Droga do domu - Gabriela Gargaś - ebook
Opis

Pięć kobiet, pięć historii, pięć marzeń do spełnienia, jedna wspólna podróż.
Ewa rozstaje się z Pawłem, mężczyzną swojego życia.
Alicji wciąż trudno pogodzić się ze śmiercią męża.
Matylda obwinia siebie za wypadek samochodowy, w którym straciła najważniejszą osobę.
Antonina, starsza pani z bagażem doświadczeń i wielką pogodą ducha, postanawia odwiedzić przyjaciółkę, która mieszka nad morzem.
Namawia ją do tego wnuczka, Majka, która za wszelką cenę pragnie wyrwać się z małego miasteczka.
Wszystkie kobiety mają powód aby udać się w podróż, choćby na koniec świata. Każda z nich szuka czegoś innego, ale razem jest łatwiej stawić czoło swoim demonom.
Na końcu podróży, w pięknym, słonecznym Sopocie przekonają się, że dom to szczęście i spokój duszy, nieważne w jakim miejscu się znajdujemy. A wybaczenie to jedno z najważniejszych słów.
Poruszająca opowieść o tym, jak trudną sztuką czasem jest przyjęcie tego, co otrzymujemy od życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 421

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tak na chwilkę od wszystkiego uciec…

Uciekniesz ze mną?

PROLOG

Wigilia Ewy – 24 grudnia 2013 roku

Esemes od Pawła:

„Kochanie, wybacz, ale nie dam rady przyjechać na czas”.

Ona: „O której będziesz?”.

„Późno. Jutro wszystko nadrobimy. Kocham cię”.

Co nadrobią? „Wigilia jest dzisiaj” – pomyślała z goryczą.

Praca, praca, praca. Jego dyżury, jego pacjenci, jego klinika. Nawet Wigilii nie uda im się razem spędzić. A przecież obiecał, że zjedzą razem wieczerzę wigilijną, a potem pójdą na pasterkę. Kiedy mówiła mu, by przystopował z pracą, w odpowiedzi słyszała:

– Próbuję jedynie zarobić na życie.

– Ale jakie życie? Jakim kosztem? – zapytała. – Kim dla siebie jesteśmy? – Spiorunowała go wzrokiem. – Dzielimy ze sobą łóżko, mieszkanie i nic więcej.

– Dom z kominkiem. Zawsze o tym marzyłaś. – Nie dawał za wygraną.

– Nie kosztem wszystkiego, nie kosztem wszystkiego. – Kręciła głową.

– Kiedy już będziemy go mieli…

Ewa zatkała sobie uszy. Nie chciała słuchać o domu z kominkiem. Ogień z kominka miał ją ogrzewać? Czy o to mu chodziło?

Zsunęła z ramion sukienkę. W samej bieliźnie stanęła przed suto zastawionym stołem. Przez chwilę wpatrywała się w migoczący płomień świec. To miał być ich wspólny wieczór, najpiękniejszy. W złości zaczęła zbierać ze stołu potrawy, po czym wszystko wyrzuciła do śmieci, wraz z talerzami i sztućcami. Nawet obrus wylądował w śmietniku. Spojrzała w prawo. Na środku pokoju stała wielka rozłożysta choinka. Cała w złocie i czerwieni. Rozwścieczona rzuciła w nią zapakowanym prezentem. Udało jej się trafić w bombkę. Spadła na podłogę i rozbiła się. Pod powiekami Ewa poczuła piekące łzy. Nie będzie płakać. Nie dziś, nie przez niego.

Nagle zrozumiała, że musi wyjść z mieszkania. Odejść od niego. Właśnie teraz. Jeśli dzisiaj tego nie zrobi, nigdy nie znajdzie w sobie dość odwagi. Ubrała się w dres, narzuciła na ramiona kurtkę, szyję owinęła szalem i wyszła. Jak najdalej od niego, jak najdalej od miłości swojego życia. Przestanie go kochać. Jutro, jutro się odkocha. Dzisiaj jeszcze za wcześnie.

Pojechała do brata. Byli ze sobą blisko. I choć ostatnio Ewa rzadziej się z nim kontaktowała, wiedziała, że może na niego liczyć. Nacisnęła dzwonek. Otworzył zaspany.

– Obudziłam cię? – zapytała zdziwiona.

– Tak.

– Jest dwudziesta.

– I co? – Wzruszył ramionami. Mimo dwudniowego zarostu i potarganych włosów wyglądał przystojnie.

– Jest Wigilia.

– No i?

– Spędzasz ją sam?

– Wyobraź sobie, że żadna z moich kochanek nie ma dziś czasu – uśmiechnął się ironicznie. – Wejdziesz?

Jej trzydziestosześcioletni brat był… Hmm… Nałogowym podrywaczem. Przespał się z połową miasteczka. Najbardziej kręciły go mężatki. „Wiesz, taka to się nie zakocha. Ma zbyt dużo do stracenia” – mawiał siostrze, na co ona kręciła z powątpiewaniem głową.

Ewa zdjęła kurtkę i buty. Weszła do pokoju. Pościel na łóżku była skotłowana, a dookoła walały się papierki po słodyczach.

– Nic nie mów – powiedział Michał.

– Nie zamierzałam.

Ewa klapnęła na fotelu. Oparcie było klejące. Wzdrygnęła się.

– Co tu robisz? – zapytał ją brat.

Ewa w jednej chwili poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Po chwili już płakała.

– Ej, ale bez takich mi tu.

Michał poszedł do łazienki, przyniósł rolkę papieru toaletowego i rzucił na kolana siostry.

– Czemu beczysz?

– A jak myślisz, dlaczego kobiety najczęściej beczą?

Potarł ręką brodę.

– Bez powodu.

Ewa westchnęła.

– Przez faceta.

– Doktorek cię wkurwił?

– Z Pawłem to już koniec.

– Słyszałem to ostatnim razem i przedostatnim i przed przed…

– Teraz to już definitywny koniec.

Michał nie wiedział, co ma powiedzieć siostrze. Nie był dobry w te klocki. A już nigdy nie wiedział, jak ma zareagować na babskie łzy. Podszedł do niej i poklepał ją po plecach.

– Napijesz się?

– Chętnie.

– Piwa czy czegoś mocniejszego?

– Czegoś mocniejszego.

Następnego dnia rano otrzymała esemesa od Pawła: „Wróciłem nad ranem. Ciebie nie było. Gdzie jesteś? Rozumiem, że możesz mieć do mnie żal. Dziś jestem cały Twój”.

Co za szlachetność z jego strony. Dupek! Wykasowała wiadomość i wyłączyła telefon. Nakryła głowę poduszką i próbowała ponownie zasnąć. Upragniony sen nie nadszedł, zamiast tego zalała ją fala wspomnień.

Kiedy poznała Pawła, właśnie rozstawała się ze swoim ówczesnym narzeczonym i nie miała ochoty pakować się w kolejny związek. Pracowała w kwiaciarni. Któregoś dnia przyszedł tam Paweł. Szukał bukietu dla mamy. Ewa zrobiła dla niego piękny bukiet z frezji. Przyszedł następnego dnia, by podziękować. Jego mama była zachwycona. Od tej pory Paweł zaglądał do niej dość często. Kokietował, prawił komplementy. Owszem, sprawiało jej to przyjemność, ale nie chciała się z nim umówić. On jednak był nieustępliwy. W końcu przyjęła zaproszenie na kawę. Na początku łączyła ich tylko przyjaźń. Zapewniał ją, że może wypłakać się na jego ramieniu. Był dobrym słuchaczem i jeszcze lepszym pocieszycielem.

Na prawdziwe randki zaczęli się umawiać po pół roku znajomości. Po pół roku znajomości tulili się w łóżku, po pół roku znajomości wprowadziła się do niego. Zakochała się w nim do szaleństwa. A on okazał się prawdziwym dżentelmenem, który otwierał jej drzwi, kiedy wsiadała do samochodu, odsuwał dla niej krzesło, kiedy byli na wspólnej kolacji, całował w rękę. Był oczytany i wrażliwy na piękno przyrody, na świat, na ludzi. Kochał swoją pracę i poświęcał się jej bezgranicznie. Rozumiała go, lecz z czasem coraz trudniej to znosiła. Coraz częstsze dyżury, własna praktyka, wyjazdy na konferencje. W końcu prawie przestali się widywać. On był coraz bardziej zmęczony, a ona miała do niego coraz większe pretensje.

Wstała koło południa. Weszła do kuchni. Michał trzymał w ręce patelnię i podrzucał rumiane naleśniki aż pod sufit.

– Zrobiłem kilka dla ciebie – powiedział niby od niechcenia. Wiedział, jak bardzo Ewa nie lubi smażyć naleśników, i wiedział równocześnie, że to jej ulubione danie.

– Jesteś kochany. – Podeszła do niego i pocałowała go w policzek.

– Nałóż sobie na talerz. Obsługiwać cię nie będę. Powidła masz…

– Wiem, gdzie wszystko jest – uśmiechnęła się do brata. Wzruszył ją tym, jak bardzo się starał.

Posmarowała naleśniki konfiturami. Spałaszowała trzy. Popiła mlekiem, po chwili nałożyła sobie na talerz jeszcze dwa.

Michał przewrócił oczami.

– Jedz, jedz, nie żałuj sobie. Za kilka dni nie dopniesz sukienki.

– Nic mnie to nie obchodzi.

Nalał mleka do kubka i pociągnął spory łyk.

– W tej chwili cię nie obchodzi, ale za kilka kilo więcej będziesz przechodziła na te swoje głupie diety. Znam cię nie od dziś.

Miał rację. Ewa była na ciągłej diecie. Gdy tylko sobie pofolgowała, nagle pojawiały się boczki i wałeczki.

– O matko! – Ewa zerwała się na równe nogi.

– Co się stało?

– Zostawiłam u Pawła Mruczysława.

– No i?

– Muszę go stamtąd zabrać.

– A gdzie on niby będzie mieszkał?

Michał zmarszczył brwi. Nie lubił kotów, ze wzajemnością.

– Tutaj, ze mną.

– Jaja sobie robisz? Wiesz, że jestem uczulony na koty.

– To tylko na jakiś czas.

– On na mój widok prycha i się jeży.

– Każdy kot tak reaguje na twój widok, no, braciszku, zgódź się… – Podeszła do niego i znów go pocałowała. Wytarł dłonią policzek.

– Jeszcze kota tu brakowało – westchnął.

– Tylko na pewien czas.

– A ile będzie trwał ten „pewien czas”?

– Ani się obejrzysz, a już nas tu nie będzie.

– No to wdepnąłem. – Puścił do niej oko. Wiedziała, że tylko się z nią droczy.

Ewa bała się spotkania z Pawłem, jednak kiedy weszła do mieszkania, jego nie było. Wzięła kota i karmę, po czym czmychnęła niczym zbieg.

Wieczorem brat z siostrą leżeli na kanapie, podjadając frytki, a Mruczysław siedział na fotelu i prychał.

– Czy ten kocur nie może sobie gdzieś pójść?

Ewa podniosła się na łokciu.

– Chyba upodobał sobie twój fotel.

– Widzę.

„No, jeszcze takich świąt nie miałam” – pomyślała Ewa, spoglądając na frytki. Ale czy to ważne, co się je? Ważne, z kim się je spędza. W sumie cieszyła się, że spędza je z bratem. Kochała go bardzo, chociaż czasami trudno było im się dogadać. Wzięła z talerza kolejną frytkę, umoczyła ją w keczupie, po czym chwyciła brata za rękę.

– Jezu! Upaćkasz mnie – powiedział z pretensją w głosie. Ale zaraz mocno zacisnął swoją dłoń na jej dłoni. Kochał ją i nic tego nie zmieni.

– Michał?

– Hmm.

– Kiedy ostatnio byłeś na grobie rodziców?

– Rok, półtora roku temu. A ty?

– Też coś koło tego. Trzeba częściej ich odwiedzać.

– Masz rację – powiedział, po czym zamilkł, gapiąc się bezmyślnie w telewizor.

Wiedziała, że do tej pory cierpi z powodu ich straty. Ona też. Rodzice trzymali ich rodzinę w kupie. Mama zmarła na raka cztery lata temu, a tata rok po niej. „Przyczyna nieznana” – oznajmił lekarz. Niby zdrowy, a serce odmówiło posłuszeństwa. Ewa miała swoją teorię. Jego serce umarło z tęsknoty za mamą. Nigdy nie widziała mężczyzny, który tak bardzo kochałby kobietę. Ojciec wyrażał miłość do mamy najprostszymi gestami. Kiedyś wracał z pracy i zobaczył pole maków. Zatrzymał się i zerwał dla mamy cały bukiet. To były ulubione kwiaty mamy. Lubiła czerwony kolor. Kiedy kładła dzieci do snu, on robił dla nich kakao. A kiedy byli już sami, siadali na werandzie i rozmawiali, popijając ciepły napój.

Mama nie umiała robić pierogów, choć to było jej ulubione danie. Tatuś dla niej nauczył się wyrabiać ciasto i robić najlepszy farsz, jaki Ewa kiedykolwiek jadła. A potem mama zachorowała. Tato nie odstępował jej na krok. Poprawiał poduszki, podawał leki, przykrywał kocem, czuwał przy niej w nocy. Kiedy odeszła, załamał się. Nikł w oczach. Ze stukilowego mężczyzny stał się facecikiem, który ważył niewiele ponad sześćdziesiąt kilo. Umarł równo rok po tym, jak odeszła mama.

Wigilia Antoniny – 24 grudnia 2013 roku

W starych dłoniach kobieta ściskała album ze zdjęciami. Okładka była wykonana z brązowej skóry, która w niektórych miejscach była już przetarta, w innych popękana. Na pierwszej stronie znajdowała się pożółkła fotografia przedstawiająca dwie dziewczynki. Jedna miała kręcone włosy i prostą sukienkę w drobny wzorek, druga dwa kucyki związane kokardkami, a ubrana była w koronkową sukienkę z bufiastymi rękawami. Dziewczynki mocno trzymały się za ręce.

Antonina przewracała kolejne strony albumu, na których widniały fotografie dziewczynek, potem dorosłych kobiet. W tym niewielkim albumie zawarta była historia ich przyjaźni.

Antonina i Zosia. Nikt by nie uwierzył, że połączy ich tak silna więź. Tosia była pięknością o ładnej buźce i gibkiej figurze, Zosia miała inną urodę: wielkie oczy, szpiczasty podbródek, lekko zadarty mały nosek i pociągłą twarz. Zawsze w kapeluszu, długich rękawiczkach i strojnej sukience. U jej boku pojawiali się mężczyźni, za każdym razem przystojni, inteligentni i szarmanccy, gotowi dla niej wskoczyć w ogień. A ona? Ona owijała ich sobie wokół palca, a potem zostawiała. Po pewnym czasie każdy z nich wydawał jej się nudny.

„Tylko mówią mi czułe słówka” – mawiała do Tosi. „A co, mają nie mówić?” – pytała ją przyjaciółka, troszkę zazdrosna o to jej powodzenie. „No, właśnie nie. Ja potrzebuję mężczyzny, który by mi się postawił, który by nie mówił do mnie »księżniczko«, »piękności ty moja«, »słoneczko«, »żabusiu«. Który by się ze mną pokłócił i pozwolił o siebie zabiegać. Rozumiesz?” Nie rozumiała. Ona, Tosia, pragnęła być z mężczyzną, który by jej szeptał czułe słówka i kochał.

Zośka potrafiła umówić się z delikwentem, a potem przyjść na umówione spotkanie z Tosią i powiedzieć do niej szczebiotliwym tonem: „Prawda, kochana, że stać mnie na kogoś lepszego?”. Zarówno Tosia, jak i absztyfikant byli zszokowani jej zachowaniem. Ale wszystko uchodziło jej płazem. Taka była jej przyjaciółka Zofia Żabicka. Niepokorna.

Ile minęło już lat, odkąd ostatnio się widziały? Pięć? Sześć? A może więcej? Chyba sześć. Ostatni raz Zosia była w Rodzinnej wraz ze znajomymi. Antonina była wtedy taka szczęśliwa. Miały dla siebie całe trzy dni. W tamtej chwili czas nie miał dla nich znaczenia. Przez ostatnie sześć lat były przyjaciółkami na telefon. Jakoś nie było czasu ani sposobności na odwiedziny. „Może latem”, „na święta”, „za rok”. Odkładały spotkanie. Rozkwitały pąki drzew, opadały liście, świat przykrywała śnieżna pierzyna. Mijały lata. Antonina stanęła przed lustrem i spojrzała na swoją pomarszczoną twarz. Była po prostu stara. Zamknęła oczy i przypomniała sobie tamtą Wigilię. Pchała wózek z Wandą. Dziecko płakało. Koła blokowały się w śnieżnej brei, buty ślizgały się po lodzie. Nie czuła stóp, były przemarznięte. Kręciło jej się w głowie. Dygotała.

– Nie płacz maleńka – mówiła do córeczki. To była wigilijna sobota. Przychodnia była nieczynna, mąż pojechał do umierającego brata, a ona została sama z chorym dzieckiem. Ogrzewanie wysiadło. Sama nie czuła się za dobrze. Musiała dotrzeć do Zośki. Ta coś poradzi. Jeszcze chwilka, jeszcze kilka kroków. Zakręciło jej się w głowie. Oparła się o płot. Nagle usłyszała głos przyjaciółki:

– Co z tobą? – Zośka wybiegła z domu.

– Ze mną nic, to Wandzia. – Wskazała na córkę.

– Stefan! – Zosia krzyknęła w stronę brata, który pojawił się w progu. – Chodź no tutaj szybko, weź wózek. Ja zajmę się Tosią.

Zosia chwyciła ją pod boki i wprowadziła do ciepłego domu. Napoiła herbatą z lipy z sokiem malinowym. Podała aspirynę. Dziecko położyła na łóżku obok grzejnika. A Stefan pojechał do sąsiedniego miasteczka po doktora.

– Dziękuję – powiedziała Tosia.

Zośka ścisnęła jej dłoń.

– Kiedy będę cię potrzebowała, ty mi pomożesz – uśmiechnęła się do przyjaciółki.

Minęło tyle lat, tyle straconych bezpowrotnie dni. Życie jest takie krótkie. Musi zobaczyć Zośkę, zanim będzie za późno.

– Tyle lat osobno – powiedziała któregoś dnia do słuchawki Tosia.

– A jednak przeżyłyśmy to życie razem. Te nasze telefony, długie listy. Może kolejne święta spędzimy razem? – zaproponowała.

Tosia nic nie odpowiedziała. Chciałaby, ale…

Kiedy Antonina odkładała album na półkę, wysunęła się z niego pocztówka. Kobieta wyjęła ją. Pocztówka przedstawiała rynek w Krakowie, na odwrocie było napisane:

Spotkałam na swojej drodze różnych ludzi: fajnych i mniej fajnych, tych, których kochałam, i tych, których nienawidziłam. Ludzi o dobrym sercu, ale też wyzyskiwaczy i krętaczy. Wampirów energetycznych i świrów, tych bardziej i mniej szkodliwych. Ludzi, którzy potrafili się z siebie śmiać, i takich, którzy byli tak sztywni, jakby ktoś im kołek w tyłek włożył. Niektóre znajomości mnie cieszyły, inne nie. Wdzięczna jestem losowi za to, że pewnego dnia poznałam Ciebie – Przyjacielu.

Wigilia Majki – 24 grudnia 2013 roku

Majka leżała na łóżku i gapiła się w sufit. W kuchni krzątała się babcia. Z radia leciał po raz setny George Michael, który co roku już od listopada wyśpiewywał Last Christmas. Chciała krzyczeć na całe gardło, że chrzani święta. Bo czym one są, jak nie wyłącznie zawracaniem głowy, tandetnymi ozdobami, tłokami w sklepach i udawaniem przez jeden dzień, jak to wszyscy się kochają. Spojrzała na zegarek. Jedenasta. Czas nie miał dla niej znaczenia, ale w końcu pora zwlec się z łóżka, bo za chwilę wkroczy tu babcia. Zastanawiała się, ilu ludzi ma depresję z powodu świąt. Włożyła ciepłe bambosze, na plecy zarzuciła granatowy polar i weszła do kuchni. Babcia lepiła pierogi. Najchętniej powiedziałaby jej, że nie musi ich lepić, że to niepotrzebne, że dla niej święta nie mają znaczenia, jednak wiedziała, że tymi słowami zrani swoją kochaną babunię. To dla niej Antonina przygotowywała wieczerzę wigilijną.

– Dzień dobry. – Cmoknęła babcię w policzek.

– Cześć, Majka. Jak się spało?

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Wezmę prysznic i pójdę do sklepu. Potrzebujemy czegoś? – zapytała.

– Nie, wszystko już mamy. Chociaż mogłabyś dokupić kilka bułek.

– Dobrze.

– Zjesz coś?

– Nie, dzięki. Może później. Jak możesz, to zrób mi kawę.

Dziewczyna bez celu chodziła po centrum handlowym. Nie lubiła świąt. Odkąd jej rodzice wyjechali, święta straciły swój urok. Od chodzenia po sklepach rozbolała ją głowa, była głodna, burczało jej w brzuchu. W kieszeni zabrzęczał telefon. Spojrzała na wyświetlasz. Nowa wiadomość. Nacisnęła ikonkę „otwórz”: „Wesołych Świąt córeczko! Wczoraj wysłałam pieniążki na prezent. Kup sobie jakiś drobiazg. Mama”.

Ogarnęła ją złość. Co roku to samo. Jej matka nigdy nie pomyślała o tym, żeby przyjechać albo zaprosić ją na święta. „Nie chcę twoich pieniędzy. Daj mi swój czas, mamo” – pomyślała z goryczą dziewczyna.

Matka – dla niej to słowo nie miało znaczenia. Od trzech lat radziła sobie bez matki.

Usiadła na ławce, w jednej chwili nie wiedzieć czemu wróciły wspomnienia. Pamięta, jak lepiła z mamą bałwana. Zaśmiewały się przy tym do łez. Przemokły jej rękawiczki. Czuła, jak zaczerwienione ręce zaczęły mocno szczypać. Powiedziała o tym mamie. Kobieta uklękła przy niej i zdjęła jej mokre rękawiczki. Zamknęła małe rączki w swoich dłoniach i zaczęła na nie dmuchać. Potem wzięła córkę na ręce i zaniosła do domu, gdzie zrobiła jej gorące kakao.

Na to wspomnienie dziewczynie zaszkliły się oczy. Oddałaby wszystko, żeby jej mama była tu teraz z nią.

Wigilia Alicji – 24 grudnia 2013 roku

Gdyby ktoś ją zapytał, czy chciałaby cofnąć czas, bez zastanowienia odparłaby, że tak. Spojrzała na swojego synka, który zasnął z pluszowym misiem przy głowie. Zamknęła oczy.

We wspomnieniach znów jest z Adamem. Patrzy na jego uśmiechniętą twarz, a on wyciąga do niej rękę. „Chodźmy na spacer” – proponuje. Idą wtuleni w siebie. Stąpają po puszystym śniegu. Po kilku minutach marszu zatrzymują się. On odgarnia z jej czoła kosmyki włosów, a potem całuje w usta. Gwałtowny, namiętny pocałunek. Tamten wieczór już się wydarzył. Tamten wieczór jest przeszłością. A jakiś głos w jej głowie podpowiada jej: „Nie możesz nic zmienić, choćbyś bardzo tego chciała”.

Alicja otworzyła oczy.

– Chcę cofnąć czas! – powiedziała na głos. – Już dłużej nie dam rady! Nie dam rady żyć bez niego!

Boli bardziej niż wczoraj i mniej, niż będzie bolało jutro.

Usiadła na fotelu. Chciała mieć znów dwadzieścia dwa lata i przeżyć wszystko od początku.

Był Nowy Rok. Pamięta dokładnie, jak patrzyła w niebo na wybuchające fajerwerki. I wtedy odwróciła głowę w bok i ujrzała utkwiony w nią wzrok Adama. Wtedy byli tylko znajomymi ze studiów. Mówili sobie zdawkowe: „Cześć”. Tamtego wieczoru jego spojrzenie spowodowało, że serce zaczęło jej bić dużo szybciej. Jego oczy dziwnie błyszczały.

– Eeee… – zaczął niepewnie.

– Tak? – Ona też była zmieszana.

– Co robisz?

– Patrzę na fajerwerki.

– Tak, no tak. Chciałem się zapytać, czy jesteś tu z kimś?

– Z grupką znajomych. – Ala wskazała na roześmianą młodzież stojącą tuż obok niej.

– A nie chciałabyś się ze mną przejść?

– Teraz?

– Tak.

– Tylko że ja jestem z nimi.

– Przez chwilę będziesz tylko ze mną. – Złapał ją za rękę i pociągnął w kierunku ścieżki.

– Porywasz mnie?

– Tak.

– Ależ z ciebie romantyk.

Wybuchnęli śmiechem. Zaprosił ją do kawiarni, która tej nocy otwarta była do bladego świtu. Pierwsza randka, a ona ze zdenerwowania wylała na niego szklankę soku pomarańczowego.

– To moja najlepsza koszulka – powiedział rozbawiony.

– Wypiorę ci ją – zapewniała go. A w duchu modliła się, żeby tylko na to przystał, w przeciwnym razie nigdy go już więcej nie zobaczy.

– Jeśli chcesz. – Jednym ruchem zdjął koszulkę i podał jej. Jej oczom ukazał się umięśniony tors. Alicja zwinęła poplamioną koszulkę w kłębek i włożyła ją do torebki. Rozejrzała się po sali, wszystkie oczy były skierowane na nich.

– Będziesz teraz siedział tak, półnagi?

– A co w tym złego?

– W sumie nic. Tylko wszyscy się na ciebie patrzą.

– Choć raz czuję się jak gwiazda. I wiesz, co ci powiem? – Nachylił się ku niej. – To wcale nie jest takie fajne.

Noc spędzili razem, na jego łóżku w ciasnej kawalerce, którą wynajmował z kumplem. Na szczęście kumpla nie było. I tak się to wszystko zaczęło…

Wyszła za mąż za mężczyznę, którego kochała całym sercem. Była połowa maja. Świat był w największym rozkwicie. Kościółek otoczony był młodymi jabłonkami upstrzonymi jasnoróżowym kwieciem. Pamięta dokładnie, jak obiecali sobie, że to będzie ich dzień, nikogo innego. To nie będzie ślub dla ciotek, wujków i kuzynostwa, tylko dla nich. Połowa rodziny do tej pory się do niej nie odzywa za „ten wybryk”. Oprócz nich w kościele byli tylko świadkowie. Adam siedział w pierwszej ławce, ubrany w stalowy garnitur. Był zdenerwowany, w ręce trzymał bukiet stokrotek, jej ulubionych kwiatów. Przekazał jej go przed ołtarzem. Kiedy Alicja weszła do kościoła, obojga dopadło wzruszenie. Kroczyła w stronę ołtarza w letniej, zwiewnej kremowej sukience. Jej włosy opadały na ramiona. Na głowie miała wianek z koniczyny. Wyglądała jak dziewczyna ze snów. A kiedy oboje stanęli przed ołtarzem, uśmiechnęli się do siebie i podali sobie dłonie. Stali ze splątanymi dłońmi nawet wtedy, gdy wypowiadali słowa przysięgi. Zawierali ślub i oboje wierzyli, że będą ze sobą już na zawsze.

Po ceremonii poszli do najlepszej restauracji w Rodzinnej na czekoladowe ciastko i lampkę wina, a potem wrócili pędem do domu i kochali się całe popołudnie i całą noc.

– Dzień dobry, żono. – Tymi słowami obudził ją rano Adam.

– Witaj mężu – odparła czule, wpatrując się w jego zielone oczy.

Przed oczami jak slajdy przewijały się najlepsze chwile spędzone z mężem.

Tyle wspomnień, tyle śmiechu i łez. Lepszych i gorszych chwil. Pierwsze wakacje pod namiotem dwadzieścia kilometrów od Rodzinnej i odkładanie pieniędzy na wspólne mieszkanie. Rata na kredyt, którą ledwo udawało im się spłacać, i placki ziemniaczane co drugi dzień albo chleb z powidłami, żeby było taniej. Picie wina z plastikowych kubków, gdyż kieliszków się nie dorobili. Spod zamkniętych powiek popłynęły łzy. „Nikt mi tego nie zwróci” – pomyślała gorzko.

Wigilia Matyldy – 24 grudnia 2013 roku

Matylda stała przed oknem szczelnie owinięta we włochaty koc, który drapał jej skórę. Tego wieczoru latarnia przy jej oknie zgasła, niebo było pokryte gęstą warstwą chmur. Czarne obłoki przysłoniły światło gwiazd. Stała przy oknie ze zmrużonymi oczami i patrzyła przed siebie, próbując dostrzec szczęśliwe rodziny dzielące się opłatkiem. Przeżyła już tyle czarnych, bezgwiezdnych nocy, a mimo to wydawało jej się, że właśnie ten wigilijny wieczór jest zapowiedzią najczarniejszej ze wszystkich dotąd przeżytych. W jednym z okien zobaczyła parę młodych ludzi, czule tulących się do siebie. Przeniosła wzrok niżej. Na pierwszym piętrze kilkuosobowa rodzina śpiewała kolędy. W sercu poczuła ogromną pustkę i żal do losu. Nic nie miało sensu. Sięgnęła po plastikowe pudełko, które trzymała w kieszeni szlafroka. Wzięła je w rękę i potrząsnęła nim. Pastylki zagrzechotały. Odkręciła wieczko. Przez chwilę się zastanawiała. Zakręciła wieczko i odłożyła pudełko do kieszeni. Nie miała odwagi. Była tchórzem, od dawna o tym wiedziała.

W takie dni jak ten człowiek rozmyśla o swoim życiu. Ona od pięciu lat nie żyje, tylko wegetuje. Odbębnia każdy dzień. Jej życie dzieli się na to sprzed pięciu lat i to po tym okresie. Jej serce umarło bowiem pięć lat temu.

Pamięta, że pragnęła wówczas wyłącznie samotności. Leżała w łóżku i płakała. Nawet nie zdawała sobie sprawy, ile człowiek ma w sobie łez. Wydawało się, że wypłakała już wszystko, a mimo to łzy wciąż leciały.

W pewnej chwili poczuła zapach ciasta i świeżo parzonej kawy. Zdała sobie sprawę, że w domu jest mama. Prosiła ją, by nie przychodziła, bo ona potrzebuje być sama ze swoim bólem. Nie posłuchała jej.

Weszła do kuchni, mama wycierała naczynia. Odwróciła się w jej stronę.

– Musisz coś jeść – powiedziała.

– Nic nie muszę! – Matylda była wściekła.

Matka podeszła do niej i położyła dłoń na jej dłoni.

– Będę tu z tobą.

– Ale ja nie chcę.

Starsza kobieta nabrała powietrza do płuc.

– Nie możesz zatracać się w bólu.

Matylda opadła na krzesło.

– Mogę. Wszystko, kurwa, mogę. A teraz wyjdź.

Mama rozwiązała fartuch i odwiesiła go na miejsce. Przed wyjściem nachyliła się nad nią i powiedziała:

– Jeśli będziesz mnie potrzebowała, to jestem. – Pocałowała ją w czubek głowy, dokładnie tak samo, jak to robiła, kiedy Matylda była małą dziewczynką.

Teraz wie, że mama chciała dla niej jak najlepiej, a ona była tak bardzo niesprawiedliwa.

Wciąż stała przy oknie i patrzyła na innych, szczęśliwych ludzi. W jednej chwili przypomniała sobie swojego pierwszego chłopaka. Dlaczego akurat jego? Może dlatego, że to była jej pierwsza miłość, że po raz pierwszy pokochała. A kiedy umiesz raz pokochać, pokochasz zapewne i kolejny raz. Miała wtedy piętnaście lat i jedno marzenie: żeby Rafał ją zauważył. Nie potrafiła myśleć o nikim i niczym innym. Na marginesach zeszytów wypisywała jego imię. Słuchała rzewnych piosenek, myśląc o nim. Pewnego zimowego dnia zaprosił ją na spacer, a ona myślała, że oszaleje z radości. Wtedy wierzyła, że złapała Pana Boga za nogi. Uważała, że byli sobie przeznaczeni. Miłosne uniesienia trwały przez całą zimę. Z pierwszym dniem wiosny oddała mu się, a on dzień później ją porzucił. Wtedy myślała, że świat się dla niej skończył, że nie ma większego bólu od zawiedzionej miłości. To nieprawda. Nie zdawała sobie sprawy, że po szczenięcej miłości przychodzi miłość ta jedyna, najprawdziwsza z prawdziwych. A kiedy człowiek ją straci, umiera za życia.

* * *

Koniec marca 2014 roku

Życie jest drogą. Kiedy postawimy kroki i popatrzymy pod nogi, zobaczymy uciekające płytki chodnikowe, które zostawiamy za sobą. Kiedy uniesiemy głowę ku górze, zobaczymy, jak obłoki płyną po niebie, kiedy spojrzymy w bok, zdamy sobie sprawę, że wszystko wokół nas się przemieszcza, jest w ciągłym ruchu: ludzie, samochody, nawet domy, które mijamy, gdzieś uciekają…

ROZDZIAŁ 1

Alicja siedziała na ławce w parku i zmęczonym wzrokiem patrzyła przed siebie. Miała wszystkiego dość. I tego cholernego wiatru, który targał jej włosy, i tego, że od kilku tygodni, a może nawet miesięcy, wszystko ją drażniło i chodziła przybita. Coraz częściej wydawało jej się, że zmarnowała sobie życie, że mogła dokonać innych wyborów, a wtedy żyłoby się jej dużo lepiej. A tak była samotną matką, która ledwo wiązała koniec z końcem. Może jej mama miała rację, może powinna była jej posłuchać? Poza tym wylali ją z kolejnej pracy.

– Pani Alu, lubię panią, ale te pani spóźnienia… Co drugi tydzień bierze pani wolne. – Szef spoglądał na nią zza grubych szkieł okularów. – Sama pani rozumie… – Nie rozumiała.

– Samotnie wychowuję dziecko.

– Tak, wiem, ale firma potrzebuje dyspozycyjnego pracownika.

Ala od półtora roku pracowała na kasie w sklepie. Była to praca poniżej jej kwalifikacji, mimo to nie narzekała. Miała blisko do domu, a i dziewczyny były sympatyczne.

– Dogaduję się z innymi kasjerkami i one nie widzą problemu, kiedy biorę wolne. Po prostu zamieniamy się.

– Ale ja widzę problem. – Twarz mężczyzny przybrała srogi wyraz.

– Czyli zwalnia mnie pan?

– Tak. Ma pani tydzień wypowiedzenia.

– Umawialiśmy się na miesięczne wypowiedzenie.

– Umawialiśmy się?

Ala pokiwała głową.

– Nie przypominam sobie.

– Ale w umowie…

– A gdzie jest niby ta umowa? – Ala pracowała na czarno, dzięki temu mogła więcej zarobić, nie odprowadzając podatków.

– Nie ma jej na piśmie, ale…

– Pani Alicjo, przepraszam, ale spieszę się. – Kierownik podniósł się zza biurka i wskazał Ali drzwi.

Zakończyła kolejną współpracę. Co z nią jest nie tak? Czy naprawdę nie ma dla niej odpowiedniego zajęcia?

Zanim zaczęła pracę jako kasjerka, była sekretarką w dużej korporacji. Jak ona nie lubiła tego miejsca. Prezes założył firmę w latach dziewięćdziesiątych. Udało mu się i chwała mu za to. Podziwiała pracowitych, zaradnych facetów. Oczywiście, nie znała go jako fajnego facecika, który rozkręcał swój interes. Poznała go już jako prezesa korporacji, któremu od nadmiaru pieniędzy odbiła lekko palma. Uważał się za nadczłowieka. Jego żona, wielka dama z Koziej Wólki, która stała się teraz panią prezes, była chodzącą boginią po kilku zastrzykach z botoksu, z przyklejonymi rzęsami i włosami w kolorze platynowy blond. Jedyne, co potrafiła, to dyrygować ludźmi, choć o zarządzaniu nie miała bladego pojęcia. Miała za to skórzane fotele w swoim prezesowskim gabinecie.

Alicja była w korpo sekretarką, czyli nic nieznaczącym pionkiem. Taką przynieś, podaj, pozamiataj i zaparz kawkę dla zblazowanych kontrahentów, którzy wspięli się na szczyt po plecach swoich tatusiów, a – co niektórzy – podpieprzając swoich kolegów. Śmieszyli ją młodzi handlowcy, którzy po skończeniu odpowiedniego kierunku dostali posadkę w firmie i myśleli, że są półbogami. W miarę dobre pensje, służbowe telefony i samochody, karnety na siłownię i – co najważniejsze – możliwość nieustannego rozwoju sprawiały, że unosili się metr ponad ziemią. Szkolenia, szkolenia, szkolenia… – to korpo lubi najbardziej. A kiedy taki jeden z drugim był już odpowiednio przeszkolony, to doradzał, sprzedawał, robił tabelki i wykresy. I tak kręciło się ich życie. Ona nie chciała takiego życia. Sekretarką też nie chciała być. Robiła to tylko dla stałego wynagrodzenia. Musiała przecież z czegoś utrzymać dziecko. Adam odszedł, gdy była z Krzysiem w ciąży, w dziewiątym miesiącu…

Alicja wiedziała, że aby mieć dobrą pracę, musi mieć znajomości. Znajomości. To liczy się w pozyskaniu pracy najbardziej. Jeśli jesteś krewną dyrektora, stryjecznym synem stryjecznego kuzyna, wnuczką siostry babci, to grzejesz zadek na ciepłej posadce. I nieważne, że nie potrafisz nic albo nie masz doświadczenia zawodowego. Ona nie miała znajomości. Straciła posadę sekretarki na rzecz kuzynki prezesowej, która ponoć bardziej nadawała się na sekretarkę niż ona. Dziewczyna miała dwadzieścia lat, ciało pokryte samoopalaczem, usta upaćkane różową szminką i gigantyczne cycki. Może w tych cycach kryła się cała jej siła. Ależ oczywiście, że Ala nie była zazdrosna. Tylko dziewczyna nic nie potrafiła. Ciamkała gumę i gapiła się w dzwoniący telefon. Alicja miała ją wyszkolić i przygotować do pracy w biurze, ale zamiast tego się rozchorowała i do końca wypowiedzenia jej noga nie postała w korpo.

Słyszała od znajomych, że cycasta gwiazda nie za bardzo radziła sobie z obowiązkami, dlatego prezes zatrudnił kolejną znajomą znajomych. Teraz miał dwie sekretarki. A Alicja od tego czasu zaliczyła już kilka prac.

Samotnie wychowywała prawie sześcioletniego synka – Krzysia. Kochała go nad życie, ale czasami dopadały ją wątpliwości, czy dobrze zrobiła, że zdecydowała się na samotne macierzyństwo.

Kiedy Krzyś był mały, wydawało jej się, że wiecznie płacze. Miewał kolki. Ala wstawała do niego kilka razy w ciągu nocy, tuliła, kołysała, nosiła, a gdy to nie pomagało, odkładała do łóżeczka. Marzyła jedynie, by to dziecko w końcu przestało płakać. Czas szybko mijał, Krzyś skończył roczek, Ala postanowiła wrócić do pracy.

– Kocham swoje dziecko, ale przesiadywanie z nim dwadzieścia cztery godziny na dobę mnie męczy – powiedziała któregoś dnia swojej matce. Ta spiorunowała ją wzrokiem.

– Męczy cię? To przecież twoje dziecko!

– Tak wiem, kocham swojego syna, ale…

– Ty już lepiej nic nie mów.

Oczywiście, że Alicja kochała swojego synka. Pamiętała doskonale, jak Krzyś zrobił pierwszą kupkę do nocniczka albo jak powiedział: „mama”. Pamiętała, kiedy się przewrócił i zdarł sobie kolano, a ona go pocieszała, tuliła i całowała. Jej nikt nie tulił, nie pocieszał i nie całował. Czas mijał nieubłagalnie. Kiedy Krzyś skończył dwa latka, zaczął się buntować i chciał postawić na swoim. O cokolwiek by go Ala nie zapytała, w odpowiedzi słyszała: „nie”. Alicja łapała się na tym, że nie może doczekać się godziny dwudziestej, kiedy Krzyś zasypiał. Pocieszała się tym, że inni rodzice mają podobne odczucia. Rola samotnej mamy nie była łatwa.

– Ala, to ty? Mogę się dosiąść? – Alicja podniosła wzrok na dziewczynę. Zmrużyła oczy, bo słońce raziło ją w twarz. Po chwili rozpoznała Majkę. Kiedy Krzyś miał trzy latka, a Ala pracowała w weekendy, to właśnie Majka się nim opiekowała. Dziewczyna była bardzo pomocna, a dziecko od razu ją polubiło. Majka była ładna, choć nieco za mocno wymalowana. Ala miała wrażenie, że makijaż można by ściągać z jej twarzy szpachelką. Buzię okalały jasne kosmyki włosów. Usta, które teraz rozszerzyły się w uśmiechu, pokryte były grubą warstwą różowej szminki. Dziewczyna miała kilka kolczyków w lewym uchu, jeden w nosie i jeden na łuku brwiowym. Ala odniosła wrażenie, że ta piękna młoda kobieta celowo chce się oszpecić.

– Siadaj. – Przesunęła plecak bliżej siebie. Dziewczyna klapnęła obok niej.

– Co u Krzysia?

– Urósł. Po wakacjach pójdzie do pierwszej klasy.

– Jak ten czas leci.

– Po dzieciach widać najbardziej.

– Coś taka przybita?

Alicja odwróciła głowę w stronę dziewczyny.

– Czasami człowiek jest smutny.

Dziewczyna westchnęła.

– Też bywam smutna – powiedziała. – Szczególnie wtedy, gdy pomyślę o swoich rodzicach. Nie widziałam ich już trzy lata. Siedzą za granicą.

No tak, Ala pamięta, jak rodzice Majki planowali wyjazd. Szczerze mówiąc, sądziła, że zabiorą dziewczynę ze sobą.

– A ty?

– Utknęłam w tej dziurze. Rok temu ledwo zdałam maturę. Starzy zostawili mnie pod opieką babci.

– I jak sobie radzicie?

– Mam już dwadzieścia lat, więc spoko. Ale na początku było mi ciężko. Też chodziłam jak struta. Dobrze, że z babci Tosi jest równa babka. A ty ile masz lat? – Majka próbowała sobie przypomnieć. – Trzydzieści jeden? Trzydzieści dwa?

– Trzydzieści pięć.

– O cholerka! – Dziewczyna zagwizdała pod nosem. – A wiesz, że nie wyglądasz na swoje lata?

– Dzięki, to miłe.

– Dałabym ci dwadzieścia sześć.

– Co robisz oprócz siedzenia na ławce?

– Opiekuję się Krzysiem.

– A gdzie teraz robisz?

– Nigdzie.

– To z czego żyjecie?

– Wylali mnie dzisiaj z pracy. Oszczędności starczy mi na jakiś miesiąc, może dwa. Będę szukała pracy od jutra, dziś nie mam nastroju.

– A co z pieniędzmi z odszkodowania? Wytoczyłaś im proces? – Adam, mąż Alicji, umarł podczas operacji, dlatego Majka sądziła, że Ala będzie dochodzić swoich praw i wytoczy proces konowałom.

Alicja pokręciła głową.

– Cholera, to ich zaskarż, wałkonie jedne.

– Myślałam o tym, ale…

– Dostałbyś kasę! Miałabyś z czego żyć. Krzyś ma już pięć lat. Utrzymanie dziecka wiąże się z wydatkami.

– Sześć. No, prawie sześć. Skończy sześć za dwa tygodnie.

– Kurwa…

– Co?

– Stara byłaś, jak go urodziłaś.

– Miałam dwadzieścia dziewięć lat!

– No to stara byłaś.

– Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Zaczęły się śmiać.

– Muszę już iść, Krzyś kończy przedszkole o piętnastej. – Ala wstała z ławki i zarzuciła na ramię plecak.

– Może się jeszcze spotkamy?

– Może. Często tu przychodzisz?

Majka pokręciła głową.

– Ale mogę zacząć. Chciałabym spotkać się z Krzysiem. Fajny z niego dzieciak.

– Na pewno by się ucieszył. Wciąż wspomina zwariowaną Majeczkę. Jutro o trzynastej?

– Będę czekać.

– Pozdrów babcię Tosię. – Ala do tej pory miło wspomina uroczą, starszą kobietę.

ROZDZIAŁ 2

Kieliszek wina, niedopalony papieros, porozrzucane chusteczki. Ewa sięgnęła po jedną czekoladkę, potem drugą, trzecią. Miała w nosie to, czy przytyje, czy nie. Łzy strumieniami lały się po jej policzkach. W pokoju panował zaduch. Wstała, nałożyła na siebie luźny t-shirt. Podeszła do okna. Ból w klatce piersiowej był nie do wytrzymania. Smętna muzyka dobiegała z głośników. Po raz kolejny puściła piosenkę Markowskiej i Gadowskiego. Mogłaby jej słuchać na okrągło. Wcisnęła replay: „Za nami wiele kłamstw, pomyliłam kilka chwil z całym życiem…”. Czy ona przypadkiem też nie pomyliła kilku chwil z całym życiem? Czy to, co łączyło ją z Pawłem, było tylko na chwilę?

Minęły cztery miesiące, a ona wciąż czuła nawracające fale bólu. Po raz kolejny poszła do lekarza po zwolnienie. Jej szefowa była na tyle wyrozumiała, że tolerowała jej ciągłe nieobecności. Poza tym ruch w kwiaciarni był niewielki, a Ewa była florystką. Kwiaty były jej drugą miłością. Bo pierwszą i najważniejszą był Paweł. Paweł, który przestał do niej dzwonić, pisać esemesy. Widać, przyjął do wiadomości to, że postanowiła od niego odejść. „Skoro uważasz, że to dla ciebie najlepsze, nie będę cię zatrzymywał”. Cóż miała powiedzieć? Nic. Ona też zamilkła. A z każdym dniem było jej coraz trudniej się przełamać i zacząć z nim rozmowę. Musi o nim zapomnieć. To było najprostsze rozwiązanie.

Paweł otworzył kolejną butelkę piwa. Tęsknił za Ewą. Próbował wyrzucić ją z pamięci, ale nie potrafił. Odstawił na stolik butelkę, by sięgnąć po fajki. Strącił przez przypadek pomadkę. Podniósł ją. Jej ulubiona krwista czerwień. Tylko dla niego na czerwono malowała swoje pełne usta. Czuł ogromny smutek. Pragnął tylko, żeby wróciła, żeby znów przy nim była. Wielokrotnie brał telefon, by do niej dzwonić, ale za każdym razem się rozmyślał. Niedokończone maile do niej gromadził w pliku: „niedokończona miłość”. Co mu padło na mózg, by tak nazwać plik? Chyba na starość robił się sentymentalny. Miał trzydzieści dziewięć lat, a bez niej czuł się tak, jakby miał co najmniej osiemdziesiąt. Odeszła, bo tak chciała. Zostawił ją w spokoju. Skoro lepiej jej bez niego, proszę bardzo. Droga wolna…

Gdy Ewa usłyszała dzwonek do drzwi, była w ekstremalnej rozpaczy. Wyglądała fatalnie. Przetłuszczone włosy niczym strąki opadały na ramiona. Czerwony od ciągłego wycierania nos, opuchnięte powieki, blada cera. I co teraz? „Najlepiej nie otwierać” – pomyślała. Dzwonienie nie ustawało.

– Cholera jasna! – zaklęła pod nosem.

Podeszła do drzwi i je otworzyła. Po drugiej stronie stał smutny Paweł.

No i super! Teraz jest już na przegranej pozycji. O czym ona teraz myśli?! Jaka przegrana pozycja? Była z siebie dumna, bo przez tyle czasu nie pisała do niego rzewnych esemesów ani maili. Dawała radę. A tu, proszę, stał przed nią jej ukochany. W dodatku wyglądał lepiej od niej. Tak samo dobrze, a nawet lepiej niż wtedy, gdy z nią był.

– Jak się czujesz? – zapytał.

– Wszystko u mnie w jak najlepszym porządku – skłamała.

Zlustrował ją od góry do dołu. Wyciągnięty, poplamiony dres i te włosy na pewno musiały zrobić na nim fatalne wrażenie, pomyślała Ewa. Musiał z pewnością zauważyć, jak bardzo nie jest w porządku i jak bardzo cierpi.

– Mogę wejść?

Wzruszyła ramionami.

Wszedł. Ewa skierowała się w stronę kuchni. Poczłapał za nią. Usiedli po przeciwnych stronach stołu.

– Kocham cię – powiedział.

– Taaa… – westchnęła.

Cierpiał. On naprawdę cierpiał. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo kocha Ewę, dopóki od niego nie odeszła. Jako lekarz postawił sobie diagnozę: chory z miłości.

– Nie rozumiem, co się tak nagle zmieniło? – Siedział ogarnięty strachem, że go zaraz wyprosi za drzwi. A musiał z nią porozmawiać.

– Ja – odparowała. Jej głos był twardy niczym stal.

– Ty?

– Tak, ja. Mam dosyć samotności. Czy ty nie rozumiesz, jak bardzo byłam z tobą samotna?

Pokręcił głową. Nie rozumiał.

– Te dyżury brałem dla nas. Marzyłaś o domku z ogródkiem i dziecku…

– A kiedy niby mielibyśmy sobie zrobić to dziecko?

Miała rację. Zaczął fatalnie.

– Były dni, kiedy…

– Kiedy albo ty byłeś zmęczony, albo ja byłam w pracy.

– Aha.

Zamilkli.

– Ty też nie jesteś bez winy – powiedział.

– Ja? – Była zdziwiona.

– Ty.

– Po to przyszedłeś? – Wezbrała w niej złość. – Aby mi wypominać, że ten związek rozleciał się przeze mnie?

– Po trosze tak. – Spuścił wzrok. – Ostatnio ciągle byłaś zła i naburmuszona.

– A nie pomyślałeś, że miałam ku temu powody?

– Może i miałaś.

– Dosyć tego! – Uderzyła otwartą dłonią w stół. Zabolało.

Paweł skulił się w sobie. Czuł, że poniósł porażkę.

– Moim zdaniem zbyt łatwo odpuszczasz. O nasz związek warto powalczyć.

– Twoim zdaniem. To jest twoje zdanie.

– Kocham cię, Ewa. – Położył swoją dłoń na jej dłoni. – I wiem, że ty też mnie kochasz. – Wstał i ruszył w stronę drzwi. Ona siedziała oniemiała.

– Wiesz, gdzie mnie szukać. Już więcej nie będę się narzucać. Dbaj o siebie – powiedział tak cicho, że prawie bezgłośnie. Omal się nie rozpłakał, kiedy otwierał drzwi.

Paweł wrócił do domu i położył się na kanapie. Rano zadzwonił do ordynatora i poprosił o tydzień wolnego. Myślał… Za dużo sobie wyobrażał. Sądził, że porwie Ewę gdzieś na kilka dni. Zawsze marzyła o Paryżu. Sięgnął po jedną z ulotek, którą poprzedniego dnia wziął z biura podróży. Zwinął ją w kulkę i ze złością rzucił w stronę kosza na śmieci. Papier odbił się o ścianę i spadł na podłogę.

– Kurwa mać! – zaklął pod nosem. – Nawet w rzucaniu do celu jestem beznadziejny.

Może powinien inaczej rozegrać rozmowę z Ewą? Zacząć od tego pieprzonego Paryża. Podczas gdy ona lubiła wielkie aglomeracje, on najchętniej zaszyłby się gdzieś w małej wsi. Różnili się pod tak wieloma względami, a mimo wszystko wiedział, że bez niej nie będzie już tym samym człowiekiem.

Kochał ją, bardzo ją kochał.

Zmrużył oczy. Faktem było, że ostatnio dużo pracował. Robił to dla nich. Dla ich przyszłości i dziecka, które wcześniej czy później miało pojawić się na świecie. Był zmęczony i niewyspany. Za każdym razem, kiedy marzył o tym, aby poleżeć na kanapie i popstrykać w jakąś odmóżdżającą grę, Ewa dzwoniła do niego i oznajmiała, że gdzieś wychodzą. A to do jej znajomych, a to na przyjęcie firmowe, na kolację z jej bratem, na łyżwy, na basen.

Pamięta ostatnią imprezę, na którą go zaprosiła. Zlot florystek z całej Polski. Chciał się wywinąć, ale w końcu postanowił, że wstąpi, żeby zrobić jej przyjemność. Jak zwykle się spóźnił. Ale tylko dwie godziny. Powinna do tego przywyknąć. Zamiast ciepłego powitania spiorunowała go wzrokiem.

– Cześć, kochanie – cmoknął ją w policzek.

Była sztywna. Nawet nie drgnęła.

– Napijesz się czegoś? – zaproponował. Jej szklanka była już niemal pusta.

– Tak, poproszę.

Gdy wrócił po kilku minutach, Ewa rozmawiała z przysadzistą, rumianą blondynką. Przedstawił się kobiecie. Ewa upiła łyk napoju.

– Co to jest? – wykrzywiła usta w grymasie.

– Wódka, martini, sok pomarańczowy i kropla soku z żurawiny.

– Dlaczego to wybrałeś? – Była podirytowana. Przysadzista blondynka zmyła się. Zostali sami.

– Myślałem, że będzie ci smakować.

– Nie smakuje. Spóźniłeś się.

A więc o to chodziło. Cokolwiek by jej nie kupił, byłaby wściekła.

– Sądziłem, że mnie znasz.

– Znam i mam cię po dziurki w nosie, rozumiesz? – syknęła.

Ewa miała go dosyć, wcale jej się nie dziwił. Jej cierpliwość się wyczerpała, ale to nie znaczy, że musiała traktować go tak protekcjonalnie.

Była północ, kiedy Michał otworzył drzwi mieszkania. Światło było zapalone, telewizor włączony. Nigdzie śladu siostry. Skierował się w stronę pokoju. Zapukał. Nic. Nacisnął klamkę. Leżała na łóżku, zwinięta w kłębek. Pochrapywała. Kosmyki włosów poprzyklejały się do policzków. Musiała płakać. Obok łóżka leżała przewrócona butelka. Michał z czułością popatrzył na siostrę. Przykrył ją kocem i odgarnął włosy z czoła. Położył się koło niej. Kiedy byli mali, a ich rodzice wychodzili do znajomych, często spali na jednym łóżku, wtuleni w siebie. Ewka bała się złodziei i innych bandziorów, a on się z niej śmiał, udając, że jest twardzielem, co nie było prawdą. Teraz też zgrywa się na twardziela, chociaż serce mu pęka, kiedy widzi siostrę w takim stanie.