Dożywotka - Krzysztof Urban - ebook

Dożywotka ebook

Krzysztof Urban

3,0

Opis

Dożywotka” zaciekawia od pierwszych stron i do końca czyta się ją z niesłabnącym zainteresowaniem. Fascynuje społeczną „egzotyką” tematu, żywą kreacją młodego bohatera, jego stopniową transformacją i przede wszystkim ekspresją języka, który twórczo współgra ze światem przedstawionym.

Fakt, że kanwą tej opowieści są losy młodego człowieka, zagubionego w świecie etycznego bałaganu lat osiemdziesiątych w PRL-u i za drobne kradzieże skazanego na trzyletni pobyt w zakładzie zamkniętym, z pewnością stanowi duży walor książki utrzymanej w stylistyce bezpośredniej relacji z wydarzeń więziennych i z obozu pracy.

Wielką zasługą autora jest takie pokierowanie duchowym rozwojem bohatera, że właśnie w miejscu najgłębszej ludzkiej degradacji i dezintegracji osobowości, potrafił on odnaleźć własną tożsamość, otrząsnąć się z bezmyślności i świadomie zaprojektować zręby własnej przyszłości. Jego język - w miarę nabierania dystansu do samego siebie - też się rozbudowuje, wzbogaca, z uproszczonej, standardowej grypsery przemienia się w soczystą, jędrną i niebanalną polszczyznę.

Wprowadzenie:

Książka rodziła się powoli. Prawa rządzące fikcją literacką nadały jej wprawdzie formę, a przecież nie stała się przez to powieścią - takie odnoszę wrażenie. Zbyt wiele tu faktów. Nie mogłem też jej uznać za reportaż, choć zbudowałem ją na wspomnieniach płynących na żywo, opowiadanych w przypływie szczerości przez - nieżyjącego już - szkolnego kolegę, który na początku lat osiemdziesiątych został osadzony w Ośrodku Zewnętrznym Zakładu Karnego, mieszczącym się na obrzeżach jednego z peerelowskich pegeerów.

Takich miejsc było wówczas - o czym mało kto wiedział - sporo. Realia związane z życiem i pracą młodocianych przestępców - zimno, brud, brak opieki lekarskiej, a zwłaszcza niewyobrażalny głód - były dla mnie wielkim zaskoczeniem, podobnie jak warunki egzystencji zwierząt, o których przyjaciel opowiadał ze smutkiem (do tej chwili dźwięczy mi w uszach jego łamiący się głos).

Pewnego dnia postanowiłem spisać zapamiętane szczegóły ze zwierzeń przyjaciela, by potem systematycznie, po każdej kolejnej rozmowie, zacząć robić notatki. Gdy wreszcie przeczytałem zebrany materiał, odczułem, że nie ma w nim duszy, że brakuje mu czegoś istotnego, co przykuwało moją uwagę w relacjach słuchanych na żywo.

Wpadłem na zbawienny pomysł, by skorzystać z magnetofonu. Słuchanie nagrań uświadomiło mi, że równorzędnym bohaterem wspomnień przyjaciela był język, którym opowiadał swą historię - nie język pięknoducha ślizgający się po powierzchni zjawisk, lecz wnikający w esencję język człowieka zmagającego się ze swym losem. Trzeba było więc, słuchając nagrań, nauczyć się oddychać i czuć w tym języku, by odtworzyć czas i miejsce tak odmienne i dalekie, a zarazem tak bliskie.

Język jest wielką zaletą tej powieści, gdyż wprowadza nas w zupełnie odmienny świat ludzkich doświadczeń. Świat, którego już nie ma.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Krzysztof Urban

DOŻYWOTKA

Copyright by Krzysztof Urban & e-bookowo 2009 Projekt okładki: Krzysztof Urban

ISBN 978-83-61184-31-7

www.e-bookowo.plkontakt:[email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2009www.e-bookowo.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Wprowadzenie

Książka rodziła się powoli. Prawa rządzące fikcją literacką nadały jej wprawdzie formę, a przecież nie stała się przez to powieścią – takie odnoszę wrażenie. Zbyt wiele tu faktów. Nie mogłem też jej uznać za reportaż, choć zbudowałem ją na wspomnieniach płynących na żywo, opowiadanych w przypływie szczerości przez – nieżyjącego już – szkolnego kolegę, który na początku lat osiemdziesiątych został osadzony w Ośrodku Zewnętrznym Zakładu Karnego, mieszczącym się na obrzeżach jednego z peerelowskich pegeerów. Takich miejsc było wówczas – o czym mało kto wiedział – sporo. Realia związane z życiem i pracą młodocianych przestępców – zimno, brud, brak opieki lekarskiej, a zwłaszcza niewyobrażalny głód – były dla mnie wielkim zaskoczeniem, podobnie jak warunki egzystencji zwierząt, o których przyjaciel opowiadał ze smutkiem (do tej chwili dźwięczy mi w uszach jego łamiący się głos). Pewnego dnia postanowiłem spisać zapamiętane szczegóły ze zwierzeń przyjaciela, by potem systematycznie, po każdej kolejnej rozmowie, zacząć robić notatki. Gdy wreszcie przeczytałem zebrany materiał, odczułem, że nie ma w nim duszy, że brakuje mu czegoś istotnego, co przykuwało moją uwagę w relacjach słuchanych na żywo. Wpadłem na zbawienny pomysł, by skorzystać z magnetofonu. Słuchanie nagrań uświadomiło mi, że równorzędnym bohaterem wspomnień przyjaciela był język, którym opowiadał swą historię – nie język pięknoducha ślizgający się po powierzchni zjawisk, lecz wnikający w esencję język człowieka zmagającego się ze swym losem. Trzeba było więc, słuchając nagrań, nauczyć się oddychać i czuć w tym języku, by odtworzyć czas i miejsce tak odmienne i dalekie, a zarazem tak bliskie.

SANKCJA

Wchodziłem po schodach rozdygotany. Za mną szedł gliniarz. Zastanawiałem się, czy nie dałoby się uciec, ale gdzież tam. Okna zakratowane, wąskie schody z poręczami do sufitu, na dole dyżurka pełna mundurowych. Chęć miałem i pewnie zapisałbym duszę diabłu, żeby tylko nie oglądać tych lastrykowych stopni i ścian pomalowanych olejną farbą, ale widać, los chciał mnie doświadczyć. Szansa była, ale czy warto brać się za coś, co nie wypali w stu procentach? Może coś bym wykombinował, ale ten za plecami? W dodatku głowy i kości nie miałem w najlepszej formie po wczorajszej zabawie. Nie dałbym rady przewrócić nawet dzieciaka, to o czym tu myśleć, kiedy kark grzał mi oddech dobrze zbudowanego osiłka.

Po co pakowałem się w to szambo? Szedłem z kolegą ulicą, zapytaliśmy jakiegoś gościa o godzinę i po chwili wywiązała się bójka. Nawet nie potrafiłem powiedzieć dlaczego. Kto zaczął i po co. Później zacząłem uciekać, nagle przewróciłem się, zrobiło się ciemno i znalazłem się na komisariacie.

Koledzy z osiedla opowiadali mi czasem, że znaleźć się w kryminale, gdzie sypia się na piętrowych łóżkach, gdzie do łaźni chodzi się raz w tygodniu, a za potrzebą trzeba stać w kolejce, to nie to samo co wczasy na d morzem. Dla mnie był to świat odległy i nierealny chociaż otarłem się już o niego. Czy los się na mnie uwziął i chciał mnie doświadczyć bardziej niż innych?

Chłopaki przestrzegali mnie, że wcześniej czy później wpadnę. Już raz mnie zatrzymywali, tyle że na czterdzieści osiem godzin. Obeszło się bez sankcji, ale wtedy uważali mnie za dzieciaka, bo nie miałem siedemnastu lat. Z poprzedniej wpadki udało mi się wyjść z wyrokiem w zawieszeniu, tym jednak razem nie zanosiło się, że sąd i prokurator potraktują mnie łaskawie. Napad rabunkowy – zbrodnia! Jaka zbrodnia? – pytałem siebie. Przecież nikogo nie stuknąłem. Na początku nie docierało do mnie co mi grozi. Myślałem, że za pobicie dostanę najwyżej kilka miesięcy do odsiedzenia i koniec. Ale rzeczywistość była o wiele gorsza. Facet, którego pytałem o godzinę zeznał, że zginął mu zegarek i że to ja z moim kolegą dokonaliśmy rabunku. Pobić, a pobić i ukraść, to dwie różne sprawy. W pierwszym przypadku można było dostać wyrok w zawieszeniu, a w drugim, kodeks karny przewidywał za ten czyn minimum trzy lata więzienia.

Śledczy straszył, że mniej jak pięć lat mi nie rąbną. Pewnie myślał, że odwieszą mi wyrok sprzed kilku lat, ale ja wiedziałem, że wtedy byłem małolatem. To co obowiązywało za nieletniego teraz, j ako pełnoletni miałem czyste konto. Żaden sąd nie mógł odwiesić wyroku, który nie należał do mnie. Według prawa byłem już kimś innym. Gliniarz straszył. Nie najlepiej się czułem, ale podkrętki, którymi próbował mnie wystraszyć, rozbawiły mnie tak, że roześmiałem mu się w twarz.

– Zaraz inaczej będziesz śpiewał – zaskrzeczał.

– Czy wy zawsze tak samo? – kpiłem z niego.

Byłem zły i nie miałem ochoty bawić się w podchody. Trochę wprawy już miałem w postępowaniu z gliniarzami. Mogłem kręcić, mydlić mu oczy i ciągnąć przesłuchanie jak najdłużej, ale wolałem od razu dostać swoje i wrócić na dołek. Ledwie skończyłem mówić, już leżałem na podłodze. Czułem krew w ustach. Sprawdziłem językiem, czy wszystkie zęby są na miejscu. Rozcierając bolącą szczęką pomyślałem, że dobrze by było odgryźć się jakoś nygusowi. Wstając, wyplułem krew na podłogę i powiedziałem:

– Kolejność jak zwykle ta sama. Pytanie, potem w mordę. Żadnych zmian. Nic się nie rozwijacie.

Myślałem, że zaraz po raz drugi znajdę się na podłodze, ale śledczy zmienił taktykę. Popatrzył na mnie chytrze i zapytał:

– Czy oglądałeś „Korzenie”?

Zdziwiłem się. Po co pytał mnie o jakiś serial? Nie miałem pojęcia, czego ode mnie chce.

– Pomyliłeś się. Wprowadzamy zmiany. Wylądujesz na stole i dostaniesz po g natach jak Kunta Kinte.

– To są zmiany? – drwiłem

– Ich przedsmak – przerwał mi śledczy – Po stole wskoczysz w tamtą piramidę…

Zerknąłem w kąt pokoju. Zobaczyłem stos zużytych opon. Nie scykorowałem, ale poczułem się nieswój. Sukinsyn planował jakąś sztuczkę. Nie domyślałem się jednak, do czego zmierza. Zaproponował urzędasowskim slangiem, że odstąpi od ukarania, jeśli się przyznam.

– Do czego? Odwal się!

Przeliczyłem się z siłami. Do pokoju przyszło jeszcze dwóch gliniarzy. Stół przetrzymałem znośnie, ale wciśnięty w opony i okładany pałą po piętach, naprawdę inaczej zacząłem śpiewać. Na dołek nie wróciłem o własnych siłach.

Prokuratora zobaczyłem po trzech dniach. Jedną dobę trzymali mnie bezprawnie. Nie miałem wtedy pojęcia, że podejrzanego należy doprowadzić do prokuratury w ciągu czterdziestu ośmiu godzin i przedstawić zarzuty, jeżeli jakieś są. Nic mnie to jednak nie obchodziło. Martwiłem się, z jakiego artykułu będę odpowiadał. Cały czas myślałem, że będzie to zwykłe pobicie, ale szybko się rozczarowałem. Marek, kolega z którym byłem do sprawy, przyznał się na wyrost. Przeczytałem jego akta po zakończeniu śledztwa. Siedziałem w szambie po uszy. Zegarek zginął naprawdę i to Marek go ukradł. Nie było wyjścia. Mogłem mówić, że tylko się szarpałem z facetem, bo wyzywał mnie od skurwysynów za to, że spytałem go o godzinę. A więc zostałem oskarżony o napad rabunkowy. Czyn którego się dopuściłem zagrożony był karą od lat trzech do piętnastu. Przyszłość wyglądała nie najlepiej.

Na początek trzy miesiące sankcji. Prokuratorzy też ludzie. Nie da się tak na łapu – capu. Trzeba spisać mnóstwo protokołów, spotkać się z podejrzanym, przygotować materiał dowodowy i kto tam wie, co jeszcze. Po co się spieszyć. Koszty sądowe, grzywna: licznik bije na konto przestępcy. A w dodatku musi być moralnie. Rozpatrzyć trzeba starannie, bo przecież chodzi o człowieka, a nie o świnię w rzeźni, której nikt o nic nie pyta, tylko podrzyna jej gardło i po krzyku.

Denerwowało takie nadgorliwe wczuwanie się w potrzeby innych, staranie o wygodę i dobro bliźniego. Po co ta troska, resocjalizacja i podejmowanie decyzji za innych? Każdy chciał być zbawcą świata, ale Chrystusowie nie rodzą się co dzień. Pamiętam pierwszą rozmowę z wychowawcą po przyjeździe na śledczak; tłumaczył mi, jak służba więzienna otacza opieką skazanych, jak wiele wysiłku wkłada, by na nowo przywrócić społeczeństwu obywateli. To samo słyszałem u prokuratora. Kiedy spytałem go, dlaczego jestem oskarżony o napad, powiedział mi, że tak wynika ze wstępnego śledztwa. Pocieszył mnie i zapewnił, że prokuratura zrobi wszystko, by wykluczyć pomyłkę i wyroku niezgodnego z prawem nie będzie, bo prawo jest zawsze po stronie podejrzanego.

Wszystkie te bzdury widniały tylko na papierze. Wystarczyło znaleźć się na dołku sam na sam z profosem, a wszystkimi przepisami świata można było się podetrzeć.

Człowiek dostawał w mordę i nie miał nic do gadania, nawet gdyby w sejmie uchwalili sto ustaw o ochronie praw człowieka. Po co robić taką szopkę? Bandzior był bandziorem i jakieś krzyki broniące go, gdy był okładany, wołanie o humanitaryzm, zarzucanie niemoralności były zbędne. Sąd, prokuratura, przestępcy, to taki sam biznes jak wszystko inne na świecie: taniec wokół pieniądza. Z jednej strony ustawy bronią godności b andyty, z drugiej – olewanie tych praw i samowola. Z roku na rok jednak przestępcom żyło się w więzieniach lepiej, bo przecież kryminalista to nie samo zło… Prokurator i sędzia mają pracę, komornik ściąga forsę, murarz buduje kryminały, klawisze pilnują, a poszkodowany wysila mózgownicę, by odbić stracone. Złodziej nie odkłada na książeczkę, przepuszcza szybko forsę na balety. Pieniądz jest w ruchu i świat się kręci.

Uzasadnienie mojego zatrzymania było proste: trzymać z dala od porządnych ludzi, ponieważ czyn, którego się dopuścił jest wysoce szkodliwy społecznie. A co było nieszkodliwe społecznie? Ci w ministerstwach też szkodzili ludziom, a nikt nie wsadzał ich do puszki. Wręcz odwrotnie. Przypinali im medale. Co znaczyły moje narzekania? Tyle mojego, co sobie pogadałem. Wiedziałem, że należy prowadzić swoją politykę i nie oglądać się na innych.

Na dołku siedziałem tydzień. Śmierdziałem jak stary cap. Bez papierosów, mydła, wody i grzebienia. Wyglądałem jak strach na wróble. Gdy wychodziłem spod celi, żeby zabrać chleb ze smalcem, pytałem wciąż profosów, kiedy wywiozą mnie na śledczak. Powtarzali, że nie ma transportu. Nie ma – trudno, ale dlaczego przez tyle dni miałem leżeć na dechach? Jak chciałem zapalić, musiałem pukać w drzwi i prosić, by profos zechciał podać mi papierosa z depozytu. Chciał to dał, a jak któryś z zatrzymanych natarczywiej się domagał, wywlekał go na korytarz i raz dwa uciszał. Niektórzy robili sobie zabawę, gdy na dołku znalazł się ktoś zastraszony. Kiedy Wydra miał dyżur – łysiejący profos o mocno zarysowanej dolnej szczęce – ci cwańsi i szukający rozrywek kosztem innych namawiali nowicjusza, by domagał się swojego.

– Co będziesz chujowi przepuszczał. Twoje szlugi, to ci się należą.

– To czemu sam nie wołasz? – wątpił któryś czasem.

– Przecież nikt o nie swoje nie będzie wołał.

Najczęściej taki bajer uspokajał nowego, a ten, nie mając pojęcia o niczym, pukał nieśmiało w drzwi i wołał:

– Panie strażniku, poproszę papierosa!

Delikatnego pukania i wołania profos w swoim kantorku nie słyszał. Trzeba było uderzyć parę razy glanem, aż echo niosło po korytarzu, dopiero była reakcja. Kiedy zjawiał się Wydra, zaczynało się przedstawienie. Skluczał głośno zamek, stawał z szeroko rozstawionymi nogami w drzwiach i trzymając się pod boki, mówił:

– Czego, kurwa? Srać się któremu zachciało? A może papierosa? Hę?

To „chę” kończyło wstęp. Zaczynała się druga runda. Amator fajek nieśmiało występował do przodu i strachliwie przebąkiwał:

– Ja, to znaczy… Przepraszam. Tak, ja ch ciałem. Czy ja mogę prosić, żeby pan mógł podać mi papierosa?

Wydra promieniał. Twarz cieszyła mu się od ucha do ucha, lecz po chwili cała radość w nim gasła. Dolna szczęka zaczynała mu pracować, chwytał gościa za klapy i wywlekał na korytarz. Potem rozlegały się jęki, odgłos kopania i nie mijała minuta, a Wydra stał na powrót w drzwiach i wpychał faceta do celi.

Wreszcie nadszedł dzień transportu do więzienia śledczego. Najpierw odebrałem z depozytu sznurowadła, pasek, zegarek i klucze od domu. Forsy w kopercie nie było. Może nie miałem jak mnie przywozili? Byłem na dobrej bani kiedy zgarniali mnie z ulicy.

Wieźli mnie nyską z gwałcicielem. Nie odzywałem się. Od samego początku nie podobał mi się ten gość. Kiedy wrzucili go pod celę, był po niezłej wódce. Nie przeszkadzało mi to wcale, ale jak zaczął przymierzać się do szczania, jakby nie wiedział gdzie jest, poczułem, że go nie lubię. Krzyknąłem na niego. Ocknął się. Schował fiuta. Ale za chwilę znów to samo. Dyżur miał akurat Wydra. Przyszedł, gdy kilka razy kopnąłem w drzwi. Zabrał go, a kiedy wrócił i rzucił pół przytomnego na podłogę, nie było już kłopotów. Rano gwałciciel nic nie pamiętał. Zaczął opowiadać, że pił z jakąś babką, a potem chciał ją posunąć. Narobiła wrzasku, no i wylądował na dołku. Zapewniał, że jest niewinny, ale sankcję wiózł ze sobą, tak jak ja.

Wreszcie dotarliśmy na Łęki. Zaprowadzili nas do pokoju, który wyglądał jak poczekalnia w przychodni. Za zakratowanym okienkiem siedział porucznik w granatowym mundurze. Kiedy wyczytał moje nazwisko, podszedłem i zacząłem podawać mu dane. Nazwisko, imię, datę urodzenia, gdzie pracuję, co potrafię, czy mam może wartościowe przedmioty typu zegarek, obrączka. Zeszło chyba z pół godziny. Później przyszedł młody plutonowy ze służby więziennej i zaprowadził nas do magazynu.

Na dołku, w świetle mdłej żarówki nie najlepiej widziałem, jak wyglądają moje łachy. Kiedy się rozbierałem, dreszcz mi poszedł po plecach. Koszula czarna, rozdarta przy kołnierzyku, lepiła się od brudu. Marynarka poplamiona krwią, kurtka wyszargana błotem, a slipy szybko zwinąłem w kłębek i wyrzuciłem do kosza. Wstyd było oddać takie zafajdane gacie chłopakowi przyjmującemu depozyt. Mogłem zostać w swoich ciuchach jako śledczak. Ale jak tu chodzić w czymś takim. Wskoczyłem w państwowe szmaty. Zakładając więzienne kalesony, czyściutką koszulę, może nie najlepszego fasonu, ale pachnącą szarym mydłem, zeźliłem się na te brudne szmaciska i niewiele myśląc wszystko wyrzuciłem do kosza.

– Można było oddać do pralni – odezwał się złodziej przyjmujący depozyt.

Machnąłem ręką i ubrałem się do końca.

Oprócz ubrania dostałem kubek, miskę, talerz, łyżkę, dwa koce, prześcieradło i dwie

ścierki.

Strażnicy więzienni prezentowali się o wiele lepiej niż gliniarze. Klawisz, który prowadził mnie podziemnym korytarzem, miał na sobie granatowy mundur, ciemnoniebieską koszulę, czarny krawat – słowem wysoki połysk. Szedłem przed nim, kierując się jego wskazówkami. Sam pewnie bym zbłądził. Kiedy wydostaliśmy się z podziemnego korytarza, zaczęliśmy kluczyć schodami i korytarzami zabezpieczonymi mnóstwem krat. Czułem się jak w labiryncie. Wszędzie czysto i cicho. Oprócz klawiszy nikogo nie widziałem. Zatrzymaliśmy się na czwartym piętrze. Po raz kolejny musiałem się rozebrać. Na każdym kroku zrzucałem łachy: zmiana celi, złe spojrzenie, każdy powód był dobry do kipiszu. Klawisze węszyli jak psy, a gdy znaleźli coś trefnego, cieszyli się jak dzieci.

Nikt nie pamięta, jak to jest przy narodzinach – człowiek pojawia się na świecie i nie wie, co dalej. Wchodząc pod celę, właśnie tak się czułem. Nie miałem pojęcia, co jest za drzwiami z wizjerem. Bałem się. Odwrotu jednak nie było.

W celi czysto jak w pudełeczku. Wyobrażałem sobie, że zaraz obskoczą mnie podejrzane typki, będą czegoś żądać, dopytywać się, a tutaj spokój. Czułem ich badawczy wzrok na sobie. By nie wydać się natrętem, przejechałem oczami dyskretnie. Żadnej zakazanej gęby, jak to czasem oglądałem na filmach. Na jednym zatrzymałem się dłużej. Uśmiechnąłem się od ucha do ucha. Przy oknie stał Kogut, znajomek z podstawówki.

– Cześć Kogut – odezwałem się pierwszy.

On też cieszył się z tego spotkania.

– Za co się powaliłeś? Ile dostałeś? – zaczęliśmy się podpytywać.

Na chwilę zapomniałem, gdzie jestem. Kogut działał na mnie jak balsam. Zacząłem zgrywać chojraka. O swoich przygodach mówiłem, jakby to były skoki na bank. Każdy chce być ważny i wyjątkowy. Szybko jednak zamilkłem. Mój życiorys, w porównaniu z opowieściami innych, nie był szczególny. Kogut siedział za okradanie kurników i gołębników. Marek, tak jak ja, za rozbój, tylko że on z przedłużeniem. Na początku nie miałem pojęcia, co znaczyło to przedłużenie, ale jak opowiedział szczegóły zorientowałem się w czym rzecz. Dokonał napadu z użyciem broni, a tą bronią była gałąź, którą okładał ofiarę. Marek uciszał gościa, żeby nie krzyczał i wziął, co było pod ręką. Mały Wiesiek za gwałty. Ten to był aparat. Działał w windach. Czaił się na klatce schodowej w bloku i czekał na jakąś samotną babkę, a kiedy ta wchodziła do windy wskakiwał szybko za nią i straszył nożem. Mówił, że brzytwa albo nóż na kobietę najlepsze.

– Nie piśnie nawet – mówił. – A weź pokaż babce giwerę, to narobi wrzasku i zaraz pół bloku masz na karku.

Zatrzymywał windę między piętrami i kazał się ssać. Potem zabierał wszystko, co cenne i ulatniał się. Nie chciał powiedzieć, w jaki sposób organizował sobie odwrót. Tajemnica zawodowa, mówił.

Lista przestępstw była długa. Domyślałem się, że sporo jest w nich bajeru, ale dobrze było pogadać. Staraliśmy się wypełnić czas, który wciąż przypominał, że jesteśmy za kratami.

Najgorzej dokuczał brak fajek. Ci, co siedzieli jakiś czas, mieli na koncie forsę i na wypiskę, dwa razy w miesiącu, kupowali papierosy. Ale kto tu miał kasę? Oprócz Pawła, wszyscy z nas siedzieli parę dni. Dzień uważałem za dobry, gdy wypaliłem jednego papierosa. Najczęściej jarałem skręty z uzbieranego tytoniu, albo z siana i wiórków drzewnych. Po takiej mieszance białka wypadały prawie z oczodołów.

Paweł, starszy celi, jakoś nie pasował do reszty chłopaków. Mówił niewiele, za to słuchał uważnie. Pilnował porządków, meldował stan przy apelu, a jak coś nie grało, klawisze jego w pierwszej kolejności objeżdżali. Wciąż ćwiczył podciąganie. Kibel obudowany był z dwóch stron kawałkami dykty, przymocowanymi do konstrukcji z kątowników. Na jednym z tych żelastw dawało się jako tako pomęczyć. Robiliśmy czasem zawody, który z nas podciągnie się najwięcej razy. Paweł był bezkonkurencyjny, ale i tak nikt go nie lubił. Nie zauważyłem w nim, i pewnie inni podobnie, szczerości, takiego prostego zachowania, które budzi sympatię, gdy człowiek z człowiekiem usiądzie i pogada o dupie Maryni. Jedynie on nie opowiadał o swoich skokach, a kiedy zagadnąłem go, za co siedzi, zbył mnie mruknięciem. Podkręcić bajer potrafił, podpuścić i wprawnie zapytać, niby tak od niechcenia, jakby nic go nie obchodziło, ale o sobie, milczek. Po kilku miesiącach dowiedziałem się, że jest konfidentem. Nie wierzyłem w pomówienia, ale jak tu nie dać wiary. Wciąż chodził na przesłuchania i przynosił z nich torby z żarciem i kartony fajek. Nie słyszałem, żeby śledczy wspierał bezinteresownie złodzieja.

Na początku, jak wszędzie, trudno jest się połapać. Jednak życie na gwizdek szybko koduje się w głowie. Krok po kroku uczyłem się reguł i coraz lepiej orientowałem się w więziennym życiu. Jako małolatowi należały mi się trzy posiłki, w tym dwa dania na obiad. Tylko że drugie jadałem rzadko – zazwyczaj było nie do przełknięcia. Specjalnością łęckiej kuchni były „cyce”. Nikt nie odgadł, co to za przysmak, ale i rzadko jadł go ktokolwiek. Pokrojone w kostkę owłosione skóry i stare zwierzęce bebechy zapachem i wyglądem odstraszały najmniej wymagających. Zgredzi mieli trochę gorzej; oni skończyli dwadzieścia jeden lat i dostawali na obiad tylko litr zupy. Chyba dlatego, że byli już purchlakami i nie rosły im kości? Ale za to, raz w miesiącu, mogli brać na wypiskę trzysta papierosów, a małolat tylko dwieście.

Na spacer nie zawsze wypuszczali o tej samej porze. Raz dziennie, w ciągu godziny, pozwalali maszerować w betonowej klatce, nad którą rozciągało się niebo, przesłonięte drucianą siatką.

Niezłą miał głowę ten, co wymyślił spacerniak. Klatki w kształcie trójkątów, połączonych jeden z drugim, tworzyły duże koło. Z góry wyglądało to pewnie jak trójkątne topione serki, powkładane do okrągłego pudełka. W środku tego betonowego kręgu stała wieżyczka, w której siedział klawisz. Jeden strażnik doglądał setkę bandziorów na raz.

Największym urozmaiceniem jednostajnych dni była łaźnia. Raz w tygodniu był gorący prysznic i wymiana bielizny. Chodziliśmy po dwie cele na raz; dwunastu, czternastu albo szesnastu chłopaków w zależności od tego, czy było przepełnienie czy nie. Zwykle pod celą siedziało nas sześciu, ale czasem dorzucali ze czterech łebków i zaczynał się kocioł z balią. Sześciu – to już kolejka do kibla i ledwo można było się ruszyć w celi. W dziesięciu pozostawało siedzenie i leżenie na kojach, a rano mocne zwieracze i dużo cierpliwości.

Posiłki, spacer, łaźnia następowały po sobie w równych odstępach czasu i były jakby zewnętrznym życiem narzuconym przez regulamin. Oprócz tych stałych norm, istniały wewnętrzne zasady ustalane przez więźniów, zmieniające się często w zależności od tego, kto akurat miał najwięcej szlugów i herbaty. Kto miał ten towar mógł niejedno.

Raz w miesiącu dawali talon na paczkę żywnościową. Nie wszyscy wysyłali. Jak ktoś miał rodzinę w porządku, to podżarł smalcu ze skwarkami, przegryzając cebulą. Trzy kilogramy domowej michy – to już coś. Przy dobrym gospodarowaniu starczało na dwa tygodnie. Ja miałem szczęście. Matka przysyłała w każdy miesiąc. Odbieranie paczki to tak, jakby człowiek na wolności szedł do kościoła. Wychodziłem na korytarz, podpisywałem książkę odbiorów, wtedy klawisz rozpruwał pakę i sprawdzał czy nie ma nic trefnego. Patrzyłem na domowe rarytasy niemal jak na księdza, który podnosił monstrancję podczas mszy w niedzielę: wtedy cała reszta nie istniała.

Za czystość i porządek pod celą dostaliśmy mały bilard. Mieliśmy książki, szachy i warcaby, ale coś ekstra cieszyło. Po za tym, kiedy szedłem z Kogutem po nagrodę, udało nam się zebrać z popielniczek kilka niedopałków. Nie opowiadałem o tym nikomu. Później dowiedziałem się, że „ludzie w porządku” nie mogą palić z niewiadomego źródła. Wtedy nie miałem pojęcia, że w więzieniu istnieje podział na ludzi w porządku czyli grypsujących i frajerów. Nikt mi o tym nie powiedział. Zresztą nie miało to znaczenia. Chciało mi się jarać i pewnie gdybym wiedział, zabrał bym niedopałki i wypalił je. Zasady zasadami, a nałóg domagał się swego.

Śledztwo zakończyło się po czterech miesiącach. Podpisałem jakieś papiery i lada tydzień mogłem spodziewać się rozprawy. Wyroku się nie bałem, ale na myśl, że na sali w sądzie zobaczę rodziców i znajomych, i będę musiał w ich obecności opowiadać od początku o swoim wyczynie, robiło mi się słabo. No bo jak tu zeznawać o takiej głupocie.

Przed rozprawą zachorowałem na anginę. Było to tak poważnie, że wylądowałem na pierwszym pawilonie, na szpitalce. Ale co tam choroba. Znalazłem się w luksusie, o którym nawet nie marzyłem. Łóżko pojedyncze, bez pięter. Nie trzeba było włazić pod sufit i wdychać smrodu papierosów i skarpet. Kołdra w czyściutkiej powłoczce, wielka poducha, słowem żyć nie umierać. O bólu gardła szybko zapomniałem, nie mogłem jednak spać. Męczyły mnie koszmary i wciąż drapałem się po głowie. Niczego mi właściwie nie brakowało, nawet żarcie było inne, a białe pieczywo po ciągłym przeżuwaniu czarnego chleba tak smakowało, jak golonka z piwem na wolności. Przepisali mi jakieś lekarstwa i zastrzyki z penicyliny.

Waldek, złodziej z drugiego łóżka, zapytał, czy przypadkiem nie mam wszy. Zdziwiłem się. Zaprzeczyłem, ale zgodziłem się, by sanitariusz sprawdził mi głowę. Waldek nie mylił się. Na trzy dni przed rozprawą ogolili mi głowę na zero. Wyglądałem teraz jak prawdziwy przestępca. Ale, co dobrze wygląda w jednym miejscu, w drugim jest niestosowne. Przekonałem się o tym już w sądzie. Ludzie patrzyli na mnie nie tak, jak zazwyczaj, lecz tak, jakby się mnie bali. Mama była przerażona.

Czekanie na sprawę przez kilka miesięcy odbierało pewnie parę lat życia. Byli i tacy, którzy zanim usłyszeli wyrok, musieli odsiedzieć w śledztwie rok albo i więcej. Jak tak dobrze się przysłuchałem, o czym najczęściej rozmawiamy pod celą, to aż złapałem się za głowę. Ile dostanę? A może wyjdę z zawiasami? I tak w kółko. Każdy się śmiał, ale w sobie pewnie martwił się, aż mu kichy skręcało. Czasem przychodziło mi do głowy, czy takie siedzenie do sprawy z wciąż szarpanymi nerwami nie jest gorszą karą, niż sam wyrok.

Do sądów na rozprawy, na inny śledczak, albo na karniak z wyrokiem jechało się zawsze tak samo: w wielkiej budzie blaszanej, którą złodzieje nazywali „lodówa”. Nie był to najwygodniejszy transport, ale kto zwracał na takie drobnostki uwagę? Podczas przejazdu ze śledczaka do sądów, złodzieje bardziej myśleli o tym, z jakim bagażem wrócą, a nie o tym, czy jest im ciasno, albo że brak powietrza. Dzień rozprawy to istna kołomyja. Od samego rana nerwówka, poganianie, bez śniadania, szybko i jeszcze raz szybko. Klawisze musieli nas dowieźć jak najwcześniej i nawet gdy człowiek szykował się na rozprawę w południe, zabierał się z tymi, którzy mieli być sądzeni z samego rana. Najpierw kocioł w lodówie, potem wyładunek na tyłach sądu, gdzie do każdego z osobna podchodził gliniarz, zakuwał złodziejowi ręce i prowadził na sieczkarnię.

Sieczkarnia mieściła się w piwnicach sądu. Zwozili tutaj złodziei z całego województwa. Jedną cele zajmowali chłopaki, drugą babki. Cela, gdzie mnie umieścili, wciąż była pełna. Ktoś wychodził, ktoś wchodził. Jedni zadowoleni, inni wściekli, a jeszcze inni patrzyli obojętnie. Jeden temat powtarzał się bez przerwy: „To nie ja. Wspólnik mnie sprzedał. Wszystko to pomówienie. Zajebię go jak wyjdę”. Ci, co miotali się najbardziej, wciąż mówili, że znaleźli się tu przez pomyłkę. Nawet gdy nikt ich o nic nie pytał, podłazili do kogo bądź i wylewali na niego swoje żale. Ktoś postronny, pomyślałby, że spędzono tu niewinnych ludzi.

Marka przywieźli z Osowa. Nie widziałem go cztery miesiące. Nic się nie zmienił, nawet jakby podpasł się na gębie. Usiedliśmy obok siebie na długiej ławie i gadaliśmy o wszystkim, tylko nie o sprawie. Sytuacja była jakaś taka niezręczna. Może się bał, że będę miał do niego pretensję. Zapomniałem już, jak to było na komendzie. Sam chwilami nie wytrzymywałem, szczególnie jak siedziałem w piramidzie z opon. O co zresztą było się gniewać? Lubiłem go. Na wolności wypiliśmy niejedną butelkę i niejedną noc przetańczyliśmy na dyskotekach. Mimo wszystko lubiłem go.

Było chyba po dziesiątej, kiedy przyszli po nas. Nyska, którą jechaliśmy do Słupcy była z naszej komendy. Skuli nas razem i zamknęli z tyłu w zasiatkowanej blaszance. Przez całą drogę nie mówiliśmy do siebie. Czułem jak napięcie rośnie. Bebechy miałem tak rozdygotane, jak po całonocnym piciu. Paliłem jednego za drugim, ale wcale nie było mi lepiej. Marek też chyba nie miał szampańskiego nastroju. Ogryzał namiętnie paznokcie i wciąż wycierał wilgotne ręce o spodnie.

Prokurator domagał się czterech lat. „To i tak dobrze” – pomyślałem. Nie było to moje pierwsze przestępstwo. W sądzie nie omieszkali mi przypomnieć, że już raz wchodziłem w konflikt z prawem za włamanie.

„Jeśli prokurator żąda czterech lat” – myślałem – „dostanę nie więcej jak trzy”. Nie pomyliłem się. Sędzia w uzasadnieniu przeczytał, że ze względu na młody wiek i na to, że przed aresztowaniem pracowałem, sąd odstąpił od surowej kary. Dopiero teraz poczułem ulgę. Czteromiesięczne drżenie znikło.

Po powrocie ze sprawy przerzucili mnie na inną celę. Nie lubiłem przeprowadzek. Zmiany były po to, żeby chłopaki za bardzo nie przyzwyczajali się do siebie. Jak złodziej ze złodziejem posiedzieli dłużej razem i polubili się, zaraz zaczynali waflować: wszystko co mieli, dzielili między siebie po równo. Ci z administracji dobrze wiedzieli, co robią. Rozumieli, że przyjaźń to większa pewność siebie złodzieja, a im w kryminale wcale nie potrzeba było mocnych charakterów. Jak człowiek żyje w niepewności i wciąż musi przyzwyczajać się do nowych osób, staje się podejrzliwy – można wtedy łatwiej takiego podporządkować.

Pod poprzednią celą, byli oprócz Pawła, sami nowicjusze. Teraz wrzucili mnie do złodziei, którzy znali już co nieco więzienne życie. Nie ominęły mnie w ten sposób „gierki”, które w więzieniu są czymś w rodzaju chrztu. Na początku było „patrzenie przez lipo”. Stojąc na taborecie przed oknem musiałem opowiadać, co jest na zewnątrz. Wiedziałem, że to jakaś sztuczka, ale dopiero po siódmym uderzeniu w plecy zwiniętym w marchewkę ręcznikiem zrozumiałem, o co chodzi. Najpierw mówiłem, że widzę kratę, szybę, potem siatkę, wymieniłem jeszcze parę szczegółów, a kiedy ból stał się intensywniejszy, ruszyłem mózgownicą i olśniło mnie:

– Wolność jest za oknem!

Następnie trafiałem palcem w kukiel z zawiązanymi oczami. Zabawa może była i śmieszna, ale nie dla mnie. Kiedy szedłem ze szmatą na oczach do drzwi, by trafić w wizjer, jeden z chłopaków stanął na drodze z rozwartą skrzynką na figury szachowe i przytrzasnął mi solidnie palec. Mogłem przerwać moją inicjację, ale widziałem, że w tej zabawie nie ma złości. Wszyscy chcieli się zabawić. Chłopaki pokładali się ze śmiechu. Nie protestowałem. Zgodziłem się na „kubany”.

Z zawiązanymi oczami czekałem na kolejną niespodziankę. Kiedy zdjęli mi ręcznik z głowy, zobaczyłem jednego z nich jak siedzi na najwyższej półce koi i przyciska klepką od podłogi trzy kubki do sufitu. Dostałem szczotkę na kiju i musiałem nią napierać na deseczkę jakiś czas, a następnie odrzucić szczotkę i łapać kubki. Obiecali mi, że jak złapię wszystkie, następnych gierek już nie będzie. Do zadania przyłożyłem się starannie. Skupiłem się, wstrzymałem oddech, a kiedy odrzuciłem kij na bok z kubków chlusnęła woda

Był jeszcze „więzień w mandżurku”, „dentysta”, a na zakończenie „pilnowanie kostki”. Od razu domyśliłem się, na czym polega ostatnia zabawa. Wieczorem, po apelu, wszyscy rozbierali się, składali ubrania w kostkę na taboretach, a dyżurni wystawiali je na korytarz. Kiedy oddziałowy otworzył celę, wyniosłem taborety z ciuchami i zameldowałem:

– Obywatelu oddziałowy, tymczasowo aresztowany Adam Ciechań melduje się do pilnowania kostki.

Grałem tę rolę z dobrą miną. Po apelu jeszcze nigdy nie byłem na korytarzu. Ciekawiło mnie, jak wygląda rząd taboretów, na których równiutko, zgodnie z wymiarem, leżały poukładane ubrania.

– Dobra. Wyskakuj – powiedział rozbawiony klawisz.

Stanąłem pod ścianą w kalesonach i koszuli i przyglądałem się, jak korytarz wypełnia się taboretami. Po piętnastu minutach wszystko było gotowe. Zjawił się dowódca zmiany, żeby odebrać klucze i sprawdzić, czy zgadza się stan złodziei. Musieli jeszcze zrobić coś ze mną. Podeszli do mnie obaj.

– Za co siedzisz? – zapytał zmianowy.

Speszyłem się. Wstydziłem się przyznać, ale powiedziałem.

– No widzisz, jaki jesteś gambeta. Bić potrafisz, a na podpuchę się kupiłeś.

Nic nie powiedziałem. Uśmiechnąłem się tylko. Oddziałowy otworzył mi celę i rozbawiony krzyknął:

– Spierdalaj!

Z widzenia z mamą udało mi się przynieść sto złotych. Niewiele tego było, ale na kilkanaście szufladek herbaty wystarczyło. Cela, pod którą teraz siedziałem, znajdowała się w czwartym pawilonie na drugim oddziale. Pod nami, na jedynce, siedziała recydywa. Za pieniądze mogli załatwić wszystko. List z prośbą o czaj spuściliśmy do nich specjalnym urządzeniem, którą w więzieniu nazywa się chabeta. W liście pytałem, czy mogą sprzedać nam trochę herbaty. Wieczorem przepukali do nas. Jeden z nich krzyknął, że jutro sprawa będzie obstukana.

Czekałem niecierpliwie. Parę razy piłem już herbatę, ale nie swoją. Miałem okazję się zrewanżować. Zamówiłem dwa przeguby. Transport miał być po wieczornym apelu. Tuż po obiedzie klawisz otworzył celę i kazał wychodzić. Nie wiedziałem, co się dzieje. Na korytarzu stało już kilku mundurowych. Od razu zrozumiałem, w czym rzecz. Chodziło im o moją stówę. Ktoś z celi musiał nadać. Wszyscy podejrzewali Mańka, który nie miał nogi. No cóż, ułatwiał sobie życie, jak mógł. Spieszyło mu się wcześniej na wolność.

Staliśmy na korytarzu z dziesięć minut. Dwóch klawiszy kipiszowało. Stówy nie znaleźli: miałem ją przy sobie. Myślałem, że sprawa szybko się zakończy, ale oni nie chcieli odpuścić. Kazali nam się rozbierać do rosołu. Spanikowałem. Nie miałem pojęcia, co robić. Byłem zły, że stracę kasę, a z wieczornego picia herbaty będzie klops. Nie poddałem się. Zdejmując spodnie, wyjąłem dyskretnie stówę i włożyłem ją do ust. Była szansa jedna na tysiąc, że się uda. Widać było, że klawisze znudzili się bezowocnymi poszukiwaniami w celi. Przeszukali ubrania, ale do ust nie zaglądali. Forsa ocalała.

Po kipiszu przepukali z recydywy. Mieli już herbatę. Zwinąłem stówę w rulon, przymocowałem do chabety i siedząc przy oknie, próbowałem przerzucić ciężarek przez małe oczka kratki. Nie było to łatwe. Z dołu zaczęli niecierpliwie pukać. Moje miejsce przy oknie zajął Darek. Miał szczupłe i długie ręce. Sprawa od razu ruszyła z miejsca. Nie należał do nowicjuszy. Na początku myślałem, że zabieram się do dziecinnie pros tej rzeczy, ale pomyliłem się. Od naszej strony okno zabezpieczała masywna krata, wystająca do wnętrza na jakieś trzydzieści centymetrów, potem widniały ramy z szybami, a za nimi kolejna krata, siatka z drobnymi oczkami i na koniec blenda. Przestrzeń dzieląca obydwie kraty miała chyba z sześćdziesiąt centymetrów. Każdy, kto nie miał doświadczenia, musiał przy oknie spędzić kilkanaście minut, nim ciężarek, zawieszony na sznurku, zjedzie na dół. Sprawa była pilna. W każdej chwili mógł wejść klawisz. Darek jednak uwinął się szybko. Po pięciu minutach z dołu dali znać, że wszystko gotowe.

Zaczęła się odwrotna procedura, najbardziej niebezpieczna. Do sznurka przyczepione były cienkie rulony, długości po dwadzieścia centymetrów każdy, wypełnione herbatą. Darek wciągał je ostrożnie, pomagając sobie żyrafą. Sztuka po sztuce, moje zamówienie wypadało na parapet. Było tego sporo. Przesypywałem herbatę do plastikowej torebki i modliłem się w duchu, żeby klawisz nie skluczył celi. Maniek siedział na taborecie przy drzwiach i nasłuchiwał, co dzieje się na zewnątrz. Wreszcie ostatni rulon znalazł się w celi. Puknąłem w podłogę na znak, że wszystko w porządku i że dziękujemy za towar. Przez okno dobiegł do nas okrzyk: „Gitara”. A więc i na dole nie mieli kłopotów.

Całą szóstką zasiedliśmy do blatu. Szufladką od zapałek zmierzyłem, czy recydywa nas nie oszukała. Szufladki były płaskie, ale ogólnie ilość trzymała się normy.

– No to buzujemy – zakończyłem, kiedy ostatnia porcja herbaty wylądowała w samarce.

Mimo, że Maniek coś tam od czasu do czasu szepnął komendantowi, w sumie cieszyłem się, że jest ktoś taki pod celą. Dziwnym trafem, po każdym kipiszu nic mu nie ginęło. Buzałę chował w protezie. Bez grzałki nie można byłoby zaparzyć herbaty.

Darek przymocował cieniutki przewód do kątownika, który był stelażem osłaniającym nasz higieniczny kącik. Drugi jego koniec zarzucił na wąs wystający z oprawki oświetlenia. Przewody buzały przytknął do kątownika i kranu. Po chwili woda w litrowym słoiku zaczęła się gotować. Wrzątek zasypałem czterema szufladkami. Cudownie było patrzeć, jak herbata naciąga i rozchodzi się jej aromat. Ile zabiegów, żeby wypić kilka łyków herbaty… Ale warto było. Przez cały dzień nie myślałem, że siedzę w więzieniu. Herbaciana sprawa pochłonęła mnie bez reszty. Czaj miał niezłego kopa. Do głowy zaczęły napływać dziwne obrazy. Zacząłem myśleć, że dobrze byłoby teraz siedzieć w domu, albo iść z kolegami na dyskotekę. Ale kiedy świat, do którego chciałem wrócić i ten tutaj, za kratami, zderzyły się ze sobą, odniosłem dziwne wrażenie. Przez chwilę nie widziałem różnicy między kryminałem, a życiem na zewnątrz. W celi odliczałem dni, kiedy wyjdę na wolność, starałem się o szlugi, herbatę i dzięki temu życie miało jakiś sens. Na wolności dzień mijał od zabawy do zabawy, marzeń o swoim samochodzie, wielkich pieniądzach i powodzeniu u dziewczyn, a kiedy to znikało, świat stawał się czarną dziurą z koszmarami i strachem. Zobaczyłem, że na wolności, tak samo jak tutaj, siedziałem za murem, a co gorsza, nie widziałem z tego wyjścia. Przeraziłem się. Odsunąłem słoik z herbatą, wstałem i zacząłem podciągać się na kątowniku. Kiedy spociłem się porządnie, wróciłem do normy. Chłopaki patrzyli na mnie zdziwieni, ale jak już usiadłem przy blacie i znów zacząłem pić herbatę, zapomnieli, co było kilka minut temu.

Śledztwo miałem za sobą. Myślałem, że wszystkie niepokoje miną i jakoś to będzie, ale życie niosło nowe niespodzianki. Przede mną trzy lata kryminału, a ja siedziałem bezradny i nie potrafiłem powiedzieć, co dalej. Taka bezsilność, kiedy człowiek właściwie może tylko patrzeć, co się wokół niego dzieje i wykonuje polecenia innych, robiła ze mnie parszywego niewolnika – i to na własne życzenie. Nie mogłem sobie darować, że dałem się zamknąć, ale z drugiej strony, takich jak ja wcześniej czy później i tak łapią i zamykają w klatce. Mogłem, oczywiście, siedzieć w domu cicho i jak ojciec chodzić do roboty na osiem godzin, odwalić co swoje i nikt by się mnie nie czepiał. Żyłbym sobie może nie najgorzej, ale i nie najlepiej i nie miałbym pojęcia, co to jest kryminał. Ale teraz, po czterech miesiącach zobaczyłem, że niewolnikiem jestem od zawsze. Mimo takich krótkich, beznadziejnych chwil, chciało mi się żyć i nie łamałem się na amen. Nie byłem sam. Tutaj, czy na zewnątrz, ludzie nie różnili się ode mnie niczym. Cały świat był do bani.

Po wyroku każdy złodziej staje przed komisją kwalifikacyjną. Zbiera się kilku urzędników z administracji więziennej i sądu penitencjarnego, zasiadają za stołem i radzą, którzy skazani zasługują na lepszy, a którzy na gorszy los. Robota nie jest skomplikowana, zupełnie jak dusze na sądzie ostatecznym. Jedni do piekła, inni do nieba. Wystarczyło, że naczelnik wpisał w odpowiednią rubrykę na przykład „P1”, a złodziej, który skończył dwadzieścia jeden lat, jechał do więzienia z obostrzonym rygorem. Litera „M” przysługiwała małolatom i można było do niej dorzucić jedynkę, dwójkę, albo trójkę. Mnie uznali za mniej uciążliwego i przyznali „M2/O". Nie miałem pojęcia, co to znaczy. Dopiero pod celą purchlak Gienio, który odgibał w młodości piątaka, truknął, że nie jest najgorzej i będę kiwał w ozecie. Spytałem go, co to jest ten ozet:

– Ośrodek zewnętrzny zakładu karnego – wyrecytował prawie jak wychowawca, ale za chwilę zaczął mówić normalnie:

– Pojedziesz pewnie gdzieś w góry i będziesz tam zapalał z cywilami. Na ozecie nie jesteś tak przegrany jak na karniaku. Robota na wolności, można zawędkować od cywila szlugów, a jak trafi się jakiś po chuju, to może załapiesz się czasem na gorzałę

Po komisji przerzucili mnie na celę transportową. Stąd już tylko wyjazd w Polskę. Nie mogłem się doczekać, kiedy ruszymy. Zupełnie tak, jak na dołku w komendzie. Śledczaka miałem już dosyć. Ciągłe maszerowanie wąską ścieżką między kojami, spacer w betonowych klatkach i wysłuchiwanie dzienników radiowych, puszczanych przez betoniarę, stało się strasznie nudne. Graliśmy w domino, w szachy, albo w karty, ale ile można było bębnić, kiedy dupa puchła od siedzenia na twardym stołku. Chciałem się ruszać, zobaczyć przestrzeń i zacząć coś robić.

Na transportówce siedziało nas chyba z dwudziestu: sami małolaci. Wszyscy byli ciekawi, gdzie nas powiozą. Każdy miał własny pomysł, gdzie odbębnić wyrok. Jedni chcieli w Bieszczadach, inni gdzieś koło ruskich albo na pojezierzu, a najbardziej wystraszeni słuchali z porozdziawianymi gębami, nie zabierając głosu. Kiedy kajfusi, przy śniadaniu, zaczęli nam dawać papierowe torby z suchym prowiantem, a klawisz kazał zwijać mandżury, pod celą zaczął się ruch. Była to zapowiedź transportu. Rzeczywiście. Zaraz po jedzeniu zabrali nas do magazynu. Wszystko odbywało się w ekspresowym tempie. Jedynie kipisz był długi i dokładny. Znów musiałem stać z na golasa i nachylać się, żeby klawisz mógł zajrzeć między poślady. Nie lubiłem tego.

Przed magazynem stała lodówa. Wewnątrz znajdowały się dwa malutkie pomieszczenia dla złodziei i jedno dla strażników. Na tak niewielkiej powierzchni zmieściło się nas trzydziestu. Nie było ani jednego okna. Jedynie w suficie tkwiły trzy wywietrzniki, których za nic nie można było otworzyć. Zapowiadała się niezła parówa. Było jednak o wiele gorzej. Lać można było tylko na przystankach, chyba że ktoś zdecydowałby się na pory. Nie znalazł się jednak odważny. Kto by jadł w zaszczanym miejscu? Niejednemu rozsadzało bebechy, ale jakoś wszyscy dotrwaliśmy do Lubowa. W porównaniu ze śledczakiem w Głownie kibel lubowski był gorszy od chlewu: smród i brud. Następny przystanek mieliśmy dopiero w Beskidach.

POWITANIE

Nie tylko ja byłem zdziwiony. Oczekiwaliśmy wielkiego muru, kogutów, a tutaj jak u Pana Boga za piecem. Na środku placu kwietnik, asfaltowe alejki, niewielkie domki jak dla dużych krasnoludków i wszędzie rozkwitająca zieleń. Całą grupą poszliśmy do podłużnego budynku. Weszliśmy do środku, a tutaj następna niespodzianka. Telewizor, gry, stoliki i krzesła. Nie wiedziałem, czy jestem na kolonijnej stołówce, czy w więzieniu. Nikt nas nie pilnował, niczego nie kazał. Porozsiadaliśmy się na krzesłach i czekaliśmy, co będzie dalej.

Czas mijał. Nikt po nas nie przychodził. Chciało mi się jarać, ale wszędzie wisiały tabliczki zabraniające palenia. Nie chciałem ryzykować i narażać się na mordobicie: gdyby tak któryś z tutejszych mądrali przypalił mnie na gorącym, zaraz byłaby poruta. Nie liczyłem na to, że tutejsi klawisze są łagodni. Wszędzie byli tacy sami. Nie rozumiałem, dlaczego strażnicy ciągle uprzykrzali innym życie. Nie spotkałem klawisza, który przyłapałby złodzieja na łamaniu regulaminu i nie skorzystał z okazji, żeby mu dokopać.

Łaziłem koło okien i popatrywałem na zewnątrz. Cisza i spokój. Za bramą przetaczała się leniwie furmanka, na której siedział złodziej i poganiał konia. Zachodziło słońce. „Co to jest?” – myślałem. „To miał być ponury kryminał?” Niczego nie rozumiałem, ale cieszyłem się jak dziecko. Zamknięty w lodówie przez cały dzień myślałem, że nic dobrego mnie nie spotka. Teraz patrzyłem na łagodne zbocza górskie, na domki ze szpiczastymi dachami i myślałem, że życie nie jest takie najgorsze. Raz jest lepiej, innym razem gorzej ale ogólnie idzie żyć. Najprzyjemniejsza z tego wszystkiego było gapienie się w przestrzeń. Czułem się tak, jakbym wypił szklankę wina. Ostatnio oglądałem tylko ściany małych cel, a na spacerach, jak chciałem wyjrzeć na świat, gały rozbijały się o mur. Na wolności też nie było jakoś okazji, żeby tak stanąć, zastanowić się i popatrzeć. Ciągle tylko knajpy, kawiarnie, chętne panienki. Życie jak na karuzeli: co chwilę w tym samym miejscu i kupa bzdurnego chachania.

W oknie jednego z domków stał jakiś złodziej i nawijał coś na rękach. Nie umiałem czytać mowy pisanej dłońmi. Odwróciłem się i zapytałem, czy któryś gada witami. Na szczęście znalazł się jeden. Podszedł do okna, stanął obok i zaczął wykrzywiać paluchy. Po chwili powiedział, że pytają nas, skąd przyjechaliśmy. Trwało to trochę nim pokazał na palcach, skąd się wzięliśmy. Robiło się nudno. Przestało mnie interesować o co pytają.

Pomyślałem o domu. Nastrój wywołany krajobrazem zniknął. Denerwowało mnie, że nie wiem, gdzie jestem i co będzie dalej. Ale w kryminale każda chwila jest niewiadomą. Człowiek myśli, że już jakoś ułożył sobie życie, zorganizował kąt, ma wafli, a tu nagle przychodzi obcy człowiek, każe zwijać mandżur i goni do innej celi albo wsadza do samochodu i każe jechać na drugi koniec Polski. Nie ma na to silnych. Trzeba dostosowywać się, albo wypada się z gry, zupełnie jak z darwinowską ewolucją: nieprzystosowani do chasiora.

Wreszcie przyszedł jakiś mundurowy i wyczytał nazwiska. Ci, których wymienił, zostawali, reszta na samochód. Było już ciemno. Nie miałem ochoty nigdzie się ruszać. Podobało mi się w tej świetlicy. Zamiast muru siatka, złodzieje mieszkali w domkach, telewizor. Szkoda. Lecz jakie miałem wyjście? Przygnębiony wyszedłem na dwór i wgramoliłem się na Stara z plandeką. Zupełny odjazd. Było nas dziesięciu. Nikt nas nie skuwał, nie zamykał w drucianych klatkach, żadnej eskorty. Wyjechaliśmy za bramę z rozdziawionymi gębami. Nic mi się nie zgadzało. Przecież wystarczyło przełożyć nogę za burtę pędzącego samochodu, jeden skok i już mnie nie ma. Wkoło pełno lasów, ale gdzie uciekać? Wszystko obce, żeby choć w pobliżu mieszkał jakiś ziomek, to jeszcze. Człowiek przycupnąłby na parę dni, dał znać do domu i jakby dobrze się ułożyło można by pochodzić parę lat po wolności. Tylko czy warto? Widziałem już, jak jeden z moich kolegów, Fijoł, ukrywał się. Gdy szedłem z nim ulicą, rozglądał się co chwilę i wpatrywał, czy w pobliżu nie kręcą się gliniarze. W domu nie spał, bo bał się, że mogą go śpiącego wyjąć z pościeli. Miał kasę, to jeszcze dawał sobie jakoś radę. Wyjeżdżał w teren, powywijał, coś ukradł, a jak dobra passa się kończyła, wracał do Słupcy i łaził po kumplach. Opowiadał wtedy o swoich skokach, bajerował i udawał, że wszystko jest glans pomada. Kolesie wspomagali go, bo przecież to swój człowiek, ale jak wyczuli, że jest pusty, odbijali od niego szybko i mówili, że sami mają kłopoty.

Nikogo tutaj nie znałem. Siedziałem przy tylnej burcie Stara, odchylałem plandekę i rozglądałem się. „Co za okolica?” – przemknęło mi przez głowę. Wszędzie ciemno, ani jednego światełka. Liczyłem, że może zobaczę drogowskaz, ale nawet gdyby gdzieś tam stał, było zbyt ciemno, żeby cokolwiek zobaczyć. Byłem zmęczony. Marzyłem o spokojnym miejscu, byle jakiej koi i spaniu do ran a. Trzy lata do odsiadki. Nie warto było chować się jak szczur i wciąż myśleć, kiedy mnie złapią. Co bym zresztą robił? Nie byłem bandziorem z krwi i kości. Pracowałem, czasem wypiłem jak inni, spotykałem się z dziewczynami, ale żeby jakiś przestępczy świat, życie ze złodziejstwa? Nie tak wyobrażałem sobie przyszłość.

Ukrywać się? Gdzie? U kogo? Takich chłopaków jak ja było na pęczki, którzy myślą o wielkich pieniądzach i szerokim świecie, ale nie mają pojęcia, czym jest bogactwo i jak z niego korzystać. Patrzyłem, jak za burtą samochodu umykają zarysy drzew, widoczne w czerwonych żarówkach tylnych świateł stopu i zrozumiałem, że właściwie to jestem małym, nic nie znaczącym robakiem, który wyobraża sobie, że jest olbrzymem. Uśmiechnąłem się do siebie. Chciało mi się spać i było mi wszystko jedno, co się stanie. Bo jeśli byłem nikim, to jakie znaczenie miał mój pobyt w więzieniu, czy na wolności? Kiedy wyobraziłem sobie, że jestem małym, gównianym kawałkiem tłumu, ogarniał mnie szał i traciłem ochotę do życia. Dobrze, że byłem skonany. Poczucie, że inni mają a ja nie, że są tacy którzy coś znaczą, a ja wciąż muszę się podporządkowywać, nie mogło się rozkręcić. Podskakując na twardych dechach, trzymałem się kurczowo burty i bardziej musiałem uważać, żeby nie upaść na podłogę naczepy, niż wściekać na siebie.

Wreszcie samochód zatrzymał się. Drzwi szoferki trzasnęły. Noc przeszył wredny głos:

– Wysiadać skurwysyny! Tylko szybko, bo jak przyjebię któremu w ryja, to popamięta mnie do końca życia.

Przywitanie nieciekawe. Zeskoczyłem szybko z samochodu i stanąłem przy kole. Tutaj nie było tak przyjemnie, jak w poprzednim miejscu. Dwa rzędy wysokiej siatki wokół oświetlonego kilkoma dużymi lampami pawilonu przypominały raczej ogrodzenie obozu koncentracyjnego, a nie zakładu karnego.

Nie zdążyłem się dobrze rozejrzeć, a znów usłyszałem ten sam paskudny głos:

– Ustawiać się w szeregu gnojki i nie gadać, bo was porozpierdalam.

Klawisz był sam. Wiedziałem, że się nakręca i udaje, że się nie boi. Dziesięciu złodziei przeciw jednemu facetowi. Każdy pojedynczo dałby mu radę bez wysilania się. Klawisz bluźnił, a my staliśmy bezradnie z pozwieszanymi głowami. Czytał nazwiska i wyśmiewał się, że cóż z nas za przestępcy, skoro żaden nie uciekł.

– Jesteście kupą tchórzliwego gówna i może tutaj choć trochę nauczycie się żyć, nie jak obwisłe kutasy, ale jak porządni ludzie.

Gość kadził. Przestałem słuchać i czekałem, kiedy ruszymy do budynku. Marzyłem o łóżku.

Weszliśmy na pawilon. Za kratą stał jakiś zgredzik i dał nam szorstkie lniane wory mówiąc, że to do sienników. W prawo i w lewo biegł korytarz. Istne lustereczko.

Lastrykowa podłoga lśniła. „Nieźle trzeba było się nabujać przy czymś takim” – pomyślałem. Na śledczaku dopieszczaliśmy podłogę, ale tam było drewno, materiał miękki, a tutaj kamień. Do czegoś takiego trzeba było się chyba zabierać ze szlifierką elektryczną.

Po obydwu stronach korytarza zobaczyłem drzwi, ale nie takie, jak na śledczaku: żadnych rygli, zamków, kukli, tylko normalne, wolnościowe, jak w każdym domu. Dziwne, złodzieje tutaj pewnie sami je otwierali, wychodzili z cel i łazili jeden do drugiego bez przeszkód. Klawisz, który miał nocną zmianę, kazał wskakiwać nam do sali dziewiątej, szybko napychać wory sianem i do wyrek. Widać było, że wszystko ma gdzieś. Typ olewający: odwalić swoje i do domu.

Nieswojo mi się zrobiło, jak klawisz powiedział, że mamy wchodzić do sali. Przyzwyczaiłem się, że pod celą to, a tamtego przerzucili na inną celę, a jeszcze w innej to siedzą sami cwele i nikt nie mówił o żadnych salach. Ale kiedy nacisnąłem klamkę i poczułem jej kształt i na dodatek sam otworzyłem drzwi, poczułem, że wchodzę na salę, a nie do celi.

Pod oknami rząd dwupiętrowych, żelaznych łóżek. Na środku kupa siana pomieszanego ze słomą. Nie namyślałem się długo. Rozwarłem wór, wypchałem go porządnie i rzuciłem na dolną półę piętrowego łóżka. Potem wyszukałem jak najmniej wytarty koc, prześcieradło bez dziur, rozebrałem się i położyłem na miękkim, pachnącym sianie. Powoli zapadałem w sen. Przez głowę przewalały się obrazy, jak byłem na wsi u ciotki. Tam też spałem na sianie w wielkiej stodole. To był ten sam zapach i chrzęst przygniatanej, suchej trawy. Ćwierkania szykujących się do snu wróbli mieszały się z krzątaniną złodziei napychających lniane wory.

Sen plątał się z jawą, a może tak mi się zdawało. Tkwiłem w półśnie i nie miałem ochoty otwierać oczu. Ostry dźwięk dzwonka świdrował mi czaszkę i nie wiedziałem, czy znajduję się u ciotki na wsi, czy w więzieniu. Dopiero gdy zobaczyłem granatową czapkę w uchylonych drzwiach, pojaśniało mi w głowie, a gdy do widoku dołączył głos klawisza, zwlokłem się szybko z koi.

Początki zawsze są przegrane. Nie znałem rytmu dnia, przyzwyczajeń i upodobań klawiszy. Apel też pewnie wyglądał inaczej niż na śledczaku. A co z żarciem i tysiącem innych rzeczy, które dzieją się, czy człowiek tego chce, czy nie? Jednak w jakiś dziwny sposób złodzieje szybko chwytają w czym rzecz i po kilku dniach, bez zbytniego wysiłku, wiedzą co wolno, a czego nie. To chyba strach przed nowym, nieznanym, przyspieszał pracę szarych komórek. Gdy miałem nauczyć się w szkole wiersza na pamięć, to za Boga nie mogłem spamiętać dwóch linijek, a tutaj sto rzeczy na minutę: odpowiednio się melduj, spodnie złożone trzydzieści na trzydzieści, nie bierz pojarunku od frajera, pucuj się, jak chcesz pierdnąć, nie mów tego, nie rób tamtego i kto wie, co jeszcze. Do tego jeszcze bajery, podkrętki w stylu: wity, szkity chuj przebity; sztany, glany, betoniara, grypsuje się. Pełno tego wszystkiego, a jednak głowa nie puchła tak jak od wiersza w szkole. Życie to życie, a nie zagadki i ćwiczenia umysłowe.

Korytarz cały był już zapchany złodziejami. Widok jak na defiladzie pierwszego maja. Wszyscy w więziennych gajerkach, w dwuszeregu, łapska przy szwie od spodni. Masa gał wybałuszała się na nas. Byliśmy nowi, trzeba było zobaczyć, co za typki przywieźli do ośrodka. Nie lubiłem tego badania.

Klawisz w stopniu porucznika szedł wzdłuż szpaleru stojących w dwuszeregu złodziei, zatrzymywał się co kilka metrów i wysłuchiwał meldunku od starszego sali o liczbie złodziei. Potem patrzył na listę, którą trzymał w ręku i sprawdzał, czy wszystko się zgadza. Do naszej grupy podszedł na końcu i powiedział, żebyśmy po apelu nigdzie się nie rozchodzili.

Apel długo nie trwał. Pawilon nie był znów niczym wielkim w porównaniu z więzieniem na Łękach. Pięć sal dla złodziei, łazienka, kibel, pokoik biblioteczny, magazyn ośrodka, dyżurka, stołówka i kuchnia. W piwnicy mieściła się szatnia, kotłownia, prysznice i obieralnia. Na oko było nas może koło setki lub trochę ponad. Łęki to kombinat. Cztery olbrzymie pawilony, potężny mur, magazyny, garaże, kuchnia. Nikt nie wiedział, ilu złodziei tam trzymają.

Po apelu wszyscy rozeszli się do sal. Na minutę korytarz wypełniła cisza. Potem złodzieje pojawiali się znowu i schodzili na dół do szatni. Zamieszanie nie trwało długo. Odgłosy złodziejskiej krzątaniny cichły, aż wszystko zamarło. Staliśmy na korytarzu sami. Po godzinie pojawił się porucznik. Stanął przed nami i wyczytywał nazwiska. Gdy sprawdził, czy wszystko gra, powiedział, że jest tutaj komendantem i pilnuje, by skazani za bardzo nie kozakowali. Potem spytał, czy są wśród nas grypsujący, a jeśli tak, to niech przejdą na lewą stronę. Przez chwilę oglądaliśmy się jeden na drugiego, po czym, jak na komendę, przesunęliśmy się o dwa kroki na lewo.

Porucznikowi opadła szczęka. Zobaczyłem jego rzadkie, poczerniałe i krzywe zęby. Stał zaskoczony. Widziałem, jak robi się czerwony na twarzy, a oczy wychodzą mu na wierzch. Nie seplenił, ale miał jakąś wadę wymowy. Coś z nim było nie tak. Paskudny wyraz twarzy w połączeniu z rzadkimi, siwoczarnymi loczkami na głowie, sprawiał wrażenie, jakby nie był człowiekiem, a rodzajem szczura zmieszanego z bazyliszkiem.

– Ja wam, kurwa, dam grypsowanie! Wy myślicie, że jak z Głowna, to zaraz rozpierdolicie każdy kryminał! Zaraz kopsnę wam lek na cwaniactwo!

Odwrócił się i poszedł na dyżurkę. Teraz my staliśmy zaskoczeni. Nikt nic nie mówił. Na korytarzu słychać było dźwięk kręcącego się kółka od telefonu. Po chwili rozległ się głos komendanta:

– Przyjeżdżajcie. Tak, tak, same cwaniaczki.

Znów minęła chyba godzina. Oprócz pustego korytarza, niczego nie widziałem. Nagle coś wybuchło, najpierw raz, a za chwilę huk stał się ciągły. Zjawił się komendant i kazał wyskakiwać nam na dwór. Na placu przed pawilonem stało kilkunastu klawiszy i nie był to najciekawszy widok. Mieli pozakładane hełmy z przyłbicami, długie czarne pały, tarcze, jakby szykowali się na wojnę. Rzucali raz po raz petardy i świece dymne. Ustawili nas w szeregu. Serce podeszło mi do gardła. Bałem się nie na żarty. Kiedy na schodach pojawił się komendant, chłopcy z atandy przerwali na chwilę fajerwerki. Mówił, że to nasza ostatnia szansa, żeby wycofać się z grypsowania, bo inaczej powpycha nam tę grypserkę do gardła tak, że srać nią będziemy przez tydzień. I tym razem żaden chłopak nie pękł.

Zaczęli nas musztrować. Pompki, przysiady, bieganina wkoło, rzucanie petard i czasem długa pała spadająca na czyjś grzbiet. Na początku się bałem, ale gdy tylko spostrzegłem, że to jakiś pokaz na zastraszenie, po cichu zacząłem się śmiać. Wyglądało to groźnie i czasem któryś z atandy rozgrzewał się zbytnio i walił pałą gdzie popadło, ale pod przyłbicami nie widziałem twarzy takich, jak miał Wydra na komendzie. To były takie same młode łebki jak my, tylko że oni stali po innej stronie. Spędzili ich tutaj tak samo jak nas i podjudzali, że trzeba kilku złodziejom z Głowna nalać oliwy do czaszek. Po co ten cyrk? Czy naprawdę ci z administracji aż tak bardzo bali się grypsowania? Nie wiem, czy któryś z nas miał pojęcie o grypsowaniu. Sam dobrze nie wiedziałem, czym to jest. Zasłyszane od innych gadki, że trzeba przeciwstawiać się klawiszom i coś tam jeszcze. I po to ściągali kilkunastu facetów, żeby zmusić nas do nie grypsowania? Jak raz się do czegoś przyłożyłem, nie chciałem się w połowie wycofywać. Miałem już dość ulegania kaprysom innych. Jeśli ktoś na siłę w jedną stronę, to ja w drugą. Taką czułem zawziętość, że nawet gdyby mieli mnie skatować, powiedziałbym, że mogą mi skoczyć. Chciałem grypsować i nawet sam diabeł nie zmusiłby mnie do zmiany decyzji.

Biegałem po placu, robiłem pompki i było mi wszystko jedno, czym to się skończy. Wkoło słyszałem klawiszy dodających sobie animuszu i wrzeszczących:

– Kurwa!

– Zapierdalaj szybciorem, bo ci przyjebię!

– No, chuje głownieńskie, zaraz będziemy was dymać w dupę!