Wydawca: Wydawnictwo Literackie Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 461 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Droga do domu - Yaa Gyasi

Światowa premiera

EPICKA OPOWIEŚĆ  ROZPISANA NA SIEDEM POKOLEŃ I ROZPIĘTA POMIĘDZY DWA KONTYNENTY

Jedna z najbardziej oczekiwanych amerykańskich książek tego roku

XVIII wiek, Ghana, zachodnie wybrzeże Afryki. Dwie przyrodnie siostry mieszkają w odległych wioskach, nigdy się nie spotkały, nie wiedzą nawet o swoim istnieniu.

Pierwsza z nich, Effia, poślubia angielskiego kolonizatora, dowódcę twierdzy Cape Coast Castle i  żyje u boku kochającego męża. Druga, Esi, trafia do twierdzy w dramatycznych okolicznościach. Uprowadzona, wrzucona do lochu, zostaje następnie wysłana za ocean i sprzedana jako niewolnica.

Yaa Gyasi, nowa gwiazda literatury amerykańskiej, z ogromnym wyczuciem i talentem opowiada dalsze losy bohaterek i ich potomków. Efektem jest niezwykła powieść, rozciągnięta w czasie na niemal 300 lat. Mroczne czasy niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, europejska kolonizacja Afryki, walka Afroamerykanów o równouprawnienie, marzenie o awansie społecznym, rodzinne tragedie, zawiść, zazdrość, chwile szczęścia i w końcu miłość -  Droga do domu to wciągająca saga i prawdziwa eksplozja emocji. Powieść bardzo amerykańska, a jednocześnie pełna afrykańskiej magii.

Droga do domu to debiut literacki Yaa Gyasi . Na pomysł napisania książki wpadła, gdy szukała swych korzeni w Afryce. Podczas podróży po Ghanie odwiedziła Cape Coast Castle i jak później wyznała, od razu wiedziała, że to złowrogie miejsce stanie się centrum jej opowieści. Książka wzbudziła prawdziwą sensację na Targach Książki w Londynie – prawa do wydania na podstawie samego zarysu książki zakupiło kilkanaście krajów.

Powieść Droga do domu ukazuje się jednocześnie w Stanach Zjednoczonych i w Polsce.

Droga do domu Yaa Gyasi zapowiada się wspaniale. XVIII-wieczna Ghana, dwie przyrodnie siostry, dwie odmienne ścieżki życia…

JESSIE BURTON, autorka Miniaturzystki

Opinie o ebooku Droga do domu - Yaa Gyasi

Fragment ebooka Droga do domu - Yaa Gyasi

Copyright © 2016 by YNG Books, Inc. All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2016 Tytuł oryginału: "Homegoing" PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Urszula Gireń ILUSTRACJE: Na okładce wykorzystano zdjęcie z agencji Jenny Boot / Arcangel REDAKTOR PROWADZĄCY: Jolanta Korkuć REDAKCJA: Paweł Ciemniewski KOREKTA: Ewa Kochanowicz, Małgorzata Wójcik, Barbara ŻebrowskaWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05863-3 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

CZĘŚĆ PIERWSZA

EFFIA

Tej nocy, podczas której Effia Otcher urodziła się w wilgotnym upale Fanteland, obszary graniczące z gospodarstwem jej ojca trawił gwałtowny pożar lasu. Rozprzestrzeniał się szybko, tworząc wypalony trakt, który miał przetrwać wiele dni. Czerpał życiodajne siły z powietrza, spał w jaskiniach i ukrywał się na drzewach, pochłaniał wszystko, co stanęło na jego drodze, nie przejmując się zniszczeniami, które za sobą zostawiał, aż dotarł do wioski, położonej w regionie Asante. Tam zniknął, wtapiając się w noc.

Ojciec Effii, Cobbe Otcher, zostawił nowo narodzone dziecko pod opieką swej pierwszej żony, Baaby, żeby przekonać się, czy ogień zniszczył jego bataty, najcenniejszą znaną w okolicy roślinę uprawną zapewniającą przetrwanie tamtejszym rodzinom. Stracił siedem batatów — odczuł brak każdego z nich jako cios wymierzony w jego rodzinę. Wiedział, że wspomnienie o pożarze, który spalił bataty, a potem uciekł, będzie prześladowało jego samego, jego dzieci, i dzieci jego dzieci, dopóki nie wygaśnie ta linia rodziny. Kiedy wrócił do szałasu Baaby i zastał krzyczącą wniebogłosy Effię, dziewczynkę urodzoną w czasie nocnego pożaru, spojrzał na żonę i powiedział:

— Nie będziemy nigdy więcej rozmawiać o tym, co się dziś wydarzyło.

Mieszkańcy wioski zaczęli mówić, że dziecko urodziło się z ognia i to dlatego Baaba nie ma mleka. Effię karmiła druga żona Cobbe’ego, która urodziła syna trzy miesiące wcześniej. Effia nie chciała jej ssać, a kiedy to robiła, raniła ostrymi dziąsłami ciało wokół sutek kobiety, która po jakimś czasie zniechęciła się i przestała dopuszczać ją do piersi. Z tego powodu Effia wychudła i zaczęła przypominać pokrytą skórą kupkę cienkich kości, a jej usta upodobniły się do dużej czarnej dziury, z której wydobywały się okrzyki głodu słyszalne w całej wsi, nawet wtedy, kiedy Baaba usiłowała je stłumić, zatykając buzię dziecka swą szorstką dłonią.

— Kochaj ją — polecił Cobbe, jakby miłość była czymś tak prostym jak zgarnianie jedzenia z metalowego talerza i wkładanie go do ust. Baaba śniła po nocach o tym, że zostawia nieszczęsne dziecko w ciemnym lesie, żeby bóg Nyame mógł z nim zrobić, co zechce.

Effia dorastała. W lecie, które przyszło po jej trzecich urodzinach, Baaba urodziła pierwszego syna. Chłopiec otrzymał imię Fiifi i był tak gruby, że czasem, kiedy Baaba nie patrzyła, Effia toczyła go po podłodze jak piłkę. Kiedy Baaba pozwoliła jej nosić dziecko na rękach, dziewczynka upuściła je już pierwszego dnia. Chłopczyk uderzył o ziemię pośladkami, wylądował na brzuchu i rozejrzał się po wszystkich obecnych w izbie, jakby nie wiedząc, czy powinien się rozpłakać. Najwyraźniej odrzucił ten pomysł, ale Baaba, która mieszała właśnie banku, wyjęła z garnka kijek i zaczęła nim bić Effię po nagich plecach. Przy każdym uderzeniu na skórze dziewczynki zostawały gorące, lepkie resztki banku, które parzyły jej ciało. Kiedy Baaba skończyła, Effia szlochała i krzyczała, bo była pokryta bliznami. Fiifi, który leżał na brzuchu i kołysał się lekko w obie strony, patrzył z podłogi na siostrę wielkimi jak spodki oczami, ale nie wydał żadnego dźwięku.

Po powrocie do domu Cobbe zastał w nim inne żony opatrujące obrażenia Effii i natychmiast domyślił się, co zaszło. On i Baaba kłócili się do późnej nocy. Effia słyszała ich głosy przez cienką ściankę szałasu, w którym leżała na podłodze, zapadając co jakiś czas w gorączkowy sen. W jej śnie Cobbe był lwem, a Baaba drzewem. Lew wyrywał drzewo z korzeniami i ciskał nim o ziemię. Drzewo wyciągało gałęzie na znak protestu, a lew kolejno je wyłamywał. Leżące drzewo zaczynało płakać czerwonymi mrówkami, które wybiegały z wąskich szpar w jego korze i gromadziły się na miękkiej ziemi wokół pnia.

I tak zaczął się cykliczny rytuał. Baaba biła Effię. Cobbe bił Baabę. Kiedy Effia skończyła dziesięć lat, mogłaby opowiedzieć dzieje wszystkich blizn na swoim ciele. Latem 1764 roku Baaba złamała na jej plecach pęd batata. Wiosną 1767 roku Baaba uderzyła ją kamieniem w lewą stopę, łamiąc wielki palec, który od tej pory odstawał pod dziwnym kątem od reszty. Każdej bliźnie na ciele Effii towarzyszyła bliźniacza blizna na ciele Baaby, ale to nie powstrzymało matki od bicia córki ani ojca od bicia matki.

Sytuację pogarszała rozkwitająca uroda Effii. Kiedy dziewczynka miała dwanaście lat, urosły jej piersi; dwa wystające z torsu kawałki ciała, miękkie jak dojrzały owoc mango. Mężczyźni z wioski wiedzieli, że wkrótce pojawi się krew i tylko czekali na moment, w którym będą mogli poprosić Baabę i Cobbego o rękę córki. Zaczęli przynosić prezenty. Jeden z nich robił lepsze wino palmowe niż jakikolwiek inny mieszkaniec wsi, a sieci innego zawsze były pełne ryb. Członkowie rodziny Cobbego jadali jak bogacze dzięki rozkwitającej kobiecości Effii. Ich brzuchy i ręce nigdy nie były puste.

W 1775 roku Adwoa Aidoo została pierwszą w wiosce dziewczyną, o której rękę poprosił jeden z brytyjskich żołnierzy. Miała jasną skórę i ostry język. Co rano, po kąpieli, nacierała całe ciało olejem kokosowym, nie omijając miejsc pod biustem i między nogami. Effia nie znała jej dobrze, ale zobaczyła ją nagą pewnego dnia, kiedy Baaba kazała jej zanieść olej palmowy do jej szałasu. Miała gładką, lśniącą skórę i wspaniałe włosy.

Kiedy biały mężczyzna zjawił się po raz pierwszy, jej matka poprosiła rodziców Effii, by oprowadzili go po wiosce, bo Adwoa musi przygotować się na spotkanie.

— Czy mogę pójść z wami? — spytała Effia, biegnąc za rodzicami. Usłyszała jednym uchem „nie” swojej matki, a drugim „tak” swego ojca. Ojciec postawił na swoim, więc Effia stanęła po chwili przed pierwszym białym mężczyzną, jakiego widziała w życiu.

— On się cieszy, że cię widzi — powiedział tłumacz, gdy biały mężczyzna wyciągnął do niej rękę. Nie podała mu swojej, lecz schowała się za nogą ojca i bacznie go obserwowała.

Jego kurtka, ozdobiona na przodzie rzędem lśniących, złotych guzików, opinała się na wydatnym brzuchu. Miał tak czerwoną twarz, że jego kark przypominał płonący pień. Był gruby, a z jego czoła i z paska nieowłosionej skóry nad górną wargą kapały krople potu. Effia porównała go w myślach do deszczowej chmury: bezbarwnej, nasyconej wodą i bezkształtnej.

— On chciałby zobaczyć wioskę — powiedział tłumacz, kiedy wszyscy ruszyli z miejsca.

Zatrzymali się najpierw przy zagrodzie rodziców Effii.

— Tu mieszkamy — powiedziała do mężczyzny, który uśmiechnął się do niej tępo. Jego zielone oczy przysłaniała mgła.

Nie rozumiał. Nie zrozumiał nawet wtedy, kiedy przemówił do niego tłumacz.

Cobbe trzymał Effię za rękę, kiedy on i Baaba oprowadzali białego mężczyznę po zagrodzie.

— Tutaj, w tej wiosce — tłumaczył Cobbe — każda żona ma własną chatę. Dzieli ją ze swoimi dziećmi. Gdy nadchodzi noc, którą mąż ma spędzić z tą żoną, przychodzi do jej chaty.

Kiedy białemu mężczyźnie przetłumaczono te słowa, jego źrenice nabrały wyrazu, a Effia zdała sobie nagle sprawę, że spojrzał on na sprawę z innej strony. Dostrzegł w końcu glinę, z której zbudowano ściany chaty, i słomę pokrywającą dach.

Szli dalej przez wioskę, pokazując białemu mężczyźnie główny plac i zrobione z wydrążonych pni małe rybackie łódki, które mężczyźni nosili na odległe o kilka mil wybrzeże. Effia zmuszała się do oglądania wszystkiego nowymi oczami. Czuła zapach nasyconego morską solą wiatru, który dotykał włosków w jej nosie, czuła dotyk szorstkiej jak tarka kory drzewa palmowego, dostrzegała głęboką czerwień obecnej wszędzie gliny.

— Baaba — spytała, gdy wyprzedzający ich mężczyźni odeszli trochę dalej. — Dlaczego Adwoa wychodzi za tego mężczyznę?

— Bo tak powiedziała jej matka.

W kilka tygodni później biały mężczyzna przyjechał ponownie, by złożyć wyrazy szacunku matce Adwoi, a wszyscy inni mieszkańcy wioski zgromadzili się, by zobaczyć, co jej wręczy. Cena narzeczonej była ustalona na piętnaście funtów. Mężczyzna sprowadził z Twierdzy cenne towary, które nieśli na plecach członkowie plemienia Asante. Cobbe ustawił Effię tuż za sobą i razem oglądali służących niosących tkaniny, proso, złoto i wyroby żelazne.

Kiedy wracali do swej zagrody, Cobbe odciągnął Effię na bok, puszczając przodem swoje żony i pozostałe dzieci.

— Czy rozumiesz, co się przed chwilą stało? — spytał. Idąca przed nimi Baaba chwyciła Fiifiego za rękę. Brat Effii skończył niedawno jedenaście lat, ale umiał już wspiąć się na pień palmy przy pomocy samych tylko rąk i nóg.

— Biały mężczyzna przybył, by zabrać ze sobą Adwoę — odparła Effia, a jej ojciec kiwnął potakująco głową.

— Biali mężczyźni mieszkają w Twierdzy na Cape Coast. Handlują z naszymi ludźmi.

— Żelazem i prosem?

Ojciec położył dłoń na jej ramieniu i pocałował ją w czoło, ale kiedy się wyprostował, dostrzegła w jego oczach troskę i odniosła wrażenie, że myśli o czym innym.

— Tak, dostajemy żelazo i proso, ale musimy dawać im coś w zamian. Ten mężczyzna przybył z Cape Coast, żeby poślubić Adwoę. Jego śladem pójdą inni, którzy będą się zjawiać i zabierać stąd nasze córki. Ale ja, moja droga, planuję dla ciebie lepszą przyszłość niż małżeństwo z białym człowiekiem. Poślubisz mężczyznę z naszej wioski.

W tym momencie Baaba odwróciła się, a Effia dostrzegła w jej oczach złość. Spojrzała na ojca, by się przekonać, czy on też ją zauważył, ale Cobbe nie powiedział ani słowa.

Effia wiedziała, kogo chciałaby poślubić, i miała wielką nadzieję, że jej rodzice wybiorą tego samego mężczyznę. Abeeku Badu miał zostać następcą wodza wioski. Był wysoki, miał skórę w kolorze pestki awokado i wielkie dłonie z długimi, szczupłymi palcami, którymi gestykulował z szybkością błyskawicy za każdym razem, kiedy zaczynał coś mówić. W ciągu minionego miesiąca czterokrotnie odwiedził ich zagrodę, a pod koniec tygodnia miał zjeść z Effią wspólny posiłek.

Abeeku przyniósł kozę. Jego służący nieśli bataty, ryby i wino palmowe. Baaba i inne żony rozpaliły paleniska i rozgrzały olej. Powietrze było gęste od zapachów.

Tego ranka Baaba splotła włosy Effii. Dwa długie zwinięte warkocze sterczące po obu stronach położonego na środku głowy przedziałka. Wyglądała teraz jak silny, samowolny baran. Effia namaściła olejem swe nagie ciało i ozdobiła uszy złotem. Podczas posiłku siedziała naprzeciwko Abeeku, a on rzucał na nią pełne zachwytu ukradkowe spojrzenia, które sprawiały jej wielką przyjemność.

— Czy byłeś na zaręczynach Adwoi? — spytała Baaba, kiedy wszyscy mężczyźni zostali już obsłużeni, więc kobiety mogły w końcu zacząć jeść.

— Tak, byłem tam, ale bardzo krótko. Szkoda, że Adwoa opuści wioskę. Byłaby z niej dobra żona.

— Czy będziesz pracował dla Brytyjczyków, kiedy zostaniesz wodzem? — spytała Effia. Cobbe i Baaba rzucili jej gniewne spojrzenia, więc opuściła głowę, ale kiedy ją uniosła, zobaczyła, że Abeeku się uśmiecha.

— My pracujemy z Brytyjczykami, Effia, a nie dla nich. Na tym polega handel. Kiedy zostanę wodzem, będziemy nadal robić to, co do tej pory: ułatwiać handel między Brytyjczykami a ludźmi z plemienia Asante.

Effia kiwnęła głową. Nie była pewna, co to znaczy, ale widząc miny rodziców, uznała, że postąpi najlepiej, nie otwierając ust. Abeeku Badu był pierwszym mężczyzną, któremu pozwolono ją odwiedzić. Rozpaczliwie chciała wzbudzić w nim pożądanie, ale nie wiedziała jeszcze, jakim on jest mężczyzną i jakiej potrzebuje kobiety. W swojej chacie mogła pytać ojca i Fiifiego, o co chciała. Ale Baaba zachowywała milczenie i wymagała tego samego od niej, i to Baaba wymierzyła jej policzek, kiedy spytała, dlaczego nie traktuje jej tak, jak inne matki traktują swoje córki. Czuła miłość matki, albo raczej coś, co ją przypominało, tylko wtedy, kiedy nic nie mówiła, nie zadawała pytań i starała się być niezauważalna. Może tego samego wymagał Abeeku.

Abeeku skończył posiłek. Uścisnął dłonie wszystkich członków rodziny i zatrzymał się przy matce Effii.

— Dajcie mi znać, kiedy ona będzie gotowa — powiedział do niej.

Baaba przycisnęła dłoń do piersi i z powagą kiwnęła głową. Cobbe i inni mężczyźni odprowadzili Abeeku do wyjścia, a reszta rodziny pomachała mu na pożegnanie.

Tej nocy Baaba obudziła Effię, która spała na podłodze ich chaty. Dziewczyna poczuła w uchu ciepło jej oddechu.

— Kiedy pojawi się twoja krew, Effia, musisz to ukryć — szepnęła jej matka. — Masz powiedzieć o tym mnie i nikomu innemu. Czy mnie rozumiesz? — Wręczyła córce kilka pierzastych liści palmy, z których zrobiła miękkie, zwinięte tampony. — Noś je w sobie i codziennie oglądaj. Kiedy zrobią się czerwone, masz mi o tym powiedzieć.

Effia spojrzała na liście, które trzymała Baaba w wyciągniętych rękach. Nie sięgnęła po nie od razu, ale kiedy ponownie podniosła wzrok, dostrzegła w oczach matki coś w rodzaju desperacji. Ponieważ złagodziło to w pewien sposób wyraz twarzy Baaby, uznała, że stanowczość matki jest dowodem troski o jej dobro, więc zastosowała się do jej polecenia. Codziennie sprawdzała, czy liście nie robią się czerwone, ale one niezmiennie były zielono-białe.

Kiedy nadeszła wiosna, wódz wioski zachorował, a wszyscy uważnie obserwowali Abeeku, by się przekonać, czy jest już gotowy do przejęcia obowiązków. W ciągu ostatnich miesięcy poślubił dwie kobiety, Mądrą Arekuę i Millicent, córkę kobiety z plemienia Fante i brytyjskiego żołnierza. Żołnierz umarł na febrę, zostawiając żonie i dwójce dzieci bogactwo, z którym mogli zrobić, co chcieli. Effia marzyła o dniu, w którym wszyscy mieszkańcy wioski zaczną ją nazywać Piękną Effią, bo tak mówił do niej Abeeku w rzadkich momentach, w których pozwalano mu z nią rozmawiać.

Biały mąż matki Millicent nadał żonie nowe imię. Była ona pulchną, tęgą kobietą, której zęby lśniły bielą na tle czarnej jak noc skóry. Po śmierci męża postanowiła przenieść się z Twierdzy do wioski. Ponieważ biali mężczyźni nie mogli zapisywać w testamentach pieniędzy swoim afrykańskim żonom z plemienia Fante i ich dzieciom, zostawiali je innym żołnierzom i kolegom, a oni wypłacali je wdowom. Matka Millicent dostała kawałek pola, a także dość pieniędzy, by zacząć życie od nowa. Ona i Millicent często odwiedzały Effię i Baabę, gdyż — jak mówiła — miały niebawem należeć do tej samej rodziny.

Effia nigdy nie widziała kobiety o tak jasnej skórze, jaką miała Millicent. Jej czarne włosy sięgały do połowy pleców, a oczy miały zielony odcień. Rzadko się uśmiechała, mówiła gardłowym głosem i miała dziwny akcent, typowy dla plemienia Fante.

— Jak było w Twierdzy? — spytała pewnego dnia Baaba matkę Millicent, kiedy wszystkie cztery kobiety zasiadły do poczęstunku, złożonego z orzeszków ziemnych i bananów.

— W porządku, w porządku. Tamtejsi mężczyźni, och, oni dbają o kobiety! Nie wiem, co robiły ich brytyjskie żony. Mówię ci, mój mąż patrzył na mnie tak, jakbym była wodą, a on ogniem, który trzeba co noc ugasić.

Kobiety zaśmiały się głośno. Millicent posłała Effii ukradkowy uśmiech, a Effia chciała ją zapytać, jak jej jest z Abeeku, ale zabrakło jej odwagi.

— I płacą dobrą cenę, prawda? — spytała Baaba, pochylając się w stronę matki Millicent, ale Effia i tak ją dosłyszała.

— Ha, mówię wam, mój mąż zapłacił matce dziesięć funtów, a to było piętnaście lat temu! Powiem ci, siostro, że pieniądze się przydały, ale ja się cieszę, że moja córka wyszła za mężczyznę z plemienia Fante. Może jakiś żołnierz zechciałby zapłacić dwadzieścia funtów, ale wtedy nie zostałaby żoną wodza. Mało tego, musiałaby mieszkać w Twierdzy, daleko ode mnie. Nie, nie, lepiej wyjść za mężczyznę z naszej wioski i mieć przy sobie swoje córki.

Baaba kiwnęła głową i spojrzała na Effię, która pospiesznie odwróciła wzrok.

Tej nocy, zaledwie w dwa dni po jej piętnastych urodzinach, pojawiła się krew. Nie był to potężny przypływ fal oceanu, jakiego spodziewała się Effia, lecz raczej powolna kapanina kropel deszczu, uderzających o dach chaty. Umyła się i czekała na odejście ojca, który spędzał tę noc z Baabą, żeby powiadomić matkę.

— Baaba — powiedziała, pokazując jej zabarwione na czerwono liście palmy — mam już krew.

— Kto jeszcze o tym wie? — spytała matka, przykładając palec do ust.

— Nikt.

— Niech więc tak zostanie. Czy mnie rozumiesz? Jeśli ktokolwiek zapyta, czy zostałaś już kobietą, masz powiedzieć, że nie.

Effia kiwnęła głową. Odwróciła się, żeby odejść, ale chęć poznania prawdy parzyła jej żołądek jak rozżarzony węgiel.

— Dlaczego? — spytała w końcu.

Baaba włożyła palce do ust córki i wbiła ostre paznokcie w czubek jej języka.

— Za kogo ty się uważasz, skoro myślisz, że możesz mnie przepytywać? Jeśli mnie nie posłuchasz, zadbam o to, żebyś nigdy więcej nie powiedziała ani słowa.

Puściła język Effii, a dziewczyna przez całą noc czuła smak swojej krwi.

W następnym tygodniu zmarł stary wódz. Wiadomości o jego pogrzebie zostały rozesłane do wszystkich sąsiednich wiosek. Obrzędy miały trwać miesiąc i zakończyć się ceremonialnym objęciem funkcji wodza przez Abeeku. Kobiety z wioski przygotowywały jedzenie od wschodu do zachodu słońca; robiono bębny z najszlachetniejszego drewna i poproszono najlepszych śpiewaków, by uświetnili uroczystość swoimi głosami. Uczestnicy pogrzebu zaczęli tańczyć czwartego dnia pory deszczowej i nie odpoczęli, dopóki ziemia pod ich stopami całkowicie nie wyschła.

Pod koniec pierwszej suchej nocy Abeeku został ukoronowany i stał się Omanhinem, wodzem wioski plemienia Fante. Był ubrany w szaty z bogatych tkanin i miał przy sobie obie swoje żony. Effia i Baaba stały w tłumie widzów obok siebie, a Cobbe przechadzał się wśród zebranych. Effia słyszała, jak mruczy pod nosem, że ona, jego córka, najpiękniejsza dziewczyna w wiosce, również powinna być w centrum uwagi.

Abeeku, jako nowy wódz, chciał zrobić coś wspaniałego, coś, co zwróci uwagę na wioskę i zapewni jej siłę, z którą należy się liczyć. Już w trzecim dniu rządów wezwał do swego gospodarstwa wszystkich mężczyzn. Karmił ich przez całe dwa dni i upijał palmowym winem, dopóki ich wybuchy śmiechu i zapalczywe okrzyki nie dotarły do wszystkich chat.

— Co oni robią? — spytała Effia.

— To nie twoja sprawa — odparła jej matka.

W ciągu dwóch miesięcy, które upłynęły od pierwszego krwawienia Effii, Baaba przestała ją bić. W niektóre dni, kiedy przygotowywały jedzenie dla mężczyzn albo kiedy Effia przynosiła wodę, a Baaba zanurzała w niej złożone dłonie, przychodziło jej do głowy, że w końcu zachowują się tak, jak powinny zachowywać się matka i córka. Ale kiedy indziej na twarz Baaby powracał niechętny grymas, a Effia uświadamiała sobie, że nowa łagodność matki ma tylko tymczasowy charakter. Dzika bestia jej gniewu została oswojona tylko na chwilę.

Cobbe wrócił z narady, niosąc długą maczetę. W jej złotym uchwycie były wyrzeźbione litery, których nikt nie potrafił odczytać. Był tak pijany, że wszystkie żony i dzieci trzymały się od niego na odległość dwóch stóp, a on stawiał niepewne kroki i wymachiwał ostrym narzędziem we wszystkie strony.

— Przelejemy krew, żeby zapewnić tej wiosce bogactwo! — krzyczał. Kiedy Fiifi stanął wewnątrz kręgu, rzucił się na niego niespodziewanie, ale chłopiec nie był już tłustym nieruchawym dzieckiem, więc zręcznie się uchylił, a ostrze maczety przecięło powietrze o kilka cali o niego.

Fiifi był najmłodszym uczestnikiem narady. Wszyscy wiedzieli, że będzie z niego znakomity wojownik. Widzieli, jak wspina się na palmy. Sprawiał wrażenie człowieka, który nosi swe milczenie jak złotą koronę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki