Opis

Nina Łącz miała drugi wypadek samochodowy w ciągu trzech dni i była nieco zmęczona tym zamieszaniem. Była zmęczona także bałaganem, jaki zapanował w jej życiu. Pomyłka natury intymnej zamieniła się w stalking, groźby i uporczywie powtarzane złośliwe plotki.

 

Nina miała wszystkiego dość. 

 

Piątkowy wieczór, który zaczął się od lądowania w rowie, nie zapowiadał się zatem najlepiej, zwłaszcza że określenie "przypadkowo spotkana grupa bikerów" nigdy nie było dla Niny synonimem słowa "bezpieczeństwo". Jako że wśród motocyklistów był jednak znajomy Niny z pracy, policjant, więc dziewczyna uznała, że raz może pozwolić dać się uratować. 

 

W cichej willi pod Dobczycami grupa, która zgarnęła Ninę z drogi, szykowała się do wesela. Wszystko powinno odbyć się w miarę normalnie, jak na wesele oczywiście, tyle że... gospodarze nie byli tym, na kogo wyglądali. 

Cóż, rodzina do której należą między innymi: Andrea Niwiński i dwójka jej mężów, Alex i Oleg, doktor Mary Nitsch, Misiek, Wojtek, Kuba, Hyeon Ju i jego żona Parvaneh, zdecydowanie wyróżnia się na tle Kowalskich i Smithów tego świata. 

 

Nie, nie chodzi o to, że nowi znajomi Niny piją, biją się, jedzą mnóstwo, kąpią się nago w jeziorze, wiecznie rozmawiają o pracy, uprawiają hazard i romansują na potęgę. Nie, oni uważają, że istnieje coś takiego, jak świat Nadnaturalnych i oni sami są, no właśnie, Nadnaturalni.

 

Nina stwierdza, że sama nie jest chyba do końca normalna, skoro zakochała się w Yoshim, jednym z uczestników odjechanego wesela, polubiła jego starszą córkę, znalazła nową pracę i przy okazji sporo dowiedziała się o sobie. 

 

Akanishi no Yoshitsune, zawsze dumny ze swojej umiejętności zarządzania emocjami i przyjmowania rzeczywistości taką, jaką jest, w czasie wesela swojej córki spotkał się twarzą w twarz z dwoma zjawiskami.

Pierwsze z nich było koszmarem. Autentyczną marą senną, która dręczyła go od ponad tygodnia, a przez którą ciągle przeżywał najgorszy dzień swojego życia.

Drugie było niespodzianką. Yoshi nie sądził, że kiedykolwiek pozwoli sobie na miłość, zwłaszcza - nie do człowieka! Yoshitsune nie mógł przewidzieć, że dzięki temu Człowiekowi, Ninie, odzyska miłość, z którą utracił, kiedy był bardzo młody.

 

Miłość? To już dużo, ale nie wszystko.

 

Co jeszcze może się przydarzyć dwójce ludzi, których dzieli prawie wszystko?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1290

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Monika Lech

Dreamwalker i Wilk

Droga Smoka, część6

ISBN: 978-83-953592-6-2

Szanowna Czytelniczko, Drogi Czytelniku:

To jest ROMANS PARANORMALNY! Ma wszystkie plusy i minusy swojego gatunku.

Podobnie jak autorka tej książki, jej bohaterowie ceniąsobie Herodota. Mówiąw związku z tym dużo i często do siebie. Akcja nie pomyka do przodu jak jednorożec z kreskówki. Jeśli tego oczekujesz, możesz sięzawieść.

Postaci sąludzkie w jednym: w ich wadach. Nierzadko klną, czasem sąbrutalne, zwykle nie mająszacunku dla prywatności, okazjonalnie podejmująfatalne decyzje. Mająnawetżycie intymne, które omawiają.

Dlatego niniejsza książka jest przeznaczona wyłącznie dla dorosłych odbiorców. Zawiera sceny, które nie sąodpowiednie dla młodego czytelnika. Autorka prosi, by osoby nieletnie po niąnie sięgały.

"Dreamwalker i Wilk" to powieść, utwór fikcji literackiej. Imiona, postaci, miejsca i zdarzenia sąalbo wytworem wyobraźni autora, albo sąużyte w kontekście fikcji literackiej i należy je interpretowaćwyłącznie w zgodzie z zasadami gatunku, do którego ta powieśćnależy. Jakiekolwiek podobieństwo do osób czy wydarzeńjest całkowicie przypadkowe i niemożliwe.

Credits:

(C)Monika Lech 2019

Cover photo by Nusypanka from Pixabay.com

Wrona: by GDJ from Pixabay.com

Książka, którąmasz w ręku jest dziełem twórcy i wydawcy, którzy prosząo przestrzeganie ich praw do dzieła, które stworzyli i wydali. Książka nie może byćpowielana i przekazywana bez zgody Autora. Cytowanie i omawianie musząodbywaćsiębez ingerencji w jej treść.

"Dreamwalkera i Wilka" dedykujęOli Strzeleckiej, jej mamie, jej mężowi - Radkowi oraz ich Hani. Oraz zawsze i wszędzie mojemu mężowi - Robertowi.

DziękujęWam za wsparcie!

ML

Chapter 1: Za przeproszeniem: clusterfuck

Bochnia, Dobczyce, 21 - 27 czerwca 2059

Nina

Szpital w Bochni byłjednym z tych, których nikt nie remontowałod dobrych dwudziestu lat. Odrapanełóżka wyglądały, jakby ich celem było pożarcie pacjentów. Kolory były równie podnoszące na duchu jak wyposażenie. Podłoga była szara i mimo uporczywego mycia, którego byłamświadkiem, ciągle lepiła siędo moich tenisówek i mlaskała, odklejając sięod podeszew butówśpieszących korytarzem pielęgniarek i salowych.Ściany kiedyśmiały kolor kawy z mlekiem, a teraz to byłodcieńwymiocin. Jadowita zieleńfartuchów personelu medycznego powodowała,że pacjenci zamykali oczy. Zimneświatło jarzeniówek niektóre z tych kolorów podkreślało, inne tłumiło prawie do zaniku.

Nad wszystkim unosiłsięodór lizolu, który ostatnio czułam w Port Moresby. Myślałam,że lizol używany jest tyko w trzecimświecie. I was proved wrong.

W moim pokoju stały czteryłóżka. Wszystkie były zajęte.Łóżko przy oknie, oddzielone parawanem od reszty nas, zajmowała starsza pani, która była nieprzytomna całe dwa dni, kiedy tu leżę. Przez te dni nie zajrzałdo niejżaden z lekarzy, kręciły siętylko pielęgniarki, zmieniając cewniki, kroplówki i zabierając worki z moczem. Pozostałe dwie panie, krępe i zaaferowaneżyciem pięćdziesięciolatki, mówiły bez przerwy. Na szczęście rozmawiały ze sobą, nie ze mną.

Przez cały dzień, a w zasadzie przez oba dni, milczałam i udawałam,żeśpię. Tyleże nie spałam. Myślałam, a kiedy jużzasnęłam, budziły mnie koszmary.

~~*~~

Jak siętu znalazłam? W tej Bochni, trzydzieści kilka kilometrów od domu? Nie wiem, czy chcecie wiedzieć, a raczej - czy powinnam o tym mówić. To zbytżenujące,żeby siętym chwalićna prawo i lewo, ale co mi tam. Przecieżto ja zaczęłam opowiadać, prawda?

Miałam wypadek. Dachowałam. Przekoziołkowałam kilka razy, nim mój samochód uderzyłw podporęwiaduktu na autostradzie i na niej sięzatrzymał. Potłukłam sięmocno. Cośmusiało mi sięprzy tej okazji w głowie przestawić, bo wypełzłam z dymiącego samochodu i nie miałam ochoty siędo siebie odzywać.

~~*~~

Chociażnie, ta rewolucja w mojej głowie zaczęła sięw Krakowie, jeszcze na Dąbiu, kiedy odrzuciłam połączenie od mojej mamy. Mogłam z niąporozmawiać. Przecieżnawet nie wsiadłam jeszcze do samochodu, zresztąmam głośniki i rozmowa nie byłabyżadnym kłopotem od strony organizacyjnej. Byłaby jedynie kłopotem psychologicznym.

Moi rodzice mieszkająi pracująza granicą, w miejscu, z którego nie mogązadzwonićot tak, kiedy chcą. Zwykle odzywali siędo mnie raz w miesiącu, kiedy schodzili do miasta po zapasy iżeby zaszalećw ich unikalnym stylu.

Jużpiąty raz odrzuciłam połączenie od nich. Nie byłam w stanie zajmowaćsięnieuniknionymi kłopotami, które na nich spadły tym razem. Tak, jestem marnym dzieckiem i jeszcze gorszym człowiekiem.

Po nieodbytej rozmowie z mamąprzypomniała mi sięsytuacja w pracy; ta, której byłam bohaterką. No, i w konsekwencji sama praca, której nie lubię.

~~*~~

A na samym końcu uświadomiłam sobie,że nie jestem szczęśliwa. Dawno sięnie uśmiechałam, ośmiechu to nawet nie wspomnę. Sądni, kiedy nie mówięnic do nikogo, unikając nawet banalnej wymiany zdańw firmie.

Nie narzekam, nie jestem z natury rozmowna, ale to cośmówi, right? Mieszkam przecieżw milionowym mieście, w którym nie jesteśw stanie byćsam, bo zawsze ktośna ciebie patrzy i czyjeśoczy cięobserwują, nawet jeśli to tylko oczy strażnika miejskiego, który ma pechowązmianęprzy monitorach nadzoru.

Gdybym jednak zrobiła wykres własnego samopoczucia, stanu psychiki, to wyszedłby zbiór idealnie zamknięty pomiędzy dwiema liniami. Dolna na poziomie: "jestźle, ale da sięznieśći w sumie nie ma o czym mówić". Górna na poziomie: "jest fajnie, ale nie zmieniłabym planów,żeby poczućtego więcej".

~~*~~

Na Stoczniowców dotarło do mnie,że nie jestem nieszczęśliwa, not exactly. Bywam nawet umiarkowanie zadowolona, ale dawno, bardzo dawno nie czułam szczęścia. Innych rzeczy też: zadowolenia z siebie, przynależności, dumy z tego, kim jestem, dumy z dokonańbliskich mi ludzi, przyjaźni, koleżeństwa. Radości. Relaksu. Tego nawet gry mi nie dawały od jakiegośczasu. A powinny. Powinnam grać, bo mam mistrzostwa za miesiąc i chciałabym dobrze w nich wypaść.

To wszystko uświadomiłam sobie przebijając sięprzez Nowohucką.

Myśl o mistrzostwach i o tym,że jestem w końcu wicemistrzem Polski, teżnie sprawiła,że sięuśmiechnęłam i poczułam dumę. Nie. Ja, stupid girl, uświadomiłam sobie,że od dawna nieśmiałam sięna głos.

To objawienie przyszło na autostradzie na wysokości Podłęża. Kraków byłzakorkowany, miałam czas myśleći analizować.

W Szarowie zrozumiałam,że sama sobie jestem winna.

Potem zadzwoniłtelefon i przegapiłam swój zjazd, ale nie przejęłam siętym zbytnio, bo rozmowa poprawiła mi trochęnastrój.

Później, przed kolejnym zjazdem, tym na Bochnię, miałam wypadek.

Takąmiałam geografięemocji.

Objawienia w mojej głowie miały miejsce w czułych objęciach ekranów zagłuszających ryk autostrady.

How romantic.

Nie, ożyciu uczuciowym nawet nie chce mi sięmyśleć.

~~*~~

Trochęponad tydzieńtemu komenda zrobiła nieoficjalną, ale w zasadzie to obowiązkowądla wszystkich imprezęz okazji Sobótki. Takiżarcik, bo komendant wojewódzki ma na imięRajmund, a szef komendy miejskiej, Rudolf. Obaj obchodząimieniny 21 czerwca i obaj bardzo wierząw zasadę"ręka rękęmyje". Od kiedy jeden jest na Mogilskiej i drugi na Lubiczu, "imieninki" robiąwspólne. Cost effective, you know.

W tym roku mieli szczęście, bo ichświęto wypadało w sobotęi mogli zaszaleć. Zorganizowano zatem uczciwąpopijawęw policyjnym stylu. Po dwóch godzinach od zakończenia oficjalnych przemówieńwszyscy byli naprani jak działa, upaleni, czym siędało i szczęśliwi jak norki. Biegali po całym kompleksie Fortu Kleparz wrzeszcząc, wyjąc iśpiewając.

Nie jestem policjantką. Pracujęna komendzie, w administracji. Ogarniam, księguję, dostarczam. Jestem złotąrączkąw zdezorganizowanym, budżetowym piekle. Załatwiałam na tęimprezęwszystko, co jest legalne i mieści sięw budżecie. Na nielegalne i pozabudżetowe nawet nie patrzyłam. Nie jestem odważnąosobą, nie jestem funkcjonariuszem. Bardzołatwo można by siębyło mnie pozbyć, a praca jest mi potrzebna, thank you very much. Jak chcąmiećwięcej wódy, niżjest pieniędzy w budżecie na reprezentację, to musząsami kombinować. Nie chcęo tym nawet wiedzieć. No, no, no!

Na imprezie byłam tak padnięta,że chciałam jak najszybciej iśćspać, ale przyplątałsiępolicjant, któryłaziłza mnąod kilku miesięcy, robiąc słodkie oczy, pusząc się, uwodząc w bardzośmieszny i w sumie niesłychanie prymitywny sposób. Chciałam go kolejny raz odesłaćdo diabła, ale pomyślałam, ja, kompletna idiotka, do usług,że w sumie, co mi szkodzi? Czy ręka pod kocykiem, czy pan aspirant, jakie to ma znaczenie?

No tak, no. Kiedy jestem zmęczona i strasznie spięta, robięsięnakręcona. Raz miałam orgazm w czasie egzaminu, serio! To było, kiedy profesor powiedział,że zostały nam trzy minuty, a ja miałam jeszcze mnóstwo rzeczy do napisania. Wiem, nie powinnam takich rzeczy mówić, bo zachowujęsięjak moja mama, ale jak full disclosure, to full disclosure. Czułam napięcie, którego chciałam siępozbyć.

Zamiast więc szukaćpo domu mojego wibratora, to pomyślałam,że zastosujęsobie pana policjanta. Swojądrogą, jaki jest sens ukrywania wibratora w mieszkaniu, w którym sięmieszka samemu, to jest pytanie za 100 euro.

Ta odkrywcza myśl przyszła mi do głowy na wjeździe na węzełWielicka. Rybitwy były rozkopane, tylko idioci jadątamtędy.

Jak sięokazuje, lepiej bym wyszła, znajdując ten wibrator. Pan aspirant, aczkolwiek w pewnym sensie stanąłna wysokości zadania, to jednak byłjednym z moich gorszych wspomnieńi ma poczesne miejsce w katalogu z innymi, złymi wspomnieniami. Girls would know what I mean.

Tak sięskończyła moja próba bycia "młodąi beztroską", czyli wdrożenie wżycie nauk, które od lat wkładali mi w głowęrodzice oraz usiłowanie wypełnienia ich gorącej prośby: "zacznijżyćdziecko, zacznij wreszcieżyć! Tyle tracisz!"

W zasadzie na tym powinna sięta niefortunna przygoda skończyć: na moim zniesmaczeniu sobą, nim i sytuacją. Ale wżyciu działa prawo Murphy’ego i jeśli cośmoże siępogmatwać, to pogmatwa sięna pewno. Pan oficer ubrdałsobie,że jesteśmy parą. Gorzej, uważał,że jestem jego narzeczoną. A my nie jesteśmy parą! Nie byliśmy nawet nażadnej randce, for goodness' sake! Z całąpewnościąnie jesteśmy także zaręczeni. Bzyknięcie kogośw samochodzie to nie zaręczyny. Nie jestem Jezebel, ale nie jestem także pruderyjna i nigdy nie przyszło mi do głowy czekaćna tego jednego, jedynego,żeby mu ofiarowaćsiebie nałożu obsypanym płatkami róż. Seks jest fajny, z odpowiedniąosobąjest nawet bardzo fajny, ale seks nie daje nikomu prawa do mnie.

Pan aspirant o tym nie wiedział. Nie dopuszczałtego doświadomości. Czaiłsięna mnie na korytarzach Mogilskiej. Zostawiałkwiaty przy komputerze. Czekałprzed wejściem,żeby mnie odprowadzić. Za każdym razem przyświadkach mówiłam,że nieżyczęsobie,że dziękuję,że nie. Nie jesteśmy parą, nie jesteśmy narzeczonymi. Nie rozumiał, moje ponawiane odmowy zdawały siędo niego nie docierać. Zaczepiałmnie na stołówce. Byłwszędzie!

Dzwonił. Nie odbierałam.

Dzwoniłdalej. Wyciszyłam telefon, wyłączyłam wibracje.

Zasypywałmnie wiadomościami. Jednego dnia potrafiłich wysłać300.

Jego kolesie rzucali w mojąstronęniewybredne dowcipy.

Trochęto znosiłam, później poszłam do mojego dyrektora. Mamy w policji procedury, które powinny mnie chronićprzed takimi zachowaniami. Mój dyrektor pokiwałgłową, zobaczyłilośćwiadomości i połączeń, i powiedział,że w zasadzie sama sobie jestem winna, bo nie powinnam była z nim khm khm sięfraternizować.

Oczywiście,że nie powinnam, for the love of God! To byłprawdziwy clusterfuck, nie…

No właśnie.

Nie, no skąd, tego ostatniego nie powiedziałam! Gen samobójstwa społecznego w mojej rodzinie skończyłsięmniej więcej na pokoleniu moich rodziców. Słucham przełożonych, nie spieram sięz nimi. Nie ma we mnie nic z rewolucjonisty. Zbyt potrzebujępracy i pieniędzy,żeby sięunosićgodnością.

Przełożony powiedziałmi,że nie powinnam robićani policji, ani w policji kłopotów, zwłaszcza nie komuś, kto ma takąkarieręprzed sobą, jak rzeczony pan oficer. Dodał, trochęnieśmiało,że może powinnam sięz aspirantem umówić? Zapytałam, w ostatniej próbie dania mu szansy jako człowiekowi, nie jako szefowi, czy może mi jakośpomóc?

Nic nie odpowiedział. Ani nie naciskałam, ani nie wysłałam mu podsumowania tego spotkania w mailu.

~~*~~

A pan aspirant zacząłza mnąjeździćdo domu. Siedziałw samochodzie pod moim blokiem, a kiedy odjeżdżał, na zwolnionym przez niego miejscu stawałradiowóz. I tak przez kilka dni. Do wczoraj. Plus zaczepki,łażenie za mnąpo korytarzu, czajenie siępod drzwiami toalety. I zacząłbyćcoraz… gwałtowniejszy. Obrażony, zły. Kwiaty sięskończyły. Były wyszeptywane: "kto teraz?", "nie uciekniesz", "w końcu dotrze do ciebie,że jesteśmoja". I inne słowa. Nie mam ich w swoim słowniku.

Nie mogłam uwierzyć,że w ciągu pięciu dni moje nudneżycie mogło zmienićsięw piekło.

Wszyscy widzieli działania pana aspiranta. Niektórzy siękrzywili, inni poklepywali mnie pocieszająco po plecach, mówiąc,że mu przejdzie,że faceci tak mają. Jeszcze inni sięze mnie nabijali. Jeszcze inni robili mi propozycje, bo czemu nie, right? Przespałam sięz jednym, prześpięsięz innymi. Z nimi.

Czułam sięstrasznie. Nie chciałam pamiętać,że poniżej pasa jeszcze istnieję.

Jedna z koleżanek z pracy powiedziała,że może trzeba by mu zasugerować,że mam kogoś, chłopaka czy coś…,żeby sięodczepił. Nie byłam przekonana,że to dobre rozwiązanie. Nie jestem feministką, ale nie lubięsięchowaćza plecami mężczyzn, szczególnie tych nieistniejących.

Nie zgodziłam się.

Musiała jednak puścićjakąśdezinformacjęw obieg, a panu oficerowi musiało sięto nie spodobać, bo kiedy w czwartek wzięłam wolne i pojechałam zobaczyćmiejsce, któreśniło mi sięover and over, miałam wrażenie,że cały czas mam we wstecznym lusterku ten sam radiowóz. Później moja paranoja kazała mi zauważyćjeszcze jeden samochód.

Kiedy w samochodzie odebrałam telefon od Laury, mojej koleżanki ze szkolnych czasów w Anglii, straciłam z oczu radiowóz, ale ten drugi samochód nie zniknął. Wydawało mi sięnawet,że jest bliżej mnie. Ale nie byłam w zbyt dobrym nastroju i prawdopodobnie sobie go wymyśliłam. Duże samochody to symbol statusu. Na płatnej autostradzie jest ich statystycznie więcej niżna drodze gminnej.

A telefon nie byłod Laury, tylko Edwarda… OK, po kolei. Laura urodziła sięi przez osiemnaście lat była dziewczynką, ale wszyscy wiedzieli,że wszystko poza gonadami i ciałem miała męskie. Wielka Brytania jest otwarta na takie kłopoty, z jakimi mierzyła sięLaura, więc zaraz po osiemnastce moja przyjaciółka poszła do sądu, dostała wszystkie zgody, przeszła przez wszystkie operacje, przez długie leczenie i jużod trzech lat jest Edwardem.

Była cudownie beztroskądziewczynąz dobrej rodziny, stała sięuroczym flirciarzem z dobrej rodziny. Zmiana płci nie miała wpływu na dar opowiadania.

Dlatego jadąc na miejsce, które przemierzałam weśnie od kilku dni, słuchałam, jak jej starszy brat, William, dowodzący statkiem szkoleniowym Marynarki Wojennej Jego Królewskiej Mości, miałna pokładzie tak zwane nastolatki, czyli "dzieci" w wieku 12-15 lat. Edward opowiadał, co grupa młodzieży potrafi zrobićz poukładanym statkiem i jego równie poukładanym dowódcą, a ja uporczywie przypominałam mu nasze wyczyny w internacie, z analogicznego okresu rozwoju. Współczułam Williamowi szczerze.

Edward, kończąc rozmowę, po raz kolejny wystosowałzaproszenie do Edynburga. Rozłączyłam sięmoże sekundęwcześniej, nim silnik mojego samochodu zacząłsiępalići nim uciekłam z drogi w bok, przebijając barierkę. Nie chciałam,żeby samochód zrobił"bum" na zatłoczonym zjeździe na Bochnię. Potem było to, o czym jużmówiłam.

Koziołkowanie, dachowanie, szpital.

Głupi seks z kolegąz pracy nie jest powodem mojej niechęci do samej siebie.

Nie jestem idiotką. Nie jestem ani hipisem i swingersem jak moi rodzice, ani pruderyjnącnotką, choćnawet nie pamiętałam, kiedy ostatnio sięz kimśprzespałam? To dlatego właśnie byłam taka zła na siebie: boźle wybrałam. Bo wszystko siętak pokomplikowało. Posunęłam sięnawet do tego,że w okolicach Rybitw wyrzuciłam wibrator. Do kosza, nie do rowu. Jestem ekologiczna. Nie chciałam miećnigdy do czynienia z seksem. Miałam mdłości na samąmyśl o tym, co stało się"po". Chciałam,żeby "to wszystko" sięskończyło i nigdy więcej sięnie powtórzyło.

Czy jestem złym człowiekiem?

Nie.

Nie jestem złym człowiekiem.

Jestem zwykłą, trochębezmyślną, trochęegoistycznądwudziestoparolatką. Niewiele wystajęponad przeciętnośćna plus i chyba niewiele na minus.

Jestem uporządkowana, więc zrobiłam sobie katalog wad. Okresowa bezmyślność, upór,łatwośćw ocenianiu innych, tchórzostwo, uciekanie od znaczących wyborów. Pływanie po powierzchni rzeczy. Oportunizm i konformizm. Mistrzostwo, a właściwie to wicemistrzostwo Polski, w eskapizmie.

A, i nie zapomnijmy o pierwszych oznakach szaleństwa. Niestety tak, to prawda. Miewam dziwne sny. Jestem wariatkąin making.

Nie "dziwne" w sensie,żeśniąmi sięniezwykłe rzeczy, jak gigantyczne karaluchy rozprawiające o polityce Borisa Johnsona. Nie. To przecieżśni siękażdemu, so it’s not so strange.

Moje sądziwaczne, bo czasemśni mi sięcoś, co wygląda jak cudza rzeczywistość, jak cudzy sen. Z niektórych wychodzęz jakimśfantomowymi siniakami, z zadrapaniami i bólem. Wszystko przechodzi, ale jest w miaręrzeczywiste.

W niektórych z moich snów jestem nawet odważna.

Ostatniośnięw kółko, again and again, o prostej, prawie nieoświetlonej drodze, zsuwającej sięłagodnie z podwójnej górki; o skrzyżowaniu, o drogowskazie z napisem "Stradomka 3", o samochodzie, który taranuje inny samochód. Jakby mój. Widzęsiebie z szerokootwartymi, martwymi oczyma. I szerokie, błyszczące liście, które lecąna karoserię. I płonienie pożerające niewielką, metalowąpuszkę, w której jest moje ciało.

Kolejny mój sen o płonącym samochodzie.

Kiedy napięcie w pracy było zbyt duże do zniesienia, postanowiłam na sekundęoderwaćsięod rzeczywistego koszmaru i skupićna mniej rzeczywistym. Znalazłam na mapie miejsce, o którymśnię. Wzięłam wolne i właśnie jechałam obejrzeć"the point", kiedy miałam wewnętrzne objawienia natury emocjonalnej i kiedy rozmawiałam z Edwardem.

W całym zamieszaniu i w stresie związanym z mojąnieudanąpróbąposiadaniażycia intymnego, postanowiłam znaleźćmiejsce mojej domniemanejśmierci. Nie wiem, czemu myślałam,że to cośpoprawi. Call me stupid.

Moja urocza kupa złomu zapaliła sięna autostradzie. W innym miejscu niżto, o którymśniłam.

~~*~~

Leżałam więc z zamkniętymi oczami na szpitalnymłóżku i dalej mieszkałam we własnej głowie. Ażprzestały działaćśrodki przeciwbólowe i przyszła rzeczywistość.

Czułam sięjak jabłko noszone dwa dni w damskiej torebce. Wyciąga sięje stamtąd poobijanie, z miękkim, pachnącym i zbrązowiałym miąższem. Miałam wrażenie,że to byłam ja, to jabłko. Czułam każdy mięsieńz osobna. Ale jak powtarzałdośćmiły lekarz: niczego sobie nie złamałam, nawet nie podrapałam sięspecjalnie. Siniaki będą, ale trudno sięobyćbez nich, skoro wyszło sięcało z dachującego samochodu, prawda, droga pani?

Zresztąna mojej skórze widaćkażdy mocniejszy dotyk i siniaki nie sąniczym dziwnym. Nawet ze snów wychodzęczasem posiniaczona, so…

~~*~~

Mój samochód wypadku nie przeżył. Byłjużstary, ponad dziesięcioletni, i według informacji od miejscowego policjanta znalazłsięna złomowisku. Podobno cośw nim nie wytrzymało i cośpuściło, jakieśhamulce, sprzęgło, koło, nie mam pojęcia co, a potem silnik zacząłsiępalići straciłam kontrolę.

Nie tak to pamiętam. Pamiętam,że zjechałam z autostrady, bo nie wiedziałam, czy silnik nie wybuchnie. Nie miałam kłopotu z hamulcami ani ze sprzęgłem. Moje auto po prostu zaczęło siępalić.

Słuchałam jednak przesłuchującego mnie policjanta, nic nie mówiąc, nie dokładając swoich opinii, kiwając tylko głowąi myśląc. Konformizm i szacunek dla "pana władzy" to ja, remember?

Trochęto było jednak zaskakujące, ponieważmój staruszek przechodziłwszystkie remonty i kontrole w policyjnym warsztacie. Nasi mechanicy potrafiątrzymaćokazy muzealne na chodzie. No, ale cudów widocznie tam teżrobićnie potrafią.

Zamajaczyłna horyzoncie moment, na który tak długo czekałam. Decyzja przez duże "D": kupićsamochód? Jest sens? Za co? Z mojej policyjnej pensji?

Ha ha ha.

A co, jeśli odejdęz policji?

Nie miećsamochodu i jeść. Miećsamochód i jeśćtrawę.

~~*~~

- PaniŁącz? PaniŁącz!

Zniecierpliwiony głos wrzasnąłmi nad uchem i z bólem przetoczyłam sięna prawy bok. Przyłóżku stała wąsata pielęgniarka, patrząc na mnie spod krzaczastych brwi. Niewiarygodnie owłosiona kobieta. Niewiarygodnie.

- Pani ma do wypisu iść. Doktor czeka. Pani myśli,że doktor nie ma nic lepszego do roboty, niżna paniączekać?

Zawstydziłam siętrochę, bo faktycznie pewnie ma. Popatrzyłam na wąsatąpielęgniarkępytająco. Wzruszyła ramionami. Była szczupła i niestara. Te wąsy do niej nie pasowały.

- Tu chorzy ludzie miejsc potrzebują. Co pani myśli,że to hotel jest czy coś? Nic nie jest złamane, ani jednego szwu nie ma, wstrząśnienia nie ma. Po co tu pani ma tak zalegaćiłóżko nam zajmować?

Dwie panie przestały rozmawiaći patrzyły na mnie, jakby ktośrzeczywiście przeze mnie leżałna noszach na podwórku, oh please… Ale i tak poczułam sięgłupio.

Faktycznie, mogłam sięruszać. Bolało, ale zwykle przecieżboli, kiedy sięczłowiek poobija, right?

Jestem takim mięczakiem.

Podniosłam się, poprawiłam podkoszulek i usiadłam.

My goodness, jak ja bym chciała miećbiustonosz! W szpitalnym sklepiku były legginsy i cienkie podkoszulki, nie byłożadnej bielizny. Brak majtek mi nie przeszkadzał, ale brak stanika byłdla mnie kłopotem. Mam spory biust, miseczkęC idącąw D. Moje piersi, kiedy sąnieujarzmione bielizną, robiąsięniezdyscyplinowane, kiwająsięi przyciągająniepotrzebnąuwagę.

Nie lubiłam tego.

Nie lubiłam przyciągaćuwagi i spojrzeńludzi, niezależnie od ich płci. Zwłaszcza po tym ostatnim.

Skuliłam plecy.

To zawsze działa.

Wsunęłam stopy w tenisówki i wyprostowałam sięnałóżku. Ból mnieściąłz nóg. I’m such a pussy, jasny gwint! Jakośinni ludzie potrafiąsobie radzićlepiej z takimi rzeczami jak ból.

Zacisnęłam zęby i wstałam. Wsunęłam rękępod poduszkę, włożyłam porfel za pasek legginsów i poszłam za pielęgniarką, starając sięnie powłóczyćnogami. Nie mogłam sięwyprostować, ale do Krakowa dojadę. W samochodzie będęsięmogła oprzeć. Autobusów jużnie będzie o tej porze, ale na dole jest wypożyczalnia samochodów. Mała, bo Bochnia to nie Kraków, ale czynna 24/24, co jest dobrąrzeczą. Mam jeszcze na koncie jakieśpieniądze, na mały samochód powinno mi wystarczyć.

Dojadędo Krakowa, do domu, i położęsięspać. W poniedziałek zdecyduję, czy w przychodni wojskowej poproszęo dalsze zwolnienie, czy wrócędo pracy. Zdecydujęteż, czy chcęzłożyćwypowiedzenie i umrzećz głodu szukając roboty w supermarkecie, czy będępreferowaćrozsądne zachowanie: zaciśnięcie zębów i pozostanie na Mogilskiej.

Sąprzecieżnaświecie gorsze rzeczy niżpraca dla policji. Na przykład prostytucja. W opinii wielu moich koleżanek i kolegów niewiele zresztąjest różnic między mnąa paniami z Kurników i okolic Dworca.

Mamy 2059 rok, a ja mam wrażenie,że to jakiś1919.

~~*~~

Siedziałam w wypożyczonym małym fiacie i sprawdzałam, czy maświatła, hamulce i działające sprzęgło. Dwa razy weryfikowałam każdy przycisk i każdąwajchę. Wszystko działało. Miałam oddaćtego malucha jutro do południa na Dworcu Głównym. Dostałam nawet jakąśzniżkęmundurową, mimo iżmundurowym nie byłam. Tu w Bochni sięszanuje osoby dbające o porządek w państwie, bo, proszępani, elementu siętu pląta coraz więcej i ktośgo musi za pysk trzymać, bo inaczej uczciwi ludzieżycia miećnie będą.

Tak mówiła starszawa i czerwonowłosa pani, podająca mi kluczyki i pokazująca jedyny mały samochód na całym parkingu. Oprócz zielonkawego fiacika stałna nim jeszcze jakiśogromny SUV i niebieskie coś. Oba zdecydowanie poza moim zasięgiem finansowym, w dodatku na benzynę. Nie dla mnie zatem. Jestem konsekwentnie ekologiczna, tam gdzie mnie na to stać.

Wysłałam wiadomośćdo Edwarda, któremu przyznałam siędo wypadku i który dostałataku paniki, i chciałmi przysłać, cytuję: "kogośdo pomocy". Dałam mu znać,że wyszłam ze szpitala. See, Eddy boy? Mówiłam ci,że to była tylko stłuczka? Wysłałmi stado serduszek. Płećzmienił, ale emotikony dalej lubi. Pewne rzeczy sąbardziej zakorzenione niżpłeć. Kto by sięspodziewał?

Wyjechałam naŁapczycę.

Skoro i tak jestem o okolicy, to przy okazji zobaczęto miejsce, o którymśnięseryjnie, nawet w szpitalu. Każdy chciałby przecieżzobaczyćmiejsce, gdzie ma umrzeć, prawda? Call it morbid curiosity if you want.

Na szczęście "the point" byłprzy bocznej drodze, która ku mojej uldze prowadziła do innej drogi, a ta dojeżdżała do Krakowa. Nie musiałam wracaćautostradą.

Nie chciałam jechaćautostradą.

Bałam sięautostrad. Na autostradzie czająsięna mnie duże samochody i wydarzająmi sięwypadki.

~~*~~

Niewiele starych dróg jest ciągle w jakim takim stanie. Unia dawno jużprzestała przyznawaćfundusze na niezwykle drogąw utrzymaniu infrastrukturę, a rząd utrzymuje tylko autostrady i najważniejsze drogi krajowe.

Inne, te mniej ważne, leżąodłogiem. Jeśli jakaśgmina ma pieniądze, to wydaje je na najważniejsze remonty, jeśli nie, to z drogami na jej terenie jest słabo.

Tu było słabo. Małopolska to nie jest najbogatszy rejon Polski.

Pomyśleć,że za czasów młodości moich rodziców drogi podobno były budowane w ilościach hurtowych. Imagine that.

Autostradami zacznęjeździć, kiedy sięodkujęfinansowo i kiedy przestanie mi sięśnićplujący na mnie ogniem samochód.Śniłmi sięw szpitalu.

Szkoda,że nie mogęweśnie siebie samej uratować. Nawet we własnymśnie nie umiem byćbohaterem.

Moment? Dlaczego "plujący ogniem"?

~~*~~

Nie wiedziałam,że wypadek tak mnąwstrząśnie. Nie wierzyłam w kluczowe wydarzenia wżyciu. Zmiana, moim zdaniem, zwykle jest powolna, tektoniczna. Niezauważalna. Po prostu pewnego dnia siębudzimy i, bam!, zauważamy,że kiedy nie zwracaliśmy uwagi na naszeżycie,świat nam sięzmienił.

My sięzmieniliśmy.

Tymczasem przez ten wypadek czułam, jakbym stanęła na skrzyżowaniu albo na ogromnym, wielokierunkowym rozjeździe. Miałam przed sobąwięcej możliwości, niżkiedykolwiek chciałabym posiadać.

~~*~~

Droga przezŁapczycębyła zatłoczona, w dodatku kierowca, jadący za mnąsamochodem przypominającym czołg,świeciłmi w lusterko tak,że miałam kłopot z patrzeniem we wsteczne. Oślepiałmnie. Nie było mgły, po co mu takieświatła?

Oblałmnie zimny pot, kiedy przypomniałam sobie oba moje sny. Za każdym razemśniłam o dużym samochodzie i płomieniach. W pierwszym ktośspowodowałwypadek i ogieńpożerałsamochód, w którym były moje zwłoki. W drugim, duży samochód plunąłna mnie ogniem. W obu widziałam moje szerokootwarte, martwe oczy.

Good grief, nie mogęsięprzecieżbaćkażdego dużego samochodu! Co sięze mnądzieje?

Samochód jak samochód. Sam z siebie niczemu nie jest winien, zachowuj sięracjonalnie, dziewczyno. Kierowca jest idiotą, ale to nie powód,żeby miećduszności i atak paniki. Opanuj się.

Zresztąmiejsce, które mi sięśniło, jest kawałek dalej, na dole. Zaraz sięzatrzymam, on przejedzie, będzie spokój. O, jest pobocze.

Przyhamowałam lekko,żeby potem nie hamowaćjak na filmach.

Nie lubiłam kierowców typu need for speed. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego,że sama jeździłam raczej lepiej niżprzyzwoicie, ale nie lubiłam spędzaćczasu za kierownicą. Nie było to moje ulubione zajęcie.

O, właśnie!

To jestem cała ja. O tym mówię, kiedy myślęo palącej potrzebie zmiany. Zawsze narzekam! Tu mnie boli, tego nie chcę, to mi nie odpowiada!

No, czego jeszcze nie lubię?

Pracy, osamotnienia, policji, kolegów, uwag tychże kolegów, ludzi nieumiejących zrozumiećsłowa "nie", stanu własnego konta bankowego, bolących mięśni, autostrady, kierowcy, który nagle przyspiesza…

O holy shit!

Nacisnęłam hamulec. Jakimścudem uniknęłam wjechania w inny samochód. Ten wielki wóz z tyłu jeszcze przyspieszyłi poczułam uderzenie. Uciekłam mocniej w kierunku rowu. Zobaczyłam jeszcze zbliżające się, jadące z góryświatła i wycie mocnych silników. Uderzenie wyrwało mi powietrze z płuc, a pasy zacisnęły sięjak imadło. Ból, który na chwilęzelżał, zaatakowałznowu. Mam nadzieję,że moje sny jednak nie sąprorocze.

Bez gracji i płynności wychodziłam z płytkiego rowu. Stałam na poboczu gapiąc sięna leżący poniżej, dziwnie przechylony samochód i rozpaczliwie starając sięnie płakaćz bólu i strachu. Nie pamiętałam, co obejmuje ubezpieczenie i czy pokryje koszty holowania i naprawy. I nie miałam pojęcia, jak teraz dostanęsiędo Krakowa. Ani gdzie będęspać, jeśli siędo niego nie dostanę. Zapewne pozostanie mi sen w rowie. Nie ma paragrafu zakazującego spania w samochodzie w rowie.

Przez chwilębyłam tylko ja w tym miejscu moich snów.Żywa. Bardziej poobijana niż, kiedy wyszłam ze szpitala, ależywa.

Światło było takie samo jak we snach. Pogoda identyczna. Na asfalcie widziałam cieńjaskółek, któreśledziłam, kiedy spałam. Taka sama sroka siedziała na drogowskazie. Wszystko sięzgadzało oprócz jednego. Moje ciało było na poboczu, nie w płonącym samochodzie. Obolałe, ale bardzożywe. Samochód sięnie palił.

Tyle z wiary w sny i inne omeny. I should’ve known better.

Miałam dośćtego wszystkiego.

Nie wiedziałam, co robić.

Bezradnośćmnie pochłonęła na chwilę, zanim strach jej nie przezwyciężył.

~~*~~

Koło mnie zatrzymała siękolumna bikerów. Tych, których zauważyłam, kiedy zjeżdżali z wyciem silników z wyższej z dwóch górek. A ja stałam sobie sama, na tej całkowicie pustej, lokalnej drodze, z dala od zabudowań, nad wrakiem kolejnego samochodu, którym kierowałam. Kontemplowałam moje opcje.

Byli w skórach, jechali na potężnych, sportowych motocyklach. Stanęli na poboczu milczącym rządkiem. Niebo, obłoczki i czerwieńzachodzącego słońca odbijały sięod wizjerów ich kasków. Dwa motocykle pojechały bardzo szybko zaświatłami znikającego samochodu, tego, który zepchnąłmnie do rowu. Kolejne dwaśmignęły w przeciwnąstronę. Jeden z tyłu podjechałna czoło.

Zesztywniałam. Jedenastu motocyklistów i kobieta o zmierzchu… tak zaczyna sięco najmniej kilka marnych seriali. Przestąpiłam nerwowo z nogi na nogę. Tak siękończy folgowanie sobie i gonienie za fiu-bździu, za snami i tak dalej.

To zawsze kończy sięźle.

Od afery z aspirantem powinnam o tym wiedzieć.

~~*~~

Ten motocyklista, który podjechałdo przodu i byłteraz na czele kolumny, wyprostowałsięi zdjąłkask, uwalniając obcięte krótko przy bokach, a dłuższe u góry, ciemnawe włosy. Rozjaśniłsięw uśmiechu, który dobrze znałam.

- Imbirku, co ty, do kurwy, nędzy robisz w tej zabitej dechami dziurze?

Odetchnęłam z ulgąi ból mnie zgiąłtak,że oparłam ręce na udach.

- Komisarz Kubicki?

Uniosłam głowęi popatrzyłam na jednego z moich ulubionych policjantów, który pożegnałsięze służbąrok temu i podobno pracuje teraz jako prywaciarz.

Tak przynajmniej twierdzili ci, którzy przebąkiwali także,że Kubicki wybrałpełne konto bankowe ponad służbęojczyźnie iże w ogóle zawsze byłnieco podejrzany. Dla mnie nie był, ale kto słucha takich jak ja?

Dla mnie byłzawsze uprzejmy, zawsze solidny, nigdy nie piłna służbie, nie palił, trzymałsięz dala od klik i koterii i nie robiłprzewałów. Rzadki okaz. Nie do utrzymania w ekosystemie Mogilskiej czy w jej okolicach.

Zarumieniłam się. Nienawidzętej reakcji mojego organizmu. Mam dwadzieścia pięćlat, nie pięć! I jeszcze "Imbirek"…

Większośćludzi w policji ma jakieśprzezwiska i ksywki, to prawda. Dlaczego jednak moja musi byćtak przedszkolna?

- Byłkomisarz Kubicki, teraz jest zwykły Wojtek.

Uśmiechnąłsięznowu. Kiwnęłam mu głowąi wyprostowałam się.

- Jadę… próbujędojechaćdo Krakowa.

- No to dzisiaj nie dojedziesz. Jedźz nami, przenocujesz u naszych przyjaciół, jutro ktościępodrzuci do miasta, to w końcu niedaleko. Lekarz rzuci na ciebie okiem.

Widział,że nie jestem w dobrej formie, komisarz Kubicki zwykle takie detale wyłapywał. Nie udawał,że nie zauważyłsiniaków i tego,że ledwo oddycham. Odświeżająca, chociażmało budująca ego była ta jego szczerość.

Przyjrzałam mu się. Schudł. Miałwyraźniejsze linie twarzy, cieńzarostu na policzkach i brodzie. Byłjakby "bardziej" sobą, ale nie wiedziałam, jak to zdefiniować.

- Dopiero wyszłam ze szpitala, nie chcękolejnego lekarza - ugryzłam sięw język, ale było za późno.

Kubicki byłdobrym gliniarzem, a jeśli pracowałjako prywaciarz, to musiałbyćnawet bardzo dobry. Po co siętak głupio podkładam?

- Szpital?

Wzruszyłam ramionami. Nawet ten gest mnie zabolał. Pasy musiały mnie szarpnąćrównie mocno, jak przy pierwszym dachowaniu.

- To mój drugi wypadek w tych dniach, komisarzu.

Schowałam ręce za plecami. Nie chciałam,żeby lepiej obejrzałsobie moje siniaki.

- Nina, jedziesz z nami. Bez dyskusji. Odpoczniesz, lekarz cięobejrzy i jeśli da zieloneświatło, to jutro będziesz w domu.

Otwierałam usta, ale nie dałmi dojśćdo głosu.

- Jeśli nie da, zobaczymy.

Znowu otworzyłam usta.

- Nie, nie będziesz nikomu przeszkadzać.

Podniósłkask, nacisnąłcoś, powiedziałcicho kilka zdań. Motocykle zawarczały. Dopiero teraz zauważyłam,że tylko komisarz zdjąłkask, reszta grupy czekała na efekt naszej dyskusji, prawie sięnie poruszając. Strange, normalni ludzie sięwiercą.

Rozejrzałam się. Mężczyźni. Wszyscy to mężczyźni. Wysocy i mocno zbudowani, skóry i dopasowane dżinsy nie kryły faktu,że brzuchów piwnych nie mieli.Żaden z nich. Zrobiłam krok w tył. Tylko idiotka udaje siękilkunastoma facetami na motorach w nieznanym jej kierunku.

Komisarz popatrzyłna mnie poważnie.

- Nina… Serio myślisz,że… - uniósłbrwi.

Zaczerwieniłam się. Nie wiem, co mam myśleć. Lepiej byćzbyt ostrożną, niżstaćsięstatystykąpolicyjną.

Westchnął, pokręciłgłową.

- Na miejscu, w domu, do którego jedziemy, sąkobiety. Słowo byłego gliniarza. Ciotka Mary, Andrea i jeszcze inne panie. Kolejna piękna, ale groźna matrona dojedzie jutro z rana. Wszystkie sąbardzo szacowne, jedna jest policjantką. Dwie sąpo sześćdziesiątce, jedna ma tylko osiemnaście lat, ale nie mów,że ci to zdradziłem, bo mnie zabiją. Ja sięich bardzo boję. Młodej, policjantki, matrony, starszych i wszystkich.

Znowu sięuśmiechnął.

Przełknęłam.

"Ciotka Mary" to była groźna i podziwiana doktor Maria Zuzanna Nitsch. Bardzo znana patolog, która przestała pracowaćna Uniwersytecie i na Klinikach mniej więcej w tym samym czasie, kiedy komisarz rzuciłpolicję. Plotki mówiły,że oboje uciekli w sinądal, podobno z wielkiej miłości. Kubicki miałsięod pieluch przyjaźnićz synem pani doktor i przyjaźńsiętak "zdegenerowała". Plotki różne rzeczy mówiły o układach w tej rodzinie. Jakoże i o mnie ostatnio plotkowano, to nie przywiązywałam wagi do wszystkich wypowiadanych idiotyzmów wiążących Kubickiego z paniądoktor. Aczkolwiek… ona sama była piękna i specjalnie sięnie dziwiłam,że koledzy jej nie lubili i rozpuszczali rozmaite plotki, głównie mające zniszczyćjej reputację.

Każdy wie,że reputacjęmężczyzny niszczy sięmówiąc,że jest impotentem, a reputacjękobiety,że wręcz przeciwnie.

Nie buntowałam sięprzeciw temu, przynajmniej nie do momentu, kiedy takie plotki uderzyły we mnie. Teraz teżsięnie buntuję, teraz wszystko mnie boli.

Kolejna moja cecha: hipokryzja.

Wracając do doktor Nitsch. Faktem było,że w swojej dziedzinie byłaświetna. Ile razy miała otwarte seminarium lub warsztaty, to sięna nie zapisywałam i słuchałam jej wykładów. Warto było. Ona o patologii wiedziała wszystko i mówiła tak,że dało sięjej słuchaći nie zasnąć.

Andrea to kolejna osoba, o której plotkowano w kontekście komisarza. On mówiło niej "siostra", ale Mogilska i Biały Domek, a przynajmniej częśćz pracowników tychże, miały na ten temat innąopinię.

Jeśliby byłoby tak, jak to opisująplotki, to Kubicki nie miałby czasu pracować, bo przenosiłby sięz jednegołóżka do drugiego. A sama przecieżwidziałam,że na komendzie byłprawie zawsze.

Kilka kobiet, dwie z nich w starszym wieku.

Wydaje się,że mogęjechaćz nimi w miarębezpiecznie.

Kubicki uśmiechnąłsię, jakby wiedziało czym myślę. Znowu nacisnąłguzik i powiedział:

- Yoshi, jesteśnajbardziej odpowiedzialny z nas, weźNinędo siebie. I jedziemy. Ruchy panowie. Kolacja czeka.

Ciemnozielony i wyglądający na bardzo szybki motocykl zaparkowałprzy błękitnej maszynie komisarza. Honda na obcych numerach rejestracyjnych. Motocyklista byłwysoki i szczupły, nie tak masywny jak inni bikerzy. Nie zdjąłkasku, kiwnąłmi głowąi przesunąłsiędo przodu. Pokuśtykałam, trochęwstydząc siętego, jak wolno i niezgrabnie idę. Stanęłam przy motocyklu, zastanawiając się, jak mam sięzabraćza wsiadanie, kiedy czyjeśręce podniosły mnie i posadziły lekko, jakbym ważyła dziesięćkilo, nie swoje solidne pięćdziesiąt sześć.

Na szczęście powstrzymałam piśnięcie. Umarłabym ze wstydu, gdyby mi sięnie udało.

- Dziękuję, komisarzu - bąknęłam.

Motocyklista przesunąłsięjeszcze trochędo przodu i zdjąłciemnowiśniową, skórzanąkurtkę. Podałmi ją. Zawahałam się. Komisarz wyjąłmu jąz rąk i po prostu pomógłmi jązałożyć. Pachniała niesamowicie, jakośsmacznie, czysto i groźnie jednocześnie. Zapach byłtaki,że zmiękły mi kolana. Lubięzapachy, a ta mieszanka była niebywale mocna. Ciekawe, co to za woda?

Mój kierowca miałna sobie skórzane spodnie opinające biodra i ciemny, sprany, obcisły podkoszulek. Nie udało sięw tym stroju ukryćszerokich ramion i wąskiej talii. Przełknęłam i założyłam kask. Wcale nie obwąchałam mojego motocyklisty, kiedy poprawiałam pasek kasku. I’m not… ech.

- Wojtek, mam na imięWojtek - usłyszałam w słuchawkach - Jak twój angielski?

Szukałam rękami czegoś, czego sięmogęprzytrzymać, ale niczego nie znalazłam. Mężczyzna delikatnie chwyciłmnie za nadgarstki i pokazał,że mam go objąć. Wymruczałam przekleństwo.

Angielski? Mój angielski byłperfekcyjny, ale…

- Zapomniałem,że po angielsku mówisz lepiej, niżja po polsku - komisarz szybko zmieniłjęzyk - Nina, słyszymy cięw tych kaskach. Wszyscy mniej więcej rozumiejąteżpolski, więc uważaj, jak nas znieważasz.

- Ja nigdy bym… ja nie… Gdzie jedziemy? - zapytałam w końcu cicho.

Miałam ochotęspaśćz motocykla, kiedy usłyszałam ichśmiech.

- Pod Dobczyce. Na wesele.

- Wesele? Pana?

Kolejna salwaśmiechu i kolejny raz chciałam wejśćw tapicerkę. Na szczęście mężczyzna, do którego byłam przyklejona w przyjemny, ale dośćchyba niestosowny sposób, odpaliłmotocykl i ruszyliśmy.

Yoshitsune

Jechałem tużza Wojtkiem. Hierarchia grupy hierarchiągrupy, ale kiedy byliśmy sami, wiedzieliśmy, kiedy nie musimy jej przestrzegać. Hyeon Ju chciał,żeby dziewczyna, Nina, jak jąWojtek nazywał, była blisko ex-policjanta,żeby czuła siębezpiecznie.

Jechałem zatem tużza naszym tymczasowym przewodnikiem.

Nie ważyła dużo. Była drobna.Łatwa do czytania jak tabloid. Wszystko, każdąemocjębyło na niej widaći było czuć.

Młoda, dwadzieścia paręlat, nie przeszła jeszcze chyba za połowędwudziestki. Brązowawe, długie włosy, zaplecione w bardzo ciasny francuski warkocz spływały jej poniżej połowy pleców. Jasne oczy, nie wiem dokładnie, o jakim kolorze, jasna skóra, bez przerwy zarumieniona. Ciemniejsze plamki piegów. Szczupła, ale nie w atletyczny sposób. Czułem miękkośćjej ud, a nie stalowe mięśnie, jak te, które miała Andrea czy Susana. Pierwsza była byłymżołnierzem, druga jest zawodowym piłkarzem, grającym dla AS Roma. Ta dziewczyna, Nina, nie musiała pilnowaćtego,żeby jej ciało było zawsze i na wszystko gotowym narzędziem.

Wyglądała na nieśmiałą. Obserwowałaświat spod przymkniętych i lekko opuszczonych powiek. Czasem jej zapach mówiłjedno, a ciało cośinnego. Jakby chciała cośzrobići o tym mówiłjej zapach, ale zaraz potem cośsiędziało, zmieniała zdanie i jej ciało przekazywało jużcośinnego. Jakby była z sobąw bezustannym dialogu, a nawet w sporze.

Kiedy była zdenerwowana, zaplatała ręce przed sobą, na piersiach, i prawa dłońlekko gładziła lewe ramię. Miała siniaki, pewnie po tym wypadku, z którego dopiero co wyszła. Miała teżbardzoładny biust, wąskątalięi krągłe biodra.

Brawo Wilku, obejrzałeśjąsobie dokładnie.

- Yoshi?

James mówiłprosto do mojego kasku. Jego szkocki akcent, mocny i zdecydowany, zawsze sprawiał,że sięuśmiechałem.

- Samochód pojechałna Kraków, odbili w prawo w Książnicach, doholowaliśmy ich do głównej drogi. Lachie podpiąłim tracker. Jak dotrzemy do Dobczyc, zobaczymy, gdzie dojechali. Może Andy grzebnie i sprawdzi, co jest w bazie o tym samochodzie? I tym drugim?

- W jej własne wesele?

James znałmojącórkędoskonale, a ja pytałem tylko z przekory.

- Pójdzie spaćz kurami, o dziesiątej. Obudzi siępo dwóch godzinach, zmarszczy nos na nasze nadużywanie szkockiej i wejdzie w neuromancera z nudów.

Tak, James znałmoje dziecko doskonale. Andrea zrobi dokładnie to, o co jest oskarżana. A rano, jutro rano, powie nam, co jest nie tak z samochodami i ich właścicielami. Oprócz tego,że zepchnęli ten mały samochodzik i jego równie niewielkiego kierowcędo rowu.

- Dobra robota, James - powiedziałem i przyspieszyłem.

Po chwili zgłosiłsięHarry i zameldował,że ten drugi samochód zatrzymałsiępod jednym z domów w pobliskiej wiosce. Kierowcąjest starszawa pani. Ma naszego trackera, zobaczymy co dalej.

Nauczyliśmy sięnie lekceważyćstarszych pań.

~~*~~

Wojtek przyspieszyłiśmignęliśmy bocznymi drogami do Dobczyc, nad zalew, gdzie Kuba, przyjaciel mojej córki od wielu, wielu lat, miałpiękny dom i bardzo dużądziałkę, która skutecznie odizoluje nas od potencjalnie wścibskich sąsiadów.

Nie,żebyśmy zaryzykowali tutaj jakiekolwiek ujawnienie się. Nie, my po prostu lubimy względnąizolacjęod obcych i cenimy sobie swoje własne towarzystwo.

Jesteśmy jak te lekko zdegenerowane i liczne rodziny na południu Stanów. Mocne więzi wewnętrzne, silne poczucie przynależności do grupy, wysoko ceniona lojalność, odrębne obyczaje i prawa, które nijak sięmajądo ogólnie stosowanych. Wykonujemy zawody związane zwykle z "resortami siłowymi", konflikty rozwiązujemy za pomocąpięści. To, jak bardzo dominujący jesteśmy, definiuje nasząpozycjęw grupie. Lubimy mieszkaćwe względnej bliskości siebie.

Rozbawiło mnie nasze podobieństwo do hillbillies i country cousins wszelkiego typu. Rzeczywiście, niewiele było różnic między nami a redneckami. Znalazłem dwie. Pierwsza jest taka,że my nie pędzimy samogonu, ani nie mamy laboratoriów robiących dragi. Druga jest jeszcze lepsza: na piętnastu motocyklistów w naszej kawalkadzie przypadało dwadzieścia doktoratów, kilka MBA i co najmniej sześćwydanych książek. Co najmniej, bo nie dam głowy,że któryśnie pisze romansów w wolnym czasie. O stopniach wojskowych nie wspominam, bo "good ole boys" teżwojsko lubili.

~~*~~

Wjechaliśmy w bocznądrogęjużpo ciemku. Jasna i przestronna willa była oświetlona jak choinka. Pod rozsuwanym dachem ukryte było ogromne patio. Przestrzeń, osłonięta ażurowąkonstrukcjąod podjazdu i szeroko otwarta na jezioro, chroniona była moskitierąraczej dla efektu wizualnego niżdla faktycznej osłony przed atakiem krwiożerczych owadów.

To tam siedziała, leniwie rozłożona i lekko zawiana winem, piękniejsza i groźniejsza części naszej grupy. Nasze panie.

Wojtek zszedłz motoru pierwszy i delikatnie zdjąłmojąpasażerkęz siedzenia za mną. Ja teżzszedłem i postawiłem motor. Musiałem sięod niego nieco odsunąć, bo czułem, jak biegnie do mnie moje absolutnie nieodpowiedzialne dziecko.

Leci na pełnym gazie, jakby myślała,że uda sięjej mnie zaskoczyć. Odwróciłem sięi chwyciłem jąw ramiona, zanim zdążyła oparzyćsięo ruręwydechowąalbo zdemolowaćmój motor. Lubiłem go. Miałem wybór: ratowaćją, ratowaćmotocykl, zdjąćkask. Nie zdążyłem zdjąćkasku.

Moja córka, Andrea, była ode mnie niższa o jakieśdwanaście centymetrów. Szczupła, umięśniona, zwykle ironicznie uśmiechnięta, zawsze gotowa na rzucenie jakimśprzekleństwem, zawsze chętna do wypróbowania swoich siłz kimś, kto jest trzy razy cięższy od niej. Sama była leciutka, jakby nie ważyła nic. Od ponad półroku wszyscy usiłująjąutuczyć, a ona uparcie waży te swoje pięćdziesiąt kilogramów. Je jak smok, a nie waży więcej niżzmokła wrona. Ma chyba ptasie kości. I ptasi móżdżek, tak przynajmniej twierdząsamobójcy w naszej rodzinie.

Moje dziecko, dobre, ale nie nazbyt mądre, chwyciło kask w obie dłonie i odcisnęło mokry pocałunek na ciemnej szybie.Śmiałem sięjak niespełna rozumu. Ona zawsze dawała mi niezwykłąlekkośćducha. Rzadki dar na tymświecie.

Na kasku, oprócz zwłok much i komarów, miałem teraz odcisk ust Andrei. Zrobiony karminowąszminką. Pierwszy raz wżyciu widzęjąze szminkąna ustach. Postarała sięi przygotowała specjalnie dla mnie. Szminka, wnioskując z koloru, należy do Susany. Tylko do niej ten kolor pasuje.

- Zdejmuj kask, Yoshi! Stęskniłam sięza tobą.

Najmniejszy Alfaświata zawsze jest gotowy do wydawania rozkazów, a ja, durny rodzic, zawsze robięto, czego ona chce. No, prawie zawsze.

- Robalu paskudny…

Wojtek usiłowałprzyciągnąćuwagęswojej przyjaciółki i Alfy. Bez skutku.

- Ty tam! Pączku z lukrem przez dziurkęfaszerowany!

Tak, ta obelga mogła zadziałać.

- Spierdalaj psie, z ojcem sięwitam.

Oto moje dziecko w całej okazałości. Damy z niej nie da sięzrobić. Może dlatego,że nikt nie ma odwagi spróbować?

- Gościa mamy, ty naleśniku z chudym serem. Moja współpracowniczka z firmy. Miała kłopoty.

Andrea odwróciła sięw stronęstojącej między mnąa Wojtkiem dziewczyny, która znowu miała opuszczonągłowęi nie bardzo wiedziała, co zrobićz kaskiem.

Odebrałem go od niej i zdjąłem swój. Włosy rozsypały mi sięna ramiona. Noszęje długie, kask zwykle masakruje każdy sposób ich opanowania, a warkocza nosiłnie będę. Jestem w końcu Japończykiem, nie jakimśMandżurem.

Jasne oczy dziewczyny zrobiły sięokrągłe, potem znowu sięzaczerwieniła, a ja poczułem leciutki zapach zainteresowania. Ona sama pachniała czarnąporzeczkąiłagodnie chemicznie. Naftą. Nie byłto zapach naszych spalin, tylko częśćjej naturalnego zapachu. Ciekawy był, ten jej zapach. Z charakterem.

- Andrea Niwiński - moje dziecko wyciągnęło rękę.

Dziewczyna podała jej swoją.

- NinaŁącz.

Syknęła, kiedy Andy potrząsnęła mocno jej dłonią.

Andrea popatrzyła na mnie.

Skinąłem lekko. Była ranna.

- Ej! Misiek!

Moje dziecko potrafiło byćgłośne sposób niewiarygodny, ale było zawsze skuteczne. Twarz Michała wyłoniła sięz jednego z kasków. Rozpinałkurtkę.

- Lekarza nam tu trzeba. Ruszślicznąpupcięi weźpacjentkędo gabinetu.

- Ale…

Miękki głos dziewczyny nie byłw stanie przebićsięprzez rozpędzonąi wydającąpolecenia Andreę.

- Nie ma "ale", przecież… widzę,że cięboli. Jest tu trzech… hmm… lekarzy na miejscu, zaraz cięposkładają. Yoshi - Andy skłoniła głowęw ukłonie pełnym szacunku - zaprowadziłbyśNinę? Ja z psem pogadam o szczegółach, dobrze?

Skinęła głowąna Wojtka, który patrzyłna niąz czułościąiśmiechem.

- Najpierw powitanie, kremówko papieska.

Słuchaćjej musiał, ale umiałwynegocjowaćswoje. Bez dodatkowych uwag przytuliła siędo niego, potem znowu do mnie. Przygarnąłem jąmocno, czując, jak teraz wtapia sięwe mnie i oddycha głęboko. Kask jużjej nie przeszkadzał.

- Dały ci w kość?

Spędziła tydzieńw wyłącznie kobiecym gronie, w ramach "tygodnia panieńskiego", a my pracowaliśmy w Chinach. Niepokoiłem sięo resztępań, ich zdrowie psychiczne i ogólny dobrostan.

Kiwnęła głowąi stała chwilęz twarząw mojej koszulce. Przycisnęła mnie jeszcze mocniej do siebie. Jej małe dłonie zacisnęły sięna szwach mojej, nie do końcaświeżej, odzieży.

- Wszystkieżyją?

Wolałem sięupewnić.

Byłem przedstawicielem Prawa. W razie czego i ja, i Alex, jeden z jej przyszłych mężów, musielibyśmy jakośtuszowaćzbrodnię.

Kolejne kiwnięcie.

Ucałowałem jąw czubek głowy. Krótka szczecinka jej fryzuryłaskotała mnie w usta.

- To dobrze, Andy-chan, jestem z ciebie autentycznie dumny.

Zaczęła sięśmiać.

- To byłbardzo długi tydzień- powiedziała, odklejając sięode mnie - tęskniłam za wami.

- Powinnaś, Tesoro - głęboki głos Olega, potężnego Rosjanina, odezwałsięzza moich pleców - Powinnaśtęsknićza nami. I przywitaćsięz nami na samym początku. Mężowie przede wszystkim,śmiem przypomniećnieśmiało. Przestrzegajmy tej prostej zasady, dobrze? Inaczej znowu dojdzie do katastrofy, bo my sięobrazimy, wyzwiemy Yoshitsune, ty staniesz po jego stronie, dołączy do was nasz ojciec i zawstydzicie nas obu w dojo. Tego nie chcemy. Prawda, Tesoro,że nie chcemy?

Odsunąłem się. Andy zrobiła krok w kierunku Olega, który przytuliłjądo siebie. Za niąstanąłAlex, wysokiłysol, o ciemnawej skórze. Przytulili sięw trójkęi zastygli na długi moment zupełnie bez ruchu.

- Andrea! Nie przedślubem, ty deprawatorze nieletnich! Tu sądzieci!

Andrew Napier, przystojny szatyn, wskazywałpalcem stojącąna patio osiemnastoletniąSusanę, która postukała sięw czoło znacząco, wyciągnęła w jego kierunkuśrodkowy palec i odwróciła sięostentacyjnie tyłem dożartującego Drew.

Reszta rodziny Napierów, sześciu pozostałych braci, parsknęłośmiechem, a najstarszy z nich, Charles, rzuciłpo szkocku coś, co wywołało kolejnąsalwęśmiechu.

Młoda Rzymianka była jednąz niewielu kobiet, których Andrew nie olśniłi nie rzuciłod razu na kolana. Nie, inaczej…, które odmówiły zachowywania się, jakby je olśniłi oczarował.

Odświeżające uczucie.

Każdy z nas powinien miećkogoś, kto trzyma go w emocjonalnym pionie. Byliśmy niemożliwie rozpuszczeni, bo zazwyczaj podobaliśmy siękobietom.

Odwróciłem sięw kierunku naszego gościa. Dziewczyna patrzyła na Olega, Andreęi Alexa jak zaczarowana. Obserwowała ich z mieszaninąfascynacji, zaskoczenia, niepewności i konfuzji. Zębami przygryzała pełniejsządolnąwargę. Zupełnie nieświadomie przysunęła sięo krok do mnie. Dotknąłem jej ramienia, podskoczyła, lekko syknęła i znowu sięzarumieniła.

Opuściła oczy.

Znowu poczułem ten zapach: kobiecego zainteresowania.

Wojtek uniósłbrwi, miałdobry węch, lepszy nawet niżzwykle miewamy. Wzruszyłem lekko ramionami. Alex także patrzyłna mnie spoza ramienia Andy, z lekko uniesionąbrwią. Trójka nowożeńców jużsię