Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 342 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Droga do marzeń - Krystyna Mirek

Życie Konstancji sypie się nagle i bez ostrzeżenia. Wychowana w bajce zamożna jedynaczka nagle musi się zmierzyć z brutalną prozą życia. Troski materialne to jednak nie wszystko. Konstancja stanie przed poważniejszym wyzwaniem. W środowisku, w którym wszyscy kłamią musi odnaleźć prawdę. I zbudować swoje życie na nowo.

To opowieść o skomplikowanych życiowych wyborach, tajemnicach przeszłości i prawdziwych, wielkich uczuciach. A także o poszukiwaniu własnej tożsamości, kiedy okazuje się, że nic nie jest takie, jak się przez lata wydawało.

Opinie o ebooku Droga do marzeń - Krystyna Mirek

Fragment ebooka Droga do marzeń - Krystyna Mirek

PROLOG

Jest ‌wiele powodów, dla ‌których poczynają się dzieci. ‌Różne są też w dzisiejszych ‌czasach metody. ‌Konstancja Dobrowolska poczęła się ‌w tradycyjny sposób. ‌Tej nocy, kiedy ‌to się stało, nad ‌krakowskimi ‌Plantami ‌świeciły wszystkie ‌gwiazdy ‌i wiatr ‌szumiał w gałęziach.

Dziewczynka urodziła ‌się zdrowa i śliczna, a jednak ‌kiedy jej tata ‌wynosił ‌zawiniątko ‌z noworodkiem z oddziału ‌położniczego, ‌płakał, a ręce tak mu ‌się trzęsły, ‌że ‌nie mógł nacisnąć pilota ‌na kluczyku samochodowym. ‌W tym samym czasie ‌mama łkała, leżąc ‌w szpitalnym łóżku. ‌Uspokoiła się dopiero po ‌sporej dawce ‌leków.

Dziecko ‌rosło w dość chłodnej ‌atmosferze, choć materialnie ‌niczego mu nie ‌brakowało. ‌To, co ‌miało być początkiem ‌wielkiego szczęścia, ‌stało się pierwszym krokiem ‌do ‌życia w świecie ‌fałszywych ‌uśmiechów i pustych, nieszczerych ‌rozmów. Odkąd Jerzy ‌Dobrowolski ‌przyniósł swoją upragnioną córeczkę ‌do domu, ‌nic już ‌w jego życiu nie ‌było takie, ‌jak dawniej.

ROZDZIAŁ 1

– ‌Ups, przepraszam ‌– ‌zawołała beztrosko ‌Konstancja, sekundę po tym ‌jak ‌wpadła z całą siłą ‌na jakiegoś niepozornego ‌mężczyznę. Ten ‌obrócił ‌się wokół własnej osi, ‌ale zanim zdążył ‌pojąć, co się ‌stało, ona była ‌już ‌daleko.

Miała naprawdę szybkie ‌rolki. A dzisiaj dodatkowo ‌dobry humor niósł ją ‌jak na skrzydłach. ‌Slalomem wymijała spacerujących parkowymi ‌uliczkami ludzi. Słońce prażyło ‌ją prosto w twarz, ‌ale ‌pęd powietrza chłodził policzki, ‌więc czuła ‌się doskonale. ‌Wyjechała z parku na chodnik i ścieżką rowerową szusowała przed siebie. Spieszyła się. Joachim już od godziny czekał na basenie i pewnie był zły.

Ale nie okaże tego – pomyślała butnie. – Zbyt mocno mnie kocha.

Zatrzymała się przed przejściem przez ruchliwą ulicę. Stojący przy krawężniku przechodnie spoglądali na nią z ciekawością. Wyglądała dobrze i wiedziała o tym. Ani jedna kropla potu nie śmiała spłynąć po jej pokrytym najlepszym antyperspirantem ciele. Drogi puder w kremie również trwał niewzruszenie na policzkach, makijaż permanentny dawał poczucie bezpieczeństwa, a zagęszczone w najlepszym salonie rzęsy rzucały zalotne spojrzenia.

Przechodzący chodnikiem chłopak obejrzał się, zafascynowany tak bardzo, że dopiero w ostatniej chwili zauważył stojącą przy krawężniku latarnię i ledwie zdołał ją wyminąć.

Konstancja się uśmiechnęła. Uwielbiała to uczucie. Rzucić tylko jedno starannie wypracowane spojrzenie i mieć pewność całkowitego zwycięstwa. To nieważne, ile lat miał ten mężczyzna, czy był żonaty, zakochany lub zaręczony. Potrzebowała zaledwie kilku chwil, by wywrócić jego życie do góry nogami.

Ile masz lat? – pytało spojrzenie przejeżdżającego obok niej rowerzysty. Ludzie nigdy nie potrafili tego prawidłowo oszacować.

Lubiła mówić, że szesnaście, choć naprawdę miała dwadzieścia trzy. Ale trzeba ją było znać o wiele dłużej, by się tego domyślić. Wszystko można kupić. Także wieczną młodość. Trzeba mieć tylko dużo czasu i górę pieniędzy. Konstancja posiadała jedno i drugie. Wszystko dzięki układowi z rodzicami: ona miała pod dostatkiem czasu, a rodzice pieniędzy.

Światło zmieniło się na zielone i Konstancja przejechała z wdziękiem na drugą stronę ulicy. W plecaku po raz kolejny zadzwonił telefon.

Stęskniony Joachim – domyśliła się i postanowiła nie odbierać. Szkoda czasu. Im szybciej dotrze na miejsce, tym lepiej. Chłopak szybko zapomni o stresie, a ona wynagrodzi mu każdą minutę spóźnienia. Była to jedna z tych rzeczy, które potrafiła robić doskonale.

Spośród wszystkich chłopaków, którzy polowali na córkę bogatego biznesmena już od wczesnych klas szkoły podstawowej, Joachim był pierwszym, którego odważyła się pokochać. Zasadniczo starała się unikać głębszych relacji, po tym jak już w przedszkolu usłyszała, że dzieci tak naprawdę nie lubią jej, tylko zabawki, którymi pozwala się im bawić. Bolało do dzisiaj.

Ale Joachim nie chciał jej zabawek, miał swoje. Nie zależało mu także na znajomościach Jerzego Dobrowolskiego, ponieważ jego ojciec miał takie same, a kto wie, może nawet większe. Po raz pierwszy Konstancja czuła się naprawdę bezpiecznie. Jednak nawet ten udany związek nie odgrywał w jej życiu dominującej roli. Zasadniczo uważała, że miłość to rzecz przereklamowana przez łzawe romanse i filmy, które generują niezłe zyski, ale niewiele mówią o życiu. W realu było to, owszem, nawet dość przyjemne uczucie, przydatne w wielu sytuacjach, ale nie widziała powodu, żeby nadawać mu jakąś szczególną rangę. Miłość to po prostu taki sam składnik życia jak jedzenie, picie czy poranna gimnastyka. Konieczny dla zdrowia i pełni, ale niewart tego, żeby się nim jakoś przesadnie przejmować. Wiedziała, co mówi, w wieku dwudziestu pięciu lat miała już za sobą trzynastu chłopaków oraz dwóch byłych narzeczonych.

Telefon dzwonił bez przerwy. Konstancja uśmiechnęła się na samą myśl o tym, jak bardzo Joachim będzie stęskniony. To zapowiadało wieczór przyjemny, a nawet rozkoszny.

I o to chodzi – ucieszyła się.

Przejechała kolejne skrzyżowanie na czerwonym świetle i radośnie machając trąbiącym kierowcom, bez trudu wyminęła stojących przy przejściu pieszych, po czym znalazła się na drugim końcu ulicy. Podjechała pod drzwi luksusowego hotelu. Uśmiechnęła się do znajomego portiera i na rolkach wjechała do błyszczącego wnętrza. Nikt z obsługi nie skomentował tego faktu ani słowem, chociaż kółka zostawiały widoczne smugi na wypolerowanej posadzce.

Recepcjonistka w milczeniu nacisnęła odpowiedni guzik i wezwała sprzątaczki.

– Tylko szybko i bezszelestnie – szepnęła, kiedy się pojawiły. – To nie jest odpowiednia pora na czyszczenie holu.

Dziewczyny, rozglądając się czujnie, błyskawicznie polerowały na kolanach brudne smugi. Hotel miał błyszczeć non stop, takie wpadki techniczne musiały być niewidoczne dla gości. Konstancja się obejrzała, zarejestrowała kątem oka pracujące kobiety, ale nawet przez moment nie pomyślała, że jest dla nich źródłem stresu i dodatkowych obowiązków. Sprzątaczki były stałym składnikiem jej życia: dyskretnie porządkowały kolejne kupowane przez rodziców domy, prywatne szkoły, do których dziewczyna uczęszczała, oraz hotele i pensjonaty, gdzie zdarzało jej się zatrzymywać. Wydawało jej się zawsze, że są równie naturalnym elementem środowiska jak powietrze. Sama nigdy nie miała ścierki w dłoni.

Konstancja ruszyła prosto w stronę szklanych drzwi, oddzielających hol od hotelowego spa. Wjechała do szatni i dopiero tam zdjęła rolki. Przebrała się szybko w kostium kąpielowy. Wrzuciła ubrania i plecak z dzwoniącym telefonem do szafki, wsunęła rolki pod ławeczkę i poszła w stronę basenu. Kontrolnie rzuciła okiem w stronę lustra, chociaż i tak była pewna, że wygląda bardzo dobrze. Baza była zbyt profesjonalnie zrobiona, by mogło dojść do wpadki. Wypielęgnowane gibkie ciało, doskonale przycięte włosy, niezmywalny makijaż oraz równe zęby, których kształt i układ od wczesnego dzieciństwa korygował najdroższy warszawski specjalista.

W rogu pod wielką palmą zobaczyła przyjaciół. Wszyscy już byli, punktualni jak zwykle. Rozmawiali, ułożeni w wygodnych pozycjach na leżakach. Najwyraźniej zdążyli już popływać.

– Hej, gdzie byłaś? – Joachim podniósł się na jej widok. Ciemnowłosy, trochę chudy (mama kazała jej się tym nie przejmować, bo to ponoć z wiekiem mija), uśmiechał się jak zwykle nieśmiało, ale witał energicznie, mówił głośno i poruszał ze stanowczością zdradzającą człowieka, który wie, o co mu chodzi w życiu.

Pocałowali się. Konstancja roześmiała się po raz tysięczny tego dnia, który był jakby specjalnie stworzony do tego, by się cieszyć. Cudowna pogoda, doskonałe towarzystwo, a w perspektywie wieczorna randka. Nic, tylko się uśmiechać.

– Już jestem i tylko to się liczy – powiedziała zalotnie.

Nigdy mu się nie tłumaczyła ze swojego postępowania. Nie było takiej potrzeby, przyjmował spokojnie każdą jej decyzję. W gruncie rzeczy zawsze podświadomie wiedziała, że Joachim nie ma wyjścia. Musi się jej podporządkować, podobnie jak kiedyś nauczyciele w szkole finansowanej przez ojca, jak lekarz, który zostawiał innych pacjentów w połowie badania, byle tylko zjawić się kilka minut po wezwaniu. Jak wszyscy dookoła, w taki czy inny sposób uzależnieni od dobrych stosunków z jej ojcem.

Joachim, choć pochodził z równie wpływowej rodziny, zachowywał się tak samo.

Konstancja usiadła na leżaku.

W tym momencie w kieszeni szlafroka, który Joachim zarzucił na oparcie, zadzwonił telefon.

– Joachimie, nigdy nie pracuj, kiedy wypoczywasz, to mąci aurę. Zwłaszcza na basenie – skomentowała ze śmiechem Dominika, córka dyrektora banku, choć i ona zawsze miała komórkę obok siebie i potrafiła na wezwanie swojego szefa wybiec w połowie najlepszej imprezy. Robiła błyskotliwą karierę po skończonych niedawno studiach prawniczych.

– Osiągniesz tyle co on, to sama zobaczysz, jak to jest – skomentował Michał, dyrektor zarządzający konsorcjum finansowego. – Ani chwili spokoju. Pracujesz, nawet kiedy śpisz – dodał ze sztucznie zbolałą miną.

Konstancja się uśmiechnęła. Wszyscy wiedzieli, że Michał uwielbia swoją pracę i wpadłby w ciężką depresję na samą myśl o tym, że ktoś mógłby go choć na chwilę zastąpić. W tym pozornie wyluzowanym gronie przyjaciół była jedyną osobą, która nie skończyła prestiżowych studiów i nie podjęła pracy w firmie swojego ojca ani żadnego z jego przyjaciół. Jej plan na życie wykrystalizował się już w ostatnich klasach szkoły podstawowej i w swym zasadniczym kształcie był aktualny do dnia dzisiejszego: nie przemęczać się zbytnio, dobrze się bawić, a we właściwym czasie bogato wyjść za mąż. Pomysł stary jak świat i skuteczny w każdej epoce. Obecnie realizowała jego drugi punkt i bardzo powoli zmierzała w kierunku kolejnego.

Element kluczowy tego etapu, czyli Joachim, przyciskał mocno telefon do policzka i słuchał właśnie w napięciu jakiegoś dłuższego monologu, nie przerywając ani słowem. Odsunął się od grupy przyjaciół i wyglądał na dość poruszonego. Musiało się wydarzyć coś ważnego w ich rodzinnym interesie.

Konstancja westchnęła. Miała dystans do takich spraw. Zahartowały ją lata spędzone z ojcem, który potrafił na jedno wezwanie wybiec z domu w połowie spożywania wigilijnego barszczu, w trakcie jej urodzin, w rocznicę ślubu czy po prostu w środku nocy. Wiedziała też, że jej mąż najprawdopodobniej będzie prowadził taki sam tryb życia. Pogodziła się z tym – wszystko w życiu ma swoją cenę.

– Założę się, że to znowu jakieś interesy – westchnęła. – Nie cierpię firm, umów, polityków, układów i tym podobnego nudziarstwa – powiedziała do Marty, żeby trochę, tak tylko dla zasady, pomarudzić.

– Dzięki temu siedzisz teraz nad brzegiem najładniejszego basenu w stolicy – odparła jej koleżanka. – Gdyby twój ojciec nie odbierał non stop telefonów, już dawno musiałabyś zarabiać na życie. A naprawdę nie wiem, co mogłabyś robić – wyrwało jej się szczerze.

– Ja też nie wiem – odparła Konstancja wesoło. – Nic mnie nie pociąga. No, może z wyjątkiem Joachima.

– A twój ojciec? – Marta pochyliła się w jej stronę z ciekawością. – Dawno już chciałam o to zapytać. Nie martwi się, że zmarnujesz dorobek jego życia?

Konstancja nie pierwszy raz w życiu słyszała to pytanie. Ojciec fascynował wielu ludzi, pragnących zgłębić tajemnicę jego sukcesu. Kto mógł, podpytywał ją o szczegóły, był bowiem postacią dość tajemniczą, nigdy nie udzielał wywiadów i nie opowiadał o sobie. Konstancja stanowiła więc jedyne źródło informacji. Przywykła do tego.

– Jakoś się nie martwi – powiedziała lekkim tonem. – Może, podobnie jak mama, liczy na to, że dobrze wyjdę za mąż i tą starą, ale wciąż skuteczną metodą zapewnię mu godnego następcę. W końcu to nie moja wina, że jestem jedynaczką. Mogli się z matką bardziej przykładać do małżeńskich obowiązków.

Roześmiała się, po czym zerwała się z leżaka i zgrabnie wskoczyła do wody. Zawsze przerywała rozmowy, gdy tylko poczuła taką ochotę. Nikomu to nie przeszkadzało, a w każdym razie nikt nie zgłaszał zastrzeżeń.

Kiedy wynurzyła się po drugiej stronie basenu, zobaczyła, że Joachim do niej macha. Domyśliła się, że musi iść.

No cóż, doskonała okazja, żeby go sprawdzić – pomyślała.

Większość chłopaków utrzymywała z nią znajomość ze względu na kontakty ojca. Nawet ci z bogatych rodzin w taki czy inny sposób liczyli na jakieś korzyści. Zwykle ci, którzy mają dużo, chcą mieć jeszcze więcej. Można było łatwo zweryfikować, czy kandydat ma jakieś ukryte intencje. Ci sterowani przez rodziców w niczym jej się nie sprzeciwiali. Bali się.

Podpłynęła do brzegu i oparła się wdzięcznie na łokciach. Joachim przyjrzał jej się uważnie, jakby ją widział po raz pierwszy w życiu. Miał bardzo dziwną minę. Sytuacja wydawała się wręcz stworzona do przeprowadzenia testu.

– Muszę iść – powiedział zgodnie z jej przewidywaniem. – To bardzo ważna sprawa.

– Zostań – poprosiła jak dziecko i spojrzała błagalnie, świadomie go prowokując.

– Nie mogę – odparł Joachim stanowczo.

– Nalegam bardzo mocno. Jeśli naprawdę mnie kochasz, zostań. – Doskonale grała rozkapryszoną dziedziczkę, nie musząc się przy tym nawet wysilać.

– Nie mogę – powtórzył.

– Będę naprawdę zła – ostrzegła go poważnym tonem. – I nie wiem, czy ten biznes, do którego tak pędzisz, wynagrodzi ci to choć w części. Zastanów się.

Ku jej zaskoczeniu Joachim ani chwili się nie wahał. Niczego nie tłumacząc, pochylił się i bardzo mocno ją pocałował.

– Cześć – powiedział. – Było naprawdę miło – dodał bez sensu, bo tego dnia nie zdążyli nawet porozmawiać, o innych rozrywkach nie wspominając.

Nie zdołała skomentować tego faktu ani jednym słowem, bo mężczyzna odwrócił się i szybko poszedł w stronę szatni. Konstancja trwała w lekkim oszołomieniu. Z jednej strony wynik eksperymentu był pozytywny. Joachim kochał ją naprawdę, skoro nie bał się jej sprzeciwić. Najwyraźniej nie liczył się z instrukcjami rodziców, że nie należy dziewczyny drażnić z obawy przed gniewem ojca. Ale, z drugiej strony, niepokoiło ją, że zbuntował się tak łatwo, zlekceważył jej wolę, jakby to było zupełnie normalne zachowanie.

Westchnęła, puściła wyłożony płytkami brzeg basenu, i popłynęła z powrotem. Nie miała pojęcia, co o tym wszystkim sądzić. Zobaczyła jeszcze, że Mateusz Kaliski, syn tego Kaliskiego, również wyszedł, szepnąwszy coś do ucha swojej dziewczynie.

Cokolwiek się stało, ojcowie już się najwyraźniej porozumieli i wezwali następców tronu – pomyślała Konstancja.

Musieli mieć jakieś poważne kłopoty, ale to jej nie obchodziło. Znała te historie na pamięć. Może frank poszedł w górę, a może poleciał w dół albo jakieś państwo bankrutowało i należało ratować złożone tam depozyty bankowe. Na szczęście ona nie musiała się martwić takimi sprawami. Ojciec trzymał ją z dala od interesów, a jej wystarczał nieograniczony dostęp do rodzinnego konta i wygodne mieszkanie z osobnym wejściem.

Pływała jeszcze dłuższą chwilę, kątem oka rejestrując, jak towarzystwo się rozchodzi. To ją trochę zaniepokoiło. Zawróciła szybko w stronę leżaków, żeby zapytać, co się stało. Ich zachowanie zdecydowanie nie było normalne, nawet w obliczu zawirowań w interesach. Jednak zanim dopłynęła do brzegu, ostatnia osoba już zniknęła, jak jej się wydawało, w pośpiechu.

Konstancja wyszła z wody, wytarła się i otworzyła drzwi do szatni. Nikogo już nie było, a przecież dziewczyny zawsze potrzebowały sporo czasu, by się przebrać i wysuszyć. Usiadła na drewnianej ławce, oparła głowę o szafkę i poczuła, że jest jej przykro. Co się stało? Czy to miał być jakiś głupi wybryk? Jak na amerykańskich filmach, kiedy bohater myśli, że wszyscy go opuścili, a oni przygotowują przyjęcie niespodziankę? Nie miała w tym miesiącu urodzin. Na ten dzień nie przypadała też żadna rocznica w jej związku z Joachimem. Chyba że miałyby to być formalne oświadczyny, których spodziewała się od jakiegoś czasu. Ale tak głupio zorganizowane? To nie w stylu Joachima, któremu bliżej było do dżentelmena starej daty niż organizatora słabych niespodzianek.

Ubrała się i wysuszyła włosy, cały czas zastanawiając się nad dziwnym postępowaniem przyjaciół. W końcu postanowiła o tym zapomnieć. Stara, ale sprawdzona metoda na zmartwienia. Większość z nich pozostawiona własnemu losowi rozwiązywała się samoczynnie.

Założyła rolki i otworzywszy drzwi, przejechała przez nienagannie błyszczący hol, po raz drugi zostawiając na podłodze długie, brzydkie ślady. Recepcjonistka pożegnała ją z zawodowym uśmiechem i znów przycisnęła odpowiedni guzik. Spojrzała na drzwi wejściowe, za którymi zniknęła córka najbardziej wpływowego klienta, i pomyślała różne rzeczy. Żadna z nich nie nadawała się do głośnego wyartykułowania w miejscu pracy.

ROZDZIAŁ 2

Konstancja zatrzymała się na chodniku, oparła nogę o słupek, uśmiechnęła się odruchowo do przechodzącego obok mężczyzny, po czym pogrzebała chwilę w małym plecaku, do którego chaotycznie powrzucała wszystkie potrzebne rzeczy. Skąpe bikini, kosmetyki oraz portfel, dający poczucie, że można rozwiązać absolutnie każdy problem.

Na samym dnie plecaka znalazła telefon. Nie lubiła tego aparatu, miał niepraktyczne menu, ale kupiła go, bo był w tym sezonie najmodniejszy. Nacisnęła guzik i zobaczyła na wyświetlaczu dwieście sześćdziesiąt nieodebranych połączeń. Nawet jak na nią był to dość zaskakujący wynik. Poczuła lekki niepokój, kiedy okazało się, że prawie wszystkie były od ojca. Chyba w ciągu całego życia tyle razy do niej nie zadzwonił. A dzisiaj najwyraźniej non stop wybierał jej numer. Leciuteńki dreszcz przeleciał jej po plecach, ale szybko się otrząsnęła.

Machnęła władczo na przejeżdżającą taksówkę. Postanowiła wracać do domu. Odpocząć i się uspokoić. Co się, do licha, stało? Atak nuklearny na Stany Zjednoczone? Jakaś groźna epidemia? Wszędzie panował spokój, na ulicach nie było nawet śladu paniki. Już w samochodzie wybrała numer ojca, ale nie odbierał.

To się nazywa rodzicielska logika – pomyślała, wrzucając telefon do plecaka. – Najpierw dzwonić do córki ponad dwieście razy, a potem nie odbierać, kiedy ona oddzwania.

Wyjrzała przez okno. Za przyciemnianymi szybami toczyło się zwyczajne życie szarych ludzi. Nic o nim nie wiedziała, tyle co z powieści obyczajowych, które pochłaniała w ogromnych ilościach. Wchodziła do księgarni i naręczami wynosiła z niej nowości. Było wśród niech wiele amerykańskich romansów, ale lubiła też polskie powieści o zmagających się z trudnościami kobietach, które dzięki pracowitości i odwadze budowały swoje życie po różnych katastrofach. Dla niej były to właściwie powieści fantastyczne, nic w nich nie przypominało rzeczywistości, jaką znała.

Taksówka zaparkowała przed willą i Konstancja poczuła, jak robi jej się niedobrze ze strachu. Przed domem stał zaparkowany samochód policyjny, biało-czerwona taśma oddzielała podjazd od reszty ogrodu. Dziewczyna wysupłała szybko dwadzieścia złotych z portfela, trzasnęła drzwiami taksówki i pobiegła w stronę domu. Policjant zatrzymał ją kilka metrów od wejścia. Drzwi były opieczętowane na całej długości białymi taśmami. Po podwórku kręciło się kilku mężczyzn. Rodziców nigdzie nie było widać.

– Wstęp wzbroniony. Proszę odejść – nakazał policjant stanowczym głosem.

– Ja tu mieszkam. Co się stało? – zapytała kompletnie zbita z tropu.

Policjant spojrzał na nią ze współczuciem.

– Nie mogę pani pomóc. Ale poproszę prokuratora, myślę, że on udzieli pani informacji.

– Prokuratora? Czy kogoś zamordowano?

– Nie. Proszę się uspokoić. O ile mi wiadomo, tylko aresztowano.

Tylko aresztowano? Kogo? Służbę, portiera czy kierowcę? A może asystenta ojca? Od początku wyglądał podejrzanie. Gdzie są rodzice? Myśli przelatywały jej przez głowę jak spłoszone ptaki.

Wyciągnęła komórkę i usiłowała dzwonić na zmianę do mamy i taty. Żadne nie odbierało. Spróbowała zatelefonować do Joachima, ale też bezskutecznie. Patrzyła, jak policjant rozmawia z jakimś mężczyzną w garniturze, wskazując głową w jej kierunku. Nie miała numeru do rodzinnego prawnika i nagle pożałowała, że do tego stopnia nie interesowała się dotąd tego typu praktycznymi sprawami. Teraz by się przydało kilka informacji.

Mężczyzna w garniturze nadal był czymś zajęty, zaczęła więc dzwonić po kolei do wszystkich swoich znajomych. Nikt nie odbierał. Nie mogła się dłużej łudzić, że to zbieg okoliczności: coś się stało, coś bardzo złego. Jednym ruchem podniosła taśmę w patriotycznych kolorach, którą do tej pory widziała jedynie w serialach kryminalnych, i pobiegła w stronę schodów prowadzących do wejścia do domu. W tej samej sekundzie ruszyli w jej stronę dwaj policjanci i prokurator, który jednym gestem dłoni powstrzymał funkcjonariuszy i podszedł do niej.

– Proszę się zatrzymać. Nie wolno pani wchodzić dalej. Dom został zamknięty, stanowi zabezpieczenie majątkowe na czas procesu.

– Ale ja tu mieszkam. Z boku jest osobne wejście do mojego mieszkania.

Prokurator uniósł tylko brwi i zajrzał do czarnej teczki, którą trzymał w dłoni.

– Z dokumentów wynika, że jedynym właścicielem nieruchomości jest pan Jerzy Dobrowolski. Żadnych informacji o wydzielonym dodatkowym mieszkaniu nie ma w księgach wieczystych.

– Formalnie nie ma, ale w rzeczywistości w domu taty znajduje się moje mieszkanie i wszystkie rzeczy. Także osobiste.

– Przykro mi. W świetle prawa nic tu do pani nie należy.

Konstancja poczuła, jak robi jej się słabo.

– Jak to nie należy? W życiu nie słyszałam głupszego tekstu! Gdzie są moi rodzice? Gdzie tata? On wszystko panu wyjaśni.

– Pani ojciec został aresztowany dwie godziny temu – odparł spokojnie prokurator, najwyraźniej uodporniony na emocjonalne reakcje. – Co do miejsca pobytu jego żony nie mamy żadnych informacji. Nie jest podejrzana w sprawie.

– Ojciec aresztowany? Chyba wam się coś pomyliło. Mój tata to Jerzy Dobrowolski, właściciel Dromeksu. To znany i szanowany człowiek.

– Tak, proszę pani, mówimy o tej samej osobie. Proszę się skontaktować z jego adwokatem, z pewnością udzieli pani wszystkich informacji. Ja mogę powiedzieć tylko tyle, że sprawa jest poważna, a cały majątek ruchomy i nieruchomy został zabezpieczony. Nie może pani wejść do tego domu. Proszę przyjąć wyrazy współczucia.

– Na chrzan mi pańskie wyrazy współczucia! – krzyknęła Konstancja, kompletnie wyprowadzona z równowagi. – Chcę wejść do własnego domu! Nie może mnie pan wpuścić chociaż na chwilę? Muszę zabrać swoje rzeczy.

– Przykro mi. – Prokurator odwrócił się do policjantów: – Proszę wyprowadzić panią poza teren posesji.

– Człowieku, nie rozumiesz, że ja tu mieszkam? – Dziewczyna zdenerwowała się na dobre. Do tego palanta nic nie docierało. – Nazywam się Konstancja Dobrowolska – wytłumaczyła mu jeszcze raz, bo najwyraźniej nie pojął.

– Rozumiem. Jeszcze raz zapewniam, że bardzo mi przykro – powiedział mężczyzna i odszedł.

Policjant złapał ją za łokieć i delikatnie skierował w stronę bramy. Konstancja szarpnęła się z całej siły.

– Proszę mnie nie dotykać – powiedziała zimno – bo wytoczę panu proces o molestowanie. Nie wiem, co za absurd dzieje się dookoła, ale jestem pewna, że winni tego skandalu szybko pożałują, że wpadli na tak bezdennie głupi pomysł, jak podniesienie ręki na Jerzego Dobrowolskiego.

Przeszła przez podjazd, wyszła za bramę i stanęła zdezorientowana na chodniku. Spojrzała na dom. Nie była z nim specjalnie związana emocjonalnie. Już w dzieciństwie nauczyła się nie przyzwyczajać do miejsc i ludzi. Ojciec zbyt często zmieniał zarówno siedziby, jak i personel. Przeprowadzki następowały szybko i z jej perspektywy były bardzo proste. Brała swoją torebkę, zakładała buty, a kierowca zawoził ją pod nowy adres. Niczego nigdy nie pakowała ani nie przenosiła. Tym zajmowali się wynajęci tragarze ze specjalistycznych, bardzo drogich firm, którzy potrafili zadbać, by każdy przedmiot w jej nowym pokoju znalazł się na właściwym miejscu.

W tym domu rodzina spędziła ostatnie pięć lat. Każdy w swoim skrzydle, składającym się z kilku pokoi, łazienki, obszernej garderoby i słonecznego tarasu. Spotykali się przy posiłkach, oczywiście jeżeli nie stały im na przeszkodzie jakieś umówione terminy. Czasem nie widywali się tygodniami. Konstancja nie miała pojęcia, jak często jej rodzice ze sobą rozmawiali. Nigdy się nad tym nie zastanawiała.

Kolejny raz spróbowała zadzwonić do mamy. Dlaczego ona nie odbiera? Przecież jeżeli coś się stało z ojcem i rzeczywiście został aresztowany, to mama powinna się z nią skontaktować już dawno. Chyba, że o niczym nie wie. W takim przypadku należało ją jak najszybciej o wszystkim zawiadomić. Tylko jak to zrobić? Gdzie ona, do licha, może być? Konstancja nic nie wiedziała o planach matki na dzisiejszy dzień, o ewentualnych znajomych czy ulubionych miejscach też niezbyt wiele. Od dawna miała swoje życie i z rodzicami nie rozmawiała zbyt często.

Westchnęła i zastanowiła się, co dalej robić. Była głodna, od rana nic nie jadła, a pływanie zaostrzyło jej apetyt. Bez żalu porzuciła więc skomplikowane rozważania i postanowiła w pierwszej kolejności zadbać o własny komfort. W głębi serca żywiła mocne przeczucie, że kiedy wróci do domu za pół godziny, sprawa będzie już nieaktualna. Wyciągnęła z plecaka miękkie baleriny, zdjęła rolki, bez żalu porzuciła je pod bramą i ruszyła szybko w stronę najbliższej restauracji. Weszła do luksusowego klimatyzowanego wnętrza i z ulgą usiadła na wygodnym krześle. Potrzebowała chwili odpoczynku.

Kelner podszedł po niezwykle, jak na standardy tego miejsca, długiej chwili.

– Witam panią. – Mężczyzna uśmiechnął się ze starannie odmierzonym entuzjazmem, znacznie skromniejszym niż zwykle. Dobrze znał Konstancję, bywała tu czasami z ojcem, gdy ten przypomniał sobie o rodzicielskich obowiązkach i w jeden wieczór próbował nadrobić zaległości z całych tygodni.

– Zanim przyjmę zamówienie – powiedział uprzejmie kelner – muszę z przykrością poinformować, że nasz terminal płatności elektronicznych uległ awarii i przyjmujemy wyłącznie gotówkę. – Ukłonił się i uśmiechnął szeroko.

– Pewnie szybko naprawicie – odpowiedziała dziewczyna.

– Z pewnością – zgodził się kelner. – Ale na razie przyjmujemy tylko płatność w gotówce – powtórzył.

Konstancja spojrzała do portfela. Nigdy nie wiedziała, ile pieniędzy ma przy sobie. Wśród licznych wizytówek i małych żółtych kartek ze sprawami do załatwienia, kiedy przyjdzie jej ochota, by się nimi zająć, zobaczyła dwa zmięte stuzłotowe banknoty. Na obiad powinno starczyć. Zamówiła pieczeń cielęcą w sosie borowikowym, francuską zupę cebulową i czekoladowy suflet. Zestaw był bardzo kaloryczny, ale potrzebowała sił. Dłuższą chwilę czekała na realizację zamówienia, starając się nie myśleć o problemach, które zostały za drzwiami restauracji. Sytuacja była tak bardzo absurdalna, że uznała, iż roztrząsanie jej nie ma żadnego sensu. Problem rozwiąże się sam, jak wszystkie inne do tej pory.

Z przyjemnością i uznaniem spojrzała na dzieło sztuki, które kelner postawił przed nią na nieskazitelnie czystym obrusie. W jasnobrązowym kamionkowym naczyniu, zapieczona na złoty kolor, zawrotnie pachniała zupa cebulowa. Po chwili dołączyła do niej idealnie uduszona cielęcina w towarzystwie borowików, sałat i kaszy gryczanej. Delikatny suflet uzupełnił tę symfonię smaków czekoladową nutą. Jadła powoli, próbując po kilka kęsów kolejnych dań. Większość jedzenia zostawiła na półmiskach. Wypiła jeszcze na koniec delikatną latte, uregulowała rachunek, dała kelnerowi pięćdziesiąt złotych napiwku i w ten sposób pozbyła się całej gotówki.

Wyszła na tonącą w słońcu ulicę i wzruszyła ramionami, jakby chciała strącić gromadzący się na nich ciężar. Nie miała pomysłu, co powinna zrobić, ale nie zamierzała przyznać się do tego nawet przed sobą. Wróciła pod dom. Niestety, nic nie wskazywało na to, by problem sam się rozwiązał. Zamkniętą bramę również opieczętowano. Na drzwiach domu białe taśmy wskazywały wyraźnie, że nic się nie zmieniło. Póki co, absurd trwał. Policjantów już nie było, zniknął też prokurator, ale sytuacja wyglądała coraz gorzej.

Konstancja postała chwilę pod bramą, po czym zawróciła powoli tą samą, co wcześniej, drogą. Minęła stoliki przed restauracją, w której jadła obiad, i zobaczyła tego samego kelnera, przyjmującego kartę płatniczą od jakiegoś klienta.

Naprawili – pomyślała, ale jakaś część jej świadomości zaniepokoiła się. Zaczęła się zastanawiać, czy nie poproszono jej o gotówkę specjalnie.

Nie popadaj w paranoję – skarciła się w myślach, szybko przeszła na drugą stronę ulicy i ruszyła w stronę galerii handlowej. Starając się lekceważyć niepokój, który sprawiał, że musiała się zmuszać, by nie zacząć biec, podeszła do bankomatu. Wyciągnęła lekko tylko drżącymi dłońmi złotą kartę Visa. To był jej najlepszy przyjaciel, wierny w każdej sytuacji, lekarstwo na wszystko. Nie było problemu, którego ta karta nie mogłaby rozwiązać. Oprócz nieograniczonego dostępu do konta ojca, na którym znajdowała się tak wielka ilość pieniędzy, że choćby cała rodzina codziennie szastała nimi od rana do wieczora, i tak wszystkich nie zdołaliby wydać, karta zawierała mnóstwo różnego rodzaju ubezpieczeń i dodatkowych usług.

Włożyła magiczny plastik do bankomatu i zaczęła wykonywać kolejne czynności, które miały ją uspokoić, utwierdzić w przekonaniu, że świat nie wyleciał z orbity i nadal kręci się wokół własnej osi, czyli pieniędzy. Postanowiła wybrać największą ilość gotówki, jaką tylko mogła otrzymać. Potrzebowała sporego rulonu banknotów, by znów poczuć się pewnie. Podała PIN, wpisała kwotę i po kilku sekundach wyświetlił się na ekranie bankomatu komunikat, jakiego nie widziała jeszcze nigdy w życiu: „Brak środków na koncie”. Wpatrywała się dłuższą chwilę w ten niezrozumiały tekst, a za jej plecami formowała się coraz dłuższa kolejka. Odeszła na bok, wzięła głęboki oddech i jeszcze raz ustawiła się w ogonku do bankomatu. Kolejna próba zakończyła się tak samo. Wyciągnęła z portfela drugą kartę i w ciągu kilkunastu sekund znów zobaczyła na ekranie ten sam komunikat. Czekający za jej plecami ludzie zaczęli wydawać znaczące chrząknięcia. Zrezygnowała z dalszych prób. Pozostałe trzy karty, które posiadała, również były przypisane do kont ojca. Jeżeli rachunki bankowe zostały zablokowane, nie było sensu ich szturmować.

Konstancja się uśmiechnęła i odegnała niepokój. Prokurator może się łudzić, że jest sprytny, ale jego działania nie są w stanie zagrozić córce Jerzego Dobrowolskiego, człowieka dostatecznie inteligentnego, by zadbać o plan awaryjny i przygotować rodzinę na wypadek nieprzewidzianych kłopotów. Już od lat oprócz oficjalnych kont, firmowych i prywatnych, istniały też ściśle tajne, wyłącznie na hasło. Wystarczyło pójść do odpowiedniego oddziału banku i podać kombinację cyfr, aby dostać się do złożonych tam zasobów. Proste. Stanęła na chodniku i odruchowo podniosła dłoń, by dać znak taksówkarzowi. Podjechał błyskawicznie, zdusiła więc w zarodku głupią myśl, że nie ma pieniędzy. Ma oczywiście, tylko musi skorzystać z odpowiedniego konta.

Zażądała podwiezienia pod bank, po czym poprosiła kierowcę, by chwilę zaczekał. Podeszła do specjalnego stanowiska dla uprzywilejowanych klientów i złożyła dyspozycję wypłaty pieniędzy z konta. Pracownik wpisał dane, a Konstancja wstukała hasło i spokojnie czekała. Czerwony napis „Brak środków” zaskoczył ją bardziej niż prokurator na podwórku. Niemożliwe. O tym koncie wiedziała tylko mama. Dziewczyna się uspokoiła. Widocznie matka już zadbała o zabezpieczenie ich losu. Dla pewności Konstancja sprawdziła jeszcze dwa pozostałe konta i skrytkę. Ziejąca pustką metalowa skrzynka utwierdziła ją tylko w przekonaniu, że mama była szybsza i już się wszystkim zajęła. Nikt inny nie znał hasła.

Pracownik banku stał w zapewniającej jej prywatność odległości. Musiał wiedzieć, czy ktoś się dzisiaj interesował tą skrytką, ale oczywiście za żadne skarby nie udzieli jej informacji. Dyskrecja była podstawą działania tej instytucji. Zamknęła skrytkę, podziękowała, po czym, eskortowana przez bankowca, przeszła z powrotem do głównego pomieszczenia. Pożegnała się i ruszyła w stronę wyjścia, jednocześnie grzebiąc w plecaku w poszukiwaniu telefonu. Nagle przez szerokie przeszklone drzwi zobaczyła taksówkarza miarowo maszerującego wzdłuż schodów, tam i z powrotem, co chwila zerkającego w stronę wejścia. W ostatniej chwili schowała się za automat do kawy, zanim kierowca ją zauważył.

Zatelefonowała do mamy. Wsłuchiwała się w rytmiczne ciągłe sygnały, a nowo obudzona część jej świadomości już wiedziała, że nikt nie odbierze tego połączenia. Analizowała fakty z zimną precyzją i podsuwała gotowe wnioski. Ta sytuacja nie była normalna. Mama już dawno powinna do niej zadzwonić. Najwyraźniej od jakiegoś czasu wiedziała, co się stało. Dlaczego nie zatroszczyła się w pierwszej kolejności o własną córkę? Dlaczego nie reagowała na jej próby nawiązania kontaktu?

Przez moment Konstancji zrobiło się zimno, a zupełnie zapomniane uczucie strachu ścisnęło jej gardło. Ostatni raz w życiu bała się, mając dziewięć lat. Było to na obozie harcerskim. Ale wtedy wystarczył jeden telefon i w ciągu dziesięciu minut komendant obozu wsadził ją do własnego samochodu i odwiózł do Warszawy, choć był środek nocy, a do pokonania mieli czterysta kilometrów. Córce głównego sponsora obozu nikt nie ośmielił się sprzeciwić. Na samo wspomnienie tamtej sytuacji dziewczyna się uspokoiła.

Lista kontaktów w telefonie nie ograniczała się przecież do jednej pozycji. Zaczęła wybierać kolejne numery, ale ciągle słyszała tylko monotonny sygnał nieodbieranych połączeń. Nie dodzwoniła się nawet do kierowcy, który zawsze miał włączony zestaw głośnomówiący i reagował natychmiast, kiedy tylko się go wezwało.

Strach znów podpełznął jej pod gardło, a nowo obudzona świadomość logicznie podpowiadała, że wszyscy już wiedzą i nikt nie ma ochoty pomóc jej w tej trudnej sytuacji. Wyjrzała przez szklane drzwi i zobaczyła taksówkarza pokonującego kolejny raz trasę wzdłuż schodów. Odczekała, aż mężczyzna się odwróci i ruszy w drugą stronę, po czym biegiem opuściła wnętrze budynku, przeskoczyła schody i schowała się za rogiem. Serce biło jej mocno, a dłonie były mokre od potu. Szybko weszła w głąb bocznej uliczki, a potem kilkakrotnie skręcając, uciekała dalej. Bała się o wiele bardziej niż wtedy na obozie. Jej ogłupiony bezstresowym wychowaniem umysł nie zanikł jeszcze całkowicie i niestety wybrał sobie ten właśnie najmniej odpowiedni moment, by się obudzić i pokazać, jak zimno potrafi działać. Twardo podsuwał Konstancji wniosek, że znalazła się w bardzo trudnym położeniu.

Dziewczyna zatrzymała się w końcu zdyszana i kolejny raz zbyła racjonalne argumenty. Było jeszcze wiele możliwości ratunku, których nie wykorzystała. Postanowiła jechać do prawnika reprezentującego ojca i jego firmę. Od tego należało zacząć. Mecenas Rudzki pewnie miał dostęp do innych tajnych kont i nie do końca legalnych skrytek. Łączyła ich z ojcem niejedna tajemnica. Ale przede wszystkim będzie musiał udzielić jej pomocy oraz wyjaśnień. Należało to do jego standardowych obowiązków.

Wróciła pospiesznie pod bank. Kiedy zbliżyła się do budynku, ostrożnie wychyliła głowę zza rogu, by z ulgą stwierdzić, że kierowca odjechał. Wyszła godnie z zaułka, wysoko unosząc brodę, i skierowała się na pobliski postój taksówek. Musiała to zrobić, choć nadal nie miała pieniędzy. Jak niby inaczej miała dotrzeć do kancelarii prawnej, która mieściła się na drugim końcu miasta?

ROZDZIAŁ 3

Wiatr lekko poruszał gałęziami drzew rosnących długim szpalerem wzdłuż cmentarnych alejek, a ptaki śpiewały nad maleńkimi prostokątnymi grobowcami, dokładnie tak samo pięknie jak w parkach i ogrodach pełnych bawiących się dzieci. Pszczoły brzęczały, słoneczne sielskie popołudnie na wsi chyliło się ku wieczorowi. Z zamkniętymi oczami można było udawać, że wszystko jest tak, jak być powinno. Miłość oznacza zaufanie i poczucie bezpieczeństwa, a ciąża jest radosnym czasem oczekiwania na dziecko.

Ania uniosła powieki i spojrzała na złożone na kolanach dłonie. Na gładkiej jeszcze skórze pojawiła się niedawno pierwsza brązowa plamka. Babcia Ludwika miała ich na swoich dłoniach dziesiątki. Były znakiem upływających lat. Ania westchnęła, wciąż czuła się młoda, wciąż była przekonana, że jeszcze ze wszystkim zdąży. Ale czas dyskretnie wysyłał jej pierwsze sygnały, że życie płynie i jeśli nie spróbuje być szczęśliwą teraz, to kto wie, czy w ogóle jeszcze kiedykolwiek zdąży.

– Jestem szczęśliwa – powtarzała sobie ze znużeniem. – Mam wprawdzie pięć dodatkowych kilogramów i ranę w sercu, ale też troje udanych dzieci, rozsądnego, kochającego męża, stałą pracę, domek na wsi, zdrowie i grono znajomych. Tym wszystkim czas pokrywał przez lata pustkę po tamtej tragedii, jak woda nanosi piasek na nową plażę. Ania często się śmiała i nie było w tym fałszu. Kochała swoje dzieci i cieszyła się ich radościami.

Ale nigdy nie zapomniała.