Dotyk Amani - Andrzej Sławski - ebook

Dotyk Amani ebook

Andrzej Sławski

0,0

Opis

Dotyk Amani - opowiadanie fantasy.

Lata dwudzieste XXI wieku. Elena dowiaduje się o ciężkiej chorobie Petii, swojej córki. Tysiące kilometrów dalej Arman opiekuje się upośledzoną psychicznie Jamilą a rozwydrzona nastolatka Emily rządzi swoim szkolnym gangiem.

W kluczowym momencie akcji wyjątkowe, nadzwyczajne wydarzenie, które ma miejsce w małym miasteczku w Albanii wiąże ich losy. Wątkiem przewodnim jest heroiczna walka bohaterów o zdrowie i życie swoich dzieci. Akcję wieńczy metafizyczny przypadek, przywołany w tytule opowiadania.

Narracja opowiadania, tak jak wszystkich pozostałych opowiadań tego autora, oparta jest na odsłanianiu kolejnych scen, dziejących się w rożnym miejscu i w różnym czasie. Z pozornego chaosu wyłania się stopniowo logika treści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 349

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Andrzej Sławski

Dotyk Amani

Opowiadanie fantasy

Andrej Sławski

Katowice 2019

(Starszej córce)

Numer ISBN:

978-83-962599-0-5

Plik z rozszerzeniem:

EPUB

Wydanie prywatne - Progras

[email protected]

Kopiowanie i dystrybucja dozwolone za zgodą autora. Projekt okładki i nota - Małgorzata Wiencek

...I przyszły do Niego wielkie tłumy, które miały z sobą kulawych, niewidomych, kalekich, głuchoniemych oraz wielu innych i kładli ich u Jego stóp,a On ich uzdrowił...

Ew. św. Mateusza 15,30

Rozdział 1.

Konstantynopol. Pracownia pisania ikon. Początek XII n.e

Na dworze zapadł już zmrok. W pracowni zrobiło się prawie całkiem ciemno. Mistrz zapalił świece i kończył swój obraz, a jego uczeń sprzątał pracownię i chciał już kończyć pracę.

- Mistrzu Doroteuszu, dlaczego jeszcze pracujesz jak jest już prawie ciemno? Sam mi mówiłeś, że dobre światło jest bardzo ważne.

- Kończę zaraz, skończę tylko malować oczy. Chcesz zobaczyć?

- Boże! To cud!

- Wstawaj nie klękaj, nie wygłupiaj się, to nie żaden cud.

- Przecież te oczy, te oczy... świecą. Jak to zrobiłeś?

- To specjalny dodatek do farby. Dodaje się go odrobinę i jest taki efekt. Blask jest bardzo słaby i widać go tylko w ciemności. Dlatego chciałem sprawdzić czy jeszcze działa.

- Skąd masz ten dodatek?

- Kupiłem go kiedyś od kupca. Podobno pochodzi z Persji.

Słyszałem już o nim wcześniej. Moi mistrzowie mi o nim wspominali. Trzeba z nim uważać, trzymać w zamkniętym flakonie i myć ręce po jego użyciu.

- Dlaczego dodałeś go do oczu?

- O, to stara historia, wiesz kto jest na ikonie?

- Tak, to święty Dionizy, piękna ta ikona. Kiedy ja tak będę pisał ikony?

- Już tak potrafisz, jesteś moim najlepszym uczniem. Wiesz coś o Świętym Dionizym?

- Nie bardzo.

- To uczeń świętego Pawła. Święty Dionizy był biskupem Aten.

Pamiętał Matkę Chrystusa, był przy jej zaśnięciu. To wielki święty.

- Dlaczego te oczy?

- To stara legenda, jest tylko powtarzana, ale nikt jej nie spisał. Powtarzają ją z pokolenia na pokolenie i ja też ją kiedyś usłyszałem. Podobno Święty Dionizy miał moc uzdrawiania chorych. I podobno ktoś zauważył, że jak przekazywał swoją moc to w jego oczach można było zobaczyć właśnie taki słaby, błękitny blask. Dlatego tak to namalowałem. Na pamiątkę tej legendy.

- Myślisz, że ta legenda jest prawdziwa?

- Któż to może wiedzieć. To wszystko działo się tak dawno.

- No tak, to już ponad 1000 lat. To były ciekawe czasy.

- Właśnie, działy się rzeczy których dzisiaj, po tylu latach, już nie rozumiemy.

- Ten błękit pięknie harmonizuje z tym złotem.

- Podoba ci się?

- Bardzo.

- No dobrze, gotowe. Kończmy już. Ja się zbieram, a ty pozamykaj wszystko. Jutro ważny dzień. Przychodzą do nas mnisi z katedry. Może coś kupią? Dlatego chciałem skończyć tą ikonę.

***

Miasto w małym państwie europejskim, lata 20-te XXI w.

Opowieść Eleny:

Silnik szumi równomiernie, od czasu do czasu monotonny dźwięk przerywany jest nieregularnym stuknięciem dochodzącym od zawieszenia. Świeci słońce na bezchmurnym niebie, jest przyjemnie i spokojnie. Jadę w stronę jeziora, czyli w stronę domu. Szerokie ulice zabudowane wysokimi i średnimi blokami powoli przechodzą w węższe o mniejszej intensywności ruchu. Zabudowa też się zmienia. Coraz mniej bloków i sklepów a coraz więcej domów jednorodzinnych.

Wydaje mi się, jakbym w ogóle nie myślała. Umysł na “biegu jałowym“, czy to możliwe? Spokojna droga, niewielki ruch, wiem, że zaraz dotrę do siebie. Powinnam się cieszyć, bo to przecież wyjątkowy dzień, ponieważ będę w domu około południa, a normalnie wracam o siedemnastej. Pomimo że w robocie zawsze coś się dzieje, szefowa zwolniła mnie dzisiaj wcześniej. Rano gdy byłam w pracy zadzwonili ze szkoły, że Petia, moja córka źle się czuje i żebym ja, albo mój mąż Stefan, przyjechali po nią. Chciałam się z nim skontaktować, ale w końcu przedstawiłam sytuację szefowej, a ona bez namysłu stwierdziła:

- Elena, potrzebujesz to idź, sama cię zastąpię, najwyżej kiedyś, jak będziesz potrzebna, zostaniesz dłużej.

Aż się zdziwiłam, widać to jeden z tych nielicznych dni w których można się z nią dogadać jak z człowiekiem. Nawet fajnie. Raz trochę odetchnę od tej zwariowanej roboty, którą w sumie lubię.

Marzenia, ambicje, gdzie są? Chyba wszystko co mogło pójść nie tak, to tak właśnie poszło. Miałam być prawniczką, zawsze o tym marzyłam. Ale jak widać nie dane mi to było.

Po prostu nie dałam rady uczyć się aż tak dobrze. Pewnie dałabym radę, chciałam próbować, uzupełniać wiedzę, ale wtedy poznałam Kristiana. Uroczego, przystojnego, kochanego, najlepszego na świecie. Zakochałam się jak głupia, w końcu miałam 18 lat, to jeśli miałam zakochać się jak głupia to chyba właśnie wtedy, no to się właśnie zakochałam. Byłam z nim pół roku, wyprowadziłam się do niego, a właściwie to do mieszkania jego starszego brata w którym mieszkał Kristian, bo brat gdzieś wyjechał. Rodzice szaleli z żalu i ze złości, ostrzegali mnie, mieli o nim pewne informacje, które do mojej głowy w żaden sposób dotrzeć nie mogły. Właściwie to kiedy miałam pomyśleć, jeśli przez te pół roku prawie cały czas kochaliśmy się ze sobą. Raz za razem przez pół roku. Mówił do mnie “Stokrotka“, za to go tak kochałam. To dlatego, że tak mówili do mnie dziadkowie.

Babcia namówiła matkę, żeby przy chrzcie dodano mi imię Margarita, co oznacza stokrotka i babcia przytulając mnie wtedy, kiedy miałam kilka lat, mówiła do mnie, “moja kochana Stokrotko“. Tak bardzo to lubiłam. Kiedyś opowiedziałam to Kristianowi i on również zaczął tak mnie nazywać.

W końcu zaczęłam wyczuwać, że coś się psuje, że dla niego te pół roku to wystarczająco dużo, aby po prostu znudzić się Stokrotką. Był młody jak ja, chciał żyć, a nie wiązać się z jedną dziewczyną. Pewnego dnia zamiast niego otworzył mi jego brat i powiedział, że Kristian wyjechał na dłużej i on nie wie jak się z nim kontaktować i gdzie pojechał. Tyle... po miłości, koniec. No nie koniec, po miesiącu od jego wyjazdu byłam już pewna że jestem w ciąży z Petią. Kristian odezwał się do mnie po jej pierwszych urodzinach. Powiedziałam mu, że jest ojcem i że nic od niego nie chcę... i tyle. Teraz już koniec. Po skończeniu średniej szkoły próbowałam wykonywać różne prace. Byłam kelnerką, pracowałam w sklepie. W końcu Rosica, moja najlepsza przyjaciółka, namówiła mnie ma kurs kosmetyczki. Wzdrygałam się przed tym z obrzydzeniem. Ja miałabym być kosmetyczką? A ambicje, a marzenia? Sytuacja była trudna. Rodzice, choć mnie wspierali, to czułam że ta dziecięca miłość i radość kontaktu z nimi już gdzieś przepadła. Petia szybko rosła, chciałam się usamodzielnić, wynająć mieszkanie i poszłam na ten kurs. To nawet było fajne, dawało satysfakcję z tego, że coś potrafię sama, własnymi rękami zrobić i jeszcze w perspektywie dostać za to kasę. Zaczęłam pracować razem z Rosicą w dużym gabinecie kosmetycznym. Po kilku miesiącach przyszedł tam z żoną jakiś starszy gość. Żonę intensywnie obsługiwano, a ja miałam chwilę wolnego. Zagadał coś do mnie grzecznościowo, rozmawialiśmy. Mam prostą życiową zasadę, jeśli ktoś jest dla mnie uprzejmy i miły to staram mu się odwdzięczać tym samym. Taka po prostu jestem, no nie wiem, może mu się spodobałam albo co? Zaproponował mi czy nie chciałabym pracować w telewizji. Że jest tam gabinet kosmetyczny w którym przygotowuje się tych, co występują przed kamerą i jest tam wolne miejsce bo odeszła jedna z pracownic. Jak się później okazało był to ważny gość w telewizji, szef mojej szefowej. Zgodziłam się od razu. No zawsze to telewizja, nawet nie pytałam o zarobki, każde byłyby lepsze od tych, które miałam.

Nieśmiało się zgłosiłam do szefowej i powiedziałam, że pan Georgiew mnie polecił. Po kilku minutach byłyśmy razem z szefową u pana Georgiewa a szefowa się darła, że się nie nadaję bo to nie o kosmetyczkę chodzi tylko o wizażystkę a ja i tak mam tylko kilka miesięcy stażu i generalnie niewiele umiem, czyli nic co jest potrzebne w telewizji. Pan Georgiew przeprosił szefową, że nie zna się za bardzo na różnicach między kosmetyczką a wizażystką i... powiedział, że skoro już mnie polecił to szefowa powinna mnie wszystkiego nauczyć i że nie ma czasu, bo właśnie coś tam w telewizji. No i tak zaczęłam pracę w TV.

Początek był trudny, szefowa miała już dawno kogoś upatrzonego na wolne miejsce i szef pokrzyżował jej plany.

Uczyła mnie wraz z innymi, którzy tam pracują i darła się przy tym bez przerwy. Lekko nie było, ale po kilku tygodniach okazało się, że mogę już pracować samodzielnie i matowiłam oblicza różnych bardziej i mniej ciekawych typów i ważnych pań, równie dobrze jak inne współpracowniczki. Rozkaz szefowej, wykonanie i... spokój. Szefowa przestała być złośliwa ponad miarę a ja polubiłam swoją pracę. Zawsze marzyłam, że uda mi się jeszcze zrobić w życiu coś bardziej ambitnego, może wyjechać gdzieś za granicę. Choć pieniędzy na początku było mało, to od skończenia szkoły opłacałam lekcje angielskiego. Naprawdę to lubiłam, angielski szedł mi dobrze. Nauka angielskiego, zarówno w szkole jak i potem, kojarzyła mi się z rozwiązywaniem zagadek jakiejś gry logicznej. Sukcesy sprawiały radość. Po dziewięciu latach prywatnych lekcji moja nauczycielka mnie zaskoczyła.

Stwierdziła, że mam talent do nauki języków, że mówię już płynnie po angielsku i ona niewiele więcej jest w stanie mnie już nauczyć. To było naprawdę miłe. Coś jednak, jakoś się udało.

Pewnego razu okazało się, że telewizja w której pracuję ma udział w kręceniu serialu filmowego. Jedna z doświadczonych charakteryzatorek została oddelegowana do tego zadania. Szefowa zapytała mnie czy chcę pojechać z nią? Mówiła:

- Myślisz, że już wszystko umiesz? Tak ci się tylko wydaje.

Tak naprawdę nie umiesz niczego. Jak chcesz to jedź, tam może wreszcie się czegoś nauczysz i zrozumiesz na czym polega ta praca.

Zgodziłam się i pojechałam. Rodzice zaopiekowali się Petią. To było prawdziwe wyzwanie. To już nie przypudrowanie czoła czy nałożenie czerwonej szminki. Tam trzeba było wykonywać charakteryzację. Były rysunki i do nich należało charakteryzować aktorów. Zmieniać wygląd ich twarzy. To praca z pogranicza sztuki malarskiej i rzeźbiarskiej. Różne żele, fakturowane podkłady, lateksy, doklejane wąsy i brody, sztuczne blizny i rany. To było naprawdę coś. Zawsze byłam ambitna i przykładałam się jak mogłam. Jak zakończyliśmy zadanie i wróciły do naszego studia, to moja przełożona, która świetnie znała ten fach, pochwaliła mnie przed szefową, że dobrze sobie radziłam i że mam do tego talent. Powiedziała jej również, że dobrze znam angielski a filmy zazwyczaj kręciło towarzystwo międzynarodowe i byłam tam bardzo przydatna jako tłumacz. Dowiedziałam się o tym przez przypadek i po czasie od jednej ze współpracownic, która to podsłuchała.

Przy następnej okazji, która nadarzyła się po kilku miesiącach, szefowa już nie pytała mnie czy chcę znowu jechać, tylko dostałam rozkaz. Takich wyjazdów było kilka. Wydaje mi się, że ujawniła się we mnie moja artystyczna dusza. Sporo się nauczyłam, miałam już własne pomysły i rozwiązania, które znalazły uznanie. Zaczęto mnie cenić w tym fachu i powierzano coraz to trudniejsze i bardziej samodzielne zadania.

Na jednym z takich wyjazdów poznałam Stefana, mojego męża. Był po prostu prześliczny. Taki aktoreczek-cukiereczek z którym każda kobieta chciałaby przeżyć coś ważnego w swoim życiu. A akurat ja spodobałam się jemu. No nie powiem, on mi też. Mógł mieć może każdą, a wybrał właśnie mnie. To był burzliwy romans. Po kilku miesiącach mi się oświadczył, nie przeszkadzało mu nawet, że mam córkę. Czy go kocham? Tak kocham. Czy go bardzo kocham? Bardzo kochałam tylko Kristiana. Jak w pracy powiedziałam, że wychodzę za mąż za Stefana to szefowa ze swoją najstarszą pracownicą popatrzyły na siebie dziwnym wzrokiem. Szefowa zapytała:

- Chcesz wyjść za mąż za aktora?

No, ale dosyć tych samochodowych rozmyślań. Czas wracać do życia. Podjechałam pod szkołę. Petia czekała na mnie przed wejściem. Petia to fajna piętnastolatka, prawie zawsze uśmiechnięta, choć wysoka, no to może trochę zbyt szczupła, żeby nie powiedzieć chuda. Chciałoby się rzec, dziecko idealne... no przynajmniej na razie. Dobrze się uczy, ma fajne towarzystwo. Dzieciaki takie jak ona, których rodziców w większości lepiej lub gorzej znam.

Zapytałam co się stało. Powiedziała, że zrobiło jej się słabo. Śpieszyła się trochę do szkoły, nie zjadła śniadania i trochę bolała ją głowa. Ja zawsze wychodzę pierwsza ponieważ mam najdalej i dojazd do pracy zajmuje mi prawie godzinę. Nieco po mnie wychodzi Stefan, a Petia musi rano radzić sobie sama. Powiedziała, że jak na drugiej lekcji pani weszła do klasy to ona, tak jak inni, gwałtownie wstała na przywitanie i wtedy poczuła, że robi jej się słabo i tak jak szybko wstała, tak samo szybko z powrotem usiadła a właściwie opadła na siedzenie, opierając głowę o ręce na stoliku. Jak później opowiadała, wszyscy popatrzyli na nią ze zdziwieniem a pani wręcz z przerażeniem i natychmiast zaczęto jej pomagać i dopytywać się co się stało.

Petia powiedziała, że kierowniczka szkoły chce ze mną porozmawiać. Podeszłyśmy do niej razem. Kierowniczka w skrócie streściła przebieg zdarzeń i powiedziała, że jej zdaniem trzeba by pójść z nią do lekarza. Tak też zrobiłyśmy. Podjechałyśmy pod przychodnię i akurat miałyśmy szczęście bo lekarka nie miała pacjentów. Pani doktor obejrzała Petię dokładnie, przyłożyła stetoskop, zmierzyła ciśnienie i poinformowała mnie, że niczego groźnego nie widzi ale, że dobrze byłoby zrobić podstawowe badania krwi. Krew pobrano za kilka minut a wyniki badań miały być za dwie lub trzy godziny. Lekarka przepisała witaminy i powiedziała, że mogę Petię odwieźć do szkoły albo zabrać do domu. A jak będą wyniki to zadzwoni do mnie i powie czy są dobre. Ponieważ Petia miała jakiś ważny sprawdzian to chciała wracać do szkoły i mówiła, że czuje się już dobrze i sama wróci do domu.

Poczułam ulgę, nareszcie będę miała kilka godzin dla siebie. Wsiadłam do auta i jechałam już do swojego domu. No tak prawdę mówiąc to nie do swojego, ale do domu mojego męża. Dwa lata temu wyszłam za mąż za Stefana i z osoby biednej, walczącej o codzienne przetrwanie, stałam się nagle osobą zamożną. Właściwie to wygrałam los na loterii. Mam bardzo przystojnego, dobrze zarabiającego męża, mieszkam wraz ze swoją córką w pięknym domu nad jeziorem, dostałam porządny samochód tylko dla siebie i mam pracę, którą lubię.

No wszystko super. Jednak jakieś wewnętrzne przeczucie nie pozwalało mi cieszyć się do końca z tego wszystkiego. Prześladował mnie jakiś głupi strach, że jeśli na coś nie zapracowałam a przyszło do mnie tak łatwo, to równie łatwo może mnie opuścić.

Po kilku minutach jazdy byłam w domu. Cieszyłam się, że mam parę godzin tylko dla siebie. Dom na pewno będzie pusty. Stefan miał wrócić dzisiaj później. Jednak dom był otwarty. Drzwi były lekko uchylone. Bardzo mnie to zaniepokoiło. Nigdy, przenigdy tak nie robiliśmy. Nawet jak ktoś był w domu to zawsze zamykaliśmy drzwi.

Wystraszyłam się nie na żarty. Bałam się, że spłoszę złodzieja i stanę się jego ofiarą. Najciszej jak tylko umiałam, na palcach, weszłam do środka. Usłyszałam dziwny hałas wiedziałam, że w domu ktoś jest. To były jakby jęki i nieznany mi głos oraz odgłosy szamotaniny. Dźwięk narastał i dochodził z naszej sypialni. Podeszłam pod drzwi i zrozumiałam co właściwie słyszę. Otworzyłam je cicho . To co zobaczyłam sprawiło, że cały świat stanął mi przed oczyma.

Zrozumiałam, że przeczucie mnie nie zawodziło, że oto całe moje szczęście, całe moje życie wali się w tej jednej chwili a ja z raju jestem z powrotem w piekle.

Co właściwie zobaczyłam? Nasze małżeńskie łóżko a w nim długie zgrabne uda i łydki laluni, którą znałam i której nie raz robiłam gębę. Uda były szeroko rozchylone, a pomiędzy nimi, rytmicznie i dynamicznie podrygiwały zgrabne pośladki mojego męża. Rżnął tą dziwkę o buźce lalki Barbie, która w istocie była jedną z młodych aktoreczek pracujących razem z moim mężem, jak napalony młody ogier pierwszy raz dostawiony do klaczy. Pierwsze co pomyślałam to dlaczego skur....nie, mnie nie rżniesz z takim zapałem.

Byli tak zajęci sobą, że nawet nie zauważyli, że na nich patrzę a lolitka przeszła z cyklicznych pisków do ciągłego wycia. Rzuciłam jej w twarz poduszką z całej siły i rozpętało się piekło. Wszystkie przekleństwa jakie znałam, przypomniały mi się natychmiast. Darłam się aż do bólu gardła, przyrównując męża i lolitkę do najróżniejszych części wstydliwej anatomii ludzkiej. Innych epitetów też nie żałowałam. Barbie w locie połapała buty i ubranie i zbiegła po schodach w tempie, w jakim ucieka się przed trzęsieniem ziemi. Okazało się, że oboje zaparkowali w bocznej ulicy przy ogrodzeniu, żeby nie zwracać uwagi sąsiadów. Dlatego nie zauważyłam ich samochodów. Stefan stał goły ze sterczącym fiutem i po chwili, jak wróciło mu mowę, zaczął się na mnie wydzierać. Dlaczego robię sceny, jestem przecież w jego domu, o tej porze nie powinno mnie tu być, a artyści muszą od czasu do czasu “skoczyć w bok” i ja powinnam o tym wiedzieć. Następnie szybko się ubrał i pobiegł za lolitką.

Znowu zostałam sama. Zostałam sama w domu i sama w życiu. Zeszłam na dół do salonu i opadłam na fotel. Rozbeczałam się. Złe czasy powróciły. Trzeba zacząć wszystko od początku w bardzo złej sytuacji. Gorzej już być nie może, pomyślałam, płakałam i czułam, że nie mam już siły dalej o siebie walczyć. I wtedy zadzwonił telefon. Dzwoniła lekarka z przychodni, zdziwiłam się, że tak szybko.

Odebrałam i usłyszałam:

- Proszę przyjechać z Petią do przychodni. Wyniki są złe, Petia jest chora.

***

Miasto w dużym państwie Ameryki Północnej, korytarz szkolny.

- Masz to, co ci kazałam?

- Tak proszę pani. Zamówiłem w internecie i wczoraj przyszło.

- Zrozumiałeś, jak masz zainstalować?

- Tak proszę pani, tak jak pani kazała, żeby było widać wyraźnie wszystko co jest między nogami i twarz jednocześnie.

- W tym kiblu dla młodszych.

- Zrozumiałem.

Dwunastolatek zwracał się do o trzy lata starszej od niego Emily, trzymając w rękach opakowanie z małym urządzeniem elektronicznym, które zmuszony był kupić za swoje oszczędności i to tak kupić, żeby rodzice niczego się nie domyślili i nie zauważyli. To maleńka kamerka do nagrywania filmów, przeznaczona właściwie dla jakiś detektywów albo państwowych służb. Za drobne pieniądze, da się już kupić przez internet takie rzeczy.

Emily nienawidzili niemal wszyscy, tolerowała ją własna matka a lubił ją tylko Logan. Nienawidzili ją nauczyciele za bezczelność, chamstwo, deprawację uczniów, branie narkotyków i brak postępów w nauce. Nienawidzili ją wszyscy uczniowie, wszystkich szkół do jakich uczęszczała, a były ich już trzy. W tej była już dość długo tylko ze względu na bogatych rodziców. Gdyby nie dobre stosunki ojca ze zwierzchnikami dyrektora szkoły to już dawno by ją wyrzucono, tak samo jak ze szkół poprzednich. W jednym przypadku za próbę samobójczą jednej z uczennic, którą powiązano z Emily. Nienawidzono ją ze zwykłego, pierwotnego strachu. Strachu o własne zdrowie, a nawet życie.

Nienawidziła jej cała rodzina, włącznie z własnym ojcem. Szczególnie od czasu, kiedy porysowała ze złości nowo kupiony samochód. Nienawidziła jej własna siostra Lily, młodsza od niej o 6 lat. Nienawidzili jej nawet niektórzy członkowie własnego gangu, który zorganizowała w szkole, za to, że to co wyprawiała przerastało ich pojęcie bycia złym.

Oni chcieli być źli i budzić strach u rówieśników, ale nie chcieli być tak źli, jak wymagała tego od nich Emily. Oni nie wiedzieli, że dziecięce zło może być aż tak złe, dopóki jej nie poznali. Może częściowo ją podziwiali, ale przede wszystkim oni również jej się bali.

Gang Emily którym zarządzała dopuszczał się rozbojów i aktów przemocy na uczniach szkoły do której chodziła, nawet tych o dwa lata starszych, z najstarszej klasy. Emily z pomocą swoich kompanów zabierała rówieśnikom pieniądze, nawet z użyciem noża, który własnoręcznie przykładała do brzucha swoich ofiar. No może nie zaraz noża, małego nożyka z trzy-centymetrowym ostrzem. Przecież Emily była jeszcze dzieckiem więc używała malutkiego “dziecięcego” nożyka. Poniżała i biła rówieśników ze szczególną dbałością o dokumentowanie swoich zbrodni za pomocą telefonu komórkowego. Jednak szczególnie wyrafinowanym złem, które preferowała piętnastoletnia Emily, było szantażowanie swoich szkolnych kompanów. Emily zbierała kompromitujące informacje wszystkiego rodzaju o uczniach, których obrała sobie za swoje ofiary. Wybierając najczęściej tych z bogatszych domów. Interesowało ją wszystko, preferencje seksualne, przeszłość rodziców i rodzeństwa, wszystko co dotyczyło sfery intymnej młodych, dorastających właśnie ludzi. W szczególności wszelkie szczegóły pierwszych eksperymentów seksualnych najstarszych uczniów szkoły. Emily żądała wiedzy o tym kto z kim i co próbowali robić i kto w kim się podkochuje. Zdobywała tą wiedzę brutalną siłą własną od dziewcząt oraz brutalną siłą swoich kompanów od chłopców, zwłaszcza brutalną siłą Logana.

Emily umiała i lubiła bić innych. Po zdobyciu już “haków” na swoje ofiary mechanizm był prosty i powtarzalny. Emily informowała ich o tym co o nich wie i żądała pieniędzy za to, że informacje te nie trafią do internetu. Nie ważne czy był to filmik na którym klęczący o dwa lata starszy chłopak dostawał w pysk od Emily a potem całował jej buty czy też zdjęcie wyciągniętej z kibla, pierwszej w życiu zużytej podpaski szkolnej koleżanki. Emily instynktownie wiedziała co zaboli najbardziej.

Emily potrzebowała pieniędzy i pieniądze miała. Ofiary zmuszane były do opłacania się regularnie, jednorazowe wpłaty nie załatwiały sprawy. Zawartości portfela mogłaby już pozazdrościć Emily niejedna matka ucznia z jej szkoły. Emily dzieliła kasę pomiędzy członków gangu. Ci najstarsi i najbardziej brutalni dostawali najwięcej. Na pierwszym miejscu był Logan. Chodził do najstarszej klasy i był jej chłopakiem a jednocześnie prawą ręką w gangu. Logan był prawie tak zły jak Emily i prawie tak ważny w gangu jak ona. Był silny, brutalny i bezwzględny, dodatkowo sprytny i inteligentny. O związku Logana i Emily wiedzieli wszyscy.

Emily miała swoją tajemnicę i potrzebowała Logana. Emily brała tabletki. Nie takie z apteki, ale takie które on jej dostarczał. To on pokazał Emily jej tabletki i to dzięki niemu czuła się choć trochę szczęśliwa, mogąc je zażywać. Za te tabletki Logan drogo płacił i musiał dostawać od niej pieniądze, bo inaczej nie miałby za co ich kupować. Logan tabletki brał czasami, ale Emily bardzo się do nich przyzwyczaiła i musiała brać je codziennie. Dopiero po zażyciu czuła się dobrze. Logan jeździł na motocyklu i często woził Emily co świadczyło, że są parą. Jednak ich związku koleżanki i koledzy nie musieli się domyślać, doświadczyli go expressis verbis, wtedy gdy w czasie przerwy zażyli swoje tabletki razem a następnie Logan wziął Emily na stojąco, dociskając ją do filara szkolnego korytarza. Korytarza pełnego uczniów, tych starszych i tych najmłodszych. Emily miała już pomysły na podniesienie swojej bandyckiej działalności na wyższy poziom. Planowała sama zająć się rozprowadzaniem dragów w szkole oraz myślała o sfilmowaniu gwałtu. Miała już upatrzoną ofiarę, to miała być Ava, najlepsza uczennica z jej klasy.

- Proszę pani czy mogę już iść? Zrobiłem co pani kazała.

- Tak na razie dam ci spokój, ale chcę mieć wszystkie nagrania. Masz to tak ustawić, żeby wyraźnie było widać co jest między nogami i chcę wiedzieć czyje to krocze.

- Dobrze proszę pani.

Emily była zła, bardzo zła.

Stepy Mongolii.

Arman puścił wodze i silny gniady koń na którym siedział razem ze swoją córką, dziewięcioletnią Jamilą, ochoczo przyśpieszył. Oboje karmili się jeszcze ciepłym, choć jesiennym wiatrem, ciesząc oczy zielenią trawiastego stepu.

Pagórkowaty krajobraz mongolskiej ziemi, zabarwiony kolorami stepowej koniczyny i polnych kwiatów, przenosił Armana i przytuloną do niego Jamilę w rajską krainę przyrody, tak pięknej i tak przyjaznej, że oboje czuli się w niej jak w niebiańskim, a nie w ziemskim świecie. Blask ostrego słońca próbuje oślepić Armana i Jamilę, dodając uroku tej nadzwyczajnej chwili. Horyzont oddalony o kilkadziesiąt kilometrów zamykał ostry grzebień łańcucha wysokich gór.

Jamila swoją radość komunikowała poprzez gesty i dotyk.

Czuła się szczęśliwa ze swoim ojcem. Po tragicznej śmierci matki był dla niej całym światem. Tylko przy nim czuła się naprawdę bezpieczna i tylko przy nim można było zobaczyć rzadki uśmiech na jej twarzy, choć większość czasu spędzała ze swoją babcią, matką Armana. Jamila po śmierci matki, w wyniku doznanego szoku, ciężko zachorowała. W wieku pięciu lat widziała tragiczną śmierć mamy na własne oczy.

Nikomu o tym nie była już w stanie opowiedzieć. Przestała mówić. Przed tragedią była zdrowym, dobrze rozwijającym się dzieckiem. Potem zachorowała psychicznie. Przestała się rozwijać, niemal zupełnie zatraciła zdolność uczenia się nowych rzeczy. Zamknęła się w sobie, miewała tak złe dni, że traciła kontakt z otoczeniem. Rodzice Armana i on sam próbowali ją leczyć gdziekolwiek się dało. Żaden psychiatra ani inny lekarz nie był w stanie jej pomoc. Zalecano cierpliwie czekać i otaczać ją troskliwą opieką. Jednak lata mijały a stan Jamili się nie poprawiał. Arman poprzysiągł sobie, że zrobi wszystko co możliwe, żeby Jamila wróciła do zdrowia. Czuł, że jest to winny jej matce.

Arman uwielbia jeździć konno. Chciałoby się rzec, jak każdy rodowity Mongoł. Ale z nim tak prosto nie jest. Jest synem małżeństwa mieszanego. Jego matka, rodowita Mongołka, zakochała się w rosyjskim inżynierze, który pracował na budowie w Ułan Bator. Przebywała w tym czasie w stolicy na kursie związanym z jej pracą nauczycielki i na zabawie, na którą poszła z koleżankami, poznała swojego przyszłego męża. Rodzice Armana zamieszkali na stałe w dużym rosyjskim mieście i tam on się urodził. Dorastał w atmosferze szczęśliwej rodziny, otrzymując od rodziców dobre wykształcenie. Biegle nauczył się angielskiego i po ukończeniu szkoły średniej chciał dostać się do wyższej szkoły wojskowej. Bycie żołnierzem od zawsze było jego marzeniem. Jako wysoki, przystojny, silny i nadzwyczaj sprawny mężczyzna, zawsze miał zamiłowanie do sportu.

Zdarzało się, że Arman wyjeżdżał z rodzicami lub z samą matką do jej rodziców do Mongolii. Uwielbiał te wyjazdy.

Kochał przyrodę i bezpośredni z nią kontakt. Rozumiał mowę przyrody. W lesie i na stepie czuł się jak u siebie. Niestety stosunki pomiędzy rodzicami pogarszały się stopniowo i w czasie kiedy miał 16 lat jego rodzice się rozeszli, a następnie rozwiedli. Arman wraz z matką wrócił do Mongolii i mieszkał z nią w domu swoich dziadków. Po ukończeniu szkoły, będąc młodym dorastającym chłopakiem, już sam wyjechał z powrotem do Rosji, gdzie dostał się na studia wojskowe. W wojsku był prymusem, a jego przełożeni szybko zorientowali się, że jest nadzwyczaj sprawny fizycznie oraz że kocha i rozumie przyrodę jak mało kto. W końcu miał po matce duszę Mongoła. Fizyczność odziedziczył po ojcu. Bez wiedzy o jego mongolskim pochodzeniu trudno było rozpoznać w nim cechy mongolskiego wyglądu. Przypominał wyglądem słowiańskiego Europejczyka. Tylko te oczy. Arman miał przenikliwy wzrok. W chwilach kiedy przewidywał niebezpieczeństwo w jego oczach pojawiał się blask. Te oczy właśnie przyciągnęły uwagę Amani, Czeczenki, która na własną zgubę zakochała się w tym spojrzeniu. Amani kiedyś zwierzyła się Armanowi, że takie spojrzenie, jakie ujrzała w jego oczach, wtedy kiedy ten się czymś przejmował, już kiedyś widziała, tylko nie umiała sobie przypomnieć kiedy. Aż wreszcie sobie przypomniała. Jak była dzieckiem to ojciec zabrał ją na polowanie. Myśliwi polowali na dziki, ale przypadkowo zaszczuli dużego, dorosłego wilka. Amani stała z ojcem w linii strzału i oszalały ze strachu wilk wypadł z lasu wprost pod lufy. Zanim padły strzały i wilk zginął, Amani zdążyła zapamiętać to wilcze spojrzenie. Takie samo zobaczyła u Armana.

Z racji swoich predyspozycji, po ukończeniu szkoły wojskowej, Arman został skierowany na egzamin do rosyjskich wojsk specjalnych. Jako jeden z nielicznych przetrwał selekcje i został rosyjskim komandosem. Nie przeszkodziło temu nawet mongolskie pochodzenie matki.

Miał po ojcu obywatelstwo Rosji. Po dwóch latach służby trafił na pogranicze Kraju Stawropolskiego i Czeczenii.

Sytuacja w Czeczenii była trudna, a służba rosyjskiego żołnierza w tym autonomicznym kraju, będącym częścią Rosji, nadzwyczaj niebezpieczna, w szczególności po wojnach czeczeńskich. Czeczeni traktowali rosyjskich żołnierzy jako zło konieczne, choć z drugiej strony ta obecność dawała im poczucie kruchej stabilizacji i bezpieczeństwa, a to potrafili docenić, zwłaszcza zwykli mieszkańcy czeczeńskich wiosek.

Dla mieszkających tam sunnitów, żołnierze rosyjscy byli okupantami i czasami padali ofiarami zasadzek i zamachów. Dążyli oni do niepodległości i utworzenia sunnickiego kalifatu.

O wartości bojowej Armana przekonał się jego cały, pięcio-osobowy pododdział. Choć był on zbyt młody na dowódcę w tym niebezpiecznym regionie, to wielokrotnie dowiódł swojej wyjątkowej wytrzymałości i odporności na stres. Wiele ćwiczeń odbywało się w lasach. Arman był w stanie w lesie stać się niewidoczny i przetrwać w nim wszystko. Potrafił się żywić tym, co w lesie znalazł, potrafił przetrwać tygodniami w każdych warunkach, w nieznośnym upale oraz w jamie śnieżnej lub szałasie, w wielkim mrozie i śnieżnej burzy. Nikt nie potrafiłby wytropić i pokonać go w lesie i na stepie. To co dla innych było niemożliwe do wykonania, na przykład przeprawienie się w dwudziestostopniowym mrozie przez częściowo zamarzniętą rzekę, dla niego było tylko zwykłą przeszkodą do pokonania.

Arman patrolował z oddziałem wioski oddalone o kilka kilometrów od lokalizacji jego wojskowej bazy. Na pograniczu Czeczenii na patrole nie jeździ się w kamizelkach kuloodpornych i kewlarowych hełmach, głęboko chowając się w opancerzonych pojazdach. Tam na patrol jedzie się wojskowym jeepem a czasem idzie się do wioski pieszo.

Rozmawia się z ludźmi, czasem aby pozyskać zaufanie, kupuje od nich drobne rzeczy i sonduje nastroje. Tych lepiej znanych, o których wiadomo, że nie są wrogo nastawieni, wypytuje się czy w wiosce byli wojownicy. Arman z ciekawością przyglądał się ludziom. Raz będąc na targu w jednej z wiosek, pierwszy raz zobaczył Amani. Patrzył i nie wierzył własnym oczom. Pierwszy raz widział tak śliczną Czeczenkę. Stał i się gapił, aż zwrócił tym jej uwagę. Popatrzyła na niego i wtedy właśnie kilka stoisk dalej powstało jakieś zamieszanie, ktoś zaczął głośno krzyczeć.

Odział Armana natychmiast przełożył broń i sięgnął po magazynki a on, który znakomicie zdawał sobie sprawę gdzie jest i że za chwilę może znaleźć się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, rozglądał się nerwowo tym właśnie przenikliwym wzrokiem, identyfikując potencjalnego agresora. Amani zobaczyła to spojrzenie.

Zapadło jej w pamięci tak głęboko, że przy następnych wizytach na targu, chciała jeszcze raz zobaczyć te oczy.

Incydent okazał się bez znaczenia, to była tylko drobna sprzeczka pomiędzy sąsiednimi właścicielami targowych kramów, o kawałek miejsca do rozłożenia swoich towarów.

Jak Arman się uspokoił, to Czeczenki już nie było, był zawiedziony, on też chciałby jeszcze na nią spojrzeć.

Na jednym z patroli, wraz z czterema żołnierzami swojego pododdziału, dochodzili do najdalszej wioski, do której czasem chodziło się jeszcze pieszo. To właściwie mały przysiółek a nie wioska. Kilkanaście gospodarstw. Arman znał tam wszystkich. Często widywał jednego z mieszkańców, leciwego dziadka z długą siwą brodą, który woził swoje plony na targ do większej osady. Furmanka którą jechał Czeczen zawsze starannie przykryta była jakąś brezentową plandeką, żeby chronić warzywa przed wysychaniem na słońcu. Na koźle obok dziadka zawsze siedział mały chłopiec. Chłopak uśmiechał się do żołnierzy jak ich mijali. W jego wyrazie twarzy dało się wyczytać, że był upośledzony umysłowo.

Stary chciał mieć go zawsze przy sobie. Tego właśnie dnia, gdy dochodzili do wioski, Arman zobaczył znaną sobie furmankę, powożoną przez starego Czeczena. Kiedy zbliżali się do niej, w odległości jakiś trzystu metrów, nagle się zatrzymał i zaczął uważnie się w nią wpatrywać, a jego spojrzenie stało się dziwne i przenikliwe. Jego kompani niczego podejrzanego nie zauważyli, zaniepokoił ich tylko wygląd Armana, ponieważ zastygł bez ruchu. Wtedy Arman krzyknął:

- Uciekać, kryć się i strzelać, to zasadzka!

To byli wyszkoleni komandosi. Oni nie zamierzali dociekać skąd Arman to wie i co go zaniepokoiło. Natychmiast rozpoczęli swoisty “wyścig śmierci” do występów skalnych przy drodze, oddalonych o kilkadziesiąt metrów. Najbliższych miejsc chroniących przed ostrzałem. Gdy tam dobiegali, obok głowy zaczęły świstać im kule. Kilku bojowników wyskakiwało spod plandeki z furmanki i od razu zaczęło do nich strzelać. Cały pododdział Armana zdążył się schronić za skałami lub wskoczyć do przydrożnego rowu. Nikt nie został ranny. Dalej już dobrze wiedzieli co mają robić. Uzbroili kałasze w magazynki, nawet nie przejawiając szczególnych emocji i zaczęli strzelać. Celnie strzelać, znali się na swojej robocie znacznie lepiej niż ci, co ich napadli. Po krótkiej wymianie ognia bojownicy uciekli, dziadek został ranny.

Dowódca pytał Armana:

- Skąd wiedziałeś?

- Chłopiec... nie było chłopca.

Gdyby furmanka podjechała bliżej, wszyscy by zginęli. Arman zdobył uznanie swoich towarzyszy. Był skromny, ale znał swoją wartość.

***

“Swoją” Czeczenkę spotkał tydzień później. No niby przypadkowo, ale znał ludzi z jej wioski i rozpytywał trochę wśród tych, którym ufał. Kryteria rozpytywania były raczej proste.

Pytał o najładniejszą dziewczynę i wszyscy, jakimś dziwnym trafem, wskazywali ten sam dom. Wypatrzył Amani jak niosła coś ciężkiego. Ochoczo wziął się za pomoc. Prosta wiejska dziewczyna łatwo dała się oczarować nieprzeciętnie przystojnemu i wykształconemu Armanowi. A on wymykał się nieformalnie z jednostki i odprawiał swoje czary nad biedną Czeczenką, w wyniku czego ta, coraz to bardziej stawała się oczarowana i Armanowi dane było zabierać Amani po trochę, coraz to więcej jej naturalnego piękna dla siebie. W końcu po kilku miesiącach tych zabiegów miał już piękno ślicznej dziewczyny w całości. W ogóle nie tylko piękno Amani, ale miał całą Amani, w nim zakochaną i w całości mu oddaną. Kończył służbę wojskową w Czeczenii i wracał do Rosji. Pojechał do Rosji po to, żeby po kilku tygodniach wrócić do Czeczenii po swoje “wojenne trofeum”. Wrócił po Amani i zabrał ją do siebie do Rosji, już jako prawowitą żonę.

Powiedzieć mezalians o ślubie Czeczenki z rosyjskim żołnierzem, to nic nie powiedzieć. Życzliwi muzułmanie oczywiście donieśli o wszystkim sunnickim wojownikom.

Arman właściwie uciekł z Amani zaraz po ślubie, bo oboje nie mogli czuć się tam bezpiecznie.

Następne lata były najszczęśliwsze w jego życiu. Niemal najszybciej jak to możliwe Amani urodziła Jamilę. Arman był zawodowym żołnierzem, dobrze zarabiał, kupił mieszkanie.

Razem z żoną i córką jeździli czasami do Czeczenii odwiedzać rodzinę Amani. Te wyjazdy nigdy do końca nie były bezpieczne. Ale on wiedział jak chronić rodzinę. Niestety cztery lata temu, jak już wszystko było uzgodnione do takiego właśnie wyjazdu, musiał pilnie stawić się do jednostki. Prosił Amani żeby sama nie jechała. Ona jednak bardzo chciała i zdecydowała się na ten wyjazd.

- Przecież to moja rodzina, moi znajomi, moje strony, co miałoby nam się złego stać?

W końcu się zgodził. Odprowadził Amani z córką na dworzec. Pociąg odjechał a on stał nieruchomo na peronie. Jego dziwne, przenikliwe spojrzenie podążało za oddalającym się ostatnim wagonem. Od razu żałował, że puścił żonę samą.

Po trzech dniach dowiedział się, że Amani nie żyje. Jedna z sąsiadek, do której Amani miała zaufanie, wywabiła ją z domu. Została zamordowana przez czeczeńskich wojowników na oczach Jamili. Arman pojechał na pogrzeb żony i po córkę.

***

Arman stanął, ostrożnie zdjął Jamilę i sam zszedł z konia.

- Bardzo zmęczona?

Jamila uśmiechnęła się do niego i skinęła głową, że nie. Rozumiała, tylko nie była w stanie mówić. Oboje usiedli na stepie i przytuleni do siebie patrzyli na odległe góry.

***

Rozdział 2.

Duże państwo azjatyckie. Sportowy ośrodek treningowy podnoszenia ciężarów.

- Liu, za szybko ciągniesz. Potrzymaj ją dwie sekundy, weź oddech i wtedy.

- Ciężka jest.

- Musi być taka, mistrzostwa coraz bliżej. Pora już wzmocnić trening.

Liu posłusznie odczekał chwilę, a następnie dźwignął sztangę.

- Trenerze jak widzisz moje szanse?

- W ogóle o tym nie myśl, to bez znaczenia. Ważny jesteś tylko ty i sztanga. Jesteś naprawdę dobry, masz szansę. Podnieś ją jeszcze trzy razy a potem popracuj jeszcze nad mięśniami grzbietu. Musimy dzisiaj skończyć trening trochę wcześniej bo przyjeżdża do nas jakiś lekarz sportowy ze stolicy. Chce rozmawiać ze wszystkimi trenerami.

- Po co?

- Nie mam pojęcia. Chce ze mną rozmawiać.

Liu to 20-letni, świetnie zapowiadający się sportowiec o bardzo odpowiedzialnym podejściu do treningu i do sportu ogólnie. Kocha to co robi. Sport od dzieciństwa był jego pasją. Już jako dwulatek wyróżniał się wśród rówieśników swoją posturą i dłońmi, które były większe i silniejsze niż u pozostałych dzieci. Rodzice Liu byli z niego dumni. W wieku sześciu lat pomagał już przy gospodarstwie. W pierwszej klasie szkoły podstawowej nauczyciel wf-u poinformował ich, że Liu ma talent do sportów siłowych. Zapisano go do sekcji treningowej w pobliskim mieście. Liu wychowywał się na wsi, więc od małego dojeżdżał autobusem na treningi. Najpierw raz w tygodniu, potem dwa razy, a po kilku latach zainteresowano się nim w znaczącym klubie z sekcją podnoszenia ciężarów i zaczął uczyć się w szkole z internatem w dużym, odległym mieście. Wtedy rodzice dostali po raz pierwszy wsparcie od krajowych władz sportowych. Byli bardzo biedni, a do tego mieli jeszcze drugiego syna, który był niepełnosprawny. To był brat bliźniak Liu. Liu urodził się pierwszy i wszystko szło dobrze na początku porodu, ale jego brat nie śpieszył się na świat. Poród był w małym podrzędnym szpitalu. Nie było w nim wtedy nowoczesnego sprzętu i zespołu chirurgów.

Efekt był taki, że bliźniak był przez pewien czas niedotleniony i urodził się z porażeniem dziecięcym. Jest psychicznie sprawny, choć trochę ociężały, ale ruchowo niewydolny, wymaga opieki. Liu kocha swojego brata ponad wszystko, zresztą z wzajemnością.

W końcu Liu zaczął uczęszczać w zawodach. Na początku lokalnych a potem ogólnokrajowych. Wtedy przekonano się o jego prawdziwym talencie do podnoszenia ciężarów. Zaczął wygrywać nawet z nieco starszymi od siebie. Za sukcesami pojawiły się pieniądze. Na początku niewielkie, ale potem systematycznie coraz większe.

Pomimo młodego wieku stał się już rozpoznawalny w kręgach miłośników sportu. Z tego co zarabiał mógł już utrzymywać całą swoją rodzinę, czyli rodziców i brata. Liu w końcu trafił do kadry narodowej a że zbliżały się mistrzostwa świata, to wraz ze swoim trenerem trafił na miesięczne zgrupowanie sportowe do ośrodka dla najlepszych y. Bardzo intensywnie tam trenował.

***

Nazajutrz.

- Witaj trenerze, jak tam? Trenujemy ostro?

- Jak się czujesz?

- Świetnie, jestem gotowy na wszystko.

Liu z zapałem i radością zakomunikował swojemu trenerowi gotowość do dzisiejszego treningu, ale trener nie miał wesołej miny.

- Poczekaj, za chwilę zaczniemy, musimy porozmawiać.

- W czym rzecz?

- Rozmawiałem wczoraj z tym lekarzem. Nie rozmawiał ze wszystkimi trenerami, ale chciał rozmawiać z każdym osobno.

- Co powiedział?

- Powiedział, że masz chodzić na zastrzyki.

- Na jakie zastrzyki?

- Nie wiem? Raz na trzy dni masz dostać jakiś zastrzyk.

- Po co? Przecież jestem zdrowy.

- Wiem, że jesteś zdrowy, ale podobno bez tego nie wygrasz zawodów a federacji bardzo na tym zależy.

- Obaj wiemy co to za zastrzyki. Nie zgadzam się.

- Cicho mów! Liu nie możesz tak po prostu się nie zgodzić. To federacja, z nią w naszym kraju nie ma żartów. Ten lekarz mówił, że to taki środek, którego nie da się wykryć. To odkrycie naszych lekarzy. Tam na tych mistrzostwach podobno wszyscy biorą takie rzeczy. Tam nie ma czystych zawodników. Podobno bez tego, jesteś bez szans.

- Trenerze, tak szczerze, co o tym myślisz?

Liu bardzo lubił swojego trenera. Miał do niego wielkie zaufanie. Trenował z nim już siedem lat i to właśnie dzięki jego pracy i jego radom odnosił sukcesy.

- Nie mogę ci zakazać, zresztą to polecenie z góry.

- Nie pytam się co pan może czy nie może, ale co o tym myśli?

- Nie podoba mi się to.

- No właśnie, mnie też nie. Nie będę tego brał.

- Jesteś pewny? Możesz przez to przegrać.

- Mam to gdzieś, trenerze sam mówiłeś liczy się tylko sztanga.

- Jesteś pewny?

- Tak.

- Nikomu nic na ten temat nie wolno ci mówić. Jakby cię ktoś pytał, to mów, że takie rzeczy wie tylko twój trener, zresztą to profesjonalne podejście.

- Ok.

- Będę musiał coś temu lekarzowi nakłamać, pamiętaj obaj ryzykujemy. Ty karierę, a ja pracę, a może nawet więzienie.

W tym samym dniu.

Trener Liu rozmawia z lekarzem federacji kadry narodowej:

- Panie doktorze, jest pewien problem z tymi zastrzykami.

- Jaki?

- Nie wiem czy mogę mieć do pana zaufanie.

- To chyba oczywiste.

- Otóż my już razem z Liu współpracujemy z innym lekarzem.

- Jak to, jakim?

- Nie mogę panu nic więcej powiedzieć. Chodzi o to, że Liu nie może dostawać różnych specyfików równocześnie.

- No tak rozumiem, nie jestem nowicjuszem w tych sprawach.

- Chciałbym, żeby pan dał nam te zastrzyki a my podamy je Liu wtedy, kiedy będzie trzeba i wtedy kiedy będzie to dla niego najlepsze.

- A, o to panu chodzi, no widzę, że podchodzicie już do treningu Liu z pełnym profesjonalizmem. Stąd pewnie jego wyniki. W porządku.

Lekarz wyjął z torby nieopisane opakowanie leków.

- To te zastrzyki. Tak jak mówiłem, co trzy dni i na dziesięć dni przed zawodami nie wolno podawać.

- Proszę się nie obawiać. Nasz lekarz zna się na tym naprawdę dobrze. Tylko, panie doktorze nikomu ani słowa.

- To oczywiste.

Na drugi dzień.

- I co trenerze?

- Cichooo, mam te zastrzyki.

- Może się przydadzą?

- Zmieniłeś zdanie?

- Nie, ale rozmawiałem z matką. Nasz stary osioł bardzo osłabł.

Na twarzach obu pojawił się szeroki uśmiech. Trener był dumny ze swojego wychowanka.

***

Miejsce główne - błysk.

Miasteczko w górach Albanii, szpital miejski.

- Siostro co tam u nas?

- W zasadzie spokojnie panie doktorze, żadnych ostrych przypadków. Na dwójce złamane podudzie, ale już zaopatrzone przez doktora Dushku na poprzedniej zmianie. Na piątce atak kolki nerkowej, ale stan ostry już przeszedł.

Pacjent dostał leki.

- Co na onkologii?

- Nic nagłego, chemię dajemy zgodnie z rozpiską, na naświetlania rano pojechali wszyscy, co mieli jechać.

- Przydałby się aparat do naświetlań nie trzeba by ich codziennie wozić po pięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę.

Zresztą sam aparat to za mało, potrzebny byłby jeszcze tomograf, wtedy moglibyśmy leczyć ich samodzielnie, tylko kto będzie inwestował w mały szpital w naszym wciąż biednym kraju?

- Jest problem z jedną pacjentką.

- Tak? w czym rzecz?

- Chodzi o tą babcię z onkologii, tą z guzami wątroby i przerzutami, leży na sali nr 7.

- Chyba już jej nie leczymy, tylko przeciwbólowo.

- Właśnie, stan szybko się pogarsza, wydaje mi się, że to już koniec.

- Aż tak źle? Chodźmy do niej.

Z sali dochodził cichy szept. Pacjentka w wieku około 90 lat była tak wyniszczona przez chorobę, że zostało z niej niewiele więcej niż sam szkielet i silnie pomarszczona skóra.

Leżała sama i gorliwie się modliła, lekko poruszając ustami. W palcach trzymała niebieski różaniec i w regularnych odstępach czasu przesuwała paciorek za paciorkiem. Na dłoni miała klips aparatu do monitoringu. Rytm modlitwie nadawały ciche kliknięcia pulsometru.

- Skąd wiesz, że to koniec?

- Rano tak mówili lekarze i ordynator.

- Podaj kartę. Faktycznie, saturacja spada, tętno słabe, kreatynina bardzo, bardzo wysoka. Nie ma zestawu reanimacyjnego?

- Ordynator, zanim poszedł do domu, powiedział mi na ucho żeby dać jej spokojnie umrzeć, że i tak jej już nie pomożemy.

- Bez wątpienia ma racje, raczej nie dożyje do rana.

- Właśnie.

- Wiemy coś o niej? Rodzina wie?

- Wiemy trochę, moja znajoma jest jej sąsiadką. Niestety nie ma tu żadnej rodziny. Żyła samotnie przynajmniej od 30 lat, tak pamięta to ta sąsiadka. Była cicha, spokojna i zawsze bardzo uprzejma. Żyje bardzo skromnie z jakiejś biednej emerytury. Jest katoliczką, podobno bardzo religijną.

Sąsiadka mówiła, że częściej można ją było spotkać w kościele niż w domu.

- Ksiądz wie?

- Tak, był rano, długo przy niej siedział i wczoraj i dzisiaj.

Udzielił jej tych wszystkich sakramentów, może umierać spokojnie, choć bardzo samotnie.

- Tak czasem bywa, jest przytomna? No chyba jest, bo przekłada różaniec.

- Nie wiem, próbowałam z nią rozmawiać, ale nic nie odpowiada. Jakby była w jakimś transie. Tylko patrzy i się modli. Jak będę miała później czas to posiedzę trochę przy niej. Była podobno kiedyś pielęgniarką. Ordynator polecił, żeby kostnica była otwarta w nocy.

- Dasz sobie radę?

- Ech doktorze, przecież wiesz, robiłam to wiele razy. Naja mi pomoże. Przykro to mówić, ale do rana sala będzie pusta.

W razie czego dam znać.

- No raczej, smutne to wszystko, zobacz przestała na chwilę, jakby się uśmiechała.

Nagle oboje spojrzeli w stronę okna.

- Widziałaś to?

***

Okolice miasteczka w tym samym czasie.

Fidan i Kaltrina to nastolatkowie którzy chodzą do jednej szkoły. Oboje mieszkają w miasteczku, choć na dwóch jego końcach, co wcale nie znaczy, że daleko od siebie. Oboje mają po osiemnaście lat, nawzajem bardzo się lubią i spędzają ze sobą coraz więcej czasu. Trudno powiedzieć na ile świadomie, ale zakochują się w sobie, coraz bardziej, bardziej i bardziej.

Jak już będzie jeszcze bardziej, to będą zakochaną parą. Spotykają się najczęściej i najchętniej właśnie tutaj gdzie teraz siedzą, to znaczy na zboczu wzgórza oddalonego od miasteczka o jakieś półtora kilometra. Żeby się tu znaleźć, każde z nich musi wspinać się ze swojego miejsca zamieszkania, około 30 minut. Jakoś przychodzi im to coraz łatwiej. Jakby wzgórze z każdym spotkaniem robiło się mniej strome. Z “ich” miejsca jest bardzo dobry widok na całe miasteczko i jego okolice. Śmieją się i rozmawiają. Kaltrina przekomarza się z Fidanem tłumacząc mu, że właściwie nie wie po co tu do niego przychodzi i że może być to dla niej niebezpieczne, bo nie wiadomo jakie Fidan ma w stosunku do niej zamiary i właściwie to nie rozumie, dlaczego chce się z nią spotykać i to coraz częściej. Zaczyna podejrzewać, że może ona mu się podoba, ale ponieważ on nic na ten temat nie wspomina, tylko gada z nią o jakiś bzdurach, to pewnie nie po to, ale w jakiś innych, niecnych celach. Fidan słuchając tych wywodów wyjaśnia Kaltrinie, że już dawno planował udusić jakąś dziewczynę, tylko na razie nie był zdecydowany którą, no ale skoro ona już tu się z nim spotyka, to pewnie to będzie ona.

I tak sobie przygadywali siedząc obok siebie i utrzymując bezpieczny dystans. Pletli bzdury o szkole, o wspólnych znajomych, o rodzinie, czasem poruszając jakieś poważniejsze tematy, zwykle dotyczące przyszłości. Tak naprawdę oboje byli nieśmiali i oboje byli pierwszymi dla siebie a śmiechem i kiepsko udawaną śmiałością próbowali kamuflować swoją nieśmiałość. Najtrudniejsze było pierwsze spotkanie a potem to już tak jakoś idzie od kilku tygodni. Fidanowi, który w istocie był przystojnym, atrakcyjnym, młodym dorastającym mężczyzną, trudno było uwierzyć w to, że to było takie proste. Że dziewczyna o której marzył i podobała mu się już od kilku lat, tak łatwo dała się namówić, żeby się z nim spotkać. Wyobrażał sobie, że przecież ona musi mieć już przynajmniej z tuzin innych chłopaków, bardziej śmiałych i lepszych od niego i pewnie wybierze albo już wybrała sobie któregoś z nich, a on próbując się z nią umówić na pierwsze spotkanie, spotka się tylko z wielkim zdziwieniem i zażenowaniem. W końcu podszedł do niej i zaryzykował wieszcząc koniec świata:

- Kaltrina, pogadasz ze mną trochę?

Spojrzała na niego z ciekawością i odpowiedziała czy ma do niej jakąś sprawę. On zmieszany powiedział, że tak tylko chciał pogadać i zaczął się wycofywać. A ona uśmiechnęła się i powiedziała pogadam, tylko powiedz gdzie i kiedy. Fidan zdezorientowany i zaskoczony zaproponował wzgórze. Znał to miejsce i czasem tam chodził. Wiedział gdzie mieszka Kaltrina i że wzgórze przedziela ich miejsca zamieszkania.

Ona jakby się trochę wystraszyła, ale się zgodziła. Jeszcze w tym samym dniu po lekcjach, zamiast jeść w domu obiad, siedzieli tam i uśmiechali się do siebie. Tak to się zaczęło.

Potem było już coraz łatwiej, a właściwie to od razu było bardzo łatwo. Kaltrina miała swój sekret, którym z nikim się nie dzieliła. Podobało jej się kilku chłopców w szkole, a Fidan był pierwszy na tej liście. On oczywiście nic o tym nie wiedział. Kaltrina nie wiedziała jak zwrócić na siebie uwagę chłopaka. Ani rodzice w domu ani nauczyciele w szkole tego nie uczyli.

Dzisiejsze spotkanie odbywa się w wyjątkowo malowniczej atmosferze. Słońce chyli się ku zachodowi a ciepły, kończący się leniwie dzień, wprowadza nostalgiczny nastrój.

Stylowa zabudowa zabytkowego miasteczka czaruje architektonicznym ładem, odcinając się od zielonych łąk i złotych prostokątów pól uprawnych. Widok był wręcz nierzeczywisty, przypominał kolorowy obrazek lub pocztówkę. Zachodzące słońce stopniowo stawało się mniej jaskrawe, a na tle niebieskiego nieba i kilku białych obłoków pojawiły się pierwsze odcienie różu i czerwieni. Przyroda wyświetlała kolorowy film specjalnie dla Fidana i Kaltriny, którzy mieli najlepsze miejscówki na tym spektaklu. Długie cienie zachodu oraz widok z góry, uplastyczniły z dużą wyrazistością wszelkie szczegóły zabytkowej zabudowy. Widać było cały rynek z niewielkim ratuszem oraz stosunkowo duży, murowany meczet z wysokim minaretem, niewielki biały katolicki kościół z ostrą wieżą zwieńczoną krzyżem, a nawet szkołę do której chodzili. W centralnej części starówki, tuż za rynkiem, widoczny był wyraźnie duży zabytkowy budynek szpitala z jego stromym dachem z czerwonej dachówki. Pomimo sporej odległości, wszystkie szczegóły można było wyraźnie rozróżniać.

Fidan i Kaltrina siedzieli obok siebie bezpośrednio na trawiastej ziemi, oddaleni o kilkadziesiąt centymetrów. Akurat oboje milczeli wpatrując się w dal. Kaltrina nagle przechyliła się lekko w jego stronę, podpierając się lewą ręką, żeby się na niego nie przewrócić. Potem przechyliła się odrobinę mocniej i jej ręka znowu przesunęła się o kilka centymetrów w stronę chłopaka i potem znowu nieco mocniej i jej ręka, którą cały czas się podpierała, znowu lekko się przesunęła w stronę Fidana. Kaltrina ciągle patrzyła w dal, nie na niego. Fidan na początku lekko zdezorientowany zarumienił się, ale nareszcie zrozumiał co właściwie miał zrobić. Zrozumiał, że to, co za chwile się wydarzy, jest tym o czym marzył od lat. Że właśnie jego znajomość z Kaltriną za moment zmieni zupełnie swój status. Że być może zbliża się najważniejsza i najpiękniejsza chwila jego życia, której nigdy się nie zapomina. Fidan podparł się swoją prawą ręką, otwartą dłonią do góry, tuż przy ręce dziewczyny w ten sposób, że następny “kroczek” podpierania się, nie trafi już na trawę, ale na dłoń Fidana.

W przyrodzie stało się coś dziwnego. Wszystko nagle ucichło. Ucichł szum lekkiego wiatru, ucichł daleki odgłos ptaków i ciche brzęczenie owadów. Nastała absolutna cisza.

Dziwna, niespotykana cisza. Właśnie wtedy Kaltrina nasunęła swoją dłoń na dłoń Fidana. Oboje zacisnęli dłonie, łącząc je razem. Kaltrina i Fidan byli już parą.

Tego, co stało się w dalszej części tej nadzwyczajnej chwili, nikt nie byłby w stanie przewidzieć. Oboje znieruchomieli ze strachu i zaskoczenia. Bezwiednie ścisnęli swoje dłonie aż do bólu palców. Nad miasteczkiem pojawił się błysk. Błysk niebieskiego światła, tak silny, że cały krajobraz, aż po horyzont, został objęty błękitną poświatą. Przez moment świat stał się monochromatyczny. Nic nie miało innego koloru niż odcień błękitu. Od bardzo jasnego, przechodzącego w zimną biel, aż do ciemnobłękitnych cieni. Absolutnie wszystko co widzieli oboje, włącznie ze słońcem i chmurami było niebieskie. Nienaturalne barwy całego otoczenia sprawiły reakcję organizmu taką, jak przy nagłym zagrożeniu. Ich mózgi nie potrafiły znaleźć wzorca, który pozwoliłby zrozumieć co się stało, błysk nie wydał żadnego dźwięku, był bezgłośny. Wszystko trwało nie więcej niż sekundę i zniknęło bez śladu. Znowu zachodziło różowe słońce a brzęczenie owadów rozwiało ciszę.

- Fidan... coooo toooo było ??!!

- Skąd mam wiedzieć? Może piorun?

- Piorun? Jaki piorun? Gdzie błyskawica? Gdzie grom?

Przecież jest piękna pogoda?

- Jakieś zwarcie elektryczne?

- Fidan, to było wszędzie, aż po horyzont.

- Może jakaś bomba? Atomowa?

- Bomba? Może, ale nic się dzieje.

- Raczej jakieś eksperymenty... ja pierniczę, co to było?

Chodźmy do domu. Może coś tam się stało?

- Przecież widzisz, że nic się nie stało.

Fidan ochłonął już z wrażenia i poczuł się bezpiecznej.

- Kaltrina wiesz co?

- Co?

- To mógł być wybuch moich uczuć do ciebie?

Kaltrina się uśmiechnęła i dała mu buziaka w policzek.

- Jaja sobie robisz, a nie wiadomo co to było. Schodzimy na dół, trzeba to sprawdzić.

- Wydaje mi się, że źródło błysku było nad szpitalem.

Schodzili na dół trzymając się za ręce. Kaltrina i Fidan byli już razem.

***

Miasto w małym państwie europejskim c.d.

Opowieść Eleny:

Z trudem powstrzymywałam łzy. Starałam się jakoś zapanować nad emocjami. Pomyślałam, że najważniejsza jest Petia, a potem będę martwić się dalej, co zrobić ze sobą i swoim życiem. Bo to, że coś będę musiała zrobić, wydawało mi się oczywiste. Podjechałam pod szkołę, znowu odebrałam Petię i pojechałyśmy do przychodni. Inteligentna Petia, po pierwszym spojrzeniu na mnie od razu zapytała:

- Mamo, co się stało?

- Jedźmy do lekarza, potem wszystko ci opowiem.

- Stefan?

- Tak.

Nie pytała o nic więcej. Wszystko rozumiała. Moje przeczucie, że moje szczęście w tym związku nie będzie trwałe, dla inteligentnej Petii było oczywistością. Potem, po czasie, opowiedziała mi, że już dawno miała swoje zdanie o ojczymie. Nie eksponowała go, bo nie chciała robić mi przykrości. Była przekonana, że coś wkrótce złego się wydarzy. Instynktownie nie przywiązywała się ani do luksusu bogatego domu, a tym bardziej do nieodpowiedzialnego i de facto infantylnego ojczyma. Petia przewidywała problemy, ale była gotowa, gotowa do dalszej drogi, do pokonywania trudności swojego życia. Jednak nie mogła przewidzieć, że ta droga przez którą przyjdzie jej iść przez następne kilkanaście miesięcy, to nie przedzieranie się przez zarośniętą przeszkodami dżunglę, której się spodziewała, ale raczej droga pionową granią na najwyższe szczyty. Nikt nie był w stanie przewidzieć tego co się wydarzy.

- Jak właściwie się czujesz?

- Wszystko ok, znacznie lepiej niż rano.

- Jedziemy, bo lekarka dzwoniła dziwnie wystraszona.

- Spokojnie, na pewno przesadza.

- No nie wiem, zobaczymy.

Podjechałyśmy pod przychodnię. Lekarka już na nas czekała. Była przejęta sytuacją. Powiedziała nam bez ogródek, że wyniki badania krwi są bardzo złe i świadczą o jakiejś poważnej chorobie. Podejrzewała białaczkę, wypisała skierowanie i poleciła od razu, wprost z przychodni, jechać do szpitala.

- Niech od razu ustalą dokładnie co jej jest i bez zwłoki rozpoczną leczenie. Niezbędne rzeczy dowiezie jej pani później.

Pojechałyśmy do szpitala. Petia w nim została.

***

Jeszcze tego samego dnia spakowałam rzeczy swoje i swojej córki i wyprowadziłam się do rodziców. Wiedziałam, że zawsze mogę liczyć na ich wsparcie. W pracy niemal od razu wszyscy wiedzieli co stało się z moim małżeńskim życiem. Barbie natychmiast wszystko rozgadała a wieści, zwłaszcza takie, w tym aktorskim środowisku roznoszą się niezwłocznie. Zresztą ukrywanie czegokolwiek nie miało sensu. Oschła i obojętna szefowa ku mojemu zdziwieniu stała się dla mnie bardzo miła i wyrozumiała. Nie dopytywała się o nic i czułam, że chciałaby mi jakoś pomóc. Wraz z innymi pracownicami charakteryzatorni tak kierowała jej pracą, że ani Barbie ani Stefan nigdy już nie trafili w “moje ręce”. Kiedyś żartowała, że nie może dopuścić do tego żebym pracowała przy ich buźkach, ponieważ na wyposażeniu pracowni jest także brzytwa. Tak naprawdę oszczędzano mi przykrości.

Zresztą potrzeby Barbie po kilku tygodniach zaspakajał już inny młody aktor. Mieszkałam u rodziców a Petia ciągle się leczyła. Stwierdzono u niej lekooporną białaczkę. Trzy razy była w szpitalu i za każdym razem po poprawie, jej stan zdrowia znowu się pogarszał. Musiała przerwać szkołę. Niezbędny okazał się przeszczep szpiku. Mój się nie nadawał, próbowano szukać dawcy niespokrewnionego. I wtedy, właściwie nie wiadomo skąd, zjawił się Kristian, ojciec Petii.

Tak naprawdę to niezupełnie, nie wiadomo skąd. Znaleźli go moi rodzice, znali wszystkie szczegóły przebiegu leczenia. Krystian związany był z inną kobietą, od czasu do czasu spotykał się jednak z Petią. W czasie tych spotkań był dla niej bardzo miły i przynajmniej starał się robić wrażenie, że Petia nie jest mu obojętna. Wiedziałam, że dla niej ma to znaczenie. Płacił również na nią niewielkie alimenty. Kristian nie zastanawiał się ani minuty. Był gotowy zrobić wszystko co mógł, żeby ratować własną córkę. Miał tylko pretensje, że nie poinformowaliśmy go od razu o tym, że Petia jest tak ciężko chora. Lekarze stwierdzili, że może być dawcą szpiku.

Przeprowadzono zabieg. Przeszczep się udał i Petia wyszła ze szpitala. Myślałam, że wreszcie coś dobrego wydarzy się w moim życiu. Niestety po kilku tygodniach jej stan znowu się pogorszył. Wróciła tam gdzie przebywała, właściwie cały czas od kilku miesięcy, czyli do szpitala. Wezwała mnie ordynatorka na rozmowę, a właściwie na monolog:

- Przeszczep jest odrzucany, podamy jej chemię, będziemy leczyć ją silnymi lekami przeciwnowotworowymi. Będziemy utrzymywać ją w jak najlepszej kondycji tak długo jak to możliwe. Jednak życie Petii jest zagrożone. Stoimy na skraju możliwości medycyny. Trzeba liczyć się z tym, że tą walkę przegramy.

Świat zawirował mi przed oczami. Po policzkach znowu, jak często ostatnio, popłynęły łzy.

***

Miasto w dużym państwie Ameryki Północnej c.d.

- Cześć babciu.

- Ava, moja słodka, jak się cieszę. Co tam u ciebie?

- Tak jakoś, jakoś leci, szkoła dom, nauka.

- Powiedz dziecko, masz już jakiegoś chłopaka?

- Babciu, daj spokój przecież ja jeszcze dziecko.

Ava spojrzała wesoło na babcię.

- Tak dziecko, dobrze mówisz, masz czas na te sprawy.

- W szkole jak?

- Dobrze, dobrze, daję radę.

- Chodź no tu, niech cię przytulę, a czy ty Avuniu jesteś aby grzeczna?

- No co ty? Babciu? Ja zawsze.

- A to dobrze bo mam chyba dla ciebie prezent?

- Prezent? Z jakiej okazji?

- No urodzinki, przecież będziesz miała.

- Przecież dopiero za pięć miesięcy.

- Właśnie pięć miesięcy, dla takich babć to może być sporo czasu.

Ava była drobną, szczupłą dziewczyną o dziecięcej urodzie. Wszyscy ją lubili. Rodzice byli z niej dumni bo Ava świetnie się uczyła i nie sprawiała żadnych kłopotów. Koleżanki i koledzy w szkole też ją lubili ponieważ Ava nigdy nie wywyższała się nad innymi pomimo, że z racji postępów w nauce, mogłaby to robić. Ava była zdolna, bardzo zdolna. Zwłaszcza przedmioty ścisłe i te wymagające dobrej pamięci, pochłaniane były przez tą drobną, dziecięcą głowę z nadzwyczajną łatwością. Biegłość w rozwiązywaniu trudnych zagadnień matematycznych i fizycznych nie pasowała do jej drobnej postury. W oczach Avy płonął ogień, ogień inteligencji i przenikliwości. Ava świetnie rozumiała rzeczywistość i swoją obecną i przyszłą w niej rolę. Miała zdolność przewidywania trudnych sytuacji i ich unikała.

W klasie była tylko jedna uczennica która Avy nienawidziła. To była Emily. Emily nie potrafiła pogodzić się z tym, że nauka przychodziła Avie z taką łatwością. Czuła się upokorzona inteligencją Avy. Wiedziała, że nigdy nie będzie tak mądra jak ona i nigdy nie osiągnie tego co ona. Tyle, że Emily nie należało upokarzać w żaden sposób, nawet swoją inteligencją, bo to ona była od poniżania a nie od bycia poniżaną. Ava to rozumiała. Unikała kontaktów z Emily jak tylko mogła. Z wszelkich prób zaczepek potrafiła sprytnie się wywijać, tak aby nie urażać chorego ego Emily, a jednocześnie nie umniejszać swojej godności. Emily była na nią coraz bardziej wściekła i w końcu postanowiła ją upokorzyć. Upokorzyć w najgorszy z możliwych sposobów.

- Babciu czego ty szukasz?

- No zobacz, przeglądałam ostatnio swoje rzeczy i chciałabym ci podarować coś takiego.

- Cooo tooo jest?

- To bransoletka, dostałam ją bardzo dawno temu od swojej matki, ona dostała ją od swojej. Mama, twoja prababcia, mówiła mi, że ta bransoletka chroniła ją w czasach wojny.

Że ma cudowną moc. W czasie wojny była sanitariuszką w Europie i wiele jej przyjaciółek wtedy zginęło, a ona przeżyła.

Ava wzięła bransoletkę do ręki. Była dziwna, nigdy takiej nie widziała. To cienki złoty łańcuszek do noszenia na nadgarstku, ale z małym złotym krzyżykiem. Tak małym, że nie przeszkadzał w noszeniu go na nadgarstku ręki.

- Babciu to jest śliczne, chcesz mi to podarować?

- No pewnie, wiesz w tą cudowną moc to nie bardzo wierzę, zresztą jest mocno znoszona. Ja i tak nie umiałabym jej nosić, bo już dawno jest na mnie za mała. Bierz, będziesz miała na urodzinki, a ja będę miała prezent z głowy.

Ava założyła bransoletkę. Pasowała idealnie, krzyżyk zsunął się na wewnętrzną część nadgarstka.

- Właśnie tak ją trzeba nosić.

- Chyba nigdy jej nie zdejmę, dzięki wielkie.

***

- Trzeba zrobić coś z tą suką.

- Z jaką suką? O czym ty gadasz?

- Z tą laleczką Avą, nienawidzę jej.

- Dlaczego? Przecież nic ci nie robi?

- Puszy się ciągle, nie mogę na nią patrzeć!

- Emily, weź się ogarnij, to dziewczyna, chcesz ją okraść czy pobić?

- Ty ją zgwałcisz, a ja nagram wszystko. Zgnoimy tą sukę, niech ma za swoje.

Logan popatrzył na Emily dziwnym wzrokiem.

- Chcesz, żebym ja ją gwałcił? Przecież jesteśmy razem. Nie przeszkadzałoby ci to?

- Tak, tego chcę, masz to zrobić, masz to zrobić dla mnie, tego chcę.

- Odbiło ci zupełnie, nikogo nie będę gwałcił, za to idzie się do więzienia, a poza tym ona jest w porządku.

- Nie wiedziałam że taki cykor z ciebie, Rozczarowujesz mnie.

Albo to zrobisz, albo koniec z nami.

- Mogę ją nastraszyć, udawać, że chcę ją zgwałcić, ale nikogo nie będę gwałcił. Nagrasz swój filmik tak, żeby wyglądało, że była zgwałcona i ją puścimy. Na nic więcej mnie nie namówisz. Jesteś chora z nienawiści.

Emily z niechęcią przystała na to. Emily wszystko zaplanowała, Loganowi miał pomóc kolega, czyli jeszcze jeden z członków jej przestępczej grupy.

Emily dowiedziała się, że Ava chodzi po południu na zajęcia sportowe i wraca do domu wieczorem. Rozeznała, że w drodze do domu musi przejść kilka bocznych uliczek.

Wybrała mały parking, którego nikt nie pilnował i był na uboczu. Prawie nigdy, nikogo tam nie było. Zaczaili się tam. Ava niczego się nie spodziewała. Poczuła nagle silny uścisk za ramiona i jeden z dwóch zamaskowanych, młodych mężczyzn bardzo silnie zamknął jej usta ręką. Zaskoczenie zamieniło się w paniczny strach i niemoc. Ze strachu nie była w stanie nawet się bronić. Zaciągnięto ją w zaułek i rzucono na maskę stojącego tam samochodu. Jeden z napastników trzymał ją za ręce i kneblował usta, a drugi zaczął rozpinać jej spodnie.

Emily, z pończochą na twarzy włączyła telefon i stojąc z boku zaczęła filmować. Avie udało się wyrwać na chwilę jedną rękę i Logan chwycił ją z całej siły za nadgarstek. Złoty krzyżyk wbił się przy tym w ciało dziewczyny co spowodowało, że krzyknęła z bólu.

Wtedy stało się coś nieprzewidywalnego i dziwnego. Emily upuściła telefon. Stała schylona z wyrazem bólu na twarzy i nie była w stanie go podnieść. Właściwie to nie była w stanie nawet się ruszyć. Napastnicy zgłupieli zaskoczeni sytuacją. W końcu puścili Avę, a ta natychmiast uciekła. Cała akcja bez filmu nie miała przecież sensu.

- Emily, co ci jest?

- Logan, pomóż mi, nie umiem się ruszyć, Jakby prąd poraził mi kręgosłup, strasznie boli, prawie nie czuję nóg.

Posadzono Emily na pobliskim murku. Logan podniósł telefon i wyjął z niego baterie.

- Jeśli ona zgłosi to na policję to nie możesz więcej korzystać z tego telefonu. W razie czego masz mówić, że ktoś ci go ukradł.

Emily powoli doszła do siebie na tyle, że z pomocą swoich kompanów udało jej się dojść do domu. Na drugi dzień nie było jej w szkole.

***

- Dzień dobry panie dyrektorze.

- Dzień dobry, wezwałem panią bo chciałem dowiedzieć się co z Emily? Wiem, że jest chora, ale nie ma jej już w szkole pięć tygodni.

- Spotkało nas nieszczęście. Emily nie będzie na razie chodzić do szkoły. W tym roku szkolnym na pewno już nie przyjdzie.

- Powie pani coś więcej na jej temat?

- Przeszła wiele badań, niektóre z nich były bardzo specjalistyczne. Na początku żaden lekarz nie umiał jej zdiagnozować, dopiero jak przeprowadzono badania genetyczne to okazało się, że cierpi na rzadką chorobę genetyczną, która może ujawniać się właśnie w wieku dorastania. Ta choroba uszkadza układ nerwowy i może stopniowo prowadzić do całkowitego paraliżu, a nawet do śmierci. Nie ma na nią lekarstwa, można leczyć jedynie objawy i utrzymywać pacjentów jak najdłużej w dobrym stanie. Po kilku latach choroba zacznie jednak postępować i jeśli do tego czasu nie wymyślą jakiegoś leczenia, to Emily zostanie inwalidką.

- Trzeba być dobrej myśli, przecież jest młoda i silna, na pewno da się coś poradzić.

- Na domiar złego przeprowadziliśmy badania również drugiej naszej córki Lily, młodszej siostry Emily i okazuje się, że ona również jest zagrożona i najprawdopodobniej za parę lat również zachoruje.

- To rzeczywiście wielkie nieszczęście. Jak Emily wróci ze szpitala do domu to proszę zadzwonić. Może uda jej się zorganizować indywidualne nauczanie.

- Planujemy z mężem wyjechać za granice i szukać gdzieś na świecie specjalistycznego leczenia w prywatnej klinice. Znaleźliśmy już kilka miejsc, gdzie być może mogą pomóc naszym córkom. Emily już raczej tu nie wróci.

- Rozumiem, dobrze że jesteście państwo zamożnymi ludźmi i możecie sobie na to pozwolić.

- No właśnie.

- No to dziękuję pani za informacje. Współczuję państwu.

Matka Emily wyszła z gabinetu. Dyrektor opadł na fotel i głęboko się zamyślił. Kilka godzin temu był u niego policjant, którego trochę znał. Czasem przychodził do szkoły bo zajmował się sprawami rodzinnymi. Dyrektor wiedział już wcześniej, że Ava zgłosiła na policji próbę gwałtu, choć jej rodzice prosili aby utrzymać to w tajemnicy. Znajomy policjant poinformował go, że mają pewne podejrzenia, bo w chwili zdarzenia w okolicach incydentu logował się telefon jednej z uczennic jego szkoły. Dyrektor zaproponował mu, że podejmie próbę zgadnięcia, która to uczennica mogłaby być. Policjant z ciekawością słuchał a dyrektor od razu zgadł. Policjant na moment oniemiał ze zdziwienia. Po kilu sekundach zapytał:

- Skąd to wiesz?

- Po to jest się dyrektorem żeby wiedzieć.

- Wiesz o niej coś więcej?

- Tak, tak, wiem co nieco.