Wydawca: Psychoskok Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 299 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Draconia: Zew upadłych - Adrian Wojdak


Draconia: Zew upadłych” Adriana Wojdaka to powieść fantastyczna.

Akcja dzieje się w tytułowej Draconii, która jest jednym z sześciu krajów znajdujących się na kontynencie Ardanii. Karty historii przeplatają się mniej lub bardziej istotnymi wydarzeniami jak bitwy, wojny, pakty, ewolucje i ekspansje. Jedna bitwa, która zakończyła się w dość tajemniczych okolicznościach odciska swe piętno na kartach historii. Po 300 latach spaczone i wyklęte zło ucieka ze swojego więzienia, by zemścić się na ludziach, którzy skazali je na niebyt. Dwudziestoletni chłopak o imieniu Nero zostaje rzucony w wir tajemniczych wydarzeń, w których ma odegrać ważną rolę nie wiedząc jednak jak podołać przeciwnościom losu. Na szczęście nie jest sam, ma obok wiernych przyjaciół gotowych pójść za nim oraz innych towarzyszy, którzy skłonni są udzielić mu rad i wesprzeć mieczem.

Opinie o ebooku Draconia: Zew upadłych - Adrian Wojdak

Fragment ebooka Draconia: Zew upadłych - Adrian Wojdak

Wersja Demonstracyjna

Wydawnictwo Psychoskok Konin 2016

Adrian Wojdak „Draconia: Zew upadłych”

Copyright © by Adrian Wojdak, 2016

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie

 może być reprodukowana, powielana i udostępniana w 

jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Agnieszka Marzol

Projekt okładki: Robert Rumak

Zdjęcie okładki: ©Fotolia- auipuistock

Autor zrezygnował z korekty profesjonalnej wydawnictwa

ISBN: 978-83-7900-701-1

Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/ e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Od Autora

Powieść jest moim debiutem literackim, pracowałem nad nią naprawdę długo i osobiście czuję się spełniony oraz pewny tego, że oddaje w ręce czytelników część siebie. Część moich myśli, wyobraźni i serca. Tworząc każdy element powieści, poczynając od postaci, historii, stworzeń, magii, czy języka elfów, robiłem wszystko, by to, co można przeczytać było owocem nie tylko mojej wyobraźni, ale też doświadczeń i przemyśleń związanych z gatunkiem.

Adrian Wojdak

Prolog

Draconia mimo faktu, iż była najmłodszym z krajów na kontynencie, zawsze mogła poszczycić się bogatą historią, która często była na tyle nieprawdopodobna, że nie wszyscy chcieli w nią wierzyć. Niestety sam fakt egzystencji pod własnym sztandarem czyni naród członkiem na arenie politycznej, gdzie życie pośród innych na jednym kontynencie można przyrównać do wilczej sfory, gdzie jeden z osobników staje się samcem alfa. Dracończycy wielokrotnie udowadniali, że są silnym niepoddającym się narodem. Gdy za czasów syna ojca założyciela Draconia była częściowo okupowana, dumnie postawili się uzurpatorom. Dzięki temu zyskali wieczny szacunek innych państw kontynentu. To kraj, który ma bogatą kulturę, tradycje, wierzenia, dumę i honor. Mieszkańcy byli bardzo poradni, w każdej sytuacji wspierali się nawzajem, walczyli o swoje i nie pozwolili hańbić niczego, co było związane z ich krajem. Na południowym wschodzie znajduję się Meredia, która charakteryzuje się nieprzeciętną gospodarką i siłą militarną. Meredyjczycy cechowali się gorącym temperamentem, sztywnym podejściem do życia, jednak święta zmieniały ich całkowicie. Wtedy kochali zabawy, tańce, alkohol i śpiew. Byli bardzo charyzmatycznym narodem, który można by rzec miał pecha do władców. Każdy monarcha, który sprawiał wrażenie idealnego, będącego kwintesencją dobra, empatii i kompetencji, zostawał zamordowany lub abdykował z niewiadomych przyczyn. Po każdym takim „zbiegu okoliczności” zwykle władzę obejmował ktoś, kto miał manię wielkości, chcąc posiąść wszelkie bogactwa, a wojnę traktował jak towarzyską partyjkę w szachy. Nie każdy chętnie jeździł w ich strony, gdyż było tam o wiele cieplej niż na pozostałej części kontynentu. Było to dość tropikalne państwo, które zaopatrywało inne kraje w towary często niemożliwe do zdobycia na ich ziemiach. Kolejnym wschodnim sąsiadem Draconii było nie istniejące już cesarstwo Koright Athan zamieszkujące północno-wschodnią część kontynentu. Athanowie byli narodem konserwatywnym, twardym i pracowitym. Żyli w dość ciężkich warunkach na podmokłych terenach, więc nie byli samowystarczalni pod kątem żywności. Posiadali liczne kopalnie złota, dzięki którym byli w stanie zapewnić sobie zakup niezbędnych im dóbr. Było to najmniej wykształcone państwo, gdyż dzieci od najmłodszych lat wykorzystywane były do pracy. Niejednokrotnie walczyli o ziemie, które mogliby wykorzystać do uprawy. Cesarscy dyplomaci stali się stałymi gośćmi we wszystkich dworach chcąc przekonać monarchów do odsprzedania części ziem. Jednak ciągłe odmowy krajów sąsiednich doprowadziły ich do desperacji i nieprzemyślanych poczynań politycznych, w wyniku których całkowicie wyginęli. Draconia jednak miała jeszcze dwóch sąsiadów. Zachód i jednocześnie największe ziemie należały do Królestwa Sairlet, które charakteryzowało się dostojnością, gracją wysublimowanym poczuciem stylu oraz mody. Był to kraj arystokracji, miejsce bogatej kultury, gdzie nauka była ich towarem eksportowym, ojczyzna wykwintnych zabaw, muzyki oraz kontynentalna stolica wszelkich trendów. Ardańska stolica win i królestwo kurtyzan. Na południu za górami rozciągała się kraina pięknych lasów, jezior, łąk i rzek. Był to dom elfów. Te dostojne istoty przybyły na kontynent w poszukiwaniu lepszego życia. Ich zwyczaje i kultura były wielką tajemnicą. Handlowali z innymi krajami, jednak woleli, by ich stosunki z sąsiadami pozostały w takiej formie. Niektóre elfy chciały jednak porzucić tą zaściankowość i emigrowali w głąb kontynentu zamieszkując inne miasta, żyjąc wśród ludzi. Jednak często spotykali się z zimnym przyjęciem rodowitych mieszkańców ich nowych ojczyzn. Ostatnim krajem nie będącym już częścią kontynentu było Imperium Aurory. Pustynna wyspa sąsiadująca na południu z Iverneth, zamieszkana przez lud apodyktyczny, obsesyjnie konserwatywny, czczący swoich własnych bogów, skupiający się na własnych tradycjach, kultach i mimo faktu, że nie posiadali zbyt bogatej kultury wywyższali się ponad wszystko. Byli wyobcowani, do swojego kraju wpuszczali jedynie kupców i dyplomatów. Niegdyś wyspa Aurory była częścią kontynentu Ardanii, jednak ich zachłanność i niedocenienie przeciwnika, za którego wybrali sobie elfy z Iverneth, doprowadziła do tego, że za pomocą elfiej magii półwysep, który zamieszkiwali został odłączony w wyniku czego znajdują się w bezpiecznej odległości od reszty świata. Jak widać Ardania to kontynent pełen różnorodności, pełen bogactw kulturowych, różnic etnicznych, zwyczajów, jednak często się mawia, że historia lubi się powtarzać i tak też jest tym razem. Starożytne zło, przesiąknięte nienawiścią i pragnące siać zniszczenie, wreszcie się zbudziło. Jego cel jest konkretnie sprecyzowany. Mieszkańcy Ardanii będą jedynie przypadkowymi ofiarami, które przysłużą się dopełnieniu krwawego sądu. Czas zemsty nadszedł, a Ardańczycy znów są w niebezpieczeństwie. Oto jak potoczy się ta historia.

Rozdział I: Najazd

 Był sześćdziesiąty trzeci rok dwunastego wieku. Wczesny poranek, małe miasteczko o nazwie Brah. Spokojne miejsce, gdzie oprócz handlu na rynku nie działo się tu nic innego. Ze względu na niewielki rozmiar osady miejski gwar, dobiegający z targowiska słychać było nawet na obrzeżach. Kupcy z innych miast przybywali powozami wypełnionymi różnymi towarami takimi jak, żywność, materiały budowlane, tkaniny, ubrania i wiele innych. Miasteczko to, było typowym miejscem importowym, gdyż jego mieszkańcy to weterani wojenni z rodzinami, kowale, myśliwi i rybacy, więc tylko dzięki tym trzem ostatnim Brah mogło się utrzymać. Nieopodal rynku znajdowała się gospoda „Dwa kufle” z noclegownią na piętrze. Wejście do piwnicy otwierało się codziennie przed północą dla wszystkich mężczyzn, których za każdym razem z ogromną radością witała tutejsza burdelmama. Może dlatego, że z własnego doświadczenia wie, że w całej marchii oprócz przesławnego „Pantofelka” w dzielnicy portowej Vortexu to jedyne takie miejsce, a niektórzy klienci potrafią zostawić wypchane mieszki. Parę metrów dalej znajdował się dom wójta. Był to starszy człowiek, który niegdyś nosił miano królewskiego generała, lecz gdy częściowo stracił wzrok przeszedł w stan spoczynku. Obok miasta przepływała rzeka Martwa, która nazwana została tak ze względu na to, że na całej długości ruchem wody decyduje wiatr. Swe ujście ma po zachodniej stronie granicy z Sairlet, a dokładnie u podnóża gór płaczu i przecinała Draconię płynąc dalej w stronę pustych terenów cesarstwa Koright Athan. Jej dużą zaletą było to, iż była dość płytka, gdzie w najgłębszym miejscu sięgała dorosłemu mężczyźnie na wysokości brzucha. Był to raj dla dzieci i dla rybaków, gdyż dzięki spokojnej wodzie szczyciła się sporą ilością ryb. Każdy dzień wyglądał tak samo ta monotonia sprawiała, że w Brah, życie stało w miejscu. Do pewnej pamiętnej nocy... Gdy słychać było przeraźliwy pisk, a tajemnicza siła wyrwała bramę. Po krótkiej chwili wbiegło siedmiu jeźdźców odzianych w czarne zbroje, hełmy z poziomymi otworami na oczy, trzymając w ręku szablę z zaostrzonymi wybrzuszeniami idealnymi na rozszarpanie ciała przeciwnika. W drugiej ręce trzymali tarczę wyglądającą jak czarne słońce, z wytopioną czaszką na puklerzu. Same ich rumaki budziły grozę, czarne z płonącymi grzywami i oczami czerwonymi jak ogień z piekielnych czeluści. Zaczęli zabijać mieszkańców jednego po drugim. Palili domy ówcześnie je przeszukując. W pewnym momencie wybiegł mężczyzna. Łysy, a jego zarost stanowiły bokobrody połączone z wąsami. Był to miejski kowal z rodzinnym mieczem w ręku, który widział już nie jedną bitwę.

- Verania! - krzyknął – Zabierz dziecko i uciekajcie daleko przez rzekę!

Matka zdenerwowana złapała koc i owinęła nim dziecko, po czym włożyła je do koszyka i wybiegła z domu. 

Zdesperowany ojciec ruszył w kierunku najeźdźcy. Gdy uderzył w tarczę mrocznego nieznajomego, ostrze odbiło się niczym po uderzeniu w mur. Kolejne próby również nie zdały się na nic. W końcu jeździec wysunął opancerzoną rękę przed siebie odrzucając mężczyznę. Postać zsiadła z konia i szła wolnym krokiem do kowala. Po chwili wstał z ziemi i chwycił mocno miecz. Nastąpiła krótka wymiana ciosów, lecz po chwili postać uderzyła mężczyznę tarczą ogłuszając go zarazem, a następnie jednym cięciem odcięła mu głowę. Reszta najeźdźców ruszyła w pościg za kobietą uciekającą z dzieckiem, która niefortunnie potknęła się o wystający korzeń i wpadła do wody. Dziecko zachłysnęło się wodą, lecz kobieta chciała za wszelką cenę przedostać się na drugą stronę rzeki. Po chwili znikąd strzała trafiła ją w plecy, a dziecko odpłynęło w koszyku. Demony przybiegły na brzeg, lecz za późno. Głośny pisk zastępujący krzyk niósł się głośnym echem po najbliższej okolicy. Następnego deszczowego dnia, dziecko na drugim brzegu znalazł pewien starzec, który przechodził przez trakt z dostawą rudy do miasta. Był on w podeszłym wieku, charakteryzowały go krótkie siwe włosy, gęsty wąs i kozia bródka. Miał na sobie porozciąganą zaniedbaną szarą szatę z kapturem przepasaną lnianym sznurem. Podszedł do kosza, zsunął nieco kaptur, by poprawić widoczność nachylił się i przyciągnął kosz w swoją stronę.

- Witaj przyjacielu – rzekł skonfundowany mężczyzna wodząc oczami na boki, czy gdzieś nie ma jego rodziców, bądź czy to nie jest zasadzka rabusiów. Zamknął oczy i po chwili wiedział już, że to fałszywy alarm. Wziął chłopca na ręce, położył w powozie i wyruszył do Silven, zwanego inaczej miastem światła. Mężczyzna na imię miał Rodan i był tutejszym magiem. Chłopiec wychowywany był w kręgu magów w klasztorze i otrzymał imię Nero. Gdy skończył dwanaście lat zaczął naukę władania kijem u tamtejszych mnichów. Magowie do walki nie potrzebowali mieczy. Czasem przydatny okazać się mógł sztylet, ale mimo to preferowali kostur, z którym byli obyci od dziecka. Symbolizował on zdolności magiczne właściciela, jego wielką tajemniczość i niekiedy strach, mimo to doskonale nadawał się do walki dzięki czemu czarodziej trzymał przeciwnika na długość kija przez co wprawiony stanowił ogromne zagrożenie. Chłopiec był dość wysoki jak na swój wiek i dojrzały emocjonalnie. Cechowała go pociągła twarz i czarne włosy sięgające za uszy, które miał zaczesane do tyłu, lecz mimo wszystko pojedyncze kosmyki nachodziły mu na twarz. W wieku siedemnastu lat magowie zaczęli go uczyć prastarej magii, co było ich tradycją. Tego typu magii nie używało się od śmierci króla Dracona, gdyż Sylańska Akademia Tajemna zarządziła nowe przepisy korzystania z zaklęć.

Nero był pilnym studentem, lecz po tylu latach pobytu za murami klasztoru, ciekawość światem zewnętrznym wzięła górę. Chłopak wymknął się ze swoich komnat używając skradzionych mikstur niewidzialności oraz kamuflażu eterycznego, który sprawiał, że czarodziej nie był w stanie wyczuć energii czarodzieja, będącego pod wpływem tego specyfiku. Starannie ominął straż i zbliżył się do wielkiej żelaznej bramy zastanawiając się jak przejść na drugą stronę. Wiedział, że strażnicy mu jej nie otworzą, gdyż prawo do opuszczenia murów uzyskiwało się po ukończeniu dwudziestu jeden lat, czyli po zakończeniu nauki.

- Eh, gdybym był o rok starszy - bąknął pod nosem.

Starał się przypomnieć sobie, czego nauczyły go mury tego klasztoru. Po chwili dotknął jedną dłonią bramy i zamknął oczy, by móc się lepiej skupić. Czuł jak energia płynie od czubków palców wzdłuż ciała. Zaklęcie było gotowe i w jednej chwili jego ciało zniknęło, a po czasie pojawił się po drugiej stronie.

- Hmm, było takie trudne – stwierdził chłopak - Czas na małą wycieczkę po mieście.

Miasto było imponujące. Z ogromną ciekawością, spoglądał na wszystko, co go otaczało. Silven było miastem zbudowanym na górze, więc jakiekolwiek karczmy, bądź domy handlowe znajdowały się wewnątrz góry, w specjalnie przygotowanych w tym celu jaskiniach. Klasztor, w którym mieszkał Nero znajdował się na samym szczycie, gdzie również stał posąg boga światła Domilux'a. Chłopak wszedł do ciemnej alejki, szukając jakiegoś kupca, by nabyć owoce, gdy spostrzegł trzech obdartusów ze sztyletami, którzy błyskawicznie podbiegli do niego.

- Zgubiłeś się?! - zapytał ochrypłym głosem jeden z nich.

- Nie, właściwie to szukam jakiegoś kupca, by kupić coś do jedzenia.

- To się dobrze składa, bo my szukamy pieniędzy. Wyskakuj z sakiewki – powiedział zdenerwowany pijak, trzymając mu sztylet przy gardle.

Nero przestraszony, zaczął nerwowo macać kieszenie aż wpadł na pomysł i złapał przeciwnika za dłoń dzierżącą sztylet i wyzwolił z ciała wiązkę elektryczną powalając go na ziemię.

- Ty żmijo! - krzyknął kolejny z pijaków.

Wyjął sztylet zza pasa i ruszył w jego stronę. Nero złapał szczotkę, która stała oparta o ścianę budynku i wykonał nią kilka szybkich ruchów uderzając mężczyznę w nadgarstek i kolano przez co upadł zanim jeszcze zdążył upuścić ostrze.

Całe to zajście widział gwardzista, który wraz z dwoma innymi strażnikami przybiegli zbadać sprawę.

- Co tu się dzieje? - zapytał jeden z nich.

- Wszystko w porządku panie - odpowiedział jeden z podnoszących się agresorów.

- Wy pójdziecie ze mną brudasy – odrzekł, po czym związał sznurem wszystkich pijaków i idąc gęsiego udali się w stronę kratowanej bramy kryjącą zarówno garnizon jak i areszt.

Nero zdziwiony tą sytuacją i tym, co przed chwilą zaszło, kupił to, co potrzebował i wrócił po cichu do szkoły. Po wejściu do wnętrza klasztoru, miał jednak niezbyt przyjazne powitanie. W wejściu czekał na niego już poirytowany Rodan.

- Gdzieś ty był! - wykrzyknął zdenerwowany mag.

- Wychowałem cię, a ty mi się tak odwdzięczasz? Zero szacunku i zero wdzięczności za te wszystkie lata! Strażnicy donieśli mi o tym, że wdałeś się w bójkę z tymi oprychami. Miałeś szczęście, że byli pijani, bo sami ledwo trzymali się na nogach.

Nero spuścił głowę i starał się nic nie powiedzieć, by tylko nie pogorszyć sytuacji.

- A gdyby to byli prawdziwi bandyci? a nie spite knury? Co ci strzeliło do łba!

Nero jeszcze nigdy nie widział Rodana tak wściekłego.

- Mistrzu, naprawdę przepraszam... To się już więcej nie powtórzy - odpowiedział skarcony chłopak.

- Masz racje, że to się nie powtórzy chłopcze. Od dzisiaj masz szlaban, w postaci prac społecznych. Będziesz pomagał kucharzowi i sprzątaczce. Idź do siebie i nie chcę cię dzisiaj widzieć... 

Nero skarcony poszedł do swojego pokoju, a Rodan do samego przekroczenia progu nie spuszczał z niego wzroku. Nazajutrz zaczął odbywać swoją karę. Pierwsze jego obowiązki to przygotowanie posiłku dla garnizonu wewnątrz klasztoru, więc około dwustu osób. Chłopak nie wiedział nawet jak trzymać chochlę, pokroił szybko wołowinę, wrzucił do kotła, dolał wody, wsypał mąkę, grzyby, zioła i z ogromnym wysiłkiem mieszał całą mieszankę. Po ugotowaniu strawy zabrał się za pomoc sprzątaczce, która kazała mu pozamiatać schody prowadzące do lochów i korytarz w lochach. Zamiatał staranie natrafiając na dole na strażników.

- Sprzątasz widzę chłopcze - zapytał jeden gruby strażnik o dość tępym wyrazie twarzy.

- No chyba widać prawda? - odpowiedział arogancko Nero.

- Oczywiście. Przepraszam za głupie pytanie. Skoro sprzątasz to my ci się usuniemy i wyjdziemy na dwór - otworzył drzwi i dodał - Chodź Maćko – Powiedział do drugiego strażnika, po czym obaj wyszli.

Nero zamiatał dalej podłogę, lecz po chwili usłyszał wołanie.

- Pss. Hej, słyszysz mnie?

Nero obejrzał się i spostrzegł młodego chłopaka stojącego przy kratach. Trzymał się ich jakby były jego ostatnią podporą.

- Co tu robisz? - spytał Nero.

- Przecież nie wypoczywam, nie sądzisz?

- Nie zadaje się z oprychami.

- Czekaj - złapał go za rękaw przez kraty.

- Czego chcesz? - spytał Nero.

- Pogadać – odpowiedział mu więzień.

- Niby o czym chcesz pogadać?

- Skąd jesteś?

- Stąd, to znaczy tu się wychowałem, ale pochodzę z Brah - odpowiedział Nero.

- Ja z Tyru.

- Tyr? - zdziwił się Nero.

- To miasto barbarzyńców. A tak w ogóle to jestem Dardan.

- A ja Nero. Barbarzyńców? Za co siedzisz? - Spytał.

- Ludzie nas tak nazwali. To dlatego, że żyjemy w nieoficjalnym mieście, zajmujemy się polowaniami, czasem napadamy na małe dostawy zagraniczne i likwidujemy grupki wędrownych bandytów, którzy zapędzili się za daleko. A skazali mnie za dwa morderstwa mieszkańców Silven i jednego maga.

Nero nie mógł uwierzyć, owszem wyglądał dość podejrzanie, ale nigdy by nie powiedział, że może być aż takim potworem.

- Co ci jest? - zapytał Dardan

Nero milczał. To, co przed chwilą usłyszał wprawiło go w osłupienie. Był jakby w transie. Nie zważał na to, co się dzieje wokół niego.

- Hej ! Nie śpij - krzyknął chłopak.

- Nie śpię. Ciężko w to uwierzyć.

- Będzie ci ciężej uwierzyć w to, że jestem niewinny.

- A jak się znalazłeś w Silven?

- Przybyłem wymienić skóry i inne rzeczy w zamian za jedzenie.

- I co się stało?

- Słychać było krzyki, aż w pewnym momencie strażnicy złapali mnie i oskarżyli, że to ja.

- Mówiłeś im, że to pomyłka?

- Po tysiąckroć. Problem w tym, że tu prawie każdy każdego zna, a ja wyglądałem jak obcy. Poza tym w tych czasach mało kto dopuszcza myśli, żeby drążyć temat, jeśli ma się kozła ofiarnego.

- Dość tej paplaniny - przerwał mu strażnik.

- Czas na przesłuchanie, Dardanie zbieraj się - chłopak przełknął ślinę, wstał i poszedł za strażnikiem. 

Minęła godzina, po czym strażnicy przynieśli Dardana schłostanego. Strażnicy ciągnęli go niemal po ziemi, a krwawiące pręgi na plecach świadczyły o tym, że nie mieli wobec niego litości

- Na Bogów! - wykrzyknął Nero.

- Co ci się stało!

- Chcieli się dowiedzieć kto mi to zlecił. Chcieli wyciągnąć ode mnie to siłą - mówił drgającym i krztuszącym głosem Dardan.

- Skazali mnie na śmierć...

- To straszne... Trzeba ci pomóc - odparł Nero z ogromną determinacją.

- A wiesz jak?

Nero wstał, skierował dłoń w stronę okna, z jego dłoni błysnęło światło, a pół ściany pod wpływem silnego przepływu energii zostało dosłownie wyrwane po czym spadło na dół rozbijając się o skały na drobne kawałki. Nero wiedział, że mają mało czasu na ucieczkę, więc złapał Dardana za ramię, stanęli na krawędzi i spojrzeli w dół.

- O cholera. Nie, ja nie skacze – wrzasnął młody barbarzyńca – Niech już mnie zabiją, chodźmy stąd.

Po chwili usłyszeli zbiegających na dół strażników, więc nie tracąc czasu, Nero zamknął oczy i gdy przygotował zaklęcie zniknęli w jednym momencie. Gdy wpadli strażnicy, po więźniu nie było ani śladu tylko wielka dziura w ścianie.

- Będziemy mieli przerąbane - powiedział zszokowany żołnierz.

Drugi z nich stał jak wryty i patrzył na zdemolowaną celę.

- Maćko – zawołał drugi strażnik.

- O kurważ mać - Odbąknął wulgarnie.

Nero i Dardan pojawili się w lesie, lecz kilka metrów nad ziemią. Mieli szczęście, że ich szalony lot przystopowały gałęzie drzew, a na końcu stos liści, w który wpadli obaj niestety jeden na drugiego. Mieli pokancerowane od gałęzi i potłuczone ciała. Niedawny morderca wstał, otrzepał się z liści, rozejrzał i spojrzał na Nerona.

- Coś ty zrobił kretynie!? zaraz zginiemy, jaszczurce na pewno nas usłyszały.

- Co to są jaszczurce? - spytał Nero

- Jak się nie pospieszymy i czegoś nie znajdziemy to się dowiesz - odpowiedział mu ironicznie Dardan. - są zbudowane jak ludzie, ale wyglądają jak wielkie jaszczurki. Zęby i szpony mają ostre jak sztylety, a szybkie są niczym lampart.

- Młody barbarzyńca wziął długi kij i uderzył nim w drzewo, aby go skrócić i zaczął usuwać nadmiar drewna i nierówność z czubka.

- Co ty robisz? - zapytał Nero

- Broń głupku! Tobie radzę to samo, jeśli nie chcesz skończyć na talerzu.

Nero zaczął coś szeptać pod nosem, w końcu gdy przypomniał sobie rodzaj energii jaki towarzyszył mu podczas ostatniej teleportacji, po czym w jednak chwili zniknął. Barbarzyńca spojrzał i zaczął się rozglądać naokoło siebie.

- No tak, też mi bohater... Nie zostawiaj mnie tu! - krzyknął.

W panice zaczął trzeć czubkiem kija o leżący nieopodal głaz. Dźwięki, na które wcześniej nie zwracał uwagi słyszał coraz głośniej. Każdy szum liści trzepot skrzydeł ptaków zaczął doprowadzać go do obłędu. Panicznie pojękując tarł coraz szybciej i mocniej, aż kij powoli nabierał kształtów włóczni. Po chwili liście leżące na ziemi poderwały się i zaczęły wirować w miejscu i unosić się coraz to wyżej. Chwilę potem spośród nich wyskoczył Nero upadając na plecy.

- Co ty zrobiłeś? - spytał Dardan.

Koniec Wersji Demonstracyjnej

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok