Drag Adikt - Tomasz Górski - ebook
Opis

Nie zamierzam nikogo oszukiwać. Po przeczytaniu pierwszego rozdziału wszystko, o czym pomyślisz, upadnie.

Tytułowy Drag zmaga się z własnym światem, którego nieostre granice wyznacza choroba - depresja. W podróży przez życie towarzyszy mu kochanka – Marta. Uwikłany w wewnętrzne problemy nastolatek próbuje stworzyć wizję rzeczywistości, którą będzie w stanie zaakceptować.

Drag snuje swą opowieść, sięgając do wspomnień, w których załamuje się obraz matki, miłości i zrozumienia. Kiedy już wydaje nam się, że poznajemy historię głównego bohatera, autor odbiera nam to przekonanie, zamieniając wspomnienia w senne wizje depresyjnej natury.

Przez całe życie męczyło mnie poczucie, że nie jestem we właściwym miejscu. Albo inaczej. Że jestem we właściwym miejscu, ale gdzieś jeszcze muszę pójść, zanim się ściemni, zanim ktoś wyprosi wszystkich gości, zanim wszyscy wrócą do swoich łóżek. Wie pan, mając szczęście, wciąż zdawałem się pytać, gdzie mam go szukać? […] I wychodziłem. Jakby nie wiedząc, gdzie i czym jest jakikolwiek koniec, szukając go za każdym razem, gdy już było tak blisko. W dalszą wędrówkę – naturalnie – wychodziłem w poszukiwaniu dalszej wędrówki. Cały czas szukać. Skoro nie szczęścia, bo to, choć niezauważone, siedziało obok, to czego, do jasnej cholery?

Tomasz Górski - urodzony w 1994 roku w Krośnie. Kilkakrotnie podejmował próby studiowania na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ostatecznie, z powodu choroby, zrezygnował z dalszej nauki.
Debiutuje powieścią, której wizję oparł o własne doświadczenia walki z depresją. Jak sam siebie opisuje, „w świecie, który nieustannie biegnie, on pragnie się zatrzymać”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 263

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Część pierwsza

And then a Plank in Reason, broke,

And I dropped down, and down –

And hit a World, at every plunge,

And Finished knowing – then –

 

Emily Dickinson, I felt a Funeral, in my Brain[1].

 

 

 

1

– Po co tu przyszłaś?

– Matko, ileż można? Daj już spokój.

Moja matka wciąż reaguje tak samo, widząc tę kobietę. Nic nie zmieniło się od czasu, gdy weszła z wiadrem wody w sam środek ogniska domowego mojej nieukochanej.

– Nie potrafisz zachować się nawet teraz.

– Ja nie potrafię się zachować? Nie zamierzam siedzieć cicho.

– Nie będę reagować na twoje zaczepki. Będę mądrzejsza.

– Może dlatego do ciebie odszedł. Może wolał mądrzejszą? Szkoda, że za grosz tej mądrości w tobie i twoich dzieciach.

– Mamo! Skończ ten temat. Nie możesz się zamknąć?

– Oj nie, synku. Nie będziemy milczeć. Ta kobieta rozpieprzyła całe twoje i moje życie. Niech milczy, jeśli boi się spojrzeć ci w oczy.

– Nie boję się! – Jakby na poparcie swoich słów spojrzała mi w twarz.

– I co widzisz, wywłoko? – syknęła matka.

– Dość tego, wstawaj! Idziemy na zewnątrz. – Szarpnąłem swoją matkę za ramię. Chciałem dać jej do zrozumienia, że tym razem musi mnie posłuchać. Wyszła za mną. Zamknąłem drzwi.

– Siedź tutaj. Idę zapalić – powiedziałem.

– Idź. Pal. Papierosy ważniejsze – burknęła obrażonym tonem matka.

– Przestań wreszcie. W rogu stoi automat, widzisz? Kup sobie środki uspokajające, a jeśli nie będzie, to weź chociaż lodowatą wodę – rzuciłem z rezygnacją. – I nie próbuj tam wchodzić.

– Zrobię, co tylko będę chciała, gówniarzu – rzuciła, widząc, że jestem już na schodach. W jej głosie można było dostrzec aromat fałszywego, kobiecego poczucia władzy. Wszak nikt nie będzie jej rozkazywał, ma swoje lata, ma swój rozum – ot, wszystkie argumenty przemawiające za.

Pchnąłem wielkie drzwi nieco zrezygnowany, na co wpłynęła postawa matki, a w mniejszym stopniu zaistniała sytuacja. Wyciągnąłem z płaszcza paczkę papierosów. Poszukałem zapalniczki. Na nieszczęście dla mojego zdrowia, znalazłem ją bardzo szybko. W paczce wesoło latały z boku na bok dwa ostatnie papierosy. Wyciągnąłem jednego, włożyłem do ust i podpaliłem. Zaciągnąłem się dość lekko. A warto zaznaczyć, że w podobnych okolicznościach zwykłem ciągnąć więcej, w większych nerwach, z drżącymi ustami, z niespokojnymi palcami, które ledwo zdołały unieść ciężar tytoniu. Wyciągnąłem drugiego papierosa, po czym schowałem go do kieszeni, licząc na to, że w jakiś sposób ulegnie zniszczeniu, że złamie się na drobne kawałeczki, które sprawią, że będę wolał rzucić palenie, niż pójść do sklepu po kolejne setki, niebieskie. Paczkę wyrzuciłem do kontenera stojącego przy drzwiach. Nie pasował do wystroju. Takie elementy zawsze rzucają się z przykrością w oczy. Piękna kamienica, starodawna, z blaskiem wielu lat wstecz. Kosz na śmieci, plastikowy, zielony, na czarnych kółkach, prawdopodobnie wyprodukowany w ciągu ostatnich dwóch lat. Klapa przesuwa się przy podnoszeniu. Zapach poniewiera zmysły. Poniewiera myśli pozytywne. Daję temu spokój. Zamykam oczy, zaciągam się kolejny raz. Trzymam cały ten syf wewnątrz siebie. Oczy mam nieprzerwanie przykryte powiekami.

– Jestem.

Znam ten głos. Znam go bardzo dobrze. To jeden z moich ulubionych głosów. Kocham się w nim. Przez trzy najbliższe sekundy zamierzam milczeć. I milczę. Oczy są nadal zamknięte. Powoli opróżniam płuca z dymu. Robię wewnątrz miejsce dla „jestem”, które nienagannie rozchodzi się po całym ciele. Sekundę temu było w uszach. Teraz trzymam swoje słowo w dłoniach. „Jestem” wyparło już dym, zastąpiło go. Klatka piersiowa unosi się i opada, unosi i opada, i to wszystko, co w środku, to tylko jedno słowo. Powoli podnoszę powieki.

– Jesteś. Dziękuję. Papierosa?

– Nie.

– Lepiej zapal. Są na górze. Obydwie.

– Poproszę.

Wyciągam z kieszeni papierosa, którego miałem nadzieję zniszczyć, który mógł stać się symbolem mojej walki z nałogiem. Jest niezniszczony. Niepołamany. Cały, calutki, calusieńki. Nadaje się do palenia. Podaję jej do rąk. Jedną dłoń schowała do kieszeni, drugą szuka czegoś w torebce. Przysuwa do mnie głowę, wystawia usta. Umieszczam papierosa niecałe dwa milimetry za zębami. Przed umieszczeniem widzę, jak przygryza dolną wargę.

– Nie mam, cholera.

– Ja mam – odpowiadam pospiesznie.

Ponownie wyjmuję zapalniczkę i podpalam jej papierosa. Teraz wszystkie poprzednie gesty jawią się niczym kościelna ceremonia, gdy wierny podchodzi do kapłana, otwiera usta i czeka z niepojętym uczuciem, aż ten położy na jego języku kawałek daru niebios.

Milczymy oboje. Ja kończę swojego papierosa, ona dopiero zaczyna. Ponownie zamykam oczy. Całe zło, które lokujemy w papierosach, powinniśmy przerzucić na zapalniczki. Gdyby nie ogień, nie moglibyśmy palić tego syfu. To trochę jak z ludźmi, musi pan przyznać. Zdarza się, że znajdujemy trzecią osobę. Ale to nie jest wystarczające. Musi być jeszcze powód – zapalniczka. Coś lub ktoś musi pchnąć nas w stronę tej trzeciej osoby. Zazwyczaj zapalniczką staje się, nie bez przypadku, druga osoba. Ona daje nam powód do zapalenia, często nie wiedząc, że mamy możliwość i że od dłuższego czasu jesteśmy uzbrojeni w nową paczkę papierosów. I zaciągniemy się, prędzej czy później.

– Teraz po jednym. Później reszta. Zaczyna robić się zimno.

Autorka „jestem” wyciąga z torebki malutką piersiówkę, która mieści niezliczone ilości alkoholu każdego rodzaju. Podaje mi ją, po czym wraca do swojego papierosa. Odkręcam zakrętkę i biorę cholernego łyka. Jest cierpki. Pozostawia po sobie słodkawe wspomnienie u wybrzeży języka. Z grymasem na twarzy – bo taki grymas zawsze wywołuje u mnie wysokoprocentowy alkohol – oddaję piersiówkę. Teraz ona bierze szybkiego łyka. „Wodę święconą” chowa do torebki. Wyrzuca filtr z papierosa do tego samego kontenera, który ktoś powinien podpalić, żeby być może zwrócono uwagę na problem wagi estetycznej. Wchodzimy do środka, puszczam ją przodem. Na schodach, idąc już nieco lżejszym krokiem niż wcześniej, łapię ją za dłoń i mówię:

– Dzięki, że przyszłaś. Chyba tego nie potrzebuję, ale potrzebowałem, gdy wiedziałem, co zrobię.

– Chodźmy – odpowiada i nie zastanawia się, czy to, co właśnie usłyszała, miało rozpętać jakąś kłótnię.

Wchodzimy na drugie piętro. Moja matka siedzi w tym samym miejscu, w którym kazałem jej zostać. Całe szczęście trzyma w dłoniach butelkę wody. Podchodzimy bliżej.

– Dzień dobry.

– Cześć.

– Jest już?

– Jeszcze nie.

– Jak się pani trzyma?

– Dopóki nie zobaczę tej mordy, która siedzi sobie spokojnie w środku, będzie dobrze.

– Spokojnie, teraz nie warto…

– A mój kochany synek jak zwykle po drugiej stronie barykady. Znowu zapomina, kto jest jego matką i kto wypruwał sobie żyły, żeby mógł włożyć chleb do buzi. – Matka nerwowo kończy zdanie, po czym dodaje, jakby urwane, jakby chcąc użyć dwóch słów naraz lub na przemian: – Do mordy.

– Buzi, mordy… mamo, skończ już. Kontroluj się.

– Proszę się opanować, nerwy nie będą potrzebne. Przechodziłam przez to samo.

Z końca korytarza dotarł do nas narastający stukot obcasów. Męskich obcasów. Bardzo elegancki, starszy pan z czarną teczką i odpowiednio dobranym uśmiechem na ustach podszedł do naszej trójki. Podał każdemu dłoń, zaczynając od matki, kończąc na mnie.

– Zapraszam do środka. To tylko formalności.

I weszliśmy wszyscy do środka. Matka, starszy pan i dwójka, która z większą chęcią przystąpiłaby do opróżnienia piersiówki.

– Witam serdecznie – oznajmił człowiek z teczką, po czym podał rękę kobiecie siedzącej po lewej stronie stołu, a następnie uśmiechnął się zgoła inaczej i wyciągnął dłoń w kierunku osóbki siedzącej obok. – Witaj, młoda damo – dodał.

Młoda dama siedziała grzecznie tuż obok swojej matki. Wymachiwała nogami, to w przód, to w tył, na przemian i rytmicznie. Dziecko nie ma prawa zdawać sobie sprawy z powagi sytuacji. Uśmiecham się do niej. Jak każde dziecko, odwzajemnia uśmiech. Jeszcze nie wie, że jestem jej starszym, przyrodnim bratem. Być może któregoś dnia spotkamy się już jako dorośli ludzie i znajdziemy w sobie mały szczegół, który będzie wskazywał na nasze pokrewieństwo. Może będziemy uśmiechać się w ten sam idiotyczny sposób. Może przyjdzie nam uśmiechać się dostojnie i z wielką powagą w oczach spoglądać na rozmówców. A może będzie to zwykłe ziewanie, kichnięcie, gest, ruch wykonany w trakcie przecierania oczu. To może być wszystko. Czuję, że to będzie zbyt wiele. Że przechodząc obok siebie na przejściu dla pieszych, zatrzymamy się dwa kroki po tym, jak miniemy się niezainteresowani i poczujemy, że coś ważnego wydarzyło się za naszymi plecami. Później bez słowa wejdziemy na chodnik, zmierzymy się wzrokiem i zaproponuję jej kawę. Powiem: „Dzień dobry, jestem twoim bratem”. Poznam świat, który mógł być mój. Podzielę się światem, który nie mógł być jej, a który znałem przed nią.

– Proszę usiąść. Zajmie nam to zaledwie kilka minut.

– Mamo, uprzedzam… – powiedziałem bez większego zaangażowania w głosie. Wiedziałem, jaka jest matka – nie sposób jej uspokoić, gdy pojawią się emocje.

Poczułem na sobie ciężar wzroku tej drugiej kobiety, gdy zwróciłem się do matki. Popatrzyła na mnie niczym osoba, która przechodzi obok psa w parku i widząc właściciela, zaczyna sugerować jednym okiem, że pieska należy trzymać na smyczy, jak najkrótszej, najlepiej dorzucając szczelny kaganiec na pysk. A gdy samo wymowne spojrzenie nie wystarcza, rzuca w przestrzeń: „To pana piesek? Śliczny. Ale wie pan, ja się boję nawet tych ślicznych. Wszystkie gryzą. A tu dzieci biegają. Na placu zabaw, na huśtawce. Pan nie widzi? Proszę trzymać pieska na smyczy. Wiele nie brakuje, by taki ugryzł dziecko. Po co panu problemy?”.

– Przestań wreszcie. Zajmij się sobą. O mnie się nie martw – dodała niepotrzebnie, kiwając groźnie wskazującym palcem prawej ręki.

– Drogie panie, tu są dzieci. Wszyscy powinniśmy skorzystać na tej lekcji. Zacznijmy. – Starszy pan słowami i firmowym uśmiechem załagodził atmosferę w pokoju.

Odwróciłem głowę w stronę tej, która przyszła tu specjalnie dla mnie.

– Wszystkim tu obecnym ponownie składam kondolencje. To zawsze smutne, gdy odchodzi człowiek, który w swoim życiu darzył kogoś ojcowską miłością. – Mówiąc te słowa, mężczyzna wyciągnął z teczki, która wcześniej dodawała mu zawodowego uroku, kilka kartek spiętych biurowym spinaczem. – Ostatnia wola pani męża, waszego ojca – recytował formułkę, spojrzawszy na mnie, a następnie na młodą damę po przeciwległej stronie stołu – a byłego męża pani – kontynuował, obracając głowę w stronę mojej matki – brzmi następująco:

W pełni świadom podjętych w życiu decyzji, w pełni sił i w pełni zdrowia zarówno fizycznego, jak i psychicznego, spisuję testament, który prawdopodobnie odczyta Wam mój notariusz. Proszę Was o wysłuchanie tego, czym chcę się podzielić, gdy nie ma mnie już pośród Was. Dla każdego z osobna przygotowałem kopertę. W środku każdej z kopert znajdziecie list. Kopert jest pięć. Pierwsza – najważniejsza – dla mojej córki. Kochanie, proszę, przekaż jej ten list, gdy uznasz, że jest wystarczająco dojrzała, by przeczytać kilka słów od swojego ojca. Druga – dla mojego syna. Okoliczności sprawiły, że nie przyszło nam żyć razem…

– Okoliczności! Okoliczności! Ty pieprzony dupku… – przerwała matka, rozwścieczona, choć ze słabnącym z bezradności głosem.

Po chwili kilka łez popłynęło po jej policzkach. Nie policzyłem, ile dokładnie. Całe życie czułem, że powinienem przeprosić ją za czyny ojca. Czułem się odpowiedzialny za to wszystko, co wydarzyło się pomiędzy nimi. Gdy byłem małym chłopcem, matka często płakała wieczorami, siedząc na kanapie przy zgaszonym świetle. Podchodziłem do lampki, zapalałem ją, po czym siadałem na podłodze i obserwowałem jej zrezygnowanie. Bardziej bolał mnie świat, którego ona już nie mogła znieść, niż to, że płacze. Łzy pojawiały się tylko czasem. Zrezygnowanie budziło ją każdego dnia i każdego dnia odprowadzało pod prysznic, a następnie do łóżka pod kołdrę. To przez zrezygnowanie nie odpoczywała nawet wtedy, gdy spała. I siedząc na podłodze, obserwowałem jej policzki i liczyłem, ile kropli spłynie po jej twarzy i zeskoczy na dół. Zapamiętywałem, ile spadło na jej koszulę, a ile trafiło na kanapę. Za wszystkie chciałem przeprosić. Każdą z osobna chciałem cofnąć. Choć jednej chciałem uniknąć. Tymczasem notariusz, odczekując kilka sekund po słowach matki, kontynuował:

Trzecia koperta jest od teraz własnością mojej żony. Czwartą proszę przekazać mojej byłej żonie. Piąta jest dla mojego przyjaciela, którego nie ma pośród Was. Synu, jego dane znajdziesz na kartce przyklejonej do koperty. Jeśli możesz, przekaż mu ją. Chciałbym, abyś zrobił to właśnie Ty. Dziękuję.

A teraz czas na to, co materialne, co być może pomoże Wam w życiu. Wszelkie oszczędności, którymi dysponowałem, proszę podzielić na cztery równe części. Część mojej córki powierzam żonie. Przypilnuj, by pieniądze zainwestowała w swoją przyszłość. Fundusz studencki brzmi rozsądnie. Jeśli będzie odpowiedzialna, sama zorientuje się, że inwestycja w naukę odciąży ją od obowiązku pracy na wiele lat. Pracowałem i studiowałem jednocześnie. To męczące zajęcie. Pragnę oszczędzić jej tego. Część mojego syna powierzam mojej byłej żonie. Spisuję te słowa, gdy nie jesteś jeszcze samodzielny. Jeśli odejdę, a Ty przekroczysz granicę osiemnastu lat, pieniądze powinny trafić bezpośrednio do Ciebie. Wykorzystaj je dobrze. Części mojej byłej partnerki oraz mojej ukochanej żony pozostawiam bez dodatkowych adnotacji. Mam nadzieję, że okażą się pomocne. Niewiele udało mi się zgromadzić za życia. Tak więc wszelakie dobra zachowajcie przy obecnym stanie posiadania. Skrzypce, na których uczyłem się pierwszych kroków, jak się później okazało – jedynych, przekazuję mojej córce. Były integralną częścią mojego życia, moich marzeń i niezrealizowanych planów. Byłbym dumny, gdybyś nauczyła się gry właśnie na nich, Księżniczko. Przez całe życie zbierałem książki. Nie lubiłem wypożyczać ich z biblioteki. Większość kupowałem lub wymieniałem. Moją skromną kolekcję przekazuję synowi. Wiem, jak bardzo lubisz czytać. Mam nadzieję, że masz to po mnie.

Zamknąłem oczy, wypuściłem powietrze. Pomyślałem, że zawsze chciałem być innym człowiekiem niż mój ojciec. Prowadziłem swoje życie po takich torach, po których on nie brnął. Chciałem robić wszystko inaczej, lepiej, skuteczniej. Chciałem, by wszystko, co robię, sprawiało choć trochę radości mojej matce. Tej radości, której nie zaznała w miłości. Której on jej nie mógł podarować. A teraz, gdy nie ma go pośród nas i jest już tylko w niemożliwych do pominięcia słowach, sugeruje, że jesteśmy podobni. Twierdzi, że wie, jak bardzo lubię czytać. A ja nie mogę mu powiedzieć, że nie wie. Że nie było go przy mnie przez niemal całe życie. Gdy zacząłem dojrzewać, gdy zacząłem kształtować się jako człowiek myślący, gdy zacząłem podejmować własne decyzje, gdy usamodzielniłem się w swojej dojrzałości, jego najzwyczajniej w świecie nie było obok. Nie wie, do cholery, jak bardzo lubię czytać i nigdy tego nie wiedział. I nigdy nie chciałem, żeby wiedział.

Czy możesz podać mi nóż?

– To już ostatnie zdania, zaraz będzie po wszystkim – dodał notariusz i przewrócił ostatnią stronę ostatniej woli ostatniego człowieka, którego chciałem spotkać na ulicy. Kontynuował:

Tak niewiele czasu poświęciłem każdemu z Was. Najmniej z najprostszych i najtrudniejszych do zaakceptowania powodów – mojej córce. Wybacz, że nie będzie mnie przy Tobie. Każde z Was musi zrozumieć, że miłość, jaką Was darzyłem, była silna na swój wyjątkowo ciężki sposób. Bowiem istnieje różnica między tym, gdy kochamy się w kimś, a tym, gdy kochamy kogoś. Nie osądzajcie moich uczuć. Wybaczcie, że w taki sposób lokowałem je w czasie. Przepraszam za to, za co nie zdążyłem przeprosić – choć teraz to bez znaczenia. Nie wybaczajcie, jeśli nie chcecie naprawdę wybaczyć. Moja śmierć nie powinna być powodem. To odległy termin, lecz przyjdzie dzień, gdy usłyszycie te słowa, a mnie już z Wami nie będzie. Kocham Was.

– To wszystko. Dziękuję państwu. To koperty, o których była mowa na początku. Zgodnie z wolą zmarłego dwie trafią w pani ręce. – Podał dwie koperty kobiecie siedzącej po drugiej stronie stołu. – Jedna dla pani. – Tę z kolei położył przed moją matką, uśmiechając się troskliwie. – I dwie koperty dla pana.

Dwie koperty trafiły do moich rąk. W środku były wyłącznie kolejne kartki. Wyczułem regularny kształt. Nie sprawdziłem, jaki adres widnieje na tej, którą muszę osobiście przekazać. Schowałem je do kieszeni. Puściłem przodem kobietę z dziewczynką. Wziąłem pod rękę moją matkę i wyszedłem na zewnątrz. Dziewczyna chwyciła mnie za rękę i pocałowała w policzek. Zostaliśmy we trójkę.

– Idę z Martą. Wrócę wieczorem.

– Przygotuję kolację. Czuj się zaproszona, kochana.

– Dziękuję. Do widzenia.

 

2

Ruszyliśmy przed siebie, zostawiając matkę samą. Zbliżała się siedemnasta. Wsiedliśmy do tramwaju. Minęliśmy trzy przystanki. Wysiedliśmy na czwartym. Wciąż trzymałem ją za rękę.

Pokonywaliśmy kolejne schody, ulice i skrzyżowania. Czekaliśmy na przejściach dla pieszych. Wszystko to było niepowtarzalnie normalne. Ile razy w życiu widzimy kogoś, kto trzyma kogoś innego za rękę? W tym nie ma magii. I nie ma jej, dopóki sami nie staniemy na wysokości twórczego zadania. Bowiem magia, podobnie jak dzieło, wymaga autora. Pomyślałem o tym, gdy przeciskaliśmy się przez tłum gapiów, który skupił się wokół bezbronnego mistrza z gitarą, z wystawionym przed jego nogami kubkiem na drobne. Musiałem pójść przodem, zrobić przejście dla naszej dwójki. Marta podążała za mną. Nie mieliśmy kontaktu wzrokowego, jedynie dłonie splecione w najzwyklejszym uścisku. Dotarło do mnie, że to tak cholernie wiele, a ja nie dostrzegam w tym żadnej wartości. Postanowiłem to zmienić. Przedarłem się naprzód i chwyciłem jej dłoń nieco inaczej. Tak, jak gdybym chciał dać znak, że jestem tuż obok, że jest pod moimi skrzydłami i mimo że mijamy tylko tłum ludzi, to chciałbym, żeby wiedziała, że będę zawsze znajdował drogę, że chcę być mężczyzną i chcę rozwiązywać nasze wspólne problemy własnymi siłami. W tym też nie było magii. Pojawiła się, gdy pojąłem, jakim poważnym krokiem jest chwycenie w inny sposób drugiego człowieka. Poczułem inny rodzaj delikatnej skóry jej dłoni. Poczułem, że jest aksamitna na swój nowy sposób. Stała się niecodzienną dłonią. Nowością. W pewnym sensie dostałem odpowiedź – podziękowanie za to, czym ten uścisk stał się w mojej głowie.

Uśmiechnęła się i znów dotrzymywała mi kroku. Chciałem powiedzieć, że to wspaniałe uczucie, gdy znów jest obok, ale powstrzymałem się w obawie, że to zbyt proste słowa. Nie miałem zaufania do prostoty. Lubiłem mówić niezrozumiale, nieco naokoło. Kochałem się w metaforach i zawsze pragnąłem, by ktoś kochał się w nich równie mocno jak ja.

Wbiegliśmy po schodach kamienicy, którą wybraliśmy losowo spośród stada pięknie pomalowanych budynków. Robiliśmy tak często na znak szaleństwa, które nie istniało w nas na swój dziki sposób. Szaleństwo wymaga braku kontroli. W naszym szaleństwie kontrola żyła i miała się dobrze. Wyszliśmy na dach po starej drabinie. Rozpościerał się tu klasyczny widok miasta, który dojrzewa tylko w oczach szalonych, lecz szczęśliwych.

Marta wyciągnęła piersiówkę i powiedziała, że pije za nowe oczy. Pociągnęła niespory łyk i przekazała „hostię” w moje dłonie. Odpowiedziałem gorączkowo: „Za trzeźwość – oby trwała jak najkrócej”. Wypiłem swoją dawkę. Marta odebrała ode mnie piersiówkę i zapytała, czy myślę, że to coś zmienia: te rzeczy, za które pijemy. Roześmiała się przy tym, licząc, że nie usłyszy ode mnie odpowiedzi i dlatego, że na to pytanie nie ma odpowiedzi. Zapatrzyłem się w jej śmiech i powiedziałem, że zmienia smak. Dodałem prędko, widząc wciąż krążącą w niej radość, że smak staje się kwintesencją naszych problemów. Poprosiła, żebym wyjaśnił. Nie miałem teorii; to była budowla, która nie miała fundamentów. Popatrzyłem więc w głąb miasta, założyłem ręce za głowę, przymknąłem oczy i zacząłem szukać wyjaśnienia. Wreszcie powiedziałem, że go nie znam. Marta uśmiechnęła się zwycięsko; powiedziała, że kiedyś znajdziemy odpowiedź na to pytanie. Odparłem, że mogę szukać bez skutku, byleby towarzyszyła mi w tej nieudolności. W życiu zawsze trzeba mieć kogoś obok, gdy coś się dzieje i gdy nic się nie wydarzy. Wie pan, trudno to roztrząsać, bo ludzi jest wielu i tyleż relacji pomiędzy tymi wieloma ludźmi. Natomiast ja lubię dzielić się szczęściem i lubię umierać w najmniejszym towarzystwie. Umierać razem – to przywilej. Pytam Martę, czy umarłaby ze mną, gdybym poprosił. Odpowiada, że widzi sens w życiu i wie, że ja też go widzę, więc dlaczego mówię o odejściu? Mówię, bo chciałbym mieć kogoś obok, gdy stracę cały świat. Chciałbym stracić coś wspólnie. Pytam, czy ma coś, co zostawiłaby światu. Marta mówi, że ma dziewiętnaście lat i jedyna rzecz, którą mogłaby zostawić, to właśnie świat, którego nie zna. Wyraz jej twarzy zmienia się diametralnie. Wygoniłem uśmiech i narzuciłem jej ból. Teraz boli ją coś w środku, a ja nie powstrzymam nieznanego.

Przez całe życie wędrujemy z walizkami i od dziecka upychamy do nich, co tylko wpadnie nam w ręce. Naturalnie większość z nas wrzuca tam karteczki z informacją, że ogień parzy, a w głębokiej wodzie można utonąć. To nazywamy zabawnie doświadczeniami na przyszłość. Później zaczynają się schody, gdy karteczki coraz trudniej ułożyć w schemat. Coraz trudniej jest zapisywać je w zrozumiały sposób. Jednak uczymy się i zapełniamy walizkę. Składamy w niej doświadczenia, rysujemy serduszka na znak miłości i złamane serduszka na znak straty. Marta nigdy nie miała tej walizki ze sobą. Nosiła przy sobie coś, co mogło być walizką, lecz nią nie było, wierny substytut. Nie dała rady schować tam żadnej karteczki. Nie mogłem powiedzieć, że jej walizka jest pusta. Nie mogłem też powiedzieć, że nie ma bagażu. To właśnie było mi bliskie. Osoba, która zdołała upośledzić swój system doświadczeń; taka bez bagażu albo taka, która przynosi ze sobą tylko złe rzeczy. Ktoś puka do drzwi; otwierasz, a tam stoi postać bez twarzy, z bagażem w ręku. Pyta nieśmiało, czy znajdzie się dla niej miejsce, w którym spędzi spokojną noc. Mówi, że nie chce spać pod gołym niebem. Wpuszczasz przechodnia, wskazujesz mu łóżko i przynosisz świeżą pościel. Proponujesz, by się rozgościł. Ukradkiem zauważasz, co kryje się wewnątrz tego, co ze sobą wniósł. Robisz wielkie oczy, ale próbujesz to ukryć. Nie chcesz widzieć tej twarzy i cieszysz się, że rano odejdzie. Odchodzi, a ty zamykasz drzwi i łapiesz tyle powietrza, ile tylko zdołasz pomieścić. A ja takiej osoby nie lubię wypraszać, nie cieszę się na myśl o jej odejściu. Lubię zasugerować, że może zostać, ile tylko zechce. Po kilku dniach pytam, czy może pokazać mi, co przyniosła ze sobą. Później zagłębiam się we wszystkim, co z nią związane. Dążę do zepsucia, które widzę.

Zawiążemy sznurki, wszyscy, mój będzie wytrzymały.

Przepraszam i mówię, że powinniśmy się napić. Zmieniamy temat. Pijemy, a piersiówka nie ma końca. Każdy łyk dostarcza nowych doznań. Smak zmienia się bez chwili wytchnienia. Sięgam i piję whisky. Przechylam i czuję rum. Przełykam wódkę. Wydycham gin. W żyłach czuję płynącą nowym tempem krew. Jest dzika, jest szalona, wściekła, ale zaraz traci na swojej żywiołowości.

Spoglądam na Martę, która jest już ponad ziemią. Kochanie, lewitujesz, nie ma cię ze mną. Mówi, że zapomniała się zaledwie na sekundę. Pytam, czy przez całe życie myślała o tym, że trzeba kimś zostać, do czegoś dojść. Że każdy krok, który robi, musi doprowadzić ją do celu. Zastanawia się chwilę i odpowiada, że marzyła o byciu aktorką, ale to stare marzenie, z dzieciństwa. Oddaje kilka sekund w ramiona ciszy. Kontynuuję i zastanawiam się, dlaczego nigdy nie próbowała spełnić swojego marzenia. Nie pytam jej o to, a ona odpowiada. Twierdzi, że zawsze towarzyszyły jej strach i trema. Unikała kontaktu z publicznością, nie próbowała wykazać się w towarzystwie. Lubiła milczeć i żyć obok marzenia. Odpowiadam szybko, że marzenia powinny żyć wewnątrz, a nie obok nas. Marta zaprzecza. Mówi, że na marzenia trzeba spoglądać. Trzeba być pustym, bo marzenie wolne dorasta bez nas i sami możemy zdecydować, kiedy chcemy je chwycić za skrzydła. Mówi, że patrząc w poranne niebo, zazdrości ptakom, ale żadnego nie chce zniewolić. Zbliża się do mnie, siada obok i szepce do ucha, że jej marzenia są nieuchwytne. Odwracam głowę, spoglądam w jej przeszklone oczy i całuję ją delikatniej niż zwykle. Od kiedy ją znam, pragnę, by każdy mój gest był inny niż zwykle. By pocałunki były pojedyncze. By spojrzenia trwały inaczej. Chcę emitować inne ciepło, gdy przytula się do mnie. Może w taki sposób będziemy w stanie zapamiętać więcej siebie bez powielania wydarzeń. Chciałbym bowiem usłyszeć któregoś dnia, gdy wejdę niepostrzeżenie do pokoju, pewne niuanse. Chciałbym o tym przeczytać, otwierając pamiętnik, który próbowała ukryć przed światem. Powiedzmy – trzy odmienne wspomnienia. Pierwsze – gdy pocałowałem ją pod dachem, tuż przed tym, jak mieliśmy wbiec w strugę deszczu lejącego się z nieba. Drugie – gdy pocałowałem ją anemicznie podczas spaceru wzdłuż nieistotnej ulicy w nieistotną noc z dwudziestego drugiego na dwudziestego trzeciego sierpnia. Trzecie – gdy pocałowałem ją w szyję, zaledwie dwa centymetry pod uchem, podczas wędrówki przez las, w którym zgubiliśmy się przypadkiem, uciekając przed zmierzchem. Choć każdy z tych pocałunków brzmiał tak samo, zostawał w pamięci jako pierwszy i ostatni. Niech gest będzie pierwszy i ostatni. Lecz w pojedynczym akcie powinna żyć nadzieja, a raczej zapowiedź na przyszłość.

Chcesz zapalić? Nie. Chyba chcę rzucić. Może powinniśmy nie palić. To nie zmieni niczego. Marta patrzy na mnie obojętnie. Mówi, że piła ostatnio herbatę i nie smakowała jej tak jak zawsze. Pytam, czy to była herbata, którą znała. Mówi, że ma w zwyczaju pić tylko jedną, niezmiennie. Pytam więc, co było nie tak. Marta kładzie się na plecach, unosząc nogi do góry, po czym układa je znów na ziemi. Palcem wskazuje na niebo. Pytam, co niebo ma wspólnego z herbatą. Mówi, że patrzenie w niebo przypomina jej o rzeczach, do których przywykła. Nie pozwalam jej porzucić tematu herbaty, więc ponawiam pytanie. Marta pyta, czy byłbym zaskoczony, gdybym któregoś dnia podniósł głowę, spojrzał w niebo, a nieba nie byłoby na miejscu. Mówię, że tak. A co, gdyby niebo zmieniło kolor? Byłbym zaskoczony, ale przywykłbym do zmiany. Tak! – krzyczy niczym odkrywca. Zmiana boli mocniej niż strata. Pijąc tę herbatę, nie czułam, że jej nie ma, czułam wyłącznie zmianę. I pomyślałam, że muszę przywyknąć do nowego. Nie chciałam tego robić. Bez wahania zatęskniłam za niebieskim niebem, bezchmurnym, na swoim miejscu. Ale to tylko herbata, przerwałem prędko. Tak, ale piję ją codziennie. Słuchaj, stabilizacja jest zła. Ale stabilizacja w prostocie może być niedoceniana. Na prostocie budujemy trudności. Mówię, że ma rację.

Zaczyna padać, prawda? Tak, kropi. Jestem pewna. Chcesz wracać? Nie chcę. Dlaczego nauczyliśmy się uciekać przed deszczem? My, ludzie. Przemokniemy, ale wyschniemy. Przecież zawsze wysychamy.

Marta mówi, że pasujemy do siebie. Pytam, czy zewnętrznie. Odpowiada zdezorientowana, że na zewnątrz ludzie będą zawsze do siebie pasować. Twierdzi, że nawet najbardziej wyrzeźbiony kontrast jest pięknem dokładnym. Pokrótce dodaje, że wspomniała o dopasowaniu wewnątrz. Znów szepce, tylko nie do ucha i z głową odwróconą w drugą stronę, że jej dusza kocha się w mojej. Gdy ze mną śpi, to czuje, że śpi obok, bo dociera do niej spokój, którego nie potrafi zaznać w samotności. Pytam, czy mówi o spokoju duszy. Kiwa twierdząco głową. Cieszę się z tego ruchu i kładę się obok niej. Przeciągam delikatnie paznokciem palca wskazującego po jej odkrytym przedramieniu; dążę w kierunku dłoni, by ostatecznie zatrzymać swój opuszek palca na jej opuszku. Gdy to robię, przychodzi mi do głowy schemat uczucia, które można wyrazić gestem. Boję się tej myśli. Okrążam palcem jej palec i opuszek ląduje na jej paznokciu. Kciuk wędruje w to samo miejsce. Teraz delikatnie oplatam dwoma palcami czubek jej palca, bawię się z nim, głaszczę go czule, przecieram, łaskoczę. Wywołuje jej duszę.

Zanosi się na burzę. Wiatr coraz częściej dociera do naszej dwójki, z coraz większą siłą rozrzucając nasze włosy po kątach. Mimo to leżymy w bezruchu, z bezpiecznym przeświadczeniem, że zdążymy uciec. A może myślimy zbyt pochopnie, że zawsze będziemy w stanie uciekać. Nie chcę myśleć, dlaczego nie uciekniemy, póki mamy czas. Jak dwie wskazówki, jedna podążająca za drugą, goniąca, chwytająca i nieco wolniejsza. Nie uciekniemy przed burzą. Mam wrażenie, że któreś z nas powinno krzyknąć, że już późno, że zaraz chmury dotrą nad nasz dach i zaleją nas i naszą bezsilność. Ale nie robimy tego, czekamy i spoglądamy na siebie, tak jakby burza nadchodziła co piętnaście minut, bez przygotowania, bez skrajnego podniecenia. Jesteśmy niczym dwie zapałki, które leżą w pudełku, a tuż obok reszta opakowania zaczyna płonąć. Marta kręci głową w rytm muzyki, której nie słyszę. Pytam, czy usłyszała coś z dala. Pyta, czy nigdy nie poczułem, że jestem częścią natury. Mówi, że stara się współgrać z wiatrem. Wiem, o czym mówi. Wiele razy, zwykle jesienią, wędrowałem wzdłuż parku, przydeptując uschnięte liście. Ilekroć podnosiłem głowę i obserwowałem cykl, w jakim natura pracuje, albo to, w jaki sposób drzewa poddają się w walce z porą roku, miałem nieodparte wrażenie, że natura podobnie jak człowiek jest bezbronna i podatna na mechanizmy. Dostrzegłem, że natura raczej przegrywa, aniżeli zwycięża w jakimś niezrozumiałym boju, jak przyszło nam myśleć przez całe życie. A może nie o przegranej mowa, ale o poddaniu się. Bowiem poddanie się nie jest tym samym, co przegrana. Przegrywasz, gdy z rąk ściągają ci rękawice. Poddajesz się, kiedy ściągasz je sam, bo zauważasz, że przeciwnik jest silniejszy. Poddanie się nie jest wynikiem słabości, ale raczej kalkulacji. W natłoku codzienności trzeba kalkulować i przewidywać ryzyko. Nauczyliśmy się, że słabość jest negatywna. Nauczono nas i my też nauczamy bezmyślnie, że popełnianie błędów jest niedopuszczalne. A co, jeśli wyobrazimy sobie, że w sporze pomiędzy słabością a siłą nie ma zwycięzcy? Marta pyta, czy boję się burzy. Zastanawiam się moment i mówię, że nie wiem. Dodaję, że chciałem zapytać o to samo. Ona odpowiada, że boi się, choć wie, że nic jej nie grozi. Pytam, skąd strach. Twierdzi, że od dzieciństwa prześladują ją wspomnienia szalejącej za oknem burzy. I nigdy podczas burzy ze wspomnień nie spotkało jej nic dobrego. Wtedy wszystko rozpadało się, traciło na wartości, uciekało. W każdym z tych wspomnień zostawała sama, więc boi się raczej samotności podczas burzy aniżeli jej samej. Marta znów ucieka w nieznane. Drugi raz dzisiejszego wieczora patrzy na mnie, ale tylko oczy odwrócone są w moją stronę. Całym ciałem jest poza światem rzeczywistym. Trzy razy szepcę do ucha jej imię, ale ona nie reaguje. Opowiadam historię, która przyszła mi właśnie do głowy. Mówię, że podczas burzy lubię czytać tomiki poezji. Układam się wtedy przy oknie, gaszę światło w pokoju. Otwieram na losowej stronie i czekam na błysk na zewnątrz. Kiedy przychodzi, rozświetla kartki, a ja wychwytuję jedno słowo, zdanie lub wers. I mogę milczeć przy tym, co zapamiętałem, póki nie nadejdzie kolejny błysk i uderzenie, następny piorun, coś następnego, co odsłoni znowu ciemność stron. Widząc, że Marta zaczyna mnie słuchać, kontynuuję. Pamiętam noc, gdy burza przyszła bez ostrzeżenia, a ja byłem zbyt słaby, by sięgnąć po książkę. Leżałem więc pod oknem bez większej nadziei na to, że podniosę głowę i wyjrzę przez okno, by chłonąć jej wielkie piękno. Docierały do mnie uderzenia i jasnoniebieskie światło. Wreszcie pomyślałem, że muszę się podnieść i choć przez moment zajrzeć jej w serce, bo nie będę potrafił wybaczyć sobie, gdy odejdzie bez wcześniejszej przeprawy przez moje ramiona. Poczułem wtedy, że w stosunku do zjawisk żywię uczucia podobne jak do ludzi. Moja burza stała się muzą i miłością. Przeszło mi przez głowę, że przyszła się pożegnać, a ja nie chcę jej pocałować i wyznać miłości, skoro ryzyko wydziera się z więzi i opluwa nas stwierdzeniem, że to ostatni raz, że to koniec. Nie wybaczyłbym sobie, a później przyszłyby płacz i tęsknota – nie za burzą, lecz za brakiem pożegnania. Marta podnosi głowę. Mówi, że to piękne. Pyta, czy wyobrażałem sobie, jak mogłoby wyglądać nasze pożegnanie. Nie wyobrażałem sobie tego. Nie wiem, jak można pożegnać się z osobą, którą kochamy. Mówię, że nie chcę widzieć się z nią ostatni raz – nigdy.

Już tu jest.

Już tu jest. Nad nami. Przyszła. Jest piękna. Jest sobą. Chodźmy, już pora. Masz rację. Mam rację. Marta mówi, że zostanie jeszcze kilka minut i wróci do domu. Wychodzę na ulicę, zarzucam kaptur i kieruję się w stronę domu. Niestety, nie powiem panu, dlaczego ją tam zostawiłem. Wydaje mi się, że zrozumiałem, że nie można zaprzeczać, po czym powiedzieć, że przyszło zrozumienie.

 

3

Matka otwiera mi drzwi. Mówię jej, że kręciłem tym cholernym kluczykiem przez pięć minut. Chyba się zepsuł, powtarzam trzy razy i rzucam nim przez okno. Spoglądam na stół i widzę dwie sterty. Jedna, która przypomina pieprzony nieład, i druga, wieża wyprasowanych ciuchów. Pytam ją, po co prasowała moje rzeczy. Odpowiada, że nie powinienem chodzić jak wstrętny gówniarz. Mówię, że nie potrzebuję wyprasowanych ciuchów. Tyle razy powtarzałem, że te potrafią rozprostować się na mnie w trakcie noszenia. Nie rozumie tego. Dlaczego nie rozumie takiej prostej sprawy? Wyciągam swoje koszulki i ostentacyjnie rzucam nimi w powietrze. Spadają na podłogę, po czym podchodzę i zbieram wszystkie. Zanoszę je do szafki i wpycham na siłę. Wracam do pokoju i przepraszam. Matka nie odpowiada. Przepraszam raz jeszcze. Nie odpowiada po raz kolejny. Zabieram więc butelkę wody i zamykam się w swoim pokoju.

Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Nie lubię tej atmosfery w domu, której jestem powodem. Lubię spokój. Skoro lubię spokój, dlaczego dałem kolejny powód do sprzeczki? Wyciągam się na łóżku i rysuję palcem po ścianie. Chciałbym, żeby spod paznokcia bardzo wolno wyciekał tusz. Tak wolno, bym mógł narysować najbardziej zrozumiałą linię na świecie. Taką kreską, która nie musi zaczynać się w konkretnym miejscu, i taką, która nie musi tworzyć formy. Taką, po której ktoś powoli przejedzie swoim palcem i poczuje to, co wypłynęło ze mnie. Zacznie i poczuje ciężar złości, goryczy i żalu, który gotuje się we mnie. Później wyczuje nieco chaotyczny ruch mojej dłoni, podczas którego moje serce biło w zwariowanym tempie. Na samym końcu czyjaś dłoń zorientuje się, że po histerii przyszedł spokój zmieszany z płaczem. Taki spokój, który nie istnieje bez płaczu. Takie łzy, które nie są mokre od szczęścia ani od smutku. Łzy, na które czekałem tak wiele razy. Pytanie, co wyniosłem z domu… Co mogłem wynieść z miejsca, które powinno kojarzyć się z jedynym słusznym odpoczynkiem? Wyniosłem nie więcej niż ciągłe kłótnie, hałas i huk. Krzyk i nieustanne wymagania. W domu rzadko bywało radośnie. Radość była jednostkowa. Nigdy wspólna. Dotyczyła tylko mnie lub tylko matki. Nigdy nas obojga. Nawet gdy nie było kłótni, milczeliśmy sporo. To był jedyny czas, kiedy odpoczywałem. Ten czas stawał się przerwą dla moich myśli. W trakcie ciszy przerzedzało się powietrze. Było nieco czyściej, można było oddychać. Co do czystości powietrza, nie jestem pewien… W końcu gazem też można oddychać, niestety, nie tak długo i trwale. Przez większość życia odnosiłem wrażenie, że w którymś pokoju bez przerwy ktoś odkręca kurek kuchenki i żadne z nas nie stara się ostrzec drugiego, mówiąc: „Czuję gaz!”. Nam ten gaz był potrzebny. Nauczyliśmy się żyć w truciźnie. To było jedno z tych mieszkań, w których nigdy nie zatrzymano żadnego problemu. Wszystkie wychodziły na zewnątrz. W takich ilościach, że poranne spotkanie sąsiadów na klatce schodowej było tak samo wstydliwe jak przypadkowo dostrzeżona nagość, skradziona ukradkiem, trochę na wyrost rozpatrzona przez oczy.

Podnoszę się z łóżka i kładę się na