Dostatecznie blisko - Colleen Oakley - ebook
Opis

Czy można tęsknić za czymś, czego się nigdy nie miało?

Jubilee Jenkins nie jest zwyczajną kobietą. Ma niezwykle rzadką alergię - uczulenie na dotyk, co oznacza, że kontakt jej skóry ze skórą drugiej osoby może ją nawet zabić. Tymczasem po prawie dziesięciu latach spędzonych w odosobnieniu jest zmuszona - pomimo ryzyka - powrócić do świata. Uzbrojona w rękawiczki, przekracza w końcu próg swojego domu, by wyjść na spotkanie przyszłości.

Eryk Keegan boryka się z kłopotami. Jego córka z pierwszego małżeństwa nie chce mieć z nim do czynienia, a błyskotliwy, choć sprawiający problemy wychowawcze syn prowadzi ryzykowne eksperymenty. Mężczyzna stara się zrozumieć, dlaczego jego życie zboczyło z torów - i znaleźć sposób, by być takim ojcem, jakim zawsze bardzo chciał być. Pewnego dnia w miejskiej bibliotece poznaje piękną, choć dość ekscentryczną kobietę. I nagle okazuje się, że to, czego najbardziej pragnie, to być blisko niej.

Zachwycająca opowieść o miłości, przeciw której wszystko się sprzysięgło. Tą przejmującą i wzruszającą powieścią Colleen poruszy wasze serca.

Anna Todd, autorka bestsellerowego cyklu "After"

Powieść Oakley to prawdziwa uczta. Sprawi wielką radość wielbicielom książek Jojo Moyes i komedii romantycznych rozgrywających się między bibliotecznymi regałami.

"Booklist"

Oakley po mistrzowsku tworzy historię, która jest wręcz namacalnie realistyczna. Wszystkie postaci są szczegółowo zarysowane i urocze, zwłaszcza Jubilee. Czytelnicy będą jej kibicować na każdym kroku, ciesząc się jej sukcesami. Romantyczna, urocza opowieść o korzystaniu z życia pełnymi garściami.

"Kirkus Reviews"

Książkę Oakley śmiało można porównywać z powieściami Jojo Moyes.

"Library Journal"

Klejnot wśród powieści.

"Atlanta Journal"

Niezwykle dowcipna, słodko-gorzka opowieść o żyjącej w odosobnieniu młodej kobiecie, zmuszonej, by pomimo wielkiego ryzyka, znowu znaleźć się wśród ludzi.

Beth Hoffman, autorka bestsellerowej powieści "Lato w Savannah"

Dramatyczna, ale zabawna opowieść o miłości i przeznaczeniu. Zachwyci tych, którym spodobały się książki Jojo Moyes oraz "Projekt Rosie" Graeme’a Simsiona.

"Publishers Weekly"

Colleen Oakley mieszka w Atlancie i przed rozpoczęciem kariery pisarskiej była redaktor naczelną "Women’s Health & Fitness". Jej artykuły, eseje oraz wywiady ukazywały się też w "New York Timesie", "Marie Claire", "Ladies’ Home Journal", "Redbook" i "Parade". "Dostatecznie blisko" to jej druga powieść.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 424

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

CLOSE ENOUGH TO TOUCH

Copyright © 2017 by Colleen Tull

All rights reserved

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcia na okładce

© deimagine/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-667-8

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla mojej starszej siostry,

Megan – za wszystko

Wszystko, czego pragnę, to tylko ten świt, ta muzyka

i ciepło twojego policzka wtulonego w mój.

Rumi1

1 Tłum. – domena publiczna: strona internetowa „Rumi po polsku”.

Część 1

Ale choćby nie wiem jak cicho pani siedziała,

niedługo ktoś na pewno panią znajdzie.

Haruki Murakami2

2 H. Murakami, 1Q84, t. III, tłum. A. Zielińska-Elliott, Warszawa 2011, s. 83.

(Dwadzieścia lat temu)

„The New York Times”

Dziewczynka, której nie wolno dotykać

William Colton

Pozornie Jubilee Jenkins wygląda jak zwyczajna dziewięciolatka. Bez trudu poda ci imiona wszystkich bohaterek serialu Atomówki, które widnieją na jej koszulce, i rozmyślnie dobierze skarpetki nie do pary, co, jak się okazuje, jest akurat modne w podstawówce w Griffin. Kolorowe gumki zbierają z twarzy jej zwichrzone rudawe włosy.

Jubilee jest też podobna do wielu innych amerykańskich dziewięciolatków w tym, że cierpi na alergię. Według raportu Światowej Organizacji Alergii od połowy lat 80. liczba przypadków alergii oraz astmy u dzieci wzrasta, a to obejmuje również alergie pokarmowe, co w sposób uzasadniony budzi niepokój w ekspertach.

Jubilee nie ma jednak uczulenia na masło orzechowe, użądlenie pszczoły czy sierść zwierząt. Lub jakieś inne powszechne alergeny.

Jubilee Jenkins jest uczulona na innych ludzi.

Urodziła się w 1989 roku, wychowywała ją matka. Była normalnym dzieckiem. „Była absolutnie zdrowym niemowlakiem. Potrafiła przespać całą noc, mając siedem tygodni, a chodzić nauczyła się, kiedy miała dziesięć miesięcy”, opowiada mama Jubilee. „I dopiero kiedy skończyła trzy lata, zaczęły się problemy”.

To wtedy pani Jenkins, która właśnie otrzymała awans na dyrektorkę magazynu z konfekcją Belk w Fountain City w stanie Tennessee, pierwszy raz zauważyła wysypkę na skórze dziewczynki, która na dodatek nie występowała w postaci kilku drobnych krostek. „To było coś okropnego – te ogromne wypukłe obrzęki, które potwornie ją swędziały. Długie płaty skóry złuszczały się jej na całej powierzchni ramion i twarzy”, opowiada Jenkins. „Cierpiała straszny ból”. W ciągu sześciu miesięcy pani Jenkins ponaddwudziestokrotnie odwiedziła swojego lekarza rodzinnego, bywała też na ostrym dyżurze w szpitalach – nic nie pomagało. Jubilee trzykrotnie trzeba było poddać reanimacji w wyniku anafilaksji3 na skutek ciężkiej reakcji alergicznej. Lekarze rozkładali ręce.

Sytuacja nie zmieniła się przez następne trzy lata, w czasie których Jubilee poddano wszelkim testom alergicznym dostępnym w XX w.

„Jej drobne ramionka przypominały poduszki na szpilki”, opowiada pani Jenkins. „Próbowałyśmy wszystkiego, co można w domowym zakresie – zmieniłyśmy detergenty, śledziłyśmy, co je, z całego domu usunęłyśmy dywany, przemalowałyśmy ściany. Rzuciłam nawet palenie”.

Ale dopiero kiedy poznały dr. Gregory’ego Benefielda, alergologa, wówczas profesora na Uniwersytecie Emory w Atlancie, w końcu zaczęły się dowiadywać czegoś konkretnego. (s. 19B)

3 Anafilaksja – rodzaj nagłej ciężkiej reakcji alergicznej lub niealergicznej; może być przyczyną zgonu.

Rozdział I

JUBILEE

Kiedyś pewien chłopak mnie pocałował. Omal nie umarłam.

Wiem, że tego typu stwierdzenie bez trudu można uznać za melodramatyczne oświadczenie wypowiedziane z typową dla nastolatek nutą, na dodatek wysokim głosem, w którym da się słyszeć charakterystyczny pisk. Ale ja już nie jestem nastolatką. A to się zdarzyło naprawdę. Oto przebieg wydarzeń:

Pewien chłopak mnie pocałował.

Poczułam mrowienie na wargach.

Spuchł mi język, który wypełnił całe usta.

Poczułam, że zaciska mi się gardło – nie mogłam złapać tchu. Zrobiło mi się czarno przed oczami.

Zemdleć po swoim pierwszym pocałunku to już wystarczające upokorzenie, ale o ile gorzej jest dowiedzieć się, że chłopak cię całuje, bo się założył. Po prostu zrobił to, żeby wygrać zakład. I że twoje usta tak bardzo nie nadają się do całowania, że do podjęcia próby przekonało go dopiero pięćdziesiąt dolarów.

Ale oto co w tej sprawie najważniejsze. Wiedziałam, że może mnie to zabić. Przynajmniej teoretycznie. Kiedy miałam sześć lat, zdiagnozowano, że cierpię na czwarty stopień zapalenia skóry na skutek kontaktu z komórkami skóry innego człowieka. Przekładając to na język bardziej zrozumiały – jestem uczulona na innych ludzi. Tak jest: na ludzi. To dość rzadka przypadłość – należę do garstki osobników w historii świata, którzy na to cierpieli. Objawy są takie, że na moim ciele pojawia się erupcja obrzęków i pokrzywek, kiedy zetknę się ze skórą drugiego człowieka. Lekarz, który w końcu mnie zdiagnozował, zasugerował, że we wcześniejszych przypadkach anafilaksji, których doświadczyłam, moje ciało albo musiało zbyt gwałtownie zareagować na przedłużony dotyk skóry, albo kontakt odbył się przez usta – na przykład napiłam się z naczynia, z którego pił ktoś wcześniej, i do mojej buzi dostała się czyjaś ślina. „Nie wolno ci jeść z nikim niczego na spółkę ani pić z jednego naczynia. Nie wolno ci do nikogo się przytulać. Ani dotykać. Nikogo całować. Bo to może cię zabić”, powiedział. Ja tymczasem byłam siedemnastolatką, której pociły się dłonie, raczej bojaźliwą, wysoką na tyle, by dosięgnąć ust Donovana Kingsleya, a ostatnia rzecz, o jakiej myślałam, to konsekwencje – nawet jeśli miałyby się okazać śmiertelne. W tym jednym momencie, w chwili bezdechu, kiedy jego wargi znalazły się na moich – stwierdziłam, że było warto. Dopóki nie dowiedziałam się o zakładzie.

Kiedy wróciłam ze szpitala, poszłam prosto do swojego pokoju. I nie wyszłam już stamtąd, mimo że do końca ostatniej klasy liceum zostały jeszcze dwa tygodnie. Dyplom przysłano mi pocztą po kilku tygodniach, już w wakacje.

Trzy miesiące później mama wyszła za Lenny’ego, właściciela jednej z sieciowych stacji benzynowych na Long Island.

Spakowała dosłownie jedną walizkę i wyjechała.

To było dziewięć lat temu. Od tamtej pory nie wyszłam z domu.

*

To nie to, że pewnego ranka wstałam i pomyślałam sobie: Zostanę samotnikiem. Tak naprawdę nawet nie podoba mi się to słowo: „samotnik”. Kojarzy mi się raczej z jadowitym pająkiem, który tylko czyha, żeby wstrzyknąć truciznę w pierwsze stworzenie, jakie pojawi się na jego drodze.

Najzwyczajniej jednak po moim pierwszym pocałunku, który omal nie doprowadził mnie do zejścia z tego świata, nie miałam ochoty – co chyba zrozumiałe – wychodzić z domu, choćby dlatego, że nie chciałam wpaść na kogoś ze szkoły. Więc nie wychodziłam. Przez całe lato siedziałam w swoim pokoju, słuchając w kółko zespołu Coldplay i czytając. Tak, dużo czytałam.

Mama trochę się z tego nabijała. „Zawsze tylko siedzisz z nosem w książce”, mówiła, przewracając oczami. A przecież czytałam nie tylko książki. Także czasopisma, gazety, broszury – wszystko, co mi wpadło w ręce. I zapamiętywałam większość zawartych tam informacji, właściwie mimochodem.

Akurat ten aspekt mama doceniała. Co jakiś czas dawała mi znak i kazała popisywać się przed znajomymi (nie miała ich za wielu) i swoimi facetami (tych było zdecydowanie za dużo) tą całą dziwaczną wiedzą, którą z czasem zgromadziłam. Że chwostka szafirowa to najbardziej niewierny gatunek ptaków na świecie, że nazwisko „Seuss” należy wymawiać w taki sposób, by rymowało się z „Joyce”, albo że Leonardo da Vinci wynalazł karabin maszynowy (co w zasadzie nie powinno nikogo dziwić, bo był autorem tysięcy wynalazków).

Rozpromieniała się wówczas, wzruszała ramionami i mówiła z uśmiechem: „Nie wiem, po kim ona to ma”. A ja wtedy zawsze sobie myślałam, że to może prawda, bo ilekroć zdobyłam się na odwagę, by zapytać o tatę – na przykład jak ma na imię – mama zawsze mruczała coś w stylu: „O co ci chodzi? Przecież go tu nie ma, nie?”.

Można powiedzieć, że dorastałam trochę jak jakiś dziwoląg. Właściwie nie tylko dlatego, że nie znałam swojego ojca albo że potrafiłam przytoczyć z pamięci jakieś przypadkowe fakty. Jestem pewna, że ani jedno, ani drugie nie jest czymś nietypowym. Ale raczej ze względu na moją przypadłość. To właśnie z jej powodu w szkole podstawowej ławka, którą zajmowałam, musiała stać oddalona co najmniej o dwa i pół metra od innych. Przez nią samotnie sterczałam podczas przerw, patrząc, jak pozostali robią pociąg na zjeżdżalni, bawią się w „macki ośmiornicy” czy zręcznie huśtają na drabinkach. I to dlatego moje ciało odziane było w długie rękawy, spodnie i rękawiczki – tkanina przykrywała każdy centymetr kwadratowy mojej skóry na wypadek, gdyby dzieciaki, od których trzymano mnie na taką odległość, przypadkiem przebiły powłokę pęcherza wyznaczającego moją osobistą przestrzeń. I z jej powodu wpatrywałam się w osłupieniu, jak matki, odbierając dzieci ze szkoły, zgniatają w zapamiętałym uścisku ich drobne ciałka, a ja musiałam sobie przypomnieć, jakie to uczucie.

Tak oto, biorąc połączenie wszystkich tych faktów – moją przypadłość, pocałunek chłopaka, który omal nie wyprawił mnie na tamten świat, wyprowadzkę mamy – otrzymujemy, voilà, doskonałą receptę na to, jak stać się samotnikiem!

Albo może to żadna z tych rzeczy. Może ja po prostu lubię być sama?

Tak czy inaczej, znalazłam się właśnie w tym punkcie.

A teraz obawiam się, że stałam się Boo Radleyem4 mojej dzielnicy. Co prawda nie jestem blada ani nie wyglądam chorowicie, ale czuję, że dla dzieciaków z sąsiedztwa stałam się intrygująca. Może za bardzo się gapię na nie przez szybę, kiedy jeżdżą na hulajnogach. Kilka miesięcy temu zamówiłam niebieskie żaluzje i zawiesiłam w każdym oknie – staram się zerkać zza nich, ale obawiam się, że jak któreś mnie zauważy, to jeszcze bardziej się przestraszy. Nic na to nie poradzę. Po prostu lubię patrzeć, jak się bawią, co też może brzmieć trochę dziwnie. Ale mnie najzwyczajniej sprawia radość fakt, że jest im wesoło, co świadczy przecież o tym, że mają normalne dzieciństwo.

Kiedyś jakiś dzieciak spojrzał mi prosto w oczy, a potem zwrócił się do kolegi i coś powiedział. Obaj się roześmiali – nie słyszałam, co mówili, więc wymyśliłam, że było to coś w rodzaju: „Patrz, Jimmy, to znów ta miła, ładna pani”. Boję się jednak, że raczej powiedział coś w stylu: „Patrz, Jimmy, to znów ta wariatka, która je koty”. Dla ścisłości – to nieprawda. Nie jadam kotów. A Boo Radley był miłym człowiekiem i dokładnie tak wszyscy o nim myśleli.

*

Dzwoni telefon. Podnoszę wzrok znad książki i udaję, że rozważam, czy go zignorować. Ale wiem, że i tak odbiorę. Nawet jeśli oznacza to, że muszę wstać z wygniecionego zagłębienia w moim pokrytym aksamitem fotelu i przejść siedemnaście kroków (tak, policzyłam!) do kuchni, żeby podnieść słuchawkę telefonu stacjonarnego w kolorze musztardy, ponieważ nie mam telefonu komórkowego. Nawet jeśli jest to przypuszczalnie jeden z telemarketerów, którzy wydzwaniają systematycznie, albo matka, która telefonuje trzy, góra cztery razy w roku. Mimo że po toczącej się przez ostatnie 274 strony książki zabawie w kotka i myszkę dotarłam do miejsca, gdzie detektyw i zabójca w końcu znaleźli się w jednym kościele, odbiorę z tego samego powodu, dla którego zawsze odbieram – lubię słyszeć innych ludzi. A może bardziej lubię słyszeć własny głos.

Dzzzyyyńńń!

Wstaję.

Odkładam książkę.

Siedemnaście kroków.

– Halo?

– Jubilee?

Męski głos, którego nie rozpoznaję – zastanawiam się, co chce mi sprzedać. Mieszkanie na wakacje? Nową usługę internetową, która gwarantuje ośmiokrotnie szybsze ściąganie danych? A może po prostu przeprowadza ankietę? Kiedyś rozmawiałam z kimś przez trzy kwadranse na temat mojego ulubionego smaku lodów.

– Tak.

– Mówi Lenny.

Lenny – mąż matki. Widziałam go tylko raz – wiele lat temu, w trakcie tych pięciu miesięcy, kiedy spotykał się z nią, zanim się wyprowadziła na Long Island. Jedyne, co wyraźnie zapamiętałam, to że miał wąsy, które często gładził, jakby były przyczepionym do twarzy wiernym psem. Zachowywał się tak oficjalnie, że aż uciążliwie. Pamiętam moje przekonanie, że muszę się przed nim kłaniać, choć był bardzo niewysoki. Jakby należał do rodziny królewskiej czy coś w tym stylu.

– Tak?

Odchrząkuje.

– Jak się masz?

Czuję gonitwę myśli. Jestem całkiem przekonana, że nie jest to czysto towarzyski telefon, bo Lenny nigdy dotąd do mnie nie dzwonił.

– Wszystko w porządku.

Odkasłuje ponownie.

– No… właśnie chciałem powiedzieć, że Victoria… to znaczy Vicki – załamuje mu się głos; próbuje to ukryć, kaszląc, co przechodzi w gwałtowny atak. Trzymam słuchawkę obiema dłońmi i słyszę, jak się zachłystuje. Ciekawe, czy nadal ma wąsy? Kaszel ustaje. – Zmarła twoja matka – mówi po chwili.

Pozwalam, żeby to zdanie wślizgnęło mi się do ucha i tam pozostało, dokładnie tak jak kula, którą magik złapał zębami. Nie chcę, żeby przedostało się gdziekolwiek dalej.

Wciąż ściskając słuchawkę, opieram się o ścianę pokrytą tapetą w pary wesolutkich czerwonych czereśni i – centymetr po centymetrze – osuwam się na popękane, poszarpane linoleum, przypominając sobie, jak ostatni raz widziałam mamę.

Miała na sobie fioletoworóżowy sweterek – za mały o dwa numery – i perły. To było trzy miesiące po tym, jak ten chłopak mnie pocałował, a ja omal nie umarłam, i tak jak wspominałam, spędziłam prawie całe lato w swoim pokoju. Poświęciłam też sporo czasu na to, by posyłać matce piorunujące spojrzenia, kiedy tylko mijałam ją na korytarzu, gdyż zrozumiałam, że taki incydent w ogóle by się nie wydarzył, gdyby nie to, że trzy lata wcześniej przeprowadziła nas z Fountain City w stanie Tennessee do Lincoln w stanie New Jersey.

Szczerze mówiąc, był to najmniejszy z matczynych grzechów. Po prostu najświeższy i dlatego taki, za który w sposób najbardziej namacalny mogłam na niej wyładowywać swoją złość.

– Oto nowa ja – powiedziała, wirując na dole schodów. Na skutek ruchu niknący w powietrzu zapach jej waniliowego spreju do ciała znów się uaktywnił.

Siedziałam w pokrytym aksamitem fotelu, czytając Opactwo Northanger5 i podjadając miętowe wafelki z plastikowego opakowania.

– Czy nie wyglądam na żonę milionera?

Absolutnie nie wyglądała. Przypominała raczej drobnomieszczańską June Cleaver6. Wróciłam do lektury.

Usłyszałam znajomy szelest celofanu, gdy sięgnęła do tylnej kieszeni po paczkę papierosów, a potem trzask zapalniczki.

– Wiesz, za kilka godzin wyjeżdżam. – Wypuściła dym i opadła na poduszkę kanapy, dokładnie naprzeciwko mnie.

Podniosłam głowę. Wskazała w kierunku drzwi – na spakowaną walizkę. („Zabierasz tylko to?”, spytałam tego ranka. „A co jeszcze ma mi być potrzebne?”, odrzekła. „Lenny ma wszystko”. I zachichotała, co było czymś równie dziwacznym jak to, że ma na szyi perły, ubrana jest w sweter bliźniak i wiruje na dole schodów).

– Wiem – odparłam. Nasze oczy spotkały się i przypomniała mi się wczorajsza noc. Leżałam w łóżku, kiedy usłyszałam, że drzwi do mojego pokoju cichutko skrzypnęły. Wiedziałam, że to ona, ale się nie ruszyłam, udając, że śpię. Stała tam bardzo długo – na tyle długo, że chyba nawet usnęłam, zanim sobie poszła. I nie wiem, czy to moja wyobraźnia, czy faktycznie słyszałam, jak pociąga nosem. Płakała. Teraz zastanawiam się, czy może zbierała się na odwagę, by coś powiedzieć – byłby to ważny moment w relacji matki i córki.

Albo może przynajmniej chciała przyznać, że nie ma wielkich kwalifikacji jako matka, na co obie roześmiałybyśmy się i powiedziały coś banalnego, w stylu: „Ale przynajmniej udało nam się jakoś przeżyć, no nie?”.

Tymczasem siedząc na kanapie, tylko znów zaciągnęła się papierosem i rzuciła:

– Nie musisz być taka złośliwa.

Ach tak.

Nie bardzo wiedziałam, jak na to zareagować, sięgnęłam więc po kolejny herbatnik z paczki; wkładając go do ust, starałam się nie myśleć o tym, jak bardzo nienawidzę swojej matki. I jak bardzo to uczucie nienawiści rodzi we mnie poczucie winy – do tego stopnia, że zaczynam nienawidzić samą siebie.

Westchnęła, wypuszczając dym.

– Na pewno nie chcesz ze mną jechać? – spytała, mimo że znała odpowiedź.

Muszę oddać jej sprawiedliwość, że w ciągu ostatnich kilku tygodni wielokrotnie zadawała to samo pytanie na różne sposoby: „Lenny ma dużo miejsca”; „Mogłabyś mieć dla siebie cały domek gościnny”; „Nie będziesz się tu czuła osamotniona?”. Śmiałam się zwłaszcza z tego ostatniego – może była to jakaś wrodzona biologiczna reakcja nastolatki, ale ja po prostu nie mogłam się doczekać, kiedy matka znajdzie się daleko.

– Na pewno nie chcę – odrzekłam, przewracając kartkę.

Ostatnią godzinę, którą spędziłyśmy wspólnie, przesiedziałyśmy w ciszy – ona paliła jednego papierosa za drugim, a ja udawałam zaczytaną. Kiedy zadzwonił dzwonek, co oznaczało, że kierowca podjechał, skoczyła na równe nogi, przyklepała włosy i spojrzała na mnie po raz ostatni.

– No to jadę – oznajmiła.

Skinęłam głową. Chciałam jej powiedzieć, że ładnie wygląda, ale słowa uwięzły mi w gardle.

Wzięła walizkę i wyszła – drzwi zamknęły się za nią powoli.

A ja zostałam – patrząc na książkę na moich kolanach i pus­te opakowanie po ciasteczkach, które leżało obok. Niedopałek jeszcze się tlił w popielniczce na stoliku – odczułam nieodpartą chęć, by go podnieść i wsadzić do ust – mimo świadomości, że może mnie to zabić. Po raz ostatni zaciągnąć się matką.

Ale nie zrobiłam tego. Tylko siedziałam i patrzyłam, jak się dopala.

A teraz, dziewięć lat później, moja mama nie żyje.

Ta wiadomość nie spadła na mnie jak grom z jasnego nieba, bo jakieś dziesięć miesięcy temu wspomniała, że podejrzany strupek na skórze głowy, który nie chciał jej się zagoić, został zdiagnozowany jako czerniak. Zaśmiała się i tak jakby zakasłała, mówiąc: „Zawsze mi się wydawało, że umrę na płuca”.

Tyle że mama miewała skłonność do dramatyzowania – tak jak wtedy, kiedy ukąsił ją komar, a ona podejrzewała, że złapała wirusa Zachodniego Nilu, i leżała plackiem na kanapie przez trzy dni. Dlatego nie mogłam mieć pewności, czy to, że w ciągu następnych miesięcy ogłosiła, iż umiera, wynikało z diagnozy lekarza czy z jej nietuzinkowego sposobu zwracania na siebie uwagi.

Okazuje się, że to pierwsze.

– Pogrzeb w czwartek – informuje Lenny. – Czy chcesz, żebym przysłał po ciebie kierowcę?

Pogrzeb. Na Long Island. Czuję się tak, jakby gigantyczna pięść opadła na moją klatkę piersiową i zaczęła ją ugniatać – coraz mocniej i mocniej, aż w końcu nie zostało w niej ani krzty powietrza. Czy właśnie tak objawia się rozpacz? Czy już zaczynam cierpieć po jej śmierci? A może sama myśl o tym, że mam wyjść z domu, ugniata moje wewnętrzne organy? Nie wiem.

Wiem tylko, że nie chcę tam jechać – że przez ostatnie dziewięć lat nie chciałam nigdzie jechać. Gdybym jednak powiedziała to głośno, zrobiłabym z siebie potwora. Kto nie chce uczestniczyć w pogrzebie własnej matki?

Mam też świadomość, że pontiac mamy, który stał na podjeździe od dziewięciu lat, nie dałby rady dotrzeć na miejsce.

Staram się złapać trochę powietrza. Lenny nie słyszy, ile wysiłku kosztuje mnie oddychanie.

– Nie musisz przysyłać kierowcy – odpowiadam w końcu. – Jakoś to sobie zorganizuję.

Chwila ciszy.

– Pogrzeb zaczyna się o dziesiątej. Adres przyślę ci mejlem – mówi Lenny. Po chwili czuję, że między nami pojawia się jakaś nowa sprawa – jego głos staje się twardy, jakby prowadził spotkanie zarządu, a nie rozmawiał o zmarłej żonie ze swoją pasierbicą, do której zresztą nigdy się nie poczuwał. – Wiem, że być może to nie najlepszy moment na omawianie tej sprawy, ale chciałbym, żebyś to wiedziała – matka zostawiła ci dom, całkowicie spłacony, o ile, naturalnie, zdecydujesz się go zatrzymać. Ale jeśli chodzi o czeki, które ci wysyłała… Mam wrażenie, że powinienem ci to powiedzieć jak najszybciej – nie zamierzam kontynuować tej tradycji, więc będziesz musiała rozwiązać tę sprawę… jakoś inaczej.

Czerwienię się na myśl, że jestem takim pasożytem, i odczuwam nieodpartą potrzebę odłożenia słuchawki. Kompletny ze mnie nieudacznik. Tak jak ci trzydziestolatkowie mieszkający w piwnicy domów rodziców, którym matki nadal piorą gacie i podają tosty z serem, odcinając skórkę.

Pierwszy czek przyszedł tydzień po jej wyjeździe.

Położyłam go na stole w kuchni i wpatrywałam się w niego za każdym razem, kiedy przechodziłam obok. Miałam zamiar go wyrzucić. Mama może chciała dożyć swoich dni na koszt Lenny’ego, ale ja absolutnie nie.

A potem przyszedł rachunek za prąd. I za wodę. I rata kredytu hipotecznego.

Zrealizowałam czek.

Miałam osiemnaście lat, byłam bez pracy, a na dodatek ciągle się zastanawiałam, co mam zrobić ze swoim życiem. Na pewno brałam pod uwagę jakieś zatrudnienie i wykształcenie. Poprzysięgłam więc sobie, że zrobię to tylko ten jeden raz, że już nigdy więcej nie wezmę żadnych pieniędzy. Kiedy otrzymałam kolejny czek – trzy tygodnie później – nadal nie miałam pracy, ale też nie miałam ochoty wychodzić z domu, żeby go zrealizować, więc pomyślałam sobie, że w naturalny sposób pewnie tak to się skończy. Tymczasem w przerwie jakiejś zaciętej rozgrywki w Bejeweled7 poszperałam w internecie i zorientowałam się, że mogę po prostu wysłać czek do banku pocztą, a pieniądze w magiczny sposób pojawią się na moim koncie.

A potem, kiedy wróciłam do gry i naciskania barwnych klejnotów, przyglądając się, jak znikają, ku mojemu zadowoleniu, zastanawiałam się, co jeszcze mogę zrobić bez wychodzenia z domu.

Okazało się, że dużo.

Uczyniłam z tego swego rodzaju zabawę – sprawdzian, co uda mi się załatwić, nawet nie przebierając się z piżamy.

Zakupy spożywcze? Dostarczają je do domu z Fresh Direct.

Studia? Dostałam licencjat z angielskiego w ciągu półtora roku na jednym z kursów internetowych. Nie do końca wiem, czy jest on dokładnie taki, jak trzeba, ale papier, który mi przysłali, wygląda całkiem w porządku. Chciałam iść dalej i zrobić magistra, a może nawet doktorat, ale opłata w wysokości czterystu dolarów za jedną godzinę przedmiotu potrzebnego do zaliczenia troszkę uszczuplała mój już i tak napięty budżet, zaczęłam więc robić różne kursy internetowe, które Harvard oferuje w każdym semestrze za darmo. Za darmo! Człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego ci wszyscy geniusze wydają setki tysięcy dolarów na dyplom którejś z uczelni Ligi Bluszczowej8.

Dentysta? Korzystaj regularnie z nitki dentystycznej i szczotkuj zęby po każdym posiłku. Nigdy w życiu nie bolał mnie ząb. Przypisuję to moim zdrowym nawykom. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy stomatologia to przypadkiem nie jakieś szalbierstwo.

Kiedy sąsiad zostawił mi przy drzwiach kartkę z ostrzeżeniem, że moja trawa zaczyna osiągać niewyobrażalną wysokość i byłby wdzięczny, gdybym „przez wzgląd” na całe sąsiedztwo zechciała dbać o swój trawnik, zatelefonowałam do firmy ogrodniczej, żeby przyjeżdżali raz w miesiącu. Czek zostawiałam im pod wycieraczką.

Nieco trudniejsza okazała się kwestia śmieci. Nie potrafiłam wymyślić, w jaki sposób wynieść kosz na ulicę bez wychodzenia z domu. Rzecz jasna – nie chodzi o to, że nie mogłam tego zrobić, ale doszłam do punktu, w którym byłam zdeterminowana, by nie musieć tego robić. Żeby jakoś sobie poradzić z ostatnim elementem układanki, zadzwoniłam do miejskiego przedsiębiorstwa oczyszczania i – choć to akurat nie napawa mnie dumą – oświadczyłam, że jestem osobą niepełnosprawną. Powiedzieli, że jeśli uda mi się wystawić śmieci w koszu przy drzwiach od kuchni, pracownicy przedsiębiorstwa zajrzą tam w każdy czwartek rano i je zabiorą. Aż mi zaszumiało w głowie z radości, że potrafię ich tak sprytnie oszukać.

Minęło sześć miesięcy, potem rok. Przychodziły takie momenty, kiedy miałam chwile refleksji i zastanawiałam się, czy to o to chodzi, czy właśnie w ten sposób mam spędzić życie – już nigdy z nikim się nie spotykając. Przeważnie jednak budziłam się każdego ranka i robiłam dokładnie to, co większość ludzi – nie zastanawiając się nad tym w jakiejś szerszej perspektywie. Po prostu odrabiałam pracę domową na zajęcia, gotowałam obiad, oglądałam wiadomości. A potem znów wstawałam rano i zaczynałam od nowa. Mam wrażenie, że dzięki temu uważałam, iż tak naprawdę nie różnię się za bardzo od innych ludzi.

Chociaż matka przez te lata dzwoniła do mnie sporadycznie – żeby poskarżyć się na pogodę, niewychowanego kelnera, złe zakończenie jakiegoś telewizyjnego serialu albo żeby pochwalić się jednym z wielu wyjazdów, na którym była z Lennym, czy też zaprosić mnie na wakacje, choć wiedziała, że nie przyjadę – nigdy nie mówiłyśmy o pieniądzach, które mi przesyłała. Było mi wstyd, gdy je przyjmowałam, ale jakoś zdołałam przekonać samą siebie, że mi się należą. Należały mi się, gdyż była taką samolubną i do dupy matką. Nigdy też nie myślałam, że będzie to trwało tyle lat.

– Wiem, że masz tę swoją przypadłość– mówi Lenny – ale to jest coś, co do czego nigdy tak naprawdę się nie zgadzaliśmy…

– Rozumiem – odpowiadam, a upokorzenie pali mnie coraz dotkliwiej.

Ale zaczynam też odczuwać nutę złości – złości, że mama nie zostawiła mi żadnych pieniędzy oprócz domu i samochodu (choć zdaję sobie sprawę, że to duża niewdzięczność!), a tak naprawdę przypuszczam, że i tak są to pieniądze Lenny’ego. A może jestem zła sama na siebie, że tak bardzo uzależniłam się od tych comiesięcznych czeków. Może ta złość nie ma nic wspólnego z pieniędzmi. Wściekam się, że nie skorzystałam z jej zaproszenia, żeby choć z raz ich odwiedzić. Albo ja nie zaprosiłam jej, żeby do mnie przyjechała. To zabawne, że jak ktoś umiera, to natychmiast zapominasz o wszystkich jego wadach, na przykład o tym, że telefoniczna rozmowa z matką była dla mnie emocjonalną katorgą. Nawet nie miałam ochoty się z nią zobaczyć. A teraz… teraz jest już za późno.

– No tak – mówi Lenny.

Nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia, więc czekam, aż się pożegna. Milczy tak długo, że zastanawiam się, czy może już się rozłączył, a ja tego nie zauważyłam.

– Lenny? – pytam dokładnie w tym momencie, kiedy on zaczyna mówić:

– Jubilee, twoja mama naprawdę… – Ale głos znowu mu się łamie. – Zresztą wiesz.

Nie wiem. Moja mama naprawdę co? Lubiła obcisłe bluzki? Za dużo paliła? Była nieznośna i nie można było z nią wytrzymać?

Trzymam słuchawkę jeszcze długo po tym, jak się rozłącza, w nadziei, że usłyszę, co chciał powiedzieć, że to coś utknęło w eterze między nami i lada chwila się zmaterializuje. Kiedy przyjmuję do wiadomości, że tak się nie stanie, puszczam słuchawkę; spada na podłogę tuż obok mnie.

Mijają minuty. A może godziny. A ja tkwię bez ruchu – nawet kiedy staccato dzwonków huczy ze słuchawki. To telefon domaga się, by ją odłożyć.

Mama nie żyje.

Rozglądam się po kuchni, sprawdzając, czy pojawiły się jakieś subtelne różnice – porównanie tego, co było przed, z tym, co potem. Jeśli coś zauważę, to znaczy, że może wkroczyłam w nieznany alternatywny wszechświat. Że może mama jeszcze żyje w tym drugim, prawdziwym. A może czytałam 1Q84 za wiele razy! Biorę głęboki wdech i łzy napływają mi do oczu.

Nie jestem skłonna do nadmiernego okazywania emocji, ale dziś po prostu siedzę i pozwalam, żeby sobie ze mnie wypływały.

*

Istnieją plusy bycia samotnikiem. Na przykład potrzebuję tylko sześciu minut, by zmyć jeden talerz, kubek i widelec, których używam. (Tak, zmierzyłam!). I na dodatek nie muszę prowadzić żadnych rozmów na błahe tematy. Nie mam potrzeby kiwać głową i uśmiechać się, kiedy ktoś mówi: „Podobno jutro może padać”, i bełkotać w odpowiedzi coś równie niedorzecznego, jak: „Trawie to na pewno dobrze zrobi, prawda?”. Tak naprawdę w ogóle nie muszę się przejmować pogodą. Koniec kropka. Pada? Komu to przeszkadza? I tak nie wychodzę.

Są też pewne minusy. Chociażby późno w nocy leżę w łóżku i przysłuchuję się cichym odgłosom ulicy, rozmyślając, czy przypadkiem nie jestem jedyną osobą, która została na Ziemi. Wyobrażam sobie, że była jakaś wojna domowa albo wyjątkowa grypa, albo apokalipsa zombi i nikt nie pamiętał, żeby mnie o tym powiadomić, bo nikt nie pamięta, że tu mieszkam. W takie noce myślałam o mamie. Zadzwoni do mnie. Powie mi. Będzie pamiętać. I czułam, że spływa na mnie fala pocieszenia.

A teraz jej nie ma. I oto leżę w łóżku, nasłuchując i zastanawiając się, kto teraz będzie o mnie pamiętał.

*

Czwartek zaczyna się tak jak każdy normalny dzień: schodzę na dół, robię sobie dwa sadzone jajka na grzance (które kroję na malusieńkie kawałki, bo cztery lata temu omal się nie zadławiłam) i zjadam, czytając wiadomości w internecie. Ale potem, zamiast kliknąć na następny wykład w moim kursie na Harvardzie (w tym tygodniu nosi tytuł: „Jednak Szekspir: Późniejsze sztuki”), muszę sobie uświadomić, że ten dzień nie jest normalnym dniem.

Wyjdę z domu.

Na tę perspektywę serce zaczyna mi bić szybciej, więc zajmuję myśli bardziej palącym problemem – nie mam co na siebie włożyć. Jedyne czarne elementy garderoby, jakie posiadam, to dresy oraz pasująca do nich bluza z kapturem – chyba niezbyt stosowny strój jak na pogrzeb.

Idę na górę, korytarzem do pokoju mamy i staję w drzwiach. Zostawiłam go dokładnie w takim stanie, w jakim był, kiedy wyszła z domu po raz ostatni. Ale nie na przyprawiający o gęsią skórkę sposób w stylu panny Havisham9. Na stole nie ma niedojedzonego kawałka tortu weselnego. Mówiłam sobie, że po prostu nie wiem, co zrobić z jej rzeczami, ale też jakaś część mnie chciała, żeby jej rzeczy znajdowały się tam, gdzie zawsze były. Tak jakby pewnego dnia miała wrócić.

Ale nie wróci.

Stoję przy szafie mamy, wpatrując się w jej kolekcję garsonek. Pochodzą mniej więcej z lat dziewięćdziesiątych, kiedy była ekspedientką w domu towarowym. Pamiętam, że kiedy ona szła do pracy, ja przymierzałam jej ubrania, wdychając ich słodki zapach. Byłam dzieckiem, więc tonęłam w nich. Kładłam się nawet do jej łóżka, owijając pościelą i udając, że to ramiona mamy. Nie powinnam tak robić – lekarze ostrzegali, że choć najwyraźniej reaguję tylko na kontakt ze skórą drugiego człowieka, muszę uważać też na przedmioty, które miały dłuższą styczność z innymi ludźmi, jak pościel czy ręczniki. „Alergie potrafią płatać figle”, mówili, ale ja podejmowałam ryzyko. Na szczęście nigdy nie miałam żadnej reakcji. To taki malutki akt buntu, ale nie tylko – także jedyny sposób, bym mogła czuć, że jestem blisko niej.

Ściągam z metalowego wieszaka czarny żakiet i zarzucam go na biały podkoszulek, w którym spałam. Okręcam się i spoglądam w ozdobne lustro wiszące nad toaletką. Po raz pierwszy od wielu lat bacznie się sobie przyglądam. Uświadamiam sobie, że inni ludzi będą na mnie patrzeć – na to, co widzę teraz w lustrzanym odbiciu – i żołądek podjeżdża mi do gardła. Od lat nikt mnie porządnie nie strzygł – zadowalałam się nożyczkami do paznokci, którymi wycinałam coś na chybił trafił, czego skutki wyraźnie widać. Włosy nigdy mnie nie słuchały, ale teraz, korzystając z całkowitej wolności, rosły wyjątkowo hardo i dziko – brązowe loki opadały każdą możliwą drogą z czubka głowy do łokci. Próbuję je jakoś wygładzić dłonią, ale bez większych rezultatów.

Potem lustruję żakiet, który mam na sobie – spoglądam na wywatowane ramiona. Wyglądam tak, jakby ktoś zadawał mi pytania, a ja wzruszam ramionami, chcąc pokazać, że nie znam odpowiedzi. Pozostałe elementy stroju leżą nie najlepiej. Mama była raczej drobna, choć miała obfity biust. Ja, co prawda, nie jestem od niej dużo większa, jednak rękawy są ciut przykrótkie, a spódnica nieco przyciasna. Ale tak musi zostać.

Schylam się, żeby na dnie szafy znaleźć parę butów, i dam głowę, że czuję smugę waniliowego spreju do ciała. Przechodzą mnie ciarki. Siadam, przysuwam klapę żakietu do nosa, wącham.

Ale pachnie tylko zatęchłą tkaniną.

*

Na dole biorę torebkę ze stoliczka przy drzwiach. Przerzucam jej zawartość i na samym dnie widzę dwa jaskrawożółte epipeny10 z adrenaliną. Ich data ważności wygasła wiele lat temu, ale wmawiam sobie, że w razie nagłej potrzeby zadziałają. Biorę też rękawiczki. Zastanawiam się, czy powinnam je włożyć. Jako dziecko zawsze uważałam, że stanowią przesadną ochronę – w podstawówce miałam żółte, robione na drutach, a w liceum awansowałam do bardziej dorosłych – skórzanych, ale równie dziwacznych. Bo przecież ani ja nie starałam się dotykać ludzi, ani oni mnie. Wcale nie tak trudno trzymać ręce przy sobie, zwłaszcza jeśli inni traktują cię jak wyrzutka. Ale po chwili przychodzą mi do głowy te wszystkie okoliczności, w jakich ludzie mają między sobą kontakt, nawet o tym nie myśląc – biorą pieniądze ze sklepowej kasy, podają sobie ręce, ktoś w pośpiechu przepycha się obok i ociera się o ciebie ramieniem.

Wkładam rękawiczki.

A potem, zanim zmienię zdanie, chwytam klucze ze stolika przy drzwiach wejściowych, przekręcam klamkę i staję na progu.

Jaskrawość niebieskiego wrześniowego nieba atakuje moje oczy – mrużę je i podnoszę rękę, by osłonić się przed promieniami. Jest siódma trzydzieści cztery rano, a ja stoję na dworze. Na ganku od frontu. Chociaż zdarzało mi się pośpiesznie otwierać drzwi pod osłoną nocy, by wnieść do domu przesyłki zostawione przez listonosza czy moje cotygodniowe zakupy, nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz stałam tu w świetle dnia.

Krew napływa mi do głowy, chwytam się framugi, wszystko wiruje. Czuję się obnażona. Jakby nagle patrzyło na mnie tysiąc par oczu. Powietrze wokół jest zbyt rzadkie, nieco podejrzane, tak jakby jakiś podmuch – mimo mej niechęci – mógł mnie tak po prostu unieść i cisnąć w świat.

Chcę ruszyć nogą, zrobić krok. Ale stopa mnie nie słucha. Czuję się tak, jakbym stała na krawędzi skały – jeśli postąpię naprzód, runę w przepaść. Świat połknie mnie w całości.

I wtedy słyszę ten dźwięk.

Brzęczenie metalu i odgłosy śmieciarki, skręcającej w naszą ulicę.

Zamieram w bezruchu.

Dzisiaj czwartek. Dzień, kiedy wywożą śmieci.

Serce wali mi jak oszalałe, jakby chciało wyskoczyć z piersi.

Po omacku szukam za sobą gałki, przekręcam ją i wchodzę z powrotem do domu, dokładnie zamykając za sobą drzwi.

Opieram się o nie i staram uspokoić oddech, żeby moje serce wróciło do normalnego rytmu.

Normalnego.

Normalnego!

Patrzę na swoje dłonie w rękawiczkach i zaczynam chichotać. Po chwili śmieję się już pełną piersią, więc sięgam odzianymi w skórę palcami do ust, żeby stłumić ten odgłos.

Jak ja to sobie wyobrażałam? Że po prostu wyjdę z domu i udam się na pogrzeb matki jak normalny człowiek?

Gdybym była normalna, pomachałabym do śmieciarzy. Albo powiedziała: „Dzień dobry”. Albo kompletnie ich zignorowała i wsiadła do samochodu, jak z pewnością robią ludzie setki razy, nawet się nad tym nie zastanawiając.

Zaczynają mi drżeć ramiona. Śmiech przechodzi w płacz.

Nie pójdę na pogrzeb matki. Lenny będzie się zastanawiał, gdzie jestem. Potwierdzi się teza, że jestem złą córką, o czym przez te lata opowiadała mama.

I choć to samo w sobie jest niepokojące, gdzieś w odległym zakamarku mojego mózgu pojawia się myśl, która czeka, aż zwrócę na nią uwagę. To przerażająca myśl. Coś, o czym – jak zaczynam sobie uświadamiać – od dawna wiem, ale do czego nie chcę się przed sobą przyznać. Kiedy tak stoję, oparta od środka o drzwi mojego domu, nie będąc w stanie zwolnić kołatania serca, zatamować łez czy przestać się trząść, trudno jej zaprzeczyć.

A ta myśl brzmi: Może jest jakiś inny powód, dla którego nie wyszłam z domu przez dziewięć lat?

Może po prostu nie jestem w stanie?

4 Boo Radley – tajemniczy bohater powieści H. Lee Zabić drozda.

5 Książka pióra J. Austen.

6 Bohaterka amerykańskiego serialu Leave It to Beaver.

7 Gra komputerowa.

8 Liga ośmiu elitarnych uniwersytetów amerykańskich, porośniętych bluszczem – w sposób typowy dla starych budynków.

9 Postać z powieści Karola Dickensa Wielkie nadzieje.

10 Jednorazowy automatyczny zastrzyk z adrenaliną, stosowany w celu domięśniowego podania roztworu w przypadku wystąpienia wstrząsu anafilaktycznego. 

Rozdział II

ERYK

Rybka ewidentnie zdycha.

Chyba jeszcze żyje, ponieważ kiedy delikatnie dźgam ją gumką na czubku ołówka, faluje płetwami i przez jakieś dziesięć sekund wykonuje kilka niekontrolowanych ruchów w małym szklanym naczyniu, po czym najwyraźniej znów daje za wygraną i wypływa na powierzchnię wody. Wprawdzie nie brzuchem do góry, ale to chyba o czymś świadczy?

Rozglądam się pośpiesznie po niewielkim mieszkaniu, tak jakbym mógł tam znaleźć ratunek. Ale beżowe ściany są naturalnie gołe. Pozostała część małego salonu zawiera tylko moją kanapę, szklany stolik kawowy oraz kilka pudełek, na których napisano czarnym markerem „Salon”. Moja jedyna nadzieja w ołówku.

Ponownie dźgam rybę i spoglądam przez ramię – może z obawy, że stoi tam grożący mi palcem przedstawiciel PETA. Nie mam wątpliwości, że to, co robię, jest jednoznaczne z nieludzkim traktowaniem zwierząt, ale ta rybka musi być żywa. Co najmniej jeszcze przez kwadrans. A ołówek to moja jedyna nadzieja.

Rybka kończy swój dziwaczny taniec i ponownie unosi się na powierzchnię.

O Boże!

– Co robisz? – zaskakuje mnie dziecięcy głosik.

– Nic – odpowiadam. Ponownie dźgam rybkę, po czym odkładam ołówek. – Karmię Squidboya11.

– Już mu dawałem jeść. Wczoraj. Robię to wieczorem.

Odwracam się w kierunku ciemnych mądrych oczu Ai, skrywających się za okularami w metalowych oprawkach, i dziwię się – nie po raz pierwszy zresztą – jak często powoduje, że czuję się tak, jakbym to ja był dzieckiem, a on dorosłym. Mimo że jest tak bardzo podobny do swego taty, Dinesha – skóra koloru kasztana, czarne jedwabiste włosy, rzęsy na tyle długie, że mog­łyby służyć za doskonałą reklamę maskary – stanowi całkowite jego przeciwieństwo, jeśli chodzi o charakter. O ile Dinesh był impulsywny, uroczy, ujmujący, o tyle Aja jest ostrożny, spokojny, zamknięty w sobie. W sumie chyba podobny do mnie.

– Wiem – odpowiadam, ciałem zasłaniając akwarium. Życie Ai w ciągu dwóch minionych lat już i tak mocno się poprzewracało – począwszy od śmierci rodziców przez fakt, że go adoptowałem, a teraz na dodatek wyprowadziłem się z jedynego miasta, jakie znał w New Hampshire, do Lincoln w stanie New Jersey. Jeśli tylko mogę uchronić go przed śmiercią rybki, muszę to zrobić. – Ale wydało mi się, że jest głodny. Zresztą ja też. Zróbmy śniadanie.

Nadal patrzy dość podejrzliwie, ale odwraca się i rusza w kierunku kuchni, z rękami w kieszeniach. Przy lekko zgarbionych plecach jego postura – szczupłego dziesięciolatka – wydaje się jeszcze drobniejsza.

– Gotowy na pierwszy dzień szkoły? – pytam, zmierzając w stronę zlewu, żeby wypłukać pod gorącą wodą naczynie po wczorajszej kawie. Może właśnie dziś uda mi się znaleźć dodatkowe kubki w jakimś przypadkowym kartonie, bo już rozpakowałem wszystkie podpisane „kuchnia” i wciąż ich nie znalazłem. Przeprowadzka to jedyna okoliczność, kiedy jestem w stanie przestać wierzyć w prawa natury i uznać, że w jej trakcie działają niepojęte siły. Może czarna magia? Albo teleportacja?

Inaczej przecież nie sposób wyjaśnić, jak giną rzeczy. Kubki powinny być w kartonach z kuchni. Tam, gdzie je zapakowałem. A tymczasem… Chwytam za kawę i nalewam ciemnobrązowy płyn do kubka. Niepotrzebnie wczoraj zaparzyłem cały dzbanek – obejrzawszy spory materiał w wiadomościach o szkodliwości picia dużej ilości kawy, postanowiłem, że w New Jersey będę pił tylko jedną filiżankę dziennie. Nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć, jakie to niesie konsekwencje, ale przypuszczalnie obejmują one raka i śmierć. A te wydają się wynikiem wszelkich badań z zakresu zdrowia, jakie obecnie się przeprowadza. Odwracam się z powrotem do Ai, bo chyba nie odpowiedział na moje pytanie.

– Hej, kolego?

Precyzyjnie odmierza ryżowe płatki śniadaniowe w takiej ilości, jaką sugeruje porcja określona na opakowaniu. Wiem, że w dalszej kolejności wleje do nich pół kubka mleka.

Skończywszy precyzyjne przygotowania do śniadania, bierze łyżkę.

– Aja? – próbuję jeszcze raz.

Mam świadomość, że w moim głosie brzmi desperacja – nic dziwnego, tak się czuję. Być może dlatego, że nawet kiedy jestem oddalony o cztery stany, nadal słyszę jej głos, jakby mówiła mi prosto do ucha: „Cholera, nawet nie umiesz rozmawiać z własnym dzieckiem!”. I to jedna z milszych rzeczy, jakie Stephanie powiedziała mi od czasu rozwodu. Kiedy byliśmy małżeństwem, nieustannie narzekała, że nie jestem w stanie wychwycić żadnych społecznych sygnałów czy znaczenia kryjącego się w słowach i czynach (i może miała rację – czy to przesada wymagać od ludzi, by mówili, co tak naprawdę mają na myśli?). Nie miałem jednak problemu, żeby wychwycić sugestie kryjące się w tym, co słyszałem w jej słowach owego wieczoru.

„Nie jesteś dobrym ojcem”.

Nie sprzeczałem się z nią. Trudno być dobrym ojcem, kiedy widzi się własną córkę co drugi weekend. Zresztą i wtedy ma w uszach te białe zatyczki, a jej palce poruszają się po telefonie z prędkością światła, pisząc Bóg wie co do Bóg wie kogo. Czasami próbowałem zajrzeć Ellie przez ramię, żeby się upewnić, że nie prowadzi jakiegoś sekstingu (czytałem o czymś takim w „Washington Post”). Nawet jeśli prowadziła, i tak nie miałbym o tym pojęcia, bo zdołałem zobaczyć tylko zlepek drukowanych liter, które nie tworzyły żadnego słowa. Przypominało to raczej jakiś szyfr, nawet się zastanawiałem, czy przypadkiem nie czeka jej przyszłość w Dolinie Krzemowej przy tworzeniu hipertekstowych dokumentów.

Tak czy inaczej, cztery miesiące temu, kiedy mieliśmy z Ellie te najpoważniejsze sprzeczki, wychwyciłem jeszcze jedną sugestię, i to nawet bez słowa Stephanie – musiałem wręcz walczyć z chęcią podzielenia się tym z nią, bo myślałem, że zachwyci ją postęp, jakiego dokonałem. A mianowicie, że to wszystko moja wina.

Faktycznie, powinienem bardziej się postarać. Częściej z nimi bywać. Powinienem w jakiś sposób zmusić swoją czternastoletnią córkę, by wyjęła te kuleczki z uszu, i przeprowadzić z nią prawdziwą rozmowę twarzą w twarz. Bo teraz w ogóle nie chce ze mną rozmawiać. Nawet zaszyfrowanym tekstem.

Może właśnie dlatego tak bardzo zależy mi na tym, by Aja odpowiadał na każde moje pytanie. Oficjalnie jestem jego ojcem od dwóch lat. (Dwa lata? Czy to możliwe, że Dinesh nie żyje już tak długo?), ale wiem, że relacja rodzica z dzieckiem jest czymś równie nietrwałym jak bańka mydlana i bardzo łatwo może pęknąć.

– Eryk? – Aja nie spuszcza oczu z opakowania płatków.

– Tak, kolego? – odpowiadam, wściekły, że w moim głosie pobrzmiewa zbytnia gotowość do rozmowy.

– Znalazłeś już wózek inwalidzki?

Pociągam długi łyk kawy. Nie chcę o tym rozmawiać tak wcześnie rano. W ogóle nie chcę o tym rozmawiać. Aja wymyślił sobie w zeszłym tygodniu, że na Halloween przebierze się za Profesora X z filmu o X-Menach (Halloween, chciałbym zauważyć, jest dopiero za dwa miesiące; Aja po prostu lubi planować z wyprzedzeniem). Skwapliwie się zgodziłem, nie zdając sobie sprawy z tego, że jednym z elementów kostiumu jest wózek inwalidzki. Powiedziałem mu, że chyba nie wypada, by osoba pełnosprawna używała wózka, i że to może obrażać uczucia niepełnosprawnych. „Ale Profesor X jest niepełnosprawny”, rzucił mimochodem. Nie ciągnąłem tematu, zbyt zaskoczony, żeby się sprzeczać.

– Jeszcze nie – odpowiadam. Zanim zdąży zadać kolejne pytanie, robię kilka kroków w jego stronę, a pozostały dystans skracam, po prostu się schylając; zawieszam wzrok na jego poziomie – teraz już dwie pary oczu wpatrują się w opakowanie płatków.

– Udało ci się dziś zrobić jakiś postęp? – pytam, zachowując się tak, jak nie powinienem. A przecież terapeutka w szpitalu, z którego odbierałem Aję po śmierci rodziców, uczulała mnie na to. „Nie wolno rozbudzać w nim urojeń”, oświadczyła swoim ohydnie nosowym głosem. Reakcja wydawała się zbyt silna. A może to ten lek, który mu aplikowali, risperdal, powodował, że jest taki senny – spał prawie siedemnaście godzin na dobę i prawie nie jadł – może on powodował zbyt silną reakcję? Przestałem mu dawać te tabletki i już do nich nie wróciłem. Aja ma bujną wyobraźnię. No i co? Czy to coś złego?

Kręci głową.

– Nie jestem w stanie wykrzesać nawet iskry, nie mówiąc o płomieniu.

– Płomieniu? – Troszkę mnie to niepokoi. – Myślałem, że po prostu starasz się to poruszyć siłą umysłu.

– Nie, w tym tygodniu pracuję nad stopniem zaawansowanym, a konkretnie nad destrukcją telekinetyczną. – Rzuca mi szybkie spojrzenie. – To znaczy nad wysadzaniem rzeczy w powietrze.

Aha. Drapię się po policzku, prostuję i rozglądam po malutkiej kuchence. Mój wzrok pada na książkę telefoniczną, która leżała na blacie, kiedy się wprowadziliśmy. Swoją drogą, ciekawe, kto dziś jeszcze używa czegoś takiego?

A potem zastanawiam się, gdzie podziałem numer terapeutki.

Pewnie wsadziłem go razem z kubkami.

*

Aja myje zęby i kończy przygotowania przed pójściem do szkoły, ja tymczasem sprawdzam Squidboya. Nie ma już najmniejszych wątpliwości – pływa brzuchem do góry. Żeby jednak się upewnić, dźgam go ołówkiem – bezskutecznie. Wzdycham. Może Aja nie zajrzy do akwarium przed wyjściem? Wtedy będę mógł wpaść do sklepu zoologicznego, wybrać sobowtóra rybki i liczyć na to, że podmiany też nie zauważy.

W kieszeni brzęczy mi telefon. Odkładam ołówek na półkę obok słoja z rybką i wyciągam komórkę.

– Cześć, Connie!

Właściwie to przez moją siostrę przeprowadziłem się do tego spokojnego miasteczka, oddalonego o jakieś trzynaście kilometrów od wieżowców Manhattanu. Sam Nowy Jork nie wchodził w grę ze względu na złodziejskie czynsze i jeszcze gorsze szkoły publiczne. Osobiście pewnie wybrałbym bardziej znane i zaludnione miasto, jak Hoboken czy Elizabeth, gdyby nie to, że Connie mieszka w Lincoln od ośmiu lat. „Tutaj jest tak, jakby czas się zatrzymał”, powiedziała. „Centrum miasteczka jest urocze, z malutkimi sklepikami i wspaniałym widokiem na rzekę. A szkoły są naprawdę na wysokim poziomie”. Rzeka była mi absolutnie obojętna, ale wzięła mnie na szkołę – zaważył też fakt, że Connie mieszka dosłownie kilka kilometrów stąd i gdyby zaszła taka potrzeba, może wpaść i pomóc przy Ai.

– Pierwszy dzień szkoły? – pyta, przechodząc do rzeczy w sposób typowy dla prawników. Tak, moi rodzice wychowali księgowego i panią adwokat, i choć przy okazji rodzinnych spotkań świątecznych białych Amerykanów wyznania protestanckiego powtarzają nam, że jesteśmy ich wielką dumą, czasem się zastanawiam, czy jednak nie są lekko rozczarowani, że ich dzieci znalazły tak nudne zajęcia. – Jest gotowy?

Rzucam okiem na korytarz. Aja nadal siedzi w łazience.

– Prawie. Chociaż mam wrażenie, że może właśnie rozwija w sobie nowe, potencjalnie niebezpieczne, zainteresowanie – chciałby wysadzać przedmioty w powietrze.

– Chyba wszyscy przez coś takiego przechodzą?

Usiłuję uzmysłowić sobie własną fascynację materiałami wybuchowymi w dzieciństwie.

– Ja chyba nigdy.

– To prawda, ty kwalifikowałbyś się raczej jakoś ktoś, kto nie mieści się w departamencie zarządzania ryzykiem – prycha.

– Czyżby? – pytam. – A tak à propos, jak twoje skoki spadochronowe w ostatni weekend? I ferma grzechotników? Wzięłaś któregoś do ręki?

– No naprawdę, bardzo śmieszne.

– Tak tylko sobie gadam. – Przyganiał kocioł garnkowi.

– Tyle że w tej chwili nie mówimy o mnie.

– To prawda – odpowiadam. – Ostatnio prawie w ogóle o tobie nie rozmawiamy. – Szukam kawy na półce obok akwarium i w tym samym momencie uświadamiam sobie, że zostawiłem ją w kuchni.

– Cóż, to nie moje życie nagle legło w gruzach.

– Dzięki, bardzo mi pomagasz.

– Nie ma za co. A tak poważnie, trzymasz się?

– Jest w porządku – odpowiadam, idąc do kuchni. Znajduję kubek na stole; wysuszam kilka ostatnich łyków i sięgam po dzbanek stojący na podgrzewaczu, żeby zrobić sobie dolewkę (dzisiaj ograniczę się do dwóch kaw; lepiej nie zrywać z nałogiem zbyt gwałtownie). – Nie mogę znaleźć innych kubków do kawy – mówię do Connie. I zaczynam się śmiać.

To tak, jakby zniknięcie naczyń było moim największym zmartwieniem. Przeprowadziłem się na odległość czterech stanów od mojej byłej żony i córki, która ze mną nie rozmawia. Wyrwałem ze środowiska Aję, choć on niezbyt dobrze radzi sobie ze zmianami – zabrałem go z jedynego miasteczka, jakie znał, oderwałem od jedynych przyjaciół, jakich kiedykolwiek miał, wywiozłem z miasta, gdzie – na Boga! – są pochowani jego rodzice, a teraz posyłam go do nowiutkiej szkoły pełnej dzieciaków, których nie zna.

A do tego interesuje się wysadzaniem rzeczy w powietrze.

I jeszcze rybka zdechła.

– To przecież tylko na pół roku. – Connie nie zważa na moją uwagę o kubkach i przechodzi do sedna, jak zawsze. – Postąpiłeś słusznie.

„Postąpiłeś słusznie”. To taka śliska ryba, którą przez całe życie usiłuję złapać w strumieniu gołymi rękami. „Postąpić słusznie” to powód, dla którego pobraliśmy się ze Stephanie zaraz po szkole średniej, kiedy zorientowaliśmy się, że jest w ciąży z Ellie. Żeby „postąpić słusznie”, mimo sprzeciwu Stephanie, zaadoptowałem Aję, kiedy Dinesh i Kate zginęli w wypadku lotniczym. „Postąpiłem słusznie”, kiedy pozwoliłem Ellie, by po naszym rozwodzie zamieszkała z matką, choć każda najdrobniejsza cząstka mnie protestowała na myśl, że miałbym żyć bez niej choćby jeden dzień.

Ale przeprowadzka do Lincoln w stanie New Jersey po to, żebym mógł pracować w nowo otwartym nowojorskim biurze mojej firmy, zastępując w czasie urlopu macierzyńskiego panią zatrudnioną jako starszy analityk finansowy, zaczynała mieć posmak egoizmu. Chociaż tłumaczyłem sobie, że to nie tylko przybliży mnie o krok do funkcji partnera w firmie, ale jeszcze Aja będzie miał przyjemny nowy start, może nawet szansę na jakąś przygodę, a do tego zbliżymy się z siostrą, czułem się, jakbym uciekał. I gdyby rozpatrywać ją w kategorii „postąpienia słusznie”, to chyba postąpiłem słusznie wyłącznie wobec siebie.

Myślę o Ellie i natychmiast wyobrażam sobie jej zadarty nosek, rozwichrzone włosy koloru karmelu, okalające krągłą buzię, jej oczy jak u lalki. Wyobrażam ją sobie jako dziecko. Nie czternastolatkę, którą jest dzisiaj, której szczupła twarz wydobywa wyraźny zarys kości policzkowych, a loczki zostały zmuszone do leżenia płasko przez metalową prostownicę, bo podobno taka jest moda. Kiedy stała się tą osobą, tą młodą kobietą? I w jaki sposób to przeoczyłem?

Nie zdaję sobie sprawy z tego, że wypowiedziałem jej imię na głos, dopóki ton Connie nie złagodniał.

– Eryku, mam wrażenie, że dla Ellie nie ma w tej chwili większego znaczenia, gdzie mieszkasz.

I choć wiem, że to prawda, nie potrafię wyjaśnić, dlaczego tak boli, kiedy słyszę te słowa.

*

Wrześniowy poranek jest duszny i lepki – powietrze jest gęste jak w sierpniu; nic nie wskazuje na nadejście pogody, która zmienia barwę liści i kojarzy się z powrotem do szkoły. Kiedy podjeżdżamy pod podstawówkę w Lincoln, powtarzam sobie w myśli wszystkie hokejowe banały, którymi tata karmił mnie według swego widzimisię przez te wszystkie lata: „Daj im popalić, tygrysie!”; „Pamiętaj, nigdy nie pokazuj im, że masz pietra!”; „Bądź sobą!”. Nie jestem pewien, która z tych zachęt byłaby najbardziej odpowiednia. Z pewnością nie ta ostatnia. Kocham tego chłopaka, ale muszę przyznać, że czasem kiedy Aja jest sobą, może się wydawać nieznacznie protekcjonalny, trochę nietowarzyski, i – no cóż – dziwaczny, co naturalnie nie wróży najlepiej dziesięciolatkowi, który chce nawiązać nowe przyjaźnie.

Samochód, centymetr po centymetrze, podjeżdża tam, gdzie ma wysiąść Aja. Czuję, że pocą mi się dłonie. On siedzi jak wmurowany, ze wzrokiem wbitym prosto przed siebie.

– Dzisiaj przyjadę cię odebrać – mówię tylko po to, by przerwać milczenie, mimo że wszystko dokładnie omówiliśmy wczoraj. – Ale od przyszłego tygodnia będziesz wracał autobusem.

Nie odpowiada. Wiem, że nie znosi, kiedy powtarzam polecenia.

Pani pilnująca kolejki podjeżdżających samochodów – starsza kobieta, o pomarszczonej skórze wokół oczu, z szarfą przewiązaną na wielkim brzuchu – otwiera drzwi auta przed nami. Z tylnego siedzenia wysiada mężczyzna, który zarzuca sobie plecak na ramię. Czuję przypływ paniki – czy mam odprowadzić Aję do środka? Nie pisali o tym w pakiecie informacyjnym.

Mężczyzna zamyka drzwi, a ja czekam, aż z auta wysiądzie uczeń. Chwilę potem wybałuszam oczy, spostrzegając, że ów mężczyzna ma buzię cherubina. To dzieciak! Ogromny, gargantuiczny dzieciak! Czy tak wyglądają dzisiejsi dziesięciolatkowie?

Spoglądam na Aję. W swoim foteliku zdaje się jeszcze mniejszy niż zwykle. Taki kruchy! Zastanawiam się, czy może jeszcze nie jest za późno – mogę szarpnąć kierownicą i wyjechać z parkingu z piskiem opon. I ruszyć prosto do New Hampshire.

Ciekawe, czy Aja myśli o tym samym.

– Eryku? – pyta cicho, a ja czuję, że serce mi pęka.

– Tak, kolego?

Spogląda na mnie tymi wielkimi oczami – zbieram w sobie całą odwagę, której nie mam, by zapewnić go, że „postąpi słusznie”. Że wspaniale spędzi czas. Że potężny rówieśnik, który przypuszczalnie rozstawia po kątach dzieciaki takie jak on, kradnie im drugie śniadanie i podnosi za majtki, tak naprawdę będzie miłym chłopakiem, z którym połączy go wzajemna miłość do X-Menów.

– Możemy mieć psa?

– Co? – Odrywam wzrok od przeraźliwego wielkiego dzieciaka, który właśnie podaje rękę dyrektorowi szkoły; razem idą w stronę wejścia. Są prawie tego samego wzrostu. Przechodzi mnie dreszcz – mam nadzieję, że Aja tego nie widzi.

– Chodzi mi o psa. Czy moglibyśmy mieć psa? – powtarza.

– Co? Nie.

Podjeżdżam pod krawężnik przed wejściem do szkoły i zatrzymuję się. Kobieta, obsługująca szkolny podjazd, łapie za klamkę; chce otworzyć drzwi od strony Ai, ale są zamknięte.

– Obiecałeś – mówi, nie zważając na kobietę, która z wyczekiwaniem zagląda przez okno.

– Kiedy? Otwórz drzwi.

– Powiedziałeś, że jak rybka zdechnie, będziemy mogli mieć psa – oświadcza. – I właśnie zdechła.

– Naprawdę? – rzucam z nadzieją, że odnajdzie w moim głosie nutę zdziwienia. Naciskam na przycisk otwierający drzwi, bo kobieta ponownie szarpie za klamkę, tymczasem Aja szybciutko wciska zamek z powrotem.

Posyłam jej wymuszony uśmiech i podnoszę palec.

– Aha. Nie wiem, jak mogłeś tego nie zauważyć, kiedy karmiłeś go rano.

– Ojej.

Kierowca za nami naciska klakson. Spoglądam w tylne lusterko i widzę patrzącą na mnie matkę. Serce zaczyna mi walić.

– Porozmawiamy o tym później. Teraz musisz iść do szkoły.

Aja poprawia okulary i krzyżuje ramiona.

– Nie pójdę, dopóki nie powiesz, że możemy mieć psa.

Klakson trąbi ponownie.

– Aja, nie teraz.

Znowu naciskam przycisk blokady. Aja znów zamyka drzwi. Pani ma lekko skonsternowaną minę, tak jakby nigdy wcześniej nie widziała ucznia, który nie chce wysiąść z samochodu. Widzę, że w kierunku naszego samochodu zmierza dyrektor. Czuję, jak po czole spływa mi kropelka potu.

I wówczas, przypomniawszy sobie wózek inwalidzki, doznaję olśnienia. Chyba zyskałem kartę przetargową.

– A co powiesz na to, że najpierw znajdę wózek, a potem zastanowię się nad psem?

Klakson.

Staram się zapanować nad nieodpartą pokusą, by opuścić szybę i wrzasnąć na trąbiącą kobietę, żeby wyluzowała. Ścis­kam kierownicę tak mocno, że krew odpływa mi z palców.

Twarz Ai rozjaśnia się. Już mam wrażenie, że wygrałem, gdy on znów krzyżuje ramiona i wciska się głębiej w fotelik.

– Wózek i pies – oświadcza w odpowiedzi na klakson, który teraz już trąbi nieustannie. Nie miałem pojęcia, że na podjeździe podmiejskiej szkoły ludzie potrafią być tak agresywni.

– Aja! Wysiadaj z samochodu! – Zaciskam zęby, jakbym miał zadrutowaną szczękę.

Nawet nie drgnie. Po prostu patrzy na mnie, absolutnie nic sobie nie robiąc z tego, że cały zastęp siedzących w samochodach rodziców właśnie ciska na nas gromy. Wiem, że ja też nie powinienem się ruszać. Że dobry rodzic musi bronić swojej racji, a nie nagradzać manipulację, jakiej się dopuszcza dziecko, pozwalając mu postawić na swoim.

Dołączają inne klaksony.

Do diabła z wychowywaniem dzieci! Jedyne, czego pragnę w tej chwili, to żeby przeklęty klakson zamilkł.

– W porządku – mówię. – I wózek, i cholerny pies!

Dokładnie w tym momencie Aja odblokowuje drzwi, otwiera je i wypuszcza z samochodu moje donośne słowo na „k”. Przekleństwo rozbrzmiewa wokół szkoły.

Dyrektor zatrzymuje się w pół drogi, a siwe krzaczaste brwi kobiety obsługującej podjazd unoszą się do połowy czoła.

Klakson ucichł, powietrze znieruchomiało. Ludzie zebrani przy wejściu do szkoły gapią się na mnie. Aja, jakby nigdy nic, wyskakuje z samochodu, zarzuca plecak na ramię i kroczy w kierunku wejścia.

Biorę głęboki wdech, moja twarz płonie czerwienią ze wstydu.

– Daj im popalić, tygrysie! – wołam za plecami Ai.

A potem przechylam się, zatrzaskuję drzwi i odjeżdżam.

*

Po powrocie do domu, wbrew swoim założeniom, nalewam sobie trzecią filiżankę kawy i zasiadam przy kuchennym stole, gdzie godzinę temu Aja próbował podpalić pudełko płatków śniadaniowych Rice Chex. Wykończony – choć jest dopiero wpół do dziewiątej – pocieram dłonią szczękę; czuję, że zarost zaczął już się przebijać. Usunięty wczoraj po południu, nieuchronnie pojawi się dziś koło południa – nie znalazłem jeszcze maszynki, która zdołałaby go pokonać, niezależnie od tego, jak „nowatorskie technologie” zostały zastosowane do produkcji ostrza. (Poważnie? Technologia ostrza maszynki do golenia? Kto to wymyśla? Naukowcy z NASA?). Praca zaczyna się dopiero w przyszłym tygodniu, ale właściwie chciałbym już pójść do biura – chciałbym się znaleźć w obszarze, w którym czuję się kompetentny. Po wydarzeniach dzisiejszego ranka mam już pewność, że umiejętności wychowawcze są poza tym obszarem.

Zakładam, że w tej kwestii już nie może być gorzej, wyciągam telefon i wstukuję wiadomość do Ellie. Nie odpowiedziała na żadnego mojego SMS-a od ponad czterech miesięcy, ale to nie znaczy, że przestanę próbować. „Właśnie przez przypadek zszokowałem nowego dyrektora Ai i babcię nadzorującą ruch przed szkołą. Pomyślałem sobie, że cię to rozśmieszy. Kocham Cię, Pysiaczku. Tata”.

Wiem, że nie ma potrzeby podpisywać SMS-ów. Ellie nauczyła mnie tego już wiele lat temu. Zajrzała mi wtedy przez ramię na wiadomość, którą wysyłałem, i zobaczyła, że na koniec napisałem „Eryk”. „Taaatooo”, powiedziała tym swoim nowym tonem (jakby głosiła: „Jesteś najgłupszą istotą na świecie!”). „Wiesz, że jak wysyłasz SMS-a, twój kontakt wyświetla się w czyimś telefonie automatycznie? Każdy wie, że to od ciebie”. Było to mniej więcej w czasie, gdy wszystkie zdania kończyła na lekko wznoszącej intonacji – tak jakby każde twierdzenie było jednocześnie pytaniem. Wkrótce, słuchając sposobu mówienia jej nastoletnich koleżanek, przekonałem się, że to typowe dla dziewcząt w jej wieku. Zastanawiałem się, czy wraz z początkiem gimnazjum dostają jakąś broszurę instruującą je, w jaki sposób mówić, ubierać się i traktować rodziców z góry.

Faktycznie nie miałem pojęcia, że nie muszę podpisywać SMS-ów, i byłem wdzięczny za tę lekcję – nawet jeśli została wygłoszona w sposób nieco protekcjonalny. Ale kiedy wysyłam wiadomości do Ellie, nadal się podpisuję – lubię sobie wyobrażać, jak wznosi oczy do nieba w reakcji na tę błazenadę. Liczę na to, że może nawet zachichocze. Albo robię tak, dlatego że lubię jej przypominać, kim jestem.

Jej tatą. Nawet jeśli nie chce ze mną gadać.

Wciskam „wyślij” i nalewam sobie kolejną filiżankę kawy.

Od jutra. Tak, od jutra ograniczę kawę.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

11 Squid Boy – postać z komiksów Marvel, mutant przypominający rybę.