Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Marek Drelich, bohater jednej z najlepszych serii sensacyjnych w Polsce, powraca! Zbigniew Drozdowski, lokalny polityk z mroczną przeszłością i szansą na wejście do ogólnopolskiej gry, spotyka na swojej drodze mężczyznę potrzebującego podwózki. Kierowany dobrym nastrojem, pomaga, nie wiedząc, że autostopowicz to Drelich, złodziej uciekający po nieudanym napadzie na kantor.
Wkrótce potem, w ciemnym, zamglonym lesie Drozdowski potrąca człowieka. Uszłoby mu to na sucho... gdyby nie siedzący obok pasażer.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 75
Rok wydania: 2024
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 1 godz. 29 min
Rok wydania: 2024
Lektor: Janusz ZaduraKamil PrubanPrzemek CorsoMarcin KardachCezary PazuraGrzegorz DaukszewiczFilip KosiorEdyta Pazura
DRELICH. BAD LUCK
Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: Pulp Books
Redaktorka prowadząca: Agnieszka Włoka
Redakcja: Karolina Macios
Korekta: Małgorzata Kuśnierz, Izabela Grabda
Grafika okładkowa: Piotr Sokołowski
Projekt okładki i strony tytułowej: Piotr Sokołowski
ISBN 978-83-967566-5-7
PULPBOOKS SP. Z O.O.
ul. Łagiewnicka 121
91-863 Łódź
www.pulpbooks.pl
ŁÓDŹ 2023
WYDANIE PIERWSZE
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody Wydawnictwa i Autora.
Niniejsza powieść jest wyłącznie fikcja literacką. Podobieństwo do prawdziwych wydarzeń i postaci jest przypadkowe.
COPYRIGHT © BY JAKUB ĆWIEK
COPYRIGHT © BY WYDAWNICTWO PULP BOOKS ŁÓDŹ 2023
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
Szanowni Państwo,
Zanim wkroczycie w świat Drelicha: Bad luck, przyda się krótkie wyjaśnienie, z czym właściwie będziecie mieli do czynienia.
Słuchowisko, którego zaraz wysłuchacie, to audioopowiadanie osadzone w realiach cyklu powieściowego Drelich Jakuba Ćwieka. Ale pierwotnie powstało jako słuchowisko interaktywne.
Oznacza to, że w pełnym kształcie w kluczowych momentach fabularnych Bad luck słuchacz otrzymywał wybór, jak ta historia ma się dalej potoczyć, i fabuła rozwijała się zależnie od tych decyzji.
Wersja, której zaraz wysłuchacie, nie zawiera tej opcji wyboru. To tak zwany wariant autorski opowieści. Oznacza to, że w tym przypadku autor sam wybrał jedną z dostępnych fabularnych ścieżek, tak by stanowiła ona kompletną, zamkniętą historię.
Opcja z wybieraniem różnych wariantów jest dostępna w sklepie wydawnictwa Pulp Books — więc jeśli będą Państwo chcieli poznać inne możliwe ścieżki, którymi ta opowieść mogła się potoczyć, zapraszamy właśnie tam.
Co do samej historii, niezależnie od tego, czy znacie już powieści z cyklu Drelich czy nie, powinniście wiedzieć, że przedstawione tu wydarzenia mają miejsce przed akcją obu książek i nie są z nimi ściśle powiązane. Można od tej opowieści zacząć albo zapoznać się z nią już po lekturze książek. Bo poznać niewątpliwie warto.
To tyle. Zapraszamy do słuchania i w imieniu całego zespołu Pulp Books życzymy Państwu emocjonującej przygody.
* * *
O 17.23 Drelich zjawił się przy samochodzie. Otworzył drzwi od strony kierowcy i wymienił bilet parkingowy, bo ten leżący za szybą kończył się za siedem minut, a strefa płatnego parkowania obowiązywała do 18.00. Zrobił to, choć szczerze wątpił, by parkingowemu, którego tu wcześniej widział, chciało się robić obchody po zmroku, zwłaszcza w tak nieprzyjemnie wilgotny dzień jak ten. Potwierdzało się to, co kiedyś mówił stryj Józef – jesień to złodziejska pora roku.
Podmieniwszy bilet, upewnił się jeszcze, że rano nie popełnił szczeniackiego błędu i nie zostawił włączonych świateł, a tym samym nie rozładował akumulatora. Gdy okazało się, że nie, obszedł samochód i otworzył najpierw bagażnik, a następnie leżącą w nim niewielką torbę sportową. Wyjął z niej bejsbolówkę z napisem „BeCool”, którą od razu nałożył, oraz niewielki plastikowy klin z gumowaną krawędzią, drewniany klocek w kształcie walca i gruby zwitek dolarów. Wszystkie trzy przedmioty poupychał w kieszeniach lekkiej kurtki.
Zapiął torbę i przerzucił pasek przez ramię, upewniając się w odbiciu sklepowej witryny, że w dresie nie wygląda jak bandzior. Zależało mu raczej na zbudowaniu wrażenia nieco zaganianego, zapracowanego przedstawiciela klasy średniej, który jednak zawsze ma czas na barbera i siłownię. Przejechał dłonią po brodzie, po raz kolejny uznając, że na pierwszy, a także drugi rzut oka jest w porządku. Nawet dłonie w cienkich silikonowych rękawiczkach o cielistej barwie w sztucznym świetle nie powinny wzbudzić podejrzeń.
Zamknął auto i ruszył na drugą stronę ulicy. Zatrzymał się przy zakratowanej bramie. Szybko wpisał kod domofonu podpatrzony podczas pierwszej wizji lokalnej. Następnie przeszedł przez tunel bramy i podwórkowy parking. Za garażami rozciągnięta była metalowa siatka, w jednym miejscu rozpruta i pościągana trytytkami. Drelich odpowiadał za jedno i drugie.
Wyjął z torby nóż, przeciął plastikowe pętle, a potem przecisnął się przez dziurę, odchylił krzaki zaniedbanego żywopłotu i zeskoczył z niewielkiego murku. Upewnił się, że nikt nie przygląda mu się z pobliskich okien, i ruszył dalej, w plątaninę staromiejskich brukowanych uliczek.
Do celu dotarł o 17.29.
Niewielki kantor był jedynym lokalem użytkowym starej brzydkiej kamienicy, upchniętej między nowoczesny dwupiętrowy biurowiec a przychodnię. Mieścił się niedaleko zabytkowego rynku, ale mimo wszystko trochę na uboczu, bo w jednej z tych mniej reprezentatywnych ulic, i według Kracha miał dużą rentowność. W tej sytuacji oczywiście wymagało to dokładniejszego sprawdzenia. To miały być łatwe pieniądze i Drelich nie zamierzał wpakować się przy okazji na minę w postaci prowincjonalnej pralni jakiegoś bossa.
Sprawa okazała się dużo bardziej prozaiczna i związana z lokalną sytuacją polityczną. Przyklejony do stołka burmistrz od dawna rozdawał znaczone karty i pozwalał wejść do gry wyłącznie wybranym, blokując resztę. Krach żartował nawet, że w tych okolicznościach to nie żadna kradzież, a zwykła karma.
Sam lokal miał szerokość kolejowego wagonu i składał się z dwóch części. Pierwsza, przeznaczona dla klientów, była właściwie poczekalnią z podłogą ułożoną w karo, panelami na ścianach i kilkoma zdjęciami pokazującymi znane miejsca z różnych stron świata. Drugą oddzielono od niej wysokim kontuarem i szybą pancerną. Siedział za nią krępy, łysy mięśniak w koszulce polo, spod której wyłaniały się wyblakłe kolorowe tatuaże. Skupiony wystukiwał coś w telefonie, trzymając go oburącz. Sądząc po jego minie, to, co pisał, wzbudzało w nim niesmak albo zmuszało go do wysiłku.
Na prawo od szyby pancernej była elektroniczna tablica z kursem walut, na lewo drzwi z gałką zamiast klamki. Nad nimi z kolei jedna z trzech kamer. Pozostałe umieszczono nad wejściem i za plecami kasjera. Tam również znajdowało się wyjście na niewielkie zaplecze.
Monitoring nie miał dla złodzieja większego znaczenia, ale te drugie drzwi były ważne. Zamknięte oznaczały, że gdyby kasjer chciał dostać się na zaplecze, musiałby najpierw wstać i przesunąć obrotowe krzesło stojące na terakocie. Otwarte zamykałyby temat skoku na dziś.
Żaluzje w witrynie były opuszczone, ale te w drzwiach prowadzących do kantoru już nie, więc jeszcze zanim Drelich wszedł, wiedział już, że wszystko jest po jego myśli. Sięgnął do kieszeni, chwycił klin i przez dziurę w materiale wpuścił go do nogawki spodni. Poczuł, jak kawałek plastiku zsuwa się po nodze i zatrzymuje na w miarę luźnym ściągaczu. Wytrząsnął go z nogawki zaraz po przekroczeniu progu, udając, że wyciera buty, przesunął stopą i wepchnął pod zamknięte drzwi. Nie zakładał, że uniemożliwi wejście komuś wyjątkowo upartemu, ale na zwykłych klientów powinno wystarczyć.
– Paskudna pogoda – rzucił, uśmiechając się do kasjera spod bejsbolówki. Wiedział, że nie musi trzymać twarzy zbyt nisko, bo daszek rzucał na nią cień, a resztę kamuflażu robiła broda. – Jeszcze wczoraj w samolocie tęskniłem za Polską, a dziś myślę: na co mi to było? Co złego jest w Kalifornii?
Kasjer nawet nie udawał, że go to interesuje. Skupiony na telefonie poczekał, aż klient podejdzie, i dopiero wtedy pchnął w jego stronę przesuwną szufladkę na pieniądze.
– Bilonu i jednodolarówek nie skupujemy – mruknął na wypadek, gdyby karteczka umieszczona pod tablicą z kursem nie była dość czytelna.
Drelich sięgnął do kieszeni. Wyjął drewniany walec i położył na ladzie, a zaraz po nim zwitek banknotów. Ten był na tyle gruby, że zwrócił uwagę kasjera.
– To same setki są? – zapytał. – Bo przy transakcjach powyżej…
Nie dokończył, bo w tym momencie Drelich szarpnął za zwitek, włożył do szufladki, pchnął ją i przytrzymał, a lewą ręką zablokował ją drewnianym klockiem. Ze zwitka zaczęły się wydobywać dym i gaz.
– Co jest, kurwa?! – ryknął kasjer, odruchowo odsuwając krzesło. Zaledwie odrobinę, bo plastikowe kółka zablokowały się na fudze, ale wystarczająco, by uniemożliwić wyjście na zaplecze. – Co to…
Nie dał rady dokończyć. Krztusząc się i kaszląc, sięgnął rękami do gardła, a jego oczy w jednej chwili wypełniły się łzami.
Drelich rozpiął torbę i sięgnął po maskę przeciwgazową. Pod nią znajdowały się krótki łom i taser, ale wiedział już, że z tego pierwszego nie musi korzystać, bo kasjer właśnie rzucił się ku dzielącym ich drzwiom.
Zanim je otworzył, Drelich zdążył nałożyć maskę i chwycić taser. Mięśniak wypadł z rykiem, ale na progu potknął się i poleciał do przodu, wyrzucając przed siebie ręce.
Złodziej nie miał czasu na odskok – kasjer wylądował prosto na nim i obaj runęli na podłogę. Drelich szarpnął się, próbując się wywinąć, ale udało mu się jedynie nie uderzyć o podłogę tyłem głowy. Przywalony masywnym ciałem kasjera stracił resztkę tchu, a trzask żeber i kłujący ból natychmiast przywołały obraz ostrych kości przebijających płuca.
Znów się szarpnął. Zaplatając nogi wokół bioder przeciwnika, próbował oswobodzić ręce na tyle, by uniknąć spadających na niego ciosów. Te były chaotyczne, zadawane na oślep, ale gdy jeden trafił z boku w pochłaniacz maski gazowej, Drelich miał wrażenie, że tamten właśnie próbował zerwać mu twarz. Wiedział, że musi powstrzymać mięśniaka, bo każdy kolejny cios równie dobrze mógł pozbawić go przytomności. A na to za żadne skarby nie mógł pozwolić.
Skupił się na nogach. Pracując nimi, podciągnął wyżej przeciwnika, jednocześnie pilnując, by ręce mieć nad głową. Gdy tamten opadł na niego, przywierając całym ciałem, Drelich wepchnął dłonie pod pachy, blokując ramiona i tym samym ograniczając przeciwnikowi ruchy. Wsunął ręce pod jego pierś i złapał się mocno za dłonie, blokując tamtego jeszcze bardziej, ale jednocześnie płacąc za to kolejnym przeszywającym wybuchem bólu. Mimowolnie wróciła do niego wizja przebitych płuc. Nigdy tak naprawdę go to nie spotkało, więc nie był pewien, z czym się to wiąże. Wyobrażał sobie jednak, że mógłby stracić oddech, zacząć się dusić. Czy miałby wtedy jeszcze jakiekolwiek szanse, by stąd wyjść?
Niezależnie od czarnych myśli jego ciało pracowało dalej. Drelich rozplótł nogi zaciśnięte na biodrach kasjera i przenosząc stopy na jego kolce biodrowe, podciągnął się minimalnie, a potem naparł na lewo, próbując wyprostować nogę tamtego. Gdy tylko się udało, przekręcił się i nagle to on znalazł się na górze, w dosiadzie. Usiadł na przeciwniku i zaczął go zajadle okładać.
