Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 374 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Droga do ciebie - JP Monninger

Romantyczna i malownicza opowieść, która dzieje się w wyjątkowym momencie życia młodej kobiety. Heather kończy naukę w college’u i wyrusza w podróż po Europie w towarzystwie dwójki najlepszych przyjaciół. Zostawia za sobą szkolne obowiązki, a dorosłość dopiero wisi w powietrzu. Przed nią już tylko to jedno jedyne lato, by być naprawdę wolną. Heather nawet nie przeczuwa, że spotka kogoś takiego jak Jack. Nieoczekiwanie dostrzega w nim miłość swojego życia. Jack jest tajemniczym, starszym od Heather o kilka lat mężczyzną, który zainspirowany dziennikami dziadka postanawia odwiedzić różne miasta w Europie. Niecodzienna podróż staje się dla Heather przygodą życia. Jednak pewna tajemnica, którą skrywa Jack, zmienia dosłownie wszystko.

Opinie o ebooku Droga do ciebie - JP Monninger

Fragment ebooka Droga do ciebie - JP Monninger

Prolog

Rozdanie dyplomów

To twoja mama robi tobie i twoim dwóm przyjaciółkom najlepsze zdjęcie w dniu ukończenia Amherst College w Massachusetts. Słynie z tego, że nie umie posługiwać się aparatem i nie znosi, kiedy się ją woła, żeby cyknęła fotkę, ale w przededniu wkroczenia przez ciebie w pełną dorosłość, przepełniona jakąś tajemną maminą mocą, przechodzi pomyślnie próbę, gdy zawodzą wszystkie inne błyski w powodzi świateł. Co warto zauważyć, nie jest to jedno z tysięcy zdjęć, jakich życzą sobie rodzice, takich w drodze na podest, i nie przedstawia tylko ciebie z waszej trójki – młodych, mających przed sobą całe życie, w togach unoszonych przez wietrzyk Nowej Anglii, z zielonymi, stęsknionymi za słońcem dębami Amherst i wzniesionymi dyplomami, jak to bywa na każdej tego typu uroczystości. Nie, to nie jest jedno z nich. Nie takie z rodzicami ani z młodszymi kuzynkami twojej przyjaciółki Constance w słodkich letnich sukienkach. Nie takie w chwili odbierania dyplomu, gdy stoisz na podwyższeniu i dłoń ściska ci rektor, ani w ostatnim momencie, kiedy studenci wyrzucają w górę swoje beznadziejne birety i niemal oślepiają innych tymi wirującymi kwadratowymi frisbee.

To coś skromniejszego, a zarazem donioślejszego. Ujęcie z profilu, wszystkie trzy siedzicie na składanych krzesłach, z lekko uniesionymi ku głośnikom twarzami, mrużąc nieznacznie oczy przed słońcem. Ludzie zwykle udają, że nie widzą fotografującego, tego, że zaraz zrobi im się zdjęcie, ale tym razem tak jest naprawdę. Twoja matka strzeliła je jak ninja, wciąż nie wiesz, jak to zrobiła, jednak na pierwszym planie jest Constance. Jasnowłosa i pełna nadziei, z taką łagodną, niewinną miną, że za każdym razem, gdy ją widzisz na tej fotografii, dławi cię w gardle. Następnie widać Amy, ciemnowłosą i tutaj smętną, choć zawsze w centrum, wesołą i dowcipną, głośną i pełną energii, z tym swoim „pieprz się” i „wsadź sobie w dupę”, ale i z dobrocią, życzliwością w oczach. Ona także spogląda w górę.

I dalej jesteś ty. Patrzysz na tę dziewczynę, swój wizerunek, dziesiąty, setny raz, żeby dostrzec, co ma w twarzy. Kim jest ta absolwentka marketingu, dwukrotna stażystka podczas letnich wakacji, z czekającą już na nią godną pożądania lukratywną posadą bankiera inwestycyjnego, którą ma objąć jesienią? Ledwie ją rozpoznajesz; zmieniła się w ciągu tych czterech ostatnich lat, stała się poważniejsza, może mądrzejsza, już kobieta, a nie dziewczyna. Jednocześnie trudno ci na nią patrzeć, taka jest bezbronna, pełna wad, słabości, rozterek. Jesteś trzecią z szeregu przyjaciółek, tą, która załatwia sprawy, która obsesyjnie lubi mieć nad wszystkim kontrolę i zawsze będzie wysyłana, żeby odstawić Amy tam, gdzie powinna być odstawiona, czy żeby wspierać Constance w jej eterycznym dążeniu do piękna. Pod względem typu urody plasujesz się pośrodku, między jasną Constance a ciemną Amy, stanowiąc ostateczny składnik tej kombinacji, jaką we trzy tworzycie. Jesteś tkanką kostną pośród ich chrząstek, przydajesz grawitacji ich lotom.

Jedna chwila w ciągu czterech lat. I wszystko oddaje. Za kilka tygodni będziecie w Europie, w tak zwanej dawniej podróży życia; będziecie jeździć po krajach Starego Kontynentu i zwiedzać, ale teraz, w tym momencie, stoicie na progu wszystkiego. Twoja matka to dostrzegła i uchwyciła, tak że nie możesz już spojrzeć na to zdjęcie, nie mając świadomości, że wasze trzy serca są złączone i że w tym szalonym świecie każda z was ma dwie istoty – czyste i niezawodne – na które może liczyć obecnie i w każdym kolejnym dniu.

To ostatnia wspaniała chwila, zanim on wkroczy w twoje życie, ale jeszcze o tym nie wiesz, nie możesz wiedzieć. Później jednak będziesz usiłowała sobie wyobrazić, gdzie był w tej chwili, kiedy się odwrócił i ruszył ku tobie, a ty ku niemu, i jak to możliwe, że świat wokół was tego nie zauważył. Twoje życie zmieni się nie do poznania, ale wszystko to dopiero czeka, wisi w powietrzu, los, przypadek i nieuchronność. Jack, twój Jack, twoja jedyna wielka miłość.

Część pierwsza

Amsterdam

1

Przede wszystkim gdyby w pociągu do Amsterdamu nie panował taki tłok, cała reszta by się nie zdarzyła. Był to wredny rodzaj tłoku, w którym wszyscy walczą o przestrzeń, wszyscy się irytują, że sprzedano za dużo biletów i pociąg jest przepełniony, więc gdy tylko zdobyłam miejsce, siedziałam z opuszczoną głową. Czytałam Słońce też wschodzi, co oczywiście stanowi banał – świeżo upieczona absolwentka college’u czytająca Hemingwaya podczas swojej pierwszej podróży do Europy z przyjaciółkami – ale co tam. Namówiłam już Constance i Amy na kawę i koniak w Les Deux Magots, przeszłam się w Paryżu po Lewym Brzegu i posiedziałam sama z gołębiami w Ogrodzie Luksemburskim. Nie miałam ochoty wyjeżdżać z tego miasta. Nie chciałam zostawiać jego szerokich bulwarów, mężczyzn grających w bule w Tuileries, kafejek, parzących łyków mocnej kawy, zabawnych klaksonów motocykli, obrazów, muzeów i pysznych crêpes. Nie chciałam zostawiać wczesnych ranków, kiedy pracownicy kawiarni zamiatali bruk i srebrzystą wodą z czarnych węży zmywali chodnik przed wejściem, ani wieczorów, gdy czasami czuło się zapach dymu albo kasztanów, a starzy mężczyźni siedzieli z długimi wędkami na trójnogich stołkach nad Sekwaną i zarzucali na przynętę robaki. Nie chciałam zostawiać bukinistów nad rzeką, ich zatęchłych budek zawalonych starymi pożółkłymi książkami, pejzażystów, którzy przychodzili i nakładali farby olejne na płótno, starając się uchwycić coś, czego nie da się uchwycić, a co można tylko dać do zrozumienia, zamienić w ducha. Nie chciałam zostawiać Shakespeare & Co., angielskiej księgarni, echa, odległego echa Hemingwaya i Fitzgeralda, nocy spędzonych w fontannie u Ritza, czy Joyce’a ze zmrużonymi powiekami, pożerającego swoją prozę jak mysz głodna druku. Nie chciałam zostawiać gargulców, ich zaskakująco czujnych kamiennych oczu, które spoglądają z katedr, z Notre Dame i setek innych kościołów, i białych oblicz, czasami ze strużkami tajemniczej czerni, jakby kamień mógł wchłaniać łzy i po wiekach je uwalniać.

Mówi się, że nie można opuścić Paryża; to on musi cię opuścić, jeśli postanowisz wyjechać.

Próbowałam zabrać go ze sobą. W Paryżu czytałam Ruchome święto, Pożegnanie z bronią i Śmierć po południu. Miałam je wszystkie w iPadzie, przenośną hemingwayowską bibliotekę, i chociaż podróżowałam z Constance i Amy, towarzyszył mi także Hemingway.

Więc czytałam. Było późno. Przebywałam w Europie już dwa i pół tygodnia i jechałam teraz do Amsterdamu. Constance obok zasnęła – czytała Żywoty świętych, we własnej duchowej podróży, żeby dowiedzieć się o tych ludziach wszystkiego, co tylko się da, zobaczyć każde ich przedstawienie, rzeźbiarskie czy malarskie, realizując swoją szczególną pasję, zainteresowanie hagiografią będącą tematem jej pracy magisterskiej – Amy zaś wytknęła głowę za oparcie mojego fotela i gawędziła z młodym Polakiem, Wiktorem. Wiktor pachniał sardynkami i miał na sobie wysłużoną kurtkę, jednak lekko dźgnęła mnie łokciem, kiedy powiedział, że jest śliczna, i jej głos nabrał śpiewnego, uwodzicielskiego tonu, który oznaczał, że zarzuca na faceta sieć. Wiktor był przystojny i czarujący, mówił głosem przywodzącym na myśl Drakulę, i Amy, jak zauważyłam, robiła sobie nadzieje.

Tak miały się sprawy, gdy pojawił się Jack.

– Mogłaby pani to potrzymać? – zapytał.

Nawet na niego nie spojrzałam. Nie zorientowałam się, że mówi do mnie.

– Proszę pani? – dodał.

A potem trącił mnie plecakiem w ramię.

Uniosłam głowę. I pierwszy raz zobaczyłam Jacka.

Nasze spojrzenia się spotkały i tak już zostało.

– Słucham? – zagadnęłam, świadoma, że jedno z nas powinno już odwrócić wzrok.

Był fantastyczny. Więcej niż fantastyczny. Przede wszystkim wysoki – mierzył z metr dziewięćdziesiąt – i dobrze zbudowany. Miał na sobie oliwkowy polar i dżinsy, a ten zestaw leżał na nim w taki sposób, że sprawiał wrażenie najbardziej interesującego stroju, jaki ktokolwiek kiedykolwiek nosił. Nos musiał być złamany dawno temu i po zrośnięciu przypominał kształtem apostrof. Ładne zęby i uśmiech, który zapowiadały dołeczki na policzkach chwilę przedtem, zanim sam Jack stawał się go świadomy. Włosy – ciemne i kręcone, nie tyle afro, ile raczej w stylu dawnego poety. Zwróciłam także uwagę na ręce: duże i ciężkie, jakby nie bał się pracy fizycznej; przywiodły mi na myśl – tylko trochę, troszkę, bo to głupio brzmi, nawet w moich uszach – Hugh Jackmana w roli przerażającego Wolverine’a. Ten facet wyglądał na beztroskiego – to bardzo wieloznaczne słowo, a jednak trafne – na kogoś, kto stale puszcza oko, dając do zrozumienia, że złapał dowcip, wie, o co chodzi, nie bierze tego poważnie, ale oczekuje, że będziesz kontynuować. Co to miałby być za dowcip i jaką odgrywa rolę w twoim życiu, nie było do końca jasne, niemniej kąciki moich ust nieznacznie się uniosły. Nie podobało mi się, że wywołał u mnie ten uśmiech, czy nawet cień uśmiechu, i próbowałam opuścić wzrok, ale jego spojrzenie mi na to nie pozwoliło. Patrzył na mnie jak samiec, z humorem gdzieś w głębi oczu, a ja nie mogłam się oprzeć chęci, aby się dowiedzieć, czego chce.

– Mogłaby pani to potrzymać, gdy będę się tam wdrapywał? – zapytał, ponownie wyciągając plecak. Wciąż na mnie spoglądał.

– Dokąd?

– Tam. Na półkę. Zobaczy pani.

Rzucił mi plecak na kolana. A ja pomyślałam: „Mogłeś postawić go w przejściu, młody Wolverinie”. Gdy jednak się przyglądałam, jak w niewielkiej przestrzeni, którą udało mu się wygospodarować na półce na bagaż naprzeciwko mnie, rozkłada śpiwór, nie mogłam powściągnąć podziwu dla jego zręczności. A także pośladków i pleców w kształcie litery V, więc kiedy sięgnął po plecak, ze wstydu i poczucia winy spuściłam wzrok.

– Dzięki – rzucił.

– Nie ma za co.

– Jestem Jack – przedstawił się.

– Heather – odpowiedziałam w rewanżu.

Uśmiechnął się. Położył plecak na półce jako podgłówek, po czym się na nią wspiął. Nie mieścił się tam, ale jakoś udało mu się wcisnąć; następnie wyjął linę do bungee i przywiązał się nią do prętów, żeby nie spaść, kiedy pociąg będzie pokonywał zakręt.

Popatrzył na mnie. Nasze spojrzenia znowu się spotkały i zatrzymały.

– Dobranoc – szepnął.

– Dobranoc – odparłam.

2

To brzmi głupio, ale na podstawie tego, jak ktoś wygląda we śnie, można o nim wiele powiedzieć. W pewnym sensie to badam. Czasami fotografuję śpiących ludzi i Constance nazywa to kolekcją moich nocnych zdjęć. W każdym razie przyglądałam się Jackowi w krótkich błyskach, jakby kolejnych klatkach filmowych, bo pociąg jechał szybko i co chwila z zewnątrz wpadało światło, które wydobywało z ciemności jego twarz. Po czyjejś minie podczas snu łatwo się zorientować, czy należy on do tych, którzy się martwią, czy nie, do strachliwych czy odważnych, żartownisiów czy smutasów.

Jack spał spokojnie, leżąc płasko na plecach; miał grube rzęsy – do tego gęste, wręcz gąsienice – i od czasu do czasu widziałam, jak jego gałki oczne poruszają się pod powiekami w cyklu REM. Lekko rozchylił usta, tak że mogłam dostrzec jego zęby, a ręce trzymał złożone na piersi. Był bardzo przystojny i gdy dwukrotnie wstawałam, żeby rozprostować kości, za każdym razem zerkałam na niego ukradkiem; w błyskach światła stawał się bohaterem czarno-białego filmu, może Felliniego.

Wciąż go obserwowałam, kiedy zadzwonił mój telefon. To był Mamciozaurus.

– Gdzie jest teraz moja poszukiwaczka przygód? – zapytała mama głosem wzmocnionym poranną dawką kofeiny. Wyobraziłam ją sobie w naszej kuchni w New Jersey, z przygotowanym ubraniem na wieszaku, jak popija kawę i je bezwęglowodanowe śniadanie mieszczące się na małym talerzu.

– W pociągu do Amsterdamu, mamo.

– Ojej, jakie to podniecające! Więc wyjechałyście już z Paryża. A jak się mają dziewczyny?

– Dobrze. Gdzie jesteś, mamo?

– W domu. Właśnie piję kawę. Tata poleciał na parę dni do Denver w interesach. Prosił, żebym do ciebie zadzwoniła, bo dostałaś tony listów z Bank of America. Wygląda na to, że dotyczą formalności związanych z umową o pracę… no wiesz, ubezpieczenia, zdrowotnego i emerytalnego… ale chyba kilka z nich powinnaś przejrzeć.

– Zajmę się tym, mamo. Jestem w kontakcie telefonicznym z działem zatrudnienia.

– Posłuchaj, pełnię tylko funkcję pośrednika. Wiesz, jaki jest tata. Lubi, żeby wszystko było w porządku, a ty masz dostać pracę u jego przyjaciela.

– Wiem, mamo – odpowiedziałam – ale przecież by mnie nie zatrudnili, gdyby uważali, że nie nadaję się do tej roboty. Ukończyłam Amherst ze średnią trzy dziewięć i dostałam jeszcze trzy oferty pracy. Znam francuski i trochę japoński, nieźle piszę, pomyślnie przechodzę, kiedy trzeba, przez rozmowy kwalifikacyjne, a poza tym…

– Oczywiście. – Mama mi przerwała, bo wiedziała o tym wszystkim, znała całą historię, a ja niepotrzebnie przeszłam do obrony. – Oczywiście, kochanie. Wcale nie twierdzę inaczej.

Zaczerpnęłam głęboko powietrza. Usiłując zachować spokój, odezwałam się ponownie.

– Pewnie rzeczywiście chodzi o jakieś formalności, ale załatwię je po powrocie, zanim we wrześniu pójdę do pracy. Powiedz tacie, żeby się nie denerwował. Będzie dobrze. Mam wszystko pod kontrolą. Wiesz, że pilnuję takich spraw. Niepotrzebnie się martwicie. Wręcz przesadnie przywiązuję wagę do szczegółów.

– Wiem, kochanie. Tata jest trochę rozdarty. Chce, żebyś zwiedziła Europę, ale jednocześnie ma świadomość, że ta praca to nie byle co. Bankowość inwestycyjna, kochanie, to…

– Zdaję sobie sprawę, mamo – odparłam, widząc ją w wyobraźni z łbem tyranozaura, jak powoli podnosi mnie w pysku, a ja wierzgam nogami nad ziemią. Zmieniłam temat i zapytałam o swojego kota. – Jak Pan Barwinek?

– Dziś rano jeszcze go nie widziałam, ale pewnie szwenda się gdzieś w okolicy. Jest zesztywniały, ma guzy, ale je.

– Pocałujesz go w moim imieniu?

– A może pogłaskam? Jest brudny, kochanie. Po prostu brudny i wolę nie myśleć, co ma na futrze.

– Mamo, jest u nas od piętnastu lat.

– Myślisz, że o tym nie wiem? To ja go karmię i zawożę do weterynarza, nie pamiętasz?

– Pamiętam, mamo.

Odwróciłam iPada. Nie lubię widzieć odbicia swojej twarzy na jego powierzchni, gdy rozmawiam przez telefon. Czy naprawdę byłam poirytowana na matkę z powodu kota, jadąc pociągiem do Amsterdamu? To wydawało się beznadziejne. Szczęśliwie na ratunek przyszła mi Amy, która wstała i przecisnęła się obok mnie. Znacząco uniosła brwi. Wiktor, jak zauważyłam, ruszył za nią przejściem. Szli Bóg wie dokąd. Polska miała polec.

– Posłuchaj, mamo, wjeżdżamy do Amsterdamu – wymyśliłam naprędce. – Muszę wziąć bagaże. Powiedz tacie, że zaraz po powrocie do domu zajmę się sprawami papierkowymi. Obiecuję. Przekaż mu, żeby się nie martwił. Koresponduję drogą e-mailową z ludźmi z biura i jestem nastawiona na podjęcie pracy już od września. Wszystko idzie dobrze. Są zadowoleni, że do nich przyjdę, i nie mają nic przeciwko tej podróży. Nawet mnie do niej zachęcali, pamiętasz, bo wiedzą, że będę u nich zawalona robotą.

– No dobrze, kochanie. Ty tu rządzisz. Uważaj na siebie. Przyrzekasz? Kocham cię. Uściskaj i ucałuj ode mnie dziewczyny.

– W porządku, mamo. Ja też cię kocham.

Połączenie zostało przerwane. Mamciozaurus wrócił do epoki jurajskiej, zostawiwszy odciski łap w litej skale. A ja zamknęłam oczy i usiłowałam się przespać.

3

– Co czytasz?

Było późno. Nie udało mi się zasnąć. Amy jeszcze nie wróciła, Constance natomiast spała za nas obie, takie przynajmniej można było odnieść wrażenie. Przeniosłam się z Hemingwayem do Hiszpanii; piłam za dużo i oglądałam walki byków. Fiesta. Górskie potoki pełne pstrągów. Tak się zaczytałam, że nie zauważyłam, kiedy Jack usiadł obok mnie.

– Słucham? – Przycisnęłam iPada do piersi.

– Nogi mi tam zdrętwiały. Zasnąłem, choć nie od razu. Ale przynajmniej trochę się przespałem. A ty… chcesz spróbować? Podsadzę cię.

– Sama bym się wdrapała, gdybym chciała.

– To była zwykła propozycja, nic obraźliwego.

– Będziesz musiał wstać, kiedy wróci moja przyjaciółka. To miejsce jest zajęte.

Uśmiechnął się. Zastanowiło mnie, dlaczego jestem na niego taka cięta. Pewnie mechanizm obronny. Facet był taki atrakcyjny – i wiedział o tym – dlatego miałam ochotę podważyć tę jego pewność siebie. Szyję oblał mi rumieniec. To jedno mnie zdradza. Szyja zawsze oblewa mi się rumieńcem, kiedy jestem zdenerwowana, podekscytowana albo przyparta do muru. Podczas egzaminów w Amherst przypominałam bażanta. Nosiłam golfy, żeby to ukryć, ale gorąco jeszcze pogarszało sprawę.

– Czytałaś, prawda? – zagadnął. – Widziałem, jak przewracasz kartki. Lubisz e-booki? Bo ja za nimi nie przepadam.

– Możesz nosić wiele książek w jednym małym urządzeniu.

– Suuuper – odparł drwiąco, ale tonem flirtu.

– W podróży to się sprawdza.

– Jednak książka to towarzysz. Możesz ją czytać w szczególnym miejscu, na przykład w pociągu do Amsterdamu, potem zabrać do domu i wstawić na półkę, a później, po wielu latach, przypomnieć sobie tamtą podróż z lat młodości. To jak wysepka w czasie. Jeśli kochasz książkę, możesz ją komuś ofiarować. Albo odkrywać wciąż na nowo. To jak spotkania ze starym przyjacielem. Plik cyfrowy na to nie pozwala.

– Jesteś większym idealistą ode mnie. Możesz wstawić książkę na półkę, spakować ją, kiedy się przeprowadzasz, odpakować i znowu spakować. I tak w nieskończoność. A iPad mieści ich więcej niż jakikolwiek regał w mieszkaniu, którego mogłabym się dorobić.

– Nie ufam urządzeniom. Według mnie są podstępne.

Mówiąc to, zabrał mi iPada i odwrócił. Stało się to tak szybko, że nie zdążyłam zareagować. Byłam świadoma pociągowego charakteru tej całej sceny: ładny chłopak, stukot kół, błyskające światła, zapach jedzenia z wagonu restauracyjnego, obce języki, przygoda. Do tego się uśmiechnął. Miał zabójczy uśmiech, konspiracyjny, łobuzerski, który mówił: chodź, ze mną będziesz bawić się lepiej niż sama.

– Hemingway? – zapytał, czytając stronę. – Słońce też wschodzi. Ojej, niedobrze z tobą.

– Dlaczego niedobrze?

– Och, no wiesz, ta cała historia z Hemingwayem. Paryż, stare kobiety w rzeźni, wino, impresjoniści i tak dalej. Romantyczne przeżycia ekspata w Europie. Może nawet „ja też chcę być pisarką i mieszkać na mansardzie”. Czyżby było z tobą aż tak źle? Myślałem, że kobiety nie czytają już Hemingwaya.

– Lubię jego smutek.

Przyjrzał mi się uważnie. Tego się nie spodziewał, byłam pewna. Nawet się odchylił, żeby lepiej mnie widzieć. Patrzył krytycznie.

– Wschodnie Wybrzeże – orzekł z wahaniem, jak ktoś, kto ma do wyboru różne smaki lodów. – Jersey, może Connecticut. Tatuś pracuje w Nowym Jorku. Ewentualnie Cleveland, może The Heights, ale nie sądzę, raczej nie tak daleko. Trafiłem?

– A ty skąd jesteś?

– Z Vermontu. Ale nie powiedziałaś, czy mam rację.

– Zgaduj dalej. Chcę poznać całą swoją charakterystykę.

Znowu mi się przyjrzał. Lekko uniósł moją brodę. Uznałam to za całkiem niezłą taktykę, niezależnie od tego, czy się myli, czy nie. Delikatnie obrócił moją twarz z boku na bok, cały czas patrząc na mnie poważnie. Miał piękne oczy. Szyja mi płonęła jak czerwona flaga. Szybko zerknęłam w bok, żeby sprawdzić, czy Constance się nie poruszyła, obudzona naszymi głosami, ale wciąż spała jak kamień. Przespałaby huragan – wiedziałam o tym.

– Właśnie skończyłaś studia. Jesteś w podróży po Europie z koleżankami… z korporacji studenckiej? Nie, chyba nie. Jesteś na to zbyt bystra. Może pracowałyście razem w uczelnianej gazecie. To był dobry college, prawda? Na wschodzie, więc może St. Lawrence, Smith, coś w tym rodzaju.

– Amherst – wyjaśniłam.

– Oooo, aż taka bystra. Do Amherst trudno się dostać w tych czasach. Albo ustosunkowana, zgadza się? To jak? Przekonamy się. Czytasz w Europie Hemingwaya, co może świadczyć albo o głębi intelektualnej, albo wręcz przeciwnie – o płyciźnie.

– Jesteś dupkiem, wiesz o tym? Z tych zarozumiałych. To najgorszy typ.

– Po prostu się przed tobą popisuję. Bo mi się spodobałaś. Spodobałaś mi się od początku. Gdybym miał upierzony ogon, rozłożyłbym go i wykonał taniec godowy. I jak mi idzie? Działa to na ciebie? Drgnęło coś w twoim sercu?

– Robiłeś lepsze wrażenie, zanim otworzyłeś usta. Znacznie lepsze.

– Dobra, rozumiem. Idźmy dalej. Mama angażuje się w działalność dobroczynną, udziela się na ochotnika. Tata odniósł sukces. W korporacji, nie jako indywidualny przedsiębiorca. Ale to tylko domysły. Tak czy owak dużo forsy. Czytasz Hemingwaya, więc masz skłonności artystyczne, ale im nie ufasz, bo… cóż, bo nie są praktyczne. Hemingway ma świadczyć o oczytaniu, prawda?

Wciągnęłam głęboko powietrze, kiwnęłam głową, a potem ja z kolei podjęłam niespiesznie:

– A ty jesteś niby prostym Vermontczykiem wracającym do korzeni, wygadanym gościem, który pewnie dużo czyta… muszę ci to przyznać… i ma jeden z tych skromnych funduszy powierniczych, które pozwalają mu podróżować po świecie, podrywać dziewczyny i czarować je dowcipem, inteligencją i erudycją. Tyle że wcale nie chodzi ci o seks, który może być w pakiecie, choć nie miałbyś nic przeciwko niemu. Chodzi ci o to, żeby robić wrażenie na laskach, rozkochiwać je w sobie, bo to twoja słabość. Więc możesz drwić z Hemingwaya, traktować go jak kumpla od kieliszka, ale on wszystko to przeżywał naprawdę… miał ambicje, czego nigdy nie zrozumiesz… a ty, ty tylko się zgrywasz i powinieneś już iść, bo zaraz wróci Amy.

Uśmiechnął się. Jeśli go uraziłam, nie było tego widać po jego oczach. Potem skrzywił się żartobliwie.

– Tylko wyciągnij ze mnie nóż, zanim odejdę.

– Przykro mi, Jack – powiedziałam, nie mogąc się powstrzymać, żeby nie położyć na jego imieniu szyderczego nacisku. – Czy ktoś ci kiedyś mówił, że wyglądasz jak złe wcielenie Hugh Jackmana?

– Jak Wolverine?

Skinęłam głową.

– Poddaję się. Wygrałaś. Proszę o łaskę.

Już miał wstać, ale zanim to zrobił, wziął mój kalendarz, który trzymałam pod iPadem.

– Powiedz, że to nie smythson. Smythson z Bond Street? O rany, najdroższy, najbardziej szpanerski terminarz wszech czasów? Powiedz, że nie należy do ciebie.

– To prezent na ukończenie college’u. I nie kosztował aż tyle, uwierz mi. Był w promocji, prawie za darmo.

– Usiłuję sobie wyobrazić, kto potrzebuje pretensjonalnego kalendarza, aby pamiętać, że wszystko mu się układa.

– Ktoś punktualny. Ktoś, kto nie chce zapomnieć o spotkaniach. Ktoś, kto próbuje coś osiągnąć na tym świecie.

– Ach, i ty jesteś kimś takim?

– Staram się być.

– A ile kosztują takie rzeczy?

– Nie twoja sprawa. Idź czepiać się innych, co?

– Dobry Boże – odparł, rzucając mi smythsona z powrotem na kolana. – Naprawdę ci się wydaje, że jeśli zdobędziesz wszystkie nagrody i wyróżnienia, jakie przyznaje nauczyciel, to tam, w niebie, będzie wielka gablota, w której umieścisz swoje trofea? Że gdzieś jakaś supermama powiesi na ścianie twoje dyplomy, a wszyscy się cofną i będą klaskać?

Miałam ochotę go walnąć. I prawie to zrobiłam.

– Naprawdę sądzisz, Jack, że jeżdżąc po Europie i udając zagubioną, romantyczną duszę, staniesz się kimś innym niż cyniczny pijak siedzący w jakimś barze i zanudzający wszystkich dookoła?

– O rany! – zawołał. – A ty podróżujesz po Europie, żeby mieć to w życiorysie? Abyś mogła kiedyś mówić na koktajlach, że byłaś w Paryżu? Po co się trudziłaś, żeby tu przyjechać, jeśli tym jest dla ciebie podróżowanie?

– Nie tylko tym, Jack. A ci wszyscy niedowartościowani hipsterzy, którzy o sto lat spóźnili się na przyjęcie w Paryżu, z całym tym romantyzmem okresu międzywojnia, są… cóż, po prostu żałośni. Niektórzy z nas wierzą w sens robienia pewnych rzeczy. Tworzenia pewnych rzeczy. Więc, owszem, zdarza się, że kupujemy kalendarze z Bond Street, które pomagają nam organizować czas. To się nazywa postęp w dziejach. Tak, mamy samochody i samoloty, iPady i iPhone’y. Pogódź się z tym, Vermontczyku.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Niemal zrewanżowałam mu się tym samym. Musiałam przyznać, że był godnym przeciwnikiem. Nie sądziłam, żeby wziął na serio większość tego, co sobie powiedzieliśmy. Wyglądało na to, że brał na serio tylko to, jak spotykały się i zatrzymywały na sobie nasze spojrzenia.

– Dobrze powiedziane. Przyznaję, dobrze powiedziane. Podoba mi się twoja pasja. Nie zapominasz języka w gębie, co?

– Nie stać cię na więcej? Mówisz, że nie zapominam języka w gębie, Jack? Znam większość aluzji, które kierujesz pod moim adresem. Jestem wykształcona i cholernie bystra. Spadaj, Vermontczyku. Wracaj do kontemplowania swojego niezwykle ważnego życia, a może wymyślania następnej powieści, której nigdy nie napiszesz. Znajdź kafejkę, gdzie będziesz mógł usiąść i prowadzić pretensjonalne rozmowy z innymi pretensjonalnymi ekspatami, którzy lubią udawać, że potrafią lepiej rozumieć ludzką dolę niż my, biedni, nieoświeceni ludzie biznesu. To ci zapewni ogromne poczucie wyższości. Będziesz mógł spoglądać w dół ze swoich wyżyn i miotać błyskawice.

– Pretensjonalnymi ekspatami? – powtórzył, znowu się szczerząc. Uśmiechał się, żeby sprowokować mnie do uśmiechu, i musiałam ze sobą walczyć, aby nie dać mu tej satysfakcji.

– Mam mówić dalej? Czy zrozumiałeś przekaz?

– Zrozumiałem – odparł i powoli wstał. – Poszło doskonale. A ty jak uważasz?

– Było świetnie.

Demonstracyjnie przecisnął się obok mnie do przejścia – był naprawdę wspaniale zbudowany – a potem ponownie wspiął na półkę. Kiedy już się ułożył, odczekał, żebym na niego spojrzała. I wtedy pokazał mi język. Zrewanżowałam mu się tym samym.

4

Tak przez jakiś czas wyglądała sytuacja. Szyja mi płonęła i nie mogłam zapanować nad oddechem. Z twarzą w dłoniach policzyłam do dziesięciu, żeby odzyskać nad sobą kontrolę. Nie podobała mi się świadomość, że tak łatwo mnie rozgryźć, bo rzeczywiście, pochodziłam z New Jersey, mój tata był grubą rybą w korporacji, a mama udzielała się charytatywnie. Nie mogłam znieść myśli, że jestem taka typowa, że ktoś pokroju Jacka może mnie rozszyfrować w ciągu kilku pierwszych minut. Miałam też sobie za złe jad, z którym zwróciłam się przeciwko niemu. Ale… cóż, przekroczył granicę. Przyglądałam mu się, gdy z zewnątrz raz po raz wpadało światło. Od miesięcy, odkąd zerwałam z Brianem, w którym zadurzyłam się poważnie w college’u, żyłam w świecie bez mężczyzn. Wciąż nie mogłam spokojnie myśleć o tym, jak zaprosiłam Briana do domu, nawet ubierałam z nim bożonarodzeniową choinkę, aby potem odkryć, że zaledwie tydzień wcześniej przespał się z inną. Upił się, a dziewczyna była miejscową barmanką, z szopą tlenionych włosów i szerokimi ramiączkami od stanika, podstawioną mu przez kumpli. „Z baru lala, z baru lala, z baru lala, cha, cha, cha, ale jaja, ale jaja, ale jaja, po kolejce jeszcze raz” – skandowali. Więc z tego, co wiedziałam, poszedł z nią do jej samochodu, swojego samochodu czy na zaplecze, żeby ją przelecieć. I choć to nic dla niego nie znaczyło, zupełnie nic, wszyscy o tym wiedzieli, jedyne, co pamiętałam, to że patrzyłam na jego brązowe sztruksy, kiedy stał na drabinie i brał ode mnie ozdoby choinkowe, podczas gdy tata przyrządzał drinki w barze za salonem, a mama, T. rex w kaszmirowym kardiganie zarzuconym na ramiona jak peleryna i spodniach za trzysta dolarów od Eileen Fisher podciągniętych do dolnych żeber, krzątała się po domu. Z radia leciał cholerny Bing Crosby. Przyznaję: uległam romantyzmowi całej scenerii – Gwiazdka na wsi, śnieg, Gospoda świąteczna i wszystkie te bzdury – dopóki Ronnie Evers, kumpel Briana, nie wstawił na Facebooka jego zdjęcia, na którym, trzymając łapę na tyłku Brendy, barmanki w obcisłych dżinsach, wywalał język jak gitarzysta rockowy na kwasie, podczas gdy ona ściskała nogami jego udo niczym kowbojka, odchylając się do tyłu.

Potem, kiedy za pomocą Twittera, Facebooka i kilku zatagowanych fotek już się we wszystkim połapałam, w dawnym pokoju zabaw rozegrała się między Brianem a mną spokojna scenka. Syczeliśmy przyciszonymi głosami jak stare kaloryfery.

– Jak mogłeś? Przeleciałeś ją?

– To był żart. Zakład! Byłem pijany!

– O rany, Brian! Na miłość boską!

– Nic się takiego nie stało. Jezu, uspokój się, Heather. Nie jesteśmy zaręczeni, pamiętasz?

– Wal się, Brian!

Jednak utraciliśmy nasz mały raj. Następnego dnia się rozstaliśmy, Brian wrzucił swoją torbę do bagażnika starego sedana volvo i odjechał w blasku bożonarodzeniowych świateł. Kiedy się odwróciłam, żeby wrócić do domu, zauważyłam Pana Barwinka, naszego wiekowego kota, który patrzył na nas z okna na górze.

A więc Jack. Constance nadal spała. Amy nadal nie było. W wagonie zapanował ten rodzaj nerwowego spokoju, który ogarnia środki komunikacji, kiedy pasażerowie usiłują spać, ale wciąż się budzą. Czułam aromat kawy dochodzący z wagonu restauracyjnego za plecami. Od czasu do czasu, jak w filmie noir, rozlegało się charakterystyczne dudnienie, kiedy pociąg przejeżdżał przez stację albo bocznicę. Efekt Dopplera, jak wiedziałam z podstawowego kursu fizyki.

Postanowiłam pójść po kawę. Ponieważ już trochę przeszła mi złość na Jacka Wolverine’a, mijając go, zrobiłam mu iPhone’em zdjęcie. Nie obudził się. Ogarnęło mnie jednak poczucie winy z powodu tego, co mu powiedziałam, jak ostro go potraktowałam, więc zamawiając dla siebie latte, wzięłam drugą dla niego; pomyślałam, że jeśli nie będzie chciał, wypije ją ktoś inny. Podczas gdy konduktor robił kawę, obejrzałam zrobioną fotkę. Jack wyglądał zabójczo atrakcyjnie, ale spał głęboko – wręcz snem zombi – i zaczęłam się zastanawiać, o czym to świadczy. Brian zawsze spał czujnie, jak zając, snem cierpiącej na bezsenność osoby, która nie może się doczekać, kiedy życie zacznie się znowu. Jack we śnie odpływał, kompletnie tracił świadomość.

Wróciłam z kubkami kawy na miejsce; niosłam je w obu rękach, co okazało się trudniejsze, niż można było pomyśleć. Zatrzymałam się przy nim i przez chwilę na niego patrzyłam, bo wydawało mi się, że ludzie budzą się pod wpływem spojrzenia. Tak też się stało. Może wyczuł czyjąś obecność, tego nie wiem, ale łypnął na mnie i od razu się uśmiechnął; był to słodki, niewinny uśmiech, jaki mógłby posłać mamie w swoje dziesiąte urodziny.

– Przyniosłam kawę – powiedziałam. – Przynajmniej tak mogłam ci ulżyć w twoim żałosnym życiu.

– Poczekaj, zejdę.

Poczekałam. Powoli zsunął się z półki. Pierwszy raz staliśmy naprzeciw siebie i podobało mi się to, jak się nade mną pochylił. Szerokie ramiona, wyrobione mięśnie, facet opoka.

– Moglibyśmy ją wypić między wagonami – zauważył, ustawiając plecak, który zamierzał zostawić na półce. – Łyknąłbym trochę świeżego powietrza, nieszczęsny zamożny nieudacznik z Vermontu.

Kiwnęłam głową.

– Bo nim jesteś – potwierdziłam. – Smutne, ale prawdziwe.

Skończył z plecakiem i wziął ode mnie kawę. Idąc za nim w stronę przejścia między wagonami, zastanawiałam się, czy to, co właśnie zrobiłam, można by uznać za podryw.

5

– Przepraszam, jeśli wcześniej zachowałem się jak dupek – powiedział. – Czasami przesadzam z autoreklamą.

– Przed kobietami?

– Chyba tak.

– Przed wszystkimi tak się popisujesz?

– Tylko gdy mam do czynienia z tak piękną dziewczyną jak ty.

– Jak stary to tekst?

– Nie taki stary. Może mówię poważnie. Może naprawdę uważam, że jesteś piękna. Ile masz wzrostu?

– Metr sześćdziesiąt osiem.

– To optymalnie, wiesz? Akrobatki występujące na trapezie mierzą najwyżej metr sześćdziesiąt osiem. Podobnie ludzie pociski. Tacy, którzy dają się wystrzeliwać z dział… mają metr sześćdziesiąt osiem wzrostu.

– Fantazjujesz.

– To znany fakt. Potwierdzony. Gdy ubiegasz się o pracę w cyrku, pytają cię przede wszystkim o to. Nawet treserzy lwów nie mierzą więcej.

– Pracowałeś w cyrku?

– Pewnie.

– Ale masz ponad metr sześćdziesiąt osiem wzrostu.

– Kobiety muszą mieć metr sześćdziesiąt osiem. Mężczyźni, jeśli pracują za kulisami, mogą być dowolnego wzrostu. Tak było ze mną. Przeważnie namawiałem widzów, żeby rzucali piłką do softballu w piramidę z butelek. Pełniłem funkcję naganiacza.

– Nie wierzę w ani jedno twoje słowo.

– A kiedyś rzucił się na mnie lew. W to także pewnie nie uwierzysz. I ugryzł w udo. W jego mięsistą część. Spałem i nagle zostałem zaatakowany przez lwicę imieniem Sugar. Była znana z wrednego charakteru, ale nigdy wcześniej nie miałem z nią żadnych problemów. Wbijając kły, spojrzała na mnie, jakby przepraszająco, ale w końcu natura okazała się silniejsza. Byłem jej nocną przekąską.

– Gadasz bzdury, ale mogę jakiś czas tego posłuchać.

Wzruszył ramionami i pociągnął łyk latte. Staliśmy między dwoma wagonami, zwróceni do siebie, opierając się plecami o ścianę, każde po swojej stronie. Wydawało się, że tory unoszą się pod nami. Czuć było różne niezidentyfikowane zapachy – łąk, węgla, może deszczu, silnika elektrycznego – ale wszystko to zlewało się we wrażenie ruchu.

– Często się zastanawiałem, dlaczego Sugar mi darowała. To mnie wręcz prześladuje.

– Może okazałeś się niesmaczny. Czy to było w Vermoncie?

– W Stambule. Długa historia. Przepraszam. Denerwuję się, a wtedy za dużo mówię. Albo za bardzo się staram. Tak właśnie było wcześniej. Fatalna wada, jak sądzę.

– Nie nazwałabym jej fatalną. Wada i tyle.

– Liczyłem, że uznasz mnie za typ bajronowski.

– Jeśli na to liczyłeś, na pewno nie jesteś typem bajronowskim. Ipso facto.

Spojrzał na mnie i znowu upił kawy. Nie była zbyt dobra.

– Ipso facto? – podjął. – Łacina dla „pretensjonalnych”?

– „Tym samym”. Wróg mojego wroga jest ipso facto moim przyjacielem.

– Byłaś prymuską, co?

– A co w tym złego?

– Pewnie jesteś lizusem. Dlatego masz kalendarz Smythsona. Jaką najgorszą ocenę dostałaś kiedykolwiek? Nie licząc wuefu, oczywiście.

– Sądzisz, że nie mogłam dostać z wuefu A?

– Sądzę, że w zbijaku byłaś wybierana do drużyny już na początku, a potem wszyscy przeciwnicy usiłowali walnąć cię jako prymuskę piłką w głowę. Ipso facto.

– Czy zawsze od razu wiesz wszystko o każdym? Czy tylko o mnie?

– Och, znam cię. Jesteś typem przewodniczącej klasy. Dekoratorki sali, w której będą tańce. Dziewczyną na drabinie. Dziewczyną z taśmą klejącą.

– A ty jesteś obijającym się luzakiem, egzystującym w cieniu własnego mitu.

– Podoba mi się to określenie. „Egzystujący w cieniu własnego mitu”. Widzisz? Masz potencjał.

– Och, dzięki Bogu. Zmarniałabym bez twojej aprobaty.

Popatrzył na mnie i uśmiechnął się nad kawą.

– A jaka jest twoja wada? – zagadnął. – Fatalna czy wręcz nie?

– Dlaczego miałabym ci zdradzić?

– Bo jedziemy pociągiem do Amsterdamu i musimy o czymś rozmawiać. I dziko cię pociągam, więc to rodzaj flirtu, którego pragniesz w skrytości ducha, tylko nie chcesz się przyznać.

– Nie cierpisz z powodu braku pewności siebie, prawda?

– Zakładam, że cię pociągam, bo ty mnie pociągasz. Poza tym kiedy nasze spojrzenia się spotykają, nie mogą się od siebie oderwać. Wiesz, co mam na myśli? Wiesz dobrze, Heather z Północnego Lasu.

Pokręciłam głową. Jednak miał we wszystkim rację. I to, że o tym wiedział, wprawiało mnie w zdenerwowanie.

– Twoja wada, pamiętasz? – przypomniał mi. – Łatwo nie odpuszczam. To moja kolejna wada. Bywam bardzo uparty.

– Moją wadę trudno nazwać jednym słowem.

– Spróbuj.

Odetchnęłam głęboko, zachodząc w głowę, dlaczego czasami jesteśmy skłonni wyjawiać nieznajomym z pociągu tajemnice, których nie zdradzilibyśmy nikomu innemu. W każdym razie kontynuowałam.

– Za każdym razem, kiedy widzę na niebie samolot, mam nadzieję, że spadnie. W tym momencie. Nie wiem, czy naprawdę tego chcę, czy to tylko taki perwersyjny impuls, ale na to właśnie liczę. Fantazjuję o tym, że wbiegnę na łąkę, dopadnę rozbitego samolotu i zacznę ratować ludzi.

– To nie wada. To psychoza. Potrzebujesz pomocy. Fachowego wsparcia psychologicznego.

Napiłam się kawy. Pociąg przejechał z hałasem po estakadzie.

– A kiedy panna młoda idzie przejściem między gośćmi, zawsze chcę, żeby się potknęła. Matka nie pozwala mi na ślubach siedzieć przy przejściu, bo się boi, że podstawię biedaczce nogę.

– Zrobiłaś to kiedyś?

Pokręciłam głową.

– Jeszcze nie, ale pewnego dnia zrobię. To dotyczy każdej oficjalnej okazji. Która wymaga uroczystego stroju. Zawsze liczę, że dojdzie do walki na jedzenie albo że ktoś dostanie w twarz tortem. Nic nie mogę na to poradzić. Wciąż mam wrażenie, że świat zaraz zamieni się w zabawę niegrzecznych chłopców z bractwa studenckiego.

– Bo jesteś anarchistką, oto dlaczego. Około czterdziestki pewnie staniesz się wzorową obywatelką, wstąpisz do jakieś skrajnej organizacji zbrojnej i będziesz chodzić w mundurze, z maczetą u szyi. Lubisz maczety?

– Bardziej, niż przypuszczasz.

– Więc Ameryka Południowa.

– Och, bez pochopnych uogólnień. Każdy w Ameryce Południowej musi mieć maczetę?

– Jasne, że tak. Nie wiedziałaś?

– A ty lubisz broń?

– Nożyce do przycinania żywopłotu.

– Nożyce do przycinania żywopłotu? Co to takiego?

– Moim zdaniem są niedoceniane.

– Wiesz, że co jakiś czas stajesz się prawie irytujący? Balansujesz na granicy. Czasami się wycofujesz i nawet nie jesteś tego świadomy.

– Niektórzy uważają, że to czarujące. Inni, że bezczelne. To zależy.

Łyknął kawy i spojrzał na mnie znad kubka. Miałam ochotę go pocałować, a jednocześnie mnie kusiło, żeby chlusnąć mu swoją latte w tę jego zadowoloną twarz. Nie mogłam zachować wobec niego obojętności.

– A w ogóle ile masz lat? – zapytałam. – Chyba powinieneś czymś się zajmować. Pracować.

– A jak myślisz, ile mam lat?

– Dziesięć.

Przyjrzał mi się.

– Dwadzieścia siedem – odparł. – A ty?

– Dżentelmen nie pyta kobiety o wiek.

– Masz mnie za dżentelmena?

– Na pewno nie jesteś czarujący.

– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

– Dwadzieścia dwa – poddałam się. – Niedługo skończę dwadzieścia trzy.

– Powtarzałaś jakąś klasę?

– Nie!

– Pewnie tak, tylko rodzice ci o tym nie powiedzieli. Tak bywa, no wiesz.

– Zawsze byłam dobrą uczennicą. Tak jak mówiłeś.

– Byłaś dobrą uczennicą, bo rodzice zatrzymali cię w którejś klasie na drugi rok i potem miałaś przewagę nad kolegami. Spotkałem już ten typ. To naprawdę strasznie niesprawiedliwe. Miałaś fory przez kolejne lata w szkole.

– A ty siedziałeś w ostatniej ławce, co? I udawałeś, że szkicujesz, albo pozowałeś na nierozumianego poetę. To takie trywialne, że niedobrze mi się robi.

– Jak się ubierałem?

– Och, od czego tu zacząć? Oczywiście chodziłeś w dżinsach. W T-shirtach z nazwami miast… nie, nie, poczekaj, odbieram wibracje, które podsuwają mi wizję narzędzi… Raczej w koszulkach firmowych John Deere albo Ace Hardware. Czymś praktycznym i proletariackim. I nosiłeś długie włosy, tak jak teraz, tyle że zaczesywałeś lok na czoło, bo… cóż, pozowałeś na poetę. Zgadza się? Byłeś więc zwyczajnym chłopakiem, chłopakiem ze wsi, o czystej, głębokiej duszy. Stanowiłeś model do składania? Czy byłeś już złożony?

– Nie było żadnego składania.

– Gardząc stopniami, zadowalałeś się oceną B. Może B z minusem. Zdolny, ale leniwy, kilka razy nie odrobiłeś prac domowych, stać cię było na więcej, ale dużo czytałeś i nauczycielom to wystarczało. Dziewczyna? Hmmm. Trudna sprawa. Pewnie taka, która hodowała owce. Albo kozy… tak lepiej. Pachniała perfumami i gnojem z farmy, ale ona też jakimś cudem lubiła czytać i kochała poezję. Typ uduchowionej wieśniaczki.

– Trafiłaś. Swoją przenikliwością obnażyłaś moją duszę.

– Pewnie nosiła imię od rośliny… albo pory roku. Summer. A może Hazel czy Olive. Albo June Bug.

Na chwilę zapadło między nami milczenie. Zastanawiałam się, czy nie posunęłam się za daleko. A potem nasz wzrok znowu się zetknął. Pociąg szarpnął, Jack podniósł kubek do ust i dopił kawę. Zanosiło się na pocałunek. Poważny pocałunek. Ten chłopak za bardzo mi się podoba – uświadomiłam sobie. Ale wtedy nadszedł jakiś facet i zapalił papierosa, co było surowo zabronione, ale go nie powstrzymało. Powiedział coś do nas po angielsku, ale w hałasie powodowanym przez pociąg nie usłyszałam co. Wyglądał na rowerzystę, miał chude nogi i nosił bejsbolówkę ze ściętym daszkiem. Nie mogłam go do końca rozszyfrować.

A potem zjawili się jego dwaj kumple, w takich samych czapkach, więc chyba należeli do jednej drużyny czy grupy. Jack spojrzał na mnie. Popatrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Uśmiechnął się i był to miły uśmiech, ale jednocześnie wątły. Miał znaczyć, że ta chwila na platformie przeminęła, że zdążyliśmy ją wykorzystać, zanim się skończyła. Coś w tym rodzaju.

– Idziemy? – zapytał, wskazując głową w stronę naszego wagonu.

Potwierdziłam gestem. I było po wszystkim.

6

Amy wróciła bez Wiktora pół godziny przed wjazdem pociągu do Amsterdamu. Jack poszedł do wagonu restauracyjnego.

– Gdzie książę Chocula? – zapytałam.

– O mój Boże – odparła i wślizgnęła się na miejsce obok mnie.

– Czy Polska została podbita?

– Powiedzmy, że narody Europy znowu okazały swoją szczodrość.

– Jesteś zdzirą.

– Odwołaj się do tkwiącej w tobie dziwki, Heather.

Kręcąc biodrami, zaśpiewała coś śmiesznego. To obudziło Constance, która wyprostowała się i rozejrzała dookoła, najwyraźniej nie bardzo wiedząc, gdzie jest. Na policzku miała odciśnięty ślad od poduszki podróżnej w kształcie litery U. Kiedy dotarło do niej, że jest w pociągu i że Amy podryguje obok, jęknęła i pochyliła głowę, składając ją na kolanach.

– Tylko nie kolejny podbój – wymamrotała półprzytomnie.

– Książę Chocula dobrze się spisał – wyjaśniła Amy. – Jest naprawdę słodki.

– Poderwałaś Drakulę? – domyśliła się Constance, powoli rozcierając twarz, żeby otrząsnąć się ze snu. – Macie wodę?

– Proszę. – Amy sięgnęła do plecaka u swoich stóp i wyjęła butelkę wody. – Czy tylko ja konam z głodu?

– Są ser i jabłka – odezwałam się, bo podczas tej podróży pełniłam mniej więcej funkcję kwatermistrza. Zawsze miałam przy sobie coś do jedzenia. Czasami, jak powiedziałam Jackowi, byłam zbyt dobrze zorganizowana, przejęłam to w spadku genetycznym po Mamciozaurusie.

– Da się je wyciągnąć bez specjalnego trudu?

Zaczęłam grzebać w swoim plecaku. Amy wydobyła deskę do krojenia w kształcie gruszki, kupioną tydzień po wyjeździe. Mieściła się do plecaka i stanowiła przyzwoity prowizoryczny stolik. Wszystkie wyjęłyśmy noże szwajcarskie, a ja wyłożyłam jabłka, kawał francuskiego cheddara, dwie łodygi selera i masło orzechowe. Musiałam sięgnąć głębiej, żeby znaleźć bagietkę. Przełamałam ją na pół i położyłam obok jabłek.

– Jak długo spałam? – chciała wiedzieć Constance. Posmarowała masłem orzechowym plasterek jabłka i schrupała.

– Trzy–cztery godziny – odpowiedziałam.

– Coś mnie ominęło? Kto to jest właściwie książę Chocula?

– Polak, którzy siedział za nami – wyjaśniła Amy. – Ma na imię Wiktor. Jego nazwisko brzmiało jak kichnięcie. A przy okazji… zaprosił nas na imprezę w Amsterdamie. Zanotowałam adres.

– A gdzie on jest? – zapytałam, wykręcając szyję i spoglądając za siebie. – Zajeździłaś go na śmierć?

– Szanse były równe – odparła Amy.

– Muszę zobaczyć tego faceta – orzekła Constance. – Nie zwróciłam na niego uwagi, kiedy zajmowałyśmy miejsca.

Odgryzłam kęs bagietki. Potem pokroiłam ser i zjadłam go z bułką. Amy podzieliła drugie jabłko na trzy części. Wzięłam swoją. Przez minutę albo dwie jadłyśmy w milczeniu i było mi dobrze. Spojrzałam na Constance, miała poważną, skupioną minę, jej jasne włosy wyglądały pięknie w przyćmionym świetle wagonu. Była z nas najładniejsza i najmniej zainteresowana facetami. Należała do moli książkowych, ale nie w stylu hemingwayowskim. Lubiła badania naukowe, wyobrażała sobie świętych jako dużą rodzinę, którą mogła odwiedzać, kiedy codzienne życie stawało się zbyt nudne, i to do niej się zwracałyśmy, gdy chciałyśmy się dowiedzieć, kim jest postać z obrazu czy rzeźby. Jadła z gracją, krojąc starannie i formując zgrabne kęsy, podczas gdy Amy, ciemna i nieco bujniejsza, rozsmarowywała masło orzechowe wszędzie tam, gdzie wylądowało, i jadła z apetytem, który odzwierciedlał jej podejście do życia. Znałam je obie od pierwszych dni w Amherst, bywałam u nich w domu, widziałam, jak płaczą z powodu chłopaków, upijają się, zdobywają najlepsze oceny, okazują w barach dowody tożsamości, tańczą do utraty tchu; patrzyłam, jak Amy gra w lacrosse niczym nawiedzona, jak Constance jedzie przez kampus na błękitnym jak niebo rowerze, z książkami porządnie ułożonymi w koszyku przy kierownicy, swoim nieco krótkowzrocznym wzrokiem dostrzegając piękno w miejscowych dębach i łukach budynków. Gdy tak patrzyłam na nie w łagodnym drgającym świetle pociągu, przyglądałam się im, jak jedzą, uśmiechają się i pogodnie sobie przygadują, poczułam rozczulenie.

– Uwielbiam was, dziewczyny – powiedziałam, bo tak właśnie było. – I pragnę podziękować wam za to, że wybrałyśmy się razem w tę podróż, podziękować za wszystko. Nie chciałabym, żebyśmy kiedykolwiek straciły ze sobą kontakt. Przyrzekacie, że tak się nie stanie?

– Skąd ci w ogóle coś takiego przyszło do głowy? – zapytała Amy z pełnymi ustami.

Constance tylko skinęła głową i wzięła mnie za rękę. Amy nieznacznie wzruszyła ramionami, a potem położyła dłoń na ręce Constance. Trzej muszkieterowie. Powtarzałyśmy ich gest od czasu pewnej pijackiej nocy na pierwszym roku, przed Lord Jeffery Inn, kiedy uświadomiłyśmy sobie, że jesteśmy kumpelkami, prawdziwymi kumpelkami.

– „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” – wyrecytowałyśmy nasze tajne hasło. Un pour tous, tous pour un.

Pociąg zaczął zwalniać przed wjazdem do Amsterdamu.

7

– Gdzie się zatrzymacie? – zapytał Jack.

Staliśmy w przejściu, czekając w kolejce do wyjścia z pociągu. Amy i Constance były już w połowie wagonu, ale jakiś facet dwie osoby przed Jackiem miał kłopot ze zdjęciem torby z półki. Moja szyja płonęła już czerwienią, tylko dlatego, że Jack stał obok.

– Mamy rezerwację w hostelu – odpowiedziałam. – Hostelu Cocomama. Podoba mi się ta nazwa.

– Planujesz z góry całą podróż?

– Nie. Tylko lubię wiedzieć co i jak.

– Powiedziała dziewczyna z terminarzem Smythsona.

Wzruszyłam ramionami. Nie mylił się.

– Może wybierzemy się na imprezę, o której Amy dowiedziała się od tego Wiktora. To podobno w samym centrum Amsterdamu, nad kanałem.

– Mój przyjaciel Raef, Australijczyk, ma tu znajomych. On wszędzie ma znajomych. Uważam, że zjeździłem świat, ale Raef to prawdziwy Marco Polo albo ktoś taki. Polubisz go. Przez większą część roku wypasa owce w buszu, a kiedy zaoszczędzi dość pieniędzy, wyrusza w podróż. Jeśli mi powiesz, gdzie ma być ta impreza, może wpadniemy. Chętnie się jeszcze z tobą zobaczę.

– Sprawia wrażenie barwnej postaci. Nie wiem, gdzie to ma być, nie znam adresu, ale Amy go zapisała. Mogę ją zapytać, kiedy wysiądziemy.

Przez chwilę się nie odzywaliśmy. Wreszcie facetowi przed Jackiem udało się ściągnąć torbę. Ludzie za nami zaczęli klaskać. Amy i Constance już zniknęły na peronie.

– Posłuchaj – zaczął Jack niskim, intymnym głosem, tak cicho, że tylko ja mogłam go usłyszeć. – Zrobimy tak. Kiedy wysiądziemy z pociągu i będzie się spod niego wydobywać gęsta para, no wiesz, jak na starych filmach, powinniśmy pocałować się pierwszy raz właśnie tam. Oboje chcemy tego pocałunku, więc szkoda by było zmarnować taką okazję.

Musiałam się uśmiechnąć. Gdy kolejka ruszyła do wyjścia, powoli, nie patrząc na niego, przesunęłam się do przodu. Szyję miałam już purpurową.

– Powinniśmy? Skąd wiesz, że chcę się z tobą pocałować? Czy tylko strzelasz?

– Daj spokój. Będziesz miała co opowiadać naszym wnukom. A jeśli się nie uda, jeśli nie spotkamy się wieczorem na tej imprezie, co mamy do stracenia? To tylko pocałunek.

– Jak głęboki ma być?

– Och, tak głęboki, żebyśmy go zapamiętali.

– Nie jesteś pozbawiony uroku, choć trudno mi to przyznać.

– Nie chciałem wyśmiewać się z ciebie z powodu Hemingwaya. No wiesz, poprzednio. – Ściszył głos i mówił już z większą powagą. – To ważne, żeby czytać Hemingwaya w Europie. Naprawdę tak sądzę. Podoba mi się, że go czytasz, i podoba mi się, że jego smutek wydaje ci się interesujący. Chciałem tylko znaleźć punkt zaczepienia.

– A jeśli ten pocałunek okaże się porażką? Nie wszystkie pierwsze pocałunki są spektakularne.

– Nasz taki będzie. Ty także o tym wiesz. Więc zgadzasz się, żebyśmy się pocałowali?

– Tylko ze względu na nasze wnuki.

– Mam nadzieję, że będzie dużo pary. Byłoby dobrze, gdyby jeszcze padał deszcz.

– Uprzedzam cię, że dopiero co jadłam masło orzechowe.

– Odnotowane.

To niesamowite, jak długo może trwać przejście przez połowę wagonu. Nie śmiałam się odwrócić i spojrzeć na Jacka. Plecak wrzynał mi się w ramię. Pochyliłam głowę i zobaczyłam, że Amy i Constance już czekają na peronie, wypatrując mnie zza okien wagonu. Pomachałam do nich. Jack szedł za mną, a ja czułam się spięta i skrępowana. Nie byłam jedną z tych dziewczyn, cokolwiek to znaczy. Tych impulsywnych. Takich, które całują się z facetem, którego dopiero co poznały w pociągu do Amsterdamu.

Ale stało się. Kiedy wysiedliśmy, odwróciłam się do Jacka, a on pochylił się lekko, wysoki, muskularny, i wziął mnie w ramiona. Byłam zaskoczona masywnością, siłą jego ciała, kiedy przyciągnął mnie do siebie. Początkowo wydawało się to śmieszne, oboje byliśmy jak żółwie z tymi głupimi plecakami podskakującymi na plecach, ale chwilę później wszystko się zmieniło. Miałam świadomość, że Amy i Constance patrzą na nas, obie gapią się z otwartymi ustami, zaskoczone i rozbawione, jednak gdy jego usta dotknęły moich, zamknęłam oczy i już.

To miał być wygłup. Trwać tylko chwilę. A okazało się, że to cudowny pocałunek, prawdopodobnie najwspanialszy w moim życiu, i nie wiem dlaczego, jak Jack to zrobił, ale kiedy odsunęliśmy się od siebie, nie chciałam, żeby odszedł.

Gdy było już po wszystkim, odwróciłam się do dziewczyn. Obie cykały zdjęcia, a kiedy opuściły telefony komórkowe, zaśmiałam się na widok zdumionych min przyjaciółek.

– Co to ma być, do cholery? – zapytała Amy.

– Kiedy to się stało? – zapytała Constance.

Jack tylko się uśmiechnął. Amy na tyle ochłonęła, żeby podać mu adres imprezy. Wymieniliśmy się numerami telefonów.

– Do zobaczenia wieczorem! – powiedziała Constance, jak zwykle uprzejma, kulturalna.

– „Prawda, że miło jest to pomyśleć?” – rzucił, cytując ostatnie zdanie ze Słońce też wschodzi1. Przez chwilę patrzył mi w oczy, a potem odszedł.

8

„Kochanie, nie zapomnij wypełnić formularzy, które przysłali ci z Bank of America. Pronto!”.

„Spokojnie, tato. Poproś mamę, żeby nalała ci dużą szklankę szkockiej, i wyluzuj”.

„Nie chcę szkockiej. Chcę tylko, żeby moja córka zrobiła, co obiecała”.

„Nie zapomnę o tym. Nigdy o niczym nie zapominam”.

„Kiedy to załatwisz?”.

„Kiedy Księżyc jest w siódmym domu. A Jowisz wchodzi w koniunkcję z Marsem”2.

„Nie wygłupiaj się, Heather. Wcale mnie to nie bawi”.

„Przepraszam, tato. Zajmę się tym jak najszybciej”.

„To nie za późno?”.

„Tato, przyrzekam, że załatwię tę sprawę. Trochę trudno to zrobić tu, gdzie jestem, ale trzymam rękę na pulsie. Przysięgam”.

„Zlituj się nad ojcem. Dobra. Kocham cię. Na dziś koniec z kazaniami. Pora się napić”.

Zawsze jest taki moment, kiedy wchodzisz na imprezę i myślisz: „Zostać czy wyjść?”. Z jednej strony masz ochotę uciec od hałasu i zamętu, błyskających świateł, ludzi – obcych – którzy krzyczą sobie nawzajem do ucha, żeby się słyszeć. Od razu wiesz, że łazienki są zajęte albo w ogóle nie nadają się do użytku, że parkiet lepi się od piwa i innych alkoholi, że jakiś niewydarzony playboy podejdzie do ciebie tanecznym krokiem, z wypchniętym do przodu kroczem, i przygryzając dolną wargę, obrzuci cię wzrokiem, który mówi: „Za dziesięć minut będziesz nosić moje dziecko”. Przez chwilę widzisz tę zabawę trzeźwo – jako rytuał godowy, celebrację stosunku płciowego – i już odwracasz się do wyjścia, bo jesteś mądrzejsza, nie zależy ci, nie robisz takich rzeczy.

Ale z drugiej strony myślisz: „Jeden drink”. Albo: „Dlaczego nie?”. I może, jeśli muzyka jest przyzwoita, mimo wszystko cię wciąga, masz ochotę potańczyć, więc spoglądasz na przyjaciółki – które patrzą, wzruszają ramionami, starają się znaleźć jakiś powód, żeby zostać – i unosisz brwi. Przeważnie odpowiadają tym samym. A potem – bo razem robicie to od lat – powoli zagłębiasz się w tłum, przeciskasz między ludźmi, co jakiś czas wyciągając rękę za siebie albo przed siebie, żeby nie stracić kontaktu z kumpelkami, i zmierzasz w stronę baru. Dość często jakiś facet, kiedy go mijasz, łapie cię za tyłek, a czasami, jeszcze gorzej, podnosi ręce, jakby trzymano go na muszce, i zionąc alkoholem, zbliża do ciebie interes – więc wyrywasz do przodu, docierasz do baru i głośno składasz zamówienie. Goście siedzący przy blacie – jeśli jest blat – zerkają z ukosa i lustrują cię od góry do dołu, a ty starasz się ich ignorować, udawać, że zdobycie drinka jest dla ciebie najważniejszą sprawą na świecie, byle tylko nie ryzykować, że napotkasz ich spojrzenia, i w końcu jedna z was, jeśli macie szczęście, nawiązuje kontakt wzrokowy z barmanem. Krzyczysz, on kiwa głową, wyciągasz skądś jakieś banknoty i podajesz drinki przyjaciółkom, a potem każda z was pospiesznie wtyka słomkę do ust, żeby pociągnąć duży łyk, bo będzie wam tego trzeba.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przeł. Bronisław Zieliński (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

Cytat z piosenki Aquarius z musicalu Hair. [wróć]