Droga do Lake Falls. Szepty w ciemnościach - Artur K. Dormann - ebook
Opis

Śmiertelna miłość, nieśmiertelny prześladowca, niszczycielska zazdrość.

Wśród Pradawnych zaczyna się walka o władzę, Jonathan znika, a jego brat zostaje wplątany w skomplikowaną intrygę mającą na celu wyrównanie niekorzystnego stosunku sił pomiędzy wyznawcami Azdarotha a zwolennikami  Tei. „Niereformowalna” potrzeba  naprawienia swoich błędów popycha Victorię w sam środek wydarzeń, które ponownie wystawią jej uczucia na próbę. Czy uda się zmienić przyszłość? Jak zachowa się El’lar? Co zaplanowała Elizabeth Brown?

Polecamy również: "Co zdarzyło się w Lake Falls?", "Ucieczka z Lake Falls".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 444

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright ‌© by Artur ‌K. Dormann

Copyright © by Grupa ‌Wydawnicza Literatura ‌Inspiruje Sp. z o.o., ‌2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

All ‌rights reserved

Książka ani żadna ‌jej ‌część nie mogą ‌być ‌publikowane ‌ani w ‌jakikolwiek ‌inny sposób ‌powielane w formie elektronicznej ‌oraz mechanicznej bez zgody ‌wydawcy.

Redakcja: Jolanta Chrostowska-Sufa

Korekta: ‌Agnieszka Brach, ‌Justyna Jakubczyk

Skład i łamanie: Justyna ‌Jakubczyk

Projekt graficzny okładki: Ilona ‌Gostyńska-Rymkiewicz

ISBN: 978-83-65897-22-0

Słupsk/Warszawa ‌2018

Wydawnictwo ‌Lemoniada.pl [email protected] ‌www.wydawnictwolemoniada.pl www.literaturainspiruje.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Albowiem Tuum ‌est Regnum

Albowiem Tuum est

Życie ‌jest Albowiem ‌Tuum est

I ‌tak ‌się właśnie ‌kończy świat ‌(…) I tak się ‌właśnie kończy światNie ‌hukiem, lecz ‌skomleniem.

T.S. Eliot

Rozdział IRob ‌i Gabor

Wpustym domu wypełnionym ‌ciszą samotna postać szykowała ‌się ‌do wyjazdu. Rob – ostatni ocalały z rodziny Carterów – stał właśnie w holu, gdy z chwilowej zadumy wyrwał go natarczywy dźwięk telefonu.

– Gdzie jest Victoria i dlaczego nie mogę się do niej dodzwonić? – rozległ się w słuchawce napastliwy ton.

Za nic nie udało mu się skojarzyć głosu z osobą.

– A pan jest… – zapytał na wszelki wypadek ostrożnie.

– Dla ciebie nikim. Nie znamy się. Szukam Victorii. – Był tak arogancki, że Rob z trudem zapanował nad chęcią przerwania rozmowy.

– Więc proszę do niej zadzwonić – odparł i już miał się rozłączyć, gdy kolejna bezczelność zatrzymała jego palec nad czerwonym przyciskiem.

– Czego konkretnie nie zrozumiałeś w podanej przeze mnie informacji, że nie mogę się do niej dodzwonić? – powiedział Pan Nieprzyjemny. – No, dalej, uracz mnie kolejną dobrą radą.

Rob postanowił uzbroić się w cierpliwość. Paradoksalnie ta rozmowa zaczęła go nawet bawić, a przy okazji był niezmiernie ciekawy, dokąd w swojej impertynencji posunie się nieznajomy. Rękę dałby sobie uciąć, że rozmawiał z wampirem.

– Pani Victoria Mc’Petersen nie zwykła wprowadzać mnie w swoje plany – odpowiedział ze słyszalnym w głosie zniecierpliwieniem. – Zresztą podawanie jakichkolwiek informacji osobie, która nawet nie raczyła się przedstawić, byłoby z mojej strony karygodną niedyskrecją.

– Czyli nie wiesz, gdzie jest? – padło po chwili milczenia, jakby Pan Nieprzyjemny musiał dopiero przetrawić przekazaną wiadomość.

– Czego konkretnie nie zrozumiał pan w mojej poprzedniej wypowiedzi? – Nie potrafił się powstrzymać i nacisnął czerwony guziczek, rozłączając natręta.

Wampir czy nie, marnował tylko jego czas.

Powinien był jak najszybciej ruszyć w drogę, ponieważ dystans między nim a Vic zdecydowanie się powiększał. Nie obawiał się, że ją zgubi, sprytnie ukryty nadajnik na bieżąco informował go, gdzie się właśnie znajduje i dokąd prawdopodobnie zmierza, to nie o kierunek jednak ani cel podróży chodziło. Problemem, który powodował jego opieszałość, była ich ostatnia rozmowa, podczas której kazała mu zabić swoje dziecko. Dokonać zaplanowanej z zimną krwią egzekucji. Rozumiał jej tok myślenia, przesłanki, jakimi się kierowała, ale nie mógł się z tym pogodzić. Bo nie był mordercą.

Razem pokonali Michaela, stali ramię przy ramieniu, ale nawet wtedy pewnie nie byłby w stanie zabić swojego brata, gdyby nie zobaczył wcześniej, jak…

Zacisnął zęby. Rachel Carter, jego matka, zginęła tamtej nocy. Widok wampira – bestii, jaką stał się jego brat – wykrzesał z niego emocje, o których istnienie nawet się nie podejrzewał: nienawiść silniejszą od instynktu przetrwania, żądzę zemsty palącą niczym ogień i… gniew. Cały wszechświat gniewu, który uciszył dopiero widok głowy toczącej się do jego stóp.

Zbrodnia w tym przypadku była karą. Sprawiedliwym wyrokiem, w którym za życie oddano inne życie, ale to, czego żądała Vic, przekraczało wszelkie granice. Cały czas zastanawiał się, co takiego w nim zobaczyła, że w ogóle przyszło jej to do głowy… Dlaczego w jej oczach był człowiekiem zdolnym zabić dziecko?

Gdy przyrzekał Jonathanowi, że zaopiekuje się Vic, nie podejrzewał, jak bardzo i jak szybko przyjdzie mu tego żałować.

Czuł się głęboko rozdarty, nie chciał jej winić za wszystko, co spotkało jego rodzinę, ponieważ rozumiał sens dokonanych przez nią wyborów, jednak mimo najszczerszych chęci słowa „co by było, gdyby…” same cisnęły się na usta.

Victoria zawarła umowę z wampirem, a potem zrobiła wszystko, włącznie z wskoczeniem mu do łóżka, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Konsekwencje każdej z jej chybionych decyzji ponosili Carterowie. Jeden po drugim, aż został zupełnie sam.

Niepisane zasady panujące w jego rodzinie mówiły, że kobieta wybrana przez któregokolwiek z nich jest otaczana opieką i ochroną pozostałych. Ale przecież Vic – tak naprawdę – nie była z jego bratem. Spała z wampirem i – z tego, co sam wywnioskował – wyglądała na szaleńczo w nim zakochaną. Jonathana traktowała jedynie jako wygodny dodatek, wsparcie w trudnych chwilach, mężczyznę na usługi. A jego naiwny brat – traktowany jak powietrze – przywoływany niczym bulterier w trudnych momentach, odsyłany z kwitkiem, gdy przestawał być potrzebny – wpadł po uszy i ze szczętem zatonął w jej niebieskich oczach.

Coś ścisnęło Roba za gardło. Mocno, niczym dławiąca, niewypłakana żałoba po najstarszym z braci, bo jeśli kiedykolwiek istniało w jego życiu coś dobrego – zawsze miało twarz Jonathana. Szczerą, bezpośrednią. Uczciwą twarz szlachetnego człowieka. Bo właśnie taki był. Od urodzenia aż po swój dramatyczny koniec. Opoka, fundament rodziny, mądry takim rodzajem życiowych doświadczeń, które tworzą z chłopca mężczyznę, zawsze, niezależnie od okoliczności umiał zachować się właściwie, czego obaj po cichu mu zazdrościli. Zdarzało się, że krył ich głupie wybryki przed – czasami zbyt surową – matką i ponosił konsekwencje ich przewin. Można było na nim polegać w każdej sytuacji. Przypomniało mu się, co pewnego dnia Rachel powiedziała o Jonathanie:

– Kobieta, która go złowi, wygra los na loterii.

Faktycznie, wygrała, tyle że jego brat przypłacił to losowanie życiem. A w nagrodę za dostanie się do śmiertelnej puli otrzymał jedynie złamane serce.

Jonathan nie zasłużył sobie na taki koniec. Nawet nie miał grobu, żeby można było na nim złożyć kwiaty, w odpowiedni sposób się pożegnać. Umierał sam, zdradzony przez najmłodszego brata i kobietę, którą nieszczęśliwie pokochał od pierwszego wejrzenia.

Rob daleki był od znienawidzenia Vic, żywił jednak w stosunku do niej raczej chłodne uczucia, a niektóre z jej wyborów nie mieściły się mu po prostu w głowie.

Szczególnie irytowały go nierozważne, często zbyt pośpieszne decyzje podyktowane jakimś – oczywiście – nieprzemyślanym impulsem. Od początku miała świadomość, że jest obiektem manipulacji ze strony jednego wampira, ale bez wahania uwierzyła na słowo innemu. Zdobyła dla niego księgi wiedźmy, a zrobiła to tylko dlatego, że ją o to poprosił. Według tego samego wampira krew jej córki mogła tworzyć rzesze przeklętych, choć Vic tego nigdy nie potwierdziła, nie zbadała i naocznie nie przekonała się o prawdziwości oskarżenia, ale na tej podstawie wydała wyrok śmierci na swoje dziecko.

Rzeczywiście, logika tych działań i wysuwanych wniosków pozostawiała wiele do życzenia. Co gorsza, po tym burzliwym poranku zaczął postrzegać Vic jako skrajną egoistkę – bezduszną, zimną kobietę z bryłą lodu zamiast serca. A po cichu nie mógł jej darować, że użyła w swojej demagogicznej przemowie imienia Rachel, aby go przekonać do dokonania najgorszej ze zbrodni.

Tej Rachel, która oddała życie, żeby nie musiał zmagać się z wyrzutami sumienia po zabiciu brata – kiedy ten przeszedł przemianę w wampira. Matki, zdającej sobie sprawę, jak bardzo skala jego duszę akt przemocy podyktowany chęcią zemsty. Vic przypomniała mu o tym, jednocześnie wysyłając go, aby posprzątał cały bałagan, jaki za sobą zostawiła.

A gdzie w tym wszystkim – pomyślał z rozgoryczeniem – będzie jutrzejsza herbata?

To było jedno z najczęściej stosowanych przez Rachel przykazań rodzicielskich.

– Nigdy nie rób niczego – mawiała – o czym nie mógłbyś opowiedzieć przy jutrzejszej herbacie.

To było ich tajne hasło, z którego w najlepsze nabijali się latami. Określenie „jutrzejsza herbata” stało się kodem określającym klasę nowo poznanych dziewcząt, oceny zdobyte w college’u, nawet kupione okazyjnie samochody. Ale dopiero teraz ów slogan nabrał właściwego sensu, bo naprawdę zrozumiał jego ukryty, głęboki wydźwięk.

Jeśli dokonałby tego, o co prosiła go Vic, musiałby stanąć oko w oko ze swoim największym wrogiem. Stworzonym przez Victorię – Robem dzieciobójcą. I na pewno nie będzie chciał z nim wypić herbaty. Co gorsza, nie będzie potrafił z nim żyć, czego oczywiście nie brała pod uwagę, zajęta prowadzeniem własnej krucjaty. Dlatego nawet przez sekundę nie rozważał możliwości spełnienia tego żądania.

Z drugiej strony, choć bardzo go irytowała, przysiągł bratu, że będzie ją chronił, i zamierzał dotrzymać danego słowa. Nawet jeśli nie zgadzał się z jej postępowaniem, nie akceptował stosowanych rozwiązań i w gruncie rzeczy nie lubił, był przecież jednym z Carterów, więc tak czy siak – musiał odnaleźć Vic i bezpiecznie sprowadzić do domu.

Wyszedł z budynku, starannie zamykając za sobą drzwi.

– Ciekawe, czy kiedyś jeszcze tu wrócę. – Ponury fatalizm nie był jego cechą wrodzoną, lecz nabytą dzięki spotkaniu z Vic. Przecież zamierzał odnaleźć Victorię, a zatem…

Oczywiście nie zauważył go ani nie usłyszał. Poczuł lekkie stuknięcie w ramię, ale zanim się odwrócił, jego twarz znalazła się na szybie samochodu, przyciśnięta do niej z żelazną siłą. Wykręcone ramię szarpnęło ostrym bólem. Był z siebie dumny. Nie krzyczał ani się nie wyrywał, tylko kompletnie ignorując drętwiejący staw, zaczął w myślach odliczanie.

– Wydaje ci się, że jesteś dowcipny – syknął mu za uchem znajomy głos. – Błyskotliwy? Walczysz, kmiotku, o koronę mistrza ciętej riposty?

– Oddaję ci ją walkowerem – odsapnął. Ciężko mu było dyskutować z nosem rozpłaszczonym na drzwiach i skrzywioną szczęką, ale jakoś mu się udało.

Nacisk zelżał, ramię wróciło na miejsce, jednak intruz nadal nie pozwalał mu się odwrócić.

– Pytam po raz ostatni. – Pan Nieprzyjemny był naprawdę nieprzyjemny. I zapewne bardzo niebezpieczny. – Gdzie ona jest?

– Pewnie w drodze do Nowego Jorku. – Wykazywał pełną chęć do współpracy, ponieważ zależało mu na przetrzymaniu wampira na słońcu. Najdłużej, jak to możliwe. – Miała się tam spotkać z prawnym opiekunem Kat, tyle wiem.

– A mówisz mi to, ponieważ…? – Jego rozmówca wydawał się czymś mocno poirytowany.

– Pytałeś? – odparł spokojnie. – Nic więcej nie wiem. To znaczy… – Minęły właśnie dwie minuty. – To niewiele pomoże, bo Nowy Jork jest dużym miastem, ale…

– Co ty powiesz? – Jedno, nawet niezbyt mocne, szarpnięcie i Rob znalazł się oko w oko z Panem Nieprzyjemnym.

Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna zachowywał się niczym szmaciana marionetka w rękach o pół głowy niższego i dwa razy szczuplejszego wampira. Chyba powinienem poważnie pomyśleć o karnecie na siłownię – przyszło mu do głowy i zagryzł zęby, żeby się nie roześmiać. Jeśli istniał choć cień szansy, że Obcy uwierzy w bajki uwierzytelnione przez strach, musiał udawać przerażonego i zahukanego.

– Opowiedz mi, jaki duży jest ten Nowy Jork. – Ciemne okulary podjechały do góry, odsłaniając oczy oszpecone siatką białych przebarwień.

Rob wzdrygnął się. Tym razem nie udawał, widok był równocześnie nieprzyjemny i przerażający.

– Nie rozumiem. – Głos mu zadrżał, chociaż wcale tego nie zaplanował. – Chce pan wiedzieć, gdzie jest Victoria. Zapewniam, że jej tu nie ma, a z tego, co słyszałem…

– Wiem – przerwał mu – jest w drodze do bardzo dużego miasta. A teraz powiem ci, co zrobimy – wyszeptał niemal, lecz Rob słyszał go doskonale i po plecach popłynął mu lodowaty strumyk.

– Przestaniesz się ze mną bawić, kmiotku. I raczej nie sprawdzaj, ile czasu mogę stać w pełnym słońcu, bo możesz nie dożyć końca eksperymentu. Dlatego grzecznie otworzysz drzwi i zaprosisz mnie do środka, żebyśmy mogli porozmawiać jak cywilizowani… powiedzmy… ludzie. A jeśli mimo wszystko przez – pieszczotliwie zmierzwił mu włosy – tę śliczną główkę przemknęła myśl, że możesz mnie wykiwać, pamiętaj, na dymiącym pogorzelisku trudno będzie odnaleźć atmosferę do właściwej – zaakcentował mocno – wymiany informacji.

Rob bez słowa włożył klucz do zamka i otworzył drzwi. No proszę – pomyślał z wisielczym humorem – już jestem z powrotem. Kto by się spodziewał.

Zaprosił do środka Obcego i powstrzymał palące pragnienie natychmiastowego umycia włosów po jego odrażającym dotyku.

– Co tu pijamy? – zapytał Pan Nieprzyjemny.

– Sok z kaktusa – odparował, zanim zdążył ugryźć się w język.

Nie powinien bawić się w słowne przepychanki. Vic była coraz dalej i istniało niebezpieczeństwo, że nie zdoła jej dogonić tak szybko, jak by chciał. Oczywiście jeśli przeżyje tę wizytę. A na to się nie zanosiło.

Za sobą usłyszał śmiech, jego głupi żart najwyraźniej przypadł Obcemu do gustu.

– Och, ci Carterowie – powiedział innym, cieplejszym głosem. – Niepoprawnie brawurowi, samobójczo odważni i zawsze rycerscy. To w świecie rozsądnych ludzi nazywa się krańcową głupotą. Zrób kawy.

– Nie rozumiem…

– Której części mojej wypowiedzi nie zrozumiałeś? – Uśmiechał się, a zatem nie było źle. – Najpierw kawa, a później będziemy sobie wszystko wyjaśniać. Długo i szczerze.

– Dlaczego uważa pan, że kłamałem? – Naprawdę nie miał czasu na czcze pogaduchy.

– Źle zaczęliśmy. – Stanął przed nim z wyciągniętą dłonią. – Gabor tymczasowo, dla znajomych i przyjaciół Inarez.

– Miło mi. – Chciał uścisnąć jego rękę, ale to wampir przejął inicjatywę.

Zabolało tak, że znalazł się na kolanach, zanim zdążył w ogóle pomyśleć.

– Chłopczyku – zasyczał Obcy – jeśli zależałoby mi na informacjach, już śpiewałbyś altem lub barytonem. Chyba że wolałbym kontratenor, a wtedy twoje cojones wisiałyby obok szaliczka na wieszaku. Nudzi mnie straszenie cię w nieskończoność. Powiedziałem ci, że jesteś głupi, i to powinno załatwić sprawę. Zastanów się, po co pytam, jeśli mógłbym wydrzeć wszystko bezpośrednio z twojej głowy – stuknął go lekko w czoło. – Widzisz, wyciągnąłem do ciebie dłoń w przyjacielskim geście, więc zachowuj się tak, jak cię matka nauczyła. – Puścił mu dłoń. – Szanuj gościa swego, bo możesz mieć gorszego.

Rob zagryzł zęby i podniósł się z podłogi. Prawdopodobnie miał złamanych kilka kości w dłoni, bo bolało jak cholera. Ale nie był w nastroju, żeby okazywać słabość. Nie dziś i nie przed intruzem.

– Victoria na nic ci się już nie przyda – oznajmił i opowiedział mu okrojoną wersję ostatniego wypadku w Lake Falls. – Sam rozumiesz – zakończył – straciła książki, na których tak ci zależało, że wysłałeś po nie kobietę, zamiast sam je zdobyć, a przy okazji śledzili ją El’lar i mój najmłodszy brat. O czym musiałeś wiedzieć, prawda?

– A teraz wyjmiemy butelkę i zagramy w Prawda czy Fałsz? – Wampir nie wydawał się zbulwersowany oskarżeniem. – Powiedzmy, że miałem nieco inne problemy niż opieka nad nieroztropną Victorią.

– Przelicytowali ci van Gogha? – wypalił gwałtownie, bo miał już dość impertynencji gościa. – To rzeczywiście strata.

– Nawet nie masz pojęcia – zasyczał Gabor, a w oczach zagrała mu roztopiona biel, choć tym razem wyraźnie jego gniew nie był skierowany w stronę Roba. Na szczęście – pomyślał – bo niewiele mi chyba zostało całych kości.

– Dlatego Victoria nie…

Wampir przerwał mu gwałtownie.

– Zabiliście Michaela? – zapytał.

– Tak – odparł, choć nie pojmował, do czego zmierzał Inarez zwany Gaborem.

– Jaka była cena? – Usiadł na krześle w kuchni, dokładnie tym samym, na którym kilka godzin wcześniej siedziała Vic. – Tylko zastanów się dobrze, zanim odpowiesz. Pełne oburzenia zaprzeczanie nie jest właściwym wyborem.

– Zginęła moja matka…

– Nie o taką cenę mi chodzi. – Spojrzał na niego dziwnie. – Wybacz, że to powiem, ale w tym przypadku liczba pobocznych ofiar zupełnie nie ma znaczenia. Ani ich jakość – dodał, jakby chciał go w ten nieporadny sposób pocieszyć. – Pytam o rzeczywistą cenę… Rob do tej pory się nad tym nie zastanawiał, ale oczywistość tego problemu uderzała prosto w oczy. Chyba że ktoś był kompletnie ślepy – tak jak on ostatecznie się okazał.

Mechanicznie zalał filiżanki wrzątkiem. Kiedy wspaniały aromat wypełnił kuchnię, Rob podał gościowi na tacy śmietankę, cukier oraz parującą kawę, sam usiadł naprzeciwko i zmierzył wampira ponurym spojrzeniem.

– Nie wiem – odparł. – W ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Wiem, do czego zmierzasz, pozostaje pytanie, ile kosztowały obojętność, brak zaangażowania…

– Właśnie. Klan nie zwykł przyglądać się biernie, gdy jeden z nich wpada w tarapaty. Zatem właściwą kwestią jest, co otrzymał El’lar za stanie z założonymi rękami albo co spodziewa się dostać?

– Kat albo Victorię…

– No, w końcu zacząłeś myśleć, choć zajęło ci to, przyznaję, wieki.

– Co teraz? – zapytał, ignorując jawną kpinę w głosie Gabora.

– Musimy się dowiedzieć, którą z nich…

– Victoria. – Tym razem on mu przerwał, bo był pewien jej wyboru.

W zamian za szansę pomszczenia Jonathana oddała siebie. Dlatego pozwolono im ukarać Michaela. Czyżby jednak ją źle ocenił?

– Ta kobieta jest absolutnie niepoprawna. – Gabor rozsiadł się wygodnie, jakby najważniejsze pytanie, gdzie jest Victoria, nagle przestało mieć znaczenie. – Mam wrażenie, że w życiu mniej czasu poświęciła na myślenie niż robienie makijażu – mrugnął do niego znacząco.

Uśmiechnęli się. Obaj. Na Robie oczy wampira przestały robić już tak makabryczne wrażenie, przyzwyczaił się do ich nietypowego zabarwienia.

– Kiedy widziałeś ją ostatni raz? – zapytał Obcy.

– Góra półtorej godziny temu…

– Czyli transakcja jeszcze się nie dokonała lub jest w trakcie. Mamy szansę ją przerwać? Oczywiście wiesz, gdzie jest?

– Naturalnie – odparł Rob – aczkolwiek…

– Dobrze, a teraz skup się i pomyśl przez chwilę. – Jego głos ociekał nieznośnym protekcjonalizmem. – Po co szukam Vic? Chcę jej odebrać książki, poznać miejsce pobytu Kat? Przez kilka stuleci starałem się nie przebywać w tym samym kraju, ba, nawet na tym samym kontynencie co mój – kilka razy kiwnął głową, jakby próbował rozruszać sztywny kark – El’lar… kolega, niemal brat. Powiedzmy szczerze, to taki rodzaj bardzo szorstkiej miłości, że postronny mógłby ją wręcz uznać za niechęć. Różni nas wiele, łączy… – zawahał się. – W zasadzie nic nas nie łączy. On jest wampirem, a ja przez spędzony z wami czas chyba się za bardzo uczłowieczyłem. Nie chcę stracić rezydencji, chętnych kobiet, szybkich samochodów, koncertów, premier i Moneta, bo nic na to nie poradzę, że jestem zapiekłym hedonistą. Rewolucja, jaką przygotowuje El’lar, aby przejąć władzę, rewolucja, w której ożywia heroiczne legendy, niezupełnie jest zbieżna z moimi planami na dzisiejszy i każdy inny wieczór. Dlatego postanowiłem porzucić maskę neutralnego króla imprezy na rzecz zaangażowania się, żeby zachować obecne status quo. A teraz powiedz mi jeszcze raz, po co szukam Vic i jaki mam cel w zrobieniu jej krzywdy? Wybrance samego Azdarotha, bo o tym szczególe oczywiście wiesz?

– Podłożyłem jej nadajnik. – Być może popełniał potworny błąd, ale w zasadzie nie miał nic do stracenia.

– Nie trzeba było tak od razu? – Wampir dopił kawę i podniósł się z krzesła.

– I przegapić takie przemówienie? – Rob uśmiechnął się szeroko. – Czy wszyscy jesteście narcyzami, czy przypadkiem trafiam tylko na szczególne egzemplarze?

Gabor równocześnie błysnął tęczówkami oraz śnieżną bielą zębów.

– Jedna rada od dobrego wujka, kmiotku, nie pozwól zwieść się pozorom. Nigdy. Niech ci nawet przez myśl nie przejdzie, że którykolwiek z nas ma plastikowe kły. Obojętnie, jakie wrażenie odnosisz, my nie mamy wad.

– Dyskutowałbym…

– Pewnie do rana, ale Victoria, na której ci tak zależy, rycerzu, nie uratuje się sama. Czas, by kawaleria zwarła szeregi, naostrzyła piki…

Urwał nagle i spojrzał w okno, do ust przycisnąwszy palec, w zrozumiałym powszechnie geście oznaczającym natychmiastowy koniec wszelkich rozmów.

Rob skamieniał z kubkiem na wpół uniesionym do ust.

Rozdział IICienie przeszłości – Tea i Iia

D wie kobiety wybrane i opuszczone przez tego samego mężczyznę siedziały na ganku, jedna – o posągowej urodzie i długich ciemnych włosach – zajęta była wyszywaniem skomplikowanego wzoru roślinnego na batyście, druga – popielatozłota blondynka – nerwowo bawiła się naszyjnikiem.

Temat ich dyskusji był niezmiennie ten sam, wałkowany w kółko od stuleci…

– Innego wyjścia nie ma – powiedziała ciemnowłosa. – Musimy zmienić styl życia. Dostosować się. Wrócić do ludzi, do społeczeństwa, i w miarę możliwości współegzystować z nim. Rada powinna – zawahała się i dodała stanowczo – musi zaakceptować ten plan. Dlatego dobrze się zastanów. Jesteś ze mną albo przeciwko mnie.

– Upraszczasz, jak zwykle – odparła blondynka.

– Nie potrafię zaakceptować tego, czym się staliśmy. I nigdy nie zaakceptuję – deklaracja zabrzmiała twardo, zdecydowanie. – Moja wina, nie przewidziałam tego, że za okazanie litości zapłacę tak wysoką cenę, jednak okoliczności… – przerwała i spojrzała na Iię. – Widzisz? Szukam usprawiedliwienia dla decyzji, której nigdy nie miałam prawa podjąć. Tłumaczenia, wykręty, szukanie odcieni szarości jest dobre dla tchórzy. – Surowa uroda Tei szła w parze z jej bezkompromisowym charakterem, o czym Iia przekonała się już dawno temu. – Zmiękczyłaś mnie przez wieki swoją bajeczką o poświęceniu i miłości. Powtórzę po raz ostatni: póki żyję, będę żałować tamtego dnia. Lepiej byłoby, gdybyśmy wszyscy wtedy umarli. Powiedz, w którym momencie, zamiast współbraćmi, okazaliśmy się największymi wrogami ludzi? Nieśmiertelni, pchani żądzą krwi, jesteśmy skazą na łonie natury. Każda rasa na ziemi coś wnosi, my tylko bierzemy. Żywimy się. Nawet nie po to, żeby się rozmnażać – dodała z goryczą. – Nasze życie jest bez wartości.

– Jak wiele jeszcze stuleci będziesz nienawidzić siebie za to, kim jesteś? – Iia starała się tego nie okazywać, ale była szczerze znudzona. Ta rozmowa przypominała tysiące podobnych, które prowadziły niezmiennie na przestrzeni wieków.

Temat był zawsze ten sam, wnioski… Nigdy nie było żadnych wniosków. Tea nienawidziła siebie – niemal od chwili, gdy Aedrin ją przemienił.

– Do śmierci. – Głos Umiłowanej zabrzmiał stanowczo.

– Szukałaś jej od zawsze. – Iia nie chciała być złośliwa, ale siłą rzeczy tak wyszło.

Królowa spojrzała na nią zaskoczona.

– Myślisz, że nie pragnęłam jej mocno, do tego stopnia, aby… – Wymownie rozejrzała się dookoła.

To, że nie było widać gwardzistów, nie oznaczało ich nieobecności. Dzień i noc Tea miała u swojego boku co najmniej jednego rosłego opiekuna, którego głównym celem było nie dopuścić, aby cokolwiek się stało – nawet wbrew jej woli. Działo się tak na wyraźny rozkaz dowódcy – i choć nominalnie pełniła funkcję królowej, nie miała w tej sprawie nic do powiedzenia. Nic, gdy chodziło o jej bezpieczeństwo lub komfort.

Wybrani i wyszkoleni do ochrony Umiłowanej rekrutowali się z najdzielniejszych wojowników, a ich lojalność była legendarna. Z cierpliwością znosili buntowniczy charakter swojej podopiecznej oraz ciągłe ucieczki, czasem pozwalali na pozorną samodzielność, ale była to tylko gra i – prowadzona przez stulecia – znudziła nawet królową.

Sypiali w jej komnatach, próbowali pokarmu, nie odstępowali na krok, zawsze czujni, zawsze śmiertelnie poważni. Strażnicy.

Iii nie przekonywało jednak tłumaczenie Tei, uważała, że jeśli pragnie się czegoś dostatecznie mocno, zawsze można to zdobyć lub osiągnąć, nie żywiła rozterek, nie czuła się winna temu, kim jest. Doskonale pamiętała swoją śmierć i z całego serca była wdzięczna Aedrinowi, że wydostał ją wtedy z jaskini, chociaż równocześnie straciła złudzenia, że była albo będzie kiedykolwiek obiektem jego uczuć.

Sam jej zdradził imię tej, dla której przeszedł przez Otchłań i pokonał starych bogów. Za to właśnie nienawidziła Tei przez dekady, następnie próbowała zaakceptować wspólny los. Jakoś tak, po drodze, ich chłodny dystans zmienił się we wzajemny szacunek, a teraz były niemal nierozłączne jak siostry.

Różniły się wszystkim. Dumna i powściągliwa Tea dobierała słowa oszczędnie, zachowywała się rzeczywiście jak na królową przystało. Jej opanowanie i zimna krew stały się źródłem wielu legend, a sposób bycia budził podziw i szacunek. Bo Tea nigdy nie poddała się żądzy krwi.

Niechcianym skutkiem ubocznym daru Aedrina było nieopanowane pragnienie, palące aż do szpiku kości, zamieniające życie w nieustanne polowanie. Dlatego konieczne stało się stworzenie kodeksu regulującego zasady, według których powinni żyć nocni łowcy. Odgórne ograniczenie spustoszeń, jakich mógł dokonać ich głód. Nie wolno było polować w miejscu zamieszkania, dopuszczać do całkowitego wykrwawienia się ofiar, zostawiać widocznych śladów. Liczba ukaranych świadczyła jednak, że z reguły rozsądek przegrywał w starciu z pragnieniem.

Zasada ta nie dotyczyła Tei. Królowa nigdy nie zabiła człowieka, bo żywiła się wyłącznie krwią zwierząt, w dodatku takich, które sama hodowała. Swój głód potrafiła zaspokoić niewielką dawką, pobieraną w taki sposób, by zwierzęcia nie zabić lub nie okaleczyć.

Przysyłane podarki w postaci zauroczonych kobiet i mężczyzn odsyłała najczęściej z bardzo ostrym komentarzem, aż pochlebcy zrozumieli, że tą drogą nie są w stanie wkupić się w łaski Umiłowanej. Iia szanowała jej stalową wolę i podziwiała umiejętność panowania nad instynktem, sama jednak nie była w stanie narzucić sobie podobnych ograniczeń. Dawna łowczyni doskonale odnalazła się w nowej sytuacji i choć rzadko uśmiercała swoje ofiary, ponieważ wolała sam akt ich tropienia niż posiłek, czasem dawała się ponieść szałowi zabijania. Parę razy z tego powodu miała poważne kłopoty, a kilkukrotnie zdarzyło jej się złamać kodeks, co zostało przez Teę potraktowane z odpowiednią surowością.

A kary za najdrobniejsze nawet wykroczenia bywały dotkliwe… Dlatego w ich klanie pojawiało się wiele problemów, bunty zarówno jednostkowe, jak i grupowe były na porządku dziennym. Trudno było utrzymywać grupę w karności i poszanowaniu dla kodeksu tym bardziej że z biegiem wieków Aedrin przeszedł do panteonu postaci mitycznych, pozbawionych rzeczywistego autorytetu. Ale o tym, jak bardzo mylili się ci, którzy mieli zamiar podnieść rękę na ustanowioną autorytarnie władczynię, świadczyły katakumby ukryte przed wzrokiem niepowołanych osób. Bo demon nie puszczał płazem żadnej zniewagi, jakiej dopuszczono się względem kobiety, którą wybrał. Czuwali nad tym gwardziści pod dowództwem El’lara, wojownika bez skazy. Nazywani tak na cześć dawnych żołnierzy Azdarotha podobnie jak ich przodkowie nie znali litości, nie okazywali współczucia. Jeśli jakiemukolwiek łowcy przyśniłoby się przejęcie władzy, odebranie Umiłowanej należnej jej pozycji lub przyszłoby mu do głowy, że mógłby stanowić konkurencję dla krwawego demona w łożu czarnowłosej piękności, spotykała go kara ostateczna. Kary za takie przewiny odbywały się bez sądu, jeden gest, jedno słowo i nieszczęśnik trafiał na wieki do Otchłani.

El’lar wielbił Teę absolutnie, bez wahań, dla niej był gotów na każde poświęcenie, nawet wojnę przeciwko współbraciom. Od pierwszego momentu, gdy Umiłowana udzieliła mu audiencji, między nimi pojawiła się niezrozumiała, wręcz symbiotyczna więź. Iia była pewna, że porozumiewają się bez słów. To spotkanie…

Była na nim obecna, bo z woli krwawego demona pełniła funkcję kapłanki kultu jedynego w swoim rodzaju – wyznawców Azdarotha, a jej obowiązkiem było głoszenie jego chwały zawsze i wszędzie. Szczególnie ważna misja – nawet jeśli do Xall rzadko przybywali goście.

Doskonale pamiętała, jak tamtego popołudnia do obszernej, choć skromnie urządzonej sali audiencyjnej wkroczyło dwóch mężczyzn. Pierwszym był wędrowny nekromanta, człowiek, który wywoływał w niej zrozumiałe obrzydzenie, ponieważ swój dar zawdzięczał ponurym rytuałom wywołującym grozę, one wydłużyły mu życie ku odrazie ludzi i bogów.

Wysoki, chudy, o orlich rysach oraz skórze spalonej słońcem wyglądał posępnie i trochę strasznie. Oczy, w których widać było cienie upływających stuleci, były mądre, ciepłe, ale gdy patrzył na rozmówcę – cały czas nie spuszczając zeń wzroku – miało się wrażenie, że przewiercają duszę i umysł na wskroś. Dlatego nie lubiła rozmawiać z nekromantą, nie lubiła jego wizyt, a przede wszystkim prywatnych audiencji. Właśnie takich jak ta.

Na niego i gościa, którego prowadził, czekały dwie kobiety. Królowa i kapłanka. Bez strażników i ochrony, bez mieczy gotowych do użycia, łuków wycelowanych w przybyszów. Bo jeszcze nie było na ziemi siły, która mogłaby im zagrozić, mężczyzny, zdolnego wystraszyć Umiłowaną i Wierną, nawet gość towarzyszący nekromancie musiał to zrozumieć, dlatego kornie schylił głowę, gdy tylko stanął przed podwyższeniem.

Nekromanta Elihan czuł się w obowiązku wprowadzić swojego towarzysza.

– Pozwól, pani, że przedstawię…

Przerwała mu jednym gestem – co się wcześniej nigdy nie zdarzyło – dumna Tea wstała ze swojego honorowego miejsca, srebrnego tronu rzeźbionego w dwa lwy przyczajone do skoku. Z wdziękiem ujęła w palce koniec sukni i zeszła po stopniach.

Widok królowej stojącej obok nawet nekromancie zgiął kolana. Tea była ucieleśnieniem dostojeństwa i powagi. Przed jej urodą i potęgą klękali najlepsi – w tym pewien nieszczęśliwy demon.

– Wstań – powiedziała kategorycznie do mężczyzny stojącego obok Elihana.

Posłuszniepodniósłsięzklęczek– El’lar, przyszłydowódcagwardii. Zabrała go na prywatną rozmowę do ogrodu, za nic mając zakłopotanie Iii, którą zostawiła samą ze znienawidzonym nekromantą. Między nimi zapadło kłopotliwe milczenie, oboje najwyraźniej darzyli się tymi samymi uczuciami. Po ciszy trwającej wieki w drzwiach pojawiła się służąca, oznajmiając zdawkowo:

– Królowa nakazuje przygotować rytuał. Natychmiast!

W takiej sytuacji Iia nie miała nic do powiedzenia, skłoniła się uprzejmie i z niewypowiedzianą ulgą zniknęła w korytarzu prowadzącym do kaplicy. Dopiero gdy trochę ochłonęła od duszącej obecności ponurego mężczyzny, miała czas się zastanowić, czego była świadkiem.

Tea nigdy do tej pory nie wydawała takich poleceń bez uprzednich konsultacji z Radą, również dlatego, że drogocenna krew demona, którą szczodrze obdarzył swoje dzieci, kończyła się w zastraszającym tempie. Zanim zdecydowała o przyjęciu kandydata, najpierw zwoływała Najstarszych, później udzielała posłuchania kornemu pretendentowi. Taki był odwieczny rytuał – nawet jeśli wybraniec zgadzał się z entuzjazmem dołączyć do grona nieśmiertelnych, ostatnie zdanie przed jego przemianą należało do królowej. I nie był to zaszczyt czysto formalny – wielu ludzi marzących o nieśmiertelności odchodziło z kwitkiem.

Kiedyś Iia zapytała ją o kryteria, jakimi się kieruje przy dokonywaniu wyboru.

– Aby stać się jednym z nas – odparła Tea – najpierw trzeba być człowiekiem.

Kapłanka zupełnie nie rozumiała tych argumentów. Do klanu – przynajmniej w jej mniemaniu – powinno się wybierać jednostki niezwykłe. Ludzi cechujących się nietuzinkowymi umiejętnościami lub talentami. Cichych asasynów, ponadprzeciętnie zdolnych dowódców, wojowników o nieulękłych sercach, tropicieli o orlim wzroku. Tymczasem Tea odrzucała ich kandydatury, jakby jej w ogóle nie zależało na doskonaleniu rasy.

A teraz, bez udziału Rady, podjęła samodzielną decyzję, aby dokonać rytuału przejścia najszybciej, jak to możliwe. Czym ujął ją obcy, którego nazywano El’larem, że zmieniła swoje zwyczaje, będące już uświęconą tradycją?

Odpowiedź przyniosły następne stulecia. Lojalny do granic fanatyzmu, bezwzględnie oddany, posłuszny i do szaleństwa odważny, okazał się idealnym nabytkiem. Iia obserwowała go z nieufnością, która powoli zamieniła się w szacunek. Dawnej łowczyni imponował swoimi zdolnościami, ponieważ okazał się wyjątkowym dowódcą, który potrafił planować kampanię z wyprzedzeniem, strategiem o nieograniczonych horyzontach, żołnierzem o nieulękłym sercu, który nie znał wahań ani rozterek.

Każda niezamężna kobieta z klanu w głębi serca marzyła o takim mężczyźnie u swojego boku, ale dla wszystkich stawało się powoli jasne, że jest tylko jedna gwiazda, której służy – Tea. Iia wiedziała doskonale, że w rzeczywistości nic ich nie łączy.

Między królową a głównodowodzącym żywe były wszystkie uczucia oprócz fizycznego pożądania. Mógł sypiać w jej komnatach, strzec od świtu do zmierzchu, jednakowo pokorny, uprzedzająco usłużny, gotów spełniać najdziwniejsze zachcianki. Bez słowa wykonywał wyroki, bez sprzeciwu karał nieposłusznych, lecz w jednej kwestii nigdy nie dawał się przekonać.

Wiele razy Iia była świadkiem, gdy wściekła Tea nakazywała mu odprawić swoich strażników. Wysłuchiwał jej słów na kolanach, kornie chylił głowę i przysyłał następnych. Gniewała się na niego przez kolejne dni, a później znów pokazywali się razem, pogrążeni w rozmowie, bliscy sobie jak nigdy wcześniej.

Oczywiście pojawiały się plotki i podejrzenia, których nie dementowali, jednak Iia wiedziała, że gdyby pierwszy dowódca Aedrina uwiódł mu królową, kara, która go za to czekała, nie dorównywałaby niczemu, co kiedykolwiek się zdarzyło – obojętnie czy zamknięty między światami, czy przebywający w Otchłani, Azdaroth był tym samym demonem, który zabił starych bogów. Nie miałby litości dla El’lara ani Tei. Lecz to nie strach powstrzymywał tych dwoje przed miłością, ale odwieczne tabu.

Byli fizycznie i psychicznie rodzeństwem krwi. Dzieliły ich wieki, różniła suma doświadczeń, kultura epok, z jakich wyrośli, mimo to ich poglądy i sposób postrzegania świata były niemal identyczne. Iia wielokrotnie zastanawiała się, ile w słowach Tei było El’lara i odwrotnie, bo jedno mogłoby dopowiadać myśli drugiego. I nie była to fałszywa bliskość śliskiego pochlebcy, który stając się kopią władcy, chce ugrać własne cele. Byli jednością i kochali się na poziomie duchowym. Tea raz za razem podsuwała mu największe piękności, proponując dla nich akt przemiany.

– Nie chcę – powtarzała – abyś był sam.

– Nie jestem – odpowiadał, kłaniając się szarmancko. I oboje wiedzieli, co miał na myśli.

Faktycznie, jeśli zbyt długo przebywało się w słońcu, trudno było za blask uważać mdłe światło świec. Z tego, co docierało do Iii, miewał przelotne romanse, co rusz pojawiały się plotki o jego nowych kochankach, ale do tej pory żadna nie dostąpiła zaszczytu prezentacji na dworze Umiłowanej.

Epoka pochodni minęła, zastąpiona erą lamp, które zostały wyparte przez światło elektryczne. Czas płynął niezmiennie. Odwieczne intrygi, śmieszne bunty, złośliwe plotki i małe wojenki szarpały klanem, jednak zawsze udawało się utrzymać nocnych łowców z dala od kłopotów. Nawet jeśli o nie sami zabiegali.

Autorytarne rządy Umiłowanej musiały budzić sprzeciw, tym bardziej że Tea najchętniej narzuciłaby wszystkim swoje zasady. Młodzi, którym z trudem przychodziło panowanie nad głodem, wybierali życie z daleka od dworu, aby swoim rozpasaniem nie wywoływać gniewu królowej śniegu – jak ją między sobą nazywali. Jeśli jednak za bardzo naginali zasady, zjawiał się u nich El’lar – wysłannik władczyni – i przekazywał wyrok. Czasem kończyło się to kilkoma latami snu, w innym przypadku uwięzieniem, a w najgorszym…

Pozbawieni źródła pokarmu, zamknięci w głębinach katakumb, mieli czas, aby dobrze zastanowić się nad swoim postępowaniem. Jeśli nie zdradzali chęci do refleksji i dostosowania się do obowiązujących zasad, zapadał wyrok ostateczny – dekapitację El’lar wykonywał własnoręcznie.

Zdarzało się to bardzo rzadko, najczęściej w ostatniej chwili odwoływano egzekucję. Nieraz winny zdążył uciec, jak w czasie buntu czterystu. Przywódca – Set, syn Tei i Ha’gartha, równie dumny jak matka oraz niepokorny jak ojciec – wypowiedział posłuszeństwo Umiłowanej i Radzie. Odrzucił zasady, według których przysięgali żyć, i zniknął razem z resztą swoich popleczników, zanim wykonano na nim wyrok.

Tea, chociaż od dawna była z synem w stanie jawnego konfliktu, zniosła jego odejście z trudem. Nie pogodziła się z faktem, że pierworodny i jedyny dziedzic zapomnianego królestwa Agharu opuścił ją, by stworzyć własny klan. Ta zdrada bolała najbardziej i gdyby nie obecność El’lara, Iia miałaby powód, żeby poważnie obawiać się o życie Umiłowanej.

Od tej pory imię Seta, tak samo jak imię jego ojca, nigdy nie padło w obecności królowej. Nikt nie ośmielił się wspomnieć o młodym, nieodrodnym buntowniku, ponieważ mogłoby to zasmucić królową.

Wiek XX przyniósł kolejną rewolucję. Wojny – ukochany i wypatrywany z niecierpliwością czas polowań – tym razem przyciągnęły kolejną falę buntów, ponieważ Tea wydała całkowity zakaz żywienia się na polach bitew. Wtedy nawet Iia poczuła się w obowiązku zaprotestować z oburzeniem.

Odbyły prawdziwą, poważną kłótnię, ale stanowisko królowej pozostało niezmienione. I znów kolejna grupa opuściła klan, zmniejszając liczbę pradawnych do niemalże garstki służącej od wieków Umiłowanej.

Te ucieczki naprawdę niepokoiły kapłankę, ponieważ oznaczały realne osłabienie pozycji królowej i samego klanu. Jeśli pozostali buntownicy sprzysięgliby się przeciwko prawowitej władczyni, nawet El’lar nie zdołałby przywrócić porządku. Tym bardziej że pierwszy z dowódców zostawił swoich żołnierzy i zniknął gdzieś bez śladu. Tea nie wydawała się tym przejęta, a każdą rozmowę na ten temat zbywała wzruszeniem ramion.

Tym razem mieszkały w niewielkiej hiszpańskiej wiosce. Położona dość daleko od Oviedo nie figurowała w przewodnikach, rzadko więc o niej wspominano, chociaż w pewien sposób była miejscem wyjątkowym.

Średniowieczna zabudowa, niskie kamienne domy, kręta droga prowadząca na wzgórze, gdzie ulokował się folwark mający ponad sześćset lat – wszystko to tworzyło niezwykłą atmosferę. Mieszkańcy po „odpowiednim przygotowaniu” nie tylko tolerowali obecność wampirów, lecz także dla wygody i przyjemności przychylali im nieba.

Remont starych zabudowań zajął rok. Żaden konserwator nie krzyczał ze zgrozy, gdy domy zyskiwały nowoczesny wystrój i aranżację, zamieniając się w luksusowe rezydencje. Wykorzystując sieć podziemnych tuneli, nocni łowcy, a w zasadzie ich wynajęci robotnicy – kolejna śmieszna zasada wprowadzona przez Teę, aby opłacać ludzi, których można było po prostu zauroczyć – stworzyli miasto w miasteczku. Wytyczyli drogi ewakuacyjne – tego nauczyło ich wielowiekowe doświadczenie – muzea, biblioteki, cały świat ukryty przed oczami niepowołanych.

Tea i Iia rzadko schodziły do centrum wioski, bo ich uroda robiła niesamowite wrażenie i istniała realna obawa, że ciekawski fotograf ze zdumieniem odkryje prześwietlone zdjęcia tam, gdzie według wszelkiego prawdopodobieństwa powinny być dwie piękne dziewczyny. I na własne nieszczęście poważnie się tym zainteresuje.

W przypadku dworu luksus nie oznaczał hedonizmu, obie dbały o to, żeby nie pogrążyć klanu w gnuśnej bezczynności. Wymagały zdobywania wiedzy, nauki oraz treningów, wybierały zadania, które sprawiedliwie przydzielały. I choć obecnie było ich mniej niż pięciuset, żyli we względnej harmonii opartej na ustalonym porządku. Prawdziwym problemem, który spędzał Iii sen z powiek, był brak potomków. Krew demona skończyła się dawno, wybrańców nie było, od wielu więc lat nie przybywało nowych powołanych. Ubytek populacji był zauważalny, na miejsce zabitych nie pojawiali się wojownicy godni ich chwały. Stosunek sił pomiędzy klanem a polującymi na nich myśliwymi po raz pierwszy w dziejach zaczął się niebezpiecznie chwiać.

Rozdział IIIVictoria

J echała powoli, nie śpiesząc się, bo nie miała po co ani do czego. Do tego momentu walczyła niczym szczur zagoniony w kąt, ale ta okrutna zabawa trwała już stanowczo zbyt długo. Jonathan – jedyny przyjaciel, którego miała – nie żył, jego brat był właśnie w drodze, by zabić jej córkę. Złamana na wszystkie ludzkie i nieludzkie sposoby Victoria po prostu się poddała. I tak wpadła w nicość wypełnioną szumem – blednącym echami myśli, emocji i strachu. Zrozumiała, że jest przeklęta, i cokolwiek uczyni, prędzej czy później odwróci się przeciwko niej.

Jak każda matka, była gotowa poświęcić wszystko dla dobra swojego dziecka, rzuciła więc na szalę życie bliskich osób… Ale to mieszkańcom Lake Falls przyszło zapłacić jej rachunki. I będą płacić do skutku, aż zginie każdy – kobiety, mężczyźni, dzieci, których jedyną przewiną była chęć obrony siebie i swoich rodzin przed Obcymi. A ona? Tylko odbezpieczyła broń przystawioną im do głowy.

Uratowała Kat, żeby później wydać na nią wyrok, pokonała Michaela za cenę życia Rachel i Jonathana. Zdobyła księgi wiedźmy, żeby oddać je wampirom – dzięki nim starożytny demon Azdaroth może powrócić na ziemię. Krótko mówiąc, każde działanie, które podjęła, przyniosło skutek odwrotny do zamierzonego. Teraz miała przeciwko sobie El’lara, krwawego demona, wściekłego, że złamała umowę, i bandę mściwych wampirów.

Właściwie od dawna była gotowa na śmierć. Oswajała się z nią, a później, podczas ucieczki, zaprzyjaźniła się z jej nieuchronnością. O tak, śmierć towarzyszyła jej od ponad roku i już nie wywoływała lęku. Bo jak długo można się bać?

Wokoło trwały w najlepsze krwawe żniwa, w trakcie których traciła wszystko i wszystkich. Przypomniała sobie twarz Rachel, gdy Michael zabijał jej towarzyszy, scenę, kiedy odrywał kobiecie głowę niczym niegrzeczne dziecko plastikowej lalce. Oczy Roba po przeczytaniu listu od matki, czerwoną plamę na koszuli Jonathana i wyraz twarzy brata, gdy zrozumiał, co się stało.

Stał za tym jeden winowajca – i nie był to człowiek. Sprawca, przyczyna i główny powód wszystkich cierpień Victorii, ale zamiast go nienawidzić, Vic każdej nocy przed snem przywoływała obraz jego oczu, dotyk jego dłoni. I tęskniła gorączkowo. Boleśnie.

Nie mogła zrozumieć, ile przeciwstawnych emocji może zmieścić się w jednej skołatanej duszy. Ile skrajnie ambiwalentnych odczuć może pomieścić serce? Do czasu spotkania z uosobieniem mroku świat wydawał jej się nieskomplikowany. Zło i dobro miały wyraźne granice, tak samo jak miłość i nienawiść, gniew lub spokój. Ale pewien wampir pokazał jej wyraźnie, że pomiędzy bielą oraz czernią rozciąga się ocean szarości, a to, co brała za granicę barw, jest jedynie wąską kreską na odległym horyzoncie. Iluzją granicy. Stojąc na ruinach własnych zasad moralnych, pojęć grzechu i cnoty, czuła się zagubiona, pozbawiona punktu odniesienia.

Nie chciało jej się już uciekać. Nie dostrzegała przed sobą dalszej drogi. Po co miała za wszelką cenę walczyć o bezwartościowe życie? Żeby do samego końca opłakiwać dziecko, które niemal własnoręcznie zabiła? Uczucie, które paliło żywym ogniem, lecz nie było dla niego przyszłości?

Za sobą zostawiła zamkniętą na głucho przeszłość, pełną emocji, oczekiwań i nadziei, uczuć, wahań i namiętności zdolnej spopielić duszę. Przed sobą nie widziała nic, co dawałoby jej choćby cień nadziei.

Gdzieś tam czekał El’lar – nie bohater jej snów, lecz pozbawiony serca wampir. Jechała spotkać się z nim, narażając się na jego wściekłość i żądzę zemsty, i nie mogła liczyć na to, że wśród tych doznań znajdzie się miejsce na wspomnienie kilku wspólnych nocy, dla niego bez znaczenia.

Równie dobrze mogłaby palnąć sobie w łeb jeszcze w domu Rachel, ale ponad wszystko pragnęła spojrzeć mu ponownie w oczy. Przekonać się, że doktor Barrow nigdy nie istniał, a ona była tylko zabawką, którą wykorzystał i zostawił niczym zepsutą lalkę.

Właściwie nie obawiała się, że ją zauroczy, aby dowiedzieć się, gdzie jest Kat, ani nie bała się tortur, które dla niej przygotował. Strach odczuwała natomiast przed tym zimnem, które przez przypadek dostrzegła kiedyś w jego spojrzeniu. Lodem zdolnym zmrozić serce i zabić skuteczniej niż pocisk.

Była przygotowana na to spotkanie. Od dawna przeczuwała, że prędzej czy później do niego dojdzie. Ucieczka okazała się tylko kosztowną iluzją. Od wyjazdu z Lake Falls żyła złudzeniami, teraz nadszedł moment, by ujrzeć rzeczywistość w jej prawdziwej postaci, odartą z pobożnych życzeń i naiwnych nadziei.

Zwolniła i skręciła w odnogę wijącej się szosy. Wiedziała, gdzie jest – przerażająco blisko miejsca ostatecznej konfrontacji.

Zatrzymała się na pustym parkingu ulokowanym obok meandrującej rzeki. Postanowiła ostatnią chwilę wykorzystać na odzyskanie wewnętrznego spokoju. Wygodnie rozparta na samotnej ławce, bezmyślnie zapatrzyła się na sielski krajobraz, zasłuchana w kojący szum wody.

Z plecaka wyjęła kanapkę, którą zjadła z trudem. Nie była głodna, ale musiała mieć coś w żołądku, by opóźnić działanie niebieskiej kapsułki. To prawda, że chciała mu ostatni raz spojrzeć w oczy, lecz nie miała zamiaru stać się bierną ofiarą wyszukanej zemsty. Na to była za dużym tchórzem. Poza tym wiedziała, że przełamanie jej obrony, wtargnięcie do jej umysłu, by zdobyć upragnione informacje, pozostawało tylko kwestią czasu, dlatego tym razem była dobrze przygotowana…

Słońce zachodzące za łagodną linią drzew wydawało się smutno lustrować krajobraz. Na parkingu zapłonęły pierwsze latarnie, dając tym samym sygnał, że powoli nadchodzi zmrok. Jasnoróżowy nieboskłon zasnuł się stalowymi chmurami w pożegnalnym geście dnia przegrywającego z napierającą ciemnością. Był to także sygnał, że jej czas się kończy.

Kapsułka powędrowała do ust i została popita lodowatą wodą. Vic wstała z ociąganiem i ruszyła w kierunku samochodu. Ostatnim spojrzeniem omiotła milczące pagórki, las tak podobny do tego, który utrwalił się w jej pamięci.

Kilka nieodebranych połączeń nie zaprzątało teraz jej umysłu. Wyjęła baterię, wyrzuciła ją do kosza i przełamała kartę. Czarna pozbawiona życia skorupa szerokim łukiem trafiła do rzeki. Teraz miała pewność, że żaden ślad nie naprowadzi wrogów na trop Głosu.

Jakby miało to jakiekolwiek znaczenie – pomyślała z goryczą.

Wsiadła do samochodu i przekręciła kluczyk w stacyjce. Cichy dźwięk miarowo pracującego silnika wyrwał ją z odrętwienia. Tylko kilka kilometrów dzieliło ją od wjazdu do parku.

Na tylnym siedzeniu miała przygotowaną broń oraz rodzaj testamentu adresowanego do doktora Barrowa. Wiedziała, że jej ukochany dokładnie przejrzy wszystkie rzeczy w poszukiwaniu wskazówek i tropów. Był w końcu doskonałym myśliwym.

Park położony w zapomnianej dolince, daleko poza granicami miasta, często gościł spragnionych odosobnienia dziwaków, czasem bywał świadkiem podejrzanych interesów, ale dzięki malowniczemu otoczeniu najczęściej udzielał schronienia romantycznym nastolatkom w ich zakurzonych używanych samochodach.

Tego wieczoru jednak na pewno nie będzie tam ani zakochanych, ani gangsterów. Zawładnęli nim inni bywalcy…

Zostawiła auto pod bramą parku, pokonując pieszo ostatni odcinek szerokiej leśnej ścieżki, wijącej się pomiędzy napierającymi na siebie pagórkami. Była uzbrojona w determinację i glocka 17 – taki drobny żart dla poprawy samopoczucia.

Dukt podprowadził ją na brzeg rzeki, skąd mogła z przyjemnością obserwować majestatyczne drzewa sięgające koronami niemal samego nieba. Nie miała jednak dostatecznie dużo czasu, żeby zachwycać się okolicą, patrzyła uważnie pod nogi, bo śliskie głazy i wystające gdzieniegdzie korzenie nie ułatwiały przeprawy.

W końcu dotarła na miejsce.

Polana, której brzegami były strome stoki szczytu górującego nad okolicą, wydawała się na siłę – wbrew swojej woli – wciśnięta pomiędzy las i góry. Wysokie drzewa stojące na jej granicy potęgowały nieco klaustrofobiczne wrażenie, jednocześnie podkreślając majestat mrocznych zboczy, tulących do siebie zapomnianą i opuszczoną przecinkę.

Słońce już zaszło, a niecierpliwa ciemność wzięła we władanie las. I wtedy ich zobaczyła, cały komitet powitalny. Sześciu mężczyzn wyszło z mroku, ustawiając się półkolem. Milczące cienie na środku polany – obojętni widzowie. Słyszeli, jak nadchodziła, widzieli ją zapewne od chwili, gdy wysiadła z samochodu.

Nie raczyła się odezwać, rzuciła kluczyki w głęboką trawę. Rozglądała się uważnie, ale…

Nawet nie zadał sobie trudu, żeby osobiście ze mną skończyć – pomyślała z rozczarowaniem rozdzierającym serce.

W pewien sposób to stało się największą obrazą, jakiej się kiedykolwiek wobec niej dopuścił.

I ta jedna emocja przedarła się przez pustkę, uderzyła falą wściekłości.

– Ej, ty – wrzasnęła w powietrze – pieprz się, sukinsynu! Zamiast oszczędzać naboje na coup de grâce, z lodowym spokojem wycelowała w stronę pierwszego z mężczyzn… ponieważ nie był El’larem. Ponieważ po stokroć zasługiwał na śmierć. Jednak nie zdążyła nacisnąć spustu. Wysoki, ponury wampir wystąpił przed szereg.

– Jestem Me’erah z rodu Aerass – powiedział niskim, chrapliwym głosem.

– Ty też się pieprz – warknęła – kimkolwiek jesteś.

– Musisz cierpliwie…

Nie pozwoliła mu dokończyć, furia zalała jej oczy czerwoną poświatą.

Pierwszy strzał był idealny. Niemal trafił w serce. Gdyby to był człowiek, leżałby teraz u jej stóp martwy, ponosząc karę za swoją arogancję i bezczelność. Za lekceważenie i obojętność tego, który ją wezwał. Za poniżającą nieobecność.

Oczywiście nie wyrządziła mu żadnej krzywdy, chociaż była pewna, że strzał sprowokuje go do działania. I znów się pomyliła – kolejny, śmiertelny raz.

Wtedy zrozumiała, z kim przyszło jej się zmierzyć, wampiry musiały należeć do owej słynnej gwardii El’lara, bo posłuszeństwo oraz karność były dla nich ważniejsze od gniewu. Już wiedziała, że tą drogą nic nie wskóra.

– Przekażcie mu, że z naszej umowy nici – manifestacyjnie odwróciła się na pięcie, żeby wrócić na ścieżkę, i wtedy go zauważyła. Najpierw rzucił jej się w oczy ów krzywy uśmieszek, który swego czasu doprowadzał ją do białej gorączki. Później zauważyła delikatne blade dłonie, którymi obejmował szczupłą talię Tatiany. Olśniewającej, jak zwykle.

– Witaj, piękna – powiedział cicho.

Rozdział IVCienie przeszłości – El’lar

M inęły wieki, El’lar zgubił gdzieś nawet ich rachubę. Tak wiele twarzy, obrazów, sytuacji rozmyło się we mgle niepamięci, lecz tamten dzień wrył się w każdą synapsę jego mózgu. Niezbywalnie.

Bo był to dzień jego ponownych narodzin.

***

Iia dokonała niezbędnych przygotowań, aby ceremonia przebiegła bez zakłóceń oraz jak najszybciej. Rytuał mógł mieć wielu obserwatorów lub żadnego, zależało to od rangi osoby wprowadzanej do klanu. Dysponując niewielką ilością cennej krwi, nauczyli się – a przynajmniej starali się to robić – gospodarować nią oszczędnie i z namysłem.

W kilku przypadkach kodeks był bezlitosny, nie wolno było dokonywać przemiany dzieci, starców i ludzi umysłowo skażonych. Wybierano jednostki wybitne, dysponujące wieloma umiejętnościami, niezbędnymi dla przetrwania społeczności, chociaż akurat ta zasada była najczęściej łamana, bo zdefiniowanie, co może okazać się istotne, sprawiało największy problem i budziło liczne kontrowersje, które często kończyły się awanturą, ogólnym mordobiciem lub buntem.

Tea na przykład raz przekonała zgromadzonych, żeby ofiarowano nieśmiertelność pewnemu ogrodnikowi. Jego jedynym talentem była umiejętność tworzenia oaz zieleni, parków, fikuśnych gazonów. Iia protestowała głośno, przypominała o konieczności oszczędzania wyjątkowej krwi, lecz Umiłowana chciała ogrodnika, więc go dostała.

Liberalne podejście do kandydatur zaowocowało pojawieniem się grupy nieśmiertelnych, u których odwiecznie preferowane cechy – odwaga, siła, inteligencja – nie stanowiły podstawowych zalet. Ci przemienieni najczęściej wybierali życie u boku królowej, lecz ich wartość w razie zagrożenia była znikoma.

Na szczycie hierarchii w klanie obok królowej stała Rada złożona z dwunastu pradawnych, elitę stanowiły pierwsze rody, ale na przestrzeni epok nie zostało ich już wiele. Ostatnią kategorią byli przemienieni, nie mieli za wiele do powiedzenia. Wyjątkiem oczywiście był El’lar, syn Eatorna, człowiek znikąd, wojownik z krwi i kości.

***

Płytki oddech El’lara przecinał gęsty mrok i ciszę, która wydawała się absolutna. Ciemna noc utrudniała wspinaczkę – nawet za dnia nienależącą do najłatwiejszych – zboczem najeżonym niebezpiecznymi pasażami i wąskimi skalnymi gardłami.

Nie słyszał ich kroków ani nie czuł obecności, ale wiedział, że są tuż obok. Bezgłośni. Niemal nieistniejący.

Pierwszą z prób wyznaczono poza osadą, wysoko, na szczycie Lodowej Iglicy, jak nazywał ją nekromanta. Prawdopodobnie góra nie miała w ogóle imienia, bo nocni łowcy rzadko nadawali nazwy dziełom natury, chyba że były one niezbędne przy określaniu położenia lub kierunków.

Wyruszyli z Xall gnani zachodzącym słońcem i maszerowali nieprzerwanie od kilku godzin. Minęli przełęcz, potem kolejną, wspinając się na niewielkie wzniesienie. Stamtąd El’lar mógł podziwiać miejsce, do którego prowadziła ścieżka – odległą świątynię skrzącą się w promieniach dogasającego dnia.

Po usłyszeniu opowieści Elihana zdecydował się dołączyć do klanu, z własnej woli poddać próbom, a jeśli uznają go za godnego – posiąść moc niedostępną innym ludziom.

Nie zależało mu na nieśmiertelności, nie oczekiwał wiecznego życia wypełnionego dostatkiem. Opowieść o Aedrinie, który dla powierzonych jego opiece mieszkańców Agharu był gotowy zmierzyć się z bogami, dotknęła najczulszej struny w jego duszy. Karmiony opowieściami o herosach i ich dziełach całe życie marzył, aby stać się jednym z nich. Z owych snów odzierał go niemal każdy dzień, obnażający miałkość prawdziwego życia, w którym intrygi zastępowały odwagę godną pieśni, fałsz zakładał maskę miłości, strach udawał siłę. To wszystko czyniło otaczającą go rzeczywistość ledwie godną zniesienia. Wtedy pojawił się Azdaroth i tchnął nową wiarę w jego serce. Pokazał cel i nagrodę. Obudził martwe legendy.

Ale te idealistyczne pobudki zbladły przed obliczem królowej. Od pierwszego wejrzenia wiedział, że jego miejsce jest u jej boku. Na wieczność. Przyjmie dar nieśmiertelności, by jej służyć aż po kres czasu, nie oczekując niczego w zamian, nie szukając poklasku, nie oczekując sławy.

Jeśli cokolwiek w życiu miało jakiś głębszy sens, jeśli istniało przeznaczenie krzyżujące nici przypadku i chaosu – cokolwiek – zaprowadziło go właśnie na dwór królowej, tam odnalazł sens i cel. Bez lęku spojrzał w twarz swojej przyszłości i powiedział:

– Tak, moja pani…

Zamyślony poślizgnął się na zdradzieckiej ścieżce, delikatny uścisk podtrzymał go w ostatniej chwili. Poczuł jedynie lekki powiew chłodnego powietrza, a w myślach podziękował za ratunek. Nie miał już sił, żeby użyć słów.

Przypomniała mu się wcześniejsza rozmowa, którą odbyli na dziedzińcu pałacu. Dziwna rozmowa, bo smutek i żal stanowiły główną treść przekazywaną między słowami, ukrytą w zdawkowych pytaniach oraz nic nieznaczących odpowiedziach. Zrozumiał wtedy ból Umiłowanej, ujrzał prawdziwe oblicze Aedrina i poznał jeden z największych jej sekretów.

Przed jego oczami wyrosła niewielka świątynia. Oświetlona od zewnątrz płonącymi kagankami, zwisającymi ze wszystkich gzymsów i wykuszy, zdawała się badawczo przyglądać pielgrzymowi. Frontowa ściana wyrastała wprost z postrzępionej skały, nadając osobliwej budowli bez okien posępnego charakteru. Z pozoru lita ściana pełna była nisz bawiących się w chowanego z obserwatorem. W każdej z nich migotały płomyki małych lampek oliwnych. El’lar nie dostrzegał szczytu świątyni tonącej w ciemności, jednak dywan ognia pełgający po ścianie zdawał się w jakiś sposób ożywiać kamienny mur, nadając mu pozory ruchu.

Wrota rozwarły się bezszelestnie, rzeźby na gzymsie ozdabiającym portal zdawały się niewzruszone, choć czas zatarł ich rysy i zdeformował kształty.

Gdy przestąpił próg, nie mógł powstrzymać cichego westchnienia. Wysokie, choć niezbyt duże pomieszczenie niemal w całości wypełniała sadzawka. Lśniąca czarna woda zdawała się lustrem odbijającym strop niknący w ciemnościach.

Na komendę Iii milczący akolici pociągnęli zwisające ze ścian sznury. Mury zadrżały i przy wtórze rozdzieranego żywcem kamienia do wnętrza wkroczyło gwiaździste niebo, poprzedzane rozchodzącym się po wnętrzu chłodem nocy. Ponad ich głowami i u stóp pojawiły się rozmigotane gwiazdy, wykradające światło z komnaty. Kapłanka Iia zaczęła śpiewną melorecytację w języku, którego nigdy wcześniej nie słyszał. Ciężkie, syczące słowa odbijały się echem od ścian i powracały głośniejsze, wręcz bolesne. Na środku sali pojawiła się Tea, a nieporuszona tafla wody bez choćby jednej zmarszczki była najlepszym dowodem, że nocni łowcy byli nie tylko szybcy, lecz także bezszelestni…

Stał na brzegu sadzawki i jak zaczarowany patrzył na Umiłowaną skąpaną w srebrzystym blasku – dlatego nie poczuł ugryzienia. Królowa ubrana w białą długą sukienkę ujęła jego dłoń. Spojrzał na nią i westchnął.

Drobna, szczupła, zdawała się niknąć w komnacie wypełnionej światłem gwiazd, lecz w jej twarzy pałały ogniem oczy, których blask przyćmiewał wszystko dookoła.

El’lar poczuł w ustach żelazisty smak, a nogi same się pod nim ugięły. Z rozerwanego nadgarstka do sadzawki ściekały ciężkie czerwone krople. Jego krew.

Zaśpiew przybrał na sile, do Iii dołączyli akolici i melodia stała się bardziej dzika, ekstatyczna.

W głowie czuł jedynie szum i głuche dudnienie, kolory zaczęły się zacierać, głosy cichnąć. Osuwał się w pustkę wypełnioną mdlącym, słodkawym zapachem. Stracił przytomność.

Bezwładne ciało osunęło się do wody, która dopiero teraz zafalowała, wzburzona kalającym ją ciężarem. Nie poczuł już na szczęście ukąszenia obsydianu, który rozdarł mu żebra.

Czerń wciągnęła go, omotała mu myśli i otworzyła drzwi do świata, w którym przebywał krwawooki demon.

– Będziesz mi służył? – zapytał, jakby nie było to oczywiste.

El’lar przytaknął, niezdolny wykrztusić choćby słowa. Stali na szczycie góry, a dookoła, jak okiem sięgnąć, rozciągała się równina. Ocean piachu. Nieskończona pustynia, kraina zesłania półdemona, którego potęga miała swoje źródło w Otchłani.

I wtedy Azdaroth poprowadził go niewidoczną ścieżką, ucząc nowego języka oraz zwyczajów. Był opiekunem i bratem, przewodnikiem i mentorem. Współczującym mędrcem, uważnym słuchaczem.

Spędzili ze sobą wiele czasu w owej jałowej krainie, a El’lara coraz bardziej wypełniała dziwna moc. Zaczęło się od wzmocnienia wszystkich zmysłów, które stały się wręcz nadczułe. Później przeobraziły się ścięgna i mięśnie, na końcu zaś umysł otworzył na pełne poznanie. Odurzony zapachami, dźwiękami oraz możliwościami własnego ciała, niczym pijak upajał się dokonującą się przemianą. Dobrze mu było w wiecznym zmierzchu, który panował w świecie demona.

– Będziesz jej strzegł jak oka w głowie – powiedział mu Aedrin na pożegnanie. – Lecz nie tylko dlatego cię odnalazłem i wybrałem. Istnieje pewna spisana dawno przepowiednia. Według jej słów narodziłeś się, aby rozerwać moje okowy i wyprowadzić z powrotem do świata ludzi. To jest twoje zadanie, twój cel. Otwórz więzienie, zwróć mi wolność, a wynagrodzę cię w sposób, o jakim przyszłe pokolenia układać będą pieśni.

***

Ocknął się i przez chwilę zupełnie nie wiedział, gdzie jest. Odzyskał pamięć dopiero po jakimś czasie, wtedy przypomniał sobie rytuał, Umiłowaną i jej dar.

Łoże było wygodne, zapachy dookoła wręcz napastliwe, a kolory żarzyły się w szarości podsycanej przez mdłe światło księżyca. Odzyskał kontrolę nad własnymi zmysłami – poczuł każdy mięsień, stalowe ścięgna, siłę, której strumień wypełniał jego ciało. Muzyka wiatru i ciche pieśni owadów zaatakowały jego słuch, a na ustach osiadł smak snu i wody.

Rytuał został dopełniony pucharem szkarłatnego napoju o słodkim upajającym smaku. Wiedział już, że oto umarł i narodził się ponownie – sługa nocy, łowca. Syn Azdarotha, który rozmawiał z nim w snach.

***

Tea i Iia przywitały go z radością i dokończyły lekcję demona. Przekazały mu kodeks, nauczyły zasad żywienia, pokazały sposoby na oszukanie wrogów. Królowa darzyła go bezgranicznym zaufaniem, co długo bolało przedstawicieli starych rodów. Na tym tle wybuchały raz po raz przeróżne konflikty, lecz z biegiem czasu widok El’lara u boku Umiłowanej spowszedniał tak bardzo, jakby mężczyzna zawsze był jednym z nich. Bo w jakiś przedziwny sposób tak właśnie było.

Sny królowej nawiedzające ją od wieków zapowiadały nadejście wojownika z odległych rubieży. Widywała go i rozmawiała z nim, zanim się narodził. Czekała na jego pojawienie się, świadoma, że to, co ze sobą przyniesie, może być początkiem i końcem. Zmierzchem lub zaraniem rasy najstarszych. Nie wahała się zdradzić mu sekretu krwi, nie obawiała się oddać dowództwa gwardii.

Iia ze zdumieniem patrzyła na – według niej nieostrożne – poczynania królowej, choć później musiała jej przyznać rację. El’lar okazał się godny zaufania i zaszczytów, którymi go hojnie obdarzała. Jednak wierna służba i obowiązki nigdy nie przesłoniły mu najważniejszego celu, a pierwszym krokiem do jego osiągnięcia było znalezienie przepowiedni, dokładne poznanie jej treści, bo Azdaroth czekał za kurtyną, aby znów pojawić się na scenie. Prędzej czy później…