Wydawca: Albatros Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 292 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 50 min Lektor: Jarosław Gugała

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 50 min Lektor: Jarosław Gugała

Opis ebooka Doskonale, a nawet gorzej - Jarosław Gugała

„Doskonale a nawet gorzej” – to blisko sto tekstów - felietonów i artykułów poświęconych  Polsce i Polakom a także wydarzeniom o charakterze międzynarodowym, które określają warunki naszego funkcjonowania we współczesnym świecie.
To analiza naszych kompleksów i przywar takich jak skłonność do czarnowidztwa i niedostrzeganie własnych osiągnięć i sukcesów; zacietrzewienie i pieniactwo, nieumiejętność  zawierania kompromisów i prowadzenia rzeczowej dyskusji, pogarda wobec politycznych adwersarzy.
Autor tropi i wyśmiewa absurdy naszej polityki, patologie i kompleksy, populizm i demagogię klasy politycznej a także upolitycznienie, komercjalizację i brak zasad w mediach.
Pokazuje zawłaszczanie i czerpanie zysków z takich wydarzeń jak katastrofa smoleńska.
Książka jest próbą rozliczenia się z najtrudniejszymi kartami polskiej historii, zwłaszcza dotyczących relacji z Żydami i Ukraińcami.
Zawiera listę ostatnich zaniedbań państwa polskiego w kluczowych sprawach, których konsekwencje spadają na barki obywateli i które będą szkodziły przyszłym pokoleniom.
Książka opisuje najważniejsze problemy z jakimi się zmagamy współcześnie i wyzwania przyszłości.
Jest gorącym, napisanym z pasją bilansem sukcesów i porażek Wolnej Polski.

Opinie o ebooku Doskonale, a nawet gorzej - Jarosław Gugała

Fragment ebooka Doskonale, a nawet gorzej - Jarosław Gugała

Co­py­ri­ght © Ja­ro­sław Gu­ga­ła 2012

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2012

Re­dak­cja: Be­ata Kacz­mar­czyk

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7659-471-2

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

2012. Wy­da­nie elek­tro­nicz­ne

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych– jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

IDO­SKO­NA­LE, A NA­WET GO­RZEJ

Prze­pro­wa­dza­ne w Pol­sce ba­da­nia opi­nii pu­blicz­nej po­ka­zu­ją od lat cie­ka­we zja­wi­sko. Więk­szość Po­la­ków py­ta­nych o oce­nę sy­tu­acji w kra­ju od­po­wia­da, że jest zła i że ich zda­niem bę­dzie jesz­cze gor­sza. Jed­no­cze­śnie z tych sa­mych ba­dań wy­ni­ka, że oso­bi­stą sy­tu­ację więk­szość z nas oce­nia po­zy­tyw­nie. Mało tego! Wie­rzy­my, że ju­tro na­le­ży do nas!

Mam z tym dziw­nym zja­wi­skiem wła­sne do­świad­cze­nia. Przez kil­ka lat (od 1999 do 2004) miesz­ka­łem za gra­ni­cą. Przy­jeż­dża­łem do Pol­ski śred­nio raz w roku. Mię­dzy ko­lej­ny­mi wi­zy­ta­mi mi­ja­ło wie­le mie­się­cy. Za każ­dym ra­zem, gdy lą­do­wa­łem w War­sza­wie, prze­cie­ra­łem oczy ze zdu­mie­nia. Kraj zmie­niał się w nie­wia­ry­god­nym tem­pie. Na przy­kład pa­mię­tam, że w cią­gu pierw­sze­go roku mo­jej nie­obec­no­ści znik­nę­ły z ulic War­sza­wy wszyst­kie „ma­lu­chy”. Ich miej­sce za­ję­ły za­chod­nie auta, do nie­daw­na trud­no do­stęp­ne i uwa­ża­ne za luk­su­so­we. Tru­pio bla­de neo­nów­ki przy­droż­nych la­tar­ni zo­sta­ły za­stą­pio­ne przez cie­płe lam­py so­do­we, ta­kie jak na Za­cho­dzie… Po­ja­wi­ło się kil­ka ogrom­nych cen­trów han­dlo­wych – jak choć­by Ga­le­ria Mo­ko­tów, któ­ra wy­sko­czy­ła ni­czym deus ex ma­chi­na przy mo­jej dro­dze z Okę­cia w stro­nę Ur­sy­no­wa. W ca­łym mie­ście za­ro­iło się od do­brych re­stau­ra­cji i ele­ganc­kich skle­pów. Wszę­dzie po­wsta­wa­ły no­wo­cze­sne bu­dyn­ki, zni­ka­ły stop­nio­wo sza­re, pe­ere­low­skie ele­wa­cje. By­łem za­szo­ko­wa­ny tem­pem po­zy­tyw­nych zmian, któ­re na­praw­dę trud­no wy­li­czyć. Kraj prze­szedł nie­wy­obra­żal­ną me­ta­mor­fo­zę. Wszyst­ko sta­wa­ło się ład­niej­sze, no­wo­cze­śniej­sze, bo­gat­sze. Po­nie­waż mam ro­dzi­nę poza War­sza­wą, prze­ko­na­łem się, że te po­zy­tyw­ne zmia­ny są wi­docz­ne wszę­dzie, tak­że na pro­win­cji.

Jed­nak kie­dy z za­chwy­tem o tym wszyst­kim mó­wi­łem, lu­dzie w Pol­sce pa­trzy­li na mnie z tępą nie­na­wi­ścią albo jak na wa­ria­ta. Nikt z mo­ich zna­jo­mych, któ­rzy spę­dzi­li ten czas w kra­ju, nie do­strze­gał zmian na lep­sze. Na ogół uwa­ża­li, że jest go­rzej! I to pod każ­dym wzglę­dem! Kie­dy mó­wi­łem im, że w mo­ich oczach War­sza­wa z brzyd­kie­go za­czy­na się prze­obra­żać w ład­ne, a miej­sca­mi wręcz pięk­ne mia­sto i że nie ma się cze­go wsty­dzić, a na­wet są licz­ne po­wo­dy do dumy, moi roz­mów­cy da­wa­li mi licz­ne przy­kła­dy, że jest do­kład­nie od­wrot­nie. Ich po­ziom fru­stra­cji był tak duży, że te roz­mo­wy nie mia­ły sen­su.

Co cie­ka­we, moje od­czu­cia w peł­ni po­dzie­la­li ob­co­kra­jow­cy miesz­ka­ją­cy w Pol­sce. Mó­wi­li mi, że prze­ży­wa­my nie­sa­mo­wi­ty okres, że w re­kor­do­wym tem­pie go­ni­my Za­chód i że za­zdrosz­czą nam tej nie­zwy­kłej spo­łecz­nej ener­gii, któ­rej w bo­gat­szych kra­jach już nie wi­dać…

Ten sam sce­na­riusz po­wta­rzał się pod­czas każ­dej mo­jej wi­zy­ty. Ja by­łem pod co­raz więk­szym wra­że­niem po­zy­tyw­nych zmian, ja­kie za­cho­dzi­ły w Pol­sce, a moi zna­jo­mi wpraw­dzie jeź­dzi­li co­raz lep­szy­mi sa­mo­cho­da­mi i wy­pro­wa­dzi­li się z blo­ków do pięk­nych apar­ta­men­tów lub do­mów, lecz po­zy­tyw­nych zmian nie chcie­li na ogół za­uwa­żać. Do­strze­ga­li po­pra­wę wła­snej sy­tu­acji, ale żyli w prze­ko­na­niu, że na­le­żą do nie­licz­nych, któ­rym się po­wio­dło. Twier­dzi­li, że kraj jest w co­raz gor­szym sta­nie i że spra­wy zmie­rza­ją w ja­kimś fa­tal­nym kie­run­ku.

Kie­dy wró­ci­łem wresz­cie na sta­łe do Pol­ski, te ob­le­pia­ją­ce wszyst­ko opa­ry ab­sur­dal­ne­go nie­za­do­wo­le­nia i fru­stra­cji za­czę­ły i mnie do­pa­dać.

Może dla­te­go, że wró­ci­łem je­sie­nią… Do póź­nej wio­sny nie wi­dzia­łem słoń­ca. Było sza­ro, ciem­no i zim­no. Dziś my­ślę, że to może przez ten brak słoń­ca tak trud­no jest w kra­ju nad Wi­słą o po­god­ny na­strój, en­tu­zjazm i ra­dość ży­cia. Po po­wro­cie ude­rzy­ło mnie to, że w Pol­sce wi­dzi się tak mało uśmiech­nię­tych twa­rzy…

A prze­cież obiek­tyw­nie rzecz bio­rąc, nie mamy obec­nie więk­szych po­wo­dów do na­rze­kań. Mamy wol­ną Pol­skę. Je­ste­śmy bez­piecz­ni w NATO i Unii Eu­ro­pej­skiej. Je­ste­śmy kra­jem ska­za­nym na suk­ces! Szko­da, że wi­dzą to wszy­scy na świe­cie, tyl­ko nie my!

A prze­ży­wa­my od 1989 roku naj­lep­szy okres na prze­strze­ni co naj­mniej dwóch wie­ków, a może i naj­lep­szy w ca­łej na­szej hi­sto­rii! To oczy­wi­sta oczy­wi­stość, ale w Pol­sce wciąż nie­wie­le osób zda­je so­bie z tego spra­wę albo nie chce tej praw­dy przy­swo­ić. Je­ste­śmy wciąż przy­zwy­cza­je­ni do ma­ru­dze­nia, na­rze­ka­nia, mar­ty­ro­lo­gii i nikt nie na­uczył nas oka­zy­wa­nia ra­do­ści i en­tu­zja­zmu na trzeź­wo.

Szko­da, bo gdy­by wię­cej Po­la­ków mia­ło tę świa­do­mość, to ży­ło­by się nam dużo ła­twiej. A tym­cza­sem wy­po­wie­dze­nie opi­nii, że w Pol­sce jest do­brze, co­raz le­piej, na­ra­ża na lincz, bo u nas nie moż­na mó­wić, że od­czu­wa się dumę i za­do­wo­le­nie z tego, co jest.

U nas na py­ta­nie: „Co sły­chać?”, tra­dy­cja każe od­po­wie­dzieć w naj­lep­szym przy­pad­ku: „Sta­ra bie­da”. Gdy­by­śmy tak jak Ame­ry­ka­nie od­po­wia­da­li: „Fan­ta­stycz­nie! W ro­bo­cie su­per, a w domu jesz­cze le­piej!”, to nikt by z nami nie chciał ga­dać. Tak w Pol­sce mó­wić nie wy­pa­da.

Tak mogą mó­wić tyl­ko lu­dzie pew­ni swe­go i ufni. A my je­ste­śmy NIE­uf­ni. Ba­da­nia so­cjo­lo­gów wy­ka­zu­ją, że ufa­my wy­łącz­nie swo­jej naj­bliż­szej ro­dzi­nie, a i to nie do koń­ca. Oba­wia­my się są­sia­dów, nie lu­bi­my ob­cych, nie je­ste­śmy prze­ko­na­ni o wła­snej war­to­ści. Z dru­giej stro­ny za­cho­wu­je­my się jak mi­sie ko­ala z wier­szy­ka: Sie­dzi miś ko­ala na drze­wie i jak mu do­brze, sam tego nie wie… Ko­ala nie wie, bo pędy eu­ka­lip­tu­sa, któ­ry­mi się żywi, za­wie­ra­ją al­ko­hol. My, oczy­wi­ście, nie tyl­ko z tego po­wo­du…

A tym­cza­sem, żeby uświa­do­mić so­bie, jak jest nam dziś do­brze, wy­star­czy prze­śle­dzić, jak było nam wcze­śniej.

Skąd przy­cho­dzi­my

Przed 1989 ro­kiem, któ­ry wy­do­był nas wresz­cie z po­li­tycz­nej, eko­no­micz­nej i spo­łecz­nej mat­ni oraz ze smęt­ne­go cy­wi­li­za­cyj­ne­go graj­do­łu, przez czter­dzie­ści pięć lat ży­li­śmy w tak zwa­nym Pe­ere­lu. Był to kraj pod wie­lo­ma wzglę­da­mi za­co­fa­ny oraz znie­wo­lo­ny przez So­wie­tów i ich ko­mu­ni­stycz­ną, zbrod­ni­czą ide­olo­gię. Kraj, w któ­rym nie było wol­nej pra­sy, wol­no­ści sło­wa i wol­nych wy­bo­rów; w któ­rym przed­się­bior­czość była uwa­ża­na za spe­ku­la­cję, ku­łac­two, ba­dy­lar­stwo czy mal­wer­sa­cję; w któ­rym skle­py były pu­ste, a wie­le pod­sta­wo­wych pro­duk­tów sprze­da­wa­no na kart­ki; któ­re­go oby­wa­te­le za­ra­bia­li w prze­li­cze­niu śred­nio pięt­na­ście do­la­rów mie­sięcz­nie; w któ­rym rzą­dzi­ła ko­mu­ni­stycz­na no­men­kla­tu­ra; w któ­rym prze­śla­do­wa­no za cho­dze­nie do ko­ścio­ła, a za zwy­czaj­ne sło­wa o pra­wach czło­wie­ka za­my­ka­no do wię­zie­nia lub na­wet mor­do­wa­no.

Nie mam tu miej­sca na li­stę wszyst­kich wad mi­nio­ne­go, szczę­śli­wie „przo­du­ją­ce­go ustro­ju”, ale li­czę na to, że pa­mięć o cho­rej, prza­śnej i zgrzeb­nej rze­czy­wi­sto­ści jesz­cze w na­ro­dzie nie zgi­nę­ła. Może nie­któ­rzy pa­mię­ta­ją przy­najm­niej iro­nicz­ne aneg­do­ty z tam­te­go okre­su, któ­re do­brze po­ka­zu­ją to wszyst­ko, z czym mie­li­śmy do czy­nie­nia. Na przy­kład: Czym się róż­ni de­mo­kra­cja od de­mo­kra­cji so­cja­li­stycz­nej? Od­po­wiedź: Tym, czym krze­sło od krze­sła elek­trycz­ne­go. Ten dow­cip jest rów­nież do­sko­na­łą eg­zem­pli­fi­ka­cją no­wo­mo­wy, czy­li au­to­ry­tar­ne­go ję­zy­ka pro­pa­gan­dy, któ­ry od­wra­cał zna­cze­nia słów i czy­nił je ich prze­ci­wień­stwem.

Pe­erel miał tak­że swo­je plu­sy… Zwłasz­cza z punk­tu wi­dze­nia mniej am­bit­nych jed­no­stek, któ­rym do szczę­ścia nie były po­trzeb­ne ta­kie mrzon­ki, jak wol­ność czy de­mo­kra­cja albo pra­wa czło­wie­ka. Pe­erel da­wał sta­bi­li­za­cję na ni­skim po­zio­mie kon­sump­cji i po­zwa­lał na w mia­rę bez­stre­so­wą we­ge­ta­cję. Stre­sy mie­li głów­nie ci, któ­rzy ma­ni­fe­sto­wa­li swo­je nie­za­do­wo­le­nie i chcie­li cze­goś wię­cej… Tak czy owak, nie mie­li­śmy po II woj­nie świa­to­wej in­nej oj­czy­zny. Mie­li­śmy tyl­ko Pe­erel, któ­ry ogrom­nym wy­sił­kiem i po­świę­ce­niem uda­ło się nam wresz­cie po czter­dzie­stu pię­ciu la­tach roz­mon­to­wać. Przez te czter­dzie­ści pięć lat świat, do któ­re­go obec­nie na­le­ży­my, od­sko­czył nam bar­dzo da­le­ko. Po­ziom cy­wi­li­za­cji, in­fra­struk­tu­ry, ka­pi­ta­łu ma­te­rial­ne­go i ludz­kie­go był u nas nie­po­rów­ny­wal­nie niż­szy niż na Za­cho­dzie. O nie­wy­dol­no­ści tak zwa­ne­go re­al­ne­go so­cja­li­zmu naj­le­piej świad­czą róż­ni­ce mię­dzy NRD a RFN czy Ko­reą Po­łu­dnio­wą a Ko­re­ań­ską Re­pu­bli­ką Lu­do­wo-De­mo­kra­tycz­ną oraz upa­dek i nę­dza Kuby, nie­gdyś bo­ga­te­go kra­ju przyj­mu­ją­ce­go set­ki ty­się­cy emi­gran­tów z Eu­ro­py…

Tym, któ­rzy byli w Pe­ere­lu mło­dzi i pa­trzą z sen­ty­men­tem na tam­te cza­sy, chcę przy­po­mnieć tyl­ko, że w 1989 roku, tuż przed roz­po­czę­ciem de­mo­kra­tycz­nych i wol­no­ryn­ko­wych prze­mian, in­fla­cja w Pol­sce wy­no­si­ła po­nad sześć­set pro­cent, na pod­łą­cze­nie te­le­fo­nu cze­ka­ło się w War­sza­wie dwa­dzie­ścia dwa lata, a więk­szość pod­sta­wo­wych to­wa­rów była sprze­da­wa­na w ra­mach tak zwa­nej re­gla­men­ta­cji, czy­li na kart­ki. I jesz­cze przy­po­mnie­nie dla licz­nych wciąż w Pol­sce wiel­bi­cie­li epo­ki gier­kow­skiej. To wła­śnie w po­ło­wie tego okre­su wła­dze Pe­ere­lu wpro­wa­dzi­ły kart­ki na cu­kier. Póź­niej stop­nio­wo roz­sze­rza­no sys­tem kart­ko­wy, obej­mu­jąc nim w na­stęp­nej de­ka­dzie mię­so i wę­dli­ny, ma­sło, mąkę, ryż i ka­szę. Na­stęp­nie przy­szła pora na my­dło, pro­szek do pra­nia i pa­pier to­a­le­to­wy, a po wpro­wa­dze­niu sta­nu wo­jen­ne­go do­szły kart­ki na ben­zy­nę, cze­ko­la­dę i al­ko­hol oraz wie­le in­nych pro­duk­tów. Do­pie­ro w 1986 roku ko­mu­ni­stycz­ne wła­dze za­czę­ły stop­nio­wo li­kwi­do­wać re­gla­men­ta­cję. Kart­ki na mię­so i wę­dli­ny (dwa i pół ki­lo­gra­ma mię­sa i jego prze­two­rów na mie­siąc na oso­bę) zli­kwi­do­wa­no w 1989 roku!

Wol­ny ry­nek bar­dzo szyb­ko po­ra­dził so­bie z tego ro­dza­ju nie­do­stat­ka­mi. Jed­nak inne za­póź­nie­nia są nadal wi­docz­ne i bę­dzie je moż­na do­strzec jesz­cze przez wie­le dzie­się­cio­le­ci. Nie da się w cią­gu kil­ku lat nad­ro­bić opóź­nień na­ro­słych przez pół wie­ku. Dla­te­go po dwu­dzie­stu la­tach wol­ne­go ryn­ku i de­mo­kra­cji osią­gnę­li­śmy do­pie­ro po­ło­wę śred­niej wy­na­gro­dzeń w ca­łej Unii Eu­ro­pej­skiej. Ozna­cza to jed­nak, że dziś prze­cięt­ny pol­ski pra­cow­nik za­ra­bia mie­sięcz­nie po­nad ty­siąc do­la­rów, a nie pięt­na­ście jak w Pe­ere­lu.

Oczy­wi­ście ktoś może za­wo­łać: „No tak, ale ile da się za to ku­pić?!”. To też moż­na spraw­dzić. Weź­my na przy­kład jaj­ka. W ostat­nim roku Pe­ere­lu za prze­cięt­ną pen­sję moż­na było ku­pić oko­ło ty­sią­ca jaj. Te­raz – dzie­sięć ty­się­cy! Za prze­cięt­ną pe­ere­low­ską eme­ry­tu­rę ku­pi­li­by­śmy oko­ło sze­ściu­set jaj. Za obec­ną – pięć ty­się­cy. Po­rów­naj­my inne pro­duk­ty: w Pe­ere­lu za prze­cięt­ną pen­sję moż­na było ku­pić trzy­dzie­ści czte­ry ki­lo­gra­my scha­bu.

Oczy­wi­ście tyl­ko teo­re­tycz­nie, bo w rze­czy­wi­sto­ści na kart­ki przy­słu­gi­wa­ło go pół ki­lo­gra­ma mie­sięcz­nie. Te­raz moż­na ku­pić po­nad dwie­ście ki­lo­gra­mów. Wód­ka: PRL – czter­dzie­ści pół­li­tró­wek, RP – sto sześć­dzie­siąt. Cze­ko­la­da: PRL – sto dwa­dzie­ścia ta­bli­czek, RP – po­nad ty­siąc. Na te­le­wi­zor oby­wa­tel PRL mu­siał pra­co­wać trzy-czte­ry mie­sią­ce. Oby­wa­tel RP może ku­pić dwa za jed­ną śred­nią pen­sję. My­dło pod ko­niec PRL – trzy­sta sztuk, obec­nie – pra­wie dwa ty­sią­ce. Ben­zy­na: w PRL była na kart­ki, ale teo­re­tycz­nie – sto sie­dem­dzie­siąt li­trów, w RP – po­nad osiem­set li­trów. Na nowy cią­gnik rol­nik mu­siał pra­co­wać w PRL pięć­dzie­siąt mie­się­cy, te­raz o po­ło­wę kró­cej. Moż­na by cią­gnąć to po­rów­na­nie w nie­skoń­czo­ność. W każ­dej ka­te­go­rii wy­gry­wa zde­cy­do­wa­nie RP.

Cof­nij­my się jesz­cze bar­dziej… Za­nim na­stał Pe­erel ze wszyst­ki­mi swo­imi to­ta­li­tar­ny­mi de­mo­na­mi i nie­wy­dol­ną, cen­tral­nie pla­no­wa­ną go­spo­dar­ką, przez Pol­skę prze­to­czy­ła się woj­na, któ­rej skut­kiem oprócz strasz­li­wych znisz­czeń było kil­ka lat hi­tle­row­skiej i so­wiec­kiej oku­pa­cji. Pol­ska po­nio­sła w tam­tym cza­sie nie­po­we­to­wa­ne stra­ty. Zgi­nął co pią­ty oby­wa­tel na­sze­go kra­ju, w su­mie oko­ło sze­ściu mi­lio­nów lu­dzi. Po­ło­wa z nich to pra­wie wszy­scy pol­scy Ży­dzi, któ­rzy przed woj­ną sta­no­wi­li dzie­sią­tą część lud­no­ści Pol­ski. So­wie­ci wy­mor­do­wa­li pol­skich ofi­ce­rów w Ka­ty­niu, a hi­tle­row­cy za­czę­li swo­ją oku­pa­cję od wy­wie­zie­nia pro­fe­so­rów pol­skie­go uni­wer­sy­te­tu do obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go. Ijed­nym, i dru­gim cho­dzi­ło o to samo. O znisz­cze­nie pol­skiej eli­ty i uczy­nie­nie z nas na­ro­du nie­wol­ni­ków. Chcie­li prze­ro­bić nas na ciem­ną masę ła­twych do ste­ro­wa­nia, po­zba­wio­nych dumy i hi­sto­rycz­nej świa­do­mo­ści ro­bo­li. Pod­czas dzia­łań wo­jen­nych Pol­ska stra­ci­ła, jak się sza­cu­je, po­nad osiem­dzie­siąt pro­cent dóbr ma­te­rial­nych. Pra­wie wszyst­kie na­sze mia­sta le­gły w gru­zach. Znisz­czo­no na­sze mo­sty i więk­szość dróg. Zra­bo­wa­no wie­le skar­bów kul­tu­ry. Wy­mor­do­wa­no więk­szość na­szych in­te­li­gen­tów. Woj­na, oku­pa­cje i kil­ka lat po­wo­jen­ne­go sta­li­now­skie­go ter­ro­ru po­czy­ni­ły po­twor­ne spu­sto­sze­nia w każ­dej dzie­dzi­nie ży­cia Po­la­ków.

A za­nim do­szło do tej ka­ta­stro­fy, Pol­ska mia­ła tyl­ko dwa­dzie­ścia lat na od­ro­dze­nie pań­stwo­wo­ści po I woj­nie świa­to­wej i stu dwu­dzie­stu trzech la­tach roz­bio­rów, czy­li nie­ist­nie­nia pań­stwa pol­skie­go. Te dwa­dzie­ścia lat mię­dzy woj­na­mi przy­nio­sło wie­le suk­ce­sów, ale ujaw­ni­ło też na­sze na­ro­do­we wady, któ­re kosz­to­wa­ły nas wcze­śniej utra­tę nie­pod­le­gło­ści. Nie­umie­jęt­ność za­wie­ra­nia po­li­tycz­nych kom­pro­mi­sów. So­bie­pań­stwo. War­chol­stwo. Po­li­tycz­ne za­cie­trze­wie­nie. Nie­umie­jęt­ność pod­po­rząd­ko­wa­nia wła­snych in­te­re­sów war­to­ściom na­ro­do­wej wspól­no­ty… i tym po­dob­ne, i tak da­lej. Twór­ca pol­skiej nie­pod­le­gło­ści Jó­zef Pił­sud­ski pod­su­mo­wał jed­nym krót­kim zda­niem na­sze przed­wo­jen­ne eli­ty po­li­tycz­ne. No­ta­be­ne w opi­nii więk­szo­ści Po­la­ków dzi­siej­si po­li­ty­cy za­słu­gu­ją na po­dob­ną oce­nę. Pił­sud­ski po­wie­dział do po­słów: „Wam kury szczać pro­wa­dzać, a nie po­li­ty­kę ro­bić!”. I do­da­wał z go­ry­czą: „Po­la­cy, na­ród wspa­nia­ły, tyl­ko lu­dzie kur­wy…”. Sam w koń­cu ska­pi­tu­lo­wał wo­bec po­li­tycz­nej nie­mo­cy i po­tę­pień­czych swa­rów i prze­pro­wa­dził woj­sko­wy za­mach sta­nu. Pol­ski sen o wol­no­ści za­koń­czył się sa­na­cyj­ną qu­asi-dyk­ta­tu­rą. Wkrót­ce po tym tar­ga­ne we­wnętrz­ny­mi kon­flik­ta­mi pań­stwo pol­skie upa­dło pod cio­sa­mi hi­tle­row­skich Nie­miec i sta­li­now­skie­go ZSRR. Eli­ty II RP ucie­kły z kra­ju szo­są za­lesz­czyc­ką albo zo­sta­ły wy­mor­do­wa­ne pod­czas oku­pa­cji lub też spau­pe­ry­zo­wa­ne i znisz­czo­ne w Pe­ere­lu. Nie­licz­nym uda­ło się prze­trwać i słu­żyć Pol­sce po woj­nie. Wie­lu przed­wo­jen­nych in­te­li­gen­tów mu­sia­ło przejść w cza­sach sta­li­now­skich i póź­niej przez pie­kło so­wiec­kie­go znie­wa­la­nia i pra­nia mó­zgów. Rolę eli­ty przej­mo­wa­li ci, któ­rych nie ma­tu­ra, lecz chęć szcze­ra czy­ni­ła… ofi­ce­ra­mi, na­uczy­cie­la­mi, sę­dzia­mi, ad­wo­ka­ta­mi, na­ukow­ca­mi i tak da­lej. Przed tra­gicz­nym koń­cem II Rze­czy­po­spo­li­tej nie uda­ło się nam, Po­la­kom, zbu­do­wać sys­te­mu so­ju­szy, któ­re mo­gły­by za­gwa­ran­to­wać prze­trwa­nie i od­ro­dze­nie po wo­jen­nej po­żo­dze. Zbu­do­wa­nie Gdy­ni i Cen­tral­ne­go Okrę­gu Prze­my­sło­we­go nie zmie­nia tego gorz­kie­go po­li­tycz­ne­go bi­lan­su…

Wróć­my jed­nak jesz­cze na mo­ment do od­ro­dze­nia pol­skiej pań­stwo­wo­ści w 1918 roku. Pań­stwo pol­skie od­ro­dzi­ło się po za­bo­rach tyl­ko cu­dem! Kto mógł się spo­dzie­wać jed­no­cze­snej klę­ski mo­carstw roz­bio­ro­wych w I woj­nie świa­to­wej?! Tu war­to za­uwa­żyć, że tak­że pod­czas tej woj­ny te­re­ny pol­skie znacz­nie ucier­pia­ły.

A przed I woj­ną świa­to­wą były cza­sy roz­bio­rów, tra­gicz­nych, prze­gra­nych na­ro­do­wych po­wstań, ru­sy­fi­ka­cji, ger­ma­ni­za­cji, kon­fi­ska­ty mie­nia, zsy­łek na Sy­bir, przy­mu­so­wej emi­gra­cji, et­nicz­nych czy­stek oraz co­dzien­nej dys­kry­mi­na­cji i prze­śla­do­wań. Po­la­cy mu­sie­li wal­czyć o prze­trwa­nie. Bro­nić się przed po­li­ty­ką wy­na­ra­da­wia­nia. Trosz­czyć się każ­de­go dnia o za­cho­wa­nie ję­zy­ka, tra­dy­cji, wia­ry i in­nych war­to­ści, któ­re dziś wy­da­ją się tak oczy­wi­ste jak po­wie­trze.

Pol­skę oku­po­wa­ną sto dwa­dzie­ścia trzy lata przez za­bor­ców omi­nę­ła w du­żym stop­niu re­wo­lu­cja prze­my­sło­wa. W tym cza­sie Fran­cja, Wiel­ka Bry­ta­nia, Niem­cy oraz inne kra­je i na­ro­dy bu­do­wa­ły swo­ją po­tę­gę. U nas nie­licz­ne owo­ce re­wo­lu­cji prze­my­sło­wej nie za­si­la­ły na­ro­do­wej kasy. Nie wzbo­ga­ca­ły na­ro­du pol­skie­go, któ­ry krwa­wił w po­wsta­niach i cier­piał co­dzien­ną ge­hen­nę prze­śla­do­wań i dys­kry­mi­na­cji. W każ­dym za­bo­rze były inne pro­ble­my oraz inny po­ziom roz­wo­ju go­spo­dar­cze­go i spo­łecz­ne­go. Stąd u za­ra­nia nie­pod­le­gło­ści po I woj­nie świa­to­wej od­ro­dzo­na Rzecz­po­spo­li­ta była zlep­kiem, jak by­śmy to dziś po­wie­dzie­li, nie­kom­pa­ty­bil­nych czę­ści. Róż­ni­ce mię­dzy Kon­gre­sów­ką, Ga­li­cją a za­bo­rem pru­skim są wi­docz­ne do dziś. Do dziś bo­ry­ka­my się z róż­ni­ca­mi w roz­wo­ju, w po­zio­mie in­fra­struk­tu­ry, a na­wet w men­tal­no­ści, któ­ra prze­kła­da się tak­że na po­li­tycz­ne wy­bo­ry. Moż­na po­wie­dzieć, że nasz na­ro­do­wy or­ga­nizm zo­stał trwa­le oka­le­czo­ny i po­dzie­lo­ny. To wszyst­ko nadal ma zna­cze­nie i co gor­sza wciąż po­cią­ga za sobą spo­re kosz­ty. Na­sze za­co­fa­nie cy­wi­li­za­cyj­ne za­czę­ło się już na po­cząt­ku XIX wie­ku, ale do­pie­ro te­raz mamy szan­sę nad­ro­bić to za­póź­nie­nie. Do­pie­ro te­raz w pierw­szym pol­skim mie­ście bu­du­je­my me­tro! Wszyst­kie eu­ro­pej­skie sto­li­ce mają je już od dzie­się­cio­le­ci. Nie­któ­re od po­nad stu lat…

Jed­nak w Pol­sce od­czu­wa­ne są nie tyl­ko za­póź­nie­nia cy­wi­li­za­cyj­ne i stra­ty ma­te­rial­ne. Do dziś z po­wo­du nie­ist­nie­nia przez po­nad wiek pań­stwa pol­skie­go oraz z po­wo­du że­la­znej kur­ty­ny świat ma o nas czę­sto nie­praw­dzi­we, szko­dli­we czy ka­ry­ka­tu­ral­ne wy­obra­że­nie. Po pro­stu przez pra­wie dwa wie­ki nie było sły­chać na świe­cie na­sze­go gło­su. To tak­że je­den z ka­ta­stro­fal­nych skut­ków upad­ku pań­stwa pol­skie­go pod ko­niec XVIII wie­ku.

A okres, któ­ry do­pro­wa­dził do tego upad­ku i za­prze­pasz­cze­nia do­brych tra­dy­cji Rze­czy­po­spo­li­tej Oboj­ga Na­ro­dów, też był pod wie­lo­ma wzglę­da­mi fa­tal­ny… Na­sze na­ro­do­we wady wła­śnie wte­dy naj­sil­niej dały o so­bie znać.

Dla­te­go dziś, – gdy po raz pierw­szy od po­nad dwóch wie­ków Pol­ska jest bez­piecz­na, bo na­le­ży do naj­sil­niej­sze­go mi­li­tar­ne­go so­ju­szu świa­ta, ja­kim jest NATO; – gdy wresz­cie bez wąt­pie­nia jest czę­ścią Za­cho­du, bo na­le­ży do Unii Eu­ro­pej­skiej, któ­ra daje nam co roku rów­no­war­tość dwu­dzie­stu pro­cent na­sze­go do­cho­du na­ro­do­we­go na roz­bu­do­wę in­fra­struk­tu­ry i wy­rów­na­nie po­zio­mu ży­cia oraz gwa­ran­tu­je utrzy­ma­nie naj­wyż­sze­go stan­dar­du praw oby­wa­tel­skich; – gdy nie ma żad­ne­go po­waż­ne­go za­gro­że­nia na­szej nie­pod­le­gło­ści; – gdy Pol­ska, mimo pa­nu­ją­ce­go na świe­cie kry­zy­su, roz­wi­ja się w naj­wyż­szym w Eu­ro­pie tem­pie; – gdy kil­ka­dzie­siąt pro­cent Po­la­ków (naj­wię­cej w hi­sto­rii) kształ­ci się na wyż­szych uczel­niach; – gdy go­łym okiem wi­dać, jak szyb­ko roz­wi­ja­ją się i uno­wo­cze­śnia­ją na­sze mia­sta, jak po­wsta­ją no­wo­cze­sne dro­gi, mo­sty, wia­duk­ty; – gdy ro­śnie za­moż­ność Po­la­ków, wy­po­sa­że­nie na­szych do­mów, licz­ba sa­mo­cho­dów, użyt­kow­ni­ków in­ter­ne­tu i tak da­lej; – gdy ro­śnie kon­sump­cja dóbr kul­tu­ry i oby­cie Po­la­ków, bo jeż­dżą swo­bod­nie po ca­łym świe­cie na wa­ka­cje i do pra­cy; chcę po­wtó­rzyć:

PRZE­ŻY­WA­MY WŁA­ŚNIE NAJ­LEP­SZY OKRES W HI­STO­RII POL­SKI I PO­LA­KÓW!

Uświa­dom­my so­bie rów­nież, że na prze­strze­ni ostat­nich dwóch wie­ków tyl­ko przez czter­dzie­ści lat mie­li­śmy w peł­ni nie­pod­le­głe wła­sne pań­stwo!!!

W no­wej, wol­nej oj­czyź­nie wcho­dzą w do­ro­słe ży­cie do­pie­ro pierw­sze po­ko­le­nia, któ­re nie zna­ją in­nej Pol­ski i któ­re nie mają już kom­plek­su wo­bec Za­cho­du. Są na­to­miast otwar­te na świat i doj­rza­łe do tego, żeby kon­ku­ro­wać na mię­dzy­na­ro­do­wym ryn­ku.

Nie­ste­ty, nie przej­mu­ją od po­przed­nich po­ko­leń kra­ju ide­al­ne­go i do­sko­na­le zor­ga­ni­zo­wa­ne­go. Otrzy­mu­ją jed­nak kraj wol­ny i de­mo­kra­tycz­ny, któ­ry daje każ­de­mu szan­sę na roz­wój i do­bro­byt.

Po­ko­le­nie zro­dzo­ne w wol­nej Pol­sce ma wspa­nia­łe per­spek­ty­wy, ale musi prze­wal­czyć naj­waż­niej­sze zmo­ry III RP, czy­li wszyst­ko to, cze­go do tej pory nie uda­ło się zro­bić.

Wciąż nie mo­że­my o so­bie po­wie­dzieć, że je­ste­śmy spo­łe­czeń­stwem oby­wa­tel­skim, a bo­lą­czek i błę­dów jest mnó­stwo.

Nadal nie upo­ra­li­śmy się z wie­lo­ma pod­sta­wo­wy­mi pro­ble­ma­mi; nie znik­nę­ły na­sze naj­więk­sze na­ro­do­we przy­wa­ry; bra­ku­je nam nie­złom­nych za­sad spo­łecz­ne­go współ­ży­cia; nie umie­my ze sobą kon­struk­tyw­nie roz­ma­wiać, a war­chol­stwo i za­cie­trze­wie­nie czę­sto bio­rą górę nad roz­sąd­kiem w dys­ku­sjach na­szych po­li­tycz­nych elit; cią­gle bra­ku­je nam ja­snej, wspól­nej wi­zji roz­wo­ju; wciąż po­ku­tu­ją wśród nas sta­re kom­plek­sy i peł­no w na­szym ży­ciu spo­łecz­nym hi­po­kry­zji; tra­dy­cyj­nie tra­ci­my mnó­stwo ener­gii na spra­wy bła­he, a nie zaj­mu­je­my się isto­tą rze­czy… Dłu­go moż­na by jesz­cze cią­gnąć tę wy­li­czan­kę.

A te­raz wła­śnie de­cy­du­je się, czy na­stęp­ne po­ko­le­nia Po­la­ków będą żyły w po­grą­żo­nym w apa­tii, sko­rum­po­wa­nym, bied­nie­ją­cym i sta­rze­ją­cym się kra­ju, czy też będą cie­szy­ły się bo­gac­twem, po­czu­ciem bez­pie­czeń­stwa i sil­ną po­zy­cją na świa­to­wych i eu­ro­pej­skich sa­lo­nach.

Pol­ska w 1989 roku była jak spor­to­wiec trzy­ma­ny la­ta­mi w ciem­nej piw­ni­cy. Nie­do­ży­wio­ny, cier­pią­cy na za­nik mię­śni, za­wro­ty gło­wy i zu­peł­nie nie­wy­tre­no­wa­ny. Wy­do­stał się z tej piw­ni­cy i od razu mu­siał sta­nąć do za­wo­dów. Oczy­wi­ście na po­cząt­ku prze­gry­wał z każ­dym w każ­dej dys­cy­pli­nie, ale po­wo­li od­bu­do­wy­wał swo­je siły i na­bie­rał am­bi­cji. Dziś już nie jest ostat­ni. Za­wsze ktoś przy­bie­ga jesz­cze za nim. Cza­sa­mi ma prze­bły­ski wy­so­kiej for­my i po­tra­fi za­dzi­wić na­wet dużo sil­niej­szych kon­ku­ren­tów. Wa­run­ki fi­zycz­ne ma nie­złe i wszy­scy spo­dzie­wa­ją się, że już wkrót­ce za­cznie zaj­mo­wać sil­ną po­zy­cję w środ­ku staw­ki, a z cza­sem po­wi­nien wejść na sta­łe do pierw­szej piąt­ki w Eu­ro­pie i dwu­dziest­ki na świe­cie. Jesz­cze tyl­ko kil­ka-kil­ka­na­ście lat ta­kie­go jak dziś tem­pa roz­wo­ju, ku­mu­la­cji ka­pi­ta­łu i do­bro­by­tu, roz­bu­do­wy in­fra­struk­tu­ry, gro­ma­dze­nia do­świad­czeń oraz ka­pi­ta­łu ludz­kie­go, roz­wo­ju spo­łe­czeń­stwa oby­wa­tel­skie­go, a Pol­ska bę­dzie na­le­ża­ła do gru­py naj­bar­dziej roz­wi­nię­tych kra­jów świa­ta.

Tyle że osią­gnię­cie tego celu nie jest pro­ste. Wy­ma­ga cza­su, speł­nie­nia okre­ślo­nych wa­run­ków, a przede wszyst­kim ja­snej wi­zji przy­szło­ści i po­zby­cia się zbęd­ne­go ba­la­stu. Tym ba­la­stem są w przy­pad­ku Pol­ski mała ak­tyw­ność za­wo­do­wa, wcze­sny wiek prze­cho­dze­nia na eme­ry­tu­rę, bar­dzo ni­ska in­no­wa­cyj­ność na­szej go­spo­dar­ki, nie­do­ro­zwój in­fra­struk­tu­ry, nie­do­sta­tek ro­dzi­me­go ka­pi­ta­łu, brak na­ro­do­wych pro­duk­tów, któ­ry­mi moż­na pod­bi­jać świa­to­we ryn­ki, ko­rup­cja, biu­ro­kra­cja, rosz­cze­nio­wa men­tal­ność du­żej czę­ści spo­łe­czeń­stwa, trwa­ły de­fi­cyt bu­dże­to­wy ob­cią­żo­ny po­tęż­ny­mi kosz­ta­mi świad­czeń spo­łecz­nych, nie­efek­tyw­na po­wszech­na służ­ba zdro­wia i wresz­cie mało sku­tecz­na wła­dza oraz głę­bo­kie po­dzia­ły po­li­tycz­ne gro­żą­ce ze­rwa­niem cią­gło­ści roz­wo­ju.

Klej­no­ty ro­do­we

Nie uda­ło się nam po 1989 roku upo­rząd­ko­wać wie­lu klu­czo­wych dzie­dzin. W in­nych sta­li­śmy się ofia­rą dzia­łań dużo bar­dziej od nas do­świad­czo­nych gra­czy. Wy­ni­ka­ło to z opi­sa­nej wcze­śniej ko­niecz­no­ści włą­cze­nia się w świa­to­wą kon­ku­ren­cję bez do­świad­czo­nych kadr i ka­pi­ta­łu, co ska­zy­wa­ło nie­któ­re pol­skie fir­my na po­raż­kę lub bar­dzo ła­twe, cza­sa­mi wro­gie prze­ję­cia przez kon­ku­ren­cję.

Przy­kła­dy moż­na mno­żyć. Nie­któ­re z nich są trud­ne do zro­zu­mie­nia. Zwłasz­cza w po­cząt­ko­wym okre­sie trans­for­ma­cji wy­prze­daż na­ro­do­wych klej­no­tów mie­wa­ła cha­rak­ter zu­peł­nie nie­prze­my­śla­nych ru­chów. Są też przy­kła­dy sym­bo­licz­ne. Prze­cięt­ne­mu Po­la­ko­wi trud­no zro­zu­mieć, jak pań­stwo mo­gło się po­zbyć tra­dy­cyj­nych pol­skich ma­rek wód­ki? Kraj, w któ­rym jest tak ogrom­ne spo­ży­cie moc­nych trun­ków, nie zdo­łał utrzy­mać naj­le­piej wy­pro­mo­wa­nej u nas i za gra­ni­cą wód­ki Wy­bo­ro­wej. Pew­nie sta­ły za tym ja­kieś wzglę­dy na­tu­ry biz­ne­so­wej, ale ma­jąc taką mar­kę, trud­no stra­cić, więc trud­no tak­że zro­zu­mieć sens tego typu ope­ra­cji.

Brak ka­pi­ta­łu po­wo­do­wał wy­prze­da­wa­nie pol­skich nie­do­in­we­sto­wa­nych za­kła­dów i ich praw do zna­ków to­wa­ro­wych. Waż­niej­sza by­wa­ła sama pry­wa­ty­za­cja – bo da­wa­ła skar­bo­wi pań­stwa szyb­ki do­chód, któ­rym moż­na było za­py­chać bu­dże­to­we dziu­ry – niż ja­kiś pro­gram ochro­ny na­ro­do­wych ma­rek czy przed­się­biorstw. Nie było środ­ków na wspie­ra­nie ro­dzi­mych firm. Pol­skie rzą­dy były bez­rad­ne wo­bec mię­dzy­na­ro­do­wej kon­ku­ren­cji i nie po­tra­fi­ły wy­star­cza­ją­co po­ma­gać pol­skim przed­się­bior­com.

Cała Pol­ska jeź­dzi­ła nie­gdyś na ro­we­rach mar­ki Ro­met. Pań­stwo­wa fa­bry­ka pa­dła, gdy ry­nek za­la­ła ta­nia pro­duk­cja z In­dii, Chin i in­nych kra­jów. Mar­kę od­ro­dzi­li do­pie­ro po la­tach pol­scy pry­wat­ni przed­się­bior­cy. Dziś jed­no­śla­dy spod zna­ku la­ta­ją­ce­go pe­ga­za pod­bi­ja­ją za­gra­nicz­ne ryn­ki. Czy sta­ry Ro­met mu­siał upaść? Czy pań­stwo nie mo­gło chro­nić na­sze­go ryn­ku przed za­le­wem ta­nie­go ba­dzie­wia? Czy nie bar­dziej opła­cal­ne jest na dłuż­szą metę utrzy­ma­nie pro­duk­cji w kra­ju niż roz­wi­ja­nie dum­pin­go­we­go han­dlu da­ją­ce­go do­raź­ne ko­rzy­ści wą­skiej gru­pie han­dlow­ców, a za­bie­ra­ją­ce­go za­trud­nie­nie ty­siąc­om pra­cow­ni­ków i ko­ope­ran­tów Ro­me­tu?

Tego ro­dza­ju py­ta­nia są ak­tu­al­ne do dziś, a od­po­wiedź na nie jest po­wszech­nie zna­na. Han­del na­le­ży do klu­czo­wych dzie­dzin go­spo­dar­ki na­ro­do­wej, ale wszyst­kie po­waż­ne kra­je chro­nią rów­nież swo­ich pro­du­cen­tów. War­tość do­brych na­ro­do­wych ma­rek jest nie do prze­ce­nie­nia dla sta­bil­ne­go roz­wo­ju go­spo­dar­ki. My zbyt ła­two po­zby­li­śmy się wie­lu z nich, na­wet tych cał­kiem do­cho­do­wych. „Ra­bun­ko­wa pry­wa­ty­za­cja” nie jest je­dy­nie pu­stym ha­słem przy­wo­ły­wa­nym przez tak zwa­nych po­li­tycz­nych oszo­ło­mów. To po­waż­ny pro­blem, któ­ry po­cią­ga za sobą kosz­tow­ne kon­se­kwen­cje.

Nikt nie jest pro­ro­kiem we wła­snym kra­ju i trud­no na ogół do­strzec pro­ce­sy, któ­re w nim za­cho­dzą. Dużo le­piej wi­dać ta­kie spra­wy, gdy się miesz­ka za gra­ni­cą.

Ja mia­łem taką oka­zję. Ob­ser­wo­wa­łem z bli­ska ko­rup­cję i „ra­bun­ko­wą pry­wa­ty­za­cję” w Ar­gen­ty­nie na po­cząt­ku XXI wie­ku. Za­dłu­żo­ne i nie­efek­tyw­nie za­rzą­dza­ne pań­stwo­we mo­lo­chy sta­wa­ły się ła­twym łu­pem spraw­nych mię­dzy­na­ro­do­wych kor­po­ra­cji, a cza­sa­mi na­wet swo­ich kon­ku­ren­tów z in­nych kra­jów.

Ar­gen­tyń­skie na­ro­do­we li­nie lot­ni­cze zo­sta­ły wy­ku­pio­ne przez hisz­pań­skie­go prze­woź­ni­ka, któ­ry na­tych­miast prze­jął wszel­kie war­to­ścio­we mię­dzy­na­ro­do­we po­łą­cze­nia i ogra­ni­czył pole ma­new­ru ar­gen­tyń­skie­go przed­się­bior­stwa do trud­ne­go i de­fi­cy­to­we­go w cza­sie kry­zy­su ryn­ku lo­kal­ne­go. Po­łą­czo­ne fir­my prze­szły re­struk­tu­ry­za­cję. Pra­cę tra­ci­li głów­nie Ar­gen­tyń­czy­cy. Hisz­pa­nie ich kosz­tem pod­re­pe­ro­wa­li swój bu­dżet.

Ob­ser­wu­jąc Ar­gen­ty­nę, nie bar­dzo ro­zu­mia­łem, jak wła­dze tego kra­ju mo­gły do­pu­ścić do prze­ję­cia swo­ich sie­ci ener­ge­tycz­nych, te­le­ko­mu­ni­ka­cji czy na­wet wo­do­cią­gów przez za­gra­nicz­nych in­we­sto­rów?

Jak moż­na się po­zby­wać kur zno­szą­cych re­gu­lar­nie zło­te jaj­ka? Prze­cież każ­dy musi ko­rzy­stać z ener­gii elek­trycz­nej czy wody! Nie mo­głem po­jąć, co, do li­cha, mają ja­kieś eu­ro­pej­skie przed­się­bior­stwa do wo­do­cią­gów w Bu­enos Aires?!

Nie by­łem w sta­nie po­jąć rów­nież, jak Ar­gen­tyń­czy­cy mo­gli sprze­dać swój na­ro­do­wy kon­cern pa­li­wo­wy. Czy pra­wie czter­dzie­sto­mi­lio­no­wy kraj, ja­kim jest Ar­gen­ty­na, nie po­tra­fi utrzy­mać w swo­ich rę­kach ta­kie­go przed­się­bior­stwa? Gdy miesz­ka­łem nad La Pla­tą, było dla mnie ja­sne, że Ar­gen­tyń­czy­cy zbyt po­chop­nie sprze­da­ją swo­je fir­my. Skut­ki ta­kiej wy­prze­da­ży na dłuż­szą metę mu­szą być opła­ka­ne. Koń­czą się sta­nem, w któ­rym zo­sta­je sła­be pań­stwo z pu­stą kasą i bez ro­do­wych klej­no­tów, któ­re za bez­cen sprze­da­ło lek­ko­myśl­nie ob­cym w chwi­li kry­zy­su.

Nie­pod­le­głość wy­ma­ga opar­cia na moc­nym fun­da­men­cie na­ro­do­wej wła­sno­ści w go­spo­dar­ce, fi­nan­sach i in­fra­struk­tu­rze. W Pol­sce rzad­ko się o tym mówi. Nie uda­ło się nam w na­ro­do­wej de­ba­cie wy­pra­co­wać wspól­ne­go sta­no­wi­ska. Dys­ku­sje na ten te­mat są pod­la­ne nie­straw­nym so­sem na­cjo­na­li­stycz­nej ide­olo­gii, któ­ra unie­moż­li­wia zna­le­zie­nie zło­te­go środ­ka albo roz­sąd­nych pro­por­cji mię­dzy tym, co po­win­no po­zo­stać w rę­kach pań­stwa, a tym, co po­win­no być wy­łącz­ną do­me­ną pry­wat­nej ini­cja­ty­wy. Z dru­giej stro­ny sły­chać czę­sto dok­try­ner­skie gło­sy zwo­len­ni­ków pry­wa­ty­za­cji wszyst­kie­go i ogra­ni­cza­nia do mi­ni­mum roli pań­stwa w go­spo­dar­ce. Czy mię­dzy tymi skraj­no­ścia­mi jest ja­kiś zło­ty śro­dek? Co by­ło­by naj­lep­sze dla Pol­ski i Po­la­ków?

Ka­pi­tał za­gra­nicz­ny ma po­ło­wę udzia­łów w pol­skim sek­to­rze ban­ko­wym. Przy tak ni­skim po­zio­mie kra­jo­we­go ka­pi­ta­łu trud­no jest re­ali­zo­wać na­ro­do­we pro­jek­ty da­ją­ce pra­cę i zy­ski przede wszyst­kim Po­la­kom.

Po­nad po­ło­wę pol­skie­go ryn­ku su­per­mar­ke­tów opa­no­wa­ła spraw­nie za­rzą­dza­na ro­dzin­na fir­ma por­tu­gal­ska. Dzia­ła­ją­ca w Pol­sce część tej fir­my jest obec­nie kil­ka­krot­nie więk­sza od por­tu­gal­skiej spół­ki mat­ki… To po­ka­zu­je, jak wiel­ki był po­ten­cjał na­sze­go ryn­ku. Gdzie były pol­skie przed­się­bior­stwa, gdy trwa­ła wal­ka o ten ry­nek? Czy nasi kup­cy są głup­si, mniej in­te­li­gent­ni, bar­dziej le­ni­wi?

Za­bra­kło po pro­stu pol­skie­go ka­pi­ta­łu, do­świad­czo­nych kadr, pol­skich ban­ków i pro­gra­mu wspie­ra­nia klu­czo­wych dzie­dzin go­spo­dar­ki na­ro­do­wej. Gdy­by taki pro­gram ist­niał, a pol­scy po­li­ty­cy mie­li­by świa­do­mość, jak waż­ne jest wspie­ra­nie ro­dzi­me­go han­dlu, być może pol­scy kup­cy do­sta­li­by kre­dy­ty i szan­sę na roz­wój na­szych sie­ci han­dlo­wych. Skut­kiem bra­ku ta­kie­go pro­gra­mu i pusz­cze­nia wszyst­kie­go na ży­wioł jest zdo­mi­no­wa­nie na­sze­go ryn­ku przez wiel­kie mię­dzy­na­ro­do­we, fran­cu­skie, nie­miec­kie czy por­tu­gal­skie, sie­ci han­dlo­we. Pol­scy han­dlow­cy nie mają z nimi wiel­kich szans. Po­dob­na sy­tu­acja jest w te­le­ko­mu­ni­ka­cji. Spo­śród trzech naj­sil­niej­szych firm te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­nych dwie są za­gra­nicz­ne, a tyl­ko jed­na pol­ska. Uczest­ni­czy­my w kon­ku­ren­cyj­nym, świa­to­wym, wol­nym ryn­ku, ale pań­stwo pol­skie po­win­no wspie­rać pol­skich przed­się­bior­ców.

Inny przy­kład. Jak moż­na było do­pu­ścić, żeby za­gra­nicz­na, sto­sun­ko­wo skrom­na fir­ma Eu­re­ko prze­ję­ła kon­tro­lę nad po­tęż­nym PZU, na­ro­do­wą fir­mą ubez­pie­cze­nio­wą, do któ­rej Po­la­cy mają naj­więk­sze za­ufa­nie? Wy­ja­śnie­nie tej spra­wy i wy­rwa­nie na­ro­do­we­go ubez­pie­czy­cie­la z rąk spryt­nych fi­nan­si­stów kosz­to­wa­ło nas wie­le lat skom­pli­ko­wa­ne­go pro­ce­su i mi­liar­dy zło­tych z kasy pań­stwa. Na do­da­tek Pol­ska do­zna­ła wi­ze­run­ko­we­go uszczerb­ku, bo po­ka­zy­wa­no nas jako przy­kład kra­ju, któ­ry nie do­trzy­mu­je umów z in­we­sto­ra­mi za­gra­nicz­ny­mi… Jak mo­gło dojść do cze­goś ta­kie­go? Za­bra­kło nam wy­obraź­ni? Ko­rup­cja osią­gnę­ła taki po­ziom, że za kil­ka mi­lio­nów moż­na było ku­pić pra­wo do kon­tro­lo­wa­nia mi­liar­do­wych skła­dek Po­la­ków? Czy ktoś może dać kom­pe­tent­ną od­po­wiedź na to py­ta­nie?

Ta spra­wa po­ka­zu­je, jak bar­dzo w ta­kich kwe­stiach trze­ba uwa­żać i jak cen­nym do­brem są na­ro­do­we przed­się­bior­stwa. Sko­ro inne na­ro­dy to wie­dzą, pora, że­by­śmy i my za­czę­li o tym pa­mię­tać!

Dla­cze­go Po­la­cy, roz­ma­wia­jąc przez te­le­fon, mają na­bi­jać kab­zę Niem­com czy Fran­cu­zom? Dla­te­go, że je­ste­śmy od nich bied­niej­si?

Dla­cze­go za­gra­nicz­ne fir­my mają czer­pać zy­ski z na­szych lo­kal­nych opłat za ener­gię elek­trycz­ną?

Je­śli nie za­cznie­my gro­ma­dzić ka­pi­ta­łu na re­ali­za­cję na­ro­do­wych pro­jek­tów, to nig­dy nie stwo­rzy­my przed­się­biorstw mo­gą­cych swo­bod­nie kon­ku­ro­wać na świa­to­wych ryn­kach.

Nie było du­że­go pol­skie­go ka­pi­ta­łu, gdy na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych za­czy­na­ła się ta gra. Wy­grze­bu­jąc się z Pe­ere­lu, mie­li­śmy za­le­d­wie mgli­ste wy­obra­że­nie, o jaką staw­kę się to­czy. Dziś już to wie­my i naj­wyż­sza pora wy­cią­gać wnio­ski z tej wie­dzy.

Przy­to­czy­łem po­wy­żej tyl­ko kil­ka przy­kła­dów. Po­dob­nych było ty­sią­ce. Po­waż­nej dys­ku­sji na te­mat tego, co po­win­no być pol­skie, a co moż­na rzu­cić na wol­ny ry­nek, jak w Pol­sce nie było, tak nie ma. A w ta­kiej męt­nej wo­dzie bar­dziej do­świad­cze­ni od nas ry­ba­cy wy­cią­ga­ją ko­lej­ne tłu­ste ryby. Pań­stwo pol­skie nie może być wo­bec ta­kich zja­wisk bier­ne i bez­bron­ne.

Ry­nek miesz­ka­nio­wy

Ochro­na pol­skie­go ryn­ku to nie tyl­ko przed­się­bior­stwa. To tak­że los zwy­kłych oby­wa­te­li. Pań­stwo pol­skie nie zro­bi­ło nic, żeby nas ochro­nić przed skut­ka­mi spe­ku­la­cyj­nej dzia­łal­no­ści za­gra­nicz­nych de­we­lo­pe­rów, któ­rzy z po­mo­cą za­gra­nicz­nych ban­ków udzie­la­ją­cych ła­twych kre­dy­tów do­pro­wa­dzi­li w cią­gu kil­ku lat do spe­ku­la­cyj­ne­go pod­bi­cia cen miesz­kań w Pol­sce. W la­tach 2003-2006 ceny miesz­kań sko­czy­ły trzy­krot­nie! Go­spo­dar­ka i do­cho­dy Po­la­ków wzro­sły w tym sa­mym cza­sie nie­wie­le po­nad dzie­sięć pro­cent. Ban­ki udzie­la­ły ła­twych kre­dy­tów, za­gra­nicz­ne przed­się­bior­stwa bu­do­wa­ły na po­tę­gę całe dziel­ni­ce, a Po­la­cy ma­rzą­cy o wła­snym miesz­ka­niu wpa­da­li ma­so­wo w kre­dy­to­wą pu­łap­kę. Dziś, gdy po kil­ku la­tach za­czy­na się ryn­ko­wa we­ry­fi­ka­cja tych in­we­sty­cji, oka­zu­je się, że miesz­ka­nia są nie­sprze­da­wal­ne, a kre­dy­ty, za któ­re je ku­po­wa­no, by­wa­ją wyż­sze niż war­tość nie­ru­cho­mo­ści. Na do­da­tek licz­ni kre­dy­to­bior­cy tra­cą for­tu­nę z po­wo­du zmie­nia­ją­ce­go się kur­su zło­te­go wo­bec fran­ka szwaj­car­skie­go, w któ­rym udzie­la­no ma­so­wo kre­dy­tów hi­po­tecz­nych.

Czy od­po­wie­dzial­ni za pol­skie pań­stwo nie zda­wa­li so­bie spra­wy z tego, co się dzie­je? Czy pol­skie pla­ców­ki za­gra­nicz­ne nie do­strze­ga­ły, że w Pol­sce jest wła­śnie re­ali­zo­wa­ny sce­na­riusz, któ­ry już wcze­śniej po­grą­żył na przy­kład Hisz­pa­nię?

Pol­scy oby­wa­te­le, któ­rzy utrzy­mu­ją swo­je pań­stwo, po­win­ni mieć pew­ność, że ktoś czu­wa nad ich do­bro­by­tem i bez­pie­czeń­stwem i nie po­zwa­la na ma­so­we ro­bie­nie nas w ko­nia i na­cią­ga­nie na ogrom­ne pie­nią­dze!

Gwał­tow­ny wzrost cen na pol­skim ryn­ku miesz­kań i in­nych nie­ru­cho­mo­ści nie był efek­tem zwy­czaj­nej wol­no­ryn­ko­wej gry. Był efek­tem gi­gan­tycz­nej, przez ni­ko­go nie­kon­tro­lo­wa­nej spe­ku­la­cji. W nor­mal­nych wa­run­kach wy­win­do­wa­nie cen o trzy­sta pro­cent w cią­gu dwóch-trzech lat nie jest moż­li­we. Na­sze pań­stwo nie zro­bi­ło nic, żeby nas przed tą spe­ku­la­cją ustrzec. Po­dob­nie jak ban­kow­cy i de­we­lo­pe­rzy uzna­ło, że obo­wią­zu­je za­sa­da „śmierć fra­je­rom!”.

Z dru­giej stro­ny jak­że ni­skie musi być za­ufa­nie Po­la­ków do pań­stwa, sko­ro nikt się do nie­go nie zwró­cił o po­moc albo in­ter­wen­cję w tej kwe­stii! Ta­kie in­sty­tu­cje jak Urząd Ochro­ny Kon­ku­ren­cji i Kon­su­men­tów, Naj­wyż­sza Izba Kon­tro­li czy Rzecz­nik Praw Oby­wa­tel­skich nie in­ter­we­nio­wa­ły w tej spra­wie. Pań­stwo pol­skie za­do­wo­li­ło się po­bie­ra­niem co­raz wyż­szych opłat za trans­ak­cje na ryn­ku miesz­ka­nio­wym. Nikt ni­ko­mu ni­cze­go nie tłu­ma­czył; nikt ni­ko­go nie ostrze­gał przed kon­se­kwen­cja­mi za­cią­ga­nia kre­dy­tów we fran­kach; nikt nie za­py­tał, dla­cze­go te ceny tak szyb­ko ro­sną.

Mi­lio­ny lu­dzi bę­dzie dźwi­ga­ło brze­mię tam­tych de­cy­zji przez dzie­się­cio­le­cia. Dla pań­stwa pol­skie­go to nie jest spra­wa bez zna­cze­nia. Je­śli oby­wa­te­le będą przy­tło­cze­ni spła­tą spe­ku­la­cyj­nych kre­dy­tów, to za kil­ka lat za­brak­nie ich pie­nię­dzy do na­krę­ca­nia wzro­stu go­spo­dar­cze­go. Kon­sump­cja spad­nie, a re­ce­sja da nam wszyst­kim po­pa­lić i nie­uchron­nie spu­sto­szy rów­nież kasę pań­stwa. Ta­kie mogą być mię­dzy in­ny­mi skut­ki tego ro­dza­ju za­nie­chań.

Co po­win­no ro­bić pań­stwo w po­dob­nych sy­tu­acjach? Po pierw­sze, mo­ni­to­ro­wać ry­nek miesz­ka­nio­wy i uwal­niać jak naj­szyb­ciej te­re­ny pod bu­do­wę do­mów, żeby ob­ni­żyć kosz­ty dzia­łek i sty­mu­lo­wać kon­ku­ren­cję. Po dru­gie, kon­tro­lo­wać mar­że na ma­te­ria­ły bu­dow­la­ne i ceny usług firm bu­dow­la­nych. Uwal­niać miesz­ka­nia ko­mu­nal­ne i spół­dziel­cze, żeby rów­no­wa­żyć ry­nek nie­ru­cho­mo­ści. I wresz­cie, pro­wa­dzić in­ten­syw­ną ak­cję in­for­ma­cyj­ną, uświa­da­mia­ją­cą po­ten­cjal­nym kre­dy­to­bior­com, ja­kie mogą być skut­ki za­cią­ga­nia kre­dy­tów w ob­cych wa­lu­tach. Urzęd­ni­cy po­win­ni do­cie­rać z in­for­ma­cją do me­diów i in­spi­ro­wać dzien­ni­ka­rzy do po­dej­mo­wa­nia tych te­ma­tów.

Edu­ka­cja

In­sty­tu­cją, któ­ra oso­bi­ście dała mi w ży­ciu so­lid­nie w kość, jest pol­ska szko­ła. A to w szko­le wszyst­ko się za­czy­na. Wia­do­mo, czym sko­rup­ka za mło­du na­siąk­nie, tym na sta­rość trą­ci. Man­ka­men­ty pol­skiej szko­ły do­strze­głem i zro­zu­mia­łem do­pie­ro jako do­ro­sły czło­wiek i oj­ciec dwoj­ga dzie­ci. Wie­le uświa­do­mił mi wy­jazd za gra­ni­cę. Przed wy­jaz­dem nie zda­wa­łem so­bie spra­wy z tego, jak bar­dzo pol­ska szko­ła jest źle zor­ga­ni­zo­wa­na i jak bar­dzo ko­li­du­je z pra­cą za­wo­do­wą ro­dzi­ców i z ży­ciem ro­dzin­nym.

Miesz­ka­łem przez po­nad czte­ry lata w Uru­gwa­ju, gdzie peł­ni­łem służ­bę dy­plo­ma­tycz­ną jako am­ba­sa­dor RP. O tym da­le­kim kra­ju w Pol­sce nie­wie­le się na ogół wie i nie jest to miej­sce na wy­kład na ten te­mat, ale na po­trze­by tego wąt­ku wspo­mnę tyl­ko, że jest to kraj o po­nad­stu­let­niej tra­dy­cji de­mo­kra­tycz­nej, któ­re­go miesz­kań­cy cie­szą się na do­da­tek od koń­ca I woj­ny świa­to­wej peł­nią praw oby­wa­tel­skich, spra­wie­dli­wą re­dy­stry­bu­cją do­cho­du na­ro­do­we­go, wy­so­kim po­zio­mem do­bro­by­tu oraz do­sko­na­łą or­ga­ni­za­cją pań­stwa. Dwie uru­gwaj­skie par­tie po­li­tycz­ne – Par­tia Na­ro­do­wa zwa­na Bia­łą oraz so­cjal­de­mo­kra­tycz­na Par­tia Czer­wo­na za­ło­żo­ne w 1836 roku – na­le­żą obok bry­tyj­skiej Par­tii Kon­ser­wa­tyw­nej oraz pół­noc­no­ame­ry­kań­skich, De­mo­kra­tycz­nej i Re­pu­bli­kań­skiej, do naj­star­szych funk­cjo­nu­ją­cych par­tii po­li­tycz­nych na świe­cie.

W myśl za­sa­dy, że po­dró­że kształ­cą, w tym­że Uru­gwa­ju spoj­rza­łem na nowo na szkol­nic­two i ob­ser­wu­jąc szko­łę w Mon­te­vi­deo, do któ­rej cho­dzi­ły moje dzie­ci, uzmy­sło­wi­łem so­bie pod­sta­wo­we wady na­szej pol­skiej szko­ły.

Uru­gwaj­czy­cy mie­li w swo­jej hi­sto­rii po­li­ty­ka wi­zjo­ne­ra, któ­ry na­zy­wał się Jose Pe­dro Va­re­la i któ­ry stwo­rzył pod ko­niec XIX wie­ku pod­sta­wy or­ga­ni­za­cji szkol­nic­twa po­wszech­ne­go w tym kra­ju. Za­sa­dy, któ­re sfor­mu­ło­wał, są bar­dzo pro­ste i obo­wią­zu­ją do dziś. We­dług spe­cjal­nej usta­wy, któ­rą na­pi­sał i wpro­wa­dził w ży­cie Va­re­la, za edu­ka­cję szkol­ną oby­wa­te­li od­po­wie­dzial­ne jest pań­stwo!

A szkol­nic­two pu­blicz­ne, czy­li or­ga­ni­zo­wa­ne i fi­nan­so­wa­ne przez pań­stwo, win­no być: la­ic­kie, bez­płat­ne oraz obo­wiąz­ko­we. Tu wy­tłu­ma­czę od razu, że oczy­wi­ście nie za­my­ka to dro­gi do za­kła­da­nia szkół pry­wat­nych, w tym tak­że o cha­rak­te­rze wy­zna­nio­wym, ale każ­dy uczeń, któ­re­go nie stać na opła­ca­nie cze­sne­go w pry­wat­nej pla­ców­ce, lub ten, któ­ry pre­fe­ru­je na­ukę w szko­le pu­blicz­nej, ma pra­wo do edu­ka­cji opła­ca­nej przez pań­stwo, a do tego każ­dy – bez wzglę­du na to, do ja­kiej szko­ły cho­dzi – musi zdać eg­za­mi­ny pań­stwo­we po­twier­dza­ją­ce opa­no­wa­nie na­ro­do­we­go pro­gra­mu kształ­ce­nia na po­zio­mie pod­sta­wów­ki i szko­ły śred­niej.

W Uru­gwa­ju, po­dob­nie jak w Pol­sce, ist­nie­je obo­wią­zek szkol­ny. Sys­tem K12 (sześć lat pod­sta­wów­ki, trzy lata gim­na­zjum i trzy lata li­ceum) dzia­ła w tym kra­ju od po­cząt­ków XX wie­ku. My ten sys­tem pró­bu­je­my z bó­la­mi wpro­wa­dzić od kil­ku lat, ale do­tych­czas nie uda­ło się nam prze­ko­nać wszyst­kich, że sześć lat to do­bry wiek na roz­po­czę­cie edu­ka­cji szkol­nej…

Co do or­ga­ni­za­cji na­ucza­nia, to Uru­gwaj­czy­cy – w prze­ci­wień­stwie do nas – uzgod­ni­li mię­dzy sobą, że wszy­scy ucznio­wie w ca­łym kra­ju uczęsz­cza­ją do szko­ły od po­nie­dział­ku do piąt­ku i za­czy­na­ją za­ję­cia o 8.00, a koń­czą je o 16.00. W tym cza­sie od­po­wie­dzial­ność za dzie­ci przej­mu­je szko­ła. Żad­ne dziec­ko w wie­ku szkol­nym nie może bez waż­ne­go po­wo­du i zgo­dy opie­ku­nów prze­by­wać w tym cza­sie poza szko­łą.

W Pol­sce, jako oj­ciec dwoj­ga dzie­ci, prze­ży­wa­łem co­dzien­ny kosz­mar pod­wo­że­nia i od­wo­że­nia swo­ich po­ciech. Mimo iż moje dzie­ci (róż­ni­ca wie­ku – dwa lata) cho­dzi­ły do tej sa­mej szko­ły, co­dzien­nie każ­de za­czy­na­ło i koń­czy­ło lek­cje o in­nej po­rze. Ozna­cza­ło to czte­ry kur­sy mię­dzy do­mem a szko­łą. I tak każ­de­go dnia…

Czy my, Po­la­cy, nie za­uwa­ży­li­śmy do­tych­czas pro­ste­go fak­tu, że ro­dzi­ce dzie­ci w wie­ku szkol­nym na ogół pra­cu­ją i trud­no jest im za­mie­niać się w fir­mę „prze­wóz osób” oraz or­ga­ni­zo­wać dla wła­snych dzie­ci opie­kę w go­dzi­nach pra­cy!? W do­dat­ku każ­de­go dnia in­a­czej!!!

Je­śli do­li­czyć do tego „obo­wiąz­ko­we” w na­szym kra­ju za­ję­cia po­za­lek­cyj­ne, to mamy do czy­nie­nia z sy­tu­acją, w któ­rej przy­najm­niej jed­no z ro­dzi­ców musi zre­zy­gno­wać z pra­cy lub w zna­czą­cym stop­niu ogra­ni­czyć ak­tyw­ność za­wo­do­wą, żeby do­star­czać swo­je po­cie­chy na lek­cje i za­ję­cia po­za­lek­cyj­ne.

W Mon­te­vi­deo wszyst­ko było ja­sne i pro­ste. Do szko­ły na ósmą – ze szko­ły o czwar­tej po po­łu­dniu. O spe­cjal­nych ta­nich i bez­piecz­nych bu­sach pod­wo­żą­cych dzie­cia­ki do szko­ły nie będę już wspo­mi­nał. W Pol­sce to in­sty­tu­cja nie­zna­na. Jesz­cze nie do­ro­śli­śmy do zor­ga­ni­zo­wa­nia so­bie ta­kie­go luk­su­su. U nas cza­sa­mi są­sie­dzi or­ga­ni­zu­ją we wła­snym za­kre­sie pod­wóz­kę kil­kor­ga dzie­ci, ale in­sty­tu­cji szkol­nych bu­sów nie ma i nie sły­chać, żeby mia­ła stać się czymś po­wszech­nym. Or­ga­ni­za­cyj­nie ta spra­wa do­tych­czas nas prze­ra­sta i na po­zio­mie lo­kal­nym, i pań­stwo­wym.

Na­stęp­na kwe­stia to uczniow­skie ubio­ry. Zda­ję so­bie spra­wę, że więk­szość Po­la­ków uwa­ża ją za mar­gi­nal­ną i taką, w któ­rej nie­wie­le da się zro­bić. Jed­nak przy­najm­niej w ra­mach po­sze­rza­nia świa­do­mo­ści war­to się jej przyj­rzeć. W Uru­gwa­ju wszyst­kie dzie­ci cho­dzą do szko­ły ubra­ne w mun­dur­ki lub stro­je do­kład­nie opi­sa­ne w re­gu­la­mi­nie każ­dej pla­ców­ki.

Jest tak, po­nie­waż ktoś mą­dry uznał – a więk­szość się z tym zgo­dzi­ła – że wszyst­kie dzie­ci są rów­ne i nie po­win­ny uczest­ni­czyć (tak jak to jest u nas.) w kon­kur­sie mody i woj­nie na ubra­nio­we ety­kiet­ki. Do­dat­ko­wa ko­rzyść ze szkol­ne­go stro­ju jest taka, że dziec­ko nie może się szwen­dać w go­dzi­nach lek­cyj­nych po mie­ście, bo każ­dy wi­dzi, że jest uczniem, i na­tych­miast za­py­ta, dla­cze­go nie jest w szko­le. Dla ro­dzi­ców to też ulga, bo mun­du­rek jest tań­szy niż góry ciu­chów, któ­re zu­ży­wa­ją pol­skie dzie­ci.

O es­te­ty­ce, hi­gie­nie, dys­cy­pli­nie, hie­rar­chii, au­to­ry­te­cie i in­nych tego typu war­to­ściach szko­da na­wet ga­dać. Uczeń ubra­ny w ko­szu­lę z kra­wa­tem, ma­ry­nar­kę i spodnie z ma­te­ria­łu ra­czej nie po­ło­ży się na pod­ło­dze na szkol­nym ko­ry­ta­rzu, co u nas jest nor­mą…

I jesz­cze jed­no cierp­kie spo­strze­że­nie. Ja, w Pol­sce, na­uczy­łem się wią­zać kra­wat gru­bo po trzy­dzie­st­ce. Mój syn w uru­gwaj­skiej szko­le po­siadł tę umie­jęt­ność w wie­ku dwu­na­stu lat… Do szko­ły cho­dził bo­wiem w ko­szu­li, kra­wa­cie i ma­ry­nar­ce. Gdy po­szedł do gim­na­zjum i mógł la­tem za­miast krót­kich spode­nek wło­żyć dłu­gie, w na­tu­ral­ny spo­sób po­czuł awans w hie­rar­chii spo­łecz­nej. U nas obo­wią­zu­je w tej kwe­stii za­sa­da „rób­ta, co chce­ta!”.

Wiem, że spra­wa upo­rząd­ko­wa­nia szkol­nych stro­jów czy mun­dur­ków w Pol­sce jest de­fi­ni­tyw­nie prze­gra­na, i zda­ję so­bie spra­wę, że to, co pi­szę, dla wie­lu może brzmieć ar­cha­icz­nie, a jed­nak będę się upie­rał, że ubiór ma zna­cze­nie. War­to przy­najm­niej o tym po­my­śleć. To nie jest naj­waż­niej­szy pro­blem na­sze­go szkol­nic­twa, ale war­to się nad tą kwe­stią przy­najm­niej za­sta­no­wić. Z cza­sem i w Pol­sce za­czną się po­ja­wiać szko­ły wy­ma­ga­ją­ce od uczniów jed­no­li­te­go ubio­ru. Je­śli taka szko­ła zy­ska re­no­mę, ucznio­wie będą dum­ni z tego, że mogą cho­dzić w jej ofi­cjal­nym stro­ju.

Do­dam jesz­cze, że tra­dy­cja szkol­ne­go mun­dur­ka trwa w Uru­gwa­ju od po­ko­leń. To ma głę­bo­ki sens. A tra­dy­cja to jest coś, cze­go nam w Pol­sce roz­pacz­li­wie bra­ku­je, co zo­sta­ło chy­ba bez­pow­rot­nie znisz­czo­ne… Ko­le­dzy mo­ich dzie­ci ze szko­ły w Mon­te­vi­deo czu­li się dum­ni, że mogą no­sić ta­kie same szkol­ne mun­dur­ki, ja­kie no­si­li przed laty ich ro­dzi­ce, a cza­sa­mi tak­że dziad­ko­wie. To ugrun­to­wu­je po­czu­cie tra­dy­cji i po­rząd­ku. By­łem świad­kiem po­że­gna­nia od­cho­dzą­cej na eme­ry­tu­rę dy­rek­tor­ki szko­ły. Dzie­ci od­na­la­zły zdję­cia sprzed pół wie­ku, na któ­rych pani dy­rek­tor była w ta­kim sa­mym stro­ju jak one. Ucznio­wie prze­ko­na­li się dzię­ki temu, że pani dy­rek­tor jest tak na­praw­dę jed­ną z nich i uświa­do­mi­li so­bie, że sami są czę­ścią wie­lo­po­ko­le­nio­wej tra­dy­cji.