Wydawca: Uroboros Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 396 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dożywocie - Marta Kisiel

Wyczekiwane wznowienie bestsellerowej powieści!

Początkujący pisarz dziedziczy dom razem z zamieszkującymi go dożywotnikami. Wszystko mogłoby być pięknie, gdyby nie fakt, że w gotyckiej willi znajduje: naiwnego anioła, rozmiłowanego w gotowaniu morskiego potwora, widmo romantycznego poety, cztery utopce, kotkę o bardzo ostrych pazurach oraz dziwnego królika! Jeden człowiek nie podoła tej ferajnie – szaleństwo czai się za progiem!

Pełna humoru opowieść o mocno nietypowej grupie bohaterów. Przekonajcie się, czy warto było odziedziczyć Lichotkę!

Marta Kisiel została nominowana do Literackiej Nagrody Fandomu Polskiego im. A. Zajdla za powieść Nomen Omen.

Opinie o ebooku Dożywocie - Marta Kisiel

Fragment ebooka Dożywocie - Marta Kisiel

Marta Kisiel

DOŻYWOCIE

Copyright © by Marta Kisiel, MMXV.

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Przerudości – za najlepsze muzowanie pod słońcem

Temu Trollu – za ciachowość wszechstronną, całodobową

i Wąpierzowi – bynajmniej nie za karę

1. Dożywocie

Wszystko było nie tak.

Siła wyższa, bez uprawnień kierująca światem, postanowiła udowodnić, że dysponuje niekończącymi się pokładami czystej, małpiej złośliwości. Najpierw w cudowny sposób rozmnożyła bagaże, zaopatrując ich właściciela w ubrania na dowolną porę roku i okazję, łącznie z balem debiutantów i kolejną powodzią stulecia. Tak na wszelki wypadek. Nie zapomniała też o zestawie naczyń stołowych, karbidówce, środkach higieny mniej lub bardziej osobistej, dmuchanym materacu i wielu, naprawdę wielu absolutnie niezbędnych rzeczach. Bez wątpienia siła była kobietą, i to nad wyraz zaradną.

Rozochocona pierwszym sukcesem, w jakiś sposób unieruchomiła na amen blokadę skrzyni biegów w tico. Dopiero wezwany na pomoc syn sąsiada zdołał przerzucić dźwignię ze wstecznego na luz, a w tym czasie etui z okularami przeciwsłonecznymi, nieodzownymi w upalny, sierpniowy poranek, za sprawą siły zawędrowało pod siedzenie kierowcy. Także korek na trasie wylotowej z miasta, którą w końcu ruszył załadowany aż po dach samochodzik, był jej zasługą, podobnie jak atrakcje uprzyjemniające dalszą jazdę. Ot, kilka kontroli radarowych, peletony półgłuchych rowerzystów i bezstresowo hodowane, hasające po szosie krowy. I wreszcie we wczesnych godzinach popołudniowych, na pustej, leśnej drodze siła zebrała się w sobie, wytężyła i popsuła coś. Nieważne co, ważne, że skutecznie. Tico jęknęło, stęknęło i umarło.

Cedząc pod elegancko przystrzyżonym wąsem równie eleganckie przekleństwa, Konrad włączył awaryjne i wygrzebał się z enklawy wolnej przestrzeni między kierownicą, oparciem fotela i wszechobecnymi bagażami. Znał się na samochodowych bebechach gorzej niż kura na pieprzu, dlatego nie zajrzał nawet pod maskę, tylko od razu przepchnął tico na pobocze. Komórkę mógł spokojnie wyłączyć albo zakopać w malinowym chruśniaku, bo na tym odludziu zasięgu, rzecz jasna, nie było.

Rozejrzał się z rezygnacją. Ani żywej duszy. Wedle znaku, który stał przy drodze, do celu zostały mu jeszcze marne dwa kilometry. Mapa, jedna z tych niemożliwych do złożenia, twierdziła, że najbliższa miejscowość znajduje się o szerokość kciuka na północny wschód. Nic to Konradowi nie mówiło, bo o kartografii miał pojęcie równie słabe co o mechanice, ale musiał podjąć jakąś decyzję. Wydobył więc plecak spod sterty pakunków, zamknął samochód i ruszył przed siebie, gotów przejść zabójczą odległość na własnych, osobistych nogach.

W zaistniałych okolicznościach kontemplacja krajobrazu wydawała się jedyną w miarę rozsądną, energooszczędną rozrywką. Na lewo – las. Na prawo – też las, liściasty, sądząc po liściach. Pośrodku – rozgrzany asfalt, piąty żywioł współczesnego świata. Wreszcie coś znajomego i przyjaznego cywilizowanemu człowiekowi. A Konrad był wszak rdzennym mieszczuchem, wychowanym w kulturze betonu, plastiku i ruchomych schodów. Zwykle obcował z przyrodą za pośrednictwem kanałów Animal Planet i National Geographic. Mógł godzinami rozprawiać o zwyczajach godowych surykatek albo jeziorach kraterowych, ale jedynym gatunkiem drzewa, który rozpoznawał, była wierzba, koniecznie płacząca, a za naturalne środowisko podgrzybków uważał słoiczek. Miał za to komórkę z aparatem fotograficznym, odtwarzacz mp3, laptopa i elektryczną szczoteczkę do zębów, czyli wszystko, czego potrzebował prawdziwy mężczyzna w prawdziwej dziczy.

Po półgodzinie marszu dotarł do rozstajów. Rozmiękła szosa skręcała szerokim łukiem w lewo, z prawej zaś, nieco ukryta między nad wyraz bujnymi chabaziami, zaczynała się piaszczysta ścieżka przez las. Spomiędzy zarastających rów chaszczy sterczało coś na kształt rozsypującego się drogowskazu. Po napisie zostało już tylko wyblakłe na słońcu wspomnienie, lecz poniżej jakaś litościwa ręka wydłubała strzałkę w prawo.

Spocony wędrowiec westchnął zatem i zniknął w cieniu nieznanych drzew. Piasek i kamyczki natychmiast przylepiły mu się do usmarowanych asfaltem podeszew.

***

Wszystko było nie tak, a nawet gorzej. Gdyby ktokolwiek mógł usłyszeć chichot siły wyższej, uznałby z pewnością, że jest to chichot nad wyraz złośliwy.

Na końcu ścieżki, między drzewami stał dom. Jego dom. Dom, który jeszcze minutę temu Konrad Romańczuk, niczym jaśnie panna dziedziczka ruszająca, by objąć włości, wyobrażał sobie jako bez mała perłę w koronie, godną co najmniej Kinga – ha! gdzie tam Kinga! Hemingwaya! – pisarską pustelnię w wersji deluxe, najlepiej tak bardzo deluxe, żeby na sam jej widok Majce mina sczezła, żeby ją zazdrość zeżarła na surowo… Dom. Ceglany, ani za duży, ani za mały, ot, w sam raz dla jednej rodziny, z werandą, koślawą przybudówką i… wieżyczką. Upiorną, gotycką wieżyczką rodem z kiepskich filmów grozy. Do kompletu brakowało tylko pełni, stada nietoperzy i zasnutego mgłą cmentarzyska. Siła wyższa tryumfowała, a Konrad usiłował wyjść z osłupienia. Bezskutecznie.

– Panie! – ryknęło mu naraz do ucha.

Aż podskoczył, jakby go kto dźgnął w pośladek rozpalonym do czerwoności szydłem.

– No, bo już myślałem, żeś pan udaru dostał czy coś. Upał na dupał, co nie?

– Przepraszam, na co…?

– Na dupał. A pan co żeś myślał?

Dzikie stado wątpliwości rzuciło się z pazurami na duszę Konrada. Uśmiechający się do niego z wielką życzliwością mężczyzna wyglądał jak pełnotłusta parodia miss mokrego podkoszulka.

– Turysta, co? – Pokręcił głową. – Że też się ludziom w taki upał chce drałować…

– Nie, nie turysta, samochód mi się zepsuł – wyjaśnił pośpiesznie Konrad. – Przepraszam bardzo – sięgnął do kieszonki na piersi – czy to coś… znaczy, ta maszkara… znaczy, ten dom – zerknął na pomiętą karteczkę – to może Lichotka?

– A pewnie, że Lichotka. Drugiej takiej ze świecą pan szukaj, a nie znajdziesz.

– Nie śmiem wątpić…

– Aaa, no jasne! – zakrzyknął wyraźnie rozpromieniony mężczyzna. – Pan pewnie z dożywociem?

– Eee… A tak, z dożywociem, tak. Konrad Romańczuk, nowy właściciel tego… budynku.

– Szymon Kusy, powitać, powitać. – Pan z podkoszulkiem chwycił pana z dożywociem za dłoń i zatelepał nim, aż miło. – No, nareszcie! Już się baliśmy, że te adwokaty nigdy spod papierków nie wylezą i nam dożywotnika nie znajdą. Tyle czasu po sądach się włóczyć, kto to widział? A pan bez bagaży? Nie zostajesz pan?

– Ależ skąd, bagaży mam całe mnóstwo. W samochodzie.

– Ach, jasne, w tym zepsutym! No sam pan widzi, jak człowiek ma za wiele na głowie, to mu się myśli szybko gubią. Pan poczeka, podjedziemy, zobaczymy, co się stało. Opona może…?

– Nie, opony całe. Coś w środku, nie znam się na tym.

– Nie szkodzi, damy radę, panie Romańczuk, co mamy nie dać?

Chwilę później trzęśli się nagrzanym jak piekarnik, wiekowym polonezem w stronę szosy. Szymon tryskał potem, optymizmem oraz przemyśleniami.

– …szczęście, że pan jeden do spadku został, urzędasy kombinować długo nie musiały, komu się Lichotka należy. Bo jak nic by to ciągli i ciągli, aż by się wszystko w diabły zawaliło. A Lichotka swoje lata już ma, dbać o nią trzeba, tu gwóźdź wbić, tam deskę wymienić… Nie żeby zaraz rudera, o nie! Charakterny domek, z klasą. A teraz! Teraz to się inaczej buduje. Siedzi gryzipiórek, nabazgrze coś i nie ma zmiłuj, niczego zmienić nie pozwoli. A Lichotkę to jeszcze sam świętej pamięci pan Wincenty stawiał, pański praprapra… dziad chyba jakiś albo co, sam nie wiem, jak to tam u was z pokrewieństwem. No, w każdym razie on to budował własnymi rękami, cegła po cegle, i nikt nawet nie pomyślał, żeby choć słówko wtrącić. Ale to dawno temu było, co prawda, to prawda. Wiesz pan, ile ona ma już lat? Dwieście! Głaz by się duszy przez ten czas zdążył dorobić, tradycją jak mchem porosnąć, a co dopiero dom! O, to pewnie pański?

Wykręcił i zatrzymał się tuż przed umarłym tico. Po krótkiej burzy mózgów, uznawszy, że nie ma się co bawić w przydrożny autoserwis, wzięli go na hol i zawlekli przed dom.

Drugie, znacznie już bliższe spotkanie z cudem architektury gotyckiej przysporzyło Konradowi wielu nowych wrażeń. Taszczył bagaże do holu, rozglądając się wokoło z dziwną mieszanką ciekawości, paniki i obrzydzenia. Nie mieściło mu się w światopoglądzie, że praprapra… daleki przodek mógł z własnej i nieprzymuszonej woli postawić coś równie kuriozalnego i jeszcze nazwać to Lichotką. Niemal widział watahy zżerających ją korników. Podłogi, boazeria, framugi, ramy okienne, kręte schody, meble o wartości już chyba tylko muzealnej – wszystko drewniane, wiekowe i bardzo stylowe. Rzeźbione w drewnie detale, kwiatki, listki, łodyżki, rozety i łuki występowały w ilościach hurtowych. Całość wyglądała jak gotycki szał ciał i uprzęży, spełniony sen szalonego stolarza, a na domiar złego cierpiała niedostatki nie tylko szeroko pojmowanej urody, ale również kondycji, mocno nadgryzionej spróchniałym zębem czasu, gdyż chodnik w holu składał się przeważnie z dziur, kinkiety na ścianach trzymały się na słowo honoru, zaś w drzwiach wejściowych zamiast zamka był zwykły skobel.

Podczas gdy Szymon szukał czegoś w przybudówce, Konrad krążył od samochodu do domu i z powrotem, taszcząc kolejne bagaże i licząc w myślach, ile wyniesie chociaż podstawowy remont parteru. Ciągle mu wychodziły straszne sumy, dlatego coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że nic gorszego niż ten spadek nie mogło go spotkać… Chociaż nie, mogło – uznał pośpiesznie, gdy nagle, z prędkością błyskawicy przemknęła mu przed oczyma wizja Majki stawiającej czoła rozpasanemu gotykowi. Majki marszczącej starannie wyskubane brwi, wyrażającej niezadowolenie w elegancko cedzonych słowach, Majki Świeckiej Słusznej Jedynej, Majki Boleściwej Potępienia Pełnej, Majki Myślącej o Przyszłości, Majki po Ziemi Twardo Stąpającej, Majki, o której pamiętać wcale nie chciał i więcej nie zamierzał, Majki, którą przecież zostawił daleko za sobą, w mieście… I za którą tęsknił jak wariat – wbrew sobie, zdrowemu rozsądkowi i koniunkcji planet.

Zaklął pod nosem, odpędzając natrętne i nieprzyjemnie swędzące wspomnienia. Tak czy siak, musiał z tą ruderą coś zrobić, tylko nie wiedział jeszcze co – wyremontować i zatrzymać, wyremontować i sprzedać czy może jednak od razu podpalić i na wszelki wypadek zrównać z ziemią…

Siła wyższa była z siebie bardzo zadowolona, widząc jego markotniejącą minę, postanowiła jednak postawić jeszcze wielką kropkę nad i.

Ze stosu usypanego pośrodku holu sturlały się trzy rolki papieru toaletowego i wpadły prosto pod głęboką komodę, powiewając na pożegnanie nadrukiem w stokrotki.

– Ręce opadają… – westchnął Konrad. – Jakby mi gimnastyki brakowało.

Klęknął ostrożnie, by sięgnąć pod mebel, i dopiero, niemal dotykając nosem podłogi, zauważył, że nigdzie nie ma ani grama kurzu. Żadnych kotów, żadnych pajęczyn. Nie tego się spodziewał po starym, dziwacznym domu na odludziu. Majka i jej pedanteria byłyby wniebowzięte…

Zanim zdążył się sam ochrzanić za tę ostatnią myśl, za plecami usłyszał ciche kichnięcie.

– Na zdrowie. – Wreszcie złapał niesforne rolki i podniósł się z klęczek. – Czyścioch z pana, panie Ku…

– Apsik – kichnął ponownie stojący na schodach anioł.

***

Konrad nie miał już żadnych złych przeczuć ani wątpliwości. To one miały jego.

Pociągająca nosem istota bezsprzecznie była aniołem. W obszernym, długim za kolano T-shircie z Garfieldem, bamboszach i z najprawdziwszymi, porośniętymi jasnym, miękkim puchem skrzydłami. Jego długie włosy, przypominające pocięty na cieniutkie paski celofan, migotały w świetle dnia, otaczając postać delikatną aurą.

Anioł jak w mordę strzelił, przemknęło osłupiałemu Konradowi przez myśl. Ale aniołów nie ma. Anioły są tylko na obrazkach z podpisem „Pamiątka Chrztu Świętego”, pocztówkach i nagrobkach albo w książkach dla dzieci, a nie w dziwacznych, gotyckich domach z wieżyczką. Bo w dziwacznych, gotyckich domach z wieżyczką – myśli galopowały dalej – mieszkają wampiry, duchy, wielkie pająki i nietoperze, nietoperze w straszliwych ilościach.

Ale nie anioły.

Aniołów nie ma.

– Apsik. Dzień dobry – przywitał się anioł, którego nie było. Odrobina puchu wzbiła się nad nim w powietrze.

Człowiek z papierem toaletowym w objęciach nie mógł oderwać wzroku od zasmarkanego wysłannika niebios, podczas gdy w jego duszy hordy sprzecznych emocji toczyły zażarty bój. Na domiar złego z zakamarków pamięci przypałętało się widmo wieszcza i spiżowym głosem zaczęło powtarzać: „Szkiełko i oko! Szkiełko i oko!”. Wobec tego zdrowy rozsądek złożył rezygnację, uznawszy, że dwie wizje naraz przerastają jego skromne możliwości, a Konrad został sam na sam z wewnętrznym chaosem.

Wielki, stary zegar w kącie wybił czwartą po południu. Równo z ostatnim „bom” w drzwiach wejściowych pojawił się usmarowany brudnawą mazią Kusy.

– Będzie żył ten pański samochodzik! Ot, zerwany pasek rozrządu, a tyle zamieszania narobił. Trzeba zamówić nowy i założyć, szczęście, że głowica i zawory wytrzymały, bo wtedy nie obyłoby się bez mechanika… A co was tak wryło? Licho – zwrócił się do anioła – poznaj pana Romańczuka, nowego właściciela. Panie Romańczuk, to jest Licho. Anioł stróż świętej pamięci pana Wincentego, znaczy się, budowniczego i pierwszego właściciela domu, lokator z najdłuższym stażem – wyjaśnił. – Pan Wincenty specjalnie dla niego zbudował wieżyczkę, bo Licho chciało z wysoka widoczki oglądać. Prawda, Licho, że chciałoś?

Licho przytaknęło grzecznie i wytarło cieknący nos w haftowaną chusteczkę.

– Znaczy… – wykrztusił Konrad – t-to jest lokator? Ten, o którym mowa w t-testamencie?

– No… w zasadzie tak.

– Myślałem, że chodziło o pana!

– Ależ skąd – roześmiał się Szymon. – Ja dojeżdżający jestem, tylko doglądam. Wie pan, taka złota rączka, co to naprawi, przyklei, gwoździa wbije. Dwadzieścia prawie lat już tu pracuję. A jak się pańskiemu poprzednikowi zmarło na wiosnę, to się i niebożątkami zająłem, soczki im przywoziłem, gazety, bo się tak sami nudzili.

– Chusteczki wyszły – pisnęło Licho. – I odkamieniacz też, a gąbka się podarła. Alleluja.

– Się, się… To się dzisiaj podartą umyjecie, a jutro wam nową przywiozę, dobrze? Idź, sprawdź w spiżarce, czy jeszcze słonecznik macie. I niech Krakers odda butelki po mleku! – krzyknął za człapiącym w stronę kuchni Lichem. – Zawsze zapomina, a ja się potem muszę w sklepie tłumaczyć.

– Tłumaczyć? – Konrad odzyskał wreszcie pełną kontrolę nad krtanią. – Tłumaczyć?! Teraz mi się pan będzie tłumaczyć! W testamencie nie było ani słowa o jakichś… jakichś Lichach i Krakersach! Co, u licha… tfu, do diabła, ma to wszystko znaczyć?!

– Jak nie było, jak było? – Kusy z pobłażaniem pokręcił głową. – Pisało przecież, że dom z dożywociem, prawda?

– Ale nie pisało, znaczy, nie było napisane, że z aniołami!

– A co panu jeden anioł szkodzi? Grzeczny, spokojny, pomocny, czyściutki, tylko by prał i pucował. Czyścioch, że hej! Zużywa sporo chusteczek higienicznych, bo ciągle ma katar, ale za to wszystkiego upilnuje. Żeby się panu krzywda nie stała, żeby żadne nieszczęście na dom nie spadło, żeby się myszy nie zalęgły. Bez Licha nie byłoby Lichotki, panie Romańczuk. – Poklepał go uspokajająco po ramieniu. – Wziąłeś pan spadek z dożywociem? No to masz. Anioł stróż to prawdziwe dobrodziejstwo. A i reszta nie gorsza, możesz mi pan wierzyć na słowo. Przyzwyczaisz się pan w try-mi-ga! No!

Licho wróciło z kuchni z siatką pustych butelek i patrzyło z pewnym niepokojem, jak osłupiały Konrad na przemian to blednie, to czerwienieje, niebezpiecznie balansując na granicy pierwszego zawału w wieku trzydziestu dwóch lat. Wreszcie się odezwało.

– Krakers mówi, że słonecznika zostało dużo, ale mógłby pan kupić biszkopty, bo będzie w sobotę robił tiramisu.

– Okrągłe czy podłużne?

– Podłużne, alleluja. Tak ze cztery paczki. I przydałoby się gorzkie kakao, bo do tego pudełka, co leżało w szafce, wczoraj dostała się Zmora.

– Jaka. Znowu. Zmora…? – wydusił przez zaciśnięte zęby Romańczuk.

– Kotka – odrzekł anioł. – Bardzo miła, tylko czasem gryzie. Ale niezbyt mocno.

– A ten, jak mu tam… Krakers?

– Krakersem się proszę nie przejmować, on w ogóle nie wychodzi… no, z piwnicy. – Znów kichnął, wzniecając wokół siebie nową chmurkę pierza. – Robi pyszne faworki, palce lizać – dodał trochę jakby na usprawiedliwienie.

– No i sam pan widzi – rzekł Kusy. Wziął od anioła siatkę i karteczkę z listą zakupów. – Nikt tak nie zna domu jak Licho. Oprowadzi pana, wszystko pokaże, opowie, wyjaśni. A na mnie już czas. Pojadę jeszcze do spożywczego, potem zamówię pasek, może gdzieś po niedzieli samochodzik naprawimy. No i do własnego domu też trzeba, do szanownej małżonki zajrzeć chociaż.

– Jak… jak to? Nie wróci pan z zakupami? – spłoszył się Konrad. Co prawda był w zasadzie pewien, że anioły w bamboszkach raczej nie gryzą, kręgosłupów gardłem też nie wyrywają, ale to „w zasadzie” i „raczej” trochę go jednak niepokoiło. Bo w końcu co on znowu takiego wiedział o aniołach? Oprócz tego, że nie istnieją, rzecz jasna. – Przecież jeszcze wcześnie, chyba pan zdąży…

Pucułowata, spocona twarz Kusego stężała i zbladła w okamgnieniu, jakby ktoś odessał z niej rumieńce.

– O nie, co to, to nie – pokręcił stanowczo głową – dziś już nie, dopiero rano. Zanim dojadę do miasteczka, zanim wszystko załatwię, będzie wieczór. A ja, wie pan… – zniżył głos do nerwowego szeptu – …ja tu po zmroku nigdy nie zostaję, nie z tym… tym… Nigdy! Choćby się waliło i paliło. No, to dobrej nocy i do jutra, panie Romańczuk! – zakrzyknął i popędził świńskim truchtem do poloneza, jakby go sam czort gonił.

Jeszcze nigdy w życiu Konrad nie czuł się równie bezradny. Gotycka rozpusta, zasmarkany anioł stróż i tajemniczy Krakers z tiramisuna dokładkę to było dla niego zdecydowanie zbyt wiele jak na jeden dzień, a już na pewno po nieustającym trzęsieniu ziemi ostatnich paru miesięcy. Przytulił papier toaletowy do piersi niczym magiczny artefakt, który ochroni go przed złem wszelkiej proweniencji – zwłaszcza „tym… tym” wypełzającym po zmroku.

Doprawdy, najbliższe miesiące w Lichotce zapowiadały się ciekawie. Aż nazbyt, gdyby kto pytał.

***

Wniesienie bagaży na piętro zajęło im dobre dwa kwadranse. Kilka pakunków stoczyło się po stopniach, chrzęszcząc i pobrzękując, ale obyło się bez większych strat. Na dole zostały pudła z podstawowymi naczyniami, prowiantem na najbliższe dni i niesfornym papierem toaletowym.

Kręte schody prowadziły dalej w górę aż do wieżyczki Licha. Piętro, zgodnie z przyjętą przez lokatorów tradycją, pozostawało do wyłącznej dyspozycji właściciela domu. W powietrzu unosił się natrętny zapach cytrynowego płynu do mycia podłóg. Promienie słońca, które wpadały przez świetliki w dachu, rozpraszały panujący tu mrok i na końcu niewielkiego, acz ponurego korytarza Konrad zobaczył drzwi. Oczywiście skrzypnęły przy otwieraniu – cicho, lecz znacząco.

Pokój miał kształt wąskiego prostokąta. Niemal całą ścianę naprzeciw wejścia, od wysokiego sufitu aż po przykrytą dywanem podłogę, zajmowało dwuskrzydłowe okno, pod którym stał biedermeierowski sekretarzyk i takież krzesło. Wszędzie wisiały obrazy, co do jednego oprawione w masywne, złocone ramy, na komódce tłoczyły się zegary i figurynki, obok zaś zalegał chybotliwy stos książek. Na ten widok Konrada ogarnęło uczucie wręcz klaustrofobicznego dyskomfortu. Bał się, że jeśli zrobi choć krok, cała kolekcja dzieł sztuki runie i pogrzebie go na wieki.

– A tu, alleluja, jest pańska sypialnia – wyjaśniło grzecznie Licho i kichnąwszy trzykrotnie, pchnęło kolejne drzwi, jakimś cudem wciśnięte między landszaft z jeleniem na rykowisku a od dawna martwą naturę.

Coraz szczęśliwszy właściciel domu zajrzał z wahaniem do środka.

Jego oczom ukazało się nawet nie tyle łóżko czy łoże, ile potężne łożyszcze. Składało się w głównej mierze z baldachimu, ciężkich kotar i sterty haftowanych poduszek, a wchodziło się na nie po schodkach. Już samo w sobie przyprawiało o chroniczną bezsenność. Wielka szafa, kominek, w którym paru chłopa z powodzeniem zatańczyłoby zbójnickiego, żeliwny żyrandol i przepastny fotel pod oknem dopełniały koszmarogennego wystroju.

– Styl terror gothic, jak mniemam? – zapytał kąśliwie Konrad, zwolennik nowoczesnego minimalizmu, wodząc wzrokiem po tapecie rodem z domu pogrzebowego. Pocieszał się w duchu, że mogło być znacznie gorzej. Przynajmniej nie musiał spać w trumnie na katafalku, wśród gromnic i przy akompaniamencie posępnej muzyki organowej. No i miał całe to łożyszcze tylko dla siebie… Nie, akurat ta myśl wcale nie była zbyt pocieszająca.

– Ładnie, prawda? – przytaknął całkowicie odporny na ironię anioł. – Bardzo przytulnie, apsik. Meble od paru dekad te same, a poszewki na poduszki panicz ciągle nowe haftuje.

– Eee… Panicz…?

– Uhm, panicz. Kiedy walczy z jesienno-zimowo-wiosenną chandrą. Latem robi sobie przerwę.

– Na dobry humor?

– Na konfitury. Z malin, borówek, czasami z wiśni… – Licho westchnęło z rozmarzeniem. – Oj, z wiśni są najlepsze. I gotuje kompot z mirabelek. A jak Szymon pigwówkę pędzi, to zawsze trochę owoców zostawia i wtedy panicz robi konfiturę do herbaty. Ale to dopiero w październiku, alleluja… – pociągnęło smętnie nosem, nie wiadomo, czy ze smutku, czy z kataru.

Konrad spojrzał na nie i przez chwilę zrobiło mu się jakoś tak cieplej na duszy. Zdjął plecak i rzucił na fotel, wciąż bezużyteczny telefon położył na parapecie. Nie miał innego wyjścia, musiał się na razie rozgościć w gotyckim dziwolągu.

– Jest tu gdzieś w pobliżu łazienka? – zapytał.

– Tam są drzwi, szafa je trochę zasłania. – Licho hałaśliwie wydmuchało nos w chusteczkę. – Przynieść panu ręcznik i mydło?

– Nie, dziękuję, wszystko zabrałem – rzucił przez ramię Konrad i nacisnął klamkę. Był ciekaw, jak też wygląda gotycka łazien…

– Ze wsi jesteś? Puka się!

– Nie widzisz, że zajęte?

– Ratunku, zboczeniec!

– Spadaj, koleś, pókim dobry!

…ka. Nieduża, wyłożona kaflami, dość jasna i zajęta.

Zarumienione i bardzo przejęte Licho delikatnie posadziło zdębiałego Romańczuka na skraju łóżka, po czym wpadło do łazienki. Nie minęła minuta, kiedy ze środka wyszły potulnie cztery zielone, ociekające wodą i wyjątkowo pokraczne stwory o wyłupiastych oczach i usianej kurzajkami skórze. Wymamrotawszy przeprosiny, jeden za drugim brzydale powędrowały na swych patyczkowatych nóżkach na parter.

– Strasznie przepraszam! – zawołał anioł. Wydobył nie wiadomo skąd szczotkę i proszek, padł na kolana i wziął się do szorowania ufajdanej glonami wanny. – Naprawdę, to się więcej nie powtórzy. Apsik! Proszę mi wierzyć, nie w każdym wychodku siedzi demon, po prostu długo nikt z nami nie mieszkał. Z łazienki na dole korzystają wszyscy lokatorzy, w dodatku trochę w niej ciasno, więc utopce zagnieździły się tutaj. Już nie będą panu przeszkadzać, obiecuję. – Migiem starł kałuże z podłogi, psiknął odświeżaczem powietrza, a po krótkim wahaniu poprawił jeszcze krzywo zawieszony papier toaletowy. – No, alleluja, jakby pan czegoś potrzebował, proszę śmiało wołać. Pościel już przebrana, nic tylko się kłaść. Miłych snów, karaluchy pod poduchy! – Pomachał na do widzenia i wyszedł. Po chwili zajrzał z powrotem. – Znaczy, karaluchów tu nie ma – sprostował – mrówek też nie, no, czasem na werandzie, ale wie pan, tak się tylko mówi. Alleluja i dobranoc.

Zegary w pokoju obok zaczęły chóralnie wybijać szóstą. Cała komódka zatrzęsła się, wprawione niespodziewanie w ruch figurynki zabrzęczały.

Konrad kiwał się w przód i w tył i pluł sobie w przystrzyżoną à la trzej muszkieterowie bródkę, że w ogóle dał się wciągnąć w tę całą hecę ze spadkiem. Nadesłane pocztą powiadomienie o śmierci dalekiego krewnego, którego nazwisko nic mu nie mówiło, przeczytał z obojętnością. By formalnościom stało się zadość, w wyznaczonym terminie przyszedł do sądu na ogłoszenie testamentu – wyszedł już jako osłupiały spadkobierca. Do spłacenia został niewielki dług, dom nie miał żadnych obciążeń hipotecznych, a zapis o dożywociu nie budził zastrzeżeń, niewiele zatem myśląc, Konrad załatwił, co trzeba, pozbył się, kogo trzeba, własne mieszkanie wynajął do końca roku koledze, zapakował się do tico i ruszył, zostawiając w mieście demony przeszłości, by objąć włości na następnych parę miesięcy, a kto wie, może nawet nieco dłużej. Uwierzył w zrządzenie losu, w cudowne spełnienie marzeń o miejscu, w którym mógłby zapomnieć o Majce, jej pięknych oczach obserwujących świat z niezmiennym potępieniem i zestawie 365 praktycznych rad, wymagań i pretensji na każdy dzień roku, zastanowić się nad ciągiem dalszym własnych dziejów i w spokoju oddać się pracy nad Dziełem Życia – bez uciążliwych sąsiadów, bez tramwajów zatrzymujących się tuż pod oknami o każdej porze dnia i nocy, bez setek zaparkowanych byle jak i byle gdzie samochodów, bez codziennej dawki marudzenia, że niczym się nie interesuje i nigdy nie można na niego liczyć.

Zwłaszcza bez marudzenia.

Tak na dobrą sprawę dostał wszystko, czego chciał, nie przewidział tylko dodatku w postaci istot nadprzyrodzonych. I co miał teraz zrobić? Pójść do sądu i powiedzieć, że został zrobiony w konia, bo jeden z dożywotnich lokatorów gotyckiego maszkarona okazał się zasmarkanym aniołem, a w łazience mieszkają te, no, jak im tam było… o, utopce? Aż się roześmiał gorzko, wyobraziwszy sobie minę prokuratora czy sędziego słuchających takiej skargi. Sam by w ani jedno słowo nie uwierzył, przecież anioły i utopce nie istnieją…

– W co ja się najlepszego wpakowałem… – jęknął, łapiąc się za głowę.

Komórka od paru godzin nadaremnie szukała zasięgu, aż w końcu zaczęła sygnalizować, że ma słabą baterię. Przeraźliwe brzęczenie mogło z powodzeniem kruszyć plomby w zębach i natychmiast wyrwało Konrada ze szponów czarnych myśli. Na wszelki wypadek uważnie rozejrzał się po kątach, czy gdzieś nie rozgościł się jeszcze jakiś tajemniczy stworek, i rozpoczął walkę z bagażami. Laptopa, drukarkę i ryzę papieru położył na sekretarzyku, markowe ciuchy i buty, udające byle co kupione byle gdzie, wcisnął do przepastnej szafy. Z braku stosownego mebla ustawił kilka ulubionych książek na parapecie. Przy okazji znalazł ładowarkę i podłączył piszczący telefon do kontaktu. Zanim zapadł zmrok, Konrad, wykąpany i zbyt zmęczony, by się dłużej czymkolwiek martwić albo pamiętać o straszliwym „tym… tym”, wcisnął się między poduszki i po prostu stracił przytomność.

***

Łoże nie zawiodło – koszmar był pierwszorzędny.

Zzieleniały, szczodrze obsypany kurzajkami Szymon Kusy z wielkimi anielskimi skrzydłami siedział mu na piersiach i łyżeczka za łyżeczką wyżerał ze słoiczka wiśniowe konfitury, przegryzając słonymi krakersami. Z każdym kęsem stawał się coraz cięższy i cięższy. Konrad próbował zaczerpnąć powietrza, ale ucisk na mostek i żebra był zbyt mocny, dusił bezlitośnie. Zewsząd sypały się na niego mokre poduszki oraz pierze, a na zewnątrz co rusz rozlegało się kichanie. I wtedy Szymon sięgnął gdzieś za siebie, po czym z całej siły wbił mu w policzek przerdzewiałą igłę do haftowania.

Konrad drgnął gwałtownie i obudził się. Ale ból wcale nie ustąpił.

Szara, miękka łapa pulsowała na jego policzku, to wysuwając, to znów chowając pazurki, drobne i ostre niczym brzytwa. Ich właścicielka, zwinięta na piersi mężczyzny w wielki, wibrujący kłębek, mruczała z upodobaniem. Jakby czując, że nowe legowisko już nie śpi, otworzyła żółte oczyska i przeciągnęła się leniwie.

Odetchnąwszy z ulgą, ale i lekkim trudem, Konrad pozwolił, by obwąchała jego dłoń, a potem łagodnie pogłaskał kocicę po głowie. Zamruczała głośniej, majtnęła ogonem raz i drugi. Pieszczoszka, ciężka jak diabli, lecz ujmująca. Koty mogły bezkarnie włazić Konradowi choćby i na głowę, bardzo je lubił i wszystko, co wyczyniały, znosił z godną podziwu cierpliwością. A Zmora, gdyż to właśnie z nią miał do czynienia, najwyraźniej to wyczuła, bo nie zamierzała z niego zejść.

Potężne kichnięcie zatrzęsło szybami.

– Wygląda na to, że Licho już nie śpi – syknął Konrad. Pazury uciekającej kocicy zostawiły mu na piersi krwawe bruzdy, może niezbyt głębokie, za to diabelnie piekące.

Ścielenie łóżka zawsze uważał za czynność zupełnie pozbawioną sensu – a teraz, gdy na powrót stał się jednostką życiowo niezależną, mógł ów pogląd do woli wcielać w życie – zatem nie zaprzątał sobie nią głowy. Odruchowo chwycił naładowany telefon i zbiegł na dół. Wydawało mu się, że słyszy jakieś szmery w kuchni, lecz gdy tam zajrzał, nikogo nie zobaczył.

Z werandy dobiegło kolejne kichnięcie.

– Na litość boską, Licho, co ty wyprawiasz?!

Prawie upuściło pincetę. Siedziało w kucki na werandzie, otoczone ze wszystkich stron lustrami, i jedno za drugim wyrywało sobie pióra ze skrzydeł.

– Zwariowałeś? Łoś? Zwariowałoś? – poprawił się szybko. – Aż tak się nudzisz?

– …piluję, alleluja.

– Słucham?

– Depiluję – powtórzył anioł. – Wyrywam raz na miesiąc lub dwa, ale i tak w końcu odrastają, więc muszę wyrywać na nowo… To strasznie męczące, wie pan?

Ani chybi masochista, stwierdził skonsternowany Konrad. Ale co, jeśli zacznie łazić i prosić „zbij mnie, zbij mnie, wyrwij mi pierze”? Przecież w łeb mu nie dam, aniołów się nie bije… I co on ma dziś na tej koszulce, Fistaszki?!

– Dobrze, wyrywasz, ale dlaczego? – Wcale nie był pewien, czy chce to wiedzieć, brnął jednak dalej. – Wyglądasz jak oskubany kurczak.

– Mam uczulenie na pierze, proszę pana – chlipnęło żałośnie Licho. – Wciąż tylko kicham i kicham, a te pigułki dla ludzi to mi nic a nic nie pomagają. – I na potwierdzenie swych słów pociągnęło opuchniętym od kataru nosem.

No cóż, to miało sens. Niewielki, ale jednak, przyznał z oporem Konrad. Kątem oka dostrzegł skradającą się w stronę kupki pierza Zmorę. Westchnął z rezygnacją. Nie tak wyobrażał sobie integrację z dożywotnikiem, zupełnie nie tak. Ale cóż, panie Romańczuk, skoro wpadłeś między anioły…

– A sio, paskudo – przepędził kocicę i usiadł obok anioła. – Dobra, dawaj tę pincetę, z tyłu i tak nie sięgniesz. Mam tylko nadzieję, że to się nie kwalifikuje jako przemoc domowa…

Wyskubywanie piór i odganianie upartej jak osioł Zmory pochłonęło ich bez reszty. Właśnie zbierali ostatnie strzępy puchu do wora na śmieci, gdy przed dom zajechał Kusy.

– Jak tam pierwsza noc w Lichotce? – krzyknął, gramoląc się z poloneza.

– W gruncie rzeczy nie taka znowu najgorsza – przyznał Konrad, odkładając narzędzie bezwzględnej walki z alergenem. – Aczkolwiek nie obyło się bez pewnych… niespodzianek. Bliskich spotkań, że tak powiem.

Kusy przystanął na schodkach.

– Ano widzę, że Zmora się z panem pieściła. – Wskazał zadrapanie na jego policzku. – Ostre ma pazurki, zołza jedna. Masz – wetknął Lichu siatki z zakupami – szykujcie z Krakersem śniadanie, a my tu skończymy te twoje pierze sprzątać. I co, podoba się panu w Lichotce?

– Jeszcze wszystkiego nie obejrzałem. No, ale bez gruntownego remontu na pewno się nie obejdzie. Dezynsekcja i deratyzacja na dobry początek, bo dom ma już swoje lata, a w dodatku pomieszkują w nim utopce, które do higienistów chyba nie należą. Okna nieszczelne, podłogi i ściany do zrobienia, schody zresztą też… Instalacje kiedy były wymieniane?

– Nigdy.

– Jak to nigdy? – Włos mu się na głowie zjeżył. – Rany jeża, przecież wystarczy byle zwarcie i cały dom idzie z dymem! Nawet straż pożarna nie zdąży dojechać na to odludzie!

– Nie były wymieniane, bo ich nigdy nie było – wyjaśnił spokojnie Kusy. Zawiązał worek z anielskim pierzem, który teraz przypominał wielką piłkę plażową, po czym wziął się do składania luster. – Ani kabli, ani rur. W kilku ścianach są przewody kominowe, ale to sam czyszczę.

– Co pan mi tu wygaduje? – Konrad zaczynał tracić cierpliwość. Wyszarpnął komórkę z kieszeni spodni. – Skoro nie ma instalacji, to jak niby naładowałem telefon?

– Pewnie prądem, inaczej się chyba nie da, co nie? Ale widzę, że pan sobie nie podzwonisz z tego maleństwa. Licho! Chodź no tu, złap panu zasięg!

Z nożem do masła w dłoni Licho przytruchtało na werandę. Wzięło komórkę od Konrada, kichnęło i zaraz ją oddało.

Zerknął na wyświetlacz. Pełen zasięg. Jedna nieodebrana rozmowa i trzy SMS-y.

– Naszemu aniołkowi żadne instalacje nie są potrzebne, panie Romańczuk. Zresztą i tak nie rozumie, jak działają. Wystarczy, że Licho wie, co się powinno stać, gdy się odkręci kran, wsadzi wtyczkę do kontaktu, zapali gaz na kuchence czy wodę w kiblu spuści. Interneta też panu raz-dwa załatwi, jak mu pan powiesz co i jak. Ja to nazywam prawdziwym dobrodziejstwem, bo i awarii nigdy nie ma, i rachunków nie trzeba opłacać. A zasięg nauczyło się łapać w zeszłym roku, jak sobie komórkę sprawiłem i miałem ten sam problem co pan. Tylko z kornikami sobie nie radzi, nie wiedzieć czemu. No – klepnął Konrada po ramieniu – to teraz chodźmy na śniadanie.

***

Licho było wniebowzięte. Podśpiewując pod nosem Pieski małe dwa, biegało po domu i polowało na firanki. Aż się prosiły o pranie i krochmalenie stulecia – od paru dni zwisały już zbyt smętnie, zbyt swobodnie, zamiast porządnie stać na baczność, a ich biel stanowczo powinna być bielsza. Co najmniej olśniewająca.

Pralkę anioł dostał przed ponad dwudziestoma laty i używał jej z bliskim manii upodobaniem. Wciąż sprawny superautomat PS 663S BIO z wielkim, zgrzytającym pokrętłem zajmował w wieżyczce poczesne miejsce, otoczony świtą proszków, płynów oraz past, ale od paru miesięcy niewiele miał do roboty. Dom, w którym mieszkali tylko lokatorzy, wydawał się Lichu domem połowicznym, zatem równie połowicznie w nim sprzątało. W praktyce oznaczało to mycie wszystkich okien zaledwie raz na kwartał. Ale teraz… Teraz, gdy do Lichotki zawitał nowy właściciel, anioł wpadł w porządkową euforię, a nieszczęsne firany poszły na pierwszy ogień.

Również zalegająca na komodzie w holu Zmora wzięła się do skrzętnego pucowania futerka. Ani trochę nie dziwiła się szaleństwu Licha. Już w nocy uznała Konrada za swoją ulubioną poduszkę. Teraz należało zatem pokazać się z jak najlepszej strony, by szybko poczuł się w Lichotce jak w domu. Może i wpadał łatwo w osłupienie, ale też dość szybko z niego wypadał, co wszystkim kolejnym spadkobiercom zawsze liczono za niewątpliwą i bardzo przydatną zaletę. Tężyzną fizyczną zbytnio nie imponował, było to jednak całkiem zrozumiałe. Nikt się chyba jeszcze nie dorobił muskułów od całodziennego wertowania książek i stukania w klawiaturę. Ot, wysoki, nieco niedożywiony intelektualista o fizjonomii zatroskanego muszkietera. Drewna na opał pewnie by nie narąbał, co najwyżej zrobił sobie krzywdę siekierą, lecz bez wątpienia pasował do Lichotki jak ulał.

No i wiedział, w jakiej pozycji spać, żeby kotu było wygodnie. Tak. Konrad musiał zostać.

Siedząc na wirującej z zapałem pralce, bez reszty pochłonięte cerowaniem skarpet Licho nie słyszało, jak rozklekotany polonez zatrzymuje się na chwilę przed domem. Kroki w holu też mu jakoś umknęły. Brzęk tłuczonego szkła i przeraźliwy wrzask – już niekoniecznie.

***

Tak zwane załatwianie spraw w miasteczku zajęło im chyba mniej czasu niż jazda w tę i z powrotem. Słońce nie dawało za wygraną, dlatego Konrad z ulgą pożegnał się z Szymonem i uciekł z nagrzanego jak piekarnik poloneza. Od dobrych paru godzin marzył o mleku, które chłodziło się w mroźnym zaciszu lodówki, i zamierzał wreszcie się do niego dobrać.

Butelka była ciężka, mokra i bardzo śliska, w zasadzie nic dziwnego, że ją upuścił. Lecz odłamki szkła w kałuży mleka to jeszcze żaden powód, by wrzeszczeć. Co innego wielkie, ciemnofioletowe macki jak u ośmiornicy giganta, wyłaniające się nie wiadomo skąd.

– No i o co tyle krzyku, alleluja? – Licho, które bez wahania przybyło z odsieczą, odłożyło miotłę, chwilowo przystosowaną do celów bojowych. Celofanowe włosy zamigotały, gdy z dezaprobatą pokręciło głową. – Tylko go pan wystraszył.

Śmiertelnie blademu Konradowi odebrało głos. Nawet nie zauważył, że siedzi na podłodze, a markowe, upiornie drogie spodnie właśnie nasiąkają mu mlekiem. Tymczasem anioł klęknął przed zabitymi mnóstwem gwoździ drzwiami spiżarni, uchylił klapkę dla kota i bez zbędnych certacji wsadził głowę do środka. Coś zabulgotało groźnie.

– No, Krakersik, nie bój się, daj mackę – zaświergotał uspokajająco anioł. Odpowiedział mu krew w żyłach mrożący pomruk. – Cicho, cicho, już przyszło Licho. Zaśpiewam ci coś, chcesz?

Jedna macka wypełzła nieśmiało ze spiżarni i owinęła się wokół anioła. Przytulił ją, poklepał czule. Bulgot nieco złagodniał.

– Z pooopielniiika naaa Krakeeersa iiiskiereeeczka mruuu-gaaa…

Licho śpiewało falsetem, kołysząc się do taktu, zaś właściciel macki robił w tle złowróżbne mruczando.

– …cyt, iskierka zgaaasłaaa. I jak – kichnęło – Krakersik? Lepiej? Pan cię nie chciał wystraszyć, już więcej nie będzie tak krzyczał, prawda? – Uśmiechnęło się zachęcająco do Konrada.

– Co… to… – więcej nie zdołał z siebie wydusić, ale Licho było domyślne.

– Krakers, proszę pana. Pradawny stwór z głębin odwiecznego zła, którego w 1836 przywołał bratanek pana Wincentego, alleluja – wyrecytowało. – Panicz Zygmunt bawił się w takie tam różne… dziwne… jakieś składanie ofiar, jakieś mroczne rytuały, dzikie origami… Pewnej nocy miejscowi zrobili takie wielkie ognisko i spalili go pod drzewem. Szybko poszło, apsik, nawet nie zdążył wymyślić i rzucić porządnej klątwy. A Krakers został w spiżarce i zajął się gotowaniem. To mu wychodzi znacznie lepiej niż sianie zagłady.

Pradawny stwór kiwnął potakująco macką.

– No, to podajcie sobie kończyny na zgodę. Śmiało!

Krakers wysunął drugą mackę i potrząsnął pobladłym Konradem. Przyssawki mlasnęły przy tym cicho. Wbrew pozorom stwór nie był ani trochę oślizgły, a w dodatku pachniał wanilią i goździkami.

– Licho… – odezwał się słabym głosem Romańczuk.

– Tak, alleluja?

– Powiedz mi, zanim padnę na zawał, kto tu jeszcze mieszka? Krasnoludki? Bazyliszek? Wróżki, w które trzeba wierzyć, żeby nie kopnęły w kalendarz? Bo ja miałem dość już przy utopcach, więc wolałbym wiedzieć…

– No… apsik, jest panicz. Ale nim się proszę nic a nic nie przejmować – dodało zaraz. – Panicz nie będzie się narzucał, ostatnio postanowił zostać odludziem.

– Przepraszam, czym?

– Odludziem. To taki ktoś, kto lubi być sam.

– Ach, tak … Odludź z inklinacją do ręcznych robótek. Brzmi… intrygująco. To ten od poduszek i konfitur? – upewnił się.

– Właśnie ten. Ostatnio niewiele robił, bo skończyły mu się palce, ale za jakiś miesiąc…

W skołowaciałym umyśle Konrada natychmiast rozkwitła pełnowymiarowa wizja bezpalcego odludzia z szydełkiem i słoikiem konfitur z nieprzewidzianym w przepisie wkładem własnym. Zrobiło mu się cokolwiek mdło.

– Skończyły? – wszedł aniołowi w kolejne „alleluja”, usiłując nie jąkać się z nerwów. – Znaczy… znaczy, że co? Że odpadły…?

– Znaczy, że wyblakły – odrzekło Licho i kichnąwszy dwukrotnie, wdało się w szczegóły przy akompaniamencie potakujących pomrukiwań Krakersa, który zabrał się do sprzątania wielkiej kałuży mleka. – I to nie tylko palce. Cały wyblakł, calusieńki, od lakierków po pukle. W świetle dnia to go już teraz w ogóle nie widać, alleluja. A nocą to tak tylko ociupinkę. Biedaczek, tyle czasu czekał, że prawie całkiem się uduchowił… Raz to się nawet zgubił we mgle, ledwo go znaleźliśmy…

– Czekaj, czekaj, bo nie nadążam. To czym… kim jest ten panicz?

– No jak to kim, alleluja? Widmem. Widmem panicza, który się zastrzelił. Między grządkami kapusty, tu, zaraz za domem. Bodajże w 1807, ale musiałobym sprawdzić. Trochę się gubię…

Kupka nieszczęścia zwana Konradem Romańczukiem westchnęła.

– Ja też, Licho. Ja też.

***

Sierpień mijał burzowo. Droga przez las rozmiękła doszczętnie i zmieniła się w błotnistą pułapkę, Szymon Kusy nie miał więc jak dojechać do Lichotki. Szczęśliwie chwilowo nie był tam potrzebny.

Uziemiony w Lichotce na amen przez niekończące się ulewy, a przede wszystkim przez chwilowy brak innego lokum, Konrad nie próżnował. Po krótkim, lecz intensywnym namyśle podjął wreszcie decyzję i ustalił plan działania, w zasadzie dość prosty. Wydusić z tego architektonicznego koszmaru, ile tylko się da, wyprzedając jak leci wszystko, co zbędne, począwszy od landszaftów w straszliwych ilościach – to raz. Dwa – za tak szczwanie zarobione pieniądze doprowadzić ruderę do użyteczności tudzież usunąć szkodliwy dla życia lub zdrowia nadmiar gotycyzmu. A potem trzy, cudowne, wytęsknione trzy, czyli sprzedać ją w cholerę i zaraz po Nowym Roku wrócić na własne, miejskie śmieci. By więc nie tracić czasu, zarządził wielki remanent. Jako pierwszy na śmietnik trafił telewizor marki Beryl, obiekt westchnień poprzedniego dożywotnika, od dawna zepsuty i obrastający kurzem. Obrazy, zegary, poduszki i przeróżne bibeloty z całego domu trafiały po kolei do saloniku na parterze, gdzie były metodycznie fotografowane i owijane w gruby, szary papier, a potem czekały, aż jakiś wielbiciel staroci zlicytuje je na aukcji internetowej. Zeżarte przez czas i mole dywany leżały na werandzie zwinięte niczym wielkie naleśniki. W kuchni Krakers sortował zapasy i sprzęt gospodarstwa domowego, wyrzucając wszystko, co nie nadawało się już do użytku. Zapłakane, zrozpaczone Licho nie chciało pożegnać się ze starym automatem. W końcu zniecierpliwiony ciągłym chlipaniem i siąkaniem Konrad ściągnął mu z sieci i wydrukował na odczepnego katalog sprzętu AGD, by mogło wybrać nową pralkę i jeszcze żelazko na otarcie łez. Zamiast spać, siedziało po nocach podekscytowane jak dziecko w wigilijny wieczór i zastanawiało się, który model ma najwięcej absolutnie niezbędnych do życia funkcji i bajerów.

Wraz z nadejściem ostatnich letnich dni deszcz w końcu przestał lać, droga wyschła i Konrad wraz z Szymonem mogli spokojnie wywieźć śmieci przed przybyciem ekipy remontowej. Ku radości Romańczuka i jego urzędu skarbowego wystawione na sprzedaż przedmioty szły jak woda, ratując stan konta przed sięgnięciem saldowego dna. Kurier niemal każdego ranka zabierał kolejne paczki i dom powoli przestawał przypominać zagracony antykwariat.

Jak się okazało, Krakers rzeczywiście robił pyszne faworki, a w przyrządzaniu fettuccine all’Alfredo niebezpiecznie zbliżał się do mistrzostwa. Im lepiej mu to szło, tym szybciej i chętniej Konrad, przez ostatnie lata żywiony przez Majkę głównie sojowymi substytutami wszystkiego, co tylko mogłoby mieć smak i choć odrobinę pustych kalorii, tracił wiotkość i bladość mieszczucha. Zważywszy jednak, że dzień za dniem uprawiał intensywną gimnastykę porządkową, nadwagą na razie martwić się zbytnio nie musiał. Nieco gorzej miało się jego Dzieło Życia, które od blisko miesiąca leżało nietknięte. By zagłuszyć głos sumienia oraz zniecierpliwionej i bardzo namolnej agentki, Konrad postanowił, że weźmie się do pisania, jak tylko uporządkuje ostatnie pomieszczenie Lichotki – bibliotekę.

Do tej pory była zamknięta na głucho, a klucz gdzieś przepadł, postanowili zatem wyważyć drzwi.

– Ożeż ty – wystękał Szymon, z całych sił napierając na łom. Zamek zazgrzytał, ale wciąż skutecznie odmawiał współpracy. – Uparta sztuka. Stara, porządna robota, nie ma co. Pan się tu z łaski swojej uwiesi. I rrraz…!

Coś trzasnęło, huknęło i łom brzdęknął o podłogę, wygięty pod kątem prostym, a obok niego padli dzielni włamywacze. Pancerne drzwi ani myślały skapitulować.

– Dosyć tego – rozeźlił się poobijany Romańczuk. – Nie będą jakieś drzwi stawiać biernego oporu w moim własnym domu. No złaź pan ze mnie wreszcie… Krakers!

Uzbrojona w chochlę macka wychynęła z kuchni.

– Bierz je!

Nie musiał powtarzać. Macka ochoczo zwinęła się w wielką figę i puknęła raz, a dobrze. Posypały się drzazgi. Droga do czytelniczego raju stanęła otworem.

Książki były dosłownie wszędzie. Dziesiątki, setki, tysiące tomów pachnących starym kurzem i jeszcze starszym papierem. Ciasno upchnięte na regałach, w dawno nieużywanym kominku, na masywnym, dębowym stole, pod nim i wokół niego, ułożone na parapecie pod zamkniętymi na cztery spusty oknami. Na podłodze walały się przeróżne kartki, jedne pieczołowicie zapisane, inne czyste, niektóre zmięte albo przerobione na confetti. Kłębki kurzu, kolorowe ścinki muliny do haftowania oraz resztki połamanych piór zalegały po kątach. Całość sprawiała wrażenie ostatniej fortecy szalonego czytelnika, który raczej wolałby umrzeć od zaduchu niż wyjść na zewnątrz, a na widok promieni słonecznych dramatycznym gestem owijał się peleryną i pędził na poszukiwanie najbliższego grobowca.

Szymon gwizdnął przeciągle.

– No, czeka nas trochę roboty. Dobrze, że Licho tego nie widzi, boby się chyba zapłakało. Takiego chlewu narobić…

Ledwie powiedział te słowa, rozległ się rumor, po czym spomiędzy regałów wyskoczył lekko przejrzysty, lecz bardzo wzburzony młodzieniec w niebieskim fraczku i wściekle żółtej kamizelce.

– Wypraszam sobie! – zawołał, wymachując umaczanym w atramencie najprawdziwszym piórem. – Cóż znaczy pospolity nieład wobec ogromu poetyckiej wizji? Mamże myśli porządkami zaprzątać, gdy dusza nad martwym wzlatuje światem w rajską dziedzinę ułudy? Ach, doloż moja, ciężka doloż…! Bez serc, bez ducha, to szkie…

– Szczęsny, przymknij się, bo skorzystam z okazji i cię strzelę w tę niewyraźną gębę, jak mamunię świętej pamięci nieboszczkę kocham – przerwał mu Kusy, najwyraźniej przyzwyczajony i niezbyt przyjacielsko nastawiony do podobnych ataków weny. – I oddaj klucz, bo drugi raz się włamywać nie będę. A… – przybrawszy cierpiętniczy wyraz twarzy, zwrócił się do Konrada grobowym głosem. – Panie Romańczuk, przedstawiam panu ostatniego z lokatorów, nieszczęsnego panicza Szczęsnego, widmo o zmiennym stanie skupienia. Wyrazy współczucia – dodał zgryźliwie, po czym wydobył z głębin swego obfitego jestestwa przepojone tragizmem westchnienie. – Widzisz pan, Szczęsny się para poezją, nic tylko by plótł wierszem te swoje androny. I nie ma zmiłuj, nikomu nie przepuści. No, mnie się ostatnio nawet poszczęściło, przez pewien czas miałem z nim spokój.

– Cud mniemany?

– Żaden cud, tylko ta jego popaprana fizjono… fizjoto… no, ta, natura. Po śmierci poprzedniego dożywotnika zaczął blednąć, że tak powiem, tracić osobistą cielesność, jakby usychał z tęsknoty, rozumiesz pan? Po miesiącu to go w dziennym świetle już w ogóle widać nie było, więc nosa z tej swojej dziupli nie wyściubiał, a ja nie musiałem go słuchać. Wyłaził dopiero po zmroku, jak na porządne widmo przystało… gdy już dawno byłem u siebie w domu, daleko, daleko stąd… – Spojrzał na lekko przezroczystego panicza i ze smutkiem pokiwał głową. – A teraz, gdy pan mieszkasz w Lichotce, z porządnego, nocnego widma znowu się robi całodobowy, pełnokrwisty wierszokleta. Ech, no i czort bombki strzelił…

Panicz zatrząsł blond puklami.

– Nieuczona twa postać, niewymyślne słowa… – prychnął. – Grubianinie! Śmiesz kpić z tortur okrutnego losu, srogiego bólu ducha mego?

– Ja ci ten ból bardzo chętnie pogłębię, powiedz jeszcze słowo…

Dusząc w sobie szatański chichot, Konrad słuchał, jak panicz, mistrz całorocznej depresji i haftu krzyżykowego, oraz grubianin w bawełnianym podkoszulku kłócą się zajadle i z widoczną wprawą. I doszedł do wniosku, że w Lichotce będzie mu może nie dobrze, ale całkiem wesoło.

Przynajmniej na razie. A potem… potem to się zobaczy.

***

Jesień nastała ciepła i rechocząca.

Mieszkające w stawie żaby miały w głębokim poważaniu zarówno porę roku, jak i prawa Matki Natury. Może były sierotkami, zresztą w Lichotce normalność zachowań nigdy nie obowiązywała. Każdego wieczoru żaby gramoliły się na zwalony pień przy brzegu, co również stanowiło część przedstawienia, tylko tę bardziej komediową, i dawały regularny koncert. Za bierną, mierną, ale wierną widownię robiły utopce, Licho i Zmora, która była zagorzałą wielbicielką nie tyle samego kumkania, ile jej zdaniem bardzo smacznych stworzeń kumkających. Na ich szczęście znacznie mniejszym afektem darzyła wodę.

Pod koniec września w przybudówce zamieszkali budowlańcy. Remontowali, co się dało, pod czujnym okiem Szymona i rechotali znacznie częściej i głośniej niż żaby, chociaż nikt ich nie oklaskiwał. Wręcz przeciwnie. Od tej pory utopce nie wychylały nosów z wody, a wystraszony hałasem Krakers wpełznął do najciemniejszego kąta spiżarki i nadrabiał zaległości w spaniu. No, przynajmniej próbował. Anioł natomiast siedział zamknięty w wieżyczce, studiując instrukcję obsługi nowej pralki, i tylko późną nocą, gdy budowlańcy już dawno spali, wyłaził cicho, na paluszkach, z miotełką i szufelką w dłoni, by choć trochę posprzątać.

Na przekór niesprzyjającym pracy twórczej okolicznościom Konrad co rano brał składany leżak, ciepły koc, laptopa i opasłą teczkę z notatkami i rozsiadał się nad stawem, skąd rozpościerał się przepiękny widok na styropian, pryzmę gruzu i otwartego na oścież toi-toia. Dzieło Życia nie mogło dłużej czekać, choć po prawdzie nie miało nic przeciwko temu. Innego zdania była jednak agentka Romańczuka, atakująca ze wszystkich stron. Zwykle zaczynała od kilku SMS-ów o dość monotonnej, ale irytującej treści: „PISZ. PISZ. PISZ. PISZ. PISZ” i tak dalej, póki w wiadomości nie skończyły się znaki. Potem słała mail za mailem, a jeśli miała naprawdę zły dzień – dzwoniła. I bez przerwy zadawała to samo pytanie, jak zacięta płyta w gramofonie:

– Konrad, piszesz?

– Piszę, piszę – mamrotał wtedy Konrad, chociaż od paru godzin gapił się bezmyślnie na otwarty plik, grał w mahjongga albo w głębi ducha, w wielkiej tajemnicy przed całym światem, pielęgnował własne rozgoryczenie. – Jasne, że piszę. Czemu miałbym nie pisać? – Przecież ciągłe pukanie, stukanie, trzaskanie, brzęczenie i buczenie w ogóle mu nie przeszkadzało. Ani trwające od rana do nocy wrzaski i przekleństwa. Szkoda, że nie były mniej odtwórcze, wtedy chętnie by notował. Nigdy nie wiadomo, co się kiedyś przyda.

– No, to dobrze. Pisz, nie marudź. Za tydzień chcę dostać całość.

I tak w kółko. Pisz. Piszesz? Czemu nie piszesz, skoro masz pisać? Pisz. Musisz pisać. Coś za mało piszesz. Za wolno. Litości, ile można pisać jeden tekst?!

Zdaniem Konrada – bardzo, bardzo, naprawdę bardzo długo.

Mniej więcej przy co trzeciej próbie wstukania kolejnych zdań jego nieposłuszne myśli – dotąd skutecznie zaprzątnięte problemami remanentowo-remontowymi, hamletyzowaniem w stylu „zostać czy nie zostać, oto jest pytanie” tudzież próbami zrozumienia pokrętnej anielskiej logiki – prędzej czy później zaczynały wędrować nie w tym kierunku co trzeba. W rezultacie dłoń Konrada, zamiast twardo trzymać się klawiatury, zsuwała się na touchpad i kilkoma kliknięciami wydobywała na światło dzienne zagrzebany gdzieś na dysku folder ze zdjęciami z ostatnich lat. Przeglądał je czasem kwadrans, czasem godzinę, czasem pół dnia, zaciskając zęby, gotując się po cichu ze złości i zapominając na śmierć o zbliżającym się wielkimi krokami terminie. Nie usunął ich jednak – w końcu był dorosłym człowiekiem, a dorosły człowiek mierzy się ze swoimi demonami, żeby je oswoić, no, ewentualnie zatłuc, przebić kołkiem, na wszelki wypadek zdekapitować i zakopać na rozstaju dróg. Nie, nie usunął żadnego zdjęcia. Już prędzej coś by na nich dorysował. Na przykład wąsy.

Jakby tego było mało, Dzieło Życia wymagało od niego wspięcia się na wyżyny intelektu i skupienia, przemyślenia najdrobniejszych szczegółów, traktowało bowiem o miłości, a o niej nie mógł przecież pisać byle jak, na chybcika. Zwłaszcza jeśli miała to być proza odkrywcza, świadcząca o wielkiej erudycji autora, przewrotna, miejscami wręcz obrazoburcza, lecz zawsze ambitna i z klasą, a nade wszystko trzymająca się z dala od zdradzieckiego bagniska stereotypów. Żadne tam „miłość ci wszystko wybaczy”, bo samo życie dobitnie dowodziło, że miłość i wybaczenie są z zupełnie innych bajek, tylko seks, kłamstwa i płyty DVD.

Fabułę pierwszego z dziesięciu planowanych opowiadań obmyślił już dawno, w przerwie między życiem rodzinnym z przeszkodami, produkowaniem haseł reklamowych i redagowaniem bzdurnych broszurek, w których zachwalał pod niebiosa zalety golarki do swetrów albo plastry na odciski. Była ona, był on, a między nimi wyładowania elektrostatyczne, wybuchy zwierzęcego pożądania oraz ekwilibrystyka w scenografii dowolnej. Gdzieś obok snuł się jeszcze wątek polityczno-kryminalny, demaskujący zbrodnicze, korupcyjne układy i zakłamanie współczesnego świata. Krótko mówiąc – murowany przebój.

Jednak już w trakcie pisania problemem nie do przeskoczenia okazały się tak zwane momenty. Konrad nie zamierzał popełniać ani podręcznika ginekologii dla opornych, ani łzawo-ckliwego romansidła, ani tym bardziej scenariusza filmu porno, utknął więc na amen. Aż którejś bezsennej nocy, kiedy leżał w łóżku i wpatrywał się tępo w świeżo odmalowany sufit, spłynęło na niego oświecenie. Delikatnie wyjął Zmorę spod pachy, złapał szlafrok, laptopa i popędził do biblioteki, z mniejszym lub większym sukcesem omijając po drodze wszechobecne worki, wiadra i puszki.

Nie pamiętał już, z którego regału Szymon wygrzebał niepozorne, skromnie oprawione książeczki. Okazało się wtedy, że poprzedni właściciele domu zbierali nie tylko rodzimą i światową klasykę literatury pięknej czy opasłe rozprawy filozoficzne, ale też powieścidła z gatunku, delikatnie mówiąc, dość frywolnych. Plagiat oczywiście nie wchodził w grę, Konrad wszak miał coś na kształt godności, po prostu rozpaczliwie szukał źródła natchnienia. I oto je znalazł, w ilościach hurtowych – bez namysłu zgarnął od razu pół półki. Włączył laptopa, otworzył nowy dokument i zaczął przeglądać tomik za tomikiem, jednocześnie robiąc notatki. Wena zapukała do wrót jego umysłu, proponując na zgodę kilka całkiem znośnych zdań.

Godziny mijały, Dzieło Życia rosło jak na drożdżach, a zdrętwiały z zimna i bezruchu Konrad przeżywał literacką ekstazę.

– A cóż to za ustrojstwo…? – zaszeptało mu tuż za uchem.

Miło było, ale się zmyło. Konrad z rezygnacją pomachał wenie na pożegnanie.

– Może kakao? Gorące. – Szczęsny, który wraz z cielesną formą odzyskał również apetyt, postawił termos między książkami. Niemal przytknął nos do monitora. – O, miga! Jak cudacznie…

– Chcesz oślepnąć? – burknął Konrad, odsuwając go delikatnie na bezpieczną odległość. – Znaczy… A, zresztą nieważne. To się nazywa komputer i służy mi do pracy. Taka… taka maszyna do pisania, rozumiesz? Tylko na prąd. I zużywa mniej papieru, przynajmniej teoretycznie. Nie, bardzo proszę, nie naciskaj tego klawisza. Tego też nie, bo skasujesz wszystko, co napisałem…

– Ach, ty tworzysz? – Panicz w okamgnieniu stracił zainteresowanie dziwną, migającą machiną. – Cóż za zrządzenie losu! Właśnie kończę poemat dygresyjny w dziewięciu pieśniach oktawą, może zerkniesz? Mam też, jeśli wolisz, trochę drobnych liryków…

– Nie, dziękuję bardzo – wtrącił Konrad, na wszelki wypadek wyłączając laptopa. – Z pewnością są świetne, ale ja się zupełnie nie znam na poezji. Piszę opowiadania.

– Ach, prozaik! No tak! A o czym piszesz, jeśli wolno zapytać?

– Cóż… – nabrał tchu – o codzienności, tej najbardziej przyziemnej, brutalnej, o brudnych interesach, ciemnych sprawkach i układach, no i przede wszystkim o trudnej, wynaturzonej miłości w dzisiejszych czasach moralnego skarlenia i zarazy.

Szczęsny zamarł. Plik wygniecionych papierzysk, które zdążył wygrzebać z kartonu pod oknem, zaszeleścił w jego drżącej dłoni. Dramatycznym gestem panicz chwycił się za serce i westchnął głęboko raz, a potem drugi, po czym opadł na krzesło.

– O miłości…? – wyszeptał. – Jakież to musi być piękne i smutne zarazem… Ach, młodości mojej niebo i tortury!

– Że co proszę?

Co rusz wzdychając, panicz przybrał zbolały wyraz twarzy, a następnie w geście głębokiego zamyślenia i troski oparł głowę na zwiniętej w pięść dłoni.

– Znasz ty żywot Heloizy…? Znasz ogień i łzy Wertera? – odezwał się ponuro po chwili jakże wymownego milczenia. – Niepomny przestróg przez bliskich czynionych, ja, kochanek przez sen tylko widzianych mamideł, bujałem po zmyślonym przez poetów niebie…

Brwi Konrada chyba też chciały się pobujać, acz z dala od wszelkiej poezji. Powędrowały powolutku w górę czoła.

– Wybacz, chyba nie nadążam. Możesz mówić jaśniej? Najlepiej prozą?

– …sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem – ciągnął Szczęsny, niezrażony zupełnie – szukałem tej boskiej kochanki… – zaczerpnął tchu i popłynął na całego. Nie zauważył nawet, że jego słuchacz, zamiast piać i łkać z zachwytu, wymknął się z biblioteki.

***

Potem było już tylko coraz gorzej. Przyszło ochłodzenie, a wraz z nim obrzydliwa, nieustanna siąpanina i wielogodzinne posiedzenia nad stawem musiały się skończyć. Za dnia budowlańcy stawali na rzęsach, by w Lichotce przypadkiem nie zapadła cisza; na domiar złego utopce zawzięcie próbowały na powrót zagnieździć się akurat w tej łazience, w której właśnie trwał remont, i trzeba ich było pilnować jak oka w głowie. Zaś po zmierzchu pałeczkę przejmował Szczęsny. Co prawda zdążył się już w pełni ucieleśnić, lecz wciąż nie mógł się odzwyczaić od snucia się tudzież rozważań pod osłoną nocy. Dotychczas okupowany zestaw małego hafciarza cisnął za szafę i przeistoczył się w poetę pełną gębą. A to szlochał, a to znów grzmiał o niewinnej miłości, co to wiecznych mąk godna, na przemian lamentował i recytował w przypływie twórczego szału. Czasem, gdy się rozochocił, wisiał Konradowi nad głową i grzebał mu w notatkach, służąc życzliwą radą. Mnóstwem życzliwych rad.

W rezultacie Romańczuk poczuł zbliżające się wielkimi krokami załamanie nerwowe i rozpaczliwie zapragnął porozmawiać prozą z kimś życzliwym, kto nie będzie mu przypominał każdym atakiem romantyczności o tkwiącym głęboko w sercu zardzewiałym gwoździu, jaki zostawiła po sobie Majka. Po krótkim wahaniu wdrapał się na wieżyczkę anioła.

– Alleluja – powitało go Licho, które właśnie wywlekało odkurzacz ze schowka. Bamboszki przezornie zmieniło na o wiele łatwiejsze do umycia gumowce, a na głowie miało gustownie zamotaną chustkę w kwiatki.

– Słuchaj, Licho… – zaczął niepewnie, rozglądając się za jakimś krzesłem, żadnego jednak nie znalazł, przysiadł wobec tego na odwróconej do góry dnem miednicy. – Wspominałeś… znaczy, łoś kiedyś, że panicz się zastrzelił czy coś w ten deseń… A wiesz, skąd on się w ogóle wziął w Lichotce?

– Apsik. Pewnie, że wiem. Któregoś lata przyjechał do nas na wakacje, wypocząć, nabrać sił do dalszej nauki. Ale nudził się strasznie, bo to wtedy było modne. Żeby nic nie robić, a narzekać, że nudno i że nikt nie rozumie – objaśniło. – Wreszcie poszedł z tych nudów na spacer aż do wsi, która była za lasem. I tam zobaczył jakieś dziewuszysko, alleluja, i się z miejsca na zabój zakochał. A nawet nie wiedział, jak miała na imię. Dzień w dzień łaził za nią i łaził po polach, po łąkach, w chaszczach wieczorami czyhał, choć mu Wincenty tłumaczył, że to nieładnie. Jak grochem o ścianę, nic nie docierało. Maliny jej zbierał, rwał kwiatki, wiersze deklamował…

– Pewnie poematy dygresyjne w dziewięciu pieśniach oktawą…

– …a ona i tak go nie chciała – trajkotało jak nakręcone – no to się wziął i zastrzelił w kapuście.

– Alleluja!

– No właśnie nie alleluja, alleluja! – Licho tupnęło kaloszem. Z efektem, trzeba przyznać, mizernym. – Następnego roku ludzie z wioski wybrali się na cmentarz, odczyniać tradycyjne gusła. I tak się złożyło, że ta dziewucha na jednym grobie przycupnęła, bo ją nogi bolały czy coś, a tam akurat Szczęsnego pochowali. No i wtedy Szczęsny z grobu powstał i znów zaczął za nią łazić.

– A ona co?

– Duchowi jego dała w pysk i poszła.

– No patrz, na