Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 458 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 32 min Lektor: Dorota Warakomska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 32 min Lektor: Dorota Warakomska

Opis ebooka Droga 66 - Dorota Warakomska

 

Drogę 66 nazywano kiedyś „główną ulicą Stanów Zjednoczonych". Była tematem piosenki Get Your Kicks on Route Sixty Six, którą śpiewali m.in. Nat King Cole, Rolling Stones i Depeche Mode. John Steinbeck nazwał ją Drogą Matką. Ta oddana do użytku w 1926 roku transkontynentalna szosa przechodzi przez osiem stanów i trzy strefy czasowe. W latach trzydziestych XX wieku tysiące farmerów podążały nią do Kalifornii; wielki kryzys i burze pyłowe zmusiły ich do szukania nowej pracy i nowego domu, po II wojnie światowej wielu żołnierzy wracało nią do domu, a w latach pięćdziesiątych, gdy połączyła tak zwany Rdzawy Krąg ze Słonecznym Kręgiem, Drogą 66 wędrowała kolejna fala migracji.

Wszędzie powstawały restauracje, hotele i stacje benzynowe. W Springfield Ed Waldmire wymyślił słynną parówkę na patyku (Cozy Dog), a Alberta Logan otworzyła pierwszy na Drodze 66 hotel dla kolorowych - bo nie mogła pozwolić, żeby sławny muzyk Nat King Cole tułał się jak bezdomny.

Opuszczona przez podróżnych po 1985 roku, gdy została zastąpiona autostradą i oficjalnie skreślona z listy dróg krajowych, Droga 66 przeżywa dziś odrodzenie. Uznana za zabytek jest jedną z większych atrakcji turystycznych w Stanach Zjednoczonych.

Podróżując tą legendarną trasą, Dorota Warakomska patrzy na Amerykę oczami znawcy i przybysza. Zadaje pytania: Czy nadal działa american dream? Czy Ameryka rzeczywiście jest synonimem demokracji i wolności? Jacy są dzisiejsi Amerykanie? Jak żyją kobiety Ameryki: te młode i te stare, mieszkające w przyczepach na pustyni i w luksusowych willach Beverly Hills?

Droga 66 to spojrzenie na świat i Amerykę oczami ludzi zwykłych i niezwykłych, to próba wyjaśnienia fenomenu wolności w zestawieniu z konserwatyzmem Amerykanów.

 

 

Podążając tym szlakiem, przejechałam ponad dwadzieścia tysięcy kilometrów. Na „66" spędziłam w sumie prawie pół roku. Często jeździłam zygzakiem, kierowałam się tam, gdzie mnie coś zaciekawiło. Po raz pierwszy włóczyłam się bez napiętych terminów. Byłam wolna jak ptak. Nie musiałam się spieszyć, mogłam swobodnie zmieniać plany, zatrzymywać się. Odkrywać miejsca niezwykłe, poznawać fascynujące osoby, rozmawiać bez końca. Szukać inspiracji, czerpać mądrość od ludzi dojrzałych, brać siłę od młodych.

Przekonałam się, że Droga 66 jak magnes przyciąga niebanalne i nietuzinkowe osobowości. I wyzwala w tych ludziach niesamowite pomysły, a także energię do ich zrealizowania. Wiele się nauczyłam podczas tej podróży. Przede wszystkim, by nie bać się robić tego, co się chce, czego się pragnie. I przekonałam się, że każde, nawet najbardziej zapyziałe miejsce, może okazać się najwspanialszym zwierciadłem świata.

(fragment)

Opinie o ebooku Droga 66 - Dorota Warakomska

Fragment ebooka Droga 66 - Dorota Warakomska

DOROTA WARAKOMSKA

Droga 66

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.

Ryszard Kapuściński,Podróże z Herodotem

wstęp

Myśląc o Stanach Zjednoczonych, mamy zazwyczaj przed oczyma Nowy Jork albo Los Angeles. To właśnie dwa wybrzeża, Wschodnie i Zachodnie, kreują wizerunek Ameryki. Stany znajdujące się pośrodku kontynentu są nie tylko nieznane, ale bywają też traktowane jak zaścianek. Nazywa się je nawet pogardliwie fly-over-states, bo nad nimi się tylko przelatuje. Mieszkający tam ludzie mówią z kolei o swoich ziemiach, niedotykających oceanu, że to kraina w samym sercu lądu – heartland.

Zachód i południe USA to rzeczywiście inny świat. Tamtejsze ogromne przestrzenie wciąż zachęcają do podboju, a bezkres wydaje się pokazywać niekończące się możliwości. Dla amerykańskich osadników zachód był symbolem swobody i powodzenia. Tradycja pionierska zmusza do optymizmu, niepoddawania się, próbowania po raz kolejny.

Wyjątkowo silny pozostaje tam mit drogi, wędrówki w nieznane. Dążenia podsycane przez pokolenie beatników są marzeniem o życiu zaimprowizowanym, bez ustalonego planu, poza wszelkimi standardami. Poszukiwanie przygody, przyjaźni, miłości i prawdy – to kryje się za potrzebą podróżowania.

Gdy w moim życiu nadszedł moment, w którym nie mogłam znaleźć odpowiedzi na ważne pytania, nie wahałam się – ruszyłam w podróż. I choć wcześniej wielokrotnie objeździłam Stany Zjednoczone wzdłuż i wszerz, wybrałam właśnie Amerykę, a w niej regiony będące synonimem wolności, uwiecznione na fotografiach Ansela Adamsa, Dorothei Lange, Paula Stranda, Richarda Avedona, pokazane w Gronach gniewu ikultowych filmach: Swobodnym jeźdźcu, Znikającym punkcie, Konwoju. Zdecydowałam się na trasę, którą przemierzyli i którą opisali John Steinbeck i Jack Kerouac, przecinającą USA na skos, od północnego wschodu do południowego zachodu – Drogę 66.

Podążając tym szlakiem, przejechałam ponad dwadzieścia tysięcy kilometrów. Na „66” spędziłam w sumie prawie pół roku. Często jeździłam zygzakiem, kierowałam się tam, gdzie mnie coś zaciekawiło. Po raz pierwszy włóczyłam się bez napiętych terminów. Byłam wolna jak ptak. Nie musiałam się spieszyć, mogłam swobodnie zmieniać plany, zatrzymywać się. Odkrywać miejsca niezwykłe, poznawać fascynujące osoby, rozmawiać bez końca. Szukać inspiracji, czerpać mądrość od ludzi dojrzałych, brać siłę od młodych.

Przekonałam się, że Droga 66 jak magnes przyciąga niebanalne i nietuzinkowe osobowości. I wyzwala w tych ludziach niesamowite pomysły, a także energię do ich zrealizowania. Wiele się nauczyłam podczas tej podróży. Przede wszystkim, by nie bać się robić tego, co się chce, czego się pragnie. I przekonałam się, że każde, nawet najbardziej zapyziałe miejsce, może okazać się najwspanialszym zwierciadłem świata.

Uwielbiam Amerykę i na pewno mój zachwyt będzie odczuwalny w tej książce. Nie jest to przewodnik, ale jeśli ktoś, ruszając w trasę, posłuży się nią, to będę szczęśliwa.

Zapraszam zatem w podróż Drogą, która łączy, cieszy, na której każdy znajdzie to, czego szuka. To Droga do serca Ameryki.

wprowadzenie

Route 66, jedna z pierwszych transkontynentalnych dróg w Stanach Zjednoczonych, została oficjalnie oddana do użytku 11 listopada 1926 roku. Wtedy bowiem utworzono jeden szlak z istniejących fragmentów ulic, ścieżek i tras w kolejnych miasteczkach. Nowa Droga połączyła Chicago z Los Angeles. Biegła przez osiem stanów: Illinois, Missouri, Kansas, Oklahomę, Teksas, Nowy Meksyk, Arizonę i Kalifornię. Liczyła 2448 mil (3939 kilometrów). Przecinała trzy strefy czasowe.

Stała się częścią systemu szos międzystanowych, ale z tej misternie plecionej siatki dróg: północ–południe, wschód–zachód, tylko ona wymykała się prostej linii, przebiegając zygzakiem przez pola i lasy, omijając zakola rzek, klucząc między małymi pagórkami i wysokimi wzgórzami.

Pomysłodawcą połączenia istniejących szlaków był Cyrus Stevens Avery, reprezentujący stan Oklahoma w specjalnym pięcioosobowym komitecie, który na początku lat dwudziestych XX wieku zastanawiał się, jak sprawić, aby coraz popularniejsze środki transportu – auta – mogły swobodnie przemieszczać się po kraju. Avery został okrzyknięty Ojcem Drogi 66.

Szybko zyskała miano „głównej ulicy Stanów Zjednoczonych”, biegła bowiem przez centra miasteczek, wiosek, osad. Przy niej jak grzyby po deszczu wyrastały kafejki i restauracje, stacje benzynowe i warsztaty naprawcze, a także motele. Większość z nich to były rodzinne przedsięwzięcia, tak zwane motele mom and pop, czyli „mamuśki i tatuśka”, w których tuż przy recepcji znajdowało się mieszkanie właścicieli.

W latach trzydziestych XX wieku tą właśnie szosą tysiące farmerów z Oklahomy podążało do Kalifornii podczas wielkiego kryzysu i w okresie burz pyłowych (dust bowl), spowodowanych suszą i erozją gleb, wywołanych przez nadmierne uprzemysłowienie rolnictwa. To wtedy, w czasie wielkiego exodusu, John Steinbeck w Gronach gniewu nazwał Drogę 66 „Drogą-Matką”. Określenia tego używa się do dziś.

Przez lata wielokrotnie zmieniano jej trasę, by poprawić warunki jazdy, między innymi dzięki zmniejszeniu liczby zakrętów. W 1936 roku „66” wydłużono poza Los Angeles aż do Santa Monica na wybrzeżu Pacyfiku. Niektóre odcinki wyasfaltowano dopiero w 1938 roku.

Po drugiej wojnie światowej wracali nią żołnierze. W 1946 piosenka Bobby’ego Troupe’a Get Your Kicks on Route Sixty Six, czyli „spraw sobie przyjemność na Drodze 66”, rozsławiła szosę i została jej nieoficjalnym hymnem. Wykonywali ją i Nat King Cole, Bing Crosby i później Rolling Stones, Manhattan Transfer, Depeche Mode.

W latach pięćdziesiątych, w okresie rozkwitu gospodarki amerykańskiej, wraz z rosnącą zamożnością społeczeństwa i dynamicznie rozwijającym się przemysłem samochodowym, stała się pierwszym szlakiem turystycznym. Amerykanie masowo wylegli na Drogę 66, by podziwiać powstające atrakcje turystyczne, coraz bardziej oryginalne.

Zaczytywano się książką Jacka Kerouaca W drodze. O „66” śpiewał Bob Dylan. Na początku lat sześćdziesiątych powstał serial telewizyjny Route 66. Kręcono o niej i na niej filmy.

Gdy w latach siedemdziesiątych na północnym wschodzie zaczęły upadać wielkie fabryki i stalownie, połączyła tak zwany Rdzawy Krąg, obejmujący uprzemysłowione rejony poniżej Chicago (stany: Illinois, Ohio, Michigan, Pensylwania, Wisconsin) ze Słonecznym Kręgiem, czyli ciepłymi stanami południowego zachodu. Znów Droga 66 pomagała ludziom wędrować za chlebem do idylli południowej Kalifornii.

Przez lata stała się dla mieszkańców Stanów Zjednoczonych synonimem dążenia do wolności i szczęścia. Odzwierciedleniem american dream, „amerykańskiego snu”.

Dziś Droga 66 nie jest już główną arterią Stanów Zjednoczonych. Została skreślona z listy szos krajowych 27 czerwca 1985 roku. Oficjalne uzasadnienie: nie odpowiadała wymogom nowoczesnych dróg międzystanowych. Była za wąska, zbyt kręta. Zastąpiły ją na różnych odcinkach szybkie i bezkolizyjne autostrady: 55, 44, 40, 15, 10.

Dla większości mieszkających przy niej ludzi stanowiło to wielką tragedię. Z dnia na dzień wszystko się zmieniło. Ruch ustał. Mówiono: „Świat się zatrzymał”. Bobby Troup powiedział nawet: „To koniec epoki”. Stopniowo zamykano biznesy, nikomu niepotrzebne motele marniały, a sklepiki plajtowały. Kto miał pieniądze, siłę i odwagę, przenosił się w pobliże nowych i uczęszczanych tras przelotowych. Kto nie miał ani gotówki, ani pomysłu na nowy rozdział własnego życia, zostawał. I pewnie życie skupione wzdłuż „66” zamarłoby na wsze czasy, gdyby nie pewien biedny potomek meksykańskich imigrantów, golibroda Angel Delgadillo, który postanowił coś z tym zrobić. Dziś jest nazywany Aniołem Drogi 66, bo to dzięki niemu zawiązało się Stowarzyszenie Drogi 66, które wywalczyło dla szosy status zabytku.

W latach dziewięćdziesiątych „66”, uznana za narodową drogę krajobrazową, stała się atrakcją turystyczną. Wpisana na listę najbardziej zagrożonych zabytków na świecie uzyskała nawet wsparcie finansowe z Kongresu. Utworzono specjalne rządowe biuro (Route 66 Corridor Preservation Program), które pomaga wybierać obiekty do renowacji.

Znów zaczęto o niej mówić i pisać. Do przypomnienia rangi Drogi 66 przyczynił się zwłaszcza Michael Wallis, nazywany Ojcem Chrzestnym Drogi 66, autor pierwszego albumu poświęconego starej szosie i chodząca encyklopedia wiedzy na jej temat. W podsyceniu mitu Drogi pomogły też kolejne kultowe filmy: Autostopowicz, Thelma i Louise, Urodzeni mordercy, Bagdad Cafe. A ostatnio – kreskówka Auta.

Dzięki artystom, zapaleńcom, podróżnikom i ludziom niebojącym się zainwestować w podupadłe budynki Droga 66 ożywa. Wracają na nią osoby, które potrzebują natchnienia albo szukają wspomnień. Rosnący sentyment do starej szosy to z pewnością wyraz nostalgii Amerykanów za latami młodości, świetności, rozkwitu. Chcą ożywić wspomnienia o pierwszych samodzielnych wakacjach, pierwszym własnym aucie, pierwszej miłości. I zarażają pasją kolejne pokolenia. Przyjeżdża też coraz więcej przybyszów z zagranicy, zwłaszcza Europy, dzięki czemu Droga staje się znów aortą krwioobiegu motoryzacyjnego USA.

Z wytyczonej niegdyś „głównej ulicy Stanów Zjednoczonych” przetrwało osiemdziesiąt pięć procent. Czasem Droga przecina się z autostradą, a czasem biegnie obok niej. Niekiedy kończy się w polu, zupełnie zanika. Są fragmenty doskonale zachowane, wyremontowane, dobrze oznakowane. I są też opuszczone i zapomniane. Stan Drogi 66 odzwierciedla nastawienie mieszkających przy niej ludzi. Jedni radzą sobie z upływem czasu, odnajdują się w nowych warunkach, patrzą w przyszłość. Inni zatrzymali się w pół kroku i tylko wspominają czasy, kiedy byli szczęśliwi.

Droga 66 jest naturalnym przekrojem przez społeczeństwo amerykańskie, pokazuje zmiany, jakie zaszły w tym kraju. Jest symbolem nieuchronnego upływu czasu i wkraczania nowoczesności. Jest jak lustro, w którym przegląda się Ameryka.

1 Illinois

wojownik z Wietrznego Miasta

The Hawk – wiatr wiejący znad jeziora Michigan – powitał mnie silnymi podmuchami. W centrum Chicago zawsze czuć wilgoć ciągnącą od wody. Eleganckie wieżowce pną się tu dumnie przy szerokich ulicach, jakby chciały uświadomić wszystkim, że to one były najpierwsze na świecie i że projektowali je najznamienitsi architekci. Wysoko na jednym ze szklano-stalowych gmachów zobaczyłam trzech przyczepionych linami młodzieńców myjących okna. Wiatr rozrzucał mydliny na dobre sto metrów. Po torach umieszczonych nad ulicą na wysokości drugiego piętra z hukiem przejechała kolejka. Kilku młodych, elegancko ubranych i pewnych siebie mężczyzn przepychało się w drzwiach drogiej restauracji. To pewnie maklerzy z największej na świecie giełdy towarowej, Chicago Board of Trade, gdzie handluje się kukurydzą oraz zbożem i gdzie zawiera się połowę wszystkich transakcji świata. Pod drzwiami sąsiedniego biurowca kilka osób paliło papierosy, przyglądając się w milczeniu czarnoskóremu portierowi w szykownym uniformie z uśmiechem pucującemu szybę. Zerknęłam w kierunku Searsa – studziesięciopiętrowego drapacza chmur, do niedawna najwyższego na świecie. Wciąż dominuje nad miastem. Przy Instytucie Sztuki Współczesnej, jednym z najlepszych amerykańskich muzeów, ustawiała się już kolejka turystów. Bezszelestnie przejechał czerwony „Timmy” – darmowy autobus wycieczkowy, którego trasa wiedzie przez najważniejsze punkty w mieście.

Zadzierałam wysoko głowę w sercu Chicago, największej metropolii na środkowym zachodzie Stanów Zjednoczonych, trzecim co do wielkości, po Nowym Jorku i Los Angeles, mieście USA. Chłonęłam atmosferę poranka w eleganckim centrum, w którym rzeźby Picassa, Miró i innych wielkich artystów wtapiają się w otoczenie pięknej architektury. Tu nawet piętrowy parking samochodowy robi wrażenie.

Stałam w miejscu, gdzie zaczyna się Droga 66. Dokładnie rzecz ujmując, kilometr zero znajduje się na Jackson Boulevard, tuż przy głównej ulicy miasta – Michigan Avenue, wiodącej równolegle do jeziora Michigan. Ale ponieważ Jackson Boulevard jest od ponad pięćdziesięciu lat ulicą jednokierunkową, której bieg kończy się na jeziorze, to funkcję zachodniej jezdni Drogi 66 przejęła równoległa ulica – Adams. I to na Adams Street wisi tabliczka: „BEGIN Route 66”.

Podekscytowana para młodych ludzi przymierzała się do zrobienia zdjęcia pod tym znakiem. Wisiał wysoko, więc żałowali, że nie mogą mieć ładnego zbliżenia. Ale przecież gdyby wisiał nisko, to już dawno by go nie było. Śmialiśmy się razem, wyobrażając sobie, jak odkręcamy tabliczkę. Chłopak mówił, że każdy, kto kocha podróże i wolność, chciałby mieć taką pamiątkę. On oczywiście też. To były ich pierwsze wspólne wakacje i pierwsza wyprawa Drogą 66. Przyjechali z sąsiedniego stanu, Wisconsin. Fascynacją słynną szosą zarazili się od rodziców. Bo to właśnie stąd wyruszali wszyscy odważni ludzie, aby szukać lepszego miejsca dla siebie i swoich rodzin. Dziś lata się samolotami, nikt nie traci czasu na samą radość podróżowania. A oni, szukając przygód, chcieli spędzić cudowny tydzień. Gdy się pożegnaliśmy (między podróżnikami natychmiast zawiązuje się nić sympatii), ruszyli w drogę samochodem pożyczonym od kumpla, z mocnym postanowieniem przejechania każdego dostępnego kawałeczka Route 66 w stanie Illinois.

Tablica „Początek Drogi 66” na Adams Street w Chicago zawieszona jest na słupie lampy tak wysoko, by nikt nie mógł jej odczepić i zabrać na pamiątkę. Gdy odżyła legenda starej szosy, znaki zaczęły znikać zadziwiająco szybko. Oryginalne, historyczne tablice można zobaczyć już tylko w muzeach.

Ja też miałam zamiar przemierzyć tę trasę, ale chciałam najpierw dowiedzieć się jak najwięcej o historii legendarnej szosy w Chicago. Kopalnią wiedzy na ten temat okazał się David Clark, jeden z działaczy lokalnego Stowarzyszenia Drogi 66. To potężny mężczyzna z siwą brodą, rozwichrzonymi siwymi długimi włosami, które nie chciały się spokojnie schować pod bejsbolówką włożoną lekko na bakier. Na nogach miał wielkie, rozczłapane czarne buty i białe podkolanówki sięgające prawie do granatowych szortów. Oryginał, bez dwóch zdań. Na ramieniu ciążyła mu ogromna wypchana torba. Widząc moją minę, wyjaśnił, że to przyzwyczajenie z czasów, gdy pracował jako listonosz. Po kilku minutach rozmowy zapomniałam o jego nieco kuriozalnym wyglądzie i zafascynowana słuchałam tego, co mówił ciepłym, ale pełnym entuzjazmu głosem.

Chicago w języku Indian Algonquin, którzy niegdyś zamieszkiwali te tereny, znaczy „dzika cebula”, czyli – jak to mówią czerwonoskórzy – smród. Miasto jest bowiem położone między wielkim jeziorem Michigan a kilkoma rzekami. Dwieście pięćdziesiąt lat temu było po prostu gigantycznym bagniskiem. Dobrze, że wieją tu silne wiatry, bo dzięki nim zamiast przydomku „Smrodliwe”, Chicago zyskało miano „Wietrzne Miasto”.

Szliśmy powoli Jackson Boulevard na zachód, oddalając się od jeziora. Przystanęliśmy na żelaznym moście zwodzonym nad rzeką Chicago. Rozmawialiśmy, próbując przekrzyczeć huk samochodów przejeżdżających przez most. David, patrząc na leniwie płynącą wodę, podkreślał, że dla Indian stanowiła ona ważny środek transportu. W 1818 roku, gdy Illinois wstąpiło do Unii, były tu tylko niewielkie osady. Dopiero po wykopaniu w 1848 roku kanału łączącego jezioro Michigan z rzeką Illinois, wpadającą dalej do Missisipi, okazało się, że Chicago ma strategiczne położenie. W tym samym roku zbudowano tu pierwszą linię kolejową. Potem wszystko potoczyło się w ekspresowym tempie. Chicago trafiło na mapę, a ludzie na Wschodnim Wybrzeżu uświadomili sobie nie tylko jego istnienie, lecz także znaczenie. Miasto stało się bramą na zachód.

Były listonosz David Clark jest prawdziwą kopalnią wiedzy o legendarnej szosie. Z autoironią nazywa siebie Wojownikiem Drogowym z Wietrznego Miasta. Prawo jazdy zrobił niedawno, by móc wreszcie przejechać się ukochaną „66”.

David pokazywał mi biegnące wzdłuż rzeki tory kolejowe. Machał rękoma zadowolony, że stoimy w miejscu, gdzie spotykają się droga, kolej i rzeka. Cały czas uśmiechnięty, dumny ze swego miasta, opowiadał, jak błyskawicznie rozwijało się ono i rozrastało, wchłaniając kolejne fale imigrantów. Powstała najgęstsza na świecie sieć transportu publicznego.

Gdy wreszcie zeszliśmy z wiaduktu, odetchnęłam z ulgą, bo koła samochodów na żelaznym moście robiły straszny hałas. David mówił, że tramwaje i trolejbusy jeździły po wszystkich ulicach, tylko nie po Jackson Boulevard. Ta ulica należała bowiem do zarządu parków. Zatem auta nie musiały tu manewrować między zatrzymującymi się co chwila dużymi pojazdami. Dlatego, gdy zapadła decyzja o wytyczeniu głównej szosy biegnącej z miasta na zachód, rozporządzenie władz nie zdziwiło nikogo – w 1926 roku bulwar Jacksona został przekształcony w Drogę 66. Było to tym bardziej uzasadnione, że tu właśnie mieścił się dworzec kolejowy Union Station, niegdyś najbardziej ruchliwa stacja Ameryki.

Weszliśmy z Davidem do ogromnego dworcowego gmachu, dziś przeraźliwie pustego. Jak widać, kolej nie odgrywa już takiej roli w Stanach Zjednoczonych jak w czasach, gdy pomagała podbijać Dziki Zachód.

Abym mogła poczuć prawdziwą atmosferę tutejszego odcinka Drogi 66, David zaprowadził mnie do najsłynniejszej chicagowskiej knajpki – Lou Mitchell’s – działającej nieprzerwanie od 1923 roku. Zobaczyłam niewielki, prosty, parterowy domek, wciśnięty między dwa wieżowce. Kilka osób tłoczyło się przy wejściu. Nie było wolnych stolików, zostały tylko miejsca na barowych stołkach, z widokiem na kuchnię. W powietrzu unosił się zapach omletów, grzanek i bekonu. Podeszła do nas kobieta z tacą pełną małych pączków. Częstowała wszystkich na koszt firmy, a panie dodatkowo obdarowywała pudełeczkiem z domowej roboty mordoklejkami w czekoladzie.

Usiedliśmy przy barze i natychmiast na ławie przed nami pojawiły się kubki napełnione kawą. Kelnerka, kobieta w sile wieku, ochrypniętym głosem zapytała Davida o żonę i przekazała jej pozdrowienia. W gwarnym wnętrzu trudno nam było rozmawiać. Ludzie pozdrawiali się, zagadywali do siebie, pytali o rodzinę. Kelnerki tymczasem serwowały ogromne porcje jumbo omelettes, znanych w kraju, a nawet poza granicami. Wszak Zagat Survey, renomowany przewodnik po najlepszych restauracjach świata, napisał: „Gdyby Bóg robił omlety, smakowałyby tak, jak te w Lou Mitchell’s”.

Pałaszowałam słynne danie, a David zadowolił się pączkiem. Jedząc, mówił, że do tej knajpki, założonej przez greckiego imigranta, początkowo przychodzili podróżni z dworca kolejowego. Potem zatrzymywali się tu kierowcy i pasażerowie aut ruszających w podróż Drogą 66. Teraz stołują się tu wszyscy: kierowcy ciężarówek, sędziowie, biznesmeni, nauczyciele, emeryci, politycy. Częstymi gośćmi są też dziennikarze, bo w Lou Mitchell’s można wyczuć „puls społeczeństwa”, czyli dowiedzieć się, co ludzie naprawdę myślą.

Podobnych knajpek w Chicago w latach dwudziestych XX wieku było mnóstwo. Ale tylko ta przetrwała do dziś. Między kolejnymi dolewkami kawy David opowiedział mi o innym Greku, Johnie Rakliosie, lokalnym potentacie restauracyjnym, nazywanym „Królem Kafeterii”. To on stworzył system, znany w USA jako diner, czyli restaurację z kuchnią otwartą na salę i stolikami wokół. David zbadał to dobrze i wiedział, że w tamtych czasach pojęcie „czystości” było różnie interpretowane. Raklios, pokazując ludziom, jak wygląda praca w kuchni, chciał, aby przekonali się sami, że u niego rzeczywiście jest schludnie. Imigrant był prekursorem, ale długo się nie utrzymał, bo stracił wszystko w czasie wielkiej depresji, która zaczęła się od kryzysu giełdowego w 1929 roku.

Pijąc już chyba szósty kubek kawy, David dowodził, że typowa amerykańska restauracja typu diner to kolejny po wieżowcach ważny wkład Wietrznego Miasta w rozwój Ameryki. Jego inne „naj”? Chicago dało światu noblistę Ernesta Hemingwaya („Czy istniał lepszy pisarz?” – spytał David). Tu zaczynał swoje eksperymenty genialny architekt Frank Lloyd Wright („W Chicago stoi aż dwadzieścia pięć jego budynków!”), działał Al Capone („Bardzo wspierał budowę Drogi 66. Pewnie liczył, że w razie czego pomoże mu w ucieczce”) i zrobił oszałamiającą karierę najlepszy koszykarz wszech czasów Michael Jordan („Wszyscy go kochają”). W Chicago przyszły na świat i tu się wychowały Hillary Rodham Clinton („Gdyby nie startował Obama, głosowałbym na nią”) i Michelle LaVaughn Robinson, żona Baracka Obamy. No i w końcu Obama, pierwszy czarnoskóry prezydent Ameryki, tu zaczynał karierę polityczną.

Wyszliśmy z Lou Mitchell’s, kolejka czekających na ulicy na wolne miejsca rozciągnęła się już na kilkanaście metrów. Poszliśmy dalej na zachód. David, wskazując mijane budynki, kościoły, przecznice, mówił, że Drogą 66 zainteresował się, dopiero gdy przy niej zamieszkał, w 2000 roku. Zaczął wtedy grzebać w bibliotece w poszukiwaniu książek, dokumentów. Zafascynowany historią napisał nawet przewodnik o chicagowskim odcinku szosy. Wydał go własnym sumptem, korzystając z kolorowej drukarki. Na potwierdzenie swoich słów wyciągnął egzemplarz książki domowej roboty z torby ciążącej mu na ramieniu. Na środku ulicy pokazywał mi zbindowane kartki formatu A4 i opowiadał, że właśnie wtedy, gdy pracował nad tym dziełem, postanowił, że już nie będzie listonoszem, tylko poświęci się „66” i nadrobi zaległości, czyli skończy studia. Ten ponadpięćdziesięcioletni mężczyzna z dumą mówił, że studiuje biznes i język angielski w internetowej uczelni Phoenix University oraz że drugą jego książkę, „taką prawdziwą”, w 2008 roku wydało Towarzystwo Historyczne.

Dopiero po kilku godzinach David przyznał, że ma polskie korzenie. Jego babcia przyjechała z Polski, ale nie wie dokładnie z jakiego regionu. No i nie mówi po polsku. Rodzina chciała jak najszybciej zasymilować się w Ameryce, dlatego dzieciom wolno było rozmawiać tylko po angielsku.

Przyznał też, że sam siebie nazywa „Windy City Road Warrior” („Wojownikiem Drogowym z Wietrznego Miasta”). Śmiejąc się, wytłumaczył mi, że roadwarrior to slangowe określenie kogoś, kto bardzo dużo jeździ. Taki typ w czarnej skórzanej kurtce na motocyklu. On sam przez wiele lat w ogóle nie miał samochodu! Chodził wszędzie na piechotę, był przecież listonoszem. Pierwsze w życiu auto kupił, dopiero gdy poznał historię Drogi 66 i stwierdził, że powinien w końcu zobaczyć ją całą na własne oczy.

Wyposażona przez Davida w przewodnik, zaopatrzona w mapy, ze szczegółowymi instrukcjami ruszyłam następnego dnia z centrum. Wieżowce szybko zniknęły, pojawiły się za to niskie domki. Postanowiłam przejechać zygzakiem po różnych dzielnicach Chicago. Co kilkanaście przecznic zmieniał się krajobraz. Tam, gdzie budynki stały dalej od siebie, było dużo zieleni. Wysportowani ludzie w eleganckich dresach odbywali poranny jogging, a zawodowi wyprowadzacze psów zbierali do torebek odchody czworonożnych podopiecznych.

Biedniejsze dystrykty łatwo poznać po tym, że ściśnięte domki walczą o kawałek chodnika ze sklepami i barami szybkiej obsługi. A wśród nich chińszczyzna rywalizuje z kuchnią meksykańską. Tej ostatniej zauważyłam dużo nawet na Milłokach (Milwaukee Avenue), jak się po polsku mówi na najpopularniejszą „naszą” ulicę w Chicago, która jest osią polskiej dzielnicy, Jackowa.

Nie mogłam nie zatrzymać się tu choćby na chwilę. Wszędzie wisiały szyldy po polsku, w sklepowych witrynach pyszniły się polskie przetwory i alkohole. W oknach małych kancelarii prawnych poprzyklejane kartki z odręcznymi napisami: „Załatwiamy ubezpieczenie, papiery”, „Legalne social security” (to taki amerykański PESEL, będący jednocześnie dowodem ubezpieczenia społecznego), „Sprawy powypadkowe”. No i oczywiście wszędzie mnóstwo ogłoszeń „dam pracę” i „szukam pracy”.

Nad jednym ze sklepów powiewały dumnie polskie flagi. Biało-czerwone napisy w naszym języku informowały o bogactwie towaru. Na bocznej ścianie tego budynku ktoś wymalował wielkimi literami: „God Bless America”. Pod tym napisem leżało dwóch facetów. Na pewno byli pijani, a prawdopodobnie – bezdomni. Przechodnie nie zwracali na nich uwagi.

Po drugiej stronie ulicy, pod sklepem z alkoholami siedziało kilku brudnych, obszarpanych mężczyzn.

– Cześć, Szwedka. Jak się masz? – zagadnął mnie po polsku jeden z nich.

Odór mieszanki alkoholu, moczu i brudu prawie zwalił mnie z nóg. Bogdan – tak się przedstawił mężczyzna – twierdził, że pochodzi z Krakowa. Nie chciał powiedzieć, od jak dawna jest w Stanach. Mówił, że początkowo powodziło mu się nieźle, był kontraktorem (budowlańcem), kupił dwie furgonetki, narzędzia. Wszystko się zmieniło, z dnia na dzień, gdy dostał wylewu. Bez ubezpieczenia nie było go stać na lekarza. Pokazując sparaliżowaną rękę, tłumaczył, że nie mógł pracować, więc zamówienia uciekły. Stracił też dom. Słuchałam go, zastanawiając się, ile może mieć lat. Pięćdziesiąt, a może sześćdziesiąt? Brudny, zarośnięty, ze zlepionymi włosami. Mieszał słowa polskie z angielskimi i uśmiechając się, przepraszał: „Taki jestem pokręcony”. Pytania o Polskę i rodzinę zbywał milczeniem. Patrzył na mnie uważnie pięknymi błękitnymi oczami. W końcu poprosił o dolara.

Chicago to drugie po Warszawie największe polskie miasto na świecie. Mieszka tu dwa miliony naszych rodaków. Na Jackowie wszystko jest swojskie: i towary w sklepach, i pijacy śpiący na ulicy.

Przygnębiona rozmową pojechałam dalej, na stację benzynową na rogu ulicy Belmont. Tu Polacy i Latynosi, którzy dopiero przyjechali albo wciąż mają nadzieję jakoś sobie poradzić, czekają każdego ranka na oferty pracy. To tak zwany targ niewolników. Z auta przyglądałam się mężczyznom, stojącym w małych grupach lub pojedynczo. Niektórzy ściskali w dłoniach reklamówki. Wszyscy milczeli, czekając w napięciu. Nagle podjechała furgonetka. Wyskoczył facet w koszuli i krzyknął po polsku, że szuka murarzy. Mężczyźni zaczęli się tłoczyć, ale tylko trzech szczęściarzy odjechało. Reszta zawiedziona wróciła na swoje miejsca. Latynosi półgłosem coś komentowali, może zazdrościli Polakom?

Wyjechałam w końcu z „Polaczkowa” (tak z pogardą mówią ci, którym się udało dorobić i przeprowadzić do lepszych dzielnic), by odszukać „66”. Jechałam powoli w coraz większym korku. Przyglądałam się kierowcom, klnącym na dziury w jezdniach i na remonty utrudniające im życie. Czy to specyfika każdej metropolii, czy fakt, że dużo tu krewkich Latynosów i Polaków rywalizujących z nimi o wszystko? Tuż przede mną zażywna ciemnowłosa kobieta krzyczała coś po hiszpańsku, wychylając się przez okno swojego auta. Wygrażała pięścią jakiemuś postawnemu blondynowi. Co chwilę słychać było trąbienie, bo ktoś się wpychał, a inny nie chciał przepuścić. Chyba tylko ja, w poszukiwaniu swojej Drogi, nie spieszyłam się i nie denerwowałam.

Za centrum Wietrznego Miasta Droga 66 wskoczyła na Ogden Avenue, szeroką biznesową ulicę, przy której usadowiło się mnóstwo magazynów i warsztatów. Potem „66” skręciła ostro na południe, by połączyć się z autostradą numer 55. Ta na kilkadziesiąt kilometrów narzuciła mi znacznie szybsze tempo jazdy, kazała się skupić na prowadzeniu samochodu i zerwała czar swobodnie przelatujących myśli.

Gdy tylko znów zobaczyłam znak „66”, natychmiast skorzystałam z okazji. Droga biegła tu razem z biznesową szosą 53, przebijając się przez niekończące się dalekie przedmieścia Chicago.

Jadąc wolno, co chwila zatrzymując się na światłach, widziałam jakieś hangary, fabryczki, dużo pralni samoobsługowych, małych sklepów. Migały mi szyldy kolejnych firm ubezpieczeniowych. Wielkie place zapełnione używanymi autami na sprzedaż sąsiadowały ze stacjami benzynowymi, a obok nich kusiły fast foody wszystkich sieci, jeden za drugim. Gdzieniegdzie widać było stare szyldy warsztatów, pamiętające pewnie początki Drogi, w których niejeden kierowca naprawiał auto. Teraz sznury samochodów jechały niespiesznie w obie strony. Po dwóch godzinach nieustannego przyspieszania i hamowania wreszcie zrozumiałam, czemu nikt lub prawie nikt nie wyjeżdża z Chicago oryginalną „66”. Większość turystów, zwłaszcza tych zagranicznych, z ograniczonym czasem podróży, wybiera autostradę, aby omijając rozległe przedmieścia Chicago, zaoszczędzić czas, paliwo i nerwy.

Gdy wreszcie opuściłam te uprzemysłowione i hałaśliwe tereny, odetchnęłam z ulgą. Przede mną były ścieżki, których jeszcze nie znałam.

szlakiem Lincolna

Pierwszym obowiązkowym przystankiem na Drodze 66 po wyjeździe z Chicago jest Joliet, miasteczko stalowych mostów zwodzonych. Często zaglądał tu najsłynniejszy amerykański gangster włoskiego pochodzenia, Al Capone, który w latach dwudziestych XX wieku zajmował się przemytem alkoholu. Przyjeżdżał do swojego ulubionego Rialto Square Theatre. Niegdyś teatr ten uznawano za jeden z dziesięciu najpiękniejszych na świecie. Chciałam w Joliet zobaczyć też więzienie. Gdy powstało ono w połowie XIX wieku, było największe w Stanach Zjednoczonych, a dzięki filmowi Blues Brothers z 1980 roku zyskało międzynarodową sławę. Odkąd od 2002 roku już nie przebywają tu skazańcy, regularnymi gośćmi są filmowcy.

Przed bramą kłębił się tłumek turystów, którzy wylegli z wielkiego autokaru zaparkowanego opodal. Szorty, adidasy i czapeczki z daszkiem wydawały się obowiązkowym strojem wszystkich członków tej wycieczki, jak się okazało – z Anglii. Przewodnik, na oko trzydziestoletni, opalony, dziarski facet wciąż zerkał na zegarek. Wytłumaczył mi, że w ciągu ośmiu dni przemierzą całą trasę z Chicago do Los Angeles. W programie nie było przystanku w Joliet, ale turyści go sterroryzowali. Anglicy okazali się bowiem fanami Blues Brothers i domagali się grupowego zdjęcia w miejscu, w którym stał John Belushi, noszący w filmie przydomek „Joliet Jake Blues”. Nieliczne w tej wycieczce panie, popiskując z radości, przypominały sobie sceny z serialu Skazany na śmierć, także kręconego tutaj. Najstarszy w grupie mężczyzna próbował nucić piosenkę Boba Dylana Percy’s Song – utwór o facecie odsiadującym dziewięćdziesięciodziewięcioletni wyrok w więzieniu w Joliet.

Zostawiłam rozradowanych Anglików oraz ich zrozpaczonego przewodnika i wjechałam Drogą 66 między pola kukurydzy.

Niecierpliwie wypatrywałam tego, co miało się pojawić. Kolejne miasteczka witały mnie elewatorami zbożowymi, potem stacjami benzynowymi i warsztatami samochodowymi, sklepikami, kafejkami i kościołami. W małych motelach i tawernach z mrocznymi wnętrzami i starymi stołami bilardowymi wejście obcej osoby (czyli moje) nie wywoływało żadnych reakcji u ludzi siedzących w środku. Miejscowi okrzykami radości i głośnymi pozdrowieniami witali natomiast wchodzących sąsiadów. I rozpoczynali rozmowy, nie o polityce, pogodzie i sporcie, ale o cenach zboża i świń.

Zaskoczyło mnie, że nawet w malutkich miejscowościach działają punkty informacji turystycznej, ulokowane najczęściej w starych, nieczynnych już stacjach benzynowych. Wiele z takich stacji zostało odrestaurowanych, tak jak ta w Dwight i kolejna, w Odell – maleńka, wyglądająca jak zabaweczka, stacja Standard Oil Corporation. Biały budyneczek i czerwone dystrybutory paliwa widać z daleka w tym „niewielkim miasteczku z wielkim sercem, gdzie każdy jest kimś” – jak głosił napis, który mogłam odczytać, składając słowa z kolejno mijanych tablic, rozstawionych przy szosie.

W Odell, podobnie jak w innych miejscowościach, podróżnych witały wolontariuszki – kobiety w wieku emerytalnym. Z radością udzielały wszelkich informacji o dostępnych usługach, chętnie wspominały dzieciństwo i opowiadały o Drodze, która otworzyła przed nimi świat. Mnie ciekawiło, dlaczego tak tu siedzą całymi dniami i czekają na turystów, zamiast niańczyć wnuki, gotować obiady, piec ciasta albo oglądać telewizję. Ich odpowiedzi były zgodne: dzięki tej pracy czują się potrzebne i dbają o siebie. Mają cel w życiu, a obowiązki i aktywność umysłowa pomagają im zwalczać choroby oraz złe nastroje. No i spotykanie nowych ludzi, rozmowy z nimi i dzielenie się wiedzą czy wspomnieniami są najlepszą rozrywką.

Maleńka stacja benzynowa Standard Oil w Odell z 1932 roku dziś służy jako sklepik i punkt informacji turystycznej. Stacja figuruje w narodowym rejestrze miejsc historycznych.

Jedna z takich energicznych staruszek, siwowłosa, ubrana w dżinsy i sportową koszulkę osiemdziesięciolatka wyjaśniła mi, że muszą tu dyżurować osoby pamiętające lata świetności Drogi 66, bo przecież młodzież nie ma tej wiedzy, nie ma wspomnień. Nie mogłam się z nią nie zgodzić, więc zadowolona z mojego potakiwania opowiedziała mi, dlaczego w wielu miasteczkach Droga 66 zamiast przecinać je na wprost, wiedzie zygzakami, a niekiedy ma kilka rozgałęzień. Otóż pod wpływem lokalnych nacisków władze godziły się przesunąć bieg głównej szosy na sąsiednią uliczkę, dzięki czemu umiejscowione tam przedsiębiorstwa też miały szanse zarobić.

Po kilku minutach rozmowy kobieta powiedziała: „Kochanieńka, mów mi Betty”, i zapytała mnie, czy wiem, kto to był Paul Bunyan. Nie czekając na odpowiedź, wyjaśniła, że to legendarny drwal, olbrzym. Był silny, szybki, pomysłowy i utalentowany. Potrafił rozwiązać każdy problem. Opowieści o nim krążyły po Ameryce w XIX wieku. By sławić jego moc i dobre serce, Amerykanie zaczęli w XX wieku stawiać mu pomniki. Wielkie postaci Bunyana z nieodłączną siekierą ozdobiły całe Stany Zjednoczone, ale pojawiały się zwłaszcza tam, gdzie wycinano lasy.

Kiczowate gigantyczne posągi, wzorowane na legendarnym drwalu Paulu Bunyanie były i są atrakcją turystyczną. Ten ogromny przystojniak w miejscowości Atlanta w stanie Illinois powinien w ręku trzymać siekierę.

Betty trochę zachrypniętym głosem („Za dużo gadam, lekarz mnie ostrzegał, żebym nie zdarła gardła”) mówiła, że dobrze pamięta, jak w latach sześćdziesiątych XX wieku, Bunyan pojawił się w miejscowości Cicero, tu w Illinois, tylko że zamiast siekiery trzymał w dłoni wielkiego hot doga. Niedługo już każde miasteczko chciało mieć taką ozdobę, bo trudno to nazwać pomnikiem. Figury produkował jakiś zmyślny przedsiębiorca z Kalifornii. Służyły do reklamowania biznesów, przy których stały. Dziś traktuje się je jak zabytki, dzieła sztuki lub lokalne ciekawostki. Widziałam takiego faceta czterometrowej wysokości w Wilmington. Był w kasku astronauty, trzymał w dłoniach rakietę i reklamował restaurację o nazwie Launching Pad – „Pas Startowy”. „Więc, kochanieńka, miej oczy szeroko otwarte jeszcze w Atlancie i w Springfield, tam są kolejne bunyany” – powiedziała Betty. Na pożegnanie uściskała mnie serdecznie, traktując jak przyjaciółkę, i widziałam, że najchętniej ruszyłaby w drogę razem ze mną.

Do Pontiac – miasteczka nazwanego na cześć wodza Indian z plemienia Ottawa, prekursora ruchu zjednoczenia Indian przeciw białym najeźdźcom – wjechałam wcześnie rano. Ale muzeum Drogi 66, mieszczące się w wielkim gmachu, w samym centrum, było już otwarte. Krzątał się po nim Dick Jones, jego kierownik. Wyjaśnił mi, że kolekcja muzealna składa się z podarowanych przez lokalnych mieszkańców suwenirów, zdjęć, listów, pamiętników, przedmiotów codziennego użytku, które umieszczono w regałach i gablotach podpisanych nazwiskami dawnych właścicieli. „Kryje się w nich kopalnia wiedzy o ludziach, którzy budowali Drogę 66, pracowali na niej i z niej na co dzień korzystali” – zauważył Dick, szczupły emeryt w bejsbolówce na głowie, i z dumą pokazał mi „swoją” gablotę, a w niej – zdjęcie dziadka w starym fordzie.

Swoją gablotę w muzeum ma też Lorie Fairfield, szefowa działającego po sąsiedzku jednoosobowego biura promującego miasto i jego odnowione zabytki. Energiczna trzydziestoparolatka powiedziała mi, że podobnie jak prawie wszyscy jej rówieśnicy wyjechała z Pontiac natychmiast po ukończeniu liceum. Od dzieciństwa powtarzała rodzicom, że nie zostanie w tej dziurze za żadne skarby świata. A potem? Skończyła studia w Chicago, wyszła za mąż, urodziła dwie córki i… wróciła. Mówiąc to, uśmiechała się do mnie i potrząsała krótko obciętymi, rudymi włosami. Mąż dojeżdża do pracy w Chicago codziennie ponad sto siedemdziesiąt kilometrów w jedną stronę. Pytanie, dlaczego zdecydowała się na powrót, skwitowała stwierdzeniem: „Nie ja jedna, więcej nas wróciło. Tu jest po prostu inne życie. Idź, sama zobacz”.

I zobaczyłam ciche miasteczko, w którym wszyscy się znają i pozdrawiają z daleka. Atmosfera zupełnie inna niż w Chicago. Na wypieszczonych budynkach z czerwonej cegły powiewały amerykańskie flagi, schludne skwery zapraszały do spaceru. Pod ratuszem trafiłam na pomnik Abrahama Lincolna: szesnasty amerykański prezydent opiera się łokciami o drewniany wiejski płotek. Płaszcz trzyma niedbale przerzucony na przedramieniu, a kapelusz zaczepił obok na kołku.

– Ciekawe, czy właśnie tak wyglądał, gdy pracował na tych terenach jako początkujący prawnik – usłyszałam z boku. Przy mnie stało kilku chłopców, może dwunastoletnich, do których po chwili podeszła reszta grupy. To szkolna wycieczka z małego miasta w zachodniej części Illinois, szukająca w całym stanie śladów Lincolna.

Jeden z chłopaków, szczupły, w okularach, powiedział, że tu wcale nie widać, że Lincoln był taki wysoki. A przecież to najwyższy prezydent w historii Ameryki. Mierzył sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry. Jerzy Waszyngton miał sto osiemdziesiąt osiem centymetrów, podobnie jak Barack Obama. Towarzysząca im nauczycielka, zadowolona, że zapamiętali coś z lekcji, zadała podchwytliwe pytanie o podobizny prezydentów na banknotach i monetach. Okularnik westchnął z wyższością i powiedział, że każde dziecko to wie. Podobizny najwspanialszych prezydentów zdobią najczęściej używane banknoty i monety: Lincoln widnieje na pięciodolarówce i jednocentówce, a Waszyngton – na banknocie dolarowym i monecie dwudziestopięciocentowej.

Abraham Lincoln, szesnasty prezydent USA, powszechnie uznawany jest za jednego z największych bohaterów narodowych i symbol demokratycznych tradycji amerykańskich. W stanie Illinois, jako dwudziestokilkulatek, zdobywał doświadczenie adwokackie w małych miasteczkach, takich jak Pontiac. Jest tu wielbiony za skromność, uczciwość i poczucie humoru.

Gdy padło pytanie o to, dlaczego o Lincolnie mówi się „Uczciwy Abe”, młodzieńcy, trochę się przekrzykując, odpowiedzieli, że zyskał ten przydomek w czasach, gdy pracował w sklepie. Kiedy zdarzyło się, że źle wydał resztę, biegł przez całe miasteczko, aby oddać pieniądze. Innym razem przez pomyłkę nie doważył towaru, więc zaniósł dodatkową paczkę klientowi. Potem, już jako adwokat, zasłynął z tego, że od biednych nie brał opłat. Kłócących się ludzi namawiał do zawierania ugody, zamiast prowadzenia sporów przed sądem, mimo że tracił przez to honorarium.

Nauczycielka czasem korygowała te wypowiedzi, ale puchła z dumy, że może się popisać przed dziennikarką z Europy uczniami tak dobrze przygotowanymi do wycieczki.

Ruszyłam dalej na południowy zachód. W maleńkim McLean zatrzymałam się na Dixie Truckers Stop. Ten pierwszy w Stanach Zjednoczonych przystanek dla ciężarówek ulokowany na „66” widać też z autostrady dzięki ogromnemu logo umieszczonemu na wysokim słupie. Parking, restauracja, prysznice dla kierowców i świetlica, gdzie mogą odpocząć, nie zrobiły na mnie oszałamiającego wrażenia, ale miałam w pamięci fakt, że gdy wytyczano Drogę 66, nie istniały żadne parkingi, motele ani restauracje. Przystanek w McLean znacznie ułatwił życie trakerom. Jeden z kierowców – masywny, wytatuowany twardziel – powiedział mi, że zmieniają się tu właściciele, ale nazwa i tradycja pozostają. A najważniejsze, że porcje są wciąż takie, jak były. Wskazał ręką na swoją tacę, która uginała się pod ciężarem wielkiego półmiska z mięsiwem.

Kierowca mówił, że jeszcze dwadzieścia lat temu świetnym kulinarnym przystankiem była knajpka Pig Hip w Broadwell, kilkadziesiąt kilometrów dalej na południe.

– O kanapkach z wieprzowiną i sosem, którego receptury Ernie nigdy nie zdradził, krążyły wśród kierowców legendy – powiedział. Restauracji już nie ma, ale Ernie Edwards, jej właściciel, pracujący na swoją reputację od 1937 roku, wciąż tam jest.

Zaciekawiona pojechałam do Pig Hip. Po knajpie została tylko drewniana reklama stojąca na „66” i skrzynka pocztowa w kształcie prosiaka. Ernie – potężny, postawny starszy mężczyzna, który miał kłopoty z chodzeniem – siedząc w pokoju zawalonym papierami, książkami i pamiątkami, chętnie snuł wspomnienia. Przeżył dwie żony. Trzecia, prawie o połowę młodsza od niego, właśnie weszła do pokoju z kubkiem kawy dla mnie, a Ernie mówił, że żadne z dziesięciorga dzieci nie chciało przejąć po nim biznesu, dlatego latami ciągnął go sam. W 1991 roku nie miał już siły stać przy garach, więc przekształcił restaurację w muzeum. Turyści przyjeżdżali tłumnie słuchać jego opowieści, oglądać wyposażenie kuchni pamiętające czasy przedwojenne i kupować książki z jego przepisami. Niestety, w 2007 roku, tuż przed dziewięćdziesiątymi urodzinami Erniego, budynek spalił się doszczętnie, a wraz z nim spłonęły wszystkie eksponaty. Na szczęście dom sąsiadujący z restauracją ocalał. Ernie nigdy się nie poddawał, więc i teraz z werwą nasunął na czoło wielką czapę kucharską, by stanąć do zdjęcia na tle dyplomów oraz listów gratulacyjnych.

Przy wjeździe do leżącego tuż obok Lincoln wielka tablica dumnie informowała przybyszów, że jest to jedyne miasteczko, które swą nazwę otrzymało, zanim Abraham Lincoln stał się sławny, zanim został prezydentem (dziś miejscowości o nazwie Lincoln są w każdym stanie). Gdy w podziękowaniu za jego pracę przy wytyczaniu działek mieszkańcy nowo tworzącego się miasteczka zapragnęli nazwać je jego nazwiskiem, Abraham powiedział: „Nie znam niczego o nazwie Lincoln, co znaczyłoby coś wartościowego”. Zgodził się jednak użyczyć swego nazwiska i „ochrzcił” miejscowość kroplami soku z dojrzałego arbuza. Niektóre źródła podają, że podczas ceremonii ugryzł kawałek owocu i wypluwając pestki pod nogi włodarzy miasta, wygłosił formułkę nadającą imię miastu.

Tę doniosłą chwilę upamiętnia pomnik arbuza, a dokładnie mówiąc – ćwiartki tego owocu, naturalnej wielkości. Władze miasta podobno od kilku lat dyskutują o postawieniu „prawdziwego” pomnika – kilkumetrowej postaci Lincolna, ale arbuz jest na tyle oryginalny, że przyjeżdżają tu wycieczki szkolne, nawet z daleka. A stąd pędzą do miejsc, które odegrały w amerykańskiej historii dużo większą rolę.

Ja pomknęłam do Springfield – stolicy stanu Illinois. To niespełna studwudziestotysięczne miasto szczyci się tym, że Lincoln pracował tu i mieszkał w latach 1837–1861, czyli do czasu, gdy wyjechał do Waszyngtonu, by objąć prezydenturę. Całe Springfield wydało mi się owładnięte „lincolnomanią”. Można tu wstąpić do biura, w którym Lincoln praktykował jako adwokat, odwiedzić stację kolejową, z której wyruszył do Waszyngtonu, zobaczyć ławkę w kościele prezbiteriańskim, na której zawsze siadał, a nawet przyjrzeć się wypisowi z rachunku bankowego. Grób Lincolna, wielka budowla ozdobiona postaciami walczących żołnierzy, stanowi cel pielgrzymek. Prezydencka biblioteka i muzeum też są zawsze zatłoczone. A dom, w którym mieszkał od 1844 roku do wyboru na prezydenta (1861 rok), uznaje się za najważniejszy zabytek miasta.

W poszukiwaniu domu Lincolna, niedaleko od Drogi 66, która jest jednocześnie „Szosą Abrahama Lincolna”, znalazłam szeroką ulicę, piękną aleję wysadzaną szpalerem drzew, z dużymi drewnianymi domami. Nie jeżdżą po niej żadne samochody, tylko co kilkadziesiąt metrów stoją stare powozy. Tu czas zatrzymał się w XIX wieku. Dom Lincolna okazał się piętrowym, drewnianym budynkiem z zielonymi okiennicami.

– Lincoln pochodził z bardzo biednej rodziny i nigdy nie zdobył bogactwa. Niektórzy z jemu współczesnych mówili wręcz, że był żenująco ubogi. Ten dom to pierwszy i jedyny, jakiego się dorobił – zagaił do mnie tuż przed drzwiami młody, może dwudziestoletni chłopak. Niewysoki, krępy, na czoło spadała mu grzywka ciemnych włosów. Do koszulki miał przypięty znaczek „Wolontariusz”. Tom, bo tak miał na imię, powiedział mi, że pasjonuje go historia i uwielbia się jej uczyć. Przychodzi mu to zresztą z łatwością, ponieważ człowiek, którego podziwia, ciągle się do niej odwołuje. Idolem Toma jest Barack Obama. A ponieważ On (w głosie Toma czuć było ogromny szacunek, gdy mówił o prezydencie) przyjechał do Springfield, aby ogłosić swoją kandydaturę w walce o fotel prezydencki, a potem także tu oznajmił, że wiceprezydentem będzie Joe Biden, więc i Tom poczuł, że musi na własne oczy przekonać się, co takiego magicznego jest w Springfield. Porzucił zatem rodzinne miasteczko w Indianie, przeniósł się do Springfield i zaczął dorabiać wieczorami jako kelner, a w dzień opowiadać turystom o Lincolnie. Dzięki statusowi wolontariusza może chłonąć na co dzień atmosferę domu prezydenta. W końcu doszedł do wniosku, że magiczny w Springfield jest duch demokracji.

– Wiem, że to brzmi patetycznie – stwierdził Tom – ale naprawdę tak jest. Chłopak tłumaczył mi, że przecież dlatego Obama wybrał Springfield. Czyż może być bardziej symboliczne miejsce dla czarnoskórego kandydata na prezydenta niż miasto, w którym mieszkał mistrz retoryki wzywający do pojednania narodu? Tom odnosił się do słów: „Dom wewnętrznie skłócony się nie ostoi”1, które Lincoln wypowiedział podczas debaty z demokratą Stephenem Douglasem w ramach walki o fotel senatora w 1858 roku. Co prawda Lincoln nie wygrał tego starcia, ale o debacie było tak głośno, że dwa lata później został kandydatem republikanów w wyborach prezydenckich. W walce o najwyższy urząd zwyciężył, jednak Południe nie chciało uznać go za głowę państwa (bo głosowały na niego głównie północne stany, w dodatku dążył do zniesienia niewolnictwa), więc doszło do secesji i krwawej wojny domowej między konfederatami z rolniczego Południa a unionistami z uprzemysłowionej Północy.

Tom przejęty swoim wykładem prawie wykrzyczał, że Lincoln w trakcie wojny secesyjnej zniósł niewolnictwo, więc on się wcale nie dziwi, że Obama nawet przysięgę prezydencką składał na tę samą Biblię, której użył Lincoln, gdy obejmował urząd, a która jest przechowywana jak relikwia w Bibliotece Kongresu.

Chodziliśmy z pokoju do pokoju, oglądając meble, przedmioty codziennego użytku, zdjęcia i dokumenty, a Tom opowiadał, że po śmierci Lincolna w 1865 roku (został postrzelony przez fanatycznego zwolennika Południa, sześć dni po kapitulacji konfederatów, gdy właśnie rozpoczął drugą kadencję na stanowisku prezydenta) do tego domu zaczęli zjeżdżać ludzie, by oddać mu hołd. Tłumy na ulicy modliły się, płakały. Budynek przeształcił się w prawdziwą świątynię. W końcu Lincoln był bohaterem Ameryki i stał się symbolem demokracji.

– A poza wszystkim to był równy gość – przekonywał mnie Tom. Podobno Lincoln miał niezwykłe poczucie humoru. Gdy kiedyś w Springfield został wyzwany na pojedynek przez przeciwnika politycznego urażonego jego satyrycznymi tekstami, wybierając broń, zaproponował krowie placki.

cozy dog

Lincoln jako człowiek z poczuciem humoru na pewno doceniłby wynalazek Eda Waldmire’a juniora, który zapisał się w annałach historii amerykańskiej kuchni jako ojciec potrawycozy dog. Pod tą tajemniczą nazwą kryje się parówka otoczona ciastem z mąki kukurydzianej, usmażona na głębokim tłuszczu, czyli hot dog w zupełnie innym stylu. Ed serwował swe „przytulne psy” od 1846 roku w knajpce, która, w zgodnej opinii wszystkich nagabywanych przeze mnie ludzi, stała się znakiem firmowym Drogi 66 w Springfield i miejscem kultowym.

Niewysoki budyneczek z małym parkingiem zobaczyłam z daleka dzięki wielkiemu neonowi z napisem: „Cozy Drive In”, ozdobionym parą przytulających się do siebie uśmiechniętych parówek. W zadziwiająco przestronnym wnętrzu zajętych było kilka stolików. Dał się słyszeć tylko szum wentylatorów. Za ladą oddzielającą salę od kuchni krzątały się dwie kobiety. Z boku, przy przejściu na zaplecze wisiały stare drewniane i metalowe „trzymaki”, których Ed używał do smażenia kilku parówek naraz. Na ścianach wisiały plakaty reklamujące danie firmowe, zdjęcia oraz wycinki z prasy. Z nich dowiedziałam się, że dziennik „USA Today” umieścił cozy dog na liście pięćdziesięciu najwspanialszych dań Ameryki.

Cozy Drive In w Springfield to kultowa knajpka na Drodze 66, gdzie serwowane są „przytulne psy” – parówki w cieście kukurydzianym. Potrawę wymyślił Ed Waldmire, znak graficzny zaprojektował jego syn – Bob Waldmire – ostatni hippis Drogi 66.

Napis: „Tu złóż zamówienie” pokierował mnie we właściwe miejsce – na spotkanie z Sue, obecną właścicielką tego lokalu. Zamówiłam specjał szefa kuchni z domowymi frytkami i zaczęłam ją wypytywać. Knajpka od zawsze była samoobsługowa. Od czasów jej założenia zmieniła się jedynie cena dania firmowego. W latach czterdziestych XX wieku cozy dog kosztował piętnaście centów, teraz trzeba zapłacić dolara i osiemdziesiąt pięć centów. Ale ludzie i tak tłumnie tu przychodzą. Przez lata przyciągał ich sam Ed, który nie tylko uwielbiał gotować i majsterkować, lecz także był zaangażowany w ruch na rzecz pokoju (działał w organizacji Federaliści Zjednoczonego Świata). Poza tym ciekawie opowiadał niestworzone historie. W ramach hobby prowadził farmę i inwestował na giełdzie, a swoim synom zawsze powtarzał: „Nie kupuj, jeśli nie masz czym zapłacić”.

Patrzyłam na zdjęcie brodatego mężczyzny w kombinezonie roboczym pracującego nad nowym wynalazkiem i wyobrażałam sobie, jak wydawał polecenia synom. Miał ich pięciu. Wszyscy pomagali w restauracji już jako małe dzieciaki. Każdy przechodził tę samą drogę: od łapania much (zarabiali jednego centa za każdego złapanego owada), przez wycieranie stolików (dwa centy za posprzątany stół), po szykowanie bułek do hamburgerów i wreszcie ich smażenie. Zaszczyt przygotowania dania firmowego, czyli cozy dog, przysługiwał tylko najbardziej doświadczonym i najstarszym pracownikom. Ed przekazał swoją sekretną recepturę na ciasto czyniące parówkę wyjątkową najstarszemu synowi, Edowi trzeciemu, który wraz z żoną Sue przejął knajpkę. Po ich rozwodzie interes zaczęła prowadzić sama Sue z synami.

Najstarszy z jej chłopaków jeszcze nie skończył trzydziestki. Na imię ma Josh. Sue obiecała, że zaraz do mnie podejdzie, tylko upora się ze zmywaniem naczyń. I rzeczywiście po chwili z zaplecza wyszedł szczupły blondyn. Na moje pytanie, czemu siedzi na zmywaku w takiej dziurze, zamiast robić karierę w Nowym Jorku, roześmiał się niespeszony. Wyjaśnił, że pracował razem z rodzicami w knajpce do osiemnastego roku życia, a potem wyjechał z miasta i próbował różnych zajęć. Jednak w końcu zdecydował, że właśnie tu jest jego miejsce.

– Rozpostarłem skrzydła, polatałem po świecie, zobaczyłem, jak wygląda, i uznałem, że nie ma jak w domu. Rodzinny biznes to podstawa. Któregoś dnia to wszystko będzie moje, mam nadzieję – powiedział.

Pokazywał mi plakaty i mapy Drogi 66, jakie stworzył jego wuj – Bob – żyjąca legenda tego miejsca2. Bob jako nastolatek, ponad pięćdziesiąt lat temu, zaprojektował kartę dań dla ojca. Potem wyrósł na niezwykłego artystę. Przez lata jeździł po „66”, był hippisem, mieszkał w swoim samochodzie. Czasem przyjeżdżał do rodzinnego Springfield, wtedy Josh miał okazję zadać mu wszystkie nurtujące go pytania na temat Drogi. Któregoś dnia i Josh tak jak Bob wyruszy w trasę. Ale na razie musi ciężko pracować, żeby mama poważnie traktowała go jako kandydata do przejęcia restauracji.

Kult Drogi 66 przechodzi z pokolenia na pokolenie. Tak jest również w rodzinie Billa She’a, do której należą stacja benzynowa i warsztat samochodowy – jedna z wizytówek Springfield. Miejsce, będące rajem dla miłośników motoryzacji i fanów Drogi, leży nieco z dala od centrum, gdzie domy i nieliczne sklepiki są porozrzucane trochę bez ładu i składu.

Pod gmachem warsztatu przywitał mnie Bill, syn właściciela, wsparty o jeden z wielu zgromadzonych tu starych dystrybutorów paliwa. Takiej kolekcji nie widziałam już nigdy potem – swoją reprezentację miała tu każda firma i marka. Bill, dumny z wrażenia, jakie zrobił na mnie zbiór, pokazywał mi stare samochody, przyczepy i urządzenia, opowiadając o klanie She’a. Jest ich czterech i wszyscy mają na imię Bill. Gdy ojciec skończył osiemdziesiąt lat, postanowił, że musi trochę zwolnić i będzie pracował na pół etatu. Od tamtego czasu upłynęło już kilka lat, a on swoją ukochaną stację nadal odwiedza codziennie. Nie może bez niej żyć, tak jak bez starej szosy, którą pamięta z czasów, kiedy była jeszcze brukowana. Syn pracował jako kierowca buldożerów i wielkich dźwigów, a od momentu, gdy przeszedł na emeryturę, spędza na stacji każdą wolną chwilę. Wnuk jest policjantem i przychodzi tu tylko w weekendy, bardzo często ze swoim synem, czyli prawnukiem seniora klanu.

Bill She’a i jego syn Bill zamienili stację benzynową i warsztat samochodowy w muzeum. Takiej kolekcji dystrybutorów paliwa nie ma nigdzie indziej. Tradycję rodzinną w Springfield podtrzymuje już kolejne pokolenie – wnuk Billa, także Bill.

Weszliśmy do wnętrza warsztatu, gdzie czekał na nas Bill, sędziwa głowa rodziny. Już z drugiego końca pomieszczenia wołał do mnie słowa powitania. Okulary na nosie, czapka z daszkiem na głowie, flanelowa koszula, na nią założony kombinezon roboczy. Z poważną, skupioną twarzą krzątał się po warsztacie, wyszukując kolejne rzeczy, które chciał mi pokazać. Przy okazji wręczał mi prezenty: samochodową naklejkę z napisem: „Springfield”, znaczek i plakietkę z symbolem „66”.

– Ta Droga jest częścią nas, a my jesteśmy jej częścią – powiedział najstarszy Bill. Tak jakby ten kawałek asfaltu był uczłowieczony. Wyjaśnił mi, że szosa pozwoliła mu żyć, założyć rodzinę, prowadzić biznes. To nią przyjeżdżali klienci. Tankowali benzynę, zmieniali opony, prosili o naprawienie auta i przywozili wieści z wielkiego świata. Dlatego, gdy autostrada zabrała wszystkie samochody z Drogi, Bill czuł się zobowiązany spłacić swój dług, dbać o jej dobre imię i wspominać ją. Gdy w 1995 roku uznał, że już nikt nie przyjedzie do niego po benzynę, przekształcił stację w muzeum.

Syn dodał, że dzięki uporczywemu tkwieniu w tym miejscu ojciec sprawił, że Droga nie umarła i że przetrwała najtrudniejsze czasy. Dlatego jest nazywany „Ojcem Drogi-Matki w Springfield”.

Ciężko było mi przeciskać się między rupieciami, które po sufit wypełniały warsztat. Wszędzie leżały lub wisiały znaki drogowe, tablice rejestracyjne, akcesoria samochodowe oraz narzędzia do ich naprawy. Bill She’a, dumny ze swego irlandzkiego pochodzenia (zielone koniczynki naklejone na każdej szybie i ścianie), gromadził też wszelakie obiekty z lat pięćdziesiątych: kaski motocyklowe, telefony, radia, pisma, itd. Wszystko, co przypomina wspaniałe, jak mówił, lata powojenne.

Amerykanie przyjeżdżają tu, aby wspominać swoją młodość lub by pokazać historyczne miejsca dzieciom. Natomiast cudzoziemcy docierają tu, by poznać kawałek autentycznej Ameryki. Bill senior pokazał mi księgę pamiątkową z wpisami ludzi z sześćdziesięciu siedmiu różnych krajów, a syn opowiedział o włoskich nowożeńcach, którzy spędzając podróż poślubną w Stanach, dotarli i tu. Zachwyceni oglądali rupiecie i z zainteresowaniem słuchali opowieści ojca, choć po angielsku rozumieli bardzo niewiele. Gdy rozmowa zeszła na samochody, wspomnieli, że do ślubu we Włoszech jechali mustangiem. Bill syn ma aż trzy mustangi, więc chcieli je koniecznie zobaczyć. Zabrał ich jednym z nich na Drogę 66. Było to dla nich tak niezapomniane przeżycie, że po wyjeździe ze Springfield, z drogi do Kalifornii przysłali mu aż trzy listy z podziękowaniami.

– Jedni się tu żenią, inni chcą zostać tu pochowani – skwitował Bill senior. I choć nie dodał nic więcej, to jestem pewna, że właśnie on chciałby spocząć przy swojej ukochanej Drodze.

kraj ważniejszy niż życie

Springfield zapamiętam na zawsze z jeszcze jednego powodu – tam spotkałam kobietę, dla której nie ma rzeczy niemożliwych i która traktuje wszystko, co jej się przydarzyło, jak coś najzwyklejszego na świecie – major Tammy Duckworth.

Przywitała mnie radośnie u siebie w biurze. Czterdziestoletnia, skośnooka, niewysoka kobieta, z gładko zaczesanymi czarnymi włosami podjechała do mnie na wózku inwalidzkim i wyciągając w moim kierunku protezę nogi w barwach moro, spytała: „Czy nie jest fajna?”. Specjalnie taką zamówiła do pracy. Na stopie protezy – sportowy, letni but w kolorze różowym. Tammy była ubrana w elegancką szarą marynarkę ze spódnicą do kolan. Śmiała się, mówiąc, że złożyła też zamówienie na protezy „wieczorowe”, które pozwolą jej poruszać się w butach na pięciocentymetrowych obcasach. Bo Tammy zawsze była bardzo kobieca. Uwielbiała ładne ciuszki, różowy kolor i wysokie obcasy. Ale kochała też wielkie żelazne maszyny – helikoptery Black Hawk.

Major Ladda Tammy Duckworth dla wielkich helikopterów Black Hawk rzuciła karierę naukową. Ciężko za to zapłaciła. Brak nóg nie przeszkadza jej jednak w aktywności. Teraz wzywa kobiety do brania spraw w swoje ręce: „Jeśli się na coś nie zgadzasz, to masz prawo protestować, masz prawo chcieć zmiany. Nie czekaj, aż ktoś za ciebie zdecyduje. Weź udział w wyborach, głosuj!”.

Jadąc na spotkanie z Tammy, widziałam zaczepione na latarniach ogromne plakaty: „Witajcie w domu”. Wszędzie wisiały też amerykańskie flagi. Tak lokalna społeczność cieszyła się z powrotu żołnierzy z Iraku. A ilu nie wróciło? Tammy miała szczęście. Wróciła żywa, choć bez obydwu nóg i z niedowładem ręki.

– Strasznie jest nie mieć nóg, ale jest aż pięć tysięcy rodzin, których dzieci nie wróciły z wojen w Iraku i Afganistanie. Gdyby matki i ojcowie mieli wybór, czy ich dziecko ma być martwe ze wszystkimi kończynami, czy wrócić do domu bez nóg, to jak sądzisz, co by wybrali? – zadała mi pytanie i wcale nie czekała na moją reakcję. Opowiedziała mi za to swoją historię.

Irak. 12 listopada 2004 roku. Popołudnie, piękny dzień. Black Hawk UH-60 z kapitan Tammy Duckworth leciał z prędkością ponad stu trzydziestu mil (dwustu kilometrów) na godzinę. W helikopterze byli jeszcze pilot Dan Milberg, sierżant Chris Fierce i artylerzysta Kurt Hanneman, z gotowym do strzału karabinem M-4, bo wszędzie czaili się iraccy powstańcy. Wracali do bazy po krótkim przystanku w bezpiecznej zielonej strefie w Bagdadzie. A tuż za nimi leciał drugi helikopter.

Byli nad koronami drzew. Tammy widziała błyski słońca na szybie, czuła smak mlecznego koktajlu wypitego na postoju i wciąż pamiętała zapach chińskiego dania, które zjadła wcześniej w kantynie. Wszystko wydawało jej się takie proste, cieszyła się z ozdób choinkowych kupionych w Bagdadzie i z małych amerykańskich flag, które chciała zabrać do domu.

Nagle seria pocisków przeszyła blachę śmigłowca. Sekundę potem wybuchł granat. Tammy zobaczyła tuż przed sobą wielką pomarańczową kulę, poczuła straszny ból w nogach. Wewnątrz maszyny zrobiło się cicho. Zgasły światełka kontrolne. W słuchawkach cisza, nikt nie odpowiadał na jej wezwania. Helikopter leciał w dół. Tammy chwyciła za stery. Pedały nie reagowały. Kokpit zaczął wypełniać się dymem. Gdy maszyna dotknęła ziemi, pani pilot z całej siły skupiła się tylko na tym, żeby zgasić silnik. I wtedy straciła przytomność.

Krew była wszędzie. Dan myślał, że Tammy nie żyje. Zabrał jej pokiereszowane ciało do drugiego helikoptera, który wylądował niedraśnięty. Ona jednak wciąż oddychała. Pół godziny później w Bagdadzie ekipa awionetki medycznej uznała, że pacjentka ma jeszcze szansę na przeżycie. Dwa dni potem Tammy była już w największym wojskowym szpitalu Walter Reed pod Waszyngtonem.

Przytomność odzyskała dopiero po ośmiu dniach. Mężowi, Bryanowi Bowlsbey’owi, też wojskowemu z Gwardii Narodowej Stanu Illinois, skarżyła się, że bolą ją stopy. Nie wiedziała, że nie ma nie tylko stóp. Jedna noga została obcięta nad kolanem, a druga prawie przy biodrze. Nie zdawała sobie też sprawy, że wybuch granatu złamał jej rękę w trzech miejscach, naruszył nerwy i wyrwał wielki fragment ciała. Lekarze nie dawali wielkich szans na uratowanie tej ręki.

Ojciec Tammy zawsze był surowy i wymagający. Franklin Duckworth – były żołnierz marines – walczył podczas drugiej wojny światowej i był na wojnie w Wietnamie, potem przez wiele lat pracował w Azji dla ONZ. Nigdy ani córki, ani młodszego syna nie rozpieszczał. Mama – Lamai Sompornpairin – tajska Chinka, niewykształcona, zapracowana, od dziecka harowała za grosze w szwalniach, ale zawsze była bardzo opiekuńcza. Katolicyzm i buddyzm rodziców ukształtowały drogę Tammy. Urodziła się w Bangkoku, jako dziecko mieszkała w wielu krajach Azji, a gdy rodzice osiedli w końcu na Hawajach, ukończyła tam liceum i zrobiła licencjat z nauk politycznych. Tytuł magistra w dziedzinie stosunków międzynarodowych zdobyła później w amerykańskiej stolicy na Uniwersytecie George’a Washingtona.

Dla wojska porzuciła pracę nad doktoratem na uniwersytecie w Chicago. Stało się to właściwie przypadkiem, gdy poszła na kurs pilotażu i okazało się, że świetnie sobie radzi („Dzięki podzielności uwagi kobiety są lepszymi pilotami niż mężczyźni”). W Gwardii Stanu Illinois szybko uzyskała stopień kapitana, dowodziła czterdziestoma dwoma mężczyznami. Wojnę z Irakiem uważała za błąd, ale gdy przyszedł rozkaz: „jechać” – pojechała.

Niejeden człowiek w jej sytuacji by się załamał. Tammy cztery miesiące po zestrzeleniu zrobiła pierwszych kilka kroków na protezach, czyli swoich nowych nogach. Pokonanie trzech i pół metra zajęło jej dwie minuty. Walczyła wtedy z bólem i bezsilnością. Pomógł jej Bob Dole, były republikański senator i kandydat na prezydenta, który w wyniku ran z drugiej wojny światowej ma częściowo sparaliżowaną rękę. Odwiedzał Tammy w szpitalu i przekonywał, że nawet bez nóg uda jej się wiele osiągnąć. Może i powinna pomagać innym. Aż w końcu pomyślała, że przeżyła, aby w swoim nowym życiu zrobić coś więcej, żeby być kimś lepszym niż dotąd.

Najpierw zaczęła zabiegać u kongresmenów o pomoc dla rodzin wojskowych, walczyć o opiekę zdrowotną dla byłych żołnierzy. Gdy organizowano przesłuchania w Kongresie w sprawie opieki medycznej dla weteranów, pojechała, bo już zrozumiała, że ludzie uważniej jej słuchają dlatego, że nie ma nóg. Że sama to przeżyła. Założyła fundację Intrepid, która zbiera pieniądze na budowę centrum rehabilitacji dla rannych żołnierzy.

Na początku grudnia 2005 roku otrzymała od prezydenta Purpurowe Serce, odznaczenie przyznawane rannym lub zabitym żołnierzom. Trzy tygodnie później została awansowana na majora i wtedy przeszła z czynnej służby do rezerwy. Zakończyła się też jej trzynastomiesięczna rehabilitacja i na dobre wypisano ją ze szpitala. Następnego dnia ogłosiła swoją kandydaturę w wyborach do Kongresu z ramienia Partii Demokratycznej. Szefem kampanii był jej mąż. Po ogromnie zaciętej rywalizacji przegrała wyścig do Kapitolu zaledwie dwoma procentami głosów.

Po porażce Tammy nawet nie miała czasu ochłonąć, bo zaraz została mianowana przez gubernatora stanu Illinois na stanowisko dyrektora stanowego Departamentu do spraw Weteranów. Za największy problem ludzi opuszczających wojsko uznała trudny dostęp do opieki medycznej („System priorytetów przysługujących rannym w walce sprawia, że żołnierze z przewlekłymi dolegliwościami czekają w kolejce nawet dwa lata”), niezdiagnozowane, posttraumatyczne uszkodzenia mózgu u żołnierzy wracających z Iraku i Afganistanu („Wracają do domów i niby wszystko jest w porządku, ale jakoś nie mogą znaleźć pracy i przystosować się do normalnego życia. Bez pracy nie mają ubezpieczenia, więc nie są leczeni. Często popełniają samobójstwa”). Jako kobieta dostrzegła też coś, co dotąd umykało uwadze wszystkich zarządzających siłami zbrojnymi: kobiety stanowią aż piętnaście procent żołnierzy (w Polsce, dla porównania, liczba ta nie dochodzi nawet do pół procenta), stają się weterankami, a szpitale wojskowe nie są przystosowane do ich leczenia („A przecież żołnierki kończące służbę mogą jeszcze rodzić dzieci”).

By pracować na rzecz weteranów w Illinois, otworzyła biura w Chicago i Springfield. Krążyła między tymi miastami i domem ulokowanym w połowie drogi. Kalendarz miała wypełniony na kilka miesięcy naprzód. Także z tego względu, że bardzo zaangażowała się w kampanię Baracka Obamy.

Teraz naprawia świat w Waszyngtonie, pracując w prezydenckim biurze weteranów wojennych.