Dotyk Crossa - Sylvia Day - ebook + audiobook

25 osób właśnie czyta

Opis

Dotyk Crossa” Sylvii Day to książka, którą czytają kobiety w trzydziestu sześciu językach na całym świecie. Jest to powieść z zabarwieniem erotycznym, która łączy w sobie dobry styl z wyjątkową przyjemnością czytania.

Gideon Cross pojawił się w życiu Evy jak grom z jasnego nieba. Ten piękny i intrygujący mężczyzna zawrócił jej w głowie jak nikt inny. Pragnęła jego wyjątkowego dotyku, który rozpalał ją do czerwoności. Nie potrafiła przestać o nim myśleć. Był dla niej jak narkotyk. Choć wiedziała, że jest dla niej zgubą, ciągle coś ją do niego ciągnęło. Jej zraniona dusza i ciało broniły się przed tą miłością, ale on i tak z łatwością je posiadł. Ta miłość sprawiła, że Eva poczuła, jakby narodziła się na nowo. Modliła się tylko, by ten piękny sen trwał wiecznie...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 500

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 37 min

Lektor: Olga Bołądź

Popularność


Tytuł oryginału BARED TO YOU

RedakcjaHanna Śmierzyńska

KorektaJustyna Żebrowska Stefania Krassnowska

Copyright © 2012 by Sylvia Day Copyright © for the Polish translation by Ksenia Sadowska, 2019

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Avanti

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected], tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9282-2

Skład wersji elektronicznej [email protected]

1

– Dobra, uderzamy do baru, żeby to uczcić.

Stanowcza deklaracja mojego współlokatora nie zdziwiła mnie ani trochę. Cary Taylor miał prawdziwy dar wynajdowania powodów do świętowania, nieważne jak błahych czy absurdalnych. Uważałam to zawsze za część jego chłopięcego uroku.

– Jestem pewna, że skucie się w wieczór poprzedzający pierwszy dzień w nowej pracy to zły pomysł.

– Wyluzuj, Eva.

Cary siedział na podłodze w naszym nowym salonie pośród kilku ciągle nierozpakowanych kartonów i próbował rozbroić mnie swym zabójczym uśmiechem. Harowaliśmy przy przeprowadzce już od kilku dni, a jego uroda wciąż lśniła. Smukły, ciemnowłosy i zielonooki Cary należał do tego typu facetów, którzy zawsze wyglądają fantastycznie, niezależnie od sytuacji. Z tego powodu mogłabym patrzeć na niego zawistnym okiem, gdyby nie fakt, że był najdroższą mi osobą na świecie.

– Ależ ja wcale nie mówię o wielkiej balandze – nalegał. – Jedna lampka wina, no, może dwie. Wstrzelimy się w happy hour i będziemy w domu przed ósmą.

– Nie wiem, czy uda mi się wrócić na czas. – Wskazałam na moje spodnie do jogi i dopasowany sportowy top. – Jak już zaliczę dystans stąd do pracy, chcę jeszcze iść na siłownię.

– To leć i załatw się z tym raz-dwa. – Cary filuternie uniósł doskonale zarysowaną brew, wywołując jak zawsze uśmiech na mej twarzy. Byłam głęboko przekonana, że któregoś dnia ta jego buźka za milion dolarów będzie zdobić billboardy i okładki magazynów mody na całym świecie. Nieważne, czy i w jaki sposób by ją wykrzywiał, był powalający.

– A co powiesz na jutro po pracy? – zaproponowałam w zamian. – Jeśli uda mi się przetrwać pierwszy dzień, będziemy mieli prawdziwy powód do świętowania.

– Zgoda. Wobec tego wypróbuję nową kuchnię i zrobię coś na kolację.

– Och… – Gotowanie było jedną z wielkich miłości Cary’ego, ale nie jednym z jego talentów. – Wspaniale.

Zdmuchując z czoła niesforny kosmyk włosów, uśmiechnął się do mnie.

– Mamy kuchnię, za którą większość właścicieli restauracji gotowa byłaby zabić. Tu po prostu nie da rady czegoś schrzanić.

Mimo uzasadnionych wątpliwości postanowiłam nie wdawać się z Carym w dyskusję na temat gotowania. Zjechałam na dół windą i uśmiechnęłam się do portiera, gdy ten zamaszystym gestem otworzył przede mną drzwi na ulicę.

Ledwie znalazłam się na zewnątrz, otoczyły mnie dźwięki i zapachy Manhattanu, nęcąc i zapraszając do ich zgłębienia. Miałam wrażenie, że od mojego poprzedniego domu w San Diego dzieli mnie nie szerokość kontynentu, lecz całe galaktyki. Dwie wielkie metropolie – jedna wiecznie opanowana i wręcz zmysłowo leniwa, druga tętniąca życiem i nieposkromioną energią. W marzeniach wyobrażałam sobie mieszkanie w zwykłej kamienicy bez windy na Brooklynie, jednak będąc posłuszną córką, poddałam się woli rodziców, którzy wynajęli dla mnie apartament na Upper West Side. Gdyby nie Cary, czułabym się przygnębiająco samotna na tej gigantycznej przestrzeni, za którą miesięczny czynsz przewyższał roczne zarobki większości zwykłych zjadaczy chleba.

Portier uchylił cylindra i zwrócił się do mnie:

– Dobry wieczór, panno Tramell. Czy zawołać taksówkę?

– Nie, dziękuję, Paul. – Zakołysałam się na piętach sportowych butów. – Przejdę się.

– Ochłodziło się nieco. Dobra pogoda na spacer. – Uśmiechnął się.

– Ktoś poradził mi, żebym korzystała z czerwcowej pogody, zanim upał stanie się nieznośny.

– Bardzo dobra rada, panno Tramell.

Wychodząc spod szklanego daszka nad wejściem, który współgrał w pewien sposób z wiekiem tego budynku i sąsiednich, rozkoszowałam się względną ciszą i spokojem mojej trzypasmowej ulicy, aż dotarłam do skrzyżowania, gdzie porwał mnie gwar i ruch na Broadwayu. Miałam nadzieję, że pewnego dnia wtopię się całkowicie w ten tłum, ale na razie ciągle czułam się jak typowy nowojorczyk z awansu. Miałam wprawdzie adres i posadę, ale wciąż bałam się korzystać z metra i nie mogłam opanować sztuki łapania taksówek. Teraz próbowałam nie leźć z wytrzeszczonymi gałami, rozkojarzona niczym prowincjuszka, ale nie wychodziło mi to najlepiej. Wokół było tak dużo do oglądania i spróbowania.

Manhattan atakował zmysły bezpardonowo i ze wszystkich stron – odór spalin mieszał się z niewiele lepszą wonią jedzenia z ulicznych wózków, krzyki handlujących z ręki walczyły o lepsze z instrumentami rozlicznych grajków, fascynujący i trochę straszny w swej różnorodności korowód twarzy, stylów i akcentów, przytłaczające architektoniczne cuda… I te samochody. Boże. Oszalały potok ciasno upchanych samochodów nie przypominał niczego, co wcześniej widziałam.

Co chwilę jakaś karetka, samochód policyjny albo wóz strażacki próbowały z rozdzierającym uszy elektronicznym zawodzeniem syreny desperacko sforsować potok żółtych taksówek. Grozą napawał mnie widok wielkich niezdarnych śmieciarek, manewrujących po wąziutkich jednokierunkowych ulicach, i kurierskich furgonetek, które przedzierały się przez ruch uliczny na granicy stłuczki, by dotrzymać nierealistycznych terminów.

Prawdziwi nowojorczycy przemierzali ten chaos swobodnie, oswojeni ze swym miastem jak z parą starych wygodnych butów. W widoku pary buchającej ze studzienek i otworów wentylacyjnych nie dostrzegali niczego romantycznego. Nawet nie mrugnęli, gdy huczące wagoniki metra przejeżdżały pod ziemią, a płyty chodnikowe drżały pod ich stopami, podczas gdy ja szczerzyłam się jak idiotka i podkurczałam palce u stóp. Nowy Jork był dla mnie zupełnie nową przygodą miłosną. Wciąż się dziwiłam, i to było widać.

Naprawdę musiałam się postarać, by wyglądać na wyluzowaną, gdy zmierzałam do budynku, w którym następnego dnia miałam zacząć pracę. Przynajmniej jeśli chodzi o posadę udało mi się postawić rodzicom. Chciałam zarabiać na życie dzięki własnym kwalifikacjom i umiejętnościom, a to oznaczało pozycję na samym dole hierarchii, przeznaczoną dla absolwentów. Począwszy od jutrzejszego ranka miałam być asystentką Marka Garrity’ego w Waters Field & Leaman, jednej z przodujących agencji reklamowych w Stanach Zjednoczonych. Mój ojczym, megafinansista Richard Stanton, był wyraźnie zirytowany, gdy dostałam tę robotę, wytykając mi, że gdyby nie moje niedorzeczne poczucie dumy, mógłby załatwić mi o wiele bardziej intratne zajęcie u swego przyjaciela.

– Jesteś równie uparta jak twój ojciec – zauważył. – Z policyjną pensją wieki zajmie mu spłacenie twojego kredytu studenckiego.

Stanton nawiązywał do głównego konfliktu między nim a moim tatą, który nie chciał dać za wygraną.

– Prędzej zdechnę, niż pozwolę, by obcy facet płacił za edukację mojej córki – zapewnił Victor Reyes, gdy Stanton złożył tę ofertę.

Szanowałam jego stanowisko. Podejrzewałam, że Stanton również, ale oczywiście nigdy by się do tego nie przyznał. Ja z kolei rozumiałam podejście i jednego, i drugiego. Obaj dobitnie dali mi do zrozumienia, że upieranie się, bym spłaciła kredyt sama, było walką z wiatrakami. Ojciec traktował to jak sprawę honoru. Moja matka odmówiła wyjścia za niego, lecz on stanowczo upierał się, żeby być moim tatusiem w każdy możliwy sposób.

Wiedząc, że nie ma sensu szarpać sobie nerwów dawnymi frustracjami, skupiłam się na dotarciu do przyszłej pracy najszybciej, jak się da. Celowo na przebycie tej trasy wybrałam godzinę szczytu w poniedziałkowe popołudnie i byłam bardzo zadowolona, że udało mi się dotrzeć do wieżowca Crossfire[1], w którym mieściła się siedziba Waters Field & Leaman, w czasie krótszym niż pół godziny.

Zadarłam głowę i ogarnęłam wzrokiem ogromny budynek od podstaw aż po wąską wstęgę nieba. Biurowiec Crossfire był naprawdę imponujący – z gładką, mieniącą się odcieniami szafiru iglicą, która przebijała obłoki. Z moich poprzednich wizyt w budynku podczas rozmów kwalifikacyjnych zapamiętałam, że bogato zdobione drzwi obrotowe w miedzianej oprawie prowadzą do wnętrza równie spektakularnego, z marmurowymi podłogami i ścianami przeplatanymi złotymi nitkami, z blatem stanowiska ochrony ze szczotkowanego aluminium i rzędem bramek kontrolnych.

Wyciągnęłam nowy identyfikator z wewnętrznej kieszonki spodni i pomachałam nim przed stojącymi przy recepcji dwoma ochroniarzami w ciemnych garniturach. Zatrzymali mnie mimo wszystko, prawdopodobnie dlatego, że byłam ubrana nie dość elegancko, ale po chwili pozwolili mi wejść. Gdy dotrę windą na dwudzieste piętro, będę wiedziała w przybliżeniu, ile zajmuje mi pokonanie całej trasy od drzwi mieszkania do drzwi nowego biura. Zaraz padnie wynik.

Już skierowałam się w stronę wind, gdy nagle smukła elegancka brunetka zaczepiła paskiem torebki o kołowrotek bramki kontrolnej. Zamek torebki puścił i wysypał się z niej deszcz monet, które potoczyły się beztrosko po marmurowej posadzce. Patrzyłam, jak inni pracownicy pokonywali slalomem ten chaos i biegli dalej, udając, że nic nie zauważyli. Zrobiło mi się żal kobiety, więc przykucnęłam, by pomóc jej pozbierać rozsypane pieniądze. Dołączył do mnie jeden z ochroniarzy.

– Dziękuję – powiedziała, rzucając mi szybki udręczony uśmiech.

Odwzajemniłam go, mówiąc:

– Nie ma sprawy. Mnie też się to zdarza.

Przykucnęłam, by dosięgnąć pięciocentówki leżącej obok wyjścia, gdy na mojej drodze stanęła para luksusowych czarnych oksfordów, na które opadały nogawki szytych na miarę czarnych spodni. Czekałam, aż mężczyzna zejdzie mi z drogi. Kiedy stało się jasne, że nie zamierza się ruszyć, odgięłam się do tyłu, by go zobaczyć. Już sam widok eleganckiego, szytego na zamówienie trzyczęściowego garnituru sprawił, że moje serce zabiło szybciej, a świadomość kryjącego się pod nim wysportowanego ciała zmieniła i tak szybkie tempo w szaleńczy galop. Szczupła, a zarazem muskularna sylwetka mężczyzny, emanująca energią i witalnością, sprawiła, że zrobiło mi się gorąco, ale dopiero gdy moje oczy spoczęły na jego twarzy, zostałam całkowicie rozłożona na łopatki.

Łał. Właśnie tyle i aż tyle. Łał.

Mężczyzna zgrabnie przykucnął naprzeciwko mnie. Mając przed sobą to ucieleśnienie męskości, mogłam tylko patrzeć. W olśnieniu.

Poczułam, że nagle coś się zmieniło, że zadziałała między nami jakaś mistyczna siła.

Kiedy odwzajemnił moje spojrzenie, wyraz jego twarzy był inny… Jakby niewidzialna maska zsunęła mu się z oczu, ukazując palącą siłę woli, zdającą się wysysać powietrze z moich płuc. Intensywny magnetyzm, którym emanował, stawał się coraz bardziej odczuwalny. Miałam wrażenie, że ta wibrująca, niesłabnąca energia, która go otaczała, była niemal namacalna.

Reagując czysto instynktownie, odsunęłam się do tyłu. I… wylądowałam na tyłku.

Moje łokcie aż jęknęły od gwałtownego kontaktu z marmurową posadzką, lecz ja ledwie poczułam ten ból. Byłam zbyt pochłonięta gapieniem się, zahipnotyzowana widokiem mężczyzny przede mną. Czarne jak atrament włosy okalały zapierającą dech w piersiach twarz, której struktura kostna kazałaby każdemu rzeźbiarzowi załkać ze szczęścia. Mocno zarysowane usta, prosty nos i intensywnie błękitne oczy czyniły go dziko pięknym. Jedynie te oczy były lekko przymrużone, poza tym rysy twarzy pozostawały w bezruchu.

Zarówno jego garnitur, jak i koszula były czarne, ale krawat został perfekcyjnie dobrany do oczu, bystrych i taksujących, które teraz wwiercały się we mnie. Moje serce przyspieszyło, usta rozchyliły się, by oddychać. Pachniał wręcz grzesznie dobrze. To nie była woda kolońska. Może żel do ciała. Albo szampon. Cokolwiek to było, sprawiało, że ciekła mi ślinka. Na niego.

On tymczasem wyciągnął do mnie rękę, prezentując przy tym spinkę do mankietu ze złota i onyksu i zegarek, który wyglądał na diablo kosztowny.

Chwyciłam ją z urywanym oddechem. Gdy ścisnął moją dłoń mocniej, puls zaczął mi bić jeszcze szybciej. Jego dotyk był elektryzujący, wywołał dreszcz, który przebiegł w górę mego ramienia, podnosząc włoski na karku. Przez chwilę się nie ruszał, marszcząc zuchwale zarysowane brwi.

– Nic ci nie jest?

Jego głos był kulturalny i aksamitny, lecz z chrypką, która sprawiła, że ścisnęło mnie w brzuchu. Przywodził na myśl seks. Nadzwyczajny seks. Pomyślałam, że mógłby doprowadzić mnie do orgazmu, tylko mówiąc wystarczająco długo.

Wargi tak mi wyschły, że musiałam je oblizać, nim odpowiedziałam:

– Nie, wszystko w porządku.

Podniósł się z oszczędną elegancją, pociągając mnie do góry. Cały czas patrzyliśmy sobie w oczy, gdyż nie mogłam oderwać od niego wzroku. Był młodszy, niż początkowo myślałam. Na moje wyczucie jeszcze przed trzydziestką, ale z oczami, które już wiele widziały. Patrzącymi twardo i bardzo bystro.

Poczułam, jak coś ciągnie mnie ku niemu, jakbym była obwiązana w pasie liną, którą on powoli, konsekwentnie przyciągał do siebie.

Próbując wyrwać się z oszołomienia, wyswobodziłam się z jego uścisku. Nie był zwyczajnie przystojny, był… urzekający. Prezentował typ faceta sprawiającego, że kobieta pragnie rozerwać mu koszulę i patrzeć, jak wraz z guzikami pryskają zahamowania. Patrzyłam na ten jego uładzony, miejski, skandalicznie drogi garnitur i myślałam o brutalnym, pierwotnym, kotłującym prześcieradło rżnięciu.

Przykucnął i podniósł mój identyfikator, który najwyraźniej musiałam upuścić, uwalniając mnie od tego prowokacyjnego wgapiania się. Mój mózg ze zgrzytem wrócił do trybu roboczego.

Irytowało mnie, że zachowywałam się tak głupio, podczas gdy on był całkowicie opanowany. I dlaczego? Bo byłam olśniona, ot co. Niech to szlag.

Spojrzał w górę na mnie i ta jego poza – niemal klęczącego przede mną – znów wytrąciła mnie z równowagi. Wstał, nie spuszczając ze mnie wzroku.

– Jesteś pewna, że dobrze się czujesz? Powinnaś usiąść na chwilę.

Twarz mi płonęła. No wprost cudownie jest zrobić z siebie kretynkę przed najbardziej pewnym siebie i olśniewającym mężczyzną, jakiego w życiu spotkałam.

– Tylko straciłam równowagę. Naprawdę nic mi nie jest.

Odwracając wzrok, dostrzegłam kobietę, która miała niefortunną przygodę z torebką. Skończyła dziękować życzliwemu ochroniarzowi, po czym podeszła do mnie, przepraszając gorąco za to, że po części przyczyniła się do mojego małego wypadku. Zwróciłam się więc ku niej, wyciągając dłoń wypełnioną monetami, które zebrałam z podłogi, ale jej wzrok przywarł do bóstwa w garniturze i z miejsca o mnie zapomniała. Odczekałam chwilkę i zniecierpliwiona po prostu wrzuciłam monety do jej otwartej torebki. Zaryzykowałam jeszcze jedno spojrzenie na tajemniczego nieznajomego i zauważyłam, że nadal mnie obserwował, choć brunetka obsypywała go podziękowaniami. Jego. Cudownie. Nie mnie, oczywiście, która naprawdę jej pomogłam.

Weszłam jej w słowo:

– Mogę prosić o mój identyfikator?

Wyciągnął kartę w moją stronę. Chociaż starałam się ująć ją tak, by uniknąć jego dotyku, musnął palcami moją dłoń, znów rozsyłając ten elektryzujący impuls świadomości po całym moim ciele.

– Dziękuję – wymamrotałam, po czym wyminęłam go i wypadłam na ulicę przez obrotowe drzwi. Przystanęłam na środku chodnika, wciągając w płuca powietrze Nowego Jorku, przepełnione milionem zapachów, czasem przyjemnych, czasem toksycznych.

Przed budynkiem stał zaparkowany lśniący czarny bentley SUV. W przyciemnianych szybach samochodu zobaczyłam swoje odbicie. Byłam zaczerwieniona, a moje szare oczy przesadnie lśniły. Widziałam już ten wyraz twarzy – w lustrze łazienki, tuż przed tym, gdy miałam iść do łóżka z facetem. To był mój standardowy wygląd jestem-gotowa-na-pieprzenie, ale był to chyba najbardziej nieodpowiedni czas i najbardziej niestosowne miejsce, by spojrzenie to gościło na mojej twarzy.

Jezu. Weź się w garść.

Wystarczyło pięć minut z Panem Mrocznym i Niebezpiecznym, bym stała się roztrzęsiona i wyprana z energii. Ciągle czułam jego pociągającą siłę, niewytłumaczalną potrzebę zawrócenia do budynku, do niego. Mogłabym wprawdzie wmawiać sobie, że zrobiłam tak, by dokończyć to, po co przybyłam do Crossfire, ale wiedziałam, że będę to sobie później wyrzucać. W końcu ile razy jednego dnia można robić z siebie idiotkę?

– Starczy tego – warknęłam do siebie pod nosem. – Rusz się.

Rozległo się wściekłe trąbienie. Taksówka zajechała drogę innej, unikając zderzenia o parę centymetrów, po czym zahamowała ostro, gdy kilku pełnych brawury przechodniów wkroczyło na pasy sekundę przed zmianą świateł. Wybuchła awantura, z wiązanką epitetów i pantomimą gestów, za którymi jednak nie kryła się autentyczna złość. Za kilka sekund wszystkie strony konfliktu powrócą do swoich spraw i zapomną o incydencie będącym tylko jedną z części naturalnego rytmu miasta.

Kiedy wtopiłam się w potok ruchu ulicznego i ruszyłam w stronę siłowni, na wargach miałam lekki uśmiech. Ach, Nowy Jorku, pomyślałam, znów czując się pewniej. Jesteś nie do podrobienia.

*

Zamierzałam po rozgrzewce na bieżni powalczyć z godzinę na kilku sprzętach siłowych, ale kiedy zobaczyłam, że do zajęć szykuje się klasa kick boxingu dla początkujących, podążyłam za uczestnikami do ich sali. Po skończonym treningu poczułam się bardziej sobą. Moje mięśnie drżały od odpowiedniej dawki wysiłku i wiedziałam, że będę tej nocy twardo spać.

– Byłaś naprawdę dobra.

Wytarłam ręcznikiem pot z czoła i zerknęłam na młodego mężczyznę, który mnie zagadnął. Był wysoki i atletycznie zbudowany, miał ogoloną głowę, łagodne piwne oczy i skórę w odcieniu kawy z mlekiem. Jego rzęsy, długie i gęste, mogły wzbudzać zazdrość.

– Dzięki. – Moja twarz wykrzywiła się w smutnym grymasie. – Na pierwszy rzut oka widać, że jestem żółtodziobem, prawda?

Uśmiechnął się i wyciągnął do mnie dłoń.

– Parker Smith.

– Eva Tramell.

– Masz naturalną gibkość, Evo. Gdybyś trochę poćwiczyła, byłabyś niesamowita. W takim mieście jak Nowy Jork umiejętność samoobrony to konieczność. – Wskazał na tablicę ogłoszeń na ścianie, na której wisiała cała masa poprzypinanych pinezkami wizytówek i ulotek. Parker oderwał karteczkę z numerem telefonu z dołu odblaskowej ulotki i wręczył mi z uśmiechem.

– Słyszałaś kiedyś o krav madze?

– W filmie z Jennifer Lopez.

– Jestem trenerem tej sztuki walki. I bardzo chciałbym cię uczyć. To moja strona internetowa i numer do sali treningowej.

Podziwiałam jego podejście. Bezpośrednie, szczere, jak jego spojrzenie i uśmiech. Zastanawiałam się, czy nie chodzi mu o to, żeby zaciągnąć mnie do łóżka, ale zachowywał się tak swobodnie, że nie mogłam być pewna.

Parker skrzyżował ręce na piersi, ukazując rzeźbione bicepsy. Miał na sobie podkoszulek bez rękawów i dłuższe szorty, a na nogach znoszone conversy. W wycięciu koszulki widniały tatuaże, prawdopodobnie typowe dla dzielnicy, w której się wychował.

– Na stronie znajdziesz grafik zajęć. Wpadnij i sama oceń, czy to coś dla ciebie.

– Jeszcze to sobie przemyślę.

– Liczę na to. – Parker ponownie uścisnął moją dłoń, mocno i pewnie. – Mam nadzieję, że cię jeszcze zobaczę.

*

Gdy wróciłam do domu, w mieszkaniu unosił się miły zapach, a Adele zawodziła smętnie z głośników o ciężkiej doli ulicznej dziwki. Spojrzałam poprzez salon do otwartej kuchni i ujrzałam Cary’ego kołyszącego się w rytm muzyki i mieszającego coś w rondlu. Na kontuarze stała otwarta butelka wina i dwa duże kieliszki, jeden do połowy napełniony czerwonym winem.

– Hej – zawołałam, podchodząc bliżej. – Co tam pichcisz? Zdążę jeszcze wziąć prysznic?

Cary nalał wina do drugiego kielicha i podał mi przez kontuar, przy którym jadaliśmy śniadania. Jego ruchy były zwinne i eleganckie. Patrząc na niego, nikt by nie odgadł, że spędził dzieciństwo przerzucany między uzależnioną od narkotyków matką a rodzinami zastępczymi, w okresie dojrzewania zaś był stałym pensjonariuszem poprawczaków i państwowych klinik odwykowych.

– Makaron z sosem. I wstrzymaj się z prysznicem, bo kolacja gotowa. Dobrze się bawiłaś?

– Kiedy już dotarłam na siłownię, tak. – Wysunęłam stołek barowy z drewna tekowego i usiadłam. Opowiedziałam Cary’emu o lekcji kick boxingu i o Parkerze Smisie. – Chcesz mi towarzyszyć?

– Krav maga? – Cary pokręcił głową. – To mocna rzecz. Skończyłbym cały w siniakach i straciłbym kontrakty reklamowe. Ale mogę się z tobą przejść, żeby sprawdzić to miejsce. Wyczuć, czy koleś nie jest jakimś zbokiem.

Przyglądałam się, jak Cary przelewa zawartość garnka z makaronem do durszlaka.

– Jakim znowu zbokiem?

Mój tata nauczył mnie odczytywać zamiary facetów całkiem nieźle, stąd wiedziałam, że bóstwo w garniturze oznaczało kłopoty. Normalni ludzie uśmiechają się przecież symbolicznie do osoby, której pomagają, by nawiązać chwilową więź i złagodzić krępującą sytuację. A on nic.

Chociaż patrząc z drugiej strony, ja też się do niego nie uśmiechnęłam.

– Mała – zaczął Cary, wyciągając miski z szafki – jesteś świetną, seksowną babką. Każdy facet, który nie ma dość jaj, żeby otwarcie zaprosić cię na randkę, wydaje mi się podejrzany.

Zmarszczyłam nos.

Postawił przede mną miskę zawierającą cienkie rurki makaronu polane oszczędnie sosem z grudkami mielonej wołowiny i zielonym groszkiem.

– Widzę, że coś cię gryzie. Powiesz mi, co?

Hm… Chwyciłam łyżkę wystającą z miski i postanowiłam nie wyrażać opinii na temat tego, co siedziało w środku.

– Wydaje mi się, że wpadłam dzisiaj na najgorętszego faceta na tej planecie. Może nawet najgorętszego faceta w historii.

– Co? Myślałem, że ja nim jestem. No dobrze, dawaj pikantne szczegóły.

Cary jadł na stojąco po drugiej stronie kontuaru. Odczekałam, aż pochłonie kilka łyżek swego przysmaczku, zanim odważyłam się też wziąć to do ust.

– Tak naprawdę nie za bardzo jest o czym opowiadać. Wylądowałam na tyłku w lobby Crossfire, a on pomógł mi się podnieść.

– Wysoki czy niski? Blondyn czy brunet? Umięśniony czy szczupły? Kolor oczu?

Nie żałowałam sobie wina, by popić drugi kęs paćki Cary’ego.

– Wysoki. Ciemnowłosy, jednocześnie szczupły i umięśniony. Błękitne oczy. Sądząc po jego ciuchach i zabawkach, obrzydliwie bogaty. No i oczywiście szaleńczo seksowny. Wiesz, jak to jest – zdarzają się śliczni faceci, którzy wcale nie mają powodzenia, albo brzydale, w których towarzystwie twoje libido szaleje. Ten facet miał pełen pakiet.

Mój żołądek ścisnął się na wspomnienie dotyku Pana Mrocznego i Niebezpiecznego. W pamięci widziałam jego zapierającą dech w piersiach twarz jak żywą. To powinno być zabronione, żeby facet wywoływał tak wstrząsające wrażenie. Wciąż jeszcze próbowałam uporządkować szare komórki, które tamten mi wymieszał.

Cary oparł się łokciami na kontuarze. Długa grzywka opadła mu na czoło, przysłaniając jedno z jego intensywnie szmaragdowych oczu.

– No i co dalej? Co stało się po tym, jak ci pomógł?

Wzruszyłam ramionami.

– Nic.

– Nic?

– Wyszłam.

– Jak to? Nie poflirtowałaś z nim?

Wzięłam kolejny kęs. W sumie jedzenie nie było złe. Albo ja po prostu umierałam z głodu.

– To nie był typ faceta, z którym się flirtuje, Cary.

– Nie istnieje na świecie taki facet, z którym nie dałoby się tego robić. Nawet żonaci faceci w szczęśliwych związkach z przyjemnością oddają się niewinnemu flirtowi od czasu do czasu.

– Uwierz mi, temu gościowi daleko było do niewinności – oznajmiłam sucho.

– Ach, jeden z tych. – Cary mądrze pokiwał głową. – Niegrzeczni chłopcy mogą być zabawni, jeśli potrafisz zachować odpowiedni dystans.

Faktycznie, w sprawach sercowo-łóżkowych Cary miał niemałe doświadczenie. Niezliczeni mężczyźni i kobiety tracili dla niego głowę. Mimo tego dziwnym zrządzeniem losu jego wybory zawsze były niefortunne. Miał za sobą związki z prześladowcami, kłamcami i szaleńcami, którzy grozili, że popełnią z jego powodu samobójstwo, albo kochankami, którzy zapominali wspomnieć, że w ich życiu jest ktoś ważniejszy… Cary przebrnął przez wszystkie rodzaje toksycznych relacji, jakie istnieją.

– Ten facet nie wydał mi się specjalnie zabawny – zauważyłam. – Robił wrażenie zbyt… intensywnego. Z drugiej strony, mógłby być znakomity w łóżku z tą całą intensywnością.

– I o to chodzi. Zapomnij o rzeczywistym facecie. Po prostu użyj jego twarzy w swoich fantazjach i w nich uczyń go perfekcyjnym.

Szczerze mówiąc, wolałam pozbyć się tego mężczyzny z mojej głowy całkowicie, dlatego zmieniłam temat:

– Masz jutro jakieś castingi?

– Pewnie. – Cary chętnie wprowadził mnie w szczegóły swojego planu dnia, obejmującego sesje zdjęciowe do reklam dżinsów, samoopalacza, bielizny i perfum.

Przepędziłam wszystkie niewygodne myśli kłębiące się w mojej głowie, skupiając się na nim i jego coraz bardziej spektakularnych sukcesach. Zapotrzebowanie na Cary’ego Taylora w świecie mody rosło z każdym dniem, a swoim profesjonalizmem i pracowitością zyskiwał coraz większą renomę wśród fotografów i przedstawicieli agencji reklamowych. Byłam z niego dumna i podekscytowana jego karierą. Pokonał długą drogę i wiele doświadczył, by osiągnąć sukces.

Zaaferowana wydarzeniami dzisiejszego dnia dopiero po kolacji zwróciłam uwagę na dwa duże pudła na prezenty oparte o tył sofy w pokoju dziennym.

– A to co?

– To jest – rzekł Cary, dołączając do mnie – coś super.

Od razu domyśliłam się, że prezenty pochodzą od Stantona i mojej matki. Pieniądze były tym, czego potrzebowała matka, by być szczęśliwa, zatem cieszyłam się, że Stanton, mąż numer trzy, był w stanie zaspokoić nie tylko tę potrzebę, ale również wiele innych. Wielokrotnie pragnęłam, by dała spokój mojemu życiu, ale jej trudno było zaakceptować, że postrzegam pieniądze w inny sposób niż ona.

– Co oni znowu wymyślili?

Cary położył mi dłonie na ramionach, co nie było dla niego trudne, zważywszy na to, że był ode mnie wyższy o dwanaście centymetrów.

– Nie bądź niewdzięczna. On kocha twoją matkę. Uwielbia ją rozpieszczać, a ona uwielbia rozpieszczać ciebie. I może ci się to nie podobać, ale on nie robi tego dla ciebie, lecz dla niej.

Westchnęłam, w duchu przyznając mu rację.

– A więc co my tu mamy?

– Olśniewające ciuchy na wytworny bankiet w sobotę, ze szlachetnym celem w tle. Seksbombowa kiecka dla ciebie i smoking od Brioniego dla mnie, ponieważ kupując mi prezenty, robi je właściwie tobie. Stajesz się bardziej tolerancyjna, gdy jestem pod ręką i wysłuchuję twojego warczenia.

– Cholerna prawda. Dzięki Bogu, że chociaż to wie.

– Oczywiście, że wie. Stanton nie doszedłby do tych miliardów, gdyby nie był bystrym facetem. – Cary chwycił mnie za rękę i pociągnął w stronę pudeł. – No chodź, rzuć tylko okiem.

*

Przeszłam przez drzwi obrotowe i znalazłam się w lobby Crossfire dziesięć minut przed dziewiątą następnego ranka. Chciałam zrobić jak najlepsze wrażenie pierwszego dnia w nowej pracy, dlatego zdecydowałam się na prostą, dopasowaną sukienkę i czarne czółenka, na które w windzie szybko zamieniłam moje wygodne płaskie baleriny. Blond włosy miałam upięte w wyszukany kok przypominający ósemkę, rezultat fryzjerskich talentów Cary’ego. Zawsze byłam niezdarna, jeśli chodzi o układanie włosów, ale Cary ma do tego prawdziwą smykałkę i potrafi stworzyć na głowie efektowne dzieła sztuki. W uszach błyszczały mi drobne perłowe kolczyki, które dostałam od taty z okazji ukończenia studiów, a na przegubie pysznił się rolex, podarunek od Stantona i matki.

Miałam pewne wątpliwości, czy nie przesadziłam z dbałością o wygląd, ale gdy tylko wkroczyłam do lobby, przypomniałam sobie, jak rozciągnęłam się na podłodze w moich treningowych łachach, i odetchnęłam z ulgą, że w obecnej stylizacji w niczym nie przypominałam tamtej niezdarnej dziewuchy. Wydawało się, że dwóch ochroniarzy, którym machnęłam identyfikatorem, idąc do bramki kontrolnej, nie skojarzyło mnie z wczorajszym incydentem.

Dwadzieścia pięter później znalazłam się w holu Waters Field & Leaman. Przede mną wznosiła się ściana z kuloodpornego szkła, a w niej podwójne drzwi, które prowadziły do recepcji. Recepcjonistka siedząca przy biurku w kształcie półksiężyca zauważyła, jak macham moją kartą przed szybą. Nacisnęła przycisk i drzwi się otworzyły. Schowałam identyfikator z powrotem.

– Cześć, Megumi – powitałam ją, wchodząc do środka i chwaląc jej bluzkę w kolorze żurawiny. Dziewczyna była bardzo ładna, o oryginalnej mieszanej urodzie, z pewnością z kroplą azjatyckiej krwi. Miała błyszczące, gęste ciemne włosy, obcięte w stylu chanelowskim, krócej z tyłu, z przodu sięgające do podbródka, piwne oczy w kształcie migdałów emanujące ciepłem, a usta pełne i naturalnie zaróżowione.

– Eva, cześć. Marka jeszcze nie ma, ale wiesz, gdzie jest twoje biurko, prawda?

– Oczywiście. – Machnęłam jej i ruszyłam korytarzem na lewo od recepcji do samego końca, gdzie znów skręciłam w lewo. Dotarłam do biura zajmującego jedno wielkie pomieszczenie z wydzielonymi boksami, z których jeden był mój.

Podeszłam do funkcjonalnego metalowego biurka, wrzuciłam torebkę oraz siatkę z płaskimi butami do dolnej szuflady, po czym włączyłam komputer. Przyniosłam ze sobą kilka drobiazgów, żeby nadać otaczającej mnie przestrzeni bardziej osobisty charakter. Wśród nich znajdował się oprawiony w ramkę zestaw trzech zdjęć – na pierwszym ja z Carym na plaży w Coronado, na drugim mama i Stanton na jachcie na Lazurowym Wybrzeżu, na trzecim tata w radiowozie podczas służby w City of Oceanside, w Kalifornii. Oprócz tego wyciągnęłam z torby barwną kompozycję szklanych kwiatów, prezent od Cary’ego z okazji pierwszego dnia w pracy. Postawiłam je obok ramki ze zdjęciami i odchyliłam się, żeby ocenić efekt.

– Dzień dobry, Evo.

Podniosłam się z krzesła i stanęłam na wprost mojego szefa.

– Dzień dobry, panie Garrity.

– Proszę, mów do mnie Mark. Zapraszam do gabinetu.

Podążyłam za nim korytarzem, myśląc sobie po raz kolejny, że ze swoją lśniącą ciemną skórą, starannie przyciętą bródką i śmiejącymi się piwnymi oczami mój szef był miłym dla oka mężczyzną. Miał kwadratową szczękę i uroczo szelmowski uśmiech. Wysportowany i trzymający się prosto, kroczył z dyskretną pewnością siebie, budzącą zaufanie i szacunek.

Wskazał na jedno z siedzisk przed szklano-metalowym biurkiem i poczekał, aż usiądę, zanim usadowił się w swoim bajeranckim fotelu. Na tle nieba pociętego drapaczami chmur Mark wyglądał na zrealizowanego i wszechmogącego. W rzeczywistości był tylko junior account managerem[2], a jego gabinet to była nędzna garderoba w porównaniu z tymi, które zajmowali dyrektorzy i kierownicy, ale widok i tak robił wrażenie.

Teraz pochylił się do przodu i uśmiechnął.

– Zadomowiłaś się już w nowym mieszkaniu?

Zaskoczył mnie tym pytaniem i było mi bardzo miło, że pamiętał. Poznałam go podczas drugiego etapu rekrutacji i od razu polubiłam.

– W zasadzie tak – odparłam. – Wciąż jeszcze kilka pudeł poniewiera się tu i tam.

– Przeprowadziłaś się z San Diego, prawda? Miłe miasto, ale bardzo różne od Nowego Jorku. Tęsknisz za palmami?

– Tęsknię za suchym klimatem. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tutejszego wilgotnego powietrza.

– Poczekaj, aż lato walnie z pełną siłą. – Uśmiechnął się. – A więc… to twój pierwszy dzień w pracy i jesteś moją pierwszą asystentką, więc będziemy musieli wszystko sobie ułożyć z biegiem czasu. Nie byłem dotąd przyzwyczajony do przekazywania obowiązków, ale mam nadzieję, że szybko wejdzie mi to w krew.

Od razu poczułam się swobodniej.

– Z wielką chęcią przejmę te obowiązki.

– Współpraca z tobą jest dla mnie dużym krokiem naprzód, Evo. Mam nadzieję, że będzie ci się tutaj podobało. Pijesz kawę?

– To podstawa mojej codziennej diety.

– Ach, asystentka o podobnych upodobaniach! – Uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Nie będę cię prosił o podawanie kawy, ale przydałaby mi się twoja pomoc, żeby rozgryźć, jak działają te nowe ekspresy, które ustawili w kafeterii.

Uśmiechnęłam się.

– Nie ma sprawy.

– Szkoda, że w tej chwili nie mam dla ciebie nic innego do roboty. – Potarł się po karku z zakłopotaną miną. – Ale może pokażę ci kontrakty reklamowe, nad którymi obecnie pracuję, i razem coś z tym zrobimy?

Niewiele pamiętam z reszty dnia, wszystko działo się tak szybko. Mark skontaktował się z dwoma klientami, po czym odbył długie spotkanie z zespołem kreatywnym pracującym nad pomysłami wypromowania szkoły biznesu. Z zafascynowaniem obserwowałam z bliska, jak różne działy przekazują sobie pałeczkę, by poprowadzić kampanię od początku do końca. Chciałam nawet zostać trochę dłużej, by lepiej zaznajomić się z rozkładem biura, ale mój telefon zadzwonił pięć minut przed piątą.

– Biuro Marka Garrity’ego. Eva Tramell przy telefonie.

– Rusz łaskawie swój tyłek do domu, żebyśmy mogli pójść na tego drinka, którego obiecałaś mi wczoraj.

Udawana powaga w głosie Cary’ego wywołała uśmiech na mojej twarzy.

– Dobra, dobra, już.

Wyłączyłam komputer i uporządkowałam biurko. Gdy dotarłam do wind, wyciągnęłam komórkę, by wysłać Cary’emu wiadomość: „jestem w drodze”. Dzwonek poinformował mnie, która winda zatrzyma się na moim piętrze. Podeszłam więc tam i ponownie skupiłam się na telefonie, by wysłać wiadomość. Kiedy drzwi windy się otworzyły, ze wzrokiem wciąż wbitym w ekran komórki zrobiłam krok do przodu. Rozkojarzona podniosłam głowę i… mój wzrok spotkał się ze szmaragdami jego oczu. Wstrzymałam oddech.

Jedynym pasażerem w windzie był bóg seksu.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 Gra słów – crossfire (ang.) oznacza „ogień krzyżowy”; to kombinacja słów cross – „krzyż” oraz fire – „ogień”, Cross zaś to również nazwisko głównego bohatera (przyp. tłum.).

2Junior Account Manager – młodszy specjalista odpowiedzialny za kontakt z klientem w agencji reklamowej (przyp. tłum.).