Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 433 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dowództwo Starka - Jack Campbell

Jack Cambell to prawdziwy psycholog wojny.

"Dowództwo Starka" jest porażająca wizją wojny. I choć walka trwa na Księżycu w bardzo odległej przyszłości, przekaz pozostaje uniwersalny. Żołnierze to tylko numery zapisane w aktach, plikach i rozporządzeniach zwierzchników.

Siłą wojny może być bunt. Sierżant Stark wie o tym najlepiej. Obejmuje dowództwo, gdy rząd U.S.A. sieje tylko zniszczenie we własnej armii, staje się przeciwnikiem.

Jeśli kiedykolwiek marzyłeś o podboju kosmosu, sprawdź jakie mogą być tego konsekwencje.

Stark sunął w dół zbocza ledwie muskając stopami grunt, taką biegłość można było wyrobić sobie tylko podczas długiej służby na powierzchni Srebrnego Globu. Nauczył się zmieniać kierunek każdego skoku, by zmylić ewentualnego strzelca, który chciałby go teraz namierzyć. Pozostali żołnierze biegli tuż za nim, przetoczyli się przy tym - i to dosłownie - przez kilku rzucających broń przeciwników. Przed nimi znajdowało się główne zgrupowanie sił wroga, które właśnie zaczynało się cofać i to równie szybko, jak przed chwilą parło naprzód.

Opinie o ebooku Dowództwo Starka - Jack Campbell

Fragment ebooka Dowództwo Starka - Jack Campbell

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Dedykacja
CZĘŚĆ PIERWSZA. W wirze walki (fragment)
CZĘŚĆ DRUGA. Odwaga drugiego rodzaju
CZĘŚĆ TRZECIA. Nie ma już chwały
Jack Campbell
Karta tytułowa
Okładka

Paulowi Crabaugh, dobremu przyjacielowi, którego życie skończyło się o wiele za szybko.

CZĘŚĆ PIERWSZA W wirze walki

Zorganizowane sianie zniszczenia, zwane przez ludzi sztuką prowadzenia wojny, przybiera wiele form. Atak może być niespodziewany i krótki jak trzęsienie ziemi: żołnierze szturmują umocnienia z zaskakującą furią, po czym natychmiast się wycofują. Istnieje też inny sposób – natarcie zaczyna się powoli, a jego siła rośnie z czasem, gdy oddziały posuwają się ostrożnie naprzód, wyszukując słabych punktów w liniach wroga. Taki napór, nieustanny i nieubłagany, przypomina odwieczną walkę nadmorskich wydm z przybojem.

Ten atak był właśnie taki – stopniowy. Jakby teren zalewała powódź, choć w tym akurat konkretnym miejscu woda nigdy nie miała odmarznąć, spoczywała bowiem głęboko pod skorupą martwego skalistego gruntu. Tutaj organizowano prawdziwe uderzenie, tam pozorowane – tak szukano śladów jakiejkolwiek słabości. Każdą próbę przedarcia się powstrzymywały niewzruszalne umocnienia, każda akcja spotykała się z reakcją. Napór jednak nie słabł, a opór obrońców bardzo powoli, lecz nieuchronnie ukierunkowywał atakujących na te odcinki, które wydawały się mniej odporne. Na tyle słabsze, by piętrząca się fala przyboju mogła, drobina po drobinie, podmyć zagradzające jej drogę wydmy. Z początku działo się to tak wolno, że nikt tego nie zauważał, potem jednak proces przybrał na sile i szybkości, a w końcu nieprzeniknione z pozoru bariery zaczęły się kruszyć.

– Ethan, mamy problemy.

Sierżant Stark, pełniący funkcję komendanta zbuntowanych wojsk broniących amerykańskiej kolonii na Księżycu, dopinał w pośpiechu pancerz.

– Wciąż się ubieram, Vic. Co tam się dzieje?

– Nie potrzebujesz zbroi wewnątrz kompleksu kwatery głównej – ofuknęła go sierżant Reynolds pełniąca funkcję szefa sztabu Starka. – Jesteś mi potrzebny w centrum dowodzenia. Teraz.

– Dobrze, już dobrze... Ale przyjdę w pancerzu. – Ethan dopiął ostatnią klamrę zbroi, chwycił karabin i pognał w kierunku drzwi. Nadal czuł się dziwnie w korytarzach tej części bazy, widząc drewniane panele zasłaniające gołą skałę. Chyba nigdy nie przywyknę do luksusów zafundowanych dowództwu, ale może uda się sprzedać część tego syfu, żeby zdobyć pieniądze na żołd dla naszych chłopców i dziewczyn.

Stark nie znał większości ludzi pełniących służbę w centrum dowodzenia. Wiedział jednak, że przy konsolach zasiedli najbardziej doświadczeni podoficerowie, których zadaniem było nieustanne analizowanie i porządkowanie strumieni danych: symboli, komunikatów i transmisji nadawanych przez walczących żołnierzy. Wszystko to trafiało tutaj, do tej sali, gdzie dowódcy starali się opracować najwłaściwsze strategie działania. Dzisiaj jednak nie było w centrum żadnego z dawnych oficerów (wszyscy zostali pojmani i tra­fili do aresztu) i właśnie dlatego ich rolę musiał przejąć Stark.

– Jeju... – jęknął Ethan, przystając na moment przed gigantycznym ekranem głównym, na którym pokazywano właśnie jakiś wycinek frontu w podrasowanym 3D. Zielone ikonki oznaczające pozycje amerykańskich żołnierzy wisiały łagodnym łukiem nad linią wyznaczającą system umocnień. Symbole oddziałów grupowały się wokół ikon oznaczających umocnione pozycje ciężkiego sprzętu, którymi naszpikowano linię obrony. Nieco dalej nad księżycowym gruntem przesuwało się mrowie czerwonych znaczników: sensory śledziły każdy ruch napierających wrogich wojsk. – Ten atak wydaje mi się bardziej zdecydowany niż poprzedni.

Siły koalicyjne testowały każdą część linii obrony od trzech dni, czyli od chwili załamania potężnej ofensywy generała Meechama. Uderzały już nasty raz – zapewne dotarły do nich pogłoski o buncie i towarzyszących mu rozruchach.

– Tak – przyznała Vic. W tym jednym prostym słowie kryło się wiele treści. – Ale chyba zdołamy ich powstrzymać.

Chyba zdołamy... Stark przyjrzał się ekranowi raz jeszcze, marszcząc mocniej brwi.

– Dlaczego jednostki wroga podchodzą tak blisko? I dlaczego nie odrzucamy ich na większą odległość?

– Nie wiem. – Vic próbowała ukryć frustrację, lecz ta nie dawała się okiełznać, ponieważ sierżant musiała zarządzać o wiele większymi siłami, niż pozwalało jej na to wyszkolenie i doświadczenie bojowe.

– Nie cierpię, Vic, gdy ktoś podczas bitwy zaczyna mówić „nie wiem”.

Słumiła chęć, by mu odpyskować, i odpowiedziała w miarę spokojnym tonem:

– Ja też tego nie lubię, ale naprawdę nie rozumiem, o co chodzi. Niby nic się nie dzieje – omiotła ekrany uważnym spojrzeniem – niemniej nasze linie wydają się słabsze, niż powinny być. – Zerknęła w jego stronę. – Przyspieszenie rotacji jednostek tylko pogorszyło sytuację.

– Nie mieliśmy wyboru, Vic. Chłopcy siedzieli na pierwszej linii tak długo z powodu ofensywy Meechama i mocno przez to oberwali.

– Mogli wytrzymać jeszcze kilka dni, nawet tydzień. Na rany Jezusa, rozpoczęliśmy przegrupowanie dzień po przejęciu kontroli!

– Dlatego, że wszyscy na to nalegali – przypomniał jej Stark. – Co twoim zdaniem miałem zrobić?

Spojrzała na niego z politowaniem.

– Powiedzieć: nie.

– Nie miałem prawa im odmówić, Vic.

– Ciekawe, dlaczego? Przecież wybrano cię na dowódcę naszych sił, pamiętasz?

Stark wymierzył w nią palec wskazujący.

– Owszem. Pamiętam też, że doszło do tego głównie dzięki tobie. Z pewnością jednak wiesz, i to równie dobrze jak ja, że bycie dowódcą a zyskanie u ludzi posłuchu to dwie różne sprawy. Nie jestem w stanie narzucić swojej woli pozostałym sierżantom. Cokolwiek powiem, oni i tak najpierw dobrze się zastanowią, zanim wykonają moje rozkazy.

Vic spuściła wzrok, potem pokiwała głową z widoczną rezygnacją.

– Chyba masz rację. Nie, na pewno masz rację, ale i tak mi się to nie podoba. Linie obrony są zbyt kruche, a rotacja oddziałów dodatkowo je osłabia. Wysyłam uzupełnienia do obrony tego sektora – dodała.

– Dobry ruch. Ilu ludzi tam wyślesz?

– Dwie kompanie.

– Gdzie je rozlokujesz?

– Nie wiem jeszcze! – Frustracja pokonała wszystkie bariery, gdy Vic machnęła ręką w stronę ekranu. – Gdzie możemy ich potrzebować?

– Jeśli ty tego nie wiesz, ja tym bardziej – odparł.

Vic jest naszym najlepszym taktykiem, jakiego znam. Skoro nie ogarnia sytuacji, nikt jej nie pomoże.

Stark przyjrzał się ekranowi, na którym setki symboli zlewały się i rozdzielały. Po obu stronach transmisji tak realnej, że Ethan miał wrażenie, iż stoi na skraju pola bitwy, przesuwały się kolumny danych odbieranych z transmiterów.

Vic popatrzyła na niego, potem na wyświetlacz.

– Może dlatego, że mamy zbyt wiele czynników do uwzględnienia. Trepy kazały ściągać każdy bit danych, jaki przepływa przez transmitery, a jak sam wiesz, w gęstym lesie nie obejrzysz dokładnie żadnego drzewa. Musimy zredukować ten szum informacyjny do strumienia podstawowych danych.

– Świetny pomysł. Niestety, nie możemy tego teraz zrobić.

Vic zniżyła głos, żeby tylko Stark mógł ją usłyszeć.

– Chciałabym wiedzieć, u licha, co w takim razie możemy zrobić.

Podoficerowie zerkali w ich kierunku z nieprzeniknionymi twarzami. Stark uśmiechnął się pod nosem, skupiając wzrok na ekranie, jakby nie dostrzegał tych oznak zainteresowania. To jak prowadzenie mojego oddziału, tylko w znacznie większej skali. Ludzie muszą widzieć, że nie brak mi pewności siebie. Nawet wtedy, gdy robię w gacie ze strachu i nie mam bladego pojęcia, co dalej. Ta myśl odciągnęła jego uwagę od problemu, dzięki czemu coś zaczęło mu świtać. Gapił się nadal na wyświetlacz, po którym przesuwały się czerwone ikonki oznaczające zagrożenie ze strony wielkokalibrowych pocisków, pojawiające się nagle i równie szybko znikające. Poczuł to charakterystyczne mrowienie między łopatkami, zupełnie jak na polu walki, gdy aparatura dawała znać, że został właśnie namierzony przez wrogiego snajpera. Na tym obrazie znajdowało się coś znajomego, czego wciąż nie potrafił wyłuskać i zrozumieć, ale co wyczuwał instynktownie dzięki doświadczeniu wyniesionemu z niezliczonych starć.

– Czym jeszcze dysponujemy? Co zostawiłaś w odwodzie?

– Co zostawiłam? – Vic zamyśliła się na moment. – Dwa bataliony. Ale najpierw trzeba ogłosić w nich alarm, dać im czas na przygotowanie rynsztunku...

Choć Vic z reguły ocenia sytuację prawidłowo, tym razem chyba się myli.

– Ogłoś alarm. Każ im się przygotować do wymarszu na pierwszą linię.

– Ethan, nie widzę sensu w wysyłaniu na front takiej masy ludzi, którzy mogą nam się przydać póź- niej.

Rozsądne słowa. Rozsądna rada. Vic znów zaczęła odgrywać dawną rolę osoby, która sprowadza mnie na właściwe tory myślenia. Stark nie odrywał oczu od ekranu, nie skupiał się jednak na pokazywanym obrazie, interesował go raczej rytm ruchu jednostek niż działania poszczególnych żołnierzy. To, co obserwował, wcale mu się nie podobało.

– Nie poradzimy sobie z nimi, Vic. Musimy mieć tam te oddziały.

– Jeśli będą siedzieć w pancerzach zbyt długo...

– Wiem, wiem. Ale każ im aktywować zbroje.

– Ethan, ja nie...

Mrowienie nasilało się, zmuszało do działania.

– Rób, co mówię!

Vic zamilkła w pół słowa, jej twarz stężała.

– Tajest!

Poczuł się, jakby zdzieliła go pięścią w żołądek. Zazwyczaj współpracowaliśmy jak równy z równym, czasami nawet byłem jej podwładnym, a teraz cała władza należy do mnie, co irytuje nas oboje. Oddalił się nieco, aby odwrócić uwagę potencjalnych obserwatorów od wściekłej miny przyjaciółki, gdy ta ogłaszała alarm bojowy w obu batalionach. Czy ja się przypadkiem nie mylę? A może zamieniam się w zwykłego trepa?Nie... Nie. Zostałem dowódcą naszych wojsk, a każdy zmysł krzyczy do mnie teraz, że będę potrzebował tych oddziałów na pierwszej linii.

– Dzięki – bąknął Stark, nie wdając się w szczegóły.

Vic obrzuciła go szybkim spojrzeniem, zaskoczona jego reakcją, niemniej nadal wściekła.

– Nie ma za co. To niełatwe...

– Dla mnie również. Musimy pogadać w wolnej chwili, ustalić zasady współpracy. Chcę, żebyś nadal mi mówiła, co sądzisz o każdej decyzji.

– Słowem się nie odezwę, jeśli będziesz mnie zbywał jak durnego kota – odburknęła wciąż zagniewanym, ale już znacznie spokojniejszym tonem.

– Masz rację.

Ku zdumieniu Starka, ostatnie słowa wywołały jej uśmiech.

– Tego jeszcze nie słyszałam z ust dowódcy. Żaden nie zniżył się do przyznania mi racji. – Spojrzała na Starka, unosząc pytająco brew. – Mam na linii dwóch dowódców batalionów, którzy pytają, dlaczego ich ludzie muszą wkładać zbroje i wychodzić z koszar.

– Ponieważ... – Ponieważ ja tak kazałem? Nie, to zła odpowiedź. – Ponieważ mamy do czynienia z groźną próbą penetracji, która nadwerężyła naszą pierwszą linię na tym odcinku. Broniący go chłopcy mogą potrzebować wsparcia. – Nie, to z kolei brzmi za mało dobitnie. – Powiedz po prostu, że potrzebujemy ich wsparcia na linii frontu.

Vic szybko powtórzyła do komunikatora słowa Starka, które okazały się wystarczająco ważnym powodem postawienia pod broń tak dużej liczby ludzi.

– Okay. – Skinęła głową. – Potwierdzili przyjęcie rozkazu. A teraz mów, co cię tak zaniepokoiło.

W tej samej chwili odpowiedź pojawiła się przed ich oczami.

– To. – Stark wycelował palcem w ekran, na którym grupka symboli oznaczająca jego żołnierzy zaczęła się nagle szybko poruszać. – Ta drużyna się wycofuje. Czy ktoś może powiedzieć dlaczego?

– Status bunkra jest w porządku – mamrotała pod nosem Vic. – Co tam się dzieje? – zastanawiała się, aktywując ogólny komunikator systemu dowodzenia. – Kapralu Hamilton, dlaczego wasza drużyna opuściła stanowiska?

Stark przełączył się, aby usłyszeć odpowiedź. Słowa Hamiltona były szybkie, urywane, ociekały strachem i zmęczeniem spowodowanym biegiem.

– Jest ich za dużo. Za mocno naciskają. Nie damy rady utrzymać pozycji.

– Hamilton! – ryknęła Vic. – Naprzeciw was nie ma niczego, czym wróg mógłby przerwać linię umocnień na waszym odcinku! Wracajcie na wyznaczoną pozycję!

– Odmawiam. Tam jest zbyt gorąco. Wycofujemy się.

Stark powstrzymał Vic, kładąc jej dłoń na ramieniu, drugą ręką zaś wskazując na ekran.

– Spójrz, jak szybko poruszają się te symbole. Oni się nie wycofują, tylko uciekają.

– Uciekają... – powtórzyła ostatnie słowo, jakby nigdy wcześniej go nie słyszała i nie potrafiła zrozumieć znaczenia. – O Boże – jęknęła, widząc, że drużyny z sąsiednich bunkrów także przystępują do odwrotu.

– Tam jest podobnie – rzucił Stark przez zaciśnięte zęby. – Linia obrony pęka.

Coraz więcej symboli przemieszczało się w stronę obserwatorów, gdy kolejni żołnierze opuszczali bunkry, kierując się grupkami na zaplecze frontu. Czerwone ikonki wrogich oddziałów sunęły ich śladem, na razie ostrożnie, jakby przeciwnik obawiał się wciągnięcia w pułapkę.

– Co tam się dzieje? – wyszeptała Vic, nie wierząc własnym oczom, i spojrzała na Starka. – Dlaczego uciekają? – Moment później walnęła pięścią w konsolę. – Dlaczego oni, u licha, uciekają?

– Nie mam pojęcia. Zapytajmy ich raz jeszcze. – Stark wywołał numer jednego z sierżantów, który brał udział w odwrocie. – Srijata, co tam się dzieje? Dlaczego opuściłeś bunkier?

Odpowiedzi sierżanta były wyraźne mimo odgłosów zaciekłej walki.

– Nie wiem! Wszyscy zaczęli się wycofywać, i to biegiem.

– Ale dlaczego ty uciekłeś?

– Miałem bronić tego bunkra w pojedynkę? Zresztą załogi sąsiednich zrobiły to samo!

Stark przełączył się na inny kanał.

– Szeregowy Shanahan. Wracajcie na wyznaczoną pozycję.

– Odmawiam, sir. Odmawiam. Tam jest za gorąco. Nie utrzymamy się...

– Nikt was nie atakuje. Wracajcie na stanowisko.

– Po co? Nie mam zamiaru ginąć za nic!

Vic przez moment spoglądała Ethanowi prosto w oczy, potem sama wywołała jakiegoś żołnierza.

– Kapralu Delgado, zameldujcie się. – Cisza. – Delgado, wiem, że macie włączony komunikator.

– Wal się! – wysapał Delgado.

– Wracajcie na pozycję, Delgado. Od tego zależy życie innych żołnierzy!

– Mojego tyłka jakoś nikt nie chce ratować. Z tego, co widzę, wszyscy wieją.

Stark ponownie skupił uwagę na otoczeniu, zdając sobie nagle sprawę, że wszystkie spojrzenia są zwrócone na niego. Tak, nadal jestem dowódcą drużyny, tylko że cholernie licznej. Wcisnął klawisz komunikatora, wybierając kanał ogólny, którym mógł dotrzeć do wszystkich żołnierzy w sektorze.

– Tu Stark. Wracajcie wszyscy na wyznaczone pozycje. Wróg nie dysponuje niczym, co mogłoby wam poważnie zagrozić. Wysłaliśmy wam już wsparcie. Wracajcie na wyznaczone pozycje – powtórzył. Część ikonek zwolniła, niemniej wyłom poszerzał się z każdą chwilą, gdyż do uciekających dołączały załogi kolejnych umocnień. Tama pękła, cegiełki, z których została zbudowana, poddawały się kolejno pod naporem wroga, który atakował ze zdwojoną mocą na tym odcinku, zwiększając po wielekroć panujący tam chaos.

Stark wyczuł obok siebie sierżant Tanakę, której powierzono dowodzenie sztabowcami kwatery głównej.

– Jaki zasięg będzie miała ta panika? – zastanawiała się na głos, nie kryjąc strachu. – Cała linia frontu się załamie?

– Odpowiem ci, jak tylko się dowiem.

Dziwna sprawa. Miał tak wielką władzę, ale znikomy wpływ na sytuację.

– Szlag! – zaklęła Vic, przełączając się na kolejny kanał. – Dlaczego o tym nie pomyślałam?... Artyleria! ­Grace? Mamy problem. Musimy zamknąć wyłom.

Sierżant Grace odpowiedział z odległego pomieszczenia kompleksu kwatery głównej, gdzie mieściło się centrum dowodzenia najcięższymi działami, które od wielu stuleci budziły organiczny strach w żołnierzach piechoty. Mówił spokojnym głosem, wolno cedząc słowa.

– Rozumiem. Mogę położyć ogień zaporowy, aby spowolnić ruchy wroga, ale na pewno nie dam rady powstrzymać go bez wsparcia piechoty.

– Uformujemy nową linię obrony na przedpolu. Ściągamy właśnie jednostki rezerwowe. Rozpocznijcie ostrzał wysuniętych oddziałów przeciwnika.

– Dobrze. Postaram się spowolnić ich marsz, ale nie mogę celować w najdalej wysunięte jednostki bez ryzyka zmasakrowania naszych. Przeciwnik zaczyna się zrównywać z uciekającymi oddziałami.

Vic spojrzała na ekran, potem przeniosła wzrok na Starka. On tylko skinął twierdząco głową.

– Zrób co się da, Grace. Jesteś ekspertem.

– Nie chcecie planu ogniowego do akceptacji?

– Nie chcemy. O czym ty w ogóle mówisz?

– To standardowa procedura – wyjaśnił Grace, tym razem mówiąc znacznie szybciej. – Rozpisuję plan ostrzału, przesyłam go na wyższy poziom dowodzenia, aby wszyscy oficerowie po kolei mogli go zatwierdzić, sprawdzając, które działa do czego i kiedy będą strzelały. Potem dokument wraca do mnie.

– A bitwa w tym czasie dobiega szczęśliwego końca.

– Hej, nie ja wymyśliłem ten system. Chcecie zobaczyć mój plan?

– Nie – oświadczył zdecydowanym tonem Stark. – Grace, zdążyłeś zapomnieć więcej informacji dotyczących ciężkiej artylerii, niż ja kiedykolwiek posiadałem. Rób, co uważasz za stosowne, a jak zobaczę, że coś mi nie pasuje, dam ci znać.

– Dowodzenie przez negację? – zapytał Grace. – Stark, już cię lubię, stary draniu. Za chwilę polecą pierwsze pociski.

– Dzięki. – Ethan spojrzał na Vic. – Czym, u licha, jest „dowodzenie przez negację”?

Reynolds uśmiechnęła się, aczkolwiek raczej nieprzekonująco ze względu na przepełniające ją napięcie.

– To znaczy, że każesz komuś coś zrobić, a potem patrzysz na efekty jego działania. Nie wtrącasz się, dopóki nie uznasz, że można coś zrobić inaczej.

– To się nazywa zdrowy rozsądek – mruknął Stark. – Jak niby inaczej... – zesztywniał, gdy spojrzał na lewy skraj wyłomu. – Po tej stronie przestali się wycofywać. Spójrz. Nadal utrzymują pozycje. Tanaka, połącz się z tym bunkrem i zadbaj, żeby jego załoga nie uciekła.

– Dlaczego właśnie w tym miejscu? – zastanowiła się na głos Vic, gdy Jill ruszyła w kierunku terminalu. – A niech mnie, spójrz na ukształtowanie terenu. Ich bunkier znajduje się na szczycie stromego wzniesienia, przed którym jest pole pełne głazów.

– Tak. – Stark wyszczerzył zęby, rozpoznając wskazane miejsce. – To Zamek. Nie stacjonowaliśmy w tamtej okolicy. Najlepszy bunkier do obsadzenia na całym perymetrze. Wróg omijał ich szerokim łukiem, dzięki czemu nie czuli presji. – Przeniósł wzrok na drugi skraj wyłomu, gdzie również widniało spore zgrupowanie zielonych ikonek zajmujących teren przypominający asymetryczny krąg. – Patrz, Vic, po tamtej stronie też się ktoś broni. Dzięki Bogu.

– Tak – przyznała. – Wzgórze Mango walczy.

– Ale to przecież równina, muszą mieć wroga na karku.

– Spójrz na numer jednostki, Ethan – wypaliła Vic takim tonem, jakby z góry wiedziała, że ta wiadomość mu się nie spodoba.

I nie pomyliła się.

– Chryste...

Trzecia drużyna pierwszego plutonu kompanii Bravo. Drugi batalion, pierwsza dywizja. Jego dawni ludzie. Dwunastu żołnierzy, których szkolił i prowadził od wielu lat. Jego drużyna do momentu, w którym bezsensowna szarża generała Meechama doprowadziła do rzezi. Tej samej, która była powodem buntu podoficerów. To właśnie po niej sierżanci wybrali Starka na komendanta, zmuszając go do porzucenia ukochanego zajęcia i tych właśnie żołnierzy. Jego dawna drużyna zmieniła kilka dni temu inny oddział, udając się na pierwszą linię, a teraz utrzymywała wyznaczoną pozycję na skraju wyłomu w linii obrony, przez którą przetaczała się lawina wrogów kontynuujących przełamywanie frontu.

– Anita – powiedział.

– Sí, sargento – usłyszał absurdalnie rozradowaną kapral Gomez.

Obserwując uważnie dane napływające z jej bunkra, dostrzegł, że systemy namierzania ostrzeliwują każdy cel, jaki pojawia się w polu widzenia sensorów – a tych było wiele, naprawdę wiele. Mnóstwo żołnierzy pojawiało się, testując system, i natychmiast wycofywało, szukając martwych punktów, które pozwoliłyby na podejście do bunkra i unieszkodliwienie sieci zabezpieczeń oraz kierowanej przez nią broni. W narożniku obrazu przekazywanego z kamery Stark widział pochylonego nad konsolą szeregowego Mendozę. Żołnierz co chwilę wprowadzał szybkim ruchem dłoni nowe komendy zmieniające priorytety systemów celowniczych.

– Musicie utrzymać tę pozycję – powiedział Stark. – Musicie. Nie mam tam nikogo innego, komu mogę zaufać.

– Będziemy walczyli, sargento. No hay problema.

– Uderzą na was, i to z pełną mocą, ale musicie wytrzymać – powtarzał Stark.

– Sí. Nikt nie opuści tego wzgórza. Naciskają mocno, ale odpowiadamy równie zdecydowanie. Widzi pan? Nie mamy zamiaru uciekać jak te kartofle.

Stark przywołał obraz z innej kamery, tym razem patrzył na sytuację oczami kolejnego ze swoich podwładnych, szeregowego Chena strzelającego ze stanowiska poza bunkrem. Między potrzaskanymi skałami poruszały się ciemne sylwetki, w absolutnej czerni cieni połyskiwał od czasu do czasu jakiś element wyposażenia. Biała łuna oświetlała co chwilę szary księżycowy krajobraz. Chen strzelał spokojnie, bez emocji, gdy jego komputer taktyczny namierzał kolejny cel. Wyświetlacz nad jego głową drgał mocno, ponieważ wróg starał się zagłuszyć komunikację z systemami kierującymi ogniem i wyznaczającymi cele. Ikonki zapalały się i gasły nieustannie, gdy komputery filtrowały dane, oddzielając cele urojone od prawdziwych. Obraz zadrgał znowu, a moment później stojące obok Chena działko szynowe plunęło serią pocisków. Jakże łatwe wydawało się zadanie tych ludzi: mieli jedno miejsce do obserwacji, jedno konkretne zadanie – prowadzenie tak niewielkiego oddziału wydawało się igraszką. Tym trudniej było Ethanowi wrócić myślami do centrum dowodzenia, gdzie musiał martwić się o los tysięcy ludzi.

– Daj mi znać, jeśli zrobi się za gorąco – rozkazał Stark, przerywając połączenie, by skupić się na sytuacji ogólnej.

Vic posłała mu ostre spojrzenie.

– Oni tam przejdą piekło, Ethan.

– Wiem. Ale tylko na nich mogę liczyć. Nie uciekną, będą bronić pozycji do upadłego. Tak to już jest w woju. Na pierwszą linię trafiają ci, którym ufasz, bo tylko oni na pewno wykonają rozkaz bez względu na okoliczności. – Przeczesał dłonią włosy, raz jeszcze spoglądając na obraz sektora, w którym siły wroga wdzierały się coraz głębiej w linie obrony. – To cholernie szeroki wyłom. – Na wyświetlaczu pojawiły się nowe symbole. Ciężkie pociski startowały z głębokiego zaplecza, by spaść na teren zajęty przez wroga. – Grace miał rację. Artyleria ich nie powstrzyma.

– Nie ma w tym jego winy. Musi zgadywać, gdzie za moment będzie przeciwnik, a gdzie znajdą się nasi. I to się nie zmieni, dopóki nie poinformujesz go, że właśnie spuszcza piguły na głowy twoich żołnierzy.

– Do tego nie możemy dopuścić, Vic. Powiedz, jak zatkać tę dziurę?

– Mamy pod bronią dwie kompanie odwodu. – Machnęła ręką w stronę ekranu. – Przynajmniej nie muszę się już zastanawiać, gdzie je rozlokować. Wysłałam Deltę na lewe skrzydło, ale okrężną drogą. Mają zająć pozycje za Zamkiem i stamtąd uderzyć na wroga z flanki – wyjaśniała, jednocześnie wpisując rozkazy na konsoli dowodzenia, by zostały przetransmitowane bezpośrednio na komputery taktyczne kompanii. – Drugą kompanię mam teraz dokładnie na wprost wyłomu. Może uda jej się powstrzymać napór przeciwnika... – przerwała na moment. – Tak będzie dobrze?

– Słucham? – burknął poirytowany Stark. A, no tak, to ja tu jestem teraz szefem. – Tak. Świetny pomysł. Wykonać.

– Nie taki świetny, Ethan. Na szczęście kazałeś ogłosić mobilizację dodatkowych batalionów. – Przygryzła dolną wargę z taką siłą, że pojawiła się na niej rubinowa kropla krwi. – Kompania Charlie, macie natychmiast zająć wyznaczone pozycje. – Nawet gdy mówiła, jej palce śmigały po klawiaturze, wprowadzając uaktualnienia do taków kompanii. – Ustanowicie tam nową linię obrony.

– Mamy się bronić w pojedynkę? – zapytał z niedowierzaniem w głosie podoficer pełniący funkcję dowódcy kompanii. Kolejny sierżant, któremu kilka dni temu dano kontrolę nad zbyt dużą liczbą ludzi. – Sporo ich tu na nas lezie.

Wróg przestał się właśnie czaić i ruszył do pościgu za uciekającymi Amerykanami, rzucając w wyłom coraz więcej oddziałów mimo zaporowego ognia artylerii.

– Chwileczkę – jęknęła Vic. – Opóźnić wykonanie rozkazu. Nie próbujcie ich powstrzymywać, dopóki nie otrzymacie wsparcia. Wysyłamy do was dwa pełne bataliony, rozumiecie? Nie będziecie tam sami.

– Okay. – Nawet w zniekształconym elektronicznie głosie dało się wyczuć zwątpienie.

Stark nie potrafił usiedzieć w miejscu, zwłaszcza teraz, gdy jego ludzie mieli wkroczyć do akcji. Linia ikonek oznaczających kompanię Charlie wydawała się bardzo krucha i niewielka w porównaniu z morzem płynących w jej kierunku zielonych i czerwonych symboli.

Pierwsza fala uciekinierów przemknęła pomiędzy stanowiskami kompanii Charlie, zanim jej żołnierze zdążyli na dobre zająć wyznaczone stanowiska. Coraz więcej symboli zbliżało się do linii obrony, pojedynczo albo małymi grupami. Obraz na wyświetlaczu przypominał koryto rzeki niosące tony śmieci, które lada moment uderzą w zaporę, jaką miała być kompania Charlie.

– Ethan... – zaczęła mówić Vic.

– Widzę. – Część żołnierzy kompanii Charlie także zaczęła się wycofywać, dołączając do spanikowanych oddziałów z pierwszej linii. Najpierw na skrzydłach formacji, potem w samym centrum szyku, wreszcie w całości. Teraz już wszyscy wiali gdzie pieprz rośnie. – Mamy spory problem, Vic. Po co bronić flank, skoro pomiędzy nimi nie będzie nikogo?

Dzieje się za dużo naraz. Jak tu podejmować decyzje, mając przed sobą strumienie danych zmieniających się z taką szybkością, że nie sposób ich ogarnąć? Niemożność podjęcia decyzji pożerała go na spółkę z rosnącym lękiem. Co teraz? Mówić im, do kogo strzelać, jak ­robili to oficerowie? To przecież nic nie da... A może to już koniec? Może pozostaje mi tylko patrzeć na ten bajzel i modlić się o cud?

Wzdrygnął się, gdy oczami wyobraźni znów ujrzał łany zroszonej krwią trawy. Nie umiał podjąć decyzji, tak jak kiedyś jego przełożeni, tam, na Wzgórzu Pattersona, gdzie jego ludzie ginęli, dopóki sytuacja nie stała się beznadziejna.

Dobry Boże, czy właśnie stałem się swoim najgorszym wrogiem?

Zalała go fala wspomnień, jakby myśl o masakrze była kluczem otwierającym drzwi do przeszłości. Zwłaszcza jedna wizja nie chciała go opuścić: żołnierze siedzący kręgiem przy dającej ciepło lampie gdzieś w pobliżu pola dawno zapomnianej bitwy. Weterani dzielili się przy tym sztucznym ognisku frontowymi opowieściami, których żołnierze ze świeżego zaciągu słuchali z wypiekami na twarzach. Jednym z tych niedoświadczonych kotów był dający upust frustracji szeregowiec Ethan Stark...

To niewykonalne. Nie damy rady zatkać tego wyłomu.

Kapral Kate Stein, jego samozwańcza „starsza siostra”, znów szczerzyła do niego zęby.

– Pozwól, chłopcze, że dam ci dobrą radę. Jeśli spróbowałeś już wszystkiego, co zdołałeś wymyślić, i nic nie zadziałało, musisz podejść do problemu w inny sposób.

– Czyli jak? – mruknął Stark. – Przecież właśnie powiedziałaś, że spróbowałem już wszystkiego.

– Nieprawda. Stwierdziłam tylko, że spróbowałeś już wszystkiego, co zdołałeś wymyślić. Dlatego musisz znaleźć nowe rozwiązanie.

Ethan walnął opancerzoną pięścią w osłonę hełmu, ściągając na siebie zdziwione spojrzenie Vic.

– Za co to było? – zapytała.

– Za nic. Starałem się wstrząsnąć kilkoma bezużytecznymi neuronami.

– Mam nadzieję, że pomogło. – Vic zwiesiła głowę na moment, opierając się obiema dłońmi o konsolę, a potem znów spojrzała na Starka. – Nie wiem, jak ich powstrzymać, Ethan. Nie wiem nawet, dlaczego doszło do tej sytuacji.

– Ja chyba zaczynam rozumieć... – Wiedział już, trudno powiedzieć skąd, ale w głębi duszy już wiedział.

Niektórzy walczą w imię Boga, inni dla chwały albo za ojczyznę. A nasi chłopcy? Co im zostało? Nieważne, na razie muszę ratować dupska tych wszystkich baranów. Tyle się wydarzyło, kataklizm przybrał ogromne rozmiary, na jego barkach spoczęła wielka odpowiedzialność, a mimo to jakimś cudem zdołał zachować spokój. „Dlatego musisz znaleźć nowe rozwiązanie”. Stanął na wprost wyświetlanej mapy i wyciągnął rękę.

– Kiedy wróg przerywa linie obrony, zazwyczaj stawiamy na jego drodze nasze oddziały.

– W taki sposób powstrzymuje się natarcia.

– Niekoniecznie. Zapomnij o tym, gdzie wróg znajduje się w tym momencie. Zapomnij o próbie utrzymania jak największego terenu. Gdybyś miała wybór, gdzie próbowałabyś powstrzymać przeciwnika? Na dobre.

– Pytasz o mój wybór? Chodzi ci o najlepsze miejsce?

– Tak. O wszystko prócz kolonii.

– Tutaj. – Podświetliła odosobnioną skalną grań blisko środka wyłomu. Pozostałość po bardzo starym kraterze, którego ściany zostały rozbite w pył na skutek kolejnych pomniejszych zderzeń. – To doskonałe miejsce, tylko nazbyt odległe od linii frontu. Gdyby coś poszło nie tak i nie utrzymalibyśmy tej grani, pozostałaby nam już tylko kolonia.

Stark zmrużył oczy.

– Znakomity wybór, Vic. Dzięki niemu będziemy mieli czas na zorganizowanie obrony, zanim pojawi się wróg.

– Jeśli nie utrzymamy tej linii, przegramy.

– Owszem, ale popatrz na to z innej perspektywy: jeśli nie utrzymamy się tam, nie uda nam się też nigdzie indziej. – Raz jeszcze pokiwał głową. – Dobra. Skieruj tam oba bataliony.

– Oba? – zapytała ostro Reynolds.

– Musimy ich powstrzymać, a potem zepchnąć.

– Ale nie w ten sposób – protestowała. – Główne siły przeciw głównym siłom? A co zrobisz, jeśli uciekinierzy zdezorganizują linie obrony, jak zrobili to w przypadku kompanii Charlie? Pomyśl, Ethan. Lepiej nie stawiać wszystkiego na jedną kartę.

Wszystkie nerwy domagały się natychmiastowego działania, niemniej Stark zmusił się do chwili zastanowienia przed wyświetlaczem.

– Dobrze, jeden batalion rozmieścimy na grani. Gdzie powinienem wysłać drugi?

Vic zatoczyła szeroki łuk ręką.

– Na tę stronę wyłomu. Uderzymy na wroga z flanki, gdy tylko zdołamy go powstrzymać, a jeśli przebije się i przez tę linię, tym bardziej będziemy potrzebowali uderzenia oskrzydlającego, które pomoże go powstrzymać.

– Dobrze. Świetnie. – Obrócił się na pięcie. – W takim razie ruszam.

– Co takiego?!

– Ruszam – powtórzył Stark, wskazując palcem na przesuwające się szybko ikonki. – Ci żołnierze nie przestaną uciekać tylko dlatego, że rozmieścimy kolejny batalion na grani, tak samo jak nie zatrzymali się na pozycjach kompanii Charlie. Muszę pojawić się między nimi, żeby przestali wiać.

– Tylko ty trzymasz tę całą zbieraninę w kupie, Ethan! Jeśli zginiesz, wszystko się rozpadnie!

– Wszystko już się rozpada na naszych oczach, Vic. – Obrócił się, nie czekając na odpowiedź. – Sierżancie Tanaka, potrzebuję podwózki na linię frontu. Jak szybko sprowadzicie mi tutaj transporter opancerzony?

Tanaka skinęła głową.

– Chodzi o wóz bojowy? Mamy taki tutaj, w kwaterze głównej, a nawet dwa. To ruchome centra dowodzenia naszego generała.

– Powiedziałem, że chcę zwykły transporter opancerzony – ofuknął ją Ethan.

– To są zwykłe transportery opancerzone, zmodyfikowano je tylko odrobinę, by pomieściły dodatkowy sprzęt. – Palce Tanaki zatańczyły nad kilkoma wyświetlaczami. – Zgrałam panu wszystkie dane na taka i powiadomiłam kierowców. Szerokiej drogi.

– Dziękuję, sierżancie. – Stark ruszył biegiem, kierując się wskazaniami wyświetlacza wbudowanego w zbroję bojowego systemu taktycznego. Rozmyślnie jednak zwolnił po kilku krokach do zwykłego truchtu. Ludzie nie powinni widzieć, że gnam na złamanie karku. Przed nim pojawiła się rampa załadunkowa transportera, dużo większa od tych, do których przywykł. Właz umieszczono w bocznej części kadłuba, mógł więc wsiąść do maszyny bez skakania. Po jaką cholerę zrezygnowano z opancerzenia i kamuflażu na rzecz dodatkowego pieprzonego wejścia? Wygląda na to, że generalicja nie lubi się wspinać do swoich maszyn.

Stark zagłębił się w fotelu stojącym naprzeciw konsoli dowodzenia. Szamotał się z uprzężą zabezpieczającą, dopóki nie zauważył, że jest o wiele bardziej skomplikowana niż zwykła. Klnąc pod nosem, zdołał w końcu wpiąć wszystkie klamry, a gdy to zrobił, zamarł na krótką chwilę. Dobra, możemy już ruszać. Podłączył się do systemu łączności, klnąc znów w myślach na opóźnienie.

– Kierowca? Dlaczego jeszcze nie jedziemy?

– Czekam na rozkazy, sir.

– Rozkazy? – No tak. Do tej pory zawsze wsiadałem na pokład, a kierowca wiózł mnie tam, gdzie mu kazano. Chyba będę musiał zmienić kilka nawyków. Zaznaczył grań na swoim wyświetlaczu i przesłał dane do systemów transportera. – To nasz cel. Dostarczcie mnie tam najszybciej jak to możliwe.

– Tajest.

Transporter uniósł się płynnie, bez szarpnięć, do których Stark zdążył się przyzwyczaić w czasie rutynowych przelotów już jako szeregowiec. Maszyna mknęła szeroką drogą biegnącą po powierzchni Księżyca, przyśpieszając nieustannie, zwolniła dopiero, gdy wyjechali poza kompleks dowodzenia i znaleźli się nad bardziej skalistym terenem.

– Co znowu? – jęknął Ethan. – Dlaczego zwolniliśmy?

– Przed nami pełno głazów, sir. Musimy je omijać.

– Pełno głazów? – Stark przełączył się na zewnętrzne kamery, by osobiście sprawdzić ukształtowanie terenu. Jak okiem sięgnąć poszarpane głazy obsypane tonami pyłu. Martwe tak jak miejsce, w którym nigdy dotąd nie było śladu życia. Czyli księżycowa normalka. – Od jak dawna prowadzicie te maszyny?

– Od czterech lat.

– Od czterech... Dlaczego więc nie macie doświadczenia w jeździe po takim terenie?

– Byłem osobistym kierowcą generała, sir – mruknął lekko poirytowany żołnierz. – Moje zadanie polegało głównie na czekaniu w pogotowiu.

Wygląda na to, że nasi generałowie jeździli do tej pory wyłącznie po terenach wokół kolonii. Zmarnowali doskonałego żołnierza i jeszcze lepszy sprzęt. Oto kolejna rzecz do naprawy, o ile wyjdę z tej awantury cało.

– Słuchaj no, kolego. Teraz wozisz mnie. Przyśpiesz i nic się nie bój, nie dostaniesz nagany za każdą rysę na lakierze.

– Ale rozkazy...

– Właśnie je zmieniłem. Dawaj!

– Tak jest.

Transporter nabrał prędkości, wprawdzie nie jechał tak szybko jak maszyny prowadzone przez doświadczonych pierwszoliniowych kierowców, ale przynajmniej szybciej niż przed chwilą.

Stark zajął się rozpracowywaniem klawiatury stanowiska dowodzenia i wkrótce miał już podgląd na wybrany sektor. Zamarł z palcem gotowym do naciśnięcia guzika, dzięki któremu mógł podłączyć się do kamery na zbroi jednego z żołnierzy, a potem cofnął wolno rękę. O wiele łatwiej patrzyć na tę bitwę oczami żołnierza biorącego w niej udział, niż zajmować się ogarnięciem całości, co jest teraz moją powinnością. To pieprzone ruchome centrum dowodzenia jest za dobrze wyposażone.

Stark mimowolnie przypomniał sobie pierwszy atak na Księżyc. Kilka lat temu bezpośredni przekaz z walk – transmitowany z niewielkim tylko opóźnieniem – stał się kolejną masową rozrywką dla cywilbandy. To właśnie wtedy dotarło do Pentagonu, że może jednocześnie zaspokajać głód krwi zwykłych ludzi i zarabiać dodatkowe pieniądze. Był to sprytny sposób na uzupełnienie budżetu armii i zakup najnowocześniejszych systemów uzbrojenia bez protestów ze strony zbyt mocno opodatkowywanych obywateli, których nie obchodziło, jak żyją szeregowi żołnierze, i którzy nieustannie poszerzali przepaść pomiędzy wojem a cywilbandą. Jak mogliśmy dopuścić do aż takiego rozwarstwienia? I w jaki sposób mam nakłonić moich ludzi do kontynuowania walki? Stark spojrzał ponuro na wyświetlacz pokazujący obraz sektora z wyłomem. Nadal uciekają. Niemal wszyscy. Ale flanki wciąż się trzymają. Nikt już nie atakuje Zamku. Wzdrygnął się na myśl o tym, jak wielkie siły mogły zostać rzucone na pozycje bronione przez jego dawną drużynę.

– Anita? – zapytał. – Co tam u was?

– Bywało lepiej, sargento. – Tylko ktoś, kto znał ją wystarczająco długo i dobrze, mógł wyczytać obecny w tych słowach niepokój. – Stracili wielu ludzi, próbując nas wykurzyć, więc się wycwanili. Ale na razie nie robią niczego, z czym nie moglibyśmy sobie poradzić. Jestem trochę zajęta, nie mam czasu na rozmowy.

– Rozumiem. – Przerwał połączenie, czując narastający strach. O kim to opowiadał mi Rash? O Spartanach. Tak. Oni także mieli się bronić do upadłego. Dlaczego to właśnie musiało spotkać moją dawną drużynę?

– Stark? – Ten głos mógł równie dobrze rozbrzmieć tuż za jego plecami, niemniej odczyty konsoli sugerowały, że dobiega z przeciwległego krańca linii umocnień. – Co tam się dzieje?

Ethan zaczerpnął głęboko tchu, musiał się uspokoić, aby odpowiedzieć spokojnym, nie łamiącym się głosem.

– Mamy problem w jednym z sektorów. Właśnie tam jadę.

– Problem? – zainteresował się sierżant. – To wygląda jak przerwanie linii frontu.

– Owszem. Opisałeś właśnie przyczynę naszego problemu. Na szczęście wyłom przestał się poszerzać, a ja mam w zanadrzu dwa bataliony, które wykopią przeciwnika poza perymetr.

– Dlaczego nasi żołnierze uciekają, zamiast się wycofywać? – odezwał się kolejny głos.

– Zapytam ich, jak tylko się tam dostanę.

– Nas tu też mocno naciskają – poinformował czwarty sierżant. – Utrzymujemy pozycje, a chłopcy za naszymi plecami spieprzają. Będziemy musieli się wycofać, jeśli nie opanujesz sytuacji.

Stark wpatrywał się tępo w wyświetlacz, niepewność rosła na wszystkich odcinkach frontu, wahanie także. Każdy taki głos z osobna nie był wielkim zagrożeniem, ale wszystkie razem mogły stanowić przyczynek do powstania ogromnego zamieszania, którego nikt i nic nie będzie w stanie powstrzymać. Zorganizowani obrońcy zmienią się w spanikowanych uciekinierów.

– Przecież powiedziałem, że zatkamy ten wyłom.

– Może powinniśmy się nieco cofnąć.

– Nie! – Mało brakowało, a Stark wydarłby się do mikrofonu. Zacznijcie się cofać, a nigdy nie powstrzymacie tego procesu. – Utrzymujcie pozycje! Wszyscy macie zostać na miejscu.

– Dlaczego?

Dlaczego? Dobre, choć proste pytanie. Jedno słowo, ale jak trudno na nie odpowiedzieć. Dlaczego mam dać się zabić za coś albo za kogoś? Już samo zadanie tego pytania wskazywało na rozmiary problemu, ponieważ dobry dowódca dba o to, by jego podwładni wiedzieli od samego początku, „dlaczego” robią to, co robią. O wiele łatwiej byłoby wyjaśnić „dlaczego”, gdyby nie atak Meechama, który wykrwawił trzecią dywizję posyłaną raz za razem na najsilniejsze umocnienia wroga, co skutecznie zniszczyło nawyk posłuszeństwa u starych żołnierzy, powodując, że pierwsza dywizja oddział po oddziale zaczęła się buntować przeciw własnym oficerom, aby pójść z pomocą masakrowanym towarzyszom broni. Teraz każda odpowiedź musiałaby być bardzo długa i przez to tak zawiła, że traciłaby wiarygodność, zwłaszcza że jej odbiorcy już widzieli nadciągające piekło. Stark przemówił jednak, zachowując wymuszony spokój, mimo że jego umysł wciąż prowadził gorączkowe poszukiwania słów, dzięki którym mógłby sprostać stawianemu przed nim zadaniu.

– Jeśli się cofniecie, ludzie na waszych flankach zostaną wystawieni na żer wroga.

– My i tak mamy już przesrane, Stark.

– Siedzicie w bunkrach – wtrąciła Vic. – Opuszczając je, wyjdziecie na otwarty teren, gdzie będziecie znacznie łatwiejszym celem.

– To prawda, Reynolds. Tyle że ty siedzisz sobie wygodnie w kwaterze głównej, a my zginiemy bez względu na to, co zrobimy. Dlaczego każesz nam ginąć?

Ethan poczuł ból, a gdy opuścił wzrok, zauważył, że zaciska palce tak mocno na osłonie kombinezonu, że porobił na nim wgniecenia. Co ma powiedzieć tym sierżantom, jaki przedstawić cel, skoro wszystko, w co wierzyli i czemu ufali, zostało im odebrane w chwili aresztowania oficerów? Być może „co” nie było najwłaściwszym problemem w tym momencie. Może raczej powinien powiedzieć im, „kto” jest tego wart? Bywało, że ludzie, którzy nie widzieli sensu w walce o swoje życie, potrafili poświęcić się dla innych.

Stark pozwolił, by gniew i frustracja wylały się z jego ust, gdy wypluwał kolejne słowa oskarżycielskim tonem.

– Niech to wszystko szlag! To wy, małpoludy, wybraliście mnie na to pieprzone stanowisko! Nie chciałem go przyjąć, ale w końcu obiecałem, że zrobię co w mojej mocy, ponieważ liczyliście na mnie.

– Ufaliśmy ci...

– A ja wam! A teraz chcecie mnie zostawić w samym środku tego burdelu? Czy to uczciwe?

– Stark, to my nadstawiamy dupy na pierwszej linii.

– Jak myślisz, co ja teraz robię? Oglądam sobie księżycowy krajobraz na monitorze? Jadę na pole walki! Jadę na pierwszą linię! I zamierzam jej bronić, ponieważ obarczyliście mnie tym zadaniem i wykonam je bez względu na koszty. Pytam więc: który z was zamierza mnie wystawić do wiatru?! Który pozbawi mnie osłony od zaplecza?! Ty, Carmen? A może ty, Jones, albo ty, Truen?

Transporter kołysał się przez moment na wybojach w kompletnej ciszy. Starkiem miotało w fotelu pomimo uprzęży, ale nawet na chwilę nie spuścił wzroku z wyświetlaczy.

– Nie wystawimy cię, Stark – nadeszła w końcu odpowiedź. – My tylko, wiesz...

– Nie, nie wiem. To bitwa! Wróg jest przed wami. Zabijajcie go, jeśli podejdzie bliżej, to powinno powstrzymać następne ataki. Czy to naprawdę takie trudne do zrozumienia? – Znów cisza, może wstydliwa, może wręcz przeciwnie, wyzywająca. – Będziecie walczyć? Utrzymacie pozycje? Wesprzecie mnie? – dopytywał się Ethan.

– Tak. Zapewnimy ci osłonę. Będziemy pilnowali flank. Zgotuj im piekło, Stark.

– Dzięki. – Chciał, aby to słowo ociekało sarkazmem, lecz ulga, jaką poczuł, sprawiła, że zabrzmiało szczerze.

Chwilę później kierowca transportera zaczął ostrożnie hamować i w końcu zatrzymał maszynę. Stark czekał, wściekając się z powodu kolejnego niepotrzebnego opóźnienia, a gdy wóz znieruchomiał, natychmiast rozpiął uprząż, jednocześnie otwierając właz. Z wyrobioną miesiącami praktyki łatwością odbił się rękami i nogami od kadłuba maszyny, by od razu stanąć na gruncie, nie poddając się działaniu zmniejszonej grawitacji.

– Cofnijcie transporter o jakieś dziesięć metrów – rozkazał kierowcy. – Niech strzelec pokładowy kryje szczyt tego wzniesienia, ale nie otwierajcie ognia, dopóki nie dam wyraźnego rozkazu.

– Sir, ruchome centrum dowodzenia nie dysponuje żadnym uzbrojeniem.

– Nie macie ani jednego działka?

– Nie, sir. Specjalistyczny sprzęt zajmuje zbyt wiele miejsca.

– A po... Zresztą nieważne. Cofnijcie to cholerstwo dziesięć metrów i sprawiajcie groźne wrażenie.

Stark stał na powierzchni Księżyca przed pozbawioną nazwy granią. Czarne postrzępione skały sterczały w czarne niebo upstrzone miriadami gwiazd, które nie dawały ani ciepła, ani tym bardziej ukojenia. Po drugiej stronie wzniesienia gramolili się właśnie uciekający żołnierze. Za plecami Stark miał rezerwowy batalion zmierzający na pozycje. Na razie jednak miejsce to wyglądało jak oaza spokoju. Gdyby nie wiadomości płynące z komunikatora, masy kolorowych ikonek przesuwających się po wyświetlaczu osłony hełmu i transporter stojący tuż za jego plecami, Stark mógłby się czuć samotny w tym martwym krajobrazie. Zupełnie jak pierwszy człowiek, który wylądował na Srebrnym Globie i wygłosił słynne słowa o wspólnej eksploracji jego zasobów. Szkoda tylko, że wszyscy wzięli jego zapewnienia na poważnie i przybyli tutaj, aby wziąć co swoje. Szkoda też, że naszym zachłannym korporacjom nie wystarczało już posiadanie wszystkiego na Ziemi, zmusiły więc trzymanych w kieszeniach polityków do wysłania nas aż tutaj, abyśmy odebrali innym krajom, co się tylko da podczas tej niekończącej się wojny, której nie mogliśmy ani wygrać, ani przegrać bez względu na poświęcenie i ponoszone straty. A już najbardziej szkoda tego, że na jednego człowieka, który pragnie coś zbudować, przypada dwóch chętnych do zniszczenia efektów jego pracy. Wysoko nad głową Starka lśniło kolorowe oblicze Ziemi, spoglądającej ze smutkiem na niekończące się okrucieństwa, które jej dzieci zaniosły aż na naturalnego satelitę. Nie czujesz się choć trochę odpowiedzialna za to wszystko, Matko Ziemio? Za to, że pozwoliłaś wyruszyć swojemu potomstwu na inne planety? Moim zdaniem powinnaś. Gdybyś traktowała dojrzewającą ludzkość łagodniej, dzisiaj mielibyśmy do czynienia ze znacznie lepszymi istotami.

Z początku Stark zamierzał zająć pozycję na grani, skąd miałby najszersze pole widzenia na uciekających żołnierzy, którym zamierzał pomóc. Instynkt skłonił go jednak do pozostania w tym miejscu, na przeciwległym zboczu, i stąd teraz obserwował dwie fale ikonek zbliżających się do jego pozycji. Po prawej, tam gdzie teren był najrówniejszy, rozciągało się pole usiane ostrymi skałami. Po lewej miał niewysokie wzniesienie, nie leżące jednak na trasie odwrotu uciekających żołnierzy.

Na Ziemi wycofujący się pobiegliby w lewo albo w prawo, tutaj jednak będą musieli wspiąć się na szczyt wzniesienia. To będzie znacznie łatwiejsze przy tak niskiej grawitacji. Zatem powinniśmy bronić się na tej grani. Tak? Nie! To się nie uda. Nie mamy czasu okopać się, a każdy, kto znajdzie się na szczycie, trafi pod ostrzał zbliżającego się wroga.Poza tym muszę jakoś zatrzymać tych wszystkich spieprzających drani, a mój rezerwowy batalion nie dotrze tutaj przed nimi. Stanę twarzą w twarz z tłumem przerażonych do granic wytrzymałości żołnierzy. Z wielkim tłumem przerażonych do granic wytrzymałości żołnierzy. Muszę zagadać do nich, jak tylko przedostaną się przez szczyt tego wzniesienia. Z początku będą nieliczni. Tak, tam będę miał większe szanse. Ale jak mam ich zatrzymać? Palnąć im umoralniającą mowę? Stark prychnął z pogardą. Nie mam bladego pojęcia, co miałbym im powiedzieć. Pomyślmy zatem, na czym się znam...

Wiem, jak mówić ludziom, co mają zrobić.

Na szczycie pojawił się pierwszy zdyszany żołnierz, poruszał się nerwowo i niezdarnie, był nieludzko zmęczony i przerażony. Stark namierzył jego identyfikator.

– Kapralu Watkins! – Zaskoczony uciekinier znieruchomiał i spojrzał na Starka. – Stańcie po mojej prawej. – Ethan wskazał mu opancerzonym palcem miejsce obok siebie.

– Co? Ale...

– Watkins, bierzcie dupę w troki i marsz tu do mnie! Już! – Żołnierz zareagował, ale wciąż było widać niepewność w jego ruchach. Dwaj kolejni weszli w pole widzenia Starka. – Jurgen! Rodriguez! Stańcie po mojej lewej! Obok tego głazu.

– Za nami idzie cała armia wroga! Nie powstrzymamy jej!

– Nawet nie próbowaliście do tej pory! Na miejsca.

– Kim ty jesteś u licha... Stark? TEN Stark?

– Tak, jestem Stark. Albo staniecie u mojego boku, albo zostawicie mnie tutaj, żebym sam z nimi walczył.

Obaj szeregowcy ruszyli w dół zbocza, na miejsca, które im wyznaczył. Kolejny żołnierz pojawił się na grani.

– Steinberg! Staniecie obok kaprala Watkinsa!

– Nie...

– Zamknijcie mordę i zapieprzajcie na miejsce! – Ledwie te słowa opuściły gardło Starka, na zboczu pojawiło się dwóch następnych uciekinierów. Ci jednak zatrzymali się sami i obrócili w stronę nadciągającego przeciwnika.

– Sierżancie Ulithi! Sierżancie Van Buskirk! Natychmiast do mnie!

– Spróbujemy ich tu zatrzymać – odparł ten drugi, stając pewnie, mimo że jego głos wskazywał na wielkie wzburzenie.

– Owszem – rzucił Ethan – ale zrobimy to po mojemu, tutaj, na dole. Pojedynczo. – Poczuł jakiś ruch po lewej, pod głazem, tam gdzie kazał stanąć obu szeregowcom. Wyglądali, jakby chwiali się na silnym wietrze. – Sierżancie Ulithi, proszę stanąć po mojej lewej i zatrzymywać każdego żołnierza, którego do was poślę. Van Buskirk, wy zajmiecie się tym samym z kapralem Watkinsem po mojej prawej.

– Przyjąłem. Dalej się nie cofną, Stark. – Sierżant dołączył do reszty i niewielki oddział Ethana stał się solidniejszy.

Kolejni uciekinierzy pojawiali się już grupkami. Było ich zbyt wielu, by można ich wyłuskiwać pojedynczo. Stark wyłapywał więc każdego, kto znalazł się w pobliżu, aby spowolnić ruch tej masy i zatrzymać jak najwięcej ludzi. Żołnierze uspokajali się nieco – nie mieli już wroga w polu widzenia, otaczały ich znajome sylwetki, a coraz liczniejsi podoficerowie dodawali im otuchy okrzykami zachęty albo opieprzaniem. Powoli przekształcali się z bezrozumnej tłuszczy w jednostkę wojskową.

– Sierżancie Stark? – Kolejny głos, także mocno zdyszany, dobiegający z komunikatora żołnierza zbliżającego się z przeciwnej strony. – Czwarty batalion. Sierżant Milheim. Pełnię obowiązki dowódcy.

Stark oderwał się od obserwowania sytuacji na zboczu, przełączając szybko komunikator na kanały odwodów.

– Cieszę się, że was widzę. Zajęliście pozycje?

– Tak, ale cholernie mi się nie podobają.

– Słu... – Stark przełknął końcówkę pytania, przypominając sobie, jak nerwowo reagowała Vic, gdy zaczął ją traktować jak kota. To nie jest pozbawiony mózgu szeregowiec po szkółce. Mam przed sobą doświadczonego podoficera. A ja nie jestem chodzącym ideałem i nie mam czasu na zajmowanie się sprawami, które dla kogoś z mniejszą ilością obowiązków wydają się proste. Muszę o tym pamiętać, u licha. – Słucham, na czym polega wasz problem? – zapytał oschle, ale z należnym szacunkiem.

Milheim wskazał na grań.

– Kazał mi pan podzielić ludzi na trzy zgrupowania. Jedno ma zostać tutaj, w centrum pola działania, pozostałe dwa powinny chronić nam flanki. Wolałbym mieć większość sił tutaj, a na skrzydła posłać co najwyżej po kompanii.

Stark rozważał tę propozycję, nie spuszczając wzroku ze wzniesienia.

– Dlaczego?

– Ponieważ wróg nie przejdzie przez te skały po lewej – wyjaśnił Milheim – To by go za bardzo spowolniło nawet przy tak niskim ciążeniu. A równina po prawej jest za bardzo oddalona od kierunku natarcia. Moim zdaniem uderzą całą siłą na to miejsce, a ja nie będę miał wystarczającej liczby ludzi, by skopać im dupy.

– To może być bardzo ryzykowne posunięcie, jeśli się mylicie – zauważył Stark. – Ale ma sens. – Wszystko pasowało, przynajmniej z punktu widzenia podoficera. – Okay. Zróbcie to, Milheim. Wprowadźcie konieczne zmiany do taków batalionu i rozstawcie ludzi wedle własnej woli. Byle szybko. Nie mamy czasu.

– Robi się. – Stark wyczuł radość w elektronicznie zniekształconym głosie rozmówcy, który natychmiast przełączył się na kanał wewnętrzny, by rozlokować podwładnych.

– Ethan?

– Tak, Vic?

– Co, u licha, wyprawia Milheim?

– Wybacz. Pewnie nie słyszałaś naszej rozmowy. – Nic dziwnego, skoro musiała zajmować się wszystkimi aspektami nadchodzącej bitwy. – Zdecydowaliśmy o zmianie rozstawienia jego jednostki.

– Rozumiem. Pozbyłeś się oficerów, żeby nie wykonywać moich rozkazów.

– Uważasz, że twój plan był lepszy?

– Nie mam pojęcia, ale wiem, że nie dam rady koordynować działań wszystkich jednostek, jeśli będziesz wprowadzał zmiany do planu bez informowania o tym centrum dowodzenia!

Stark się skrzywił. Miała rację.

– Postaram się, abyś od tej chwili była na bieżąco.

– Dzięki. – Sądząc po głosie, nie bardzo ją uspokoił. Będzie miał wiele przepaści do zasypania, gdy bitwa dobiegnie końca, o ile oboje przeżyją to wydarzenie. – Nie bierz tego do siebie. Ja po prostu nie mam doświadczenia w dowodzeniu tak dużą liczbą jednostek. Muszę się w to wciągnąć.

– Rozumiem. Mam ten sam problem. Jesteś pewien, że chcesz rozstawić tych ludzi za wzgórzem? Moim zdaniem najlepszym miejscem do kontrataku jest grań, z której możemy otworzyć ogień do jednostek wspinających się na szczyt.

– Tak, nie zapominaj jednak, że i my będziemy tam całkowicie odsłonięci. Ci chłopcy są wciąż zbyt roztrzęsieni, muszę dać im jakąś osłonę.

– Ty jesteś na miejscu, ty decydujesz.

To zwięzłe oświadczenie zaskoczyło Starka. Przywykł już do tego, że znajdujące się daleko na tyłach doskonale wyposażone centrum dowodzenia stara się dyktować jego ludziom każdy ruch, każdą okazję do oddania strzału. Jeśli tylko wyjdziemy z tej opresji cało, jestem pewien, że moje małpoludy staną się dziesięciokrotnie groźniejsze, niż były do tej pory. Wystarczy, że usunę im z karków wszystkowiedzących oficerów. Obym tylko miał szansę na wprowadzenie tego w czyn.

Chwila oddechu pozwoliła uspokoić otaczających go ludzi. Widok szykującego się do walki batalionu Milheima podbudował morale wszystkich uciekinierów. Stark znów przełączył komunikator.

– Co tam u was, Anita?

Dyszała ciężko, wskaźnik poziomu stresu na wyświetlaczu wykroczył poza skalę.

– Są wszędzie, sargento. Ten bunkier nie wytrzyma już długo. Namierzyli nas, właśnie podciągają sporo sprzętu większego kalibru.

Szybki skan potwierdził prawdziwość raportu kapral Gomez. Wróg zrozumiał w końcu, że Wzgórze Mango jest zawiasem, na którym opiera się teraz cała linia amerykańskiej obrony. Zniszczenie tego bunkra mogło oznaczać ostateczne przerwanie frontu w tej części. Stark odsłonił zaciśnięte zęby, gdy zobaczył na wyświetlaczu, jakie siły wróg zgromadził naprzeciw umocnień bronionych przez jego dawną drużynę. Zbyt wiele dzieje się naraz, ale nie mogę zapominać o nich. Myśl, człowieku. Spróbuj znaleźć rozwiązanie, może nie podręcznikowe, ale takie, które pozwoli rozwiązać ten problem.

– Anita, zaprogramuj działa szynowe i moździerze bunkra na automatyczny ogień po wykryciu minimalnego celu.

– Sierżancie, tym sposobem w kilka minut pozbędziemy się całej amunicji.

– I tak nie utrzymacie tego bunkra dłużej, a ciężki ogień zmusi przeciwnika do wycofania najdalej wysuniętych oddziałów. Wytrzymajcie jeszcze chwilę. Za moment uporamy się z ogarnięciem tego burdelu.

– Sí, sargento. Przełączam na ogień automatyczny. Hurrra!

– Spieprzajcie stamtąd, Gomez, zanim rozwalą bunkier. Ty i wszyscy operatorzy punktów ogniowych.

– Comprendo. Do zobaczenia na powierzchni, sierżancie.

Wrócił do analizy sytuacji na nowej linii obrony, czując, jak adrenalina zaczyna mu rozsadzać żyły. Chwilę później Vic jeszcze bardziej podniosła mu ciśnienie.

– Mam problem z piątym batalionem – zameldowała.

– Co takiego? – Stark sprawdził sytuację na wskazanym odcinku i skrzywił się z odrazą. – Dlaczego się nie ruszyli? Przecież nikt ich nie atakuje.

– Kalnickowi nie spodobały się rozkazy.

Kalnick. Sierżant Harry Kalnick. Żołnierz, z którym Ethan nie miał zbyt wiele do czynienia. Z nielicznych kontaktów wyniósł jednak wrażenie, że to niezbyt sensowny podoficer.

– Kalnick, mówi Stark.

– Tak? – odpowiedź była opryskliwa, z domieszką rozdrażnienia dodaną dla zwiększenia efektu.

Ethan policzył do trzech, zanim odezwał się ponownie, zwalczając chęć wydarcia się na Kalnicka. Dam mu szansę, niech się wytłumaczy. – Dlaczego twój batalion nie zajął jeszcze pozycji na flance wyłomu?

– Nie mam zamiaru pozwolić na wybicie moich chłopców tylko dlatego, że ty i Reynolds nie dajecie sobie rady z sytuacją. Moim zdaniem ten pomysł i taktyka są do dupy.

– Dobra, a co ty proponujesz? Gdzie chciałbyś skierować piąty batalion, żeby mógł powstrzymać to uderzenie i odepchnąć wroga? – Cisza. – Kalnick, powiedz mi, co ci się nie podoba w rozkazach, które otrzymałeś?

– Są idiotyczne! Tym sposobem nic nie zdziałamy!

– Wskaż mi zatem alternatywę – zażądał Stark, zmuszając się jeszcze do cierpliwości. – Kalnick? Nie będę czekał cały dzień na odpowiedź. Sytuacja jest krytyczna, wszyscy liczymy na ciebie.

– Ja tego nie spieprzyłem, Stark.

– Nie rozmawiamy teraz o tobie, Kalnick. Ruszajcie na wyznaczone pozycje.

W tym momencie do rozmowy wtrącił się kolejny, tym razem znajomy Starkowi głos.

– Hej, Kalnick, co ci nie pasuje w tych rozkazach? – zapytał inny sierżant z piątego batalionu, Stacey Yurivan.

– Stark chce wykorzystać nasz batalion do ratowania swojej dupy – odparł Kalnick.

– To chyba zrozumiałe. Stoi właśnie na wprost nacierających jednostek wroga, mając za sobą czwarty batalion.

– Mam kumpli w czwartym – wtrącił kolejny sierżant. – Nie zostawię ich tam na pastwę losu.

– Dlaczego nie ruszamy do walki?

– Kalnick, jaki masz plan?

Kolejna chwila ciszy przerwana w końcu przez Stacey Yurivan.

– Kalnick, prowadź nas do walki albo spieprzaj stąd w podskokach.

Niektóre jednostki piątego batalionu ruszyły, Stark widział to wyraźnie na wyświetlaczu taka. Poszczególne pododdziały kierowały się na wyznaczone pozycje, wychodząc z szyku. Zmierzały prosto na flankę wyłomu zgodnie z rozkazami wydanymi przez Reynolds.

– Kalnick – odezwał się Ethan – daję ci ostatnią szansę. Poprowadź batalion na wyznaczone pozycje. Jeśli masz z tym problem, rozmówimy się po walce. Zrozumiano?

Nie otrzymał odpowiedzi wprost, ale na jego oczach ikonki pozostałych jednostek piątego batalionu przesunęły się w kierunku frontu. Dobrze. To zarzewie pożaru zostało ugaszone. Czas spojrzeć na szerszą perspektywę. Mam już batalion, który uderzy na wroga z flanki. Stark wyjął skaner dowodzenia i przygryzając wargę, przyjrzał się rojowi czerwonych symboli sunących prosto na jego zaimprowizowaną linię obrony. Za granią mam drugi batalion. Po raz kolejny przełączył widok. Zamek nadal się broni. Wzgórze Mango także. Boże, ależ w nich napieprzają.

– Kapralu Gomez. – Odpowiedział mu szum staticu i trzaski wrogiego zakłócania. Zaklął ze złością.

– Użyj nadajników centrum dowodzenia, one mają moc pozwalającą na chwilowe przebicie się przez zakłócanie – zasugerowała mu Vic.

– Mogę to zrobić? Pewnie, że mogę. Mam przecież oficjalny dostęp do tego systemu. Powiedz mi tylko, dlaczego bez przerwy zaglądasz mi przez ramię?

– Szczęśliwy traf, nic więcej – zapewniła go Vic. – Muszę spadać. Czas zadbać, aby nasza rezerwowa kompania przygotowała się do ataku od strony Zamku. Na razie.

– I ja cię żegnam. – Stark sprawdził dostępne opcje w menu komunikatora, wybrał maksymalną moc sygnału i skierował ją na kanał kapral Gomez.

Wokół niego znowu zapanował chaos. Poczuł kolejny zastrzyk adrenaliny uwalnianej do krwi, słysząc odgłosy toczonej gdzieś daleko walki.

– Gomez. Co się tam u was dzieje, u licha?

– Cholera, sargento. – Obraz z kamery rozmazał się na moment, gdy Anita wykonała szybki obrót, by wpakować kulkę wrogowi, który wyrósł niespełna metr od niej. – Walczymy wręcz – dodała zupełnie niepotrzebnie.

– Odeprzecie ich?

– Nie wiem. Mamy tu zatrzęsienie nowych celów. – Księżycowy krajobraz wierzgnął po raz kolejny, a potem zapłonął czerwienią. Gdzieś w pobliżu Gomez musiał eksplodować granat. Obraz zamazywał się kilkakrotnie, gdy namierzała kolejne cele, by odpowiedzieć ogniem. – A niech mnie. Jest ich zbyt wielu i są za blisko, sargento. Na moje oko bunkier jest już stracony.

– Utrzymujcie pozycje – tyle tylko mógł powiedzieć.

– Tajest, sargento. Szlag! Murphy dostał!

Murphy? Od jak dawna był w mojej drużynie? Od zawsze. Stark gapił się na wyświetlany obraz sytuacji, próbując blokować przepełniające go emocje.

– Murphy to tylko pojedynczy żołnierz – podszepnęła mu Vic. Znowu go podsłuchiwała, jakżeby inaczej.

– Każdy szeregowiec na polu bitwy to tylko pojedynczy żołnierz. Ilu ich trzeba dodać do rachunku, żeby okazał się zbyt wysoki?

– Nie mam pojęcia.

– Ja też nie wiem. – Stark spojrzał w atramentowo czarne niebo nad głową. Wyświetlacz przeniósł wszystkie ikony na przestrzeń, jakby tworzył w niej nowe gwiazdozbiory. – Nie mogę dopuścić do utraty tego bunkra. To nie sentyment. I nie chodzi tutaj o fakt, że to moja dawna drużyna. Cała flanka pójdzie w rozsypkę, jeśli stracimy Wzgórze Mango.

– Nie możesz osłabić żadnego innego punktu w naszych liniach. Oni tylko na to czekają.

– Może czekają, a może rzucili na ten bunkier i do wyłomu wszystko, czym aktualnie dysponują. Jeśli wygrają choć w jednym miejscu, załatwią nas na amen. – Przełączył się na inny kanał. – Sanch. – Sierżant Sanchez, jeden z trojga podoficerów dowodzących drużynami w dawnym plutonie Starka, pełnił teraz funkcję dowódcy całości oddziału.

– Tak, Stark. – Sanch był tak spokojny, jakby mieli rozmawiać o aspektach nie istniejącej księżycowej pogody.

– Widzisz, co się dzieje przy bunkrze Gomez?

– Oczywiście. Biorą tam w dupę jak się patrzy. Osłaniamy ich ogniem, na ile możemy.

– Dzięki, ale musicie zrobić coś jeszcze. Wydziel z załóg obu bunkrów tylu ludzi, ilu się da, i wyślij ich jako grupę wsparcia. Zrób to jak najszybciej. Musimy utrzymać to wzgórze.

– Zdajesz sobie sprawę, że dając wsparcie Mango, nie utrzymamy naszych pozycji, jeśli wróg zaatakuje z pełną mocą. – To było bardziej oświadczenie niż pytanie.

– Tak. Niestety, w tym momencie nie dysponuję żadnymi innymi odwodami. Jedynym sposobem na wsparcie załogi wzgórza jest osłabienie obrony na przylegających odcinkach.

– Rozumiem. Jestem pewien, że uda nam się oczyścić wzgórze z wroga – stwierdził Sanchez z tak niezachwianym spokojem, jakby rozmawiali o pomniejszej niedogodności. – Aczkolwiek nie na długo. Będą nas naciskali, i to mocno.

– Tym już ja się zajmę.

– W takim razie ruszamy. Skontaktuję się z tobą, gdy znajdę kapral Gomez. – Nie wspomniał o całkiem realnym ryzyku tego, że Anita nie będzie w stanie powiedzieć słowa, gdy Sanch do niej dotrze. Martwi nie należą zazwyczaj do najbardziej gadatliwych.

Kolejnym problemem mogło być pozostawienie szkieletowych załóg w dwóch kolejnych bunkrach tego sektora. Nawet nieliczny, za to zdecydowany oddział wroga mógł doprowadzić do otwarcia kolejnego wyłomu w linii obrony, co sprowadziłoby ogromne zagrożenie na jedyne odwody, jakimi dysponował teraz Stark. Co za różnica, skoro tak i tak możemy przegrać?

– Grace – wezwał operatora działonu dywizji.

– Wiem, Stark, że nie powstrzymałem wroga w wyłomie, ale jak zapewne pamiętasz, wcale ci tego nie obiecywałem.

– Wiem, wiem. Robisz, co możesz. Tym razem chodzi mi o ocalenie pewnego bunkra. Ile czasu potrwa przeniesienie ognia w to miejsce? – wklepał koordynaty stanowiska obrony Gomez.

– Tam są nasi ludzie, Stark. Z tego, co widzę, kolejni idą w kierunku tego bunkra.

– Wiem. Mają wzmocnić załogę umocnień. Ile czasu potrzebujesz?

– Jak silny ma być ten ostrzał?

– Na tyle, by wysterylizować szczyt wzgórza i przedpole. Nie używajcie jednak pocisków penetrujących.

– Tylko amunicja powierzchniowa i szrapnele? Aby chronić załogę bunkra? Stark, nie mogę ci zagwarantować, że któryś zapalnik nie okaże się felerny i nie eksploduje dopiero po wbiciu się w grunt. Takie rzeczy się zdarzają.

Takie rzeczy się zdarzają. Stark znów się wzdrygnął w duchu. Musiał wybierać pomiędzy wyjściem złym i jeszcze gorszym. Wydawało mi się, że dowódcy mają wystarczająco wiele na głowie, by nie zastanawiać się podczas bitwy nad tym, czy broń zadziała zgodnie z zapewnieniami producenta. Ale tak chyba było od dawien dawna. Jestem pewien, że wytwórcy broni w epoce kamiennej także mieli problemy z prawidłową obróbką pięściaków wyrabianych na potrzeby innych jaskiniowców.

– Musimy zaryzykować, Grace. To jedyny sposób na powstrzymanie tego ataku.

– Okay, Stark. Ty tu jesteś szefem. Zaczynamy.

– Dzięki. Czekajcie na mój sygnał.

Kolejny odczyt z terenu, po którym nacierał wróg. Cześć żołnierzy gnała przed siebie, wyprzedzając znacznie pozostałych. Widmo bliskiego zwycięstwa zaślepiło ich do tego stopnia, że przestali zważać na zagrożenia. Kilku z nich właśnie przeskakiwało nad szczytem wzniesienia, ich jasne sylwetki zamajaczyły nagle na tle czarnego nieba. HUD Starka natychmiast nałożył ich na plan sytuacyjny. Być może nadgorliwi żołnierze wroga mieli czas na zrozumienie, jak wielki błąd popełnili. A może i nie. Sto karabinów wypaliło niemal równocześnie, posyłając bezwładne ciała w powietrze. Poleciały łagodnym łukiem na niewidoczne z tego miejsca zbocze.

– Sanchez. Jak wam idzie?

– Jestem już na miejscu. Sekunda.

Niewielka grupka wrogich żołnierzy, nie więcej niż drużyna, obeszła grań od lewej, chcąc uniknąć wspinaczki na wzgórze. Czwarty batalion chroniący tę flankę poczekał, aż wszyscy wejdą głębiej, a następnie otworzył tak gęsty ogień, że wszyscy przeciwnicy zostali ścięci dosłownie w ciągu kilku sekund. Z komunikatorów dobiegły ciche pomruki satysfakcji, którymi amerykańscy żołnierze kwitowali to niewielkie zwycięstwo.

– Dobra robota – pochwalił ich Stark. – Idą na was kolejni. Potraktujcie ich w podobny sposób.

– Stark. – Gdyby nie chrapliwy oddech sierżanta, nic nie wskazywałoby, że Sanchez brał przed momentem udział w walce. – Oczyściliśmy wzgórze z wroga, ale widzę, że już trwają przygotowania do kontrataku.

– I dobrze. Zaraz tego pożałują.

– Okopiemy się tutaj.

– Nie. Jeszcze nie. Zaprowadź wszystkich do bunkra.

– Bunkier jest rozwalony.

– Nie musicie go bronić. Ukryjcie się w nim. Szybko!

– Aha. Rozumiem.

Przy tej skali obrazu na skanerze dowodzenia Stark widział tylko, że wrogie oddziały zmierzają już w kierunku wzgórza i lada moment dotrą do kilku obecnych tam zielonych ikonek. Przełączył kanał.

– Grace. Teraz. Dajcie im popalić.

– Okay, Stark. Ci biedacy za trzydzieści pięć sekund zmienią się w mielonkę.

– Przyjąłem. – Stark znów gorączkowo zmienił kanał. – Czy wszyscy są już w bunkrze, Sanch? Macie jeszcze trzydzieści sekund.

– Trzydzieści sekund, przyjąłem. Nasza ariergarda dociera właśnie do umocnień.

Ethan przyglądał się pociskom nadlatującym z zaplecza frontu, próbując wyobrazić sobie pluton Sancha ściśnięty w ostrzeliwanym przez wroga maleńkim bunkrze. Musieli leżeć tam nieruchomo, jeden na drugim, prócz wartowników pilnujących wyjść. Kulili się w mroku, odczuwając bezradność i lęk, z jakimi doświadczeni żołnierze oczekiwali zawsze ostrzału wielkokalibrowych dział. Teraz liczyło się tylko szczęście i łaska boska. Najlepsze nawet wyszkolenie nie gwarantowało przetrwania. Odliczali ostatnie sekundy do rozpoczęcia ostrzału. To akurat było łatwe, ponieważ każdy miał na wyświetlaczu dobrze widoczny elektroniczny zegar z szybko zmieniającymi się czerwonymi cyferkami.

Dziesięć sekund przed pierwszą eksplozją sensory bunkra wykryły oddziały wroga zbliżające się do szczytu wzgórza. Przeciwnik zaangażował spore siły do tego uderzenia, spodziewając się zdecydowanego oporu. Zaraz potem atak się załamał, żołnierze stanęli, widząc dane o niebezpieczeństwie grożącym im z góry. Pięć sekund przed ostrzałem rozpoczęto odwrót. Zbyt wolny jednak i za bardzo opóźniony. Tylko kilka z wielu amerykańskich pocisków wybuchło wysoko nad gruntem po spóźnionej reakcji za bardzo odległych systemów obrony.

Zero. Cisza. Gdzieś tam ognie piekielne spadły na głowy ludzi walczących na powierzchni Księżyca. Potężne ładunki skupiły swą furię na niewielkim wycinku przestrzeni. Masa ikonek pokryła wzniesienie zwane Wzgórzem Mango. Jego zbocze zniknęło pod symbolami oznaczającymi miejsca trafień. Każdy pocisk spadał tam, gdzie powinien, ponieważ nie było roślinności, która mogła w tym przeszkodzić. Podmuchy gwałtownego wiatru także nie zmieniały nawet na milimetr trajektorii spadających pocisków. Całkowity brak atmosfery uniemożliwiał odczucie fal uderzeniowych i usłyszenie niewyobrażalnego huku eksplozji. Patrząc na dane wyświetlane na HUD-zie, trudno było pojąć, czym tak naprawdę jest ostrzał artyleryjski, skoro człowiek stojący na powierzchni Księżyca, tak blisko pola walki, miał wokół siebie kompletną ciszę i odwieczny spokój. A całkiem niedaleko nawała metalowych odłamków rozwalała wszystko, co znalazło się na jej drodze. Eksplozje rozrzucały głazy i wzbijały w niebo tumany gęstego pyłu. Strumienie płonących gazów zabijały każdego, kto znalazł się zbyt blisko, zanim rozpłynęły się w pustce.

Przez takie zakłócenia nie przedostałby się żaden sygnał radiowy, dlatego Stark musiał czekać, aż ostrzał artyleryjski dobiegnie końca. Stał więc w kompletnej ciszy, która towarzyszyła grozie wojny prowadzonej w próżni.

Wystarczy tylko jeden pocisk, który przebije osłonę bunkra. To doprowadzi do zawalenia całej struktury i wystawi ukrytych w niej ludzi na nawałę ogniową albo, co jeszcze gorsze, zabije wszystkich. A ja będę tym, który kazał to zrobić. Proszę cię, Boże, niech chociaż to jedno nie zostanie spieprzone. Gdzieś z zakamarków pamięci wychynął głos Vic. Czasami nawet robienie właściwych rzeczy nie ulży twojemu sumieniu.

Większy oddział wroga – w sile ponad dwudziestu ludzi – pokonał właśnie szczyt wzniesienia, otwierając natychmiast ogień i równie szybko ginąc pod gradem kul.

– Stark? – Ethan drgnął, słysząc kolejne wezwanie, i nagle dotarło do niego, że to nie Sanchez. – Mówi Lamont. Sprowadziłem trzy szwadrony czołgów na prawą flankę wyłomu.

– Sprowadziłeś je tam? – Zapomniał o nich zupełnie w tym bajzlu.

– Tak. Reynolds kazała nam tu przyjechać. Nie masz nic przeciw, jak sądzę?

– A skąd. – Stark włączył skaner i zmienił skalę obrazu, by objąć nim większy teren. Czołgi Lamonta stały w sześciu grupach gotowe rozpieprzyć wroga z flanki. – Wstrzymaj ogień, dopóki nie wydam rozkazu.

– Nie ma sprawy – odparł pancerniak. – Mamy tu wiele idealnych celów. To będzie łatwiejsze niż ćwiczenia na strzelnicy.

– Ethan – wtrąciła Vic – wysłałam do was także nasze transportery opancerzone. Trafią za tę grań, aby dać wam wsparcie.

– Dzięki. – W tym rozgardiaszu zupełnie zapomniał o wsparciu pancernym, jak każdy piechociarz najbardziej polegał na własnej broni. – Dobra robota. Cholernie dobra robota.

– Sargento?

Stark odetchnął, zdając sobie nagle sprawę, że wstrzymał oddech.

– Anita? Kapral Gomez?

– Sí. Sierżant Sanchez został lekko poturbowany podczas ostrzału artyleryjskiego. Część stropu bunkra zawaliła mu się na głowę. Stracił połowę systemów w pancerzu, ale poza tym nic mu się nie stało. Co mamy robić, sierżancie? Artyleria dalej będzie nawalała?

– Ale już nie nasza – obiecał jej Stark.

– Gracias a Dios. Wolałabym nie przechodzić po raz drugi przez coś takiego.

– Jeśli taka będzie wola boża, zostanie ci to oszczędzone. A teraz wyłaźcie po raz kolejny na powierzchnię. Pierwsza fala ataku została zapewne zmieciona z powierzchni, lecz wróg może lada chwila zebrać siły i przypuścić kolejny szturm na wasze pozycje. Ale bez obaw. Za moment dorzucę im kilka poważniejszych zmartwień, więc wystarczy, że wytrzymacie jeszcze parę minut.

– Sí, sargento. Będziemy się tutaj bronić, dopóki piekło nie zamarznie. To wzgórze jest nasze. Zapłaciliśmy za nie słono, więc nikogo obcego tutaj nie wpuścimy.

– Stark? – Znowu Milheim, dowódca czwartego batalionu. – Mamy bronić dotychczasowych pozycji? – W jego głosie pobrzmiewało niedowierzanie.

– Nie. Słuchajcie mnie wszyscy. – Ujrzał ich oczami wyobraźni. Opancerzone postacie wciąż zmierzające na pozycje wyjściowe, albo trwające na nich i czekające na jego słowa pod baldachimem czerni i gwiazd. – Wróg dotarł tak daleko, jak mógł. A teraz tak mu skopiemy dupsko, że na dłużej straci ochotę do włażenia nam na odcisk. Dzisiaj odpłacimy za to, co zrobił trzeciej dywizji.

– Czy to znaczy, że nie bierzemy jeńców? – zapytał któryś z podoficerów.

Stark wyobraził sobie Grace’a, który chciał osobiście zabić generała Meechama i w ten sposób pomścić poległego brata. Teraz on miał okazję zrobić coś podobnego, doprowadzić do rzeźni porównywalnej z tą, jaką wróg urządził trzeciej. Zacisnął mocno szczęki, czując przypływ gniewu.

– Nie, nie, nie! Bierzemy jeńców. Jesteśmy żołnierzami, panie i panowie. Amerykańskimi żołnierzami. Nie zapominajcie o tym, mimo wszystkiego, co was ostatnio spotkało. Nie zabijamy ludzi, którzy nam się poddadzą.

– Przyjąłem – potwierdził Milheim w imieniu całego batalionu.

Stark zamilkł na moment, zastanawiając się, jak ma brzmieć jeden rozkaz wydany wszystkim żołnierzom czwartego oraz jeszcze liczniejszej zbieraninie uciekinierów, którzy dotarli aż tutaj.

– Słuchajcie mnie wszyscy, którzy stoicie za tą granią. Od tej chwili przechodzicie pod rozkazy Milheima. Zrozumiano? Vic, możesz ich dać na jeden kanał?

– Przyjęłam. Chwileczkę. Załatwione. Masz wszystkich na jednej częstotliwości.

– Świetnie. – Stark przełączył się na inny kanał, aby przemówić do jednostek zamykających wyłom na obu skrzydłach. – Wstrzymać ogień, dopóki nie wydam rozkazu.

Zaczął przełączać obrazy na skanerze, aby przyjrzeć się sytuacji oczami żołnierzy przebywających w różnych miejscach pola bitwy. Z wieżyczki jednego z ukrytych czołgów dostrzegł masę oznaczonych symbolami sylwetek kryjących się w cieniu przeciwległego zbocza. Ocenił szybko liczebność przeciwnika – znajdowała się tam cała kompania. Żołnierzy wroga przybywało z każdą chwilą, właśnie przygotowywali się do przeprowadzenia frontalnego ataku. Ci ludzie byli pewni, że lada chwila złamią do reszty ducha ostatnich obrońców kolonii.

– Czekajcie... – Po lewej jeden z operatorów broni przeciwpancernej namierzał właśnie transportery opancerzone zamierzające dać wsparcie zgromadzonej u stóp wzgórza piechocie. Laserowy celownik spoczął już na pękatej burcie jednego z wozów. – Czekajcie. – Na szczycie wzgórza Gomez rozstawiała resztki swojej drużyny i ludzi Sancheza w nowo zaaranżowanej scenerii, ignorując jednak zupełnie wojska wkraczające bezpośrednio do wyłomu. Ostrzeliwała za to nieustannie kolejnych żołnierzy wroga, którzy próbowali przegrupować się do przeprowadzenia następnego ataku. – Czekajcie. – Znów znalazł się na prawej flance wyłomu, gdzie kompania Delta czekała pod Zamkiem. Żołnierze dyszeli ciężko, jak konie wyścigowe przed ważnym biegiem. – Czekajcie. – Wrócił do czołgów i raz jeszcze przyjrzał się piechocie wspinającej się na szczyt wzniesienia, prosto na niego. Łatwo, oj, jak łatwo było wyobrazić sobie siebie samego pośród nich, szykującego się do ataku, czującego dzięki adrenalinie uniesienie i przerażenie zarazem. To nie potwory, tylko tacy jak ja żołnierze, którzy wkrótce zostaną poszatkowani na kawałki krzyżowym ogniem. Szlag by to trafił. Ale to przecież nie ja rozpętałem tę wojnę, nie ja sprowokowałem tę bitwę, niemniej zrobię wszystko, by jej nie przegrać, tak samo jak nie pozwolę im zabić więcej moich ludzi niż to konieczne.

Stark czekał. Czekał, aż pierwsza fala atakujących dotrze pod sam szczyt wzniesienia.

– Teraz. Otworzyć ogień. Wszystkie jednostki wkraczają do akcji.

Wróg przedostał się przez grań i ruszył prosto na lawinę ognia czwartego batalionu oraz zebranych uciekinierów. Atakujący zatrzymali się tak nagle, jakby trafili na lity mur. Idący na przedzie żołnierze polecieli do tyłu. Odrzucani impetem trafień, sunęli nad przeciwległym zboczem majestatycznie, koziołkując wolno, popychani kolejnymi pociskami i strumieniami powietrza uchodzącego z przebitych pancerzy. Od czasu do czasu zawadzali bezwładnymi rękoma albo nogami o powierzchnię, powodując lawiny kamyków i pyłu, które towarzyszyły im w tym filmowym zwolnionym upadku. Widok ten przywodził na myśl perwersyjnie piękną wizję piekła namalowaną przez szalonego artystę, a jej tłem był szary martwy krajobraz pocięty głębokimi cieniami i oślepiająco biała tarcza słońca.

Główne siły wroga dotarły tuż pod grań, ale zanim atak został podjęty na nowo, stojące na odsłoniętej przestrzeni oddziały trafiły w krzyżowy ogień z obu flank. Jedna chwila wystarczyła, by przerzedzić tę masę ludzi. Nagle na zboczu zrobiło się pusto, tylko kilku niedobitków uciekało ku widocznej w dali równinie.

Stark przełączał się szybko z kamery na kamerę, sprawdzając sytuację na pozostałych odcinkach. Zobaczył wrogie transportery zamieniające się w kule ognia, a potem plujące odłamkami metalu i strumieniami gazów. Ujrzał żołnierzy, których ten widok zmusił do zastanowienia, zatrzymania, a w końcu wycofania pod naporem ognia ze wszystkich stron.