tem wstą­pi do mo­no­po­lo­we­go i kupi whi­sky. Dzień był­by stra­co­ny, a dziś nie mógł so­bie na to po­zwo­lić.

Do bu­dyn­ku, na któ­rym znaj­do­wał się bia­ły szyld z czar­nym du­żym na­pi­sem „Ka­ra­wan”, do­tarł aku­rat w mo­men­cie, gdy koń­czył trze­cie­go już od wyj­ścia z me­tra pa­pie­ro­sa. Pstryk­nął kiep na uli­cę, a ten, po­py­cha­ny co­raz to moc­niej­szy­mi po­wie­wa­mi wia­tru, po­tur­lał się pod je­den z za­par­ko­wa­nych przy uli­cy wo­zów. Lu­kas otwo­rzył prze­szklo­ne drzwi i usły­szał dzwo­nek, ob­wiesz­cza­ją­cy, że klient wła­śnie prze­kro­czył próg.

Wszedł do nie­wiel­kie­go po­miesz­cze­nia, w któ­rym za biur­kiem sie­dzia­ła mło­da blon­dyn­ka w oku­la­rach. Pew­nie to ona ode­bra­ła dziś rano te­le­fon. Wsta­ła i przy­wi­ta­ła się. Była ubra­na w skrom­ną, gra­na­to­wą gar­son­kę.

– Pan Pi­lar? – grzecz­nie za­py­ta­ła go­ścia.

– Tak, by­łem umó­wio­ny.

– Pro­szę za mną.

Lu­kas już nic nie po­wie­dział, tyl­ko ru­szył za se­kre­tar­ką. Jej wy­so­kie ob­ca­sy mia­ro­wo stu­ka­ły o ja­sną po­sadz­kę, a za­pach per­fum uno­sił się w po­wie­trzu. Pi­lar za­zwy­czaj nie przej­mo­wał się swo­im wy­glą­dem czy wo­nią, jaką wy­dzie­la­ło jego cia­ło, ale w tym mo­men­cie po­czuł się odro­bi­nę za­że­no­wa­ny. Zda­wał so­bie spra­wę, że ciu­chy były moc­no prze­siąk­nię­te pa­pie­ro­so­wym dy­mem, a on sam mu­siał zio­nąć al­ko­ho­lem na ki­lo­metr.

Mło­da blon­dyn­ka za­pu­ka­ła do drzwi na koń­cu krót­kie­go ko­ry­ta­rza i, de­li­kat­nie je uchy­la­jąc, za­anon­so­wa­ła klien­ta. Po chwi­li otwo­rzy­ła je na oścież, a Lu­kas, sta­ra­jąc się mi­nąć ją w jak naj­więk­szej od­le­gło­ści, prze­kro­czył próg biu­ra wła­ści­cie­la przy­byt­ku.

– Wi­tam pana, pa­nie Pi­lar. Mam na­dzie­ję, że dro­ga nie była bar­dzo za­kor­ko­wa­na – rzu­cił na przy­wi­ta­nie Row­lins, pod­no­sząc swo­je zwa­li­ste ciel­sko z wiel­kie­go fo­te­la za biur­kiem.

Miał na so­bie nie­co wy­mię­ty gar­ni­tur, któ­ry na pew­no nie na­le­żał do jego naj­now­szych za­ku­pów. Ciem­ny kra­wat w pa­ski był moc­no po­lu­zo­wa­ny, ale dziel­nie zwi­sał, a ra­czej opie­rał się na ogrom­nym brzu­chu wła­ści­cie­la.

– Wi­tam, pa­nie Row­lins. Przy­je­cha­łem me­trem – krót­ko od­po­wie­dział Lu­kas, chcąc dać roz­mów­cy do zro­zu­mie­nia, aby da­ro­wa­li so­bie uprzej­mo­ści i szyb­ko prze­szli do in­te­re­sów. – Mam dziś spo­ro rze­czy na gło­wie i chciał­bym za­ła­twić wszyst­kie spra­wy naj­szyb­ciej jak to moż­li­we.

– Oczy­wi­ście, klient nasz pan. – Row­lins od­po­wie­dział szcze­rze i bez ura­zy, po czym z po­wro­tem roz­siadł się w swo­im wiel­kim, czar­nym fo­te­lu, wcze­śniej wska­zu­jąc Pi­la­ro­wi drew­nia­ne krze­sło obi­te ta­kim sa­mym ma­te­ria­łem jak jego „tron”. Wy­cią­gnął z szu­fla­dy kil­ka do­ku­men­tów, prze­tarł pal­ca­mi wąsa i kon­ty­nu­ował. – Pań­ski brat zo­sta­nie po­cho­wa­ny na cmen­ta­rzu w Wil­liams­bur­gu, tak jak pan so­bie tego ży­czył. W związ­ku z pana spe­cjal­ny­mi in­struk­cja­mi wy­bra­li­śmy go­dzi­nę dwu­na­stą. Więk­szość miesz­kań­ców wte­dy pra­cu­je i nie po­win­no być zbyt wie­lu ga­piów. Po­grzeb od­bę­dzie się za trzy dni.

– Bar­dzo do­brze. Roz­ma­wiał pan z oj­cem Wal­cza­kiem?

– Jak tyl­ko dał mi pan do nie­go te­le­fon. Oczy­wi­ście zgo­dził się po­pro­wa­dzić ce­re­mo­nię. Pro­sił rów­nież, aby pan się z nim skon­tak­to­wał oso­bi­ście.

– Zro­bię to. Jed­nym sło­wem wszyst­ko przy­go­to­wa­ne.

– Jak naj­bar­dziej, pa­nie Pi­lar. Moja fir­ma do każ­de­go klien­ta pod­cho­dzi in­dy­wi­du­al­nie. Oczy­wi­ście urnę z pro­cha­mi pań­skie­go bra­ta prze­cho­wa­my do…

– Za­raz, za­raz – prze­rwał Lu­kas. – Po­wie­dział pan „urnę z pro­cha­mi”?

Ton Pi­la­ra wy­raź­nie za­su­ge­ro­wał, że jest co naj­mniej moc­no za­sko­czo­ny, by nie po­wie­dzieć zszo­ko­wa­ny sło­wa­mi Row­lin­sa.

– Tak, czy coś się nie zga­dza, pa­nie Pi­lar? – Szef Ka­ra­wa­nu po­czuł się zu­peł­nie zbi­ty z tro­pu.

– O ja­kich pro­chach pan mówi? O ja­kiej urnie? – Złość Lu­ka­sa wzbie­ra­ła co­raz sil­niej. – Ja chcę zo­ba­czyć cia­ło mo­je­go bra­ta. Mam na­dzie­ję, że to ja­kiś po­nu­ry żart, bo ina­czej za sie­bie nie rę­czę.

Row­lins sie­dział te­raz jak zbi­ty pies. Po­pro­sił o chwi­lę i po­now­nie za­nu­rzył się w jed­nej ze swo­ich szu­flad. Prze­kła­dał ko­lej­ne do­ku­men­ty, aż w koń­cu wy­cią­gnął ten, któ­re­go szu­kał.

– To po­twier­dze­nie z pod­pi­sem pana Joh­na Pi­la­ra – po­wie­dział z lek­ką nie­pew­no­ścią, jak­by do koń­ca nie był prze­ko­na­ny, czy rze­czy­wi­ście pa­pier po­twier­dza praw­dę. – Tu jest wy­raź­nie na­pi­sa­ne, że pań­ski brat ży­czył so­bie, aby jego zwło­ki zo­sta­ły skre­mo­wa­ne.

Lu­kas łap­czy­wie chwy­cił do­ku­ment i za­czął omia­tać go wzro­kiem. Rze­czy­wi­ście, urzę­do­we pi­smo in­for­mo­wa­ło, że brat de­cy­do­wał się na kre­ma­cję. Było opa­trzo­ne pie­czę­cią i pa­raf­ką na­czel­ni­ka wię­zie­nia w Hunt­svil­le oraz peł­nym pod­pi­sem Joh­na. W rogu wid­nia­ła data: 28 wrze­śnia 2021 roku, wła­śnie tego dnia wy­ko­na­no wy­rok. Pi­lar przez kil­ka­dzie­siąt se­kund wpa­try­wał się w kse­ro­ko­pię do­ku­men­tu, któ­ra – jak prze­ka­zał Lu­ka­so­wi szef za­kła­du po­grze­bo­we­go – zo­sta­ła mu prze­sła­na fak­sem dzień po eg­ze­ku­cji. Nie in­for­mo­wał swo­je­go klien­ta, gdyż z góry za­ło­żył, że musi on wie­dzieć o zmia­nie pla­nów.