Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 311 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dotyk ciemności - C.J. Roberts

To nie jest kolejna książka o perwersjach, które chcielibyście powtórzyć w zaciszu własnej sypialni. To książka o tym, czego na pewno nie chcielibyście doświadczyć. Bezwzględnie penetruje najciemniejsze zakamarki ludzkiej psychiki i stawia pytania o granicę między nienawiścią a oddaniem, między oprawcą a ofiarą. Caleb, człowiek o tragicznej przeszłości, która pozbawiła go ludzkich odruchów, uprowadza osiemnastoletnią Livvie i szkoli ją na seksualną niewolnicę. Ma stać się narzędziem zemsty, która pozwoli Calebowi rozliczyć się z przeszłością. Mężczyzna rozpoczyna tresurę Livvie, a ona, wciągnięta w niebezpieczną grę, całkowicie podporządkowuje się swojemu oprawcy. Caleb nie przewidział jednak, że między nim a dziewczyną pojawi się uczucie. Czy jednak relacja zrodzona z przemocy ma szansę przetrwać? Silna dawka emocji i szokujące sceny zabiorą Cię w świat mrocznej erotyki. Gęsta atmosfera powieści odurza i na długo pozostaje w pamięci.
Ostrzegamy: lektura niewskazana dla osób o słabych nerwach.

Opinie o ebooku Dotyk ciemności - C.J. Roberts

Fragment ebooka Dotyk ciemności - C.J. Roberts

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przekład

Agnieszka Brodzik

 

 

 

 

 

 

Tytuł oryginału: Captive in the Dark

Copyright © 2013 CJ Roberts, Neurotica Books, LLC

www.aboutcjroberts.com

facebook.com/dotykciemnosci

 

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2015

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2015

 

Redaktor prowadząca: Magdalena Genow

Redakcja: Magdalena Wójcik

Korekta: Paulina Wierzbicka

Projekt okładki: Dawid Czarczyński

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Maciej Majchrzak

Fotografia na okładce: © Emmanuelle Brisson/Getty Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2015

 

 

ISBN 978-83-7976-234-7

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

Książkę dedykuję

Mojej mamie – za to, że kochałaś mnie mimo wszystko, nawet gdy łaziłam za tobą w sklepie z paczką pieluch dla dorosłych, żeby wytargować chipsy. Kocham cię!

Mojemu mężowi – za to, że wierzyłeś we mnie bardziej niż ja sama. Nigdy z nikim tak bardzo się nie śmiałam. Może nie zgadzamy się we wszystkim, ale z nikim innym nie chciałabym spędzić życia na kłótniach.

R. Robinson – która przeczytała tę powieść w tak wielu wcieleniach i wciąż prosiła o więcej. Nie mam wątpliwości, że jesteś moją największą fanką. Dziękuję, że zawsze byłaś wobec mnie taka otwarta i nigdy nie przepraszałaś.

K. Ekvall i A. Mennie – które przeprowadziły mnie przez mrok (ha, ha, ha), żebym mogła wyjść po drugiej stronie. Bez waszych mądrych słów, krytycznych uwag, sokolego wzroku, miliona maili i metaforycznych kopów w dupę nigdy nie skończyłabym tej książki. Dziękuję, że nie pozwoliłyście mi się poddać.

S. Davis – za przeczytanie mojej pracy, kiedy była jeszcze potworna, i uwierzenie we mnie.

A. Simpson – za niesamowity talent w projektowaniu.

Moim dziewczynom (same wiecie, o kogo mi chodzi) – spotkajmy się na trzynastym piętrze z butelką wina. Mam parę historyjek do opowiedzenia.

Kocham Was!

 

 

 

 

 

 

 

Prolog

Zemsta, przypominał sobieCaleb. Właśnie jej to wszystko służy. Po dwunastu latach planowania i zaledwie kilku miesiącach właściwych działań wreszcie dokona swojej zemsty.

Jako treser niewolnic wyszkolił co najmniej dwadzieścia dziewczyn. Niektóre miały ku temu skłonności, inne próbowały wydostać się z biedy, poświęcając wolność w zamian za bezpieczeństwo. Zgłaszały się też do niego przymuszone do niewolnictwa córki ubogich rolników, którzy chcieli pozbyć się ciężaru w zamian za posag. Trafiło się też kilka czwartych czy piątych z kolei żon szejków i bankierów, które miały nauczyć się sprawiać przyjemność swoim mężom. Jednak ta konkretna niewolnica, którą wypatrzył na zatłoczonej ulicy, wyróżniała się. Nie miała skłonności, nie była biedna, nie została przymuszona. Stała się czystym wyzwaniem.

Caleb próbował przekonać Rafiqa, że mógłby wyszkolić dowolną inną dziewczynę, że pozostałe będą najlepiej przygotowane do tak poważnej, potencjalnie niebezpiecznej operacji, lecz Rafiq pozostawał niewzruszony. On również zbyt długo już czekał na dokonanie zemsty i zamierzał zaplanować wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Dziewczyna musiała być kimś naprawdę wyjątkowym. Musiała być prezentem tak cennym, by zarówno o niej, jak i o jej treserze mówili wszyscy.

Przez wiele lat Caleb był jedynym uczniem Muhammada Rafiqa i zdobywał coraz lepszą reputację oraz opinię człowieka całkowicie oddającego się powierzonemu mu zadaniu. Nigdy nie zawiódł. A teraz, po tak długim czasie spędzonym na przygotowaniach, nadszedł moment, by udowodnić swoją wartość przed człowiekiem, któremu zawdzięczał wszystko. Istniała tylko jedna przeszkoda dzieląca go od upragnionej zemsty. Ostatni test jego bezwzględności – będzie musiał kogoś uwięzić.

Wyszkolił tak wiele dziewczyn, że nie pamięta ich imion. Tę również wytresuje dla Rafiqa.

Plan był prosty. Caleb wróci do Ameryki, by odnaleźć kandydatkę na Wyprzedaż Kwiatów, jak Arabowie nazywali Zahra Bay. Aukcja odbędzie się w jego przybranej ojczyźnie, Pakistanie, za ponad cztery miesiące. Trafi na nią mnóstwo prawdziwych piękności z typowo patriarchalnych państw, gdzie nabywanie tego rodzaju towaru ograniczało jedynie prawo popytu i podaży. Jednak dziewczyna z kraju Pierwszego Świata zostanie uznana za prawdziwe osiągnięcie. Niewolnice z Europy stanowiły poszukiwany towar, natomiast te z Ameryki to już prawdziwy rarytas. Taka dziewczyna ugruntowałaby pozycję Caleba na rynku rozkoszy i pozwoliła dotrzeć do najbardziej wpływowych ludzi.

Jego celem było znalezienie kogoś podobnego do siebie z przeszłości – wyjątkowo pięknego, biednego, prawdopodobnie niedoświadczonego i predysponowanego do uległości. Kiedy dokona już wyboru, Rafiq przyśle mężczyzn, którzy pomogą mu wywieźć dziewczynę z kraju i przetransportować do Meksyku.

Rafiq skontaktował się z sojusznikiem, który zapewni im bezpieczne schronienie w Maderze na pierwsze sześć tygodni, kiedy to porwana będzie się aklimatyzować pod czujnym okiem Caleba. Gdy zacznie zachowywać się wystarczająco posłusznie, wybiorą się na dwudniową podróż do Tuxtepec i tam wsiądą na pokład prywatnego samolotu. Na koniec wylądują w Pakistanie, gdzie Rafiq pomoże Calebowi w ostatnim etapie szkolenia, na kilka tygodni przed Zahra Bay.

To aż nazbyt łatwe, pomyślał Caleb. Chociaż przez chwilę wydawało mu się, że jest zupełnie inaczej.

Przez ostatnie trzydzieści minut przypatrywał się dziewczynie ze swojego punktu obserwacyjnego po drugiej stronie ulicy. Włosy miała spięte z tyłu, a na jej twarzy malował się grymas. Właśnie intensywnie wpatrywała się w ziemię przed stopami. Czasami trochę się wierciła, co sugerowało wewnętrzny niepokój, którego nie potrafiła ukryć. Caleb zastanawiał się, dlaczego sprawiała wrażenie tak zdenerwowanej.

Znajdował się na tyle blisko, by dobrze ją widzieć, a jednocześnie był w ukryciu i dało się zauważyć jedynie czarny, niczym niewyróżniający się samochód z przyciemnianymi szybami. Caleb pozostawał niemal niewidzialny; dziewczyna najwyraźniej chciałaby tego samego.

Czyżby podskórnie wyczuwała, że jej dotychczasowe życie wisi na włosku? Może czuła na sobie jego wzrok? Czyżby posiadała szósty zmysł ostrzegający ją przed potworami? Uśmiechnął się na tę myśl. W głębi swojej perwersyjnej duszy miał nadzieję, że dziewczyna faktycznie ma zdolność wykrywania potworów. A jednak obserwował ją od kilku tygodni i zupełnie nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. Caleb westchnął. Był potworem, którego nikt nie spodziewałby się w świetle dnia. Ludzie często popełniali ten błąd. Wierzyli, że gdy świeci słońce, są bezpieczniejsi, bo potwory wychodzą tylko nocą.

Jednak bezpieczeństwo – jak światło – to tylko fasada. Pod spodem cały świat skąpany jest w mroku. Caleb dobrze o tym wiedział. Wiedział również, że jedynym sposobem, żeby uchronić się przed złem, było zaakceptowanie tej ciemności, wejście w nią z otwartymi oczami, zlanie się z nią w jedność. Wrogów należy trzymać blisko. I właśnie tak postępował Caleb. Swoich przeciwników miał tak blisko, że czasem nie rozróżniał już, gdzie on się kończy, a gdzie zaczynają oni. Ponieważ bezpieczeństwo nie istniało, a potwory czaiły się wszędzie.

Spojrzał na zegarek, a potem znowu podniósł wzrok na swą przyszłą ofiarę. Autobus się spóźniał. Wyraźnie sfrustrowana dziewczyna usiadła na piachu, kładąc plecak na kolanach. Gdyby przystanek znajdował się na stałej trasie, obok niej kręciliby się inni ludzie albo siedzieliby na ławce, ale dziewczyna była sama. Każdego dnia Caleb mógł obserwować, jak sterczy pod tym samym drzewem rosnącym przy zatłoczonej ulicy.

Pochodziła z biednej rodziny, co było prawie tak istotne jak jej uroda. Nawet w Ameryce ubodzy łatwiej znikają. A już zwłaszcza ktoś na tyle dorosły, żeby zwyczajnie uciec z domu. Właśnie z takiej wymówki najczęściej korzystały służby, gdy nie potrafiły kogoś znaleźć – zaginiony pewnie po prostu uciekł.

Dziewczyna najwyraźniej nie zamierzała opuścić przystanku, chociaż jej autobus spóźniał się już czterdzieści pięć minut. Caleb z jakiegoś powodu uznał to za interesujące. Czy to możliwe, żeby tak bardzo lubiła szkołę? A może aż tak nienawidziła domu i rodziny? Jeśli to prawda, bardzo mu to ułatwi sprawę. Może dziewczyna uzna porwanie za ratunek. Niemal się zaśmiał w głos na tę myśl – jasne.

Wpatrywał się w jej bezkształtne, nietwarzowe ubrania: luźne dżinsy, szara bluza z kapturem, słuchawki i plecak. Ciągle ubierała się w tym stylu, ale tylko w drodze do szkoły. Za jej murami wkładała coś bardziej kobiecego, nawet nieco frywolnego. Jednak na koniec dnia znowu zmieniała strój. Caleb jeszcze raz pomyślał o tym, czy dziewczyna nienawidzi domu. Czyżby ubierała się w ten sposób ze względu na surowych rodziców albo niestabilną sytuację? A może nie chciała przesadnie zwracać na siebie uwagi na niebezpiecznym osiedlu w drodze do szkoły i z powrotem? Nie wiedział, ale bardzo chciał się dowiedzieć.

Dostrzegł w niej coś interesującego, co sprawiło, że uznał ją za właśnie taką dziewczynę, jakiej poszukiwał – kogoś obdarzonego zdolnością stapiania się z tłem. Kogoś, kto ma dość zdrowego rozsądku, żeby poddać się woli autorytetu albo nie protestować, gdy w grę wchodziło niebezpieczeństwo. Kogoś, kto potrafi przetrwać w każdych warunkach.

Dziewczyna po drugiej stronie ulicy bawiła się słuchawkami i bezmyślnie patrzyła w ziemię. Była ładna, naprawdę ładna. Nie chciał jej tego robić, ale czy miał alternatywę? Pogodził się już z faktem, że potrzebuje jej do osiągnięcia swojego celu. Jeśli oszczędzi ją, będzie musiał znaleźć kogoś innego, a rezultat pozostanie ten sam.

Nie przerywał obserwacji dziewczyny, swojej potencjalnej niewolnicy, zastanawiając się, jak wypadnie w oczach mężczyzny, dla którego jest przeznaczona. Wieść niosła, że na tegorocznej aukcji pokaże się Vladek Rostrovich, jeden z najbogatszych ludzi na świecie i z pewnością jeden z najbardziej niebezpiecznych. Właśnie w jego ręce trafi niewolnica i pozostanie tam tak długo, jak będzie trzeba, żeby Caleb mógł zbliżyć się doVladka i zniszczyć wszystko, co jest bliskie jego sercu. A potem go zabije.

Mimo to Caleb zastanawiał się, nie po raz pierwszy zresztą, dlaczego tak bardzo go przyciągała. Może chodziło o oczy. Nawet z takiej odległości widział, jakie są ciemne, tajemnicze i smutne. I jak stare się wydają.

Pokręcił głową, żeby pozbyć się tych myśli i skupić na zadaniu. W tej samej chwili usłyszał skrzypienie skrzyni biegów – nadjeżdżał autobus. Caleb patrzył, jak na twarzy dziewczyny pojawia się wyraz ulgi. Wydawało się, że powodem jest nie tylko przyjazd długo wyczekiwanego pojazdu, ale raczej zbliżająca się ucieczka, a może nawet wolność. Wreszcie autobus zatrzymał się w tym samym momencie, w którym słońce ostatecznie zaświeciło pełnią mocy. Dziewczyna spojrzała w górę i skrzywiła się, ale nie odwróciła twarzy, wygrzewając się w ciepłych promieniach, zanim przyjdzie jej schować się we wnętrzu pojazdu.

 

**

 

Tydzień później Caleb zajął to samo miejsce co zawsze, czekając na dziewczynę. Autobus przyjechał i odjechał, ale po przyszłej niewolnicy nie było ani śladu. Postanowił, że poczeka i zobaczy, czy jeszcze się pojawi.

Już miał się poddać, kiedy zauważył ją za rogiem, jak biegnie na przystanek, ile tchu w płucach. W końcu dotarła na miejsce, ciężko dysząc, niemal zrozpaczona. Łatwo poddawała się emocjom. Znowu zastanowił się, dlaczego tak bardzo zależało jej na dostaniu się do szkoły.

Caleb wyjrzał przez okno samochodu, żeby ją obserwować. Chodziła w kółko, może właśnie zdając sobie sprawę, że przegapiła autobus. To wręcz niesprawiedliwe, że jeszcze kilka dni temu czekała na niego niemal godzinę, a jednak w tym tygodniu kierowca nie poczekał na nią ani minuty. Nie ma pasażerki, nie ma po co się zatrzymywać. Caleb zastanawiał się, czy dziewczyna będzie siedzieć na przystanku kolejną godzinę, żeby mieć absolutną pewność, że nie ma nadziei. Pokręcił głową. Tego rodzaju zachowanie obnażyłoby naturę desperatki. Miał nadzieję, że odejdzie, a jednocześnie, że poczeka.

Tego rodzaju poszarpane myśli wprawiły go w konsternację. Nie powinien żywić żadnych nadziei. Powinny go obchodzić jedynie rozkazy i zadanie do wykonania. Plan. Prosty i oczywisty. W obliczu zemsty nie ma miejsca na sumienie.

Sumienie jest dobre dla przyzwoitych ludzi, a on bardziej nieprzyzwoity być już nie mógł. Caleb nie wierzył w istnienie jakiejkolwiek siły wyższej czy życia pozagrobowego, chociaż wiedział bardzo dużo na temat religii ze względu na dorastanie na Środkowym Wschodzie. Jeśli jednak naprawdę istniała jakaś forma zaświatów, gdzie ludzie otrzymywali to, na co sobie zapracowali za życia, Caleb i tak był już potępiony. Z radością pójdzie do piekła, kiedy Vladek już umrze.

Poza tym, jeśli Bóg i bogowie faktycznie istnieli, żaden z nich nie miał pojęcia o istnieniu Caleba; inaczej przejęliby się jego losem, gdy to miało jeszcze znaczenie. A jednak nikogo nie obchodził. Nikogo prócz Rafiqa. W razie gdyby zaświaty również nie istniały, Caleb musiał się upewnić, że Vladek Rostrovich zapłaci za swoje grzechy.

Dwadzieścia minut później dziewczyna zaczęła płakać – na chodniku, na oczach Caleba. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Łzy zawsze go fascynowały. Lubił na nie patrzeć. Szczerze mówiąc, podniecały go. Kiedyś nienawidził tego odruchu, ale już dawno przestał. Tego rodzaju reakcje były częścią jego jestestwa, na dobre i na złe. Głównie na złe, co przyznał sam przed sobą z uśmiechem, poprawiając bieliznę na nabrzmiałym członku.

Co takiego tkwi w tego rodzaju przejawach silnych emocji, że tak silnie na niego oddziaływały? Niczym ostry ból przeszyła go czysta żądza, przynosząc ze sobą nieodpartą chęć, by posiąść ciało dziewczyny, zawładnąć jej łzami. Każdego dnia myślał o niej bardziej jak o niewolnicy niż zagadce do rozwiązania. Chociaż w jej oczach wciąż dostrzegał pewien rodzaj intrygującej tajemnicy.

Jego umysł opanowały obrazy słodkiej niewinnej twarzy zalanej łzami i dziewczyny przełożonej przez kolano. Niemal czuł na dłoni miękkość jej nagich pośladków, ciężar ciała przyciśniętego do jego wzwiedzionego członka, gdy wymierza kolejne klapsy.

Szybko musiał przestać marzyć.

Nagle przed dziewczyną zatrzymał się samochód. Cholera. Caleb jęknął, porzucając przyjemne wizje. Wprost nie mógł uwierzyć własnym oczom. Jakiś dupek próbuje odebrać mu zwierzynę.

Caleb zobaczył, jak dziewczyna kręci głową, nie chcąc skorzystać z zaproszenia do samochodu. Facet najwyraźniej nie odpuszczał i chociaż ona odchodziła już z przystanku, ruszył jej śladem.

Caleb mógł zrobić tylko jedno.

Wysiadł z samochodu. Był pewien, że dziewczyna nie zwróciła uwagi na to, jak długo w nim siedział. W tej chwili wydawała się zbyt przerażona, żeby myśleć o czymś innym niż płyty chodnikowe, w które wpatrywała się intensywnie. Maszerowała bardzo szybkim krokiem, trzymając plecak z przodu niczym tarczę. Caleb przeszedł na drugą stronę ulicy i powoli ruszył w jej stronę. Swobodnie rozejrzał się, jednocześnie idąc wprost na dziewczynę, jakby chciał się z nią zderzyć.

Wszystko wydarzyło się bardzo szybko i niespodziewanie. Zanim zdążył zrealizować prosty plan pozbycia się zewnętrznego niebezpieczeństwa, dziewczyna nagle rzuciła mu się w ramiona, a plecak wylądował ciężko na chodniku. Caleb spojrzał na samochód, w którym dostrzegł niewyraźny kształt mężczyzny. Drugi drapieżnik.

– O mój Boże – szepnęła dziewczyna w jego podkoszulek. – Udawaj, że wszystko gra, okej?

Jej ramiona trzymały klatkę piersiową Caleba w żelaznym uścisku, w głosie zaś zabrzmiała rozpacz.

Zamurowało go na chwilę. Jakże interesujący zwrot akcji. W tym scenariuszu grał rolę bohatera? Omal się nie uśmiechnął.

– Widzę go – powiedział, dostrzegając wzrok łowcy.

Idiota nadal tam siedział, wyraźnie zbity z tropu. Caleb otoczył dziewczynę ramionami, jakby ją znał. W pewnym sensie tak było. W przypływie swawoli przejechał dłońmi po ciele dziewczyny. Spięła się i wstrzymała oddech.

Samochód z konkurentem w środku wreszcie odjechał z piskiem opon. Dziewczyna nie potrzebowała już jego ochrony, więc prędko się odsunęła.

– Przepraszam – powiedziała szybko – ale ten koleś nie dawał mi spokoju.

W jej głosie słychać było ulgę, ale incydent wyraźnie ją wystraszył.

Caleb spojrzał jej w oczy, tym razem z bliska. Były dokładnie tak ciemne, urzekające i smutne, jak sobie je wyobrażał. Z miejsca poczuł ochotę, by ją posiąść, zabrać do jakiegoś sekretnego miejsca, gdzie mógłby poznawać głębię tego spojrzenia, odkrywać schowane w nim tajemnice. Teraz jednak nie mógł tego zrobić.

– To Los Angeles, miasto niebezpieczeństwa, intryg i gwiazd filmowych. Czy nie to napisano pod znakiem Hollywood? – rzucił, próbując rozluźnić atmosferę.

Zmieszana dziewczyna pokręciła głową. Najwyraźniej nie była jeszcze gotowa na żarty. Kiedy jednak schyliła się, by podnieść rzucony na chodnik plecak, wydukała:

– Ee… właściwie to chodzi raczej o „Tak bardzo L.A.” Ale to nie jest napisane pod znakiem Hollywoodu. Nic nie ma pod tym znakiem.

Caleb ledwo powstrzymał się od szerokiego uśmiechu. Nie próbowała być zabawna. Raczej szukała bezpiecznego tematu do rozmowy.

– Powinienem wezwać policję? – zapytał z udawaną troską.

Teraz, gdy już poczuła się bardziej bezpiecznie, najwyraźniej lepiej mu się przyjrzała. Nie podobało mu się to, ale nic nie mógł poradzić.

– Eee… – Wzrok dziewczyny ześlizgnął się z jego oczu, zatrzymując się nieco za długo na ustach, by zaraz potem spocząć na jej trampkach. – To chyba nie jest konieczne. I tak nic nie zrobią, tutaj jest pełno takich zboczków. Poza tym – dodała nieśmiało – nawet nie zapamiętałam numerów rejestracyjnych.

Znowu na niego spojrzała, przyglądając się jego twarzy, by zaraz zagryźć dolną wargę i spuścić wzrok na ziemię. Caleb próbował udawać zatroskanego, chociaż najchętniej by się uśmiechnął. Najwyraźniej jestem dla niej atrakcyjny.

Podejrzewał, że tak postrzega go większość kobiet; nawet jeśli rozumiały później albo już zbyt późno, co ta atrakcyjność naprawdę oznacza. Mimo to tego rodzaju naiwne, niemal niewinne reakcje zawsze go bawiły. Patrzył, jak dziewczyna z rozmysłem gapi się w ziemię, przestępując z nogi na nogę.

Stała tak i nie zdawała sobie zupełnie sprawy, że tą uległością właśnie przypieczętowała swój los. Caleb miał ochotę ją pocałować.

Stwierdził, że czas wyplątać się z tej sytuacji.

– Pewnie masz rację – westchnął, uśmiechając się ze współczuciem – policja miałaby to gdzieś.

Skinęła lekko głową, kiwając się nieznacznie na boki z nerwów, a może nawet z nieśmiałości.

– Hej, a czy mógłbyś…

– Chyba powinienem…

Tym razem pozwolił sobie na szeroki uśmiech.

– Przepraszam, ty pierwszy – szepnęła, a na jej twarzy wykwitł rumieniec

W roli uroczej, nieśmiałej dziewczynki była zachwycająca. Zupełnie jakby na szyi zawiesiła znak z napisem „Zrobię wszystko, co tylko zechcesz”.

Wiedział, że powinien już odejść. I to natychmiast. Och, ale tak świetnie się bawił. Rozejrzał się po ulicy. Ludzie niedługo się pewnie pojawią, ale w tej chwili nie było nikogo w pobliżu.

– Nie, słucham, co chciałaś powiedzieć?

Przyjrzał się jej kruczoczarnym włosom, których kosmyk obracała w palcach. Były długie i faliste i spływały kaskadą na wzgórki jej piersi. Piersi, które idealnie pasowałyby rozmiarem do jego dłoni. Musi przestać tak myśleć, zanim jego ciało zareaguje.

Dziewczyna podniosła wreszcie wzrok i spojrzała na niego. Słońce świeciło jej w twarz, więc zmrużyła oczy.

– Och… eee… Wiem, że to trochę dziwne w kontekście tego, co się przed chwilą wydarzyło… ale, ten, uciekł mi autobus i… – wytrącona z równowagi postanowiła szybko wyrzucić z siebie słowa: – Wydajesz się w porządku kolesiem i w ogóle, a ja muszę dzisiaj oddać projekt i tak sobie myślę, czy… Mógłbyś mnie podwieźć do szkoły?

Na jego twarzy pojawił się wprost nikczemny uśmiech. Z kolei ona wyszczerzyła wszystkie swoje bielutkie ząbki.

– Do szkoły? Ile ty masz lat?

Zaczerwieniła się jeszcze bardziej.

– Osiemnaście! Jestem w ostatniej klasie i kończę szkołę latem. – Posłała mu uśmiech. Słońce wciąż świeciło w jej stronę, więc cały czas mrużyła oczy. – Dlaczego pytasz?

– A nic – skłamał i wykorzystał jej młodzieńczą naiwność – po prostu wyglądasz na starszą.

Kolejny szeroki uśmiech – i nawet więcej białych ząbków.

Nadszedł czas, żeby to zakończyć.

– Słuchaj, z chęcią bym ci pomógł, ale właśnie mam się spotkać z przyjaciółką kawałek stąd. Podwozimy się nawzajem do pracy i dzisiaj to jej kolej walczyć z ruchem na czterysta piątce. – Spojrzał na zegarek. – Właściwie to już się spóźniłem.

Na widok jej zbolałej miny poczuł przypływ satysfakcji. Dziewczynie zrobiło się przykro nie tylko z powodu odmowy, ale też na wzmiankę o przyjaciółce. Pierwsza lekcja polega na tym, że nie dostajesz tego, czego chcesz.

– Jasne, rozumiem. – Przyjęła odmowę spokojnie, ale wciąż się rumieniła. Wzruszyła ramionami, a jej wzrok powędrował z dala od niego. – Poproszę mamę, żeby mnie zawiozła. Żaden problem.

Zanim zdążył jeszcze raz ją przeprosić, obeszła go i włożyła słuchawki do uszu.

– Dzięki za pomoc z tamtym kolesiem. Na razie.

Kiedy odchodziła, do jego uszu dobiegły słabe dźwięki muzyki z odtwarzacza. Zastanawiał się, czy włączyła ją tak głośno, żeby utopić w hałasie swoje zakłopotanie.

– Na razie – szepnął.

Poczekał, aż dziewczyna wyjdzie za róg, a potem wrócił do swojego samochodu i usiadł za kierownicą. Sięgnął po telefon. Musi przygotować wszystko na przybycie nowego gościa.

 

 

 

 

 

 

 

Jeden

Obudziłam się ze straszliwym bólem głowy i zauważyłam dwie rzeczy jednocześnie – byłam sama i otaczała mnie ciemność. Czyżbyśmy gdzieś jechali? Nie widziałam za dobrze, ale i tak odruchowo się rozejrzałam, żeby odzyskać równowagę, znaleźć coś znajomego. Leżałam na podłodze vana, niczym nieprzypięta.

Zaskoczona chciałam się zerwać, ale ruszałam się jak mucha w smole. Ręce miałam związane z tyłu, a nogi, choć wolne, bardzo mi ciążyły.

Podjęłam jeszcze jedną próbę wypatrzenia czegoś w ciemności. Oba znajdujące się z tyłu okna były mocno przyciemnione, ale nawet w takich warunkach udało mi się dojrzeć cztery wyraźne kształty. Po głosach poznałam, że to mężczyźni. Mówili w nieznanym mi języku, który w moich uszach brzmiał jak wartki potok szarpanych głosek. Coś bogatego, bardzo odległego… może ze Środkowego Wschodu. Czy miało to jakieś znaczenie? Mój umysł mówił, że tak, to była istotna informacja. Wtedy nawet to drobne pocieszenie przestało mieć znaczenie. Załoga „Titanica” widziała wierzchołek lodowca, ale i tak ich to nie uratowało.

Odruchowo chciałam zacząć krzyczeć. Właśnie tak reagujesz, gdy spełnia się twój najgorszy koszmar. Mimo to zacisnęłam szczęki. Naprawdę chciałam, żeby dowiedzieli się, że już się obudziłam? Oczywiście, że nie.

Nie jestem aż tak głupia. Obejrzałam dość filmów i przeczytałam dość książek, a do tego wystarczająco długo mieszkałam na złym osiedlu, żeby wiedzieć, że zwracanie na siebie uwagi to najgorsze, co mogę zrobić – praktycznie w każdej sytuacji. W głowie usłyszałam sarkastyczne pytanie: „W takim razie co tu robisz, do cholery, skoro taka z ciebie znawczyni?”. Skrzywiłam się.

Niczego się w życiu tak nie bałam jak tego, że jakiś popieprzony zboczeniec zaciągnie mnie do vana, zgwałci i zostawi gdzieś na pewną śmierć. Od chwili, gdy moje ciało zaczęło się zmieniać, na ulicy spotykałam mnóstwo perwersów, którzy bardzo szczegółowo opowiadali, co ze mną zrobią. Byłam ostrożna. Postępowałam według zasad, które miały uczynić mnie niewidzialną. Trzymałam głowę nisko, maszerowałam szybkim krokiem i ubierałam się skromnie. A mimo to mój koszmar się spełnił. Znowu. W głowie słyszałam głos matki, która pyta, co narobiłam.

Było ich czterech. Z moich oczu popłynęły łzy, a z ust wydobył się jęk. Nie mogłam się powstrzymać.

Nagle ucichły wszelkie rozmowy. Chociaż starałam się nie wydać żadnego odgłosu, moja klatka piersiowa walczyła o oddech, unosząc się i opadając gwałtownie, w rytmie wzbierającej paniki. Wiedzieli, że się obudziłam. Pod wpływem impulsu krzyknęłam, żeby mnie puścili; najgłośniej, jak tylko potrafiłam, jakbym miała zaraz umrzeć, jak zresztą faktycznie mi się wydawało. Wrzeszczałam, choć nie było nikogo, kto mógłby mnie wysłuchać i pomóc. Moja głowa boleśnie pulsowała.

– Pomocy! Niech mi ktoś pomoże!

Zaczęłam się rzucać, wierzgając nogami na wszystkie strony, kiedy jeden z mężczyzn próbował je złapać. Van kiwał się na boki, a arabskie głosy porywaczy stawały się coraz bardziej krzykliwe i rozgniewane. Wreszcie trafiłam stopą w twarz jednego z nich, aż wylądował na ścianie samochodu.

– Pomocy! – wrzasnęłam raz jeszcze.

Moja rozsierdzona ofiara znowu zaatakowała i tym razem poczułam na lewym policzku solidny cios. Straciłam przytomność, ale zdążyłam jeszcze zrozumieć, że teraz moje ciało zostanie zdane na łaskę i niełaskę czterech zupełnie obcych mężczyzn. Mężczyzn, których nigdy nie chciałam poznać.

Kiedy znowu się obudziłam, szorstkie dłonie wcisnęły się pod moje przedramiona, podczas gdy inne trzymały mnie za nogi. Właśnie wynoszono mnie z wnętrza vana w ciemną noc. Musiałam spać długie godziny. Głowa bolała mnie tak bardzo, że nie mogłam mówić. Lewą część twarzy miałam wielkości piłki nożnej i ledwo co widziałam na oko po tej stronie. Kręciło mi się w głowie i nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, zwymiotowałam. Porywacze puścili mnie i po prostu przekręcili na bok. Kiedy leżałam tak, wstrząsana suchymi spazmami, mężczyźni wrzeszczeli coś do siebie, ale nic nie mogłam zrozumieć. Raz wzrok przysłaniała mi mgła, innym razem widziałam wszystko wyraźnie. Zbyt słaba, żeby stawić opór swojemu ciału, położyłam głowę obok wymiocin i znowu straciłam przytomność.

 

**

 

Jakiś czas później się obudziłam, przynajmniej częściowo. Wierzgnęłam nogami i poczułam ból. Wszędzie. W głowie mi ćmiło, a kark miałam tak sztywny, że aż palił żywym ogniem. A najgorsze, że gdy spróbowałam otworzyć oczy, nie mogłam. Ktoś zawiązał na nich opaskę.

Wszystko wróciło do mnie w przebłyskach pamięci. Pisk opon. Zgrzyt metalu. Ktoś idzie. Ktoś biegnie. Zapach piżma. Brud. Mrok. Wymiociny. Porwanie.

Zebrałam w sobie resztki sił i determinacji, a potem spróbowałam się podnieść. Dlaczego nie mogłam się ruszyć? Ani rękami, ani nogami. Umysł nakazywał ciału ruch, ale ono zdawało się głuche na polecenia. Zalała mnie świeża fala paniki.

Spod spuszczonych powiek popłynęły piekące łzy. Obawiając się najgorszego, spróbowałam ruchami głowy zsunąć opaskę z oczu. Poczułam spazm bólu w karku, a mimo to nie ruszyłam się może o milimetr. Co oni ze mną zrobili? Zaprzestałam prób. Po prostu pomyśl, powiedziałam sobie, poczuj.

Starałam się wyczuć swoje ułożenie. Głowa leżała na poduszce, a reszta ciała na czymś miękkim, zapewne łóżku. Przeszedł mnie dreszcz. Wciąż miałam na sobie ubrania, co było pocieszające. Czułam materiał na nadgarstkach i wokół kostek, więc nietrudno zgadnąć, że zostałam przywiązana do łóżka. O Boże! Zagryzłam wargę, dusząc w sobie płacz, gdy zrozumiałam, że moja długa do kostek spódnica została wysoko zadarta, aż do ud. Nogi miałam rozłożone. Dotykali mnie? Tylko się nie rozklejaj! Wciągnęłam głęboko powietrze i wypuściłam je powoli, starając się porzucić ten tok myślenia.

Chyba nic mi nie zrobili, nie brakowało żadnych palców. Mechanicznie skupiałam się na tym, co jest tu i teraz. Rozumiejąc, że moje ciało nie doznało uszczerbku, westchnęłam z ulgą, ale zabrzmiało to raczej jak szloch.

Właśnie wtedy usłyszałam jego głos.

– Dobrze. Wreszcie się obudziłaś. Zaczynałem się martwić, że coś ci się stało.

Zamarłam na dźwięk męskiego głosu. Nagle musiałam zmuszać się do oddychania. Mężczyzna mówił z upiorną łagodnością i troską, a do tego… brzmiał znajomo? Dzwonienie w uszach utrudniało mi skupienie się, ale wyraźnie słyszałam amerykański akcent, chociaż coś brzmiało w nim nie tak.

Powinnam była wtedy krzyknąć, taka byłam przerażona, jednak zamiast tego tylko zamarłam. Mężczyzna przez cały ten czas siedział w pokoju i obserwował mnie, gdy panikowałam.

Po kilka chwilach zapytałam drżącym głosem:

– Kim jesteś?

Żadnej odpowiedzi.

– Gdzie jestem?

Moje słowa i głos wydawały się docierać z opóźnieniem, niemrawo, jakbym była pijana.

Cisza. Skrzypnięcie fotela. Kroki. Serce walące w piersi.

– Jestem twoim panem. – Przycisnął chłodną dłoń do mojego czoła. Znowu odniosłam wrażenie, że skądś go znam. Przecież to głupota. Nikt ze znanych mi ludzi nie ma takiego akcentu. – A ty znajdujesz się tam, gdzie powinnaś.

– Znam cię?

Mój głos był surowy, odarty ze wszystkiego prócz emocji.

– Jeszcze nie.

Świat pod opuszczonymi powiekami eksplodował czerwienią, adrenalina zalała ciemność. Żrący strach pochłaniał moje synapsy, niosąc ostrzeżenie do wszystkich członków. Niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo. Uciekaj. Uciekaj! Umysł wrzeszczał na wszystkie mięśnie, by zmusić je do pracy. Z całych sił zaczęłam walczyć z więzami. Szarpnęłam, a potem zaczęłam histerycznie szlochać.

– Proszę… wypuść mnie – płakałam. – Obiecuję, że nikomu nie powiem. Chcę tylko wrócić do domu.

– Obawiam się, że nie mogę tego zrobić.

Ot tak, nagle pochłonął mnie ocean rozpaczy, miażdżąc swoimi potężnymi falami. Głos mężczyzny był pozbawiony jakiejkolwiek modulacji, nie wyrażał żadnych uczuć. Jednego tylko nie brakowało – pewności. Nie mogłam zaakceptować właśnie tej pewności.

Odgarnął mi włosy z czoła, a ten czuły gest sprawił, że nabrałam złych przeczuć. Czyżby próbował mnie pocieszyć? Dlaczego?

– Proszę.

Płakałam, a on dalej mnie głaskał. Poczułam jego ciężar na łóżku i serce zaczęło mi bić jak oszalałe.

– Nie mogę – wyszeptał. – I wcale nie chcę.

Przez chwilę ciszę zakłócał tylko mój szloch i głębokie, bolesne westchnienia bólu. Ciemność dodatkowo wszystko pogarszała.

Istniały tylko nasze oddechy, otoczone przez pustkę.

– Powiem ci za to, co mogę zrobić. Rozwiążę cię i obmyję te wszystkie zadrapania i siniaki. Nie chciałem, żebyś obudziła się cała zmoczona. Naprawdę mi przykro, że zostałaś uderzona w twarz – jego palce musnęły mój policzek – ale właśnie to cię czeka, jeśli będziesz walczyć bez myślenia o konsekwencjach.

– Zmoczona? – Wzdrygnęłam się. – Nie chcę żadnej wody. Proszę – błagałam – po prostu mnie wypuść.

Jego głos był zbyt spokojny, zbyt wytworny, zbyt obojętny i… za bardzo przypominał Hannibala Lectera z Milczenia owiec.

– Potrzebujesz kąpieli, Zwierzaczku.

Jego odpowiedź była przerażająca. Jak Hannibal Lecter. „Witaj, Clarice”.

Mogłam tylko płakać, gdy mnie uwalniał z więzów. Ręce i nogi miałam zdrętwiałe, bez czucia; wydawały się zbyt wielkie, zbyt ciężkie albo zbyt oddalone, żeby stanowić część mnie. Czyżby całe moje ciało zapadło w sen? Znowu spróbowałam się ruszyć, uderzyć porywacza, kopnąć go. I niestety raz jeszcze udało mi się tylko lekko drgnąć, szarpnąć niezręcznie. Sfrustrowana postanowiłam leżeć bez ruchu. Chciałam się obudzić. Chciałam uciec. Chciałam walczyć, uderzyć napastnika. Jednak nie mogłam.

Wciąż miałam na oczach opaskę, kiedy mężczyzna podniósł mnie ostrożnie z łóżka. Poczułam, jak się unoszę i nagle wiszę w powietrzu. Ciężka głowa opadła na jego ramię. Czułam jego ramiona i dotyk ubrań na skórze.

– Dlaczego nie mogę się ruszyć? – zapytałam, szlochając.

– Dałem ci coś. Nie martw się, to minie.

Gdy przestraszona i oślepiona spoczywałam w ramionach mężczyzny, jego głos nabrał kształtu i tekstury. Przesunął moje ciało tak, żeby głowa opadła na materiał koszuli.

– Przestań walczyć – powiedział z nutą rozbawienia.

Podporządkowałam się i zamiast tego postanowiłam skupić na szczegółach. Mężczyzna musiał być silny, skoro podniósł mnie bez wysiłku. Pod policzkiem czułam twarde mięśnie klatki piersiowej. Pachniał mydłem i może też nieco potem; był to zapach męski, jednocześnie znajomy i nieznajomy.

Nie niósł mnie daleko, zaledwie kilka kroków, ale każda chwila wydawała się wiecznością w alternatywnej czasoprzestrzeni, w której zajmowałam obce ciało. Jednak rzeczywistość wróciła, kiedy mężczyzna położył mnie na czymś gładkim i zimnym.

Zalała mnie fala paniki.

– Co ty wyprawiasz?

Chwila ciszy, a potem jego rozbawiony głos:

– Powiedziałem już: muszę cię umyć.

Otworzyłam usta, żeby się odezwać, ale wtedy moje stopy zmoczyła zimna woda. Krzyknęłam z zaskoczenia. Gdy żałośnie próbowałam wydostać się z wanny, turlając się w stronę krawędzi, woda stała się cieplejsza, a porywacz z powrotem wcisnął mnie do środka.

– Nie chcę się kąpać. Puść mnie.

Próbowałam ściągnąć opaskę z oczu, kilkakrotnie uderzając się w twarz pogrążonymi w letargu dłońmi, które nie chciały słuchać wydawanych im poleceń. Porywacz słabo krył rozbawienie.

– Nie obchodzi mnie to, czy chcesz. Potrzebujesz kąpieli.

Poczułam jego dłonie na ramionach i zebrałam wszystkie siły, żeby go zaatakować. Wyrzuciłam do tyłu ręce i trafiłam w coś, zapewne w twarz albo szyję mężczyzny. Złapał mnie za włosy i pociągnął, przekrzywiając mi głowę.

– Chcesz, żebym odpłacił tym samym? – warknął mi do ucha.

Kiedy nie odpowiedziałam, zacisnął palce tak mocno, że poczułam ból.

– Odpowiadaj.

– Nie – wyszeptałam z płaczem.

Natychmiast rozluźnił chwyt i po chwili całkiem puścił, ale najpierw delikatnie pomasował skórę mojej głowy. Upiorność tego gestu przyprawiła mnie o dreszcze.

– Rozetnę ci ubrania nożyczkami – oznajmił obojętnym tonem. – Nie bój się.

Zadudniło mi w uszach od szumu wody i odgłosów bicia serca, gdy oczami wyobraźni zobaczyłam, jak mężczyzna rozbiera mnie do naga i topi.

– Dlaczego? – zapytałam z rozpaczą i ściśniętym gardłem.

Jego palce musnęły moją szyję. Zadrżałam ze strachu. Nienawidziłam tego, że nie mogę nic zobaczyć, przez to musiałam wszystko czuć.

Usta mężczyzny nagle znalazły się tuż przy moim uchu; miękkie, pełne, niemile widziane. Kiedy spróbowałam przechylić się na bok i uciec, on przysunął się jeszcze bliżej.

– Mógłbym rozebrać cię powoli, nieśpiesznie, ale w ten sposób zajmie to mniej czasu.

– Odsuń się od mnie, palancie!

Ten głos należał do mnie? Moja waleczna strona powinna się teraz przymknąć. Przez nią obie zginiemy. Przygotowałam się na akt zemsty, ale ten nigdy nie nadszedł. Zamiast tego usłyszałam wybuch cichych odgłosów, jakby mężczyzna się śmiał. Pieprzony pomyleniec.

Powoli i ostrożnie rozciął koszulkę. Zaczęłam się zastanawiać, czy porywacz rozkoszuje się paniką swojej ofiary. Myśl ta zabrała mój umysł w rejony, w które nigdy nie chciałabym się zapuszczać. Potem nadeszła kolej na spódnicę. Chociaż walczyłam, moje wysiłki były żałosne. Mężczyzna bez cienia wysiłku odsuwał moje ręce, gdy wchodziły mu w drogę. Gdy zginałam kolana, zwyczajnie przyciskał je z powrotem do dna wanny.

Nie zatkał odpływu, więc poziom wody się nie podnosił. Straszliwie marzłam, siedząc tam w samej bieliźnie. Porywacz sięgnął po mój stanik, a ja wstrzymałam oddech, nie mogąc opanować dreszczy.

– Uspokój się – powiedział łagodnie.

– Proszę – wydukałam między kolejnymi napadami łkania. – Proszę. Nie wiem, co twoim zdaniem powinieneś zrobić, ale naprawdę nie musisz. Proszę, puść mnie, a nikomu nic nie powiem, przysięgam… przysięgam.

Nie odpowiedział. Wcisnął nożyczki między moje piersi i rozciął stanik. Poczułam, jak biust mi się rozjeżdża i zaczęłam znowu płakać.

– Nie, nie, nie dotykaj mnie!

Złapał mnie natychmiast za sutki i ścisnął. Wrzasnęłam z zaskoczenia i bólu, poddając się emocjom. Mężczyzna nachylił się i wyszeptał mi do ucha:

– Chcesz, żebym puścił?

Kiwnęłam głową, nie potrafiąc wydusić z siebie słowa.

– Tak, proszę?

Uszczypnął mocniej.

– Tak, proszę! – zapłakałam.

– Będziesz grzeczną dziewczynką? – zapytał, a jego głosie znowu zabrzmiała ta chłodna obojętność, będąca zaprzeczeniem jego wcześniejszej łagodności.

– Tak.