Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 503 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dream Team - Jack Mccallum

Nigdy więcej nie będzie takiej drużyny – Magic Johnson

W ciągu dwudziestu dwóch lat, odkąd Dream Team zawładnął światową opinią publiczną, otacza­jąca go aura tajemniczości tylko się spotęgowała, podobnie jak wpływ, jaki wywarł on na koszykówkę. Książka doskonale odtwarza tamte chwile – kiedy dwunastu wybitnych zawod­ników połączyło siły, osiągnęło sukces, który przerósł wszelkie oczekiwania, i jednym błyskawicznym kontrata­kiem ukształtowało całą przyszłość sportu.

Prowadzeni przez autora zasiadamy z koszykarzami do nocnych partyjek pokera, a także przysłuchujemy się ich roz­mowom na temat ukochanej dyscypliny, sławy i wzajemnych relacji. Wisienką na torcie jest szczegółowe sprawozdanie z legendarnego sparingu rozegranego w lipcu 1992 roku, w którym przeciwko sobie stanęli najlepsi zawodnicy DREAM TEAMU – być może był to najlepszy mecz i najwspanialszy pokaz trashtalkingu w historii.

W Dream Team opowiada nieznaną dotąd historię najlepszej drużyny wszech czasów: koszykarskiej reprezentacji olimpijskiej Stanów Zjednoczonych z 1992 roku, która urzekła świat, rozbudziła sportowe marzenia dzieciaków i sprawiła, że NBA stała się międzynarodową sensacją.

McCallum przez całe igrzyska spędzał czas, grał w golfa, a także pił drinki z najlepszymi koszykarzami: Magikiem Johnsonem, który mimo niedawnej diagnozy o zarażeniu HIV stał się niekwestionowanym liderem drużyny; Michaelem Jorda­nem znajdującym się wówczas u szczytu sporto­wych i marketingowych możliwości; Charlesem Barkleyem, którego wypowiedzi mogły doprowadzić do konfliktu międzynarodo­wego… Na czele najsłynniejszej drużyny świata stał Chuck Daly, którego podejście pozwoliło wykorzystać potencjał takich gwiazd jak Larry Bird, Patrick Ewing czy Scottie Pippen.

Opinie o ebooku Dream Team - Jack Mccallum

Fragment ebooka Dream Team - Jack Mccallum

Dla mojego Dream Teamu: Donny, Chrisa, Jamie, Jill i Olivera.

„Z wiekiem coraz mniej interesuje mnie to, co nowe, a coraz bardziej to, co przetrwało”.James Hynes

„Żyć znaczy latać – nisko albo wysoko. Zetrzyjcie więc kurz ze skrzydeł i odgońcie sen z powiek”.

Townes Van Zandt

„Nic, kurde, nie wiem o Angoli. Ale Angola ma problem”.

Charles Barkley

Dream Team 1992

BARKLEY, Charles, wzrost: 193 cm, skrzydłowy; komentator TNT, który po zakończeniu kariery stał się jeszcze sławniejszy; nadal grywa z innymi celebrytami w golfa, choć śmieją się z niego, że źle trzyma kij; najlepszy strzelec Dream Teamu, w Barcelonie znany głównie z włóczenia się po Las Ramblas i z tego, że znokautował łokciem koszykarza Angoli.

BIRD, Larry, wzrost: 206 cm, skrzydłowy; kiedy pisałem tę książkę, wciąż jeszcze zarządzał Indiana Pacers, tęskniąc za złotymi czasami; w Barcelonie przeszkadzał mu ból pleców, zakończył karierę niedługo po igrzyskach; na olimpiadzie nieoczekiwanie zaprzyjaźnił się z Patrickiem Ewingiem; namówił Chrisa Mullina na legendarny pojedynek koszykarski w H.O.R.S.E.

DREXLER, Clyde, wzrost: 201 cm, obrońca; biznesmen i golfista, weteran Tańca z gwiazdami; chciałby zostać trenerem NBA; zadowolony, że znalazł się w Dream Teamie, niezadowolony, że powołali go tak późno; pamiętany za to, że na jeden z treningów założył dwa lewe buty i udawał, że nic się nie stało; wciąż nie wierzy, że Michael Jordan był od niego lepszy.

EWING, Patrick, wzrost: 213 cm, center; asystent trenera w Orlando Magic, niezadowolony, że wciąż nikt nie zatrudnił go w roli pierwszego trenera; dużo popularniejszy wśród kolegów z drużyny niż wśród dziennikarzy; Harry – połowa duetu Harry i Larry.

JOHNSON, Earvin, wzrost: 206 cm, obrońca; głównodowodzący w firmie Magic Johnson Enterprises, dawno temu obiecał sobie, że będzie szychą w świecie wielkiego biznesu; czasem poirytowany, że koledzy z Dream Teamu zachowywali się na parkiecie zbyt egoistycznie; zmienił nastawienie milionów ludzi wobec HIV i AIDS; kiedy pisałem tę książkę, na Broadwayu powstawała sztuka teatralna poświęcona NBA, mająca unieśmiertelnić jego i Larry’ego Birda.

JORDAN, Michael, wzrost: 198 cm, obrońca; właściciel drużyny Charlotte Bobcats; po nieudanych doświadczeniach menedżerskich w Washington Wizards próbuje robić wszystko jak należy; prowokował Magica, po legendarnym zwycięskim sparingu śpiewając mu Be Like Mike; zgodnie uznawany przez wszystkich członków Dream Teamu za samca alfa i najlepszego koszykarza wszech czasów; pewne wątpliwości ma jedynie Magic, a szczególnie Drexler.

LAETTNER, Christian, wzrost: 211 cm, skrzydłowy; miał ostatnio problemy z płynnością w biznesach prowadzonych wspólnie z kolegą z uczelni Duke, Brianem Davisem; planuje rozpocząć przygodę trenerską; wygląda na to, że poważnie podchodzi do zmiany negatywnego wizerunku zepsutego bachora; zasłużył na powołanie do Drużyny Marzeń, będąc jednym z najwybitniejszych koszykarzy akademickich.

MALONE, Karl, wzrost: 206 cm, skrzydłowy; poważny koszykarz, który marzy o powrocie do NBA w jakiejkolwiek roli; jego etyka pracy inspirowała wielu członków Dream Teamu; treningowe spięcia pomiędzy Jordanem i Magikiem zawsze go wkurzały.

MULLIN, Chris, wzrost: 198 cm, obrońca / skrzydłowy; odnosi sukcesy jako komentator stacji telewizyjnej ESPN, być może wkrótce powróci do pracy za biurkiem po nieudanym eksperymencie w klubie Golden State; w Barcelonie przekonał do siebie sceptyków znakomitą skutecznością (prawie 61,9 procent z gry, 53,8 procent rzutów za trzy punkty).

PIPPEN, Scottie, wzrost: 203 cm, obrońca / skrzydłowy; miał poważne problemy finansowe, ale dzięki temu, że pojawiał się w mediach jako komentator sportowy, a jego żona wzięła udział w kilku reality show, nigdy nie wypadł z obiegu; wspomniał kiedyś, że LeBron jest lepszy od Jordana, potem się z tego częściowo wycofał; jako jeden z najwszechstronniejszych zawodników pokazał, że zasłużył na powołanie do Dream Teamu.

ROBINSON, David, wzrost: 216 cm, center; prowadzi prywatną szkołę – Akademię Carvera w San Antonio; żyje po chrześcijańsku; w porównaniu z innymi członkami Dream Teamu raczej outsider, choć powszechnie szanowany; w parze z Marsalisem stworzyli niezapomniany duet na dachu w Barcelonie.

STOCKTON, John, wzrost: 185 cm, obrońca; obecnie zatrudniony na pełny etat jako kierowca rozwożący członków swojej rodziny w Spokane, dzięki czemu jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie; trenował Court- ney Vandersloot, gwiazdę swojej macierzystej uczelni Gonzaga; kontuzja sprawiła, że nie pograł w Dream Teamie tyle, ile by mógł.

DALY, Chuck, trener; zmarł na raka w 2009 roku; obiecywał, że w Barcelonie ani razu nie weźmie czasu na żądanie i rzeczywiście nie wziął; był powszechnie uwielbiany, dziś wszyscy za nim tęsknią.

WSTĘP

– Masz kasetę z tym meczem? – zapytał Michael Jordan.

– Mam – odparłem, a on powiedział:

– Stary, wszyscy pytają o ten mecz. To było najfajniejsze ze wszystkiego, co mi się kiedykolwiek przytrafiło na parkiecie.

To znamienne dla legendy Dream Teamu, najbardziej dominującej ekipy, jaką kiedykolwiek udało się zgromadzić w jakiejkolwiek dyscyplinie sportu, że Michael nie odnosi się do prawdziwego meczu, ale do wewnętrznego sparingu, który Dream Team rozegrał w Monte Carlo przed igrzyskami w 1992 roku. Ponad dwadzieścia lat temu Amerykanie rozegrali latem czternaście meczów – sześć w eliminacjach przedolimpijskich i osiem podczas samego turnieju w Barcelonie, gdzie w drodze po złoto miażdżyli kolejnych rywali. Największy opór stawiła niezła drużyna Chorwacji, która w finale igrzysk przegrała tylko 32 punktami. Standardowe zestawienia statystyczne nie mają w przypadku Dream Teamu żadnego sensu, a jego członków można było porównać tylko wtedy, kiedy rozgrywali bezpośredni pojedynek między sobą.

Zapis tamtego meczu to koszykarski Święty Graal, a jego opis znajdziecie w rozdziale 28.

Tamtego lata wraz z Dream Teamem przez Barcelonę przetoczył się sztorm idealny. Wszystko do siebie pasowało. Członkami drużyny byli niemal wyłącznie weterani NBA u szczytu lub prawie u szczytu swoich możliwości. Czekał na nich świat, który wcześniej mógł się cieszyć co najwyżej namiastką koszykówki NBA – igrzyska w Barcelonie były pierwszymi, do których dopuszczono zawodowców. Byli idealnym towarem eksportowym z kraju, który zajmował w świecie dominującą pozycję.

Scenariusz był wręcz doskonały, a kiedy gwiazdy Dream Teamu połączyły siły, przedstawienie okazało się jeszcze lepsze, niż ktokolwiek mógł przypuszczać… A przecież wszyscy i tak byli przekonani, że będzie fantastyczne. Byli jak Johnny Cash w więzieniu Folsom, jak Allman Brothers w klubie Fillmore East, jak Santana na Woodstocku. Larry Bird uważa: „Gdyby to się działo dzisiaj, ktoś zrobiłby z tego reality show”.

Nazwiska Michaela Jordana, Magica Johnsona, Larry’ego Birda i Charlesa Barkleya wciąż pozostają znane i są cytowane w naszej kulturze nawet po dwudziestu latach. Nie chodzi tylko o to, że jeden z członków Dream Teamu, obecnie gwiazda telewizji, zainspirował didżeja Danger Mouse’a i rapera Cee Lo Greena do stworzenia duetu hiphopowego o nazwie Gnarls Barkley. Ani o to, że Magic Johnson (u Red Hot Chili Peppers i Kanyego Westa), Scottie Pippen (u Jaya-Z), Karl Malone (u The Transplants), no i Michael Jordan (nie da się wymienić wszystkich przykładów) byli tematem niezliczonych piosenek. Weźmy taki przykład: nazwisko Johna Stocktona, schludnie ubranego, mało widowiskowego rozgrywającego, pojawia się w nagranym w 2011 roku utworze rapera z Brooklynu, Nemo Achidy, a na okładce najpopularniejszej koszykarskiej gry komputerowej, NBA 2K12, znajdujemy wizerunki Jordana, Magica i Birda, a nie współczesnych zawodników – LeBrona Jamesa, Dirka Nowitzkiego czy Derricka Rose’a.

Członkowie Dream Teamu są bohaterami serwisów informacyjnych, a czasem pojawiają się nawet w kronikach policyjnych. Nie tak dawno pewien skazaniec wytatuował sobie na czole logo Jumpman – wizerunek Michaela Jordana – a człowiek oskarżony o gwałt, odsiadujący wyrok w Arkansas, tak opisywał swoją ucieczkę przed gliniarzami: „Stary, byłem jak Michael Jordan. Ciach – i mnie nie ma”. Jakiś facet skazany za napad z bronią w ręku poprosił o wydłużenie wyroku pozbawienia wolności z trzydziestu do trzydziestu trzech lat – w hołdzie Larry’emu Birdowi, który grał z numerem 33.

Mimo to z kronikarskiego punktu widzenia tamta drużyna nie doczekała się godnego opisu. Dream Team, jak dinozaury, pojawił się w czasach, kiedy nie było jeszcze mediów społecznościowych. Poza pojedynczymi artykułami w gazetach trudno dotrzeć do opisów codziennych zajęć koszykarskich członków Dream Teamu („Bird pojawił się dzisiaj na rozgrzewce, bolą go plecy”), nie znajdziecie też relacji rozentuzjazmowanych fanów z przypadkowych spotkań w Barcelonie („O Jezu, spotk z ChazBark w barze #buziakwpoliczek #wcalenietakigruby, hihihi”). Do opowiedzenia pozostało jeszcze wiele historii.

Nie ma wątpliwości, że Dream Team, podobnie jak podpity rudy jegomość, którego mogliście kiedyś poznać w pubie w Dublinie, wygląda lepiej po latach, kiedy przepuści się go przez delikatne sito wspomnień i nostalgii. „Dziś jest to Dream Team składający się z samych miłych wspomnień – mówi David Stern. – Niczym dziarska armia rewolucjonistów maszerująca na wojenkę. Zapominamy o tym, jak Charles potraktował łokciem koszykarza z Angoli, jak Michael i reszta ekipy zasłaniali logotypy reklamowe, nie pamiętamy o wątpliwościach, po co w ogóle wysyła się na igrzyska drużynę, która chce poniżyć i upokorzyć reprezentacje innych krajów. Przez te lata zapomnieliśmy o negatywnych stronach ich popularności”.

Cóż, panie Stern, o tym wszystkim też będzie mowa w tej książce. Dream Team rzeczywiście powstawał wśród konfliktów sportowych i biurokratycznych i rzeczywiście towarzyszą mu liczne kontrowersje, które pojawiły się także po powrocie z igrzysk. Ta książka to tak naprawdę całościowy opis tamtego pokolenia. Po części dlatego, że od połowy lat osiemdziesiątych do początku lat dziewięćdziesiątych, podczas trwania złotej ery NBA, której zwieńczeniem był właśnie koniec Drużyny Marzeń w sierpniu 1992 roku, członkowie Dream Teamu byli głównymi aktorami na scenie koszykówki zawodowej.

Opowieść rozwija się mniej więcej (podkreślam: mniej więcej) chronologicznie. Wydawało mi się istotne, by opisać poszczególnych zawodników, zanim jeszcze trafili do Dream Teamu – Michaela Jordana jako młodego bohatera igrzysk w 1984 roku, Scottiego Pippena jako neofitę, który próbuje walczyć u boku słynniejszego kolegi z Chicago, Charlesa Barkleya jako nieokiełznanego dzikusa, no i oczywiście zaciekłych rywali z lat osiemdziesiątych: Magica Johnsona i Larry’ego Birda.

Dalej opisuję proces rekrutacji do Dream Teamu – kryteria doboru poszczególnych zawodników były często dużo ciekawsze niż same mecze. To był teatr polityczny, w ramach którego zdarzało się, że wbijano przeciwnikowi nóż w plecy, a stare i nowe porachunki nie pozostawały bez wpływu na decyzję o wyborze.

Równocześnie uznałem za ważne, żeby opowiedzieć, co członkowie Dream Teamu robią obecnie. Niektórzy powrócili w swoje rodzinne strony (Phoenix, Houston, San Antonio, Spokane), inni osiedli tam, gdzie prowadzą interesy (w Charlotte i Orlando). To będą przerywniki. Opowieść potoczy się zatem raczej w rytmie dryblingów Magica Johnsona niż prostych wsadów Charlesa Barkleya.

Tak jak każdy z nas, niektórzy członkowie legendarnej drużyny musieli w późniejszym życiu sprostać porażkom, czy to w roli mężów i ojców, czy trenerów, menedżerów i biznesmenów. Ale jeśli chodzi o koszykówkę, wszyscy ocierali się o doskonałość. Stworzyli kawał historii, są najlepszym zespołem wszech czasów, i to z ogromną przewagą. Jak powiedział menedżer Dallas Mavericks Donnie Nelson, który trenował jednego z ich przeciwników podczas igrzysk w Barcelonie, „trudno się w ogóle zastanawiać nad tym, kto był wtedy drugi”.

Najlepszym wyznacznikiem tego, co tamta drużyna oznacza dla historii, są słowa jednego z najważniejszych członków Dream Teamu, pięciokrotnego mistrza NBA, trzykrotnego zdobywcy nagrody MVP, mistrza NCAA, zwycięzcy licznych rankingów popularności. „Dream Team to największa rzecz, jakiej dokonałem w swojej karierze – powiedział Magic Johnson. – Nigdy więcej nie będzie takiej drużyny. Nie ma szans”.

PROLOG

DREAM TEAM DOSTAJE NAZWĘ

Barcelona, 1992

Od początku wiedziałem, że to zły pomysł, słowo honoru. Ale David Dupree, mój przyjaciel i kolega z „USA Today”, naciskał. „Pisaliśmy o Dream Teamie od samego początku. Powinniśmy sobie zrobić z nimi zdjęcie. Dla nich to nic wielkiego, a my będziemy mieli super pamiątkę”, przekonywał.

Pomysł na zdjęcie ze słynnymi sportowcami był ostatnią rzeczą, o jaką podejrzewałbym Davida, ale takie to były czasy, że słowa „Dream Team” znajdowały się na ustach wszystkich ludzi, nie tylko ze świata sportu. Działo się tak, odkąd na barcelońskim niebie zaroiło się od helikopterów, które niczym świetliki miały chronić zarabiających miliony dolarów koszykarzy, odkąd snajperzy zasiedli na dachach hoteli w Barcelonie z misją odstrzelenia potencjalnych zamachowców, którzy chcieliby przejść w ten sposób do historii, odkąd fanatyczni kibice otoczyli hotel, marząc o tym, żeby znaleźć się w pobliżu dwunastki Amerykanów kroczących ku złotu i piszących na nowo historię koszykówki.

„Magic się tym zajmie”, powiedział Karl Malone, kiedy zapytaliśmy go o zdjęcie. Byliśmy w Barcelonie i poszliśmy w trójkę na obiad. Reszta gości gapiła się na nas, to znaczy na Malone’a. Tę restaurację polecił mi przyjaciel – wtedy jeszcze nie było serwisów internetowych z rekomendacjami – ale nie był to najlepszy wybór. Na przekąskę przynieśli nam jajka przepiórcze.

„Stary, nie jadam takich gówien”, powiedział Malone, prosty chłopak ze wsi w Luizjanie. „Ja też. Czy ja wyglądam na amatora jaj przepiórczych?”, zaprotestowałem. „Ja tam nie wiem, co wy, białasy, jadacie”, stwierdził Malone, mrugając porozumiewawczo do czarnoskórego Dupree.

Kiedy skończyliśmy, Karl obiecał, że zajmie się kwestią zdjęcia i da nam znać: „Załatwimy to z Magikiem. To nasz kapitan”.

Był to najlepszy dowód na to, że Dream Team stał się jedną wielką rodziną – Malone w ogóle nie kwestionował tego, że to Magic jest kapitanem drużyny, a przecież nigdy nie był jego wielkim fanem. Kilka miesięcy później publicznie kwestionował jego prawo do gry w NBA, gdy ogłoszono, że Johnson jest nosicielem wirusa HIV. Ba, nawet tego wspaniałego lata 1992 roku kilka razy się zdarzyło, że Malone miał już dość Magica jako rzecznika Dream Teamu. Scottie Pippen mawiał, że Johnson „zawsze tylko szukał mikrofonu”. Jak widać, Malone nie był jedynym, którego to irytowało.

Dni mijały, a Amerykanie kroczyli od jednego łatwego zwycięstwa do drugiego, świat przyglądał się temu z zachwytem, a drużyna pławiła się w mieszaninie pochwał, testosteronu i zwycięstw zdobywanych różnicą 40 punktów. Wydawało się, że nikt o naszym zdjęciu nie pamięta, aż nagle 8 sierpnia, na pół godziny przed rozpoczęciem meczu o złoto przeciwko Chorwacji, temat nieoczekiwanie powrócił.

„Teraz? – zapytałem Briana McIntyre’a, przesympatycznego, profesjonalnego w każdym calu szefa działu PR w NBA. – Chryste, przecież zaraz będą walczyć o złoto”. Ale Brian zaprowadził mnie i Davida do zamkniętej strefy tylko dla osób upoważnionych i pokierował nas do najsłynniejszej szatni na świecie, gdzie Dream Team właśnie zbierał się do wyjścia na parkiet.

„Jedziemy! Zróbmy to! Pokażmy im!” Nawet nie wiedziałem, co kto mówi, był straszny hałas, ludzie bili brawo, widać było, że Chorwację czeka piekło. Ale nagle Magic zatrzymał procesję, żebyśmy – nawet teraz, po latach, jest mi wstyd o tym pisać – mogli sobie zrobić zdjęcie z drużyną. To tak jakby kompania braci w drodze na pole bitwy została powstrzymana, żeby zjeść przystawkę z Andersonem Cooperem1. Na twarzach co poniektórych malowało się zdziwienie: „Co tu się dzieje, do cholery?!”, ale wszyscy się zatrzymali, Dupree i ja wślizgnęliśmy się do pierwszego rzędu, a fotograf NBA, Andy Bernstein, przygotował się do wykonania najmniej interesującego zdjęcia w całej swojej znamienitej karierze. Kiedy tak pozowaliśmy, ja zestresowany, z kroplami potu na brwiach, modlący się w duchu, żeby ta chwila jak najszybciej dobiegła końca, usłyszałem z tylnego rzędu charakterystyczny nosowy akcent z Indianapolis: „Hej, Jack, a może potem chcesz nam obciągnąć?”.

Jeśli pozwolicie na metaforyczne odniesienie do wspomnianego przez Larry’ego Birda czasownika – mieliśmy do czynienia z najbardziej oralną armią wojowników od czasu Spartan. Kiedy członkowie Dream Teamu jeden po drugim przyjmowali zaproszenia, aby zostać pierwszymi w historii koszykarzami z NBA, którzy wystąpią na igrzyskach olimpijskich, zdawali sobie sprawę, że będą częścią czegoś wyjątkowego. Ale już od pierwszego wspólnego treningu, w czerwcu 1992 roku w San Diego, znaleźli się w centrum bezprecedensowego spektaklu, adorowani z jednej strony przez kibiców, z drugiej – przez media, które poświęcały im tyle uwagi, że nosiło to znamiona pornografii. Porównywanie ich z gwiazdami rocka stało się tak nagminne, że choć starałem się tego nie robić, zdaje się, że właśnie to zrobiłem. Byli jak Mick Jagger pozdrawiający tłumy z otwartej limuzyny, jak księżna Diana rozdająca na prawo i lewo swój piękny uśmiech na koncercie Eltona Johna, jak Liz Taylor wysyłająca całusy do Michaela Jacksona na koncercie charytatywnym dla chorych na AIDS. Kiedy Dream Team wylądował w Barcelonie, zebrały się tam tysiące ludzi tylko po to, żeby zobaczyć, jak po zmroku samolot dotyka kołami lotniska El Prat de Llobregat. A zawodnicy Drużyny Marzeń doskonale wiedzieli, że kroczą ku nieśmiertelności, że w historii sportu nie piszą tylko krótkiej notki, ale cały rozdział.

Dzięki przypadkowi, najbardziej błogosławionemu twórcy sukcesów, znalazłem się w centrum tamtych wydarzeń. W latach 1981–1985 pracowałem w „Sports Illustrated”, obrabiając spady – drugą, trzecią i czwartą ligę futbolu, koszykówki, boksu, baseballu i lekkiej atletyki. Zimą 1982 roku, w ciągu ośmiu tygodni, napisałem osiem historii o ośmiu różnych dyscyplinach sportu, między innymi o odbywających się w Nowym Jorku mistrzostwach świata w squashu, gdzie nie chcieli mnie wpuścić, dopóki nie kupiłem sobie płaszcza i krawata.

Nie twierdzę, że daje się to porównać z łażeniem przez pola ryżowe i walką z przyczepiającymi się do ciała pijawkami podczas opisywania wojny w Wietnamie, co spotkało świętej pamięci Davida Halberstama, zanim zaczął pisać o NBA. Chcę powiedzieć tyle, że też potrzebowałem stabilizacji i że znalazłem ją w 1985 roku, kiedy redaktor naczelny Mark Mulvoy zrobił ze mnie numer jeden w sekcji NBA.

Stara dziennikarska prawda mówi, że jesteś tylko tak dobrym dziennikarzem, jak dobry jest materiał, z którym masz do czynienia, a ja, o Jezu, dostałem do obrobienia działkę tak bogatą i płodną, że musiałbym być wyjątkowym gamoniem, żeby to spieprzyć. Pod kierownictwem Mulvoya „Sports Illustrated” zajmował się przede wszystkim najlepszymi – pisaliśmy o zwycięzcach i zwycięzcy trafiali na okładki. A zatem w latach poprzedzających igrzyska w Barcelonie napisałem dziesiątki artykułów o facetach, którzy, z czego już wtedy zdawaliśmy sobie sprawę, tworzyli złotą erę koszykówki.

Po drodze czytelnicy i przyjaciele raz oskarżali mnie o to, że faworyzuję Jordana i Byki, kiedy indziej – że Birda i Celtów. A jeszcze kiedy indziej – że Magica i Lakersów. (Po latach, kiedy Larry Bird był już menedżerem w Indianie, zazwyczaj witał się ze mną czymś w stylu: „Hej, obciągnąłeś może ostatnio Magicowi?” – zdaje się, że facet naprawdę lubi ten czasownik). Starałem się opowiadać uczciwie i adekwatnie o wszystkich, nie przejmując się ani krytyką, ani peanami na mą cześć. Historie, które pisałem w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w różnym stopniu wkurzały Jordana, Barkleya, Drexlera i Ewinga, ale to, co sprawiało, że mieliśmy do czynienia ze złotą erą koszykówki również z naszego punktu widzenia, to fakt, że ci goście zdawali sobie sprawę z niepisanej umowy pomiędzy dziennikarzem i sportowcem. Mówiła ona, że nie było zbrodnią przeciwko ludzkości, kiedy napisałem o nich coś niepochlebnego i że dziennikarstwa nie należy mylić z hagiografią – nawet jeśli nie mają pojęcia, co to takiego hagiografia2.

„To system hamulców i równoważenia się” – tak kiedyś ktoś nazwał relację pomiędzy sportowcami i prasą. Tym kimś był Michael Jordan.

Jestem szczęśliwy, że mogłem pojawić się w tej historii i z góry przepraszam za to, że uczyniłem siebie jej częścią. „Nic na to nie poradzisz, też tam byłeś”, powiedział mi jeden z redaktorów. Byłem jak drugoligowy Cameron Crowe u progu progu sławy3, „spacerowałem w cieniu marzeń” jak pan Dimmesdale, jeden z bohaterów Szkarłatnej litery Nathaniela Hawthorne’a.

Miałem nawet coś wspólnego z nazewnictwem i wybuchem fenomenu okrzykniętego mianem Dream Teamu. W lutym 1991 roku, jakiś czas po ogłoszeniu decyzji, że zawodowcy będą mogli zagrać na igrzyskach, ale na długo zanim któryś z zawodników publicznie zadeklarował udział, napisałem tekst na okładkę „Sports Illustrated”, przewidując przyszłych członków ekipy i podając swoje typy do pierwszej piątki: Jordan, Magic, Ewing, Barkley i Malone. Uważałem, że to pięciu najlepszych wówczas koszykarzy na świecie. Umieściłem w składzie również trzydziestopięcioletniego Birda, choć od 1988 roku ani razu nie wyszedł na parkiet w Meczu Gwiazd – był to wybór w hołdzie dla jego dokonań, w końcu gość wciąż grał w koszykówkę, ale już wtedy wysyłał sygnały, że za bardzo bolą go plecy i prawdopodobnie nie pojedzie do Barcelony. Trzymałem go za słowo.

Zebraliśmy tę piątkę razem do zdjęcia przy okazji Meczu Gwiazd w 1991 roku – negocjacje, by to załatwić, trwały wieki i prowadzone były z samymi zawodnikami, z ich agentami, no i z NBA. Byłem tak upierdliwy, że kiedy Magic wszedł i zobaczył, że trwa sesja zdjęciowa, to tylko spojrzał na mnie i zapytał rozdrażniony, czy wreszcie jestem zadowolony. Gdybym był bardziej przewidujący, już wtedy zrozumiałbym, czym stanie się olimpijska drużyna Stanów Zjednoczonych. Chociaż sesja odbywała się na zabezpieczonym terenie, próbowały tam zajrzeć setki gapiów. Nacierali na drzwi, próbowali dostać się tylnym wejściem i mieli nadzieję, że zdołają choćby rzucić okiem na swoich bohaterów. To więcej niż oczywiste, że indywidualna sława każdego z zawodników gwałtownie rosła, kiedy byli razem. (Szczególnie widoczne miało to być w Barcelonie). Pamiętam, że wtedy myślałem tylko: „Hmm, robi się naprawdę ciekawie”.

Mój tekst ukazał się tydzień później i zaczynał się następująco: „To czerwono-biało-niebieskie marzenie: pięciu zawodników, którzy patrzą na was dzisiaj z okładki, grających razem podczas igrzysk olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku i kierujących się misją odbudowania utraconej godności amerykańskiej koszykówki. Czy są jakieś szanse, że to marzenie się spełni? Całkiem spore. Naprawdę całkiem spore”.

Zdjęcie na okładce, okraszone logo „Sports Illustrated”, podpisano: „Drużyna marzeń”. I tak oto nazwa Dream Team pojawiła się po raz pierwszy.

Po latach przypisywano mi jej wymyślenie, ale to nie do końca było tak: owszem, użyłem dwukrotnie słowa „marzenie” (dream), ale to redaktor połączył na okładce „marzenie” z „drużyną”, dzięki czemu powstała Drużyna Marzeń (Dream Team). Próbowałem nawet dojść w redakcji do tego, kto dokładnie podjął taką decyzję, ale nie byłem w stanie. Okładki „Sports Illustrated” powstają w sposób demokratyczny, metodą prób i błędów. Pewnie było tak, że pojawiały się różne pomysły: Złote marzenie!, Czerwoni, Biali, Niebiescy i Gotowi!, Strzeż się, świecie!. Stanęło jednak na Dream Teamie i tak już zostało. Barkley do dziś uważa, że był jednym z zawodników wybranych przez komitet, bo znalazł się wtedy na okładce. (Uwierzcie mi, wcale tak nie było). „Raz na jakiś czas się zdarza, że wszystko do siebie pasuje i tak też było tym razem – mówi Rick Welts, dziś prezes i dyrektor operacyjny Golden State Warriors, wówczas geniusz od marketingu w NBA. – Tak naprawdę pomysł na Dream Team pojawił się po tej okładce”.

Jestem dumny z dwóch rzeczy, które wydarzyły się w mojej karierze: z tego, że w sekcji z wynikami do dzisiaj znajduje się rubryka Symbol apokalipsy z tego tygodnia, którą wymyśliłem, no i że miałem coś wspólnego z powstaniem nazwy „Dream Team”. Komisarz NBA David Stern powiedział mi ostatnio: „To, że wszystko się udało, było jakimś cudownym zrządzeniem losu. Nie wymyśliliśmy nawet nazwy. Kto wie, może nawet, Boże uchowaj, to ty ją wymyśliłeś”.

W swoim domowym biurze mam tylko kilka zdjęć z czasów, kiedy pisałem o NBA. Moje zdjęcie z Dupreem i zawodnikami Dream Teamu jest przypięte do tablicy, prawie niewidoczne, niczym mała jednostka pływająca w morzu zdjęć rodzinnych. Nigdy go nie powiększyłem. Pomyślelibyście, że to zdjęcie zrobione przy okazji, takie, do którego wszyscy pozują przez sekundę albo dwie, a potem wracają do swoich obowiązków. Christian Laettner patrzy się gdzie indziej, nie zadając sobie nawet trudu, żeby spojrzeć na fotografa, a Johna Stocktona w ogóle nie ma w kadrze, pewnie po prostu nie przerwał marszu na parkiet. Ja stoję z przodu, częściowo zasłaniając twarz Birda.

Niestety nie jestem w stanie zasłonić jego komentarzy.

1ZANIM ZACZĘŁY SIĘ MARZENIA

ROZDZIAŁ 1INSPEKTOR DO SPRAW KONTROLI JAKOŚCI MIĘSA

Zawodowcy na olimpiadzie?

To jego pomysł i niech nikt nie waży się twierdzić, że było inaczej

Do Stanów przyjechał w styczniu 1974 roku, miał się tu uczyć amerykańskiej koszykówki. Nie mówił po angielsku, nie znał lokalnych obyczajów, zamieszkał w osiedlu koszykarskim w Billings w Montanie, bo tylko tam udało mu się załatwić darmowe lokum dla swojej jugosłowiańskiej rodziny.

Obcokrajowiec w obcym kraju nazywał się Boris Stanković. Za pół roku miał skończyć czterdzieści dziewięć lat i przyjechał do Stanów z ramienia FIBA. W tamtych czasach tylko kilku Amerykanów wiedziało, że FIBA to skrót od międzynarodowej federacji koszykówki (Fédération Internationale de Basketball), nikt nie miał pojęcia, gdzie mieści się jej siedziba (wtedy w Monachium, potem przeniesiono ją do Genewy) i czym się to cholerstwo zajmuje (zarządzało amatorską koszykówką na całym świecie za wyjątkiem Stanów Zjednoczonych). „Nie zrozumiesz koszykówki, jeśli nie zapoznasz się z tym, jak wygląda ona w Stanach”, powiedział Stankoviciowi R. William Jones, który jako sekretarz generalny zarządzał FIBA twardą pięścią, niczym dyktator, zawsze w muszce i z zapalonym cygarem w dłoni. Stanković wsiadł w samolot i po przylocie z miejsca zakochał się w oglądanych na żywo meczach koszykówki uniwersyteckiej w wykonaniu fenomenalnej drużyny UCLA – jego ulubionym koszykarzem stał się Bill Walton – no i w transmitowanych w telewizji rozgrywkach NBA.

Przez większość dorosłego życia Stanković był inspektorem odpowiedzialnym za kontrolę mięsa w Belgradzie. „Moja praca polegała na sprawdzaniu jakości mięsa i sera oraz na ich stemplowaniu”, powiedział, kiedy robiłem z nim wywiad w Stambule latem 2010 roku. Obecnie jest już na emeryturze, ale wciąż pojawia się na wielu imprezach jako szara eminencja światowej koszykówki. W 1945 roku ukończył studia weterynaryjne na Uniwersytecie w Belgradzie. „W naszym kraju było to naturalne, że weterynarz sprawdza jakość mięsa i sera, w końcu ma to coś wspólnego ze zwierzętami, prawda?”

Tym, co Stanković lubił sprawdzać najbardziej, były skóry wykorzystywane do produkcji piłek do koszykówki. Nawet kiedy wstawał o piątej rano, zakładał biały fartuch i brał do ręki stempel, to w głębi duszy myślał przede wszystkim o koszykówce. Był twardo stąpającym po ziemi skrzydłowym, który w barwach reprezentacji Jugosławii rozegrał trzydzieści sześć spotkań. Z wielką dumą wspominał grę dla swojego kraju podczas pierwszych mistrzostw świata organizowanych przez FIBA, które odbyły się w Argentynie w 1950 roku. „Zajęliśmy dziewiąte miejsce – wspomina ze śmiechem – na dziewięć drużyn”. Jedną z rzeczy, których żałuje najbardziej, jest to, że nigdy nie wystąpił na igrzyskach olimpijskich.

Jugosłowianie byli wysocy, twardzi i szczupli, zahartowały ich dwie wojny światowe oraz liczne domowe. W bałkańskiej części Jugosławii, gdzie urodził się Stanković, ludzie nie dzielili dni na czas wojny i czas pokoju, ale na czas wojny i nie-wojny. Kiedy Boris miał dziewiętnaście lat, razem ze swoim ojcem Vassiljem, prawnikiem, który walczył o serbską niezależność, trafił do sowieckiego więzienia. Po dwóch miesiącach wyszedł na wolność, ale Vassilje został rozstrzelany i pochowany w zbiorowej mogile – Stanković do dziś nie wie gdzie. Boris trafił na czarną listę, przez co nie mógł zostać – tak jak zamierzał – lekarzem, więc żeby mieć jakikolwiek kontakt z medycyną, poszedł do szkoły weterynaryjnej. Jak wielu swoich rówieśników identyfikował się z serbskimi bojownikami, którzy od pięciu stuleci cierpieli pod obcym panowaniem. „Mieszkaliśmy w grupach, dorastając, uczyliśmy się współpracy i wzajemnej pomocy. Mieliśmy to we krwi. My, Serbowie, nigdy nie odnosiliśmy wielu sukcesów w sportach indywidualnych, ale w dyscyplinach zespołowych byliśmy bardzo, bardzo mocni. Mamy smykałkę do dyscyplin, które wymagają wzorowej współpracy”. Dzięki wiedzy na temat koszykówki oraz nieprzeciętnej inteligencji – każdy, kto go zna, zwraca uwagę na tę jego cechę – Boris rozwijał się jako trener i działacz koszykarski. W wieku trzydziestu lat był najważniejszym byłym graczem w koszykówce jugosłowiańskiej, choć działalność okołosportową wciąż łączył z posadą kontrolera jakości mięsa. Zaczął też udzielać się w FIBA.

W 1966 roku Stanković otrzymał propozycję objęcia posady trenera Oransoda Cantù, drużyny należącej do zawodowej ligi włoskiej, i wyjechał z kraju. „Wyjechałem za chlebem, liga włoska była najbogatsza”, tłumaczy po latach. Wielu Włochów krytykowało tę decyzję, ale wszyscy szybko go pokochali, jak to zazwyczaj dzieje się ze zwycięzcami – jego drużyna sięgnęła po tytuł mistrzowski w 1968 roku. Wtedy skusił go R. William Jones, który uznał, że przyszłość FIBA to właśnie Boris Stanković.

Jones – który zmarł w 1981 roku, kilka miesięcy po tym, jak podczas igrzysk olimpijskich w Moskwie dostał wylewu, jedząc obiad – był facetem, którego jedni podziwiali, a inni nie znosili. Urodził się w Rzymie jako syn Brytyjczyka i Francuzki. Ukończył Springfield College, gdzie twórca koszykówki, doktor James Naismith, zawiesił swój pierwszy kosz. Zdaniem Stankovicia Jones był „typem bardzo międzynarodowym”, dzięki czemu miał predyspozycje, by stać się prawdziwym wizjonerem koszykówki. Równocześnie był typowym baronem sportu amatorskiego – żądnym władzy i niepoddającym się kontroli. Fani koszykówki w Stanach pamiętają go przede wszystkim dzięki temu, że 9 września 1972 roku dał Rosjanom dodatkową szansę na zdobycie złotego medalu w finałowym meczu przeciwko Amerykanom podczas igrzysk olimpijskich w Monachium4. Stanković, kiedy w 1974 roku przybył do Stanów na przeszpiegi, nie był typem przywódcy, lecz zwykłym outsiderem, który próbował zgłębić tajniki koszykówki amerykańskiej, przy okazji ucząc się różnych innych przydatnych rzeczy, na przykład jak zamówić hamburgera. O dziwo, udało mu się załatwić audiencję u Johna Woodena5. „Rozmawialiśmy o koszykówce, więc nie było problemów z komunikacją – mówi Boris, który był przede wszystkim zdany na samego siebie. Szybko się zresztą okazało, że to, co widzi i słyszy, nie ma nic wspólnego z europejską koszykówką. – To było jak inna dyscyplina sportu. Szybsza, ale oparta na solidnych fundamentach. Patrzyłeś na przykład przez minutę na Billa Waltona i bardzo szybko docierało do ciebie, że facet jest na nieporównywalnie wyższym poziomie niż ktokolwiek, kogo widziałeś do tej pory w Europie”.

Przepisy FIBA zabraniały wówczas zawodowcom gry pod sztandarami FIBA, a zasady uznawane przez tę organizację były również przepisami olimpijskimi. Tak było zawsze i wszyscy byli przekonani, że tak już pozostanie. Hipokryzja polegała na tym, że i tak grali tam zawodowcy – w barwach reprezentacji narodowych zawsze występowali najlepsi koszykarze w kraju, nawet jeśli w rubryce „zawód” mieli wpisane „żołnierz” albo „policjant”.

Nikomu, za wyjątkiem Stankovicia, specjalnie nie zależało na tym, żeby Amerykanie z NBA zagrali na igrzyskach, zwłaszcza że nawet amerykańscy studenci niepodzielnie dominowali na olimpijskich parkietach, nie licząc roku 1972. Poza tym częścią amerykańskiego etosu sportowego było to, że na igrzyska jeździli najlepsi zawodnicy z uniwersytetów. NBA i igrzyska olimpijskie były planetami z zupełnie odmiennych układów słonecznych.

Ale kontroler jakości mięsa miał na ten temat inne zdanie. Kiedy oglądał w telewizji największe gwiazdy z lat siedemdziesiątych, między innymi Oscara Robertsona, Jerry’ego Westa i swoich ulubieńców – Walta Fraziera i Pete’a Maravicha – zaczęło go gryźć, że ci naprawdę najlepsi nigdy nie biorą udziału w igrzyskach. „Dotarło do mnie, jaka to hipokryzja – mówił Stanković. – Ale istniała również strona praktyczna: zależało mi na tym, żeby koszykówka była coraz silniejsza, żeby się rozwijała, bo mieliśmy do czynienia z istnym absurdem. Nie mogłem się z tym pogodzić”.

Stanković mógł w tym mieć też swój interes. Widział w sobie mesjasza koszykówki, człowieka, który sprawi, że dyscyplina ta stanie się popularniejsza nawet od królewskiego futbolu. Poza tym irytowało go, że jego własna organizacja, która uzurpowała sobie prawo do wszystkiego co najważniejsze w świecie koszykówki, z punktu widzenia NBA była nic nieznaczącym pionkiem.

Tak czy owak wrócił do Monachium i powiedział Jonesowi, że rezygnacja z olimpijskiej klauzuli „tylko dla amatorów”, która otworzyłaby najlepszym koszykarzom amerykańskim drogę do rywalizacji olimpijskiej, powinna się stać najważniejszym celem FIBA. Pomysł wydawał się dość oderwany od realiów, zwłaszcza biorąc pod uwagę ówczesne uwarunkowania społeczno-polityczne. Czasy może i się zmieniały, ale nie w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim (MKOl), gdzie rządził Avery Brundage, wyjątkowa kreatura, być może największy despota w historii sportu, a przede wszystkim obrońca idei fikcyjnego amatorstwa.

Stanković nie jest do końca pewien, co tak naprawdę Jones sądził na temat jego pomysłu, ale instrukcje bossa były jasne: „Powiedział: »Zapomnij o tym. W ogóle się tym nie zajmuj«”, wspomina Stanković. I rzeczywiście, przez najbliższe kilkanaście lat nikt poza Borisem Stankoviciem się tym nie zajmował.

Jak o wielu wpływowych ludziach w historii często zapominamy o inspektorze zajmującym się kontrolą jakości mięsa. Nigdy nie poznał ani Magica Johnsona, ani Larry’ego Birda, a Michaela Jordana spotkał tylko raz, przy okazji igrzysk w 1984 roku, na wiele lat przed powstaniem Dream Tea- mu. Fakty są jednak takie, że to Boris Stanković był autorem idei Dream Teamu. Jego narodziny nie miały nic wspólnego z tajnym planem wypromowania koszykówki uknutym przez Davida Sterna. Nie stały się wynikiem wielkiej krucjaty marketingowej NBA, mającej na celu sprzedaż koszulek w Europie po dwieście dolarów za jedną, choć przecież w efekcie tak to właśnie wygląda. Nie były też owocem frustracji wynikającej z tego, że coraz częściej podawano w wątpliwość amerykańską dominację w świecie koszykówki.

Pomysł zrodził się w głowie inspektora kontroli jakości mięsa z Belgradu.

[1] Amerykański dziennikarz, prowadzący między innymi reality show pod tytułem Agent – wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.

[2] Hagiografia – dzieła zawierające opisy życia świętych.

[3]Almost almost famous – nawiązanie do tytułu filmu Camerona Crowe’a Almost Famous, czyli U progu sławy.

[4] Amerykanie wygrali wtedy 50–49, ale Jones, ówczesny sekretarz generalny FIBA, zszedł z trybun i nakazał sędziom wydłużenie meczu o dodatkowe trzy sekundy w związku z rzekomą awarią zegara; Rosjanie to wykorzystali i wygrali 51–50.

[5] Legenda trenerska amerykańskiej koszykówki uniwersyteckiej, wielokrotny mistrz NCAA z drużyną UCLA.

DREAM TEAM

How Michael, Magic, Larry, Charles, and the Greatest Team of All Time

Conquered the World and Changed the Game of Basketball Forever

Copyright © Jack McCallum 2012–2013

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2013

Copyright © for the translation by Michał Rutkowski & Paweł Wujec 2013

Redakcja i korekta – Joanna Mika-Orządała, Kamil Misiek / Editor.net.pl

Skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Front cover photograph © John W. McDonough

Back cover photograph © Andrew D. Bernstein

All photos inside the book © Getty Images / Flash Press Media

Published in the United States by Ballantine Books, an imprint of The Random House Publishing Group, a division of Random House, Inc., New York.

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN EPUB:978-83-7924-097-5

ISBN MOBI:978-83-7924-098-2

Spis treści
Okładka
Strona tytułowa
1. Zanim zaczęły się marzenia
Rozdział 1 Inspektor do spraw kontroli jakości mięsa
Rozdział 2 Wybraniec
Rozdział 3 Komistarz i inspektor do spraw kontroli jakości mięsa
Rozdział 4 Legenda
Rozdział 5 Wyrzutek
Rozdział 6 Czarodziej
Rozdział 7 Strzelec
Rozdział 8 Chrześcijański żołnierz
Rozdział 9 Wybraniec
Rozdział 10 Obrońca starego porządku
Rozdział 11 Człowiek z cienia
Przerwa, 2011 Człowiek z cienia
Rozdział 12 Trener
Rozdział 13 Klaun
Rozdział 14 Komitet i Dream Team
Rozdział 15 Wybraniec
Rozdział 16 Chłopak ze Spokane i wyrzutek
Rozdział 17 Chłopakczek z Duke
Rozdział 18 Szybowiec
Przerwa, 2011 Szybowiec
2. Marzenie się rozwija
Rozdział 19 Dziennikarz
Rozdział 20 Czarodziej
Przerwa, 2011 Człowiek magiczny
Rozdział 21 Trener
Rozdział 22 Jednodniowe cuda
Rozdział 23 Dziennikarz
Rozdział 24 Legenda
Rozdział 25 Chłopak ze Spokane
Przerwa, 2011 Chłopak ze Spokane
Rozdział 26 Wybraniec
Rozdział 27 Dziennikarz, klaun i chrześcijański żołnierz
Przerwa, 2011 Chrześcijański żołnierz
Rozdział 28 Najwspanialszy mecz, którego nikt nie widział
Rozdział 29 Dziennikarz
Rozdział 30 Klaun i reprezentant Angoli
Rozdział 31 Mecz Kukoča
Rozdział 32 Najlepszy pokój na świecie
Przerwa, 2011 Wybraniec
Rozdział 33 Ufarbowani ulubieńcy
Rozdział 34 Złoto, flaga i wybraniec
Rozdział 35 Pokłosie
Rozdział 36 Znaczenie
Epilog. Legenda
Posłowie
Podziękowania
Przypisy
Zdjęcia
Strona redakcyjna