Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 285 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dreszcz - Jakub Ćwiek

Oto Dreszcz! Rock N' Roll is Not Dead!

Keith Richards na osiedlu Tysiąclecia? Why not?! 

Rychu Zwierzchowski wiedzie żywot pasożyta-luzaka - sex drugs and rock n’roll. Pije, pali, gra na streecie i usilnie stara się nie znaleźć poważnej, regularnej pracy. Utrzymuje go córka, która co jakiś czas dba o uzupełnienie jego finansowych potrzeb.

Całe życie „Dreszcza” to koncerty i AC/DC ponad wszystko.

Są przyjaciele i wrogowie, choć tych drugich rzecz jasna więcej. Aż pewnego dnia „Dreszcz” obrywa piorunem i... zyskuje nowe super moce. Tylko czy to coś zmienia?

Jak to u Ćwieka bywa - muza głośno ryczy, a każda strona wali po uszach siłą decybeli. Tak było w „Kłamcy”, tak jest w „Dreszczu”. I dobrze.

Opinie o ebooku Dreszcz - Jakub Ćwiek

Cytaty z ebooka Dreszcz - Jakub Ćwiek

chorych. Szedł jednak pewnie, uśmiechał się bez śladu skrępowania i nie chylił głowy, więc nikt go nie zaczepiał. Benjamin wiedział wszak dobrze, że podstawowa zasada, gdziekolwiek się znajdziesz, to zachowywać się tak, jakby to było twoje naturalne środowisko. Ludzie uwierzą, że to prawda. Ludzie są głupi. Winda zawiozła go na trzecie piętro, gdzie musiał pokonać jeszcze

Fragment ebooka Dreszcz - Jakub Ćwiek

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Dedykacja
Szanowny Czytelniku
Thunderstruck (fragment)
It’s a long way to the top
Back in black
Night prowler
Whole lotta rosie
High voltage
Epilog
Od autora
Jakub Ćwiek
Książki Jakuba Ćwieka
Karta redakcyjna
Okładka

Lambertowi,

SZANOWNY CZYTELNIKU,

W trosce o Twoje zdrowie psychiczne, komfort wyznaniowo-światopoglądowy, orientację seksualną, zainteresowania sportowe i muzyczne, gusta dotyczące mody, a także – może przede wszystkim – wrażliwość na słowa powszechnie uważane za wulgarne i obelżywe pragnę przestrzec, iż gdy tylko skończy się ta strona i przewrócisz kartkę, jednocześnie skończy się dla Ciebie strefa ochronna. Możesz więc zaprzestać lektury w tym miejscu i przyjść na spotkanie autorskie, a ja narysuję Ci pod tym wstępem kwiatek jako symbol Twej nieskalanej niewinności.

Tym, którzy zdecydują się jednak poczytać trochę więcej... Dobrej jazdy, Kochani. I bawcie się... w sumie jak chcecie!

THUNDERSTRUCK

DZIEŃ PIERWSZY, PORANEK KATOWICE

Zaczęło się za kwadrans siódma. Miarowe, dostojne bicie piekielnych dzwonów.

DONG!

Zadrżały ściany. W kredensie u Maciorków z drugiego rozbrzęczały się kryształy.

DONG!

Jamnik Kotulowej podłapał nutę i zawył, ale uciszony chodakiem przerwał w pół dźwięku niczym krakowski hejnalista.

DONG!

Stary Janiak przebudził się z pijackiej mary. Tylko na chwilę, bo zaraz czknął, powiódł nieprzytomnym, lekko spłoszonym wzrokiem po tapetach w kwiatki i uspokojony wtulił się na powrót w pochrapującą Mańkę.

DONG!

Dopiero czwarte uderzenie dzwonu wywołało prawdziwie ludzką, przytomną reakcję. Ktoś, sądząc po skrzekliwym głosie najpewniej listonosz Kowalik z parteru, zawołał:

– Weś to wyłoncz, pieronie!

A potem kilka razy grzmotnął brudną od owsianki łyżką w rurę kaloryfera. Dzwonów to oczywiście nie obeszło.

Cztery wibrujące metaliczne tony, cztery ledwo zauważalne reakcje. Z jednej strony trudno to nazwać właściwym społecznym odzewem na zwiastowany czarcimi dźwiękami koniec świata...

Z drugiej strony miało to miejsce na katowickim osiedlu Tysiąclecia. W domu setek górników, w strefie nieustającej wojny między dwoma piłkarskimi klubami, wreszcie w miejscu, gdzie sam Behemoth nakręcił jeden ze swoich teledysków. Mieszkańcy Tauzena naprawdę widzieli i słyszeli już wiele, więc jeśli diabeł chciał zrobić na nich wrażenie, musiał się, kurwa, bardziej postarać.

DONG!

Rozległo się po raz piąty, a do wibrującego dźwięku dołączyła gitara. A potem bębny...

– I’m rolling thunder, pouring rain. I’m coming on like a hurricane – wyjęczał wreszcie Brian Johnson, frontman AC/DC.

I dopiero w tym momencie Rysiek zareagował.

– Kurwa – wychrypiał, waląc otwartą ręką w budzik.

Pomogło na pięć minut. Potem piekielne dzwony rozdzwoniły się na nowo, po kolei dołączyły instrumenty, aż wreszcie po minucie i dwudziestu sześciu sekundach wszedł ze swym skrzekliwym wokalem Johnson. Wszystko jak w pieprzonym „Dniu świstaka”, tyle że z lepszą muzyką na dzień dobry. W filmie bohaterowi na przebudzenie śpiewała Cher – kobieta, której Rysiek nie tknąłby, nawet zanim jeszcze zaczęła sobie wstrzykiwać w usta tłuszcz z własnych pośladków. Nie żeby chciał czymkolwiek tykać Briana Johnsona...

Dzwony zagrzmiały jeszcze trzy razy, w równych odstępach, co pięć minut, zanim Rysiek Zwierzchowski – dla nielicznych dziś przyjaciół po prostu Zwierzu – wreszcie odrzucił kołdrę i wygramolił się z łóżka.

W ciągu kolejnych pięciu minut wypił resztkę piwa z przewróconej butelki i dokładnie obadał, czy gdzieś nie został choć maleńki skrawek wczorajszego jointa. Dopiero upewniwszy się, że nie ma co liczyć ani na łut szczęścia, ani tym bardziej na swoją zeszłonocną zapobiegliwość, nieco zrezygnowany poczłapał do łazienki. Stanął przed lustrem i przyjrzał się swojemu zmizerowanemu odbiciu.

Minęły już czasy, kiedy wyglądał naprawdę dobrze, ale starość obeszła się z nim łaskawie. Choć właściwie nie – prawdziwsze byłoby stwierdzenie, że toczyła z nim nieustanny i wyrównany bój o każdy kawałek skóry na policzkach, każdy siwy włos i pazurek kurzych łapek. Dlatego jeżeli na twarzy Ryśka pojawiała się już jakaś zmarszczka, wyglądała jak żłobiona dłutem, co, paradoksalnie, dodawało mu uroku. Wyglądał dzięki nim jak pomnik na własnym nagrobku – nadniszczony, ale twardy, hardy, niezłomny mimo deszczu czy śniegu.

Rysiek uśmiechnął się do tej myśli. Odkręcił kran, przemył twarz zimną wodą i dopiero wtedy, dumny ze swej niepodzielnej władzy nad pęcherzem i prostatą, stanął nad muszlą sedesu.

Gdy sikał, z przedpokoju zawołał go Alice Cooper.

– I’m dressed in black, I’m a heart attack and my draw is lightning quick. If you’re looking for a man with the magic hands, I can really do the trick – śpiewał podstarzały heros rocka, tak jak tylko on potrafi.

– Chwila, nie? – odpowiedział Rysiek. – Odlać się muszę.

Ale Cooper nie odpuszczał. Wręcz przeciwnie, z każdą chwilą nakręcał się coraz bardziej.

Pull my trigger, I get bigger Then I’m lots of fun. I’m your gun, I’m your gun, gun, gun. Bite my bullet, Push and pull it, Tell me I’m the one. I’m your gun, I’m your gun, gun, gun.

Rychu westchnął. Skoro Alice doszedł aż do refrenu, znaczyć to mogło tylko jedno. Dzwoniła Janka – słodki skarbuś tatusia, który nigdy nie odpuszcza.

A tym bardziej dzisiaj, pomyślał Rysiek, spuszczając wodę. Nie w dniu rozmowy. Pewnie zadzwoni jeszcze piętnaście razy, zanim w ogóle dotrę do przeklętego centrum.

Wyszedł z łazienki, ale zanim odebrał komórkę, wziął jeszcze kilka głębokich oddechów i wyobraził sobie kaczkę tkwiącą w bezruchu na niezmąconej tafli jeziora... Strzelił do niej z widmowego obrzyna akurat w chwili, gdy Alice Cooper kolejny raz zawołał, że jest Ryśkową spluwą. Ktoś z boku mógłby uznać, że to znak, ale Rysiek był zdecydowanie ponad to. Usiadł na łóżku i sięgnął po telefon.

– Janka, do cholery, umiem sobie nastawić budzik, nie musisz mnie tak pilnować!

Krzyknął z przyzwyczajenia i nie spodziewał się efektu, bo Janka nie dawała się stłamsić byle huknięciem. Była przecież nieodrodną córeczką swego tatusia.

– Muszę, bo cię znam, tato. I już ci tłumaczyłam, że mam teraz na imię Janice.

Mówiła z właściwą amerykańskiej Polonii manierą, nakazującą wymawiać polskie słowa z amerykańskim akcentem. Swoim „sz” pewnie wietrzyła hotelowe pokoje.

– Niech będzie, Janice – mruknął Rysiek. – Jak słyszysz, już nie śpię. Możesz się rozłączyć.

– Ale czemu nie odbierałeś tak długo? ForGod’s sake, myślałam, że masz accident!

Rysiek westchnął ciężko. Z tą dziewczyną naprawdę trudno było czasem wytrzymać. Odkąd stwierdziła, że będzie łożyć na jego utrzymanie, nie wiedzieć czemu uznała, że może się wpieprzać w absolutnie wszystko.

– A gdzie niby miałem mieć ten wypadek, twoim zdaniem, hę? – zapytał. – Dopiero wstałem!

– Pod... Jak się in Polish mówi shower?

Zwierzchowski ani myślał bawić się w tłumacza.

– Pod szałer, kochanieńka, to ja teraz tylko grzecznie stoję – odparł. – Dawno minęły czasy, gdy mogłem się tam wygłupiać jak wtedy z twoją matką. Takie numery...

– Bullshit, tato! Przecież wiem, że jej nawet nie pamiętasz...

– Berlin Zachodni, osiemdziesiąty trzeci, koncert Omegi, tak?

– Tak.

– Jeden pokój i ośmiu chłopa na czterech łóżkach. Prysznic był jedyną opcją bez gang bangu, więc akurat...

Coś w głowie Ryśka szepnęło cicho, że może nie powinien kończyć tego zdania.

Jednak po krótkiej chwili ta niezbyt stanowcza myśl skapitulowała wobec potęgi Zwierzowej złośliwości.

– ...akurat miejsca jestem pewien, słonko. A właśnie, à propos wyuzdanego seksu, co u Dave’a i dzieciaków?

I znowu, już w chwili wypowiadania tego zdania wiedział, że to daremna próba. Speszyć Jankę było równie łatwo, co wystraszyć krzykiem.

– Dave’s fine, tato, pozdrawia cię. A dzieci już śpią, ale pytały dzisiaj, czy mogą cię odwiedzić on holiday.

– Rockmani nie mają wakacji, Janeczko. Wiesz przecież.

– To znaczy, że nie?

– Prędzej piekło zamarznie, perełko – doprecyzował Rysiek, po czym odruchowo zerknął na budzik. – A jeśli chcesz, żebym zdążył na tę przeklętą rozmowę o pracę, to musimy już kończyć.

– Ale jest dopiero...

– U was jest już przecież strasznie późno i dawno powinnaś spać – wszedł jej w zdanie. – Pa, słodziutka.

Zakończył rozmowę i wyłączył telefon. Przynajmniej ta jedna metoda pozostawała niezawodna. Następnie, drapiąc się po tyłku, ruszył w stronę ustawionych w kącie starych walizek. W przyćmionym umyśle Ryśka kołatała się bowiem myśl, że tam właśnie mogła znajdować się jakaś czysta koszulka, nieprzesiąknięta jeszcze smrodem wódki i dymu.

I rzeczywiście, była. Czarna, ponaciągana i z wielkim logo AC/DC na piersi. Do tego złożona tak, że prawie nie wymagała prasowania, co dla człowieka, który ostatni raz widział żelazko, zanim wywalił przez okno telewizor, nie było bez znaczenia.

Oprócz koszulki Rysiek dokopał się także do względnie czystych dżinsów i zupełnie świeżych skarpet. Buty, nie wiedzieć czemu, leżały na środku pokoju w pudełku po pizzy. Na sam koniec zostawił sobie wygrzebanie spomiędzy śmieci swej wysłużonej ramoneski. Wciągnął ją na grzbiet i postukał palcami w przypinkę wpiętą w lewą klapę kurtki.

„Tak, twoją matkę też” – głosił napis na znaczku.

Rysiek się uśmiechnął.

– Pierwsza zasada rozmów kwalifikacyjnych – zwrócił się do stojącego w kącie fendera – to być sobą, nie?

Gitara nie odpowiedziała, ale Rysiek i tak pogładził ją czule po gryfie, podrapał za kluczem. Wreszcie podszedł do drzwi, wcisnął słuchawki w uszy i wyszedł w takt muzyki.

„Back in black” AC/DC jako pierwszy track był naj­oczywistszym z wyborów.

KRAKÓW

Pan Boguś, jak każdy dobry taksówkarz, miał naturę drapieżnika. To znaczyło, że potrafił całymi dniami czaić się w cieniu bocznych uliczek w okolicach centrum, czatując na ofiary. A gdy już jakąś upatrzył, gdy dostrzegł wzniesioną rękę, pojawiał się nagle tuż przed nią, jak drapieżnik właśnie, hamował z piskiem opon, witał szeroko otwartymi drzwiami i łamaną angielszczyzną.

O tak! Pan Boguś był tak dobrym drapieżnikiem, że grzechotniki w Nevadzie mogłyby się od niego uczyć.

Tego dnia jednak nieszczególnie mu się chciało. Noc była dla niego łaskawa: złapał trzy komplety zalanych w trupa Angoli, a potem na dokładkę jeszcze dwa kursy współfinansowane przez salon masażu i tańca ekstremalnego Dziunia. Do tego doszło kilka krótszych tras, ale na przypadkiem włączonej czwartej taryfie – nocna, poza miastem – co dało łącznie całkiem godziwy zarobek.

Oczywiście nie na tyle dobry, by nie mógł być lepszy, więc póki panu Bogusiowi nie chciało się spać, czuwał, raz po raz bębniąc palcami w kierownicę. I, rzecz jasna, obserwując okolicę.

Tuż przed nim przetoczył się wypchany po brzegi tramwaj, zasłaniając na moment parę kłócącą się w parku. Taksówkarz przyglądał im się od dłuższej chwili, bo darli się na siebie i machali rękami tak widowiskowo, że równie dobrze mogli być ulicznym teatrem. Kraków, od zawsze studencki, widział już nie takie sposoby zarabiania na piwo i akademik.

Gdzieś w oddali zawyła karetka, a zaraz potem, jakby w odpowiedzi na niewypowiedziane pytanie pana Bogusia, w radiowych wiadomościach podali komunikat, że ktoś strzelał do mimów pod kościołem Mariackim. Trzech z nich z lekkimi obrażeniami zabrano do szpitala. Snajpera niechętnego ulicznej sztuce na razie nie pochwycono.

Zaraz po wiadomościach puszczono blok piosenek i bębnienie w kierownicę wpasowało się w rytm muzyki. Pod tak zwanym papieskim oknem zatrzymała się wycieczka.

I właśnie w tej chwili ktoś zapukał w szybę od strony pasażera. Wyrwany z transu pan Boguś otrząsnął się, zamrugał i zerknął w bok. Przy samochodzie stał schludny młody chłopak w sweterku bardziej angielskim niż królowa i krykiet razem wzięte. Uśmiechał się, szczerząc końskie zęby. Nie było cienia wątpliwości, że to Brytyjczyk.

Zaproszony gestem, otworzył drzwi i usiadł, biorąc na kolana niewielki plecak. A wtedy, ku wielkiemu rozczarowaniu taksówkarza, przemówił płynną polszczyzną.

– Jak to dobrze, że pana znalazłem – powiedział dzieciak. – Przez moment zastanawiałem się, czy nie czeka pan tutaj na kogoś, bo tak w bocznej uliczce...

– Właściwie... – spróbował wtrącić pan Boguś, któremu nie w smak było marnowanie dobrej miejscówki dla dziesięciu czy dwudziestu złotych od studenciaka.

Chłopak jednak nawet tego nie usłyszał.

– ...no ale widać los się do mnie uśmiechnął i nie musiałem iść aż na postój przy dworcu – dokończył i znów wyszczerzył końskie zęby. – Przyjmie pan zapłatę w funtach?

Na dźwięk ostatniego słowa serce pana Bogusia zabiło szybciej. Zaraz jednak taksówkarz przypomniał sobie historię o studentach cwaniakach, którzy udając Anglików, wyłudzali darmowe kursy, a potem uciekali z samochodu bez płacenia. Ten tutaj co prawda nie mówił po angielsku i nie pozował na pijanego turystę, ale tym bardziej nietypowo brzmiało owo pytanie o funty.

Pan Boguś postanowił się zabezpieczyć.

– W obcej walucie to tylko z góry – powiedział.

Przechylił się ponad drążkiem zmiany biegów i wyciągnął ze schowka urządzenie przypominające zszywacz z wbudowaną świetlówką. Błysnął na moment ultrafioletem, pokazując, że z nim nie ma żartów.

– Oczywiście – odparł chłopak niezrażony.

Sięgnął po portfel i z pliku pięćdziesiątek wyłuskał pojedynczy banknot dwudziestofuntowy. Podał go taksówkarzowi.

– Proszę. I może się pan nie obawiać, to nowa dwudziestka, po wymianie, z kwietnia tego roku. Zresztą proszę popatrzeć, to Adam Smith w miejscu niegdysiejszego Edwarda Elgara. Te nowe mają więcej zabezpieczeń niż studolarówka i przynajmniej przez jakiś czas są nietykalne. Teraz tylko czekać, aż to samo zrobią z pięćdziesiątkami, bo to, co jest teraz, to zgroza. Przedszkolak z zestawem świecowych kredek by je podrobił.

Pan Boguś skinął tylko głową. Zupełnie nie znał się na sprawdzaniu banknotów, więc nie wiedział nawet, jak się do tego zabrać. Dla zachowania pozorów obświecił dwudziestkę ultrafioletem i wsadził do kasetki.

– To dokąd jedziemy? – zapytał.

– Najpierw pod Wawel, muszę zrobić jeszcze kilka fotografii, a potem na lotnisko – odpowiedział chłopak. – Musimy się wyrobić przed trzynastą, żebym zdążył na odprawę. Damy radę?

Mózg pana Bogusia dokonał szybkich obliczeń. Dwadzieścia funtów po cztery osiemdziesiąt za funta to godziwy zarobek i właściwe zwieńczenie dyżuru. Na nic lepszego nie trafi. Uśmiechnął się i odpalił silnik.

– Trzeba zdążyć, to zdążymy – odparł.

Przez chwilę jechali w milczeniu wsłuchani w głosy z radia. W wiadomościach o wpół do dziesiątej podano między innymi, że życiu mimów z krakowskiego Rynku nie zagraża niebezpieczeństwo i że sprawca wciąż pozostaje nieznany. Zapowiedziano więcej informacji na ten temat w wiadomościach o pełnej godzinie. Po krótkim dżinglu znowu zaczął się muzyczny blok złożony z najnowszych przebojów.

W końcu taksówkarz przerwał milczenie.

– To mówi pan, że pięćdziesiątki łatwo jest podrobić – zagadnął. – A można wiedzieć, skąd pan tyle wie na temat banknotów i ich zabezpieczeń?

Chłopak znowu się wyszczerzył. Wyglądało to tak, jakby nie był w stanie pomieścić wielgachnych, końskich zębów w ustach.

– Studiuję ekonomię na Oksfordzie i właśnie pracuję na stażu w Bank of England. Tam wymagają ode mnie takich rzeczy.

– I umiałby pan rozpoznać fałszywy banknot? – upewnił się pan Boguś.

– Och, jeśli funty, to ze stuprocentową pewnością.

I znowu na chwilę zapadła cisza. Wreszcie podczas postoju na światłach taksówkarz otworzył kasetkę i wyciągnął plik banknotów w stronę chłopaka.

– A te? Mógłby pan sprawdzić?

Pasażer wzruszył ramionami.

– Oczywiście.

Rezultat oględzin nie był najgorszy, ale wystarczająco zły, by popsuć taksówkarzowi humor. Aż trzy spośród pięćdziesiątek były fałszywe. I nie pomogły nawet zapewnienia chłopaka, że nie ma powodu do zmartwień, bo wszystkie trzy fałszywki są dość nietypowe i w Anglii mógłby od kolekcjonerów dostać za nie nawet dwukrotność wartości. Dla człowieka, który w całym swoim życiu najdalej był w Międzyzdrojach, stanowiło to marne pocieszenie.

Tymczasem jednak dojechali pod Wawel. Chłopak sięgnął do plecaka, wyjął aparat cyfrowy i przeprosił na chwilę, po czym wysiadł z samochodu i natychmiast wtopił się w tłum turystów.

Pan Boguś raz jeszcze spojrzał na fałszywe pięćdziesiątki i zaklął szpetnie. Złapał za banknoty i już miał je podrzeć, gdy nagle zauważył, że na fotelu pasażera leży wypchany portfel chłopaka. Brzeżek jednej z pięćdziesiątek wystawał zachęcająco.

Taksówkarz westchnął. Czy naprawdę stałoby się coś złego, gdyby podłożył dzieciakowi te pieniądze? Skoro rzeczywiście były tyle warte, to przecież w zasadzie wyświadczał mu jeszcze przysługę.

Ta ostatnia myśl przesądziła. Pan Boguś rozejrzał się uważnie, po czym drżącymi dłońmi sięgnął po pozostawiony portfel.

Dwie godziny później, już na lotnisku w Balicach, chłopak uparł się, by dorzucić do tamtej dwudziestki jeszcze dziesięć funtów napiwku. Taksówkarz nie miał nic przeciwko temu, w końcu – do czego zdołał sam siebie przekonać, jadąc tu spod Wawelu – zrobił dobry uczynek. A takie powinny być nagradzane.

– Dziękuję, także za porady – powiedział. – Od dziś będę się bardziej pilnował.

– Nie wątpię – odparł chłopak. – No cóż, do widzenia.

Złapał za plecak i ruszył w stronę terminalu. Pan Boguś patrzył za nim jeszcze przez chwilę, zastanawiając się jednocześnie, czy zostać tu na lotnisku i upolować jeszcze kogoś, czy też lepiej nie prowokować losu. Zdecydował, że jednak najwyższa pora wracać już do domu. Wrzucił więc jedynkę i powoli ruszył w stronę szlabanu.

Ledwie taksówka pana Bogusia wyjechała z terenu lotniska, jej niedawny pasażer, Benjamin Benford junior, wrócił na parking, trzymając w ręku specjalną nakładkę na zęby. Przystanął, rozpiął plecak, wrzucił ją do środka, a potem zajrzał do portfela.

Na tle chałupniczo wykonanych podróbek banknoty od taksówkarza bardzo się wyróżniały. Wyglądały, no cóż, staro i fałszywie.

Czego to nie da się dziś zrobić przy pomocy drukarki, eleganckiego pergaminu i odrobiny psychologii, pomyślał. Nie nazywał tego oszustwem, lecz raczej, wzorem Gandhiego, biernym oporem wobec ludzkiej pazerności. W końcu nikomu nie kazał grzebać w swoim portfelu.

Benjamin Benford junior zapiął plecak, zarzucił go na ramię i beztroskim krokiem ruszył w stronę postoju taksówek.

KATOWICE

Widok Ryśka rozpartego na krześle po drugiej stronie biurka ostatecznie utwierdził Dorotę Jagodę w przekonaniu, że powinna zrezygnować z pracy. Po serii coraz mniej subtelnych znaków pojawienie się tego faceta było aż nadto wyraźnym sygnałem, że Wszechświat na pewno jej w tym miejscu nie chce. I że zaczyna wytaczać ciężkie działa.

A wszystko zaczęło się tak: salon multimedialny w największej śląskiej galerii Silesia City Center potrzebował menadżera. Kogoś z wyższym wykształceniem, kto zna się na kierowaniu zespołem i choć trochę na kulturze. Dorota była akurat po interesującym stażu, miała doświadczenie jako dziennikarka kulturalna, a do tego prezentowała się lepiej niż większość hostess plączących się po alejkach z ulotkami i kuponami zniżkowymi. Słowem ideał, w dodatku jedyna kandydatka spełniająca wszystkie wymogi. Nic dziwnego, że dostała tę pracę.

I wtedy właśnie się zaczęło. Już pierwszego dnia, ledwie zaczęła zaznajamiać się z zespołem, poinformowano ją, że jako nowy menadżer ma dokonać redukcji zatrudnienia. Tydzień później zażyczono sobie od niej planu imprez kulturalnych na najbliższe pół roku, wyznaczając jednocześnie limit środków, na którego widok oburzyłby się nawet nieletni Chińczyk z fabryki trampek pod Pekinem. Wreszcie, po upływie miesiąca ustalono i przekazano jej miesięczny pułap satysfakcjonującej sprzedaży porównywalny z rocznym budżetem małego afrykańskiego państewka.

Ze wszystkimi tymi kłopotami radziła sobie Dorota nie najgorzej. Wyprosiła u dyrekcji możliwość znalezienia innych sposobów na oszczędzanie niż zwolnienia, wypromowała kilka ciekawych akcji i dzięki ogromnej determinacji ściągnęła do salonu parę gwiazd estrady i mistrzów pióra. Potem natomiast, gdy musiała znaleźć zastępstwo dla dwóch pracowników, wyszukała w sieci rządowy program „Pięćdziesiąt plus”, dzięki któremu, aktywizując ludzi starszych, mogła zyskać dla firmy niesamowite przywileje.

Oczywiście pochwalono ją za to, dostała nawet premię za inicjatywę, a w dwa dni później dyrektor okręgu przekazał jej informację, że znaleźli dla niej świetnego kandydata.

– Ojciec mojej przyjaciółki z dawnych lat – powiedział. – Podobno uroczy człowiek i do tego muzyk. Przyjdzie do ciebie pojutrze na rozmowę kwalifikacyjną. Nazywa się Ryszard Zwierzchowski.

Ta rozmowa była w zasadzie formalnością – ton dyrektora nie pozostawił co do tego żadnych wątpliwości – ale Dorota i tak postanowiła ją przeprowadzić, wychodząc z założenia, że warto zachować pozory, bo człowiek bardziej dba o to, co zdobył z trudem.

To było dobre podejście, właściwe, godne prawdziwego menadżera i zgodne z jej sumieniem. Biedaczka nie przewidziała jednak, że tym razem Titanicowi jej życiowej filozofii przyjdzie się zmierzyć z prawdziwie przerażającą górą ignorancji i lenistwa. Do tego ubraną, jakby się urwała z planu „Hell’s Angels – prawdziwa historia”.

Wszedł bez pukania i niemal z miejsca opadł na fotel. Jego pomarszczona twarz – oblicze Keitha Richardsa z Rolling Stones w interpretacji rzeźbiącego w drewnie ludowego artysty – nie wyrażała nic prócz błogiego znudzenia.

– Można tu palić? – zapytał.

Jagoda pochylona nad aktami pokręciła głową.

– A możemy iść gdzieś, gdzie można?

Menadżerka uniosła głowę i spojrzała na Ryśka, jednocześnie ściągając usta w ciup. Okulary zsunięte na czubek nosa nadawały jej twarzy wygląd gorącej nauczycielki z amerykańskiego filmu dla nastolatków. Takiej, w której zakochują się pryszczaci nieudacznicy i nauczyciele wuefu.

– Nie, panie... – sprawdziła na żółtym karteluszku – panie Zwierzchowski. Nie możemy. Potrzebuję za to, żeby udzielił mi pan odpowiedzi na kilka pytań. Może pan, prawda?

Uznawszy wzruszenie ramion za zgodę, ze stosu dokumentów wygrzebała formularz zatrudnienia.

– Zacznijmy może od tego, czym do tej pory się pan zajmował.

– Przed chwilą intensywnym rozmyślaniem, jak to dobrze, że zza tego biurka widzisz mnie wyłącznie od pasa w górę, dziecinko. Ale chyba nie do końca to miałaś na myśli, prawda?

Menadżerka westchnęła ciężko. Poprawiła okulary.

– Rzeczywiście, panie Zwierzchowski, nie do końca to. Proszę mi powiedzieć, czym się pan zajmuje na co dzień?

– Słucham muzyki rockowej i czytuję Chandlera.

– Zawodowo?

– Ależ skąd. – Pokręcił energicznie głową. – To hobby. Zawodowo oglądam filmy ze Stevenem Seagalem.

Rozejrzał się, pochylił nad stołem i szepnął konspiracyjnie:

– Ale nienawidzę swojej pracy.

I to by było na tyle, pomyślała Jagoda. Ten facet albo nie chce tu być i w całą tę rozmowę został wkręcony jak ja, albo też za wszelką cenę chce od razu pokazać, kto tu rządzi. Ale na miłość boską, z naszej dwójki to ja mam zaliczony celująco kurs z komunikacji!

Zdjęła okulary i rozmasowała nasadę nosa.

Przypomnij sobie, dziewczyno, ponaglała się w myślach, czego cię uczono. Najważniejsze to znaleźć wspólny język, coś, co was łączy. Fundament, na którym...

I nagle, rażona myślą jak gromem, wyprostowała się na krześle. Zdała sobie bowiem sprawę, że wie, jak poprowadzić dalej tę rozmowę.

Otworzyła szufladę i wyciągnęła z niej paczkę cienkich papierosów. Wyłowiła jednego i zaczęła się nim bawić.

– Byłam na ich koncercie, wie pan? – powiedziała, wskazując papierosem logo na jego koszulce. – AC/DC, rok dziewięćdziesiąty pierwszy, stadion w Chorzowie. Byłam tam z tatą.

Zwierzchowski zmrużył oczy, a lewy kącik jego ust uniósł się lekko. Gdyby grali właśnie w pokera, ta mina oznaczałaby „sprawdzam”.

– Słonko, jeśli to prawda, to znaczy, że miałaś wtedy...

– Sześć lat, tak. Ale mój tata był wielkim fanem i powiedział, że nie mogę przepuścić takiej okazji, bo się może nie powtórzyć. Strasznie się wtedy pokłócili z mamą, ale w końcu pojechałam.

Drugi kącik ust rockmana powędrował w górę, dając w połączeniu uśmiech, jakiego nie powstydziłby się Hannibal Lecter.

– I jak ci się podobało? – zapytał. – Była moc, nie?

– W sumie to z samego koncertu niewiele pamiętam – przyznała szczerze Jagoda. – Dzwon, armaty, wielką lalkę. I że zaczęli od energetycznego kawałka, który mnie przeraził. Wcześniej grała Metallica i oni też mocno dawali, ale to, od czego zaczął się właściwy koncert, było jak...

– ...uderzenie pioruna – wszedł jej w zdanie Rysiek.

Nie wyglądał w tym momencie ani jak podstarzały, złośliwy rockman, ani tym bardziej jak ludowa rzeźba. Blask, jaki wspomnienia rozpaliły w jego oczach, sprawił, że gdzieś zniknęły wszystkie zmarszczki.

– I nic dziwnego, bo koncert otwierał „Thunderstruck”, maleńka.

Dziewczyna pokiwała głową, jednocześnie ze zdumieniem odkrywając, że to, co miało być tylko wytrychem do serca rockmana, okazało się naprawdę miłym i wciąż żywym wspomnieniem. Od lat nie słuchała żadnej z płyt ojca, ale całkiem możliwe, że sięgnie do nich dziś po powrocie do domu. Może niekoniecznie AC/DC, ale już Kiss byłoby całkiem miłe. Albo The Who...

– I jeszcze pamiętam – dorzuciła nagle – że zanim wpuszczono nas na płytę stadionu, długo czekaliśmy w parku koło skansenu i tam na takiej małej scenie grał taki polski zespół, którego nigdy później nie widziałam. Pamiętam, że wszystkim się podobało, a na koniec zagrali ładną balladę i potem bardzo energiczny kawałek, akurat wtedy, gdy otworzono bramy. Ludzie wbijali się na stadion do rytmu.

– „Bo ma być głośno” i „Apokurwalipsa” – powiedział Rysiek. – Zespół nazywał się El Voltage i rozpadł kilka tygodni po tamtym koncercie.

– Możliwe, nie pamiętam. Ale byli świetni.

Zapadła cisza. Przez chwilę rockman i menadżerka siedzieli i patrzyli na siebie w zupełnym milczeniu jak wspólnicy w zabójstwie nad świeżo wykopanym, leśnym grobem. W końcu Rysiek podniósł się z krzesła.

– Pójdę już, złotko. Nie chciałem ci tu robić syfu – powiedział. – Jesteś pewnie świetną szefową, a do tego masz tyłek słodki jak premia do wypłaty, ale ja po prostu nie chcę tej roboty. Żadnej na pieprzonym etacie, łapiesz?

– Jak najbardziej. – Jagoda pokiwała głową. – Szczerze mówiąc, też pana tu nie chciałam, ale mi kazali. Mój szef...

– ...zna się z moją córką. A Janka to uparte dziewuszysko, już ja coś o tym wiem. Ale gdyby bracia ­Young słuchali tych rozsądniejszych krewnych, do dziś nie mielibyśmy naszej ulubionej kapeli, nie? Trzeba się czasem postawić.

Złapał za leżące na biurku długopis i kartkę, napisał kilka zdań, po czym złożył arkusz na pół i podał go Jagodzie.

– To powinno załatwić sprawę. Jak masz na imię, dziecinko?

– Dorota. Dorota Jagoda.

– Rysiek. Albo Zwierzu. Wpadnę tu do ciebie kiedyś, mam parę nagrań El Voltage, to sobie posłuchamy albo coś. A tymczasem trzymaj się... a puszczaj tylko z rockmanami.

Zasalutował i wyszedł, gwiżdżąc „Wind of change” zespołu Scorpions.

Centrum handlowe od domu Ryśka dzielił dystans paru kilometrów albo, jak wolą mówić miejscowi, czterech przystanków. Ponieważ tramwaje na tej trasie jeździły w zasadzie co dziesięć minut, Rysiek zdążył spokojnie przejrzeć w salonie płyty i pisma, zjeść śniadanie i kupić w Tesco parę pierdół, a i tak był w domu przed południem. Akurat żeby wziąć leżak, fendera i czteropak pilsnera i zająć swoje ulubione miejsce na trawniku.

Robił tak codziennie. Jeśli nie było dość ciepło na leżak, po prostu siadał na ławce, ale i tak piwo i fender były nieodłączną częścią jego rytuału. Kiedyś tachał ze sobą także gitarowy piecyk – nie miał daleko, bo ledwie z pierwszego piętra, kabel spuszczał balkonem – aż do dnia, gdy Alojzy Meller, emerytowany górnik z naprzeciwka, nie wytrzymał jazgotu i strzelił do urządzenia ze sztucera. W rewanżu rockman włamał się w nocy na jego balkon i nasikał mu w bławatki. Tak właśnie zaczęła się ich piękna, długoletnia przyjaźń.

Rysiek postawił leżak na trawie i wyjął z ziemi własnoręcznie sporządzoną tabliczkę z komunikatem dla właścicieli psów. Nie było na niej sylwetki czworonoga w czerwonym okręgu, tylko numer telefonu do weterynarza i napis: „Zadzwoń tam, gdy twój obsrany kundel zarobi ode mnie ze śrutówki. 20% zniżki”. Zadziałało. Wąska trawnikowa przestrzeń pod jego balkonem była jedyną niezanieczyszczoną przez psy na całym osiedlu.

Gdy leżak już stanął, Rysiek położył się i wyciągnął z folii pierwszą puszkę. Nie sięgnął po gitarę, bo Alojz już od trzech dni zapowiadał, że kupuje telewizor i zaplanował prezentację w samo południe. Zwierzchowski ze swoim odbiornikiem pożegnał się, gdy po pijaku obejrzał w nim katolicki program o Przystanku Woodstock, i teraz był trochę spragniony ruchomych obrazów. Otworzył więc puszkę, upił łyk piwa, a potem zerknął na zegarek i zawołał:

– Alojz! Dwunasta jest, do kurwy nędzy!

W oknie naprzeciwko niemal natychmiast pojawiła się pyzata, niedogolona gęba niegdysiejszego górnika, a potem tłusta ręka ściskająca pilota.

– Dyć wiym przeca, niy? Mom cyferblat, co żech go jeszcze na grubie od sztygara dostoł, na pamiontka. A telewizor dopiyro żech podłączył do sztekra i nic w niym nie ma ciekawego, coby pokazywać.

– To po chuj ci plazma, w której nic nie ma? – zdziwił się Rysiek. – Koncert chociaż jakiś włącz, dałem ci przecież Zeppelinów na DVD w prezencie. Albo mecz jakiś... Alojz, słyszysz mnie, dupku? Dawaj ten szajs do okna!

– Doczkej ino, wejrza sie w program.

Zwierzchowski westchnął, upił piwa i zapadł w leżak, zamykając oczy. Poczuł się błogo. Słońce przyjemnie ogrzewało twarz, w ustach czuł cierpki posmak, a wywołane podczas spotkania wspomnienia z chorzowskiego koncertu wciąż kotłowały się w głowie.

W takich chwilach i o tej godzinie – gdy uciążliwa dzieciarnia tkwiła jeszcze w szkołach, jej rodzice w biurach i zakładach, a lokalni zadymiarze odsy­piali pracowite noce – nie sposób było sobie wyobrazić milszego i przytulniejszego miejsca niż skryte w cieniu ogromnych „kukurydz” katowickie osiedle Tysiąclecia. To miejsce było jak raj w rok po podpisaniu przez Adama umowy z deweloperem – wciąż dawało się wyczuć zapach boskich jabłek gnijących pod asfaltem.

– I’m dressed in black, I’m a heart attack... – ryknął Alice Cooper z kieszeni spodni Ryśka.

Rockman otworzył oczy, zerknął na zegarek i westchnął ciężko. No tak, to by się zgadzało, pomyślał, po czym wyciągnął telefon, który ani chybi włączył dupą. Tak jak się spodziewał, dzwoniła Janka. Odebrał.

– Witam cię, słońce dni moich. Naprawdę wierzysz, że Bóg ci da, jak wcześnie wstaniesz? I w ogóle ile ty spałaś? Przecież tam u was musi być teraz jakaś nieludzko wczesna...

Ale Janka nie była zainteresowana pogaduszkami. Jej głos aż drżał z oburzenia.

– Is it true?!

Rysiek upił solidny łyk piwa.

– Czy co jest prawdą, misiaczku, bo chyba się gubię?

– Don’t toy with me! – Janka uderzyła w wysokie tony. – Czy jesteś pewien, że ta dziewczyna to też twoja córka?

– Złotko, nie wiem, o czym ty do mnie...

– Ta dziewczyna, z którą dzisiaj rozmawiałeś!

– Aaa, Dorotka! – Rysiek upił kolejny łyk piwa, zanim wyjaśnił. – Moja albo Lemmy’ego, kluseczko. To było na koncercie Motörhead w Monachium i, o ile mnie pamięć nie myli, nad mamuśką tej małej parę razy skrzyżowaliśmy miecze.

– Tato, for God’s sake!

– Nie rozumiem, co cię tak oburza. Wypełniałem tylko wolę Wszechgrzmocącego, tak? Macie tam pod ręką jakąś Biblię, mała bezbożnico?

– Oczywiście, że mamy, przecież Dave jest pastorem!

– No właśnie. To tam stoi jak byk: „Rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię”, nie? Zobaczysz, twój stary jeszcze świętym zostanie za gorliwość.

W oknie naprzeciw pojawił się Alojz, a zaraz potem kawałek jego telewizora plazmowego. Rama okna dzieliła ekran na dwie nierówne części, absolutnie uniemożliwiając oglądanie czegokolwiek. Rysiek pokręcił głową z dezaprobatą.

Tymczasem Janka vel Janice najwyraźniej doszła do wniosku, że nie wymusi na ojcu skruchy. Przyzwyczaiła się zresztą do tego. Choć była jedynym dzieckiem, które wciąż przyznawało się do Ryśka, dawno zdała sobie sprawę, że rodzeństwa ma pewnie więcej, niż liczy sobie parafia jej męża. Właściwie następna siostra nie robiła już żadnej różnicy. To tylko jedna intencja więcej w codziennej modlitwie.

– No nic, tato – powiedziała w końcu – skoro tym razem nic nie wyszło, spróbujemy again, gdzie indziej. Zobaczysz, znajdę coś wreszcie.

– Nie wątpię, perełko – odparł Rysiek. – A teraz ucałuj dzieciaki i zrób dobrze wielebnemu, żeby nie miał grzesznych myśli.

Janka vel Janice prychnęła.

– Bóg cię kiedyś ukarze za takie gadanie, zobaczysz.

Biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się chwilę później, nie mogła wypowiedzieć tych słów w gorszym momencie.

POPOŁUDNIE KRAKÓW

Po jakimś czasie Benjamin Benford junior miał już w kieszeni prawie sześćset funtów, dwieście pięćdziesiąt euro oraz trzysta polskich złotych. Uznał, że to wystarczy mu w zupełności, i całość wpłacił na specjalne konto. Teraz musiał tylko kupić bilet lotniczy, wrócić do Londynu i złożyć raport z przebiegu ostatniego testu. A potem, już z ojcowskim błogosławieństwem i rekomendacją, zająć się szukaniem pracy u ­jakiegoś ­lorda.

Tak, najprawdopodobniej już od przyszłego tygodnia czekało go życie, do którego przygotowywał się w zasadzie od kołyski. A na pewno od dnia, gdy po raz pierwszy przeszedł samodzielnie przez cały salon, co jego ojciec skomentował zapytaniem, z czego niby ma się cieszyć, skoro chłopak się garbi, ma za nisko głowę i źle stawia stopy.

Co dziwne, Benjamin naprawdę cieszył się na myśl o pracy, a świadomość, że nareszcie jest gotowy, napełniała go dumą. Tyle że...

– Nie – powiedział na głos. – Nie będę teraz o tym myślał.

I ledwie wypowiedział te słowa, zdał sobie sprawę, że nawet sam do siebie, nadal mówi po polsku. Jakby po ledwie trzech dniach w tym kraju już nie był w stanie się odzwyczaić.

Bo coś rzeczywiście było w tym języku, akurat to Benjamin przeczuwał już od dnia, gdy dziesięć lat temu po raz pierwszy go usłyszał. Może chodziło o te zabawne, urocze, ale i mordercze w wymowie głoski sprawiające, że słowa brzmiały jak wiatr szeleszczący w liściach drzew? Albo o niczym nieuzasadnione żeńskie końcówki, przez które rzeźba zawsze była kobietą, nawet gdy przedstawiała wąsatego marszałka?

Tak czy owak, ze wszystkich języków, jakie Benjamin poznał i biegle opanował, to właśnie polski darzył szczególną sympatią, ale i estymą. Tylko prawdziwi językowi twardziele mogli na co dzień mówić po polsku bez uszkodzeń w jamie ustnej i przypadkowych samougryzień.

Lingwistyczne rozważania Benforda przerwało wyświetlenie się strony z ofertami tanich lotów. Dość nagłe i niespodziewane, należałoby dodać, bo od momentu wpisania adresu Benjamin zdążył już zapomnieć, co właściwie wklepał w pasku, i pogrążył się w myślach, obliczeniach, marzeniach... Teraz zakodował sobie w głowie, tak na bliżej nieokreśloną przyszłość: w Polsce wolniejsza od internetu jest tylko miejska komunikacja. I uśmiechnął się pod nosem, wyobrażając sobie ową tezę w interpretacji Monty Pythona.

Tymczasem właśnie wyświetlona internetowa witryna ogłosiła z całą stanowczością, że nie ma żadnych informacji na temat wyszukiwanego lotu. Czerwoną czcionką, jakby oburzona, że w ogóle ktoś śmiał zapytać.

Benford otworzył listę lotnisk, a w osobnym oknie mapę Polski. Szybkie porównanie uświadomiło mu, że najbliższe lotnisko znajduje się w Pyrzowicach koło Katowic. Prawie dziesięć minut później strona z rozkładami ujawniła, że nie tylko ma do zaoferowania lot stamtąd do Londynu jutro przed południem, ale nawet w specjalnej ofercie cenowej. Wstyd było nie skorzystać.

Kwadrans później, uzbrojony w dwa wydruki biletów kupionych online – lotniczego i kolejowego – oraz notkę z sieciowej encyklopedii na temat „stolicy najbardziej uprzemysłowionego regionu Polski i jednocześnie największego miasta wielkiej aglomeracji śląskiej” Benjamin Benford junior opuścił przydworcową kawiarenkę internetową i ruszył na peron.

Wygodniej byłoby taksówką, ale trochę bał się ryzykować.

KATOWICE

Pierwszym, co Rysiek poczuł po przebudzeniu, było mrowienie w całym ciele. Ból nadszedł chwilę później wraz z pierwszą nieudaną próbą otwarcia oczu. Stary rockman czuł się teraz jak Guliwer w krainie liliputów – związany, dźgany tysiącem małych stópek i karany salwami z tycich armat przy każdym ruchu.

Był w szpitalu – to jedno wiedział na pewno. Wszędzie wokół śmierdziało środkami odkażającymi, lekami, farbą olejną i moczem, a taką zapachową mieszankę serwowały wyłącznie państwowe ośrodki zdrowia. To znaczyło, że coś mu się stało, miał nagły wypadek. Tylko jaki?

Ostatnim, co pamiętał, była rozmowa z Janką vel Janice, która tradycyjnie przestrzegała go przed boską interwencją. Pamiętał, że leżał wtedy na leżaku pod własnym balkonem i gapił się w okna Alojza. Następne wspomnienie to mrowienie i smród szpitala. Czyżby więc to był...

– Ja pierdolę – wychrypiał Zwierzchowski. – Dostałem zawału.

– O, łobudził żeś sie? Dochtor obstawioł długoletnio śpiączka.

Rysiek nie potrzebował wzroku, by zidentyfikować swego rozmówcę. Któż jeszcze mógłby siedzieć obok jego łóżka, jeśli nie weteran kopalnianych kombajnów, właściciel czterdziestosześciocalowej plazmy i czterech roztrzęsionych podbródków, Alojz Meller?

Chciał parsknąć, ale skrzywił się tylko – liliputy zasuwające tam i z powrotem jak szkolna wycieczka na zakopiańskich Krupówkach robiły się coraz bardziej bezczelne, a w ustach czuł posmak, jakby całował się niedawno z jakąś baterią. Albo dał się nakarmić metalowym lizakiem.

– Co ci je? – zapytał Alojz. – Bo wyglondosz jak czi ćwierci do śmierci.

Rysiek podjął kolejną próbę otwarcia oczu. Znowu okupioną bólem i, jak się okazało, bezowocną.

– Co mi się stało? – zapytał.

– Wersja dugo czy krótko?

– Krótka.

– Pieron cie ciulnoł.

Zwierzchowski sapnął. Mógł się spodziewać takiej odpowiedzi. Każdy przecież wie, że coś – zapewne kłopoty z ciśnieniem pod ziemią – miesza górnikom w głowach i zabarwia węglem poczucie humoru, czyniąc je czarniejszym niż amerykański prezydent.

– No dobra, a długa wersja?

Alojz wzruszył ramionami.

– Legnął żeś sie na tyn ligynsztul, godoł żeś bez telefon, śmioł żeś sie jak gupi do syra, a tu nagle jak niy ciulło. Dostoł żeś tym pieronym prosto bez łeb, a z ligynsztula łostała sie ino kałuża. Na szczyńscie nic wielgiego ci sie niy stało, dochtor godoł, że zaburzyło ci równowaga elektrolitów, ale poza tym...

– Czekaj, czekaj...

Zdumienie wygrało z bólem. Rysiek nie dość, że otworzył oczy, to jeszcze nawet podniósł się na łokciach. Grubego sąsiada widział teraz niewyraźnie; wyjątkowo tłusty hologram rodem z filmu science fiction.

– Wkręcasz mnie z tym piorunem, nie? Niebo było czyste, ani jednej jebanej chmurki!

Ramiona Alojza po raz kolejny uniosły się i opadły.

– Możeś czym Pon Buczka szterowoł, fto wiy... Mie by to wcale niy dziwiyło. Pamiyntosz jeszcze, jak żeś tych kocików łod Jehowych nafutrowoł zistom z marihuanom? Abo jak żeś pisoł na drzwiach „Highway to hell”, jak ksiądz łaził po kolyndzie? Abo tych krysznowców, coś do nich z giwery cylowoł? Jo tam myśla, że fto by tam na wierchu niy rządził, to mosz u niego richtich przesrane.

Rysiek parsknął.

– Tak, całkowicie. I dlatego właśnie przeżyłem walnięcie piorunem bez szwanku?

– Dyć mosz zaburzono ta równowaga tego czegoś...

– Piorun, Alojz, kurwa!

Górnik skapitulował.

– A terozki sie już dobrze czujesz? – zapytał.

– Jak na kacu, ale poza tym w porządku.

Rysiek rozejrzał się po pokoju. Ostrość wzroku wróciła i bez trudu dostrzegł nie tylko swoje ubranie ułożone na krześle, lecz także spokojnie zdołał odczytać napis na wpiętym w klapę znaczku. Mrowienie też powoli zaczynało ustępować, ostatni lilipuci maruderzy kończyli swe wędrówki. Tylko ból przy każdym ruchu – to głupie uczucie, gdy człowiek uderzy o coś łokciem, ale rozlane na całe ciało – powracał falami, ilekroć się poruszył.

Co oczywiście nie przeszkodziło mu, by zaraz odrzucić kołdrę i zapytać:

– To co? Zbieramy się?

Alojz westchnął. Wiedział dobrze, że argument pod tytułem „lekarz kazał” zadziała na Zwierza jak maryjny apel o zachowanie czystości w przeciętnym polskim gimnazjum, dlatego też zamiast mówić cokolwiek, wstał i zdjął lustro znad umywalki wiszącej w kącie. Podsunął je przyjacielowi przed twarz.

– Jakbyś szukoł swoich łachów, to żech ci je wciepnął do kastlika – powiedział. – Ino niy wiym, czy to mondre. Niy chciołbyś sam na trocha zostać, poleżeć i dychnońć?

Rysiek już miał odpowiedzieć złośliwostką, ale zamarł w pół słowa. Twarz, którą zobaczył w lusterku, nie była bowiem obliczem podstarzałego, ale wciąż dziarskiego rockmana. Z lustra gapił się na niego zmęczony starzec o obwisłych policzkach porośniętych jednodniową, niemal białą szczeciną. Do tego podkrążone oczy, usta spierzchnięte i spękane jak u rajdowca po Dakarze... Nie, zdecydowanie nie nadawał się teraz na listę seksownych tetryków imienia Seana Connery’ego. Ani na kogoś, kto powinien już teraz, natychmiast opuszczać szpital.

– Dochtor pedzioł, że wejrzy sam za jakoś godzina – powiedział Alojz, odwieszając lustro na miejsce. – Byś sie może do tego czasu drzymnoł trocha? Chociaż i tak za chwila pewnie przidom te twoje współlokatory.

– Kto?

Górnik spróbował ironicznego uśmiechu, ale cztery podbródki, niczym odważniki, skutecznie ściągały mu usta ku dołowi.

– Chopie, dyć to jes polski szpital, ja, choćbyś sie zdrzistoł, to niy bydziesz mioł cołki izby dlo siebie – stwierdził. – I tak możesz być rad, żeście niy dostali czech chrapiących opów.

Zerknął na zegarek od sztygara, elegancki i gustowny jak stara łada, i sapnął. W sapaniu był naprawdę dobry.

– Byda już szoł. Cza ci coś jeszcze? Załonczyć ci tyn telewizor?

– Możesz. – Rezygnacja w głosie Zwierza sprawiła, że zaczął brzmieć tak, jak wyglądał. – Zobacz, czy na którymś kanale mają jakieś wiadomości.

– Dobra.

JAKUB ĆWIEK CZŁOWIEK DROGI

Urodził się w Opolu. Rocznik 1982 – czyli ten sam, co debiutancki singiel zespołu Metallica, filmowy Conan Barbarzyńca i Blade Runner, to zobowiązuje.

Pierwsze trzy lata życia spędził jako dziecko całego akademika, po czym przeprowadził się z rodzicami do Głuchołaz. Dalej było już tylko gorzej, stał się człowiekiem drogi – przeprowadzał się 23 razy w ciągu ostatnich 5 lat.

Nie uznaje deadline’ów, sam wyznacza sobie cele i system pracy. Telefon odbiera, gdy zechce. Musi mieć czas zarówno na koncert Slasha, jak i na podróż autobusem po Stanach. To jego pomysł na proces twórczy. A w pracę angażuje się w pełni, o czym świadczyć może choćby książka „Ciemność płonie”. Żeby ją napisać, pół roku spędził na katowickim dworcu wśród bezdomnych – jadł z nimi, spał i rozmawiał.

Miał dwa marzenia w życiu – spotkać się ze Stephenem Kingiem i z Bruce’em Willisem – oba zrealizował.

Jeśli sprzedał do tej pory 150 tysięcy książek, to znaczy, że wybrał właściwą drogę.

Prawdziwy rockandrollowy ojciec Zuzi i Samuela – uwielbia śpiewać i grać, mimo iż nie potrafi.

Książki JAKUBA ĆWIEKA wydane nakładem naszego wydawnictwa:

Kłamca 1Kłamca 2. Bóg marnotrawnyLiżąc ostrzeCiemność płonieKłamca 3. Ochłap sztandaruGotuj z papieżemKłamca 4. Kill’em allDreszcz

COPYRIGHT©BYJakub ĆwiekCOPYRIGHT©BYFabryka Słów sp. zo.o., Lublin 2013

WYDANIE I

ISBN978-83-7574-847-5

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani wjakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana wśrodkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIAEryk Górski, Robert Łakuta

ILUSTRACJA ORAZ PROJEKT OKŁADKIPiotr Cieśliński

ILUSTRACJEIwo Strzelecki

REDAKCJATomasz Hoga

KOREKTAAgnieszka Pawlikowska

SKŁAD„Grafficon” Konrad Kućmiński

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail:biuro@fabrykaslow.com.pl