Dotyk - Tomasz Hildebrandt - ebook
Opis

Marsylia, czasy współczesne. W mieście dochodzi do serii brutalnych zabójstw: palone żywcem, giną wyłącznie osoby pochodzenia arabskiego. Wybuchają gwałtowne zamieszki, podsycane wydanym przez władze zakazem publicznego manifestowania wiary w islam. Oliwy do ognia dodają planowana wizyta premiera, otwarcie nowego meczetu oraz zapowiadane zamachy terrorystyczne. Co bardziej „praworządni” obywatele próbują wziąć sprawy we własne ręce: ulice patrolują bojówki, bezwzględnie rozprawiające się z każdym, kto budzi ich podejrzenia. Wojna domowa wisi na włosku. Rwą się więzi społeczne, nieufność i podejrzliwość uniemożliwiają jakiekolwiek porozumienie. Wydaje się nieprawdopodobne, żeby splot wydarzeń, które doprowadziły do największego kryzysu we współczesnej Francji, był dziełem przypadku. Ale kto za tym stoi? Jaki jest jego ostateczny cel? Czy uda mu się go osiągnąć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 517

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Barbara Milanowska (Lingventa), Kamil Kowalski

Zdjęcia na okładce:

© Henryk Sadura/Shutterstock

© VICHAILAO/iStockphoto.com

Copyright © for the text by Tomasz Hildebrandt

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0591-3

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Zwęgleni ludzie. Zło się szerzy. Cała planeta stoi w ogniu.

Za późno. Piekło.

Jean-Claude Izzo, Solea[1]

I

W głębi mieszkania trzasnęły drzwiczki od lodówki. Buty o twardej podeszwie zastukały o drewnianą posadzkę, zapiszczały na zakręcie w progu salonu. Zbliżyły się do skórzanej sofy o szarej barwie przyprószonej cieniami. Stojąca w rogu lampa na metalowej nóżce tworzyła w pomieszczeniu atmosferę nieśmiałej randki. Barwiła ściany pomarańczową poświatą szklanego klosza.

Mężczyzna usiadł w fotelu, uprzątnął biurko i położył na nim styropianowy pojemnik. Wyprostował się, przeczesał palcami włosy, których siwe, cienkie kosmyki układały się jak namoczone w wodzie. Poprawił okulary w pozłacanych oprawkach i zapatrzył się w swoje odbicie w ekranie monitora. Czerń była tak głęboka, jakby otwierała się w trzecim wymiarze, zapraszając do wewnątrz. Przez to jego ociężała sylwetka zdawała się zasysana do środka, lekko napęczniała i zniekształcona.

Zdjął okulary i odłożył je na stolik, soczewkami w swoim kierunku, jakby zapragnął zmierzyć się z nimi wzrokiem. Strzepnął z rękawów marynarki niewidzialny kurz, lekko uniósł się i poprawił spodnie, zaprasowane na żyletkę kanty układając dokładnie na środku kolan. Nachylił się i przetarł czubki wyglancowanych, ręcznie szytych trzewików, ściągnął białą nitkę, która wzięła się nie wiadomo skąd i przylgnęła do czarnej skóry. Wyciągnął spod rękawów mankiety białej koszuli z pozłacanymi spinkami, poprawił krawat w płochliwe bordowe zygzaki. Wyglądał na emerytowanego księgowego, popularnego prawnika lub bardzo dystyngowanego urzędnika wyższego szczebla. Każdy z nich musiałby się jednak wybierać na pogrzeb: mężczyzna miał na sobie nieskazitelnie czarny garnitur. Przybrał przy tym śmiertelnie poważną minę.

Przymknął oczy i zamarł, jakby na chwilę przysnął. Gałki oczne wierciły się jednak i pulsowały pod powiekami niczym oznaki obcego życia. Przez głowę przepływały mu zapewne rzeki obrazów, z których próbował wyłowić te najważniejsze. Najciekawsze wspomnienia, najpiękniejsze chwile, migawki zdjęć i klisze pourywanych scenek. Uszy poruszyły się nieznacznie, dostrajając do rozbrzmiewających w głowie dźwięków. Minimalnie podniosły się kąciki ust, ale zaraz opadły. Mógł to być tik nerwowy lub cień przelatującego przy lampie owada. Poza tym pomarszczona twarz pozostawała bez ruchu. Jeśli nie kamienna, to z wosku. Bezbarwna i zimna.

Mężczyzna ocknął się po kilkunastu minutach, jednocześnie otworzył oczy i usta, nabierając do płuc powietrza. Wypuścił je przez nos z cichym świstem. Nerwowym ruchem zdjął marynarkę i odpiął mankiet koszuli, podwinął rękaw do wysokości łokcia. Zacisnął pięść i drugą dłonią kilka razy poklepał przedramię. Opuszką palca wymacał żyłę. Jego gesty nabierały prędkości, jakby się spieszył. Gonił coś lub przed czymś uciekał.

Zdjął wieczko styropianowego pojemnika i wyciągnął z wyżłobienia niewielką strzykawkę. Cienka strużka herbacianego płynu wystrzeliła w powietrze i opadła na blat stołu kilkoma lśniącymi kroplami. Przytaknął swojemu odbiciu w ekranie komputera i wkłuł cienką jak włos igłę w nabrzmiałą żyłę. Centymetr sześcienny bursztynowej substancji znikł w organizmie w ciągu sekundy. Strzykawka wylądowała na stole, otwarta dłoń zwisła pomiędzy nogami. Plecy mężczyzny zaokrągliły się, sylwetka straciła pion i przesunęła się w prawo, załamała w połowie pleców.

Przez chwilę oddychał szybciej, jego ciałem wstrząsnęły dreszcze. Uspokoił się, szepcząc niezrozumiałe słowa, sobie tylko znaną modlitwę, w której jak refren padało kobiece imię. Zrobił, co musiał. Wymagały tego okoliczności. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Zrobił to dla siebie, ale przede wszystkim dla bliskich. Dla dobra innych.

Zanim zapadł w sen, dostrzegł stojącego w drzwiach salonu wysokiego, szczupłego mężczyznę. Oświetlony od tyłu światłem wpadającym z holu przypominał sylwetkę wyciętą z czarnego papieru, fragment scenografii z teatru. Oczy zamknęły się i otwarły, postać znikła i pojawiła się w nieco zmienionej, rozmazanej formie. Demon, który pojawia się pośród żywych na znak nadchodzącego nieszczęścia. Zmaterializowany lęk.

W zapadłej nagle ciszy potoczyła się puszka.

Kilka sekund wcześniej z równoległej ulicy z piskiem opon wystartował jakiś rozklekotany samochód. Grat stukał blachami, jakby uciekał złomowiskowemu hyclowi. Gdyby nie to, że między jednym dźwiękiem a drugim powstała nienaturalna pauza, Piffre – Grubas połączyłby oba hałasy w jedno: ze startującego auta odpadł kołpak lub kawał karoserii. Ale to musiało być coś innego.

Przystanął, obejrzał się za siebie. Kot? Szczury? Możliwe, cała okolica wyglądała jak jedno wielkie śmietnisko. Zawiani gówniarze grający puszką w piłkę nożną? W takim przypadku byłoby słychać krzyki i piski, przekleństwa. Już szybciej natknąłby się w tym miejscu na dilerów i ćpunów. Stare magazyny portowe aż prosiły się o towarzystwo zakapiorów. Dziwne, że jeszcze nikt nie nagryzmolił sprejem na murze stosownego napisu. Niegłupi pomysł, stwierdził Piffre, może udałoby się ściągnąć tu młodociane męty z centrum. Niech wprowadzą sobie w dokach nawet stan wojenny, żeby tylko resztę miasta zostawili w spokoju.

Wzruszył ramionami i przyspieszył kroku. Do domu został mu jeszcze kawał drogi, chociaż szedł na skróty. Gdyby te gnidy zaanektowały kwartał, musiałby drałować naokoło, jak frajer. Piętnaście minut dłużej w jedną stronę, pół godziny w dwie. Kawał czasu, zważywszy, że i tak większość dnia spędzał w robocie. I nocy. W domu tylko żarł, srał i kimał, a i to w pośpiechu. Chętnie cofnąłby się choćby z piętnaście lat. Wtedy za połowę dzisiejszej harówy płacili prawie tak samo. Legalnie, z pocałowaniem w dupę. Pomyśleć, że im kiedyś tak chętnie ją do tego wystawiał, wypinał się, krytykował i narzekał. Teraz bez zastanowienia posłałby pocałunek w drugą stronę, gdyby miał taką okazję. Nie miał. Francja coraz bardziej schodziła na psy.

Minął betonowe ogrodzenie porośnięte szczeciną stalowych prętów, skręcił w prawo i wszedł w ciasny przesmyk między halą magazynową a pawilonami biurowymi. Jedno i drugie wymarłe i zdezelowane. O betonowe nabrzeże klaskała woda, wybijając nierówny rytm, przypominający niepewną owację zdegustowanej widowni. Zalatywało zgniłymi rybami i szambem.

Puszka potoczyła się znowu. Piffre przystanął, spojrzał za siebie.

– Jest tam kto? – rzucił w przestrzeń niepotrzebne pytanie.

Odpowiedział mu świst powietrza, jakiś obiekt przeleciał mu tuż obok głowy i z trzaskiem rozbił się o mur hali.

– Hej! – krzyknął, próbując dodać sobie odwagi.

Już raz zatrzymały go debilne wygłupy jakichś smarkaczy. Ryknął i prysnęli, w powietrzu został po nich tylko hipnotyzujący zapach shitu. W końcu nieprzypadkowo nazywano go Piffre – Grubasem. Prawie sto czterdzieści kilo przy stu osiemdziesięciu centymetrach wzrostu robiło wrażenie. Przesunął torbę na plecy i przybrał bojową postawę, zacisnął pięści.

– Jak jesteś taki chojrak, to pokaż mordę, żebym mógł w nią trzepnąć. A jak cię tchórz obleciał, to spierdalaj!

Odczekał chwilę, w której nic się nie wydarzyło, i ruszył dalej. Spokojnie, równym rytmem, żeby opanować pędzący oddech. Od dziecka musiał znosić głupie kawały. Szczerze ich nienawidził. Reagował agresją, siłą. Tylko w ten sposób był w stanie wywalczyć sobie pozycję i szacunek. Miał świadomość, że i tak już na wieki zostanie tłuściochem. Ale przynajmniej takim, z którym nikt nie zadziera.

Kolejna butelka zafurkotała i tym razem trafiła. Piffre jęknął i odruchowo zasłonił się ręką. Odwrócił się, wytężając wzrok. To, co przez sekundę wydawało mu się przywidzeniem, zamieniło się w ruchomą białą plamę. Ktoś biegiem zmierzał w jego kierunku. Dwóch, dwie jasne plamy nabierające konturów. Bez zastanowienia wyrwał z miejsca z impetem, na jaki pozwalały mu gabaryty ciała, nabierał prędkości. Ci dwaj, kimkolwiek byli, na pewno nie mieli dobrych zamiarów. I mogli mieć broń. Era uczciwych pojedynków na pięści skończyła się lata temu. Nie ryzykował, gnał ku otwartej przestrzeni. Ku światłu.

Wypadł zza zakrętu i stanął jak wryty. Światło uderzyło go z siłą pięści, przymknął oczy. Znajomy widok zatańczył mozaiką barwnych krążków. Piffre zasłonił się łokciem. Przez zmrużone powieki dojrzał snopy samochodowych reflektorów. Ludzkie postacie przesuwały się w nich jak cienie, jak przybysze z obcej planety. Duchy, zmaterializowane lęki. Co jest?! – próbował krzyknąć, ale w ustach zabrakło mu wilgoci. Z chropowatej krtani wyrwał się tylko bełkot.

W powietrze wzbiły się przedmioty podobne do ptaków oglądanych pod słońce, czarne punkty. Coś trafiło go w bark, kamień potoczył się tuż przy nodze. Piffre cofnął się, stracił równowagę i upadł. Ziemia pod ścianą hali zawalona była połamanymi deskami i paletami w ilości, jakiej tam jeszcze nigdy nie widział. Jakby ktoś naznosił sobie drewna na opał. Podniósł się i wdrapał na stos z nadzieją, że dosięgnie któregoś z okien. Zachwiał się i przytrzymał ściany, podskoczył. Ręka trafiła na ramę najeżoną zębami wytłuczonej szyby, z przeoranej skóry trysnęła krew.

– Skurwysyny! Wezwę policję!

– Za późno, śmieciu! – usłyszał od strony światła. – Lepiej się módl!

– Co? – Spróbował zmierzyć się z reflektorami aut.

– To, brudzie!

Jeden z reflektorów rozpalił się prawdziwym ogniem, wzbił się w powietrze. Po nim dwa kolejne. Zapachniało olejem. Butelki z benzyną eksplodowały niemal równocześnie. Piffre rozdziawił usta, ale nie zdołał krzyknąć. Ze zdziwieniem przyjrzał się swoim płonącym nogom, ogień na twarzy zdał się delikatnym swędzeniem. Dokładnie widział pęczniejącą i pękającą jak wrzody skórę rąk. Ból przyszedł równocześnie ze ślepotą, gałki oczne wyparowały mu niczym meduzy na słońcu, tylko dużo szybciej. Wciągnął ogniste powietrze do płuc, ryknął. Rzucił się do ucieczki, ale źle obrał kierunek, trafił w ścianę. Upadł na deski, prosto w szalejącą pożogę. Podniósł się jeszcze na rękach, zastygł w tej pozycji na długie sekundy. Zwalił się w żar razem z pękającymi paletami.

Biegł.

Słabo oświetlone zaułki nocnego miasta szatkowane przez reflektory i lampy uliczne zlały mu się w jedno, rozbijały na cząstki i łączyły w najdziwaczniejszych konstelacjach. Układanka kalejdoskopu przelewała się z lewa na prawo, kaskadą opadała w dół, by nagłą erupcją powędrować w górę. Julian potykał się i przewracał, potrącał ludzi, obijał się o krawędzie budynków. Bez określonego kierunku i celu biegł, byle szybciej i dalej od tego przeklętego miejsca. Od tego piekła.

Od dziecka wierzył w dobro i zło, anioły i diabły, niebiańskie ogrody i ognie piekielne. Grzesznicy smażyli się w smole, posłuszni i bogobojni doznawali zaszczytu zbawienia. Dokładnie zapamiętał słowa duchownego, u którego służył jako dziecko do mszy. „Ostatni będą pierwszymi”. Julian zawsze był ostatni, na szarym końcu w nauce, sporcie i w kolejce do dziewczyn. Po śmierci matki także do jedzenia. Dla takich jak on nie ma pracy, znał to stwierdzenie na pamięć. Ledwo zasługuje na życie, jak kilka razy zdarzyło mu się usłyszeć. Po prostu wegetował gdzieś na obrzeżach ludzkości, gryzoń żywiący się resztkami po innych. Mech porastający mury porzuconych budynków.

Dlatego nie miał wątpliwości, że doświadczył zła w czystej postaci. Do kuksańców i wyzwisk przywykł już dawno. Gówniarze wracający ze szkoły robili sobie z niego spluwaczkę, schlane wyrostki pisuar, jeśli akurat miał pecha leżeć pod niewłaściwą ścianą. Nieraz oberwał butelką czy kamieniem, na przyzwoite lanie nie zasługiwał, był nic nieznaczącym nikim. Marne życie takich jak on, bezdomnych cieni z ulicznych rynsztoków i osiedlowych śmietnisk, po prostu znika, nie zasługuje na tyle uwagi, by poświęcić mu energię nieopanowanej agresji. Zawinionej czymś nienawiści. Bezlitosnej tortury i śmierci.

Nie zatrzymywał się. Pędem wypadł z nieoświetlonej wąskiej uliczki i wylądował prosto na masce przejeżdżającego auta. Zawyły klaksony, przenikliwie pisnęły hamulce. Podcięty zderzakiem wpadł ślizgiem na przednią szybę zielonego peugeota, zajrzał głęboko w oczy pasażerce o czarnych jak węgiel włosach z krótką grzywką przyklejoną do czoła. Stoczył się na jezdnię, podniósł i znowu pognał do przodu. Najpierw chodnikiem, slalomem omijając ludzi, którzy przystanęli na widok wypadku. Po stu metrach skręcił w zacieniony zaułek, zniknął w ciemności zaaferowanym i zdegustowanym gapiom.

Utykał. Ból w kolanie nie przyszedł natychmiast, odczuł go dopiero po kilku minutach. Zatrzymał się pod obrośniętym chwastami murem, nachylił, by uspokoić oddech. Z ust ściekała mu gęsta ślina, z oczu kapały łzy. Nie tylko przez nie świat zamienił się w pofałdowane szkło. Julian był krótkowidzem, a ostatnią parę okularów zgubił kilka lat temu. Odmówili mu nowych, więc dalej nie prosił. Nie rozumiał, że w fundacji zabrakło pieniędzy. „Nie” oznaczało dla niego wyłącznie „nie”, słowo „tak” słyszał tak rzadko, że nie znajdował w nim żadnej treści. Słowa nigdy nie miały zrozumiałego znaczenia, więc niewiele mówił. Prawie nigdy do obcych, czasami tylko do siebie. I głównie szeptem, jak teraz.

– Co tam? – Ze schowanego w mroku kąta najbliżej bramy oderwała się czyjaś postać. – Co mówisz?

Julian rzucił się do ucieczki, ale zdołał wykonać zaledwie trzy kroki. Syknął z bólu i ukląkł.

– Spokojnie, brachu, nic ci nie zrobię. Nie masz przypadkiem ognia? Nie? To po chuj mi cię tutaj diabli nadali?

Postać wykonała nieokreślony ruch dłońmi, zgarbiła się, strzelił mechanizm zapalniczki. Strzelał raz za razem. Na twarz obcego mężczyzny skakały mikroskopijne iskry, nadając dziobatym, śródziemnomorskim rysom diaboliczny blask. Nagły płomień wyskoczył na wysokość męskiego palca, prawie wypalił mu oko.

– Fils de pute! – syknął, rzucając zapalniczkę przed siebie. Głośno zaciągnął się papierosem. W oknie przeciwległej kamienicy rozbłysło światło, zalewając ich bladą poświatą. – Jezu, chłopie, wyglądasz jak trup. I cuchniesz, jakbyś co najmniej tydzień gnił w ziemi. Spierdoliłeś z własnego pogrzebu czy co? Czegoś się tak wystraszył, świętego Piotra? Szatana?

Julian zadrżał. Widok ludzkiej pochodni przykleił mu się do powiek od środka i nie chciał zniknąć. Ryk gasnącego życia wciąż rozbrzmiewał w uszach z tą samą siłą, nie chciał zgasnąć. Swąd palonego mięsa wżarł się w wewnętrzne ścianki nosa i język. Smakował palonymi przez młodocianych przestępców bezdomnymi kotami i psami, wywoływał torsje. Julian splunął z obrzydzeniem i wybełkotał niezrozumiałe słowo.

– Co mówisz, kumplu?

– Demony.

Mężczyzna parsknął śmiechem, ale kiedy zajrzał Julianowi w oczy, wykrzywił twarz i cofnął się na powrót do bramy, której pilnował. Jeszcze nigdy nie widział w niczyim spojrzeniu tak skondensowanego przerażenia. I tyle prawdy.

Wody Morza Śródziemnego wzbierają, wrą. Pofałdowana powierzchnia przypomina wzgórza spiętrzone tektoniczną mocą kreacji. Fale powstają z głębin jak kraken, jedna za drugą, całe rzędy, oddziały potworów. Tsunami osiągnęło już brzegi, truchlejemy z lęku przed utonięciem w głębinach.

Céline poirytowana pokręciła głową, nacisnęła klawisz backspace i wymazała pierwsze zdania. Nocą znów popadała w melancholijny nastrój, myśli układały się w zbyt poetyckie frazy. Powinna zacząć pisać książki, ale brakowało jej cierpliwości. Nigdy nie wychodziła poza kilkanaście stron, raz napisała pięćdziesiąt. Bała się nadmiaru słów jak wody. Kąpiąc się w morzu, nie odchodziła zbyt daleko od brzegu. Od razu traciła perspektywę, a w przypadku książek dodatkowo sens plecenia tkaniny zdań, która rzadko spełniała przewidywany cel. Preferowała konkret, dokument, realną informację konstruowaną dla określonego odbiorcy. Forma felietonu dawała jej wystarczającą wolność, żeby mieszać prawdę z własnymi domysłami. Praktykowała też pisanie klasycznych artykułów, w szczególności dotykających ważkich społecznie spraw. Niekiedy rzucała się w wir śledztw, jeśli uznała, że są warte jej pasji. Dziennikarstwo nie było dla niej po prostu zawodem, było życiową misją.

Kataklizm zbliża się wielkimi krokami, dopadnie nas w ogłupiałym półśnie, jeśli się w porę nie ockniemy. Dajemy się otumanić kłamstwami, słyszymy je i powtarzamy gromko, żeby zagłuszyć głosy zdrowego rozsądku. Bardziej niż zagłady zdajemy się bać samych siebie. Nie dopuszczamy nawet pojedynczej myśli o zmianie, w kategoriach rozumowania nie różnimy się wiele od starożytnych Rzymian, którzy z identycznym fatalizmem i niemocą oczekiwali najazdu hord barbarzyńców.

Ciągle nie to. Nie potrafiła pisać o sprawach uchodźców bez emocjonalnego zaangażowania. Za dużo było w mediach przekłamań i mitów, sączenia bezpodstawnego lęku i szkicowania profetycznych wizji. Histerię najbardziej podsycał internet, ale telewizja i prasa nie pozostawały w tyle. Obcinane głowy, strumienie krwi, gwałty i zamachowcy samobójcy. Uchodźcy zjedzą nasze jedzenie, odbiorą nam pracę, zapłodnią kobiety, skażą naszą krystaliczną kulturę, zbrukają rasę. Przestaniemy istnieć – zamienimy się w nich! Biada nam, biada!

Merde! Céline wstała z fotela i przeszła się po ciemnym pokoju. Przetarła oczy, rozmasowała kark. Stanęła przy oknie i przez szparę w rolecie obserwowała skąpaną w pomarańczowym świetle latarni ulicę. Bruk mienił się jak tafla skamieniałego jeziora. Z jednego z zaparkowanych wzdłuż chodnika aut płynęła muzyka dyskotekowa. Jakaś kobieta wyłoniła się zza rogu, niepewnym krokiem sunęła wzdłuż przeciwległych kamienic. Kiedy znalazła się dokładnie naprzeciwko, uniosła głowę, wycelowała spojrzenie w okno mieszkania Céline, jakby wyczuła śledzący ją wzrok. Céline odskoczyła, przylgnęła do ściany pokoju. Bała się ludzkich spojrzeń, miała ku temu powody.

Incydent otrzeźwił ją, wróciła do biurka.

Wzorem starożytnych Rzymian to my realizujemy doktrynę zderzenia kultur. Niszczymy każdą, którą uznajemy za niższą. Jeśli się nie da dyplomacją i metodami miękkimi, spuszczamy bomby, palimy domy. Kiedy obcy zaczynają uciekać w naszym kierunku, z trwogą stwierdzamy, że są jednak prawdziwymi ludźmi, nie doniesieniami prasowymi. Zbyt głośno domagają się prawa do życia zamiast po cichu zdychać w obozach. Nie atakują, lecz poddają się. Nie mordują, ale błagają o litość. My jednak nie chcemy ich biedy i strachu, mamy dość własnych.

Zawiesiła dłonie nad klawiaturą. Przebiegła wzrokiem po kilku ostatnich wersach i przygryzła wargę. Jak daleko powinna się tym razem zapędzić? Granica między akceptowalnym a niedozwolonym stawała się coraz węższa. Jeśli ją przekroczy, wydawca nie opublikuje felietonu, będzie zmuszona zamilknąć. Czytelnicy nie wybaczą jej jednak konformizmu, jeśli wyczują, że klęka przed redakcyjną cenzurą. Nie zechcą jej czytać. Tak czy siak straci głos, przestanie uczestniczyć w debacie.

Odepchnęła się od biurka, fotel na kółkach odjechał na metr, siedzenie wykonało półobrót wokół własnej osi. Wstała, znów podeszła do okna. Muzyka zamilkła. W nocnej ciszy jej gołe stopy klaskały o podłogę. Letni skwar ciągle wisiał w mieszkaniu, wyciskając pot z każdego kawałka skóry.

Kobieta zniknęła, więc Céline odważnie podniosła rolety i cała przejrzała się w szybie. Nocna Marsylia wyglądała normalnie. Odległe blokowiska roiły się rozświetlonymi oknami, światła zatoki zlewały się w żółty półksiężyc z trójkątnym grotem przystani wdzierającym się w głąb miasta, prawie do samej bazyliki. Zamek d’If zamienił się w kupkę otoczonego mrokiem księżycowego blasku. Pozorny spokój, zwodząca harmonia. Céline doskonale wiedziała, co czyha w czarnych zaułkach, w niewidocznych dzielnicach. Tkanka miasta przeistaczała się, żeby przez noc nabrać nowej struktury, zaskoczyć mieszkańców nową postacią.

O tym powinna pisać – o zagrożeniu, które mieszkańcy Marsylii mają pod nosem. Nawet nie zauważą, jak z samego rana niedostrzegalne palce zacisną im się na gardle. W samozadowoleniu z krótkotrwałego zwycięstwa będą się klepać po plecach, z wyższością spoglądając na tych, którzy ciągle pozostają w nieznacznej mniejszości, przez co muszą przegrywać. Demokracja potrafi być nieubłaganym narzędziem cywilizowanego terroru. Tym razem uderzyła w tradycje przybyszów z arabskiego świata, zakazując im eksponowania religijnych symboli, zakrywania twarzy i głowy.

Céline objęła swoją chudą szyję kościstymi palcami, ścisnęła. Zaczęła liczyć. Przy sześćdziesięciu pięciu wyrwała się z samobójczego uścisku, głośno nabrała powietrza i zakaszlała. Poduszą się, była tego pewna. Z żarłoczności, pychy i nienawiści do wydumanego wroga. Z ludzkiej, niemającej końca głupoty.

Wróciła do komputera. Jest Kasandrą, która przynosi najgorsze wieści, ogłasza nadchodzącą zagładę.

Urzędowo nakazując odkrywać głowy i twarze, skazujemy się jednocześnie na obnażenie naszego prawdziwego oblicza. Gęb faszystowskich demonów, które zapuściły w nas swoje korzenie i ponownie kiełkują. A tego chwastu nie da się łatwo wyplenić.

Przedpokój tonął w ciemności.

Mrok wydawał się aż gęsty, jakby utworzony z substancji nieprzepuszczającej światła. Pachniało perfumowanym mydłem i damskim szamponem, w powietrzu unosiła się wilgoć po niedawnej kąpieli.

W sypialni zapaliła się lampa. Cienki jak papier sztylet światła przeciął przedpokój w połowie, wyznaczył kierunek. Claude ruszył w tę stronę zwabiony jak owad. Bezszelestnie zbliżył się do drzwi i przez mikroskopijną szparę zajrzał do środka. Dostrzegł wycinek przestrzeni z kawałkiem sosnowej toaletki i bordową zasłoną w tle. Czekał. Po kilkunastu sekundach przy toaletce usiadła kobieta. Widział jej szczupły profil do połowy przykryty wodospadem włosów. Były lekko kręcone, lśniące od wody, o niemal czarnym kolorze, który, gdy włosy wyschną, nabierze aksamitnego odcienia. Claude wiedział to, bo znał tę kobietę. Do niej tu przyszedł.

Delikatnie naparł barkiem na drzwi, otworzyły się bez najmniejszego dźwięku. Teraz mógł przyjrzeć się plecom o wyraźnie zarysowanej linii kręgosłupa, które kończyły się okrągłymi pośladkami o głębokim, tajemniczym wycięciu. Tego właśnie pragnął, zgłębić tę tajemnicę. Rozłupać ten tyłek niczym skorupkę jajka, dobrać się do jej wnętrza. Kobieta nachyliła się i podrapała w prawą kostkę, włosy zaszeleściły na gołych ramionach. Odrzuciła je, na chwilę odkrywając twarz. Rzęsy zakręcone jak na obrazku.

Nie usłyszała go, kiedy się skradał. Robił to umiejętnie, miał wprawę. Operacje planował z odpowiednim wyprzedzeniem, dokładnie analizował możliwości i warianty. W wyobraźni dziesiątki razy przebywał wyznaczoną drogę do celu, opracowywał ruchy i przygotowywał moment zaskoczenia. Traktował tę grę wyjątkowo poważnie. Nie zamierzał zdradzić swojej obecności przedwcześnie, dać jej czasu na reakcję. Ułożył sobie wszystko w wyobraźni i tak właśnie miało być. Nie tolerował żadnych odstępstw, nie przyjmował półśrodków. Zrobił to w myślach w pracy, pomiędzy jednym telefonem a drugim. Teraz odegra tę scenę naprawdę.

Lustro na toaletce stało pod kątem, nie mogła go widzieć. Była zresztą tak skoncentrowana na sobie, że odseparowała się od całego świata. Nie dziwił się, była doskonała. Piękna pod każdym względem, niezależnie od standardów i gustów. Gdyby sam miał być kobietą, to właśnie taką. Tworzącą mężczyzn i niszczącą ich jednym spojrzeniem. Samym swoim istnieniem udowadniającą boskość świata. Zdawała się bardziej stanem energii, zjawiskiem niż żywą istotą.

A on miał ją zaraz posiąść.

Stanął tuż za nią. Powąchał jej włosy, po czym płynnym ruchem objął ją ramionami, lewą dłoń przyciskając do piersi, prawą oplatając na szyi. Pragnął tego dotyku jak niczego na świecie, żywił się samą myślą, że pod palcami poczuje cudze życie. Serce kobiety na chwilę stanęło, by zaraz zatrzepotać, jakby dostało skrzydeł i wzbiło się do ucieczki. Drobne ciało wygięło się w łuk i zastygło. Nachylił się i z góry spojrzał jej w oczy, błękitne źrenice rozlały jej się na białka, po czym wypełniły pół twarzy. Tonął w nich, więc zacisnął palce na krtani, przytrzymał się jej, by nie pójść na dno. Krew płynęła podskórnym potokiem, wystarczyło naprężyć mięśnie i odpowiednio długo przytrzymać. Nie miałaby szans, zabrałby sobie jej życie na zawsze, ukrył w sobie, wchłonął.

Poprawił ucisk i nabrał powietrza jak do wielkiego wysiłku.

– Będziesz moja na zawsze – wyszeptał.

II

Wciąż czuł jej skórę pod koniuszkami palców. Mógłby ją dotykać całymi godzinami, głaskać, muskać i pieścić. Zanurzać się w oczach, oddychać włosami, opalać się blaskiem jej skóry. Pieprzyć, jak gdyby dopiero co się poznali i nigdy już nie mieli zobaczyć ponownie.

Wyciągnął dłoń i dotknął jej zdjęcia, obrysował kontur jej ramion i twarzy. Stuknął delikatnie w głowę synka, jakby mu dawał kuksańca, potargał czuprynę córeczki. Dzieciaki obejmowały jego żonę za uda, sięgały jej ledwo do pasa. Wszyscy roześmiani, skąpani w słońcu w jednej z zatok Calanques na północ od Marsylii, dokąd dostać się można tylko łodzią. Nie pamiętał już której, ale w pamięci utkwiła mu chwila, kiedy pstrykał zdjęcie. Ten kawałek wybrzeża zamknięty skalistymi ścianami mógłby pozostać ich domem. Światem wielkości ramki na biurko, gdzie mieściłaby się tylko ich czwórka.

Za przeszklonymi drzwiami gabinetu wybuchła kłótnia. Dwaj podlegli mu oficerowie ostro gestykulowali, jeden z nich czytał coś ze złożonej gazety. Claude skrzywił się i odsunął zdjęcie rodziny na swoje miejsce na biurku, między przybornikiem z wypisanymi długopisami a stosem plastikowych pojemników zawalonych makulaturą. Przysuwał plik kartek z raportami z weekendu, kiedy któryś z jego podwładnych trafił w szybę, która gruchnęła, jakby miała wylecieć. Wybiegł zza biurka i szarpnął za klamkę.

– Odjebało wam od samego rana?!

Kibicujący porucznikom podkomendni rozpierzchli się do swoich biurek, Rais Taider skrzyżował ramiona na piersi, a Armand Douis przytknął gazetę Claude’owi pod nos. Był szerszy niż wyższy, przez co musiał wysoko zadzierać głowę, żeby dosięgnąć pułapu swoich wysokich kolegów. Wyglądał trochę jak furgonetka zaparkowana przy palmach. Z okularami niby przyciemniane szyby założonymi na wysokie czoło.

– „Urzędowo nakazując odkrywać głowy i twarze, skazujemy się jednocześnie na obnażenie naszego prawdziwego oblicza. Gęb faszystowskich demonów, które zapuściły w nas swoje korzenie i ponownie kiełkują. A tego chwastu nie da się łatwo wyplenić” – wyrecytował z pamięci, jakby uczył się tekstu w drodze do pracy. – Kogo oni nazywają faszystami, nas? Wyglądam na cholernego faszystę?

Claude spojrzał na Raisa, który uciekł wzrokiem w kąt. Odpowiedź i tak można było wyczytać z jego sępiej, arabskiej twarzy. Oczywiście twierdzącą, z wykrzyknikiem, którego kształt przyjęła jego chuda sylwetka.

– W życiu, Armand, jesteś jak zdjęty z plakatu Partii Komunistycznej. Żywcem!

Jeden z młodszych policjantów zarechotał zza biurka, ale natychmiast schował nos w dokumentach, gdy Douis spiorunował go wzrokiem. Armand żachnął się i podreptał do swojego boksu, po czym ciężko opadł na fotel. Z dumą zadarł podbródek, tworząc karykaturę Mussoliniego. Claude spojrzeniem nakazał Taiderowi wejść do swojego gabinetu i zamknąć za sobą drzwi. Zaatakował, zanim podwładny zajął wskazane miejsce.

– Odwala ci, Rais. Zachciało ci się awantur z Duce? Zapomniałeś, że dostał się do zarządu związków? Będę musiał go za chwilę w dupę całować, a ty mi jeszcze wyskakujesz z takim numerem!

– Nic nie mówiłem, tylko…

– To teraz też stul pysk! – Claude pochylił się w jego stronę i spojrzał na drzwi, czy nikt nie podsłuchuje. – Chcą wypierdolić ze służby niepewny element, jak to oni określają, kolorowy, podejrzany światopoglądowo. Ciebie na przykład, może i mnie. Więc weź się lepiej do roboty i przestań rzucać im się w oczy. Sprawy same się jakoś ułożą, jak zwykle. Zrozumiano? – zapytał podniesionym głosem, jakby upewniał się, że podwładny przyjął polecenie służbowe. Na wypadek, gdyby ktoś jednak podsłuchiwał.

Rais przez chwilę wpatrywał się w okno, po czym uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Jawohl, Herr Kapitan! – mruknął, przecząc swojemu poprzedniemu gestowi.

Wstał z krzesła i bez słowa opuścił gabinet.

Claude odchylił głowę do tyłu, przeczesał włosy. Gdyby nie czynnik ludzki, uwielbiałby tę robotę. Mimo polityki sięgającej swoimi brudnymi łapskami coraz głębiej w policyjne szeregi. Mimo ciągłego obcowania ze śmiercią, psycholami i bandziorami, którym wszystko jest obojętne. Z rozrzewnieniem wspominał czasy, kiedy zajmował się jedynie trupami i procedurą śledczą. Był w tym dobry. Za dobry, jeśli dali mu awans, choć nie miał odpowiednio obstawionych znajomymi pleców i flanek. Bez względu na koniunkturę i rozdanie partyjne ktoś musiał zapieprzać, żeby inni mogli prężyć muskuły. Teraz więcej czasu spędzał za biurkiem niż w polu. A pod sobą miał bandę idiotów, których na przemian albo gonił do roboty, albo ze sobą godził. Liceum dla panienek, nie zespół do spraw przestępstw specjalnych.

Otworzył laptop i wyszukał internetowe wydanie „Le Méditerranéen”, którego wersją papierową chwalił się Duce. Swoją drogą ciekawe, skąd je wytrzasnął. Prawdziwi Francuzi z Frontu Narodowego brzydzili się lewicowymi pismami. Pewnie obserwowali konkurencję, badali grunt. Żeby wiedzieć, komu w następnej kolejności wpierdolić.

Claude prześledził wzrokiem linijki artykułu Céline Dumerc, poczytnej lokalnej blogerki i felietonistki. Dziwił się, że puścili tekst w takiej formie. Zupełnie jakby nadstawiali drugi policzek. Minął niecały miesiąc, odkąd jeden z ich dziennikarzy śledczych dostał baty pod swoim domem. Nie rozpoznał sprawców, co było w takich sytuacjach oczywiste. Facet ma przecież rodzinę, dzieci. Można być chojrakiem do czasu, później już tylko egoistycznym dupkiem. Claude zachowałby się na jego miejscu tak samo, to nie podlegało dyskusji.

Nie kontrowersyjny artykuł najbardziej zaniepokoił kapitana, ale komentarze pod spodem. Wojna rozgorzała w internecie już dawno. Tam nie patrzy się przeciwnikowi w oczy, można bezkarnie rzygać całą zawartością żołądka. Gdyby groźby i zapowiedzi forumowiczów zostały zrealizowane choćby w połowie, ze świata już dawno zostałaby chmura radioaktywnej pary, orbitującej gdzieś między Wenus a Marsem niby komecia kita. Nienawiść rasowa chyba nigdy nie była większa, nawet za rządów Vichy. Emocje sięgnęły zenitu, kiedy rada miejska wprowadziła zakaz noszenia hidżabów, burek i innych muzułmańskich szmat zakrywających twarz i głowę. Rząd nie odrzucił uchwały, a sąd jej nie zdelegalizował. W mieście, bądź co bądź, o największej w Europie mniejszości o arabskich korzeniach. Marsylia stała się laboratorium eksperymentalnym na skalę europejską. Kolejnym krokiem w kulturowej batalii między Zachodem a Bliskim Wschodem.

Wstydem dla wszystkich szanujących się ludzi.

Claude wyraźnie słyszał tykanie zegara zapalnika tej bomby, na której siedzieli. Logika polityków prawicy była zadziwiająca: tlący się żar niepokojów gasili benzyną. Nastroje pośród mniejszości etnicznych i tak były bojowe, a radni wręcz prześcigali się w ich podsycaniu, jakby prowadzili konkurs na najgorszego nazistę. Niejeden z nich byłby doskonałym kapo w obozie koncentracyjnym, z pasją przekraczającym normy krematoryjne. Pieców co prawda brakowało, ale obozy już były. Getta dzielnic północnych odgradzały od miasta coraz wyższe mury, coraz ostrzejsze zwoje drutu żyletkowego.

Bum! – i wszyscy wylecimy w powietrze.

Z trzaskiem zamknął laptop i wrócił do raportów. Przeklął, kiedy zadzwonił służbowy telefon. W ten sposób nigdy nie przebrnie przez te linijki ludzkiego cierpienia i bólu.

– Eryan! – W słuchawce zabrzmiał głos Louisa Tigany’ego, szefa. – Mój gabinet, i to zaraz!

Claude wrzucił papiery do przepełnionego pojemnika. Bezpośredni telefon od szefa oznaczał złe wieści. Przeszedł kilkanaście metrów korytarzem komendy. Gabinet komisarza znajdował się po prawej stronie, za przeszklonymi ścianami, przez które roztaczał się widok na całe piętro. W razie gdyby mu się nudziło i postanowi poobserwować podwładnych, ruszających się w zalewie roboty jak muchy w smole. Jeśli nie ogłoszono wyraźnego alarmu, w hôtel de police[2] nikomu nigdzie się nie spieszyło.

– Nawet nie podchodź do biurka, Aryan, ciebie tutaj już nie ma.

Tylko szef pozwalał sobie na oficjalne używanie tego przezwiska. Rzucał nim, jakby spluwał w twarz. Arianin, jakby Claude miał coś z tymi palantami wspólnego. Właściwie to miał, wyglądał jak model z faszystowskiego podręcznika. Doskonały przykład rasy aryjskiej, w szeregach NSDAP zrobiłby pewnie niezłą karierę. Teraz też, gdyby tylko zadawał się z odpowiednimi ludźmi. Front brzydził go jednak bardziej niż uliczni handlarze shitem, trzymał się od niego z daleka. I teraz miał za to słono zapłacić. Spodziewał się co prawda zwolnienia, ale nie aż tak szybko.

– Coś zrobił taką minę? Nie moja wina, że to miasto coraz bardziej schodzi na psy.

Louis Tigany zarżał i poprawił się w swoim skórzanym fotelu. Tronie, na którym całymi dniami odparzał sobie jaśniepańską dupę, co chwila zmieniając pozycję, żeby nie dostać odleżyn. Claude błyskawicznie rozważył opcje. Na zwolnienie lekarskie za późno. Do podstawowej, minimalnej emerytury zostało mu pięć lat, a przynależna odprawa to jakieś trzy, cztery pensje. W oczy zajrzała mu wizja biedy.

Usiadł i spuścił wzrok. Gdyby siedział przed nim ktoś inny, z całą pewnością w tej sytuacji wybiłby mu zęby, nie miał już przecież nic do stracenia. Uczynił to czterem innym facetom, którzy do tej pory w oczy nazwali go Arianinem. Pierwszy miał dwanaście lat, jeszcze w podstawówce. Drugi szesnaście, Claude musiał zdzielić go drągiem, bo był więcej niż o głowę wyższy i ćwiczył boks. Trzeci po drugiej stronie Starego Portu, kiedy odprowadzał pewną dziewczynę. Beur próbował w ten sposób bronić honoru sąsiadki, bez powodzenia. Czwarty oberwał najmocniej, Claude najbardziej się o to postarał. Kolega z jednostki, gdy jeszcze obaj deptali ulice. Pęknięta szczęka, wytłuczone górne jedynki i dolna dwójka, do dzisiaj uśmiech mu lśni implantami. Człowiek od tego czasu zwany Mâchoire – Szczęką, kapitan Karim Giroud z wydziału spraw wewnętrznych, kumpel Armanda Douisa z Solidarité Police, prawicowych związków zawodowych.

Czyżby próbowali się teraz odegrać?

Zacisnął pięść, w wyobraźni przymierzył ją do pomarszczonej gęby gryzipiórka ze sztabu, który podsunął komendantowi decyzję do podpisania. Nie wątpił, że pasuje jak ulał.

– Zdaje pan sobie sprawę, szefie, że nie puszczę im tego płazem?

Chciał kontynuować groźbę, ale zawiesił głos, bo właściwie nie wiedział, co zamierza powiedzieć. Nie miał pojęcia, na kim miałby się niby zemścić. I za co.

Zazwyczaj leniwy Tigany z zadziwiającą sprężystością skoczył na nogi. Filmowy Fabio Montale w całej okazałości, choć do Alaina Delona było mu ciągle daleko. Też reagował na swoje przezwisko jak byk na czerwoną szmatę. Z tą różnicą, że wyłącznie ze służbowego obowiązku, w końcu był szefem, a Claude jego podwładnym.

– Merde, Eryan, mam ci wpierdolić naganę? Co ci odbiło? Nie dosyć masz tutaj kłopotów? Nie ma cię tu, bo bierzesz ostatnie zgłoszenie z doków, zapieprzasz w teren. Żartowałem. Ale – zawiesił głos, wycelowawszy w podwładnego palec – na szóstą masz się stawić w biurze wewnętrznych, czegoś od ciebie chcą.

Akurat to było pewne jak rata kredytu. Rzeczywiście musiało mu odbić, żeby nie wyczytać z ust szefa ironii. Kto jak kto, ale Montale mu źle nie życzył, jako jeden z niewielu. Właściwie był panem i władcą jego marnego życia, gdyby nie jego cierpliwość i upór, Claude już dawno wylądowałby w dzielnicowym komisariacie w Bigotte albo na jeszcze większym zadupiu. Wygłupił się, ta sytuacja z Duce wytrąciła go z równowagi. Ale w jednym miał rację, po komendzie węszyły już psy. Zaczęło się.

– Przepraszam – bąknął, wycofując się tyłem do drzwi.

– Po prostu spierdalaj, Claude. Po południu chcę mieć na biurku raport.

W ostatnim zdaniu zmiękł. Gdzieś w głębi był dobrym człowiekiem. To lata spędzone na pierwszej linii walki z brudem Marsylii uczyniły go gruboskórnym draniem. Za wszelką cenę próbował dotrwać do pełnej emerytury, co samo w sobie nie było niczym niezwykłym. Starał się jakoś przeżyć, jak każdy.

Claude odebrał z rąk sekretarki zgłoszenie i zawołał Raisa Taidera. Wyruszali na front. W miasto.

Émilie wskoczyła do wagonu w ostatniej chwili, kleszcze zamykających się drzwi przytrzasnęły jej łokieć. Wyciągniętą z torebki chusteczką otarła skórę, choć guma nie zostawiła żadnego śladu. Poza nieprzyjemnym wrażeniem dotyku obcego, mechanicznego ciała, od którego przeszły ją dreszcze.

Zerknęła na zegarek, minęło wpół do dziewiątej. Znowu będzie spóźniona. Jakkolwiek by wcześnie wstała, i tak nie potrafiła się wyrobić na czas. Zwłaszcza w poniedziałek, po burzliwym weekendzie. Choć ten był wyjątkowo spokojny, prawie całą niedzielę spędziła z rodziną znajomej. Wypad na plażę, grill i opowieści z przeszłości. Połowę ekipy stanowili seniorzy, a w ich przypadku zawsze się to tak kończy. Potrafią tylko żyć młodością, dlatego tak chętnie otaczają się dziećmi i przywołują zamierzchłe czasy. Jeszcze parę lat temu dostawała od tego wysypki. Teraz przestało ją to tak bardzo razić. To musiały być pierwsze objawy starzenia. Nic dziwnego, przed kilkoma miesiącami skończyła trzydziestkę.

Oficjalnie stała się więc singielką. W najgorszym tego słowa znaczeniu. Kiedyś używało się zwrotu „stara panna”. Broniła się przed krytyką ciągle tym samym argumentem: to jej wybór. Ale sama przestawała w to wierzyć. Wciąż uwielbiała imprezy i przeskakiwanie z kwiatka na kwiatek. W swoich najlepszych latach potrafiła cały tydzień spędzić w obcych łóżkach, w wynajmowanym mieszkaniu pojawiając się tylko po ciuchy na zmianę. Żartowała, że powinna się urodzić facetem. Bo miejsce, w którym się wychowała, pozostawało wciąż trochę konserwatywne. Przesiąkła nim tak bardzo, że zawsze potrzebowała pretekstów lub wymówek, by samą siebie oszukiwać. Jedną z nich było właśnie stwierdzenie, że ma w sobie duszę faceta. Dzięki temu czuła się usprawiedliwiona. Szalała więc dalej.

Dyskretnie zerknęła w lusterko. Poprawiła włosy, rozczochrane, jakby dopiero co wyszła z łóżka. Swojego łóżka – od dłuższego czasu nie miała partnera. Ostatniego wykopała po tym, jak zapuścił brodę i zaczął przebąkiwać o Allachu. A ten, który dobierał się do niej w sobotnią noc, cuchnął potem. Zaczęła przyciągać do siebie freaków, pojebów i brudasów. Bridget Jones w ekstremalnym wydaniu.

W przedziale panowała atmosfera przerwanego snu i rozdrażnienia. Jakaś parka szeptem sprzeczała się o niewyciągnięte z pralki gacie. Przystojny chłopak w garniturze wydłubywał ukradkiem spod paznokci brud, jakby przez cały weekend grzebał w ziemi. Otyła kobieta pod pięćdziesiątkę sapała jak miech, przy każdym oddechu pod ciasną bluzką rysowały jej się brzegi stanika, w których nie mieściły się płynne piersi. Z kilku stron dolatywała muzyka, czarnoskóry budowlaniec w ogrodniczkach dygał w rytm rapu, podstarzały rockman ze zmrużonymi oczami kontemplował piskliwe akordy jazzu, a dziewczyna w absurdalnie wysokich szpilkach przebierała palcami, markując kroki tańca latynoamerykańskiego.

Émilie nie wyobrażała sobie, żeby coś takiego włożyć do pracy. Może zdołał ją przeżreć korporacyjny sznyt albo tak bardzo przyswoiła sobie lekcje z młodości. Do matki na obiad ładna, kwiecista sukienka i sandałki, do pracy sukienka ciemna tuż przed kolano lub kostium i czółenka, na wieczornego drinka kolorowa bluzka i trampki, do dyskoteki wszystko, co jednoznacznie kojarzy się ludziom z kurewstwem. Popatrzyła na swój pięciocentymetrowy obcasik, obciągnęła spódnicę. Taki podział ról jej najbardziej odpowiadał, dzięki niemu funkcjonowała w kilku postaciach naraz. Występowała w różnych rolach, a zawsze marzyła o karierze aktorki.

Z drugiego końca przedziału dobiegł ją nagle męski głos. Podniesiony, jakby wybuchła kłótnia. Nic na to jednak nie wskazywało, facet po prostu wstał i zaczął gadać. Szary garnitur, okulary w drucianych oprawkach, siwe włosy mocno przerzedzone na czubku głowy. Typowy urzędnik lub księgowy. W jednej ręce trzymał otwartą teczkę, drugą wznosił w górę, ściskając w dłoni jakąś książkę. Dobrą chwilę zajęło jej rozpoznanie słów, które wygłaszał.

– „Upadł, upadł Babilon… bo winem zapalczywości swojego nierządu napoił wszystkie narody”[3]!

Najbliżej stojący odsunęli się od mężczyzny, tworząc półkole o promieniu dwóch metrów. Siedzący odwrócili głowy w przeciwnym kierunku, kobieta w czerwonym żakiecie przesunęła się cała, z obrzydzeniem odwracając bokiem. Uliczny kaznodzieja nic sobie nie robił z ludzkiej niechęci, perorował dalej. Ktoś wulgarnie kazał mu się zamknąć, grupka nastolatków zaczęła się śmiać. Sensacja jednak szybko minęła, ludziom w poniedziałkowy poranek ledwo chciało się odezwać, znosili monolog mężczyzny z pełnym rezygnacji spokojem. Większość przymknęła powieki, jakby w ten sposób próbując obronić się przed natarczywymi słowami.

Przejechali kolejne dwa przystanki, Émilie miała wysiąść na następnym. Obwieszony złotem chłopak w błyszczących dresach, który już raz próbował uspokoić kaznodzieję, nie wytrzymał. Przez chwilę wygłaszał komentarze równolegle z cytatami z Biblii, w końcu jednak zerwał się i chwycił faceta za poły szarego garniaka. Kilka zdań wypowiedzieli, patrząc sobie z bliska w oczy, jakby próbowali napluć jeden drugiemu do ust. Wreszcie dresiarz szarpnął mężczyzną, pchnął w stronę drzwi. Kazał spierdalać na najbliższym przystanku. Nastała upragniona przez wszystkich cisza.

Pociąg zaczął hamować, w oknach mignęły światła peronu. Drzwi syknęły, Émilie ustawiła się w kolejce do wyjścia. Nagle poczuła na ręku uścisk. Odskoczyła wystraszona, ale dłonie ulicznego kaznodziei trzymały mocno. Wczepił się w nią, jakby była boją na środku morza, a on tonął. Z ust wypływała mu strużka śliny, z zasnutych mgłą oczu wyzierało szaleństwo.

– „Padnijcie na nas i zakryjcie nas przed obliczem Zasiadającego na tronie i przed gniewem Baranka, bo nadszedł Wielki Dzień Jego gniewu, a któż zdoła się ostać?”[4]

Wyrwała się, o mało nie upadła, wybiegając na peron. Kątem oka dostrzegła, jak chłopak w dresie wywleka faceta z Biblią z pociągu, unosi i opuszcza rękę. Świat zawirował jej przed oczami, sylwetki mijających ją ludzi zlały się w jedną smugę. Na pamięć odnalazła kierunek. Nie zważając na to, że odbija się od pleców i barków przechodniów, parła do przodu. Dopiero po wyjściu z tunelu nabrała oddechu. Oparła się o murek, przez chwilę walczyła z mdłościami.

Na prawym ramieniu wciąż czuła uścisk tego mężczyzny. Skóra zaczerwieniła się w miejscach, gdzie wbił w nią palce. Nie bolało, ale świadomość tego dotyku na sobie napawała ją obrzydzeniem. Wyciągnęła z torebki chusteczkę i zaczęła trzeć ramię, czyścić je z niewidocznego brudu. Z obcych zarazków. Poczuła na sobie czyjś wzrok, spojrzała w kierunku wejścia do metra. Za wysokim, eleganckim mężczyzną w kapeluszu stał kaznodzieja i wwiercał w nią swoje zamglone źrenice.

Dziewczyna wydała mu się znajoma.

Wpatrywał się w nią przez całą drogę, lecz nie skojarzył podobieństwa. Roztrzepane blond włosy gryzły się z eleganckim strojem i rogowymi okularami w czarnych oprawkach. Pracownica biurowa, jakich tysiące jeżdżą każdego dnia o tej samej porze do pracy. Pszczoły robotnice wciśnięte w identyczne stroje, wykonujące podobne czynności w plastrach podzielonych na ciasne komory biurowców, wszystkie wyposażone w komputer, telefon, śmietnik i pluszową maskotkę.

Zadziwiała go radość, z jaką młodzi ludzie lgnęli do tych cel katorżniczej pracy. Nie potrafił zrozumieć, jak młodzież z pełnymi ustami sloganów o indywidualizmie i wolności potrafi tak szybko przesiąknąć syndromem korporacyjnego niewolnika. Ochoczo wchodzili w labirynt narzuconych schematów, jakby na końcu czekała na nich jakaś wyjątkowa nagroda. A chodzi w tym przecież wyłącznie o konieczność przeżycia. Adaptacja nie powinna jednak oznaczać afirmacji.

To było dla niego niewyobrażalne. Pragnienia tych ludzi ograniczały się do sfer wegetatywnych. Chcieli jeść, pić, mieszkać, korzystać z rozrywki. Kochać się, rodzić dzieci. Niczego ponad to, czego od nas wymaga natura, konieczność zachowania gatunku. Synonimem szczęścia stała się wegetacja, dążeniem zarabianie pieniędzy. Kapitał był celem, ludzkość jedynie środkiem. Za jego czasów były jeszcze idee. I nawet kiedy przestał wierzyć w ich realizację, wciąż uznawał ich wzniosłość, nadrzędność. Bo jeśli ma być tylko praca i życie, nasz gatunek nie różni się niczym od innych. W takim przypadku ewolucja nie miałaby jakiegokolwiek sensu. Nie prowadziła do niczego.

Dziewczyna wybiegła i znikła w tłumie. Nie został po niej nawet ślad. Nie wyróżniała się niczym, była kawałkiem ciasta oderwanym od bezkształtnej masy zalegającej w garnku. Podobny zapach, podobna postać, podobny ubiór, ten sam sposób myślenia. Kobiety, które dzwoniły do niego z ofertami usług, brzmiały dokładnie tak samo. Od pewnego czasu zastanawiał się, czy przypadkiem po drugiej stronie nie siedzi maszyna. Sprawdził, raz siedziała. Za drugim razem nie, a to przeraziło go jeszcze bardziej. Usta stały się syntezatorami mowy. Uniformizacja przeszła na poziom cybernetyczny.

Dziewczyny, które podrywali w młodości z Gustavem i Hugonem, były inne. Jak kwiaty, kolorowe ptaki. Wołali na nie młode mewki, gapiąc się, jak wychodzą z wody. Wtedy jeszcze można się było kąpać tuż przy nabrzeżu w Starym Porcie. Pływali, a później wylegiwali się na betonowych konstrukcjach, wchłaniając promienie słońca. Opaleni, rozmarzeni, wolni. Kochali się w tych samych dziewczynach, rywalizowali o nie jak psy. A jednocześnie odczuwali miłość do siebie nawzajem. Byli nierozłączni, nierozerwalni. Od rana do nocy patrolowali zaułki Panier, swojej dzielnicy, zapuszczając się aż do portu. Przy placu Lorette ojciec Hugona prowadził knajpkę, wpadali tam na posiłek. Figatelli i kartofle z natką, to lubił najbardziej, w wykonaniu matki Hugona były wspaniałe. Tam poznał swoją pierwszą poważną miłość. Tam pierwszy raz schlał się pastisem. Stare dzieje. Piękne historie.

Usiadł na ławce. Kaznodzieja zbierał się z posadzki peronu, na klęczkach pakując do teczki porozsypywane szpargały. Wyświechtana Biblia leżała obok grzbietem do góry, z pozłacanymi napisami wyglądała jak model architektoniczny kopuły kościoła. Mężczyzna wsunął ją do teczki i wstał, otrzepał spodnie. Oparł się o kolumnę w poszukiwaniu minimum intymności, poprawił na nosie okulary, oblizał pękniętą wargę, z której krew zbierała się w kącikach ust. Obserwował otoczenie spode łba, spodziewając się kolejnego ataku. Było coś dziwnego w jego wyglądzie, szczególnie w twarzy. Jakby była obleczona warstwą pajęczyn. Szaleństwo zdawało się przybierać w nim formę choroby skóry, wyłaziło na zewnątrz gorączką, ułomnością psychiczną infekowało tkankę, zakażało.

Kaznodzieja wstał, obaj ruszyli w stronę, w którą wcześniej pobiegła dziewczyna. Mignęła im przy wyjściu z metra, zanim zmieszała się z tłumem. Starszy mężczyzna cofnął się, wybrał tunel prowadzący do przeciwległego peronu. W oczekiwaniu na pociąg ponownie dostrzegł kaznodzieję wybierającego nowe miejsce wygłaszania swoich profetycznych kazań. Obu czekało tego dnia jeszcze dużo pracy, żaden nie zamierzał zmarnować ani minuty. Ustawiony na określoną godzinę zegar zaczął odliczać czas. Musieli się spieszyć.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] J.C. Izzo, Solea, przeł. Maryna Ochab, Warszawa 2007.

[2] Posterunek policji.

[3]Apokalipsa św. Jana 18,2–3, Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu (Biblia Tysiąclecia), Poznań-Warszawa 1990.

[4] Tamże, 6,16–17.

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz