Dopóki życie trwa. Nowy sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 85 - Hendrik Groen - ebook
Opis

Dopóki życie trwa to drugi – po Małych eksperymentach ze szczęściem – dziennik Hendrika Groena. Ogromny sukces pierwszej książki skłonił autora do napisania jej kontynuacji. Hendrik Groen może i jest stary, ale to nie znaczy, że wkrótce zamierza rozstać się z życiem. Co prawda jego spacery z dnia na dzień stają się coraz krótsze, bo nogi zaczynają odmawiać mu posłuszeństwa, a wizyty u lekarza są znacznie częstsze, ale przecież nie jest to powód, żeby miał tylko siedzieć, pić słabą herbatę i wpatrywać się w stojące na parapecie pelargonie. Mężczyzna postanawia napisać dziennik prezentujący rok z życia amsterdamskiego domu opieki, którego jest rezydentem. I choć od czasu do czasu trudno Hendrikowi podtrzymać w sobie zapał do pisania, to jednak koniec końców zawsze chwyta za pióro. Groen z jakże charakterystycznym dla siebie szarmanckim poczuciem humoru bierze na pisarską muszkę współmieszkańców domu seniora, dyrekcję, przyjaciół, a wreszcie i starość jako taką, nie oszczędzając nikogo, nawet samego siebie. Największy holenderski bestseller swoim humorem i przesłaniem zachwyci nie tylko starszych czytelników, lecz także zauroczy i zainspiruje tych, których "termin przydatności" jest daleki od wygaśnięcia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 483

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

O książce

Strona tytułowa

Tego autora

Strona redakcyjna

Dopóki życie trwa. Nowy sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 85

Przypisy

O książce

Druga część dziennika „Małe eksperymenty ze szczęściem”,który stał się międzynarodowym fenomenem.

30 tygodni na holenderskich listach bestsellerów.Książka przetłumaczona na ponad 20 języków.

31 grudnia 2014 r. Hendrik Groen, który na rok odłożył prowadzenie dziennika, postanawia do niego wrócić. Zgodnie ze statystykami szansa na to, że dożyje końca 2015 r., jest jak jeden do pięciu. To dużo czy mało? Szkoda czasu na zastanawianie się, bo ze śmiercią jest trochę jak z autobusem – „im dłużej się czeka, tym większa szansa, że zaraz nadjedzie”. Lepiej skupić się na życiu, wyciągać z niego ile się da, starać się przejąć nad nim kontrolę (a nie odwrotnie) i… działać, nawet jeśli ciało nie zawsze chce współpracować, a przyjaciół ubywa!

„A więc dalej z tym koksem! Dopóki życie trwa!”

Tego autora

Małe eksperymenty ze szczęściem. Sekretny dziennikHendrika Groena, lat 83 i ¼

Dopóki życie trwa. Nowy sekretny dziennikHendrika Groena, lat 85

Tytuł oryginału: ZOLANG ER LEVEN IS. HET NIEUWE GEHEIME DAGBOEKVAN HENDRIK GROEN, 85 JAAR

Copyright © Hendrik Groen en J.M. Meulenhoff bv, AmsterdamAll rights reservedPublished by special arrangement with Meulenhoff Boekerij B.V. in conjunctionwith their duly appointed agent and co-agent 2 Seas Literary Agencyand Graal Sp. z o.o.

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2016

Polish translation copyright © Ryszard Turczyn 2016

Redakcja: Marzena Wasilewska

Ilustracje na okładce: © Victor Meijer

Projekt graficzny okładki: Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-369-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Środa, 31 grudnia 2014

Jak mówią statystyki, osoba w wieku 85 lat ma w ten ostatni dzień roku około osiemdziesięciu procent szans na dożycie trzydziestego grudnia 2015 roku. Opieram się na danych ze strony o zdrowiu społeczeństwa Nationaal Kompas Volksgezondheid.

Zrobię, co się da, żeby tak właśnie było, a więc żadnego marudzenia, dopóki dziennik, który zaczynam pisać od jutra, nie zostanie dociągnięty do końca roku. Szansa jak jeden do pięciu.

Czwartek, 1 stycznia 2015

Dawniej Evert z upodobaniem wtykał petardy w psie kupy albo – jeszcze lepiej – w końskie kupy, ale tych teraz nie uświadczysz. Bardzo żałował, że dawniej petardy były o wiele mniejsze niż teraz.

– Gdyby nie to, że miałbym duże szanse sam wysadzić się przy okazji w powietrze razem z wózkiem, z przyjemnością odpaliłbym parę petard w holu.

Był to jego przyczynek do trwającej od wielu dni dyskusji na temat fajerwerków.

Mimo petycji mieszkańców nasza dyrektorka, pani Stelwagen, nawet nie ruszyła palcem, żeby utworzyć wokół naszego ośrodka oficjalną strefę wolną od fajerwerków. Jak wynikało z jej krótkiego oświadczenia zamieszczonego na tablicy ogłoszeń, byłoby to w tym momencie „niewskazane”. Niektórzy z pensjonariuszy uznali, że coś w tym jest, pewnie głównie ci, którzy nie rozumieli słowa „niewskazane”. Inni z kolei byli zdania, że dyrektorka nie chciała się narazić na odmowę władz gminy.

Nasz klub Starzy, ale Jeszcze Żywi, w skrócie StaŻy, witał Nowy Rok w mieszkaniu Everta, gdzie można piec i gotować, co w pokojach w samym ośrodku jest niedozwolone. Jeśli się ma w swoich szeregach byłych kucharzy, Antoine’a i Rię, to nie wolno przepuścić żadnej okazji do wspólnych kulinarnych przygód.

Piętnaście minut przed północą pojechaliśmy windą na piąte piętro, do Graemego, najwyżej mieszkającego członka klubu. Z jego balkonu podziwialiśmy sztuczne ognie, a potem Evert – w geście protestu przeciwko dyrekcji – odpalił w imieniu nas wszystkich nielegalną racę. Było bardzo przyjemnie.

Teraz zastanawiamy się, kto na nas nakablował.

Edward spontanicznie zaproponował, że jak będzie trzeba, to zgłosi się do gabinetu dyrektorki. Obiecał, że będzie mówił jeszcze bardziej niezrozumiale niż zwykle i przygotuje pisemny raport na najbliższe zebranie klubu StaŻy.

Jednym słowem: nastrój jest jak trzeba.

O drugiej leżałem już w łóżku. Po raz ostatni udało mi się dotrwać do tej godziny jakieś kilkadziesiąt lat temu. Brawo ja!

Piątek, 2 stycznia

W zeszłym roku niemal wszystkie dni przesypiałem. Przez cały rok 2013 sumiennie każdego dnia robiłem zapiski w dzienniku. Ta godzina (lub półtorej) pisania dawała mi poczucie, że jestem potrzebny i że życie ma sens. Może tym, co najbardziej charakteryzuje życie w ośrodku dla seniorów, jest właśnie brak jakichkolwiek obowiązków. Wszystko załatwiają tu za ciebie. Nie trzeba o niczym myśleć. Życie tutaj to coś jak jedzenie budyniu, w którym nie ma żadnych grudek. Wkładamy go łyżką do ust, połykamy, zapominamy.

Większość pensjonariuszy jest zadowolonych z tych permanentnych wakacji all inclusive, ale dla mnie i garstki moich przyjaciół monotonia egzystencji w ośrodku dla seniorów nie sprawia, że czujemy się szczęśliwsi.

Postanowiłem, że w roku 2015 znowu będę prowadził dziennik. Z jednej strony, żeby mieć jakieś codzienne obowiązki, a z drugiej dlatego, że zmusza to do aktywności – trzeba mieć oczy i uszy otwarte i śledzić wydarzenia w naszym ośrodku i w otaczającym nas świecie. Codziennie będę zmuszał mózg do wysiłku i systematycznie porządkował myśli. Gimnastyka mózgu wspomaga ducha. W zeszłym roku często żałowałem, że przestałem relacjonować różne wydarzenia: kiedy jakiś staruszek zrobił coś nie tak, personel znowu coś nabałaganił albo dyrektorka zaczynała zbyt wyniośle rządzić swoimi poddanymi. Teraz znowu mam na to ochotę.

Sobota, 3 stycznia

Dyrektor jednego z domów opieki dał w gazecie dobry przykład szczerą wypowiedzią: „Oczekiwania, które wykreowaliśmy jako wzorcowe dla profesjonalnej opieki nad ludźmi starszymi, są w obecnej sytuacji nie do zrealizowania”.

Innymi słowy: nie da się uniknąć, że czasami pielucha nie zostanie zmieniona natychmiast, komuś zginie sztuczna szczęka albo że kogoś trzeba będzie chwilowo przywiązać do łóżka. Cóż, może i smutne, ale taka jest rzeczywistość. Jeśli ci wszyscy narzekacze, żądni sensacji dziennikarze i wszystkie trzydzieści dwie instancje kontrolujące domy opieki chcą to zmienić, niech przekonają większość Holendrów, że należy jak najszybciej podnieść opłaty za opiekę. Życzę sukcesu!

Wręczę osobiście ten artykuł naszej dyrektorce.

Zatkało was, prawda? Koniec z ugrzecznionym Hendrikiem. Wprawdzie trudno jeszcze mówić o dzielnym Hendriku, ale rok temu, w czasie pogrzebu Eefje, przyjąłem sobie za cel, że skończę z tym wiecznym uważaniem na to, co powiedzą inni. Coraz częściej mówię, nie owijając w bawełnę, i jest to najczęściej wspaniałe uczucie. Nadal jeszcze muszę przedtem przełknąć ślinę, serce wali mi jak zwariowane i przez moment się waham, ale zaraz potem skaczę z wysokiej trampoliny w głębinę, aby z radosnym prychaniem wynurzyć się na powierzchnię. Oczywiście nieodzowne jest tutaj wsparcie naszego klubu StaŻy. Zwłaszcza Evert, który jest moim najlepszym przyjacielem i nie ma najmniejszych kłopotów z mówieniem prosto z mostu, stanowi dla mnie opokę, na której zawsze mogę się oprzeć.

Również tego roku zapowiadają zimowy horror. Mimo dotychczasowych prognoz, które się nie sprawdziły, wszyscy traktują tę zapowiedź bardzo poważnie. Pensjonariusze zaczęli chomikować zapasy. Szafki pękają od ciasteczek, czekoladek, napojów i papieru toaletowego. Ten ostatni to od czasu, kiedy sami musimy się w niego zaopatrywać. Od tej pory jego zużycie znacznie spadło – co pociąga za sobą konsekwencje… zapachowe. Co uda się zaoszczędzić na papierze, wydaje się potem na zwiększone zużycie proszków do prania.

Niedziela, 4 stycznia

Nasza dyrektorka, pani Stelwagen, już się tak nie dziwi, kiedy podsuwam jej jakiś artykuł z gazety albo w ogóle niepytany zwracam jej na coś uwagę.

Panią Stelwagen interesuje tylko jedno – jej własne dobro, czyli nieskazitelna reputacja. Lubi, jak w jej grajdołku panuje spokój, a pensjonariusze są zadowoleni. I wie, że ja to wiem. Wie również, że mam popierających mnie zwolenników, których nie powinna lekceważyć, i nie robi tego.

Spór pomiędzy dyrektorką a klubem StaŻy prowadzony jest subtelnie i ostrożnie, z zaznaczającą się przewagą to jednej, to drugiej strony. Nikt nie jest zainteresowany wypowiedzeniem otwartej wojny. Bo chodzi o zbyt ważne sprawy.

– Bardzo panu dziękuję, panie Groen. Widzę, że znowu znalazł pan coś, co możemy wykorzystać z pożytkiem dla nas wszystkich, tak?

– Owszem. Bardzo interesujący artykuł, w którym wypowiada się jeden z pani kolegów po fachu. Na temat oczekiwań wobec opieki oraz otwartości w mówieniu o tym.

– W kwestii otwartości jestem jak najbardziej za. Otwartość wszędzie, gdzie tylko się da i zawsze dla wspólnego dobra.

– Wspólne dobro to takie słowo wytrych, które można bardzo różnie rozumieć, pani dyrektor.

– Ma pan absolutną rację, panie Groen.

Taki jest mniej więcej ton naszych rozmów. Najczęściej trochę mnie potem kosztuje opanowanie nerwów, ale jakoś daję radę. Nieco adrenaliny od czasu do czasu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Poniedziałek, 5 stycznia

Wczoraj był znowu piękny dzień, więc spróbowałem, czy uda mi się zająć którąś z ławek. Do ławki numer 1 jest czterysta metrów, potem sześćset metrów do ławki numer 2, a na koniec jeszcze czterysta, żeby wrócić do ośrodka. Podaję odległości przybliżone.

Z niejakim trudem, ale jednak mi się udało. Od mniej więcej roku mój promień działania ustabilizował się i mogę z zadowoleniem stwierdzić, że w tej kwestii zastój znaczy postęp.

Staram się przestrzegać zasady, że najszybszym sposobem dotarcia w jakieś miejsce jest powolne zmierzanie do niego. Dzięki temu mam szansę nie paść między jedną ławką a drugą. Wciąż jeszcze udaje mi się poruszać się spokojnie, a potem jeszcze dziarsko wyglądać. Za nic nie chcę balkonika i zadowalam się laską, którą mam jeszcze po ojcu i którą za bardzo macham w powietrzu. A potem staram się wyglądać na ławce na tyle dostojnie, na ile się da. Dumny Hendrik. Wiadomo.

Codzienne prowadzenie dziennika znowu bardzo mi się podoba. Cieszę się, że zacząłem to robić ponownie, i bardzo żałuję, że zarzuciłem to na cały rok.

Jak mawiała kiedyś moja żona: człowiek żałuje przede wszystkim tego, czego nie zrobił.

W najbliższych dniach postaram się zapisać w skrócie rok 2014 pod kątem tego, co wydarzyło się w naszym ośrodku.

Wtorek, 6 stycznia

Najważniejsze wydarzenie roku 2014 nastąpiło, kiedy miał on zaledwie dwa dni: pogrzeb Eefje. Moj skarb wyglądał jak piękna Śpiąca Królewna, zanim wieko trumny rzuciło na nią definitywny cień.

Nabożeństwo żałobne było godne, muzyka ładna i padło dużo wzruszających słów. Ale to żadna pociecha.

Głównym powodem, dla którego przez całe miesiące nie miałem ochoty pisać, było to, że za nią tęskniłem. Gdy tylko siadałem do komputera, z miejsca pisałem jej imię. Czas leczył tę stratę bardzo powoli.

Drugim najważniejszym wydarzeniem było przeniesienie się Grietje w listopadzie „na drugą stronę”, czyli na oddział zamknięty. Pan Alzheimer zaatakował gwałtowniej, niż się wszyscy spodziewali. Grietje coraz częściej się gubiła. W sensie dosłownym, kiedy szukała swojego mieszkania nie na tym piętrze co trzeba, i w sensie przenośnym, gdy nie miała pojęcia, do czego służy czajnik. Do samego końca dużo się razem śmialiśmy. Ona zawsze z humorem podchodziła do swojego zapominania. Żadnej złości, żadnego strachu. W czasie przeprowadzki z uśmiechem chodziła tam i z powrotem za wózkiem, którym przewożono jej rzeczy w nowe miejsce.

Wszyscy by chcieli w ten sposób przeżywać demencję. Ale po każdej wizycie u Grietje uświadamiam sobie na nowo, że ta kobieta jest absolutnym wyjątkiem – prawdziwa róża wśród pokrzyw.

W Hillegom w południowej Holandii pozwolono grupie osób z demencją z ośrodka Den Weeligenberg znowu mieszkać samodzielnie, choć na terenie ośrodka. Kiedyś rozejrzałem się dokładniej po naszym oddziale zamkniętym i nie znalazłem nikogo, komu chciałbym dać klucze do własnego pokoju. No, chyba żeby chodziło o sprawdzenie zachowań w sytuacjach ostatecznych, na przykład, co zrobić, gdy dojdzie do zalania budynku, pożaru lub wybuchu. Może tam, w Hillegom, trochę się jednak pospieszyli z tym przywróceniem samodzielności osobom z demencją?

Pani Quint, zawodowa pesymistka, przepowiedziała zamach na papieża Franciszka.

– Nie dożyje końca roku, żebyśmy nie wiem jak się modlili – mówiła z ustami pełnymi ciasta, plując okruszkami na wszystkie strony.

Evert chciał się z nią założyć o sto euro, że ten sympatyczny zastępca Jezusa na ziemi także pierwszego stycznia 2016 będzie jak najbardziej żywy, ale okazało się, że pani Quint nie jest na tyle pewna swojej przepowiedni, żeby się od razu zakładać.

Muszę powiedzieć, że papież Franciszek budzi moją sympatię już choćby dlatego, że jeździ białym renault 4 z roku 1984.

Ciekawe, co się stało z poprzednim papamobile?

Środa, 7 stycznia

Dla naszego klubu StaŻy 2014 był rokiem przejściowym. Wraz ze śmiercią Eefje utraciliśmy główną podporę, a wiosną także Grietje przestała uczestniczyć w naszych wycieczkach, ponieważ coraz częściej wszystkiego musiała dotykać. Kiedy byliśmy w nowym Rijksmuseum, zrobiła się z tego niezła awantura ze strażnikami.

– Ale ja chcę tylko zobaczyć, jakie to jest w dotyku.

– Proszę pani, to absolutnie wykluczone.

– No dobrze, w takim razie więcej nie będę.

Dwie sale dalej już zapomniała o swojej obietnicy.

Ale są też dobre wiadomości: otóż przyjęliśmy do naszego klubu dwoje nowych członków. Z mojego polecenia na wiosnę do klubu wstąpił pan Geert Hoogdalen, mój oszczędny w słowach przyjaciel i zarazem posiadacz prawdziwego ferrari wśród skuterów elektrycznych. Niedługo potem Edward zaproponował kandydaturę pani Van der Horst. Uznał, że potrzebna jest pewna równowaga dla jego afazji, przez którą mówi coraz bardziej niezrozumiale, i dla milczkowatości Geerta. Leonie van der Horst uwielbia dużo mówić, jest wesoła, trochę zwariowana i pełna pomysłów. W dodatku uważa, że Evert jest zabawny, co on traktuje z wyraźną rezerwą, a to z kolei skłania Leonie do tego, żeby jeszcze częściej głaskać go po łysinie.

Jednym słowem, dwa ciekawe nabytki w naszym klubie.

Już od miesięcy tematem rozmów jest ustawa o opiece społecznej. Chociaż jeszcze nikt nikomu nie odmówił dodatkowej szklanki herbaty, to niektórzy z pensjonariuszy twierdzą z uporem, że już odczuwają skutki oszczędności na własnej skórze.

Kiedy poprosiłem panią Slothouwer, która jak zwykle musiała mieć ostatnie słowo, o podanie przykładów, nie potrafiła powiedzieć nic więcej niż tylko:

– No proszę, a pan Groen znowu z tymi swoimi przykładami.

Kiedyś tworzyła trudny do zniesienia duet ze swoją siostrą. Kiedy ta zmarła nagle w zeszłym roku, pozostała przy życiu pani Slothouwer przejęła od siostry jej część złośliwości.

Dostałem jednak niespodziewane poparcie.

– Ja akurat zgadzam się z wielce szanownym panem Groenem, droga pani, i chętnie usłyszę jakieś przykłady – powiedział Graeme.

W tej sytuacji pani Slothouwer nagle uznała całą sprawę za kompletnie niewartą dalszej dyskusji.

Czwartek, 8 stycznia

Wiadomość o strzelaninie w redakcji francuskiego tygodnika „Charlie Hebdo” wstrząsnęła mną do głębi. Nieczęsto się już zdarza, abym reagował emocjonalnie na jakieś wydarzenia, ale wczoraj przez cały dzień chodziłem przybity.

Zupełnie jakby pensjonariusze naszego ośrodka zawarli jakąś umowę, wszyscy powstrzymali się od zwyczajowych głupich komentarzy. Tylko Bakker stwierdził, że każdy cudzoziemiec z brodą natychmiast powinien być zamykany w więzieniu.

– Aha, ma pan na myśli na przykład Świętego Mikołaja? – spytała Leonie.

– Oczywiście, że nie. Tylko ludzi o brązowej i czarnej skórze.

Człowiek miałby ochotę zakleić mu ten głupi dziób taśmą. Z takim małym otworkiem na rurkę, żeby mógł pobierać tylko pokarm w płynie.

O ile wiem, w naszym ośrodku jeszcze nigdy nie było żadnego pensjonariusza muzułmanina. Przypuszczam, że tureccy i marokańscy staruszkowie spędzają ostatnie lata życia w kraju swojego pochodzenia albo siedzą zamknięci w mieszkaniu któregoś z dzieci, z klatką schodową jako niedającą się pokonać przeszkodą.

Są oczywiście muzułmanie wśród pracowników ośrodka, ale jeszcze nie widziałem, żeby jakiś pensjonariusz zaczął pogawędkę o Allahu ze sprzątaczką w chuście czy kimkolwiek spośród personelu. My nie wiemy nic o nich, oni nie wiedzą nic o nas.

Chyba już kiedyś o tym wspominałem, że Pan Bóg i ja mamy taką umowę, że nie zawracamy sobie nawzajem głowy. A Bóg, który obiecuje siedemdziesiąt dwie dziewice, obojętne za co miałoby się je dostać, wydaje mi się jednym z tych głupszych. Pomijając fakt, że po paru miesiącach nie byłyby już dziewicami, zakładając, że stanowiłyby nagrodę dla prawdziwego faceta. A jaka jest przewidziana nagroda dla pań, ja się pytam?

Zaraz ma być minuta ciszy. Mam ochotę zrobić przerwę w pisaniu, ale boję się, że nikt tego nie zrozumie.

Piątek, 9 stycznia

Organizacja Mieszkać Dłużej Samodzielnie rozesłała list do wszystkich burmistrzów, zalecający większą uwagę we wprowadzaniu przejściowych rozwiązań w ustawie o opiece społecznej. Ludzie starzy nie lubią zmian, za to przejściowe rozwiązania są dla nich łatwiejsze do przełknięcia.

Kiedyś zadanie ośrodków dla seniorów opisywano za pomocą trzech „K”: komfort, kontrola i kontakt. Tak się jakoś dziwnie składa, że z biegiem czasu te trzy „K” zniknęły trochę z pola widzenia.

Dzisiaj ludzie starzy muszą maksymalnie długo mieszkać samodzielnie. Brzmi to może nawet przyjemnie z punktu widzenia poszanowania praw człowieka, ale ma swoje oczywiste wady. Według danych Centralnego Urzędu Statystycznego, w Holandii jest trzysta tysięcy całkowicie samotnych osób starszych. Większość z nich mieszka u siebie i zgodnie z nową ustawą powinna maksymalnie długo pozostać całkowicie samotna.

Jak zwykle przesadzamy. Pomysł, aby za pomocą instytucji ośrodków dla seniorów dbać o komfort, kontrolę i kontakt, jest doskonały. Szwankuje tylko wykonanie. Przebywanie w domach seniorów prowadzi przede wszystkim do ubezwłasnowolnienia, niesamodzielności i lenistwa.

Wszędzie czytamy o grupach ludzi starszych poszukujących nowych form wspólnego życia, które pozwolą zadbać o… jakżeby inaczej: komfort, kontrolę i kontakt. Tyle że nie są to osoby grubo po osiemdziesiątce, tylko żywotni sześćdziesięciolatkowie czy siedemdziesięciolatkowie z pomysłami i pieniędzmi.

Na rok 2015 zaplanowałem sobie dwie rzeczy. Pierwsza to dociągnąć do roku 2016, a druga to każdego dnia coś wyrzucić. Ludzie są zbieraczami. Niedawno uprzątano pokój po jednej ze zmarłych pensjonariuszek i znaleziono tam dziesiątki kilogramów cukru, mydła, masła i mleka. Jednym słowem, wszystko to, co w czasie wojny było na kartki. Do tego jeszcze pełne szafy dupereli: wazoników, filiżanek, obrazków, talerzyków, świeczek, buteleczek i puszek. Od razu wtedy rozejrzałem się krytycznym okiem po swoim pokoju… i odkryłem masę niepotrzebnych rupieci.

Sobota, 10 stycznia

Jeszcze na temat roku 2014.

Klub StaŻy odbudowywał się bardzo powoli po śmierci Eefje i wycofaniu się Grietje. Późną wiosną wznowiliśmy wycieczki. Nowy naszyjnik z prawdziwych perełek. Potem okazało się, że potrzebujemy nowego rodzaju wyjść i inspiracji, żeby nie popaść w rozleniwienie. Umówiliśmy się, że nie dopuścimy po raz drugi, żeby umknęło nam parę miesięcy. W naszym przypadku zmarli, nawet ukochani, nie mogą być usprawiedliwieniem.

– To do niczego dobrego nie prowadzi! – powiedział Evert i całkiem poważnie zaczął się zastanawiać, czy jest jakiś kurs ozdabiania trumien. – Żeby trochę radośniej iść do tego piachu.

Nic jeszcze nie znalazł i jego zdaniem jest to jakaś luka na rynku. Przy okazji dał nam do zrozumienia, że bardzo by chciał, abyśmy na jego pogrzebie byli ubrani wesoło i kolorowo. To samo miałoby dotyczyć grabarzy. Poprosił, żebyśmy się o to zatroszczyli.

Mamy nową pensjonariuszkę, która dzisiaj przy herbacie pochłonęła jedno po drugim dziesięć wielkich herbatników z orzechami. Mniej więcej przy czwartym zrobiło się wokół niej cicho, a potem z sześć osób z zapartym tchem patrzyło, jak jedno ciasteczko po drugim znika w jej małych usteczkach. Sama przyniosła opakowanie tych herbatników, więc w zasadzie nikt nie miał nic do gadania, ale gdzieś tak przy ósmym asystująca nam zawsze pielęgniarka nie wytrzymała.

– Pani Lacroix, czy to na pewno rozsądne?

– Ciiii… – próbowała odpowiedzieć pani Lacroix, a przynajmniej tak się wszystkim wydawało.

Po dziesiątym popatrzyła na zebranych wokoło i spytała, czy ktoś może chciałby się poczęstować.

– Czemu pani to robi?

– Jestem performerką – odpowiedziała.

– Tak sobie nawet wyobrażaliśmy… – rzucił Bakker.

– Kim ona jest? – nie zrozumiała pani Duits.

Usłyszałem to z pierwszej ręki od Edwarda. Był przy tym i strasznie mu się podobało.

Muszę kiedyś poznać tę panią Lacroix.

Niedziela, 11 stycznia

Z badań wynika, że osiemdziesięciolatkowie są szczęśliwsi, niż kiedy mieli czterdzieści lat. Przy czterdziestce człowiek podobno osiąga najniższy punkt, jeśli chodzi o poczucie szczęścia. Nie dość, że ma tyle zmartwień z rodzicami i dziećmi, to jeszcze dodatkowego stresu dostarcza praca zawodowa.

Są to ustalenia pewnego profesora, który sam dobiega osiemdziesiątki. Pewnie wie, o czym mówi. Ale ciekaw jestem, czy ten profesor – nazywa się Vaillant – kiedykolwiek był w takim ośrodku dla seniorów jak nasz? Wtedy wiedziałby, że szczęście niekoniecznie bije z twarzy osiemdziesięciolatków. Ale może doszedłby do wniosku, że staruszkowie najwyraźniej skrzętnie to swoje rzekome szczęście ukrywają.

Może powinien wygłosić tu parę wykładów, żeby to i owo wyjaśnić. No bo to już chyba ostatni gwizdek, jeśli ktoś chce być szczęśliwym.

Jako przykład podam choćby pogodę.

Wieje u nas już prawie od tygodnia i po niżu z siłą wiatru sześć ma w najbliższych dniach przyjść niż z siłą wiatru osiem stopni. Jeśli ktoś jest choćby w połowie tak szczęśliwy, jak twierdzi profesor, to przecież nie da sobie zepsuć tego szczęścia na całe dnie jakiejś byle silniejszej bryzie. Wprost przeciwnie: wychodzi wtedy na ulicę i pozwala, żeby wiatr targał mu włosy.

Coś takiego dzieje się jednak rzadko. Głównie słychać tylko narzekania na temat fryzur, które diabli biorą. Zupełnie jakby te resztki włosów naprawdę musiały być ułożone pod linijkę.

Jeśli o mnie chodzi, to wykryłem, że mój skuter elektryczny jest jednak trochę podatny na działanie wiatru. Dzisiaj rano o mało się nie przewróciłem, kiedy mając wiatr w plecy, zahaczyłem kołem o wysoki krawężnik. W ostatniej chwili przerzuciłem ciężar ciała na drugą stronę i jakoś wyrównałem. Za plecami usłyszałem Geerta, jak śmieje się do rozpuku na swoim skuterze. Kilkaset metrów dalej to ja śmiałem się z niego, kiedy przejeżdżające obok auto obryzgało go wodą z kałuży. Dwóch stetryczałych rozrabiaków w pusty niedzielny poranek w dzielnicy Amsterdam Noord. Przeszczęśliwych w deszczu i wichrze.

Poniedziałek, 12 stycznia

Niedomagania fizyczne nie omijają też oczywiście członków naszego klubu StaŻy. Piszę nie po to, żeby się uskarżać, tylko żeby naszkicować stan faktyczny. Evert jeździ na wózku inwalidzkim i ma cukrzycę. Antoine i Ria tworzą klasyczny duet ślepego z kulawym: on ma reumatyzm, a ona niedowidzi. Edward po udarze mówi tak, że praktycznie nie da się go zrozumieć. Geert ma stomię i zaburzenia snu. Leonie cała się trzęsie i cierpi na nietrzymanie moczu. Ja sam mam krótki oddech, źle chodzę, popuszczam i od czasu do czasu męczy mnie podagra. Tylko Graeme jest jeszcze w nie najgorszym stanie.

Całkiem niezła lista przypadłości, co?

W ramach klubu mamy taką umowę, że nie wolno na ten temat narzekać ani marudzić, ale za to można sobie z tego żartować. Bardzo nam to wszystkim pomogło. Po prostu śmiejemy się ze swoich nieszczęść. Dzięki temu życie ze wszystkimi płynącymi z naszego stanu ograniczeniami staje się odrobinę łatwiejsze do zniesienia.

W czasie dość przypadkowego w zasadzie zgromadzenia naszego klubu narodził się całkiem przyjemny nowy pomysł. Jeśli idzie o nasze wyjścia, to w zasadzie zbiegiem nieszczęśliwych okoliczności mieliśmy małą zimową przerwę aż do po świętach, ale nikomu się nie podobało, że już tak długo nie mamy nic w planach. Wczoraj przy herbacie Ria i Antoine z pewnym wahaniem przedstawili swój pomysł na drugi rodzaj aktywności.

– Pomyśleliśmy, że mogłoby to być coś związanego z jedzeniem.

– O rany, aleście nas zaskoczyli! – powiedział Edward.

– Uznaliśmy, że może byłoby miło, gdybyśmy tak… powiedzmy raz w miesiącu wszyscy szli na kolację do restauracji i żeby za każdym razem ktoś z nas wybierał restaurację z kuchnią jakiegoś innego kraju.

– Aha, i waszym zdaniem to ma być dobry pomysł? – zdziwił się Evert.

Ria i Antoine popatrzyli na nas lekko zbici z tropu.

– Oczywiście, wcale nie musimy, my tylko…

– Szczerze mówiąc, jak dla mnie jest to… znakomity pomysł – powiedział Evert z szerokim uśmiechem. – Tyle że może powinniśmy to robić częściej niż raz na miesiąc.

Tak więc postanowione: raz na trzy tygodnie wychodzimy do miasta na kolację, za każdym razem do restauracji z kuchnią innego kraju, według wyboru kolejnych członków klubu. Restauracje chińskie i włoskie zostały skreślone z listy. Ten projekt nie ma zastąpić naszych dotychczasowych wyjść, które niedługo powinny znowu się zacząć, tylko niejako je uzupełniać.

Wtorek, 13 stycznia

Pierwszy znany zmarły Holender tego roku to projektant mody Frans Molenaar. Spadł ze schodów i już się nie podniósł. Zadziwiający człowiek z zadziwiającego świata haute couture. Świata kompletnie oderwanego od rzeczywistości.

– Oni robią stroje wyłącznie na karnawał. Przecież nikt czegoś takiego nie włoży na co dzień – stwierdziła pani Van Diemen.

– Taki kapelusz to może od razu zastępować parasolkę – zauważyła jej sąsiadka, komentując średniej wielkości UFO na głowie modelki.

– Wszystko geje, a i tak zawsze mają obok siebie najpiękniejsze kobiety – zauważył z niechęcią pan Dickhout.

– Oczywiście jeśli ktoś lubi szkielety w futrach. One nie mają na sobie grama ciała – wtrącił jego sąsiad.

Frans Molenaar z pewnością pokręciłby z wyższością nosem, słysząc te głębokie analizy.

My tutaj niezbyt znamy się na modzie. Tylko w opadających spodniach, kroku w kolanach i powyciąganych szelkach jesteśmy jak najbardziej na bieżąco. To samo jest teraz akurat w modzie w „prawdziwym” świecie hipsterów. Można powiedzieć, że niejako wykreowaliśmy współczesny trend.

Evert wpadł do mnie wczoraj przed jedzeniem na jednego, bo jego zapasy się skończyły, a z powodu deszczu nie chciało mu się zasuwać do sklepu z alkoholem.

Kiedyś już zaniósł podanie do naszej pani dyrektor, czy w naszym minimarkecie na dole nie mogliby sprzedawać alkoholu. W odpowiedzi usłyszał, że jest to nie do zrealizowania ze względu na „niemożność uzyskania zezwolenia”.

– Oczywiście mam nadzieję, że po mojej śmierci nie zabraknie wieńca od sieci sklepów Gall and Gall, której jestem wiernym klientem, mimo zaawansowanej cukrzycy – powiedział Evert. – Świetlany przykład wrodzonej mądrości.

W zeszłym roku, co jest prawdziwym cudem, mój przyjaciel uniknął kolejnych amputacji. W zasadzie świetnie wygląda na tym swoim wózku. A język dalej ma ostry jak brzytwa.

Absolutnie nie wolno mu umrzeć przede mną, dlatego robię mu małego drinka. Evert przymocował sobie do wózka uchwyt na butelkę, ale ja jednak upieram się przy tym, żeby po każdym rozlaniu odstawiać jenevera do lodówki.

– Nie, żebym ci żałował, przyjacielu.

– Gadaj zdrów, Groen.

Środa, 14 stycznia

Umysły wszystkich pensjonariuszy zaprząta tajemnicza sprawa.

Po raz kolejny bowiem znaleziono w dziwnym miejscu jabłko. Kilka dni temu pierwsze jabłko odkryto w windzie, potem ktoś znalazł drugie przy drzwiach wejściowych, trzecie i czwarte odkryto na korytarzach, a wczoraj rano owoc odmiany Granny Smith pływał w akwarium. Na szczęście żadne rybki od tego nie pozdychały. Ponieważ przy braku prawdziwie ważnych wydarzeń, byle incydent w naszym ośrodku chętnie bywa wyolbrzymiany, tematem dnia stało się to, że ktoś „wszędzie” rozkłada jabłka.

Gwoli ścisłości trzeba powiedzieć, że to piąte na początku leżało obok akwarium. To ja włożyłem je do środka. Jakoś samo tak wyszło. Na korytarzu nie było nikogo, kto mógłby mnie zobaczyć. Żeby wszystko było jasne, to nie ja podkładam jabłka. Wydaje mi się tylko, że sprawca pewnie został spłoszony, kiedy chciał wrzucić jabłko do akwarium.

Zdaniem pani Schaap pięć jabłek to nie może być przypadek. Brawo, pani Sherlock Schaap!

Wszyscy zaczęli na wyścigi sprawdzać misy z owocami na stołach.

Wybrałem się na przejażdżkę skuterem w deszczu i wichrze, żeby zobaczyć pierwsze kwitnące narcyzy. Jeśli ktoś mi nie wierzy, sam może sprawdzić: na pasie zieleni na końcu Kamperfoelieweg. Przebiśniegi widziałem już w zeszłym tygodniu, to nic specjalnego, ale narcyzy w styczniu to już coś trochę nie tak.

Bardzo bym chciał, żeby na wodzie była gruba warstwa lodu, wystarczająco gruba, by wytrzymała ciężar mojego skutera. Po raz pierwszy od lat mógłbym wtedy wyjść na lód. Pod warunkiem że nadawałby się, żeby po nim jeździć. Byłoby wspaniale, gdybym tak mógł przejechać po Gouwzee od Volendam do Marken. Geert obiecał, że jak do tego dojdzie, będzie mi towarzyszył na swoim ferrari.

Czwartek, 15 stycznia

Wczoraj w windzie leżała mandarynka.

– Ledwie się człowiek przyzwyczaił do jabłek, a tu masz – powiedziała pani Schaap.

Mandarynka jest najważniejszym tematem rozmów przy kawie i herbacie. Niektórzy bardzo się tym przejmują. Uważają, że to zapowiedź jakiejś wielkiej tragedii.

– To przecież zwykła mandarynka, a nie żadna bomba – próbowała uspokajać pensjonariuszy pielęgniarka.

Założyłem się z Evertem, że to ktoś z personelu po kryjomu podkłada owoce, on z kolei uważa, że sprawcą jest ktoś z pensjonariuszy. Stawka: książka według wyboru przegrywającego. Najpierw Evert musiał przysiąc, że to nie on podkłada owoce. Wcześniej mieliśmy się założyć, co znajdzie się następne, ale nie wierzymy sobie za grosz. Gdybyśmy się na przykład założyli, że następny będzie banan, to na pewno już za kwadrans gdzieś w doniczce ktoś znalazłby banana.

Tymczasem personel został poinstruowany przez panią Stelwagen, żeby szczególnie czujnie się rozglądać. Usłyszałem to od pani Morales, która niedawno została u nas zatrudniona jako opiekunka. Wiecznie trajkocząca Hiszpanka, która ma do mnie słabość. Często to, co mówi, zaczyna się od słów: „Proszę tego nikomu nie powtarzać, ale…”. I jeszcze do tego ten zabawny hiszpański akcent.

Być może będę miał w niej znowu swoje „głębokie gardło” wśród personelu. Wcześniej tę rolę spełniała moja przyjaciółka, Anja Appelboom, która przez długi czas pracowała w biurze dyrektorki i regularnie dostarczała mi informacji, które nie były przeznaczone dla pensjonariuszy. Stelwagen wysłała ją na wcześniejszą emeryturę.

Jeśli idzie o informowanie pensjonariuszy, to nasza szanowna pani dyrektor hołduje zasadzie: czego człowiek nie wie, to go nie boli. Odnoszę wrażenie, że pani dyrektor uważa za wskazane nie absorbować pensjonariuszy sprawami, które mogą ich tylko zdenerwować. Dla niej osoby starsze – i nie ona jedna tak uważa, sam, na przykład, w wielu wypadkach się z nią zgadzam – nie są w pełni dorosłymi ludźmi. Bo jeśli przez całe lata traktuje się ludzi jak małe dzieci, to większość z nich w końcu zaczyna wykazywać oznaki zdziecinnienia.

Piątek, 16 stycznia

Witalność naszych pensjonariuszy nie podniosła się od zeszłego roku, niestety. Najsłabsi i najstarsi odeszli, ale na ich miejsce nie przyszli dziarscy siedemdziesięciolatkowie, tylko powitaliśmy osobników grubo pod osiemdziesiątkę.

Rekordowo krótki pobyt zaliczyła pewna pani, której nawet nie zdążyliśmy poznać z nazwiska. Półtora dnia po uroczystym wjeździe na wózku inwalidzkim głównym wejściem opuściła budynek w drewnianej skrzyni tylnymi drzwiami. Może emocje związane z przeprowadzką okazały się dla niej zbyt silne.

– Zdążyła wypić filiżankę herbaty. Jedną! – powtórzyła pani Duits chyba ze cztery razy.

– Aha, no i co z tego? – spytał Bakker. Też cztery razy.

Ktoś zaczął się głośno zastanawiać, czy zmarła i tak musiała zapłacić za miesiąc pobytu z góry.

Zgodnie z nowymi wytycznymi osoby przyjmowane są do domów opieki tylko wówczas, kiedy bardzo niewiele same mogą, a więc potrzebują dużo opieki. Nowi pensjonariusze już w momencie przybycia są zaledwie o krok od śmierci lub oddziału zamkniętego.

Zdrowi pensjonariusze są w mniejszości. Spodziewana średnia przeżycia oscyluje około dziewięćdziesiątki. Rotacja staje się coraz szybsza. Ogólnie nie jest wesoło.

W naszej „sali gimnastycznej”, czyli nieużywanym pomieszczeniu biurowym, leżał ananas. Najwidoczniej sprawca przechodzi do większych owoców.

Zabawne, że coś tak niewinnego jak bezpański owoc może narobić tyle zamieszania. Normalnie pensjonariusze nie cofają się przed snuciem najbardziej nawet dziwacznych teorii spiskowych, ale w tym wypadku tylko patrzą z rozdziawionymi gębami. Nie mają pojęcia, co o tym sądzić. Sprawa jest zbyt dziwaczna.

„Nic z tego nie rozumiem. Kto może robić coś takiego?”, to najczęściej powtarzana analiza sprawy.

Dla tajemniczego sprawcy pewnie byłoby dobrze, gdyby go nie wykryto. Ale jeśli idzie o nasze zakłady, to byłoby szkoda.

Sobota, 17 stycznia

Surowe kryteria przyjmowania do ośrodków opieki doprowadzą do tego, że te przybytki będą pustoszały. W roku 2020 ma podobno zostać zamkniętych osiemset z istniejących dwóch tysięcy placówek. Jeden na każde dwa i pół. Oznacza to również, że w ciągu pięciu lat dojdzie do lawiny przeprowadzek, ponieważ kierownictwo nie będzie przecież czekać z zamknięciem ośrodka, aż ostatni pensjonariusz wyzionie ducha.

Półtora roku temu mocno nas przestraszono planami przebudowy. Kiedy zrezygnowano, pensjonariusze przyjęli to jednym wielkim westchnieniem ulgi. Bardzo możliwe, że ulga jest nieuzasadniona. Mój zdrowy chłopski rozum podpowiada mi, że zrezygnowano z przebudowy tego starego budynku, ponieważ znalazł się na liście „do odstrzału”.

Mam zamiar wystąpić wkrótce o taką informację do pani Stelwagen.

Skarżymy się z powodu każdego przejawu oszczędności, na który musimy się godzić, ale zawsze może być gorzej. Ostatnio jedna z gazet codziennych doniosła, że pani Sientje van der Lee (lat 91) nie może już uprawiać roślin na parapecie swojego mieszkania w galeriowcu dla seniorów, ponieważ przeszkadzają one firmie raz na pół roku myjącej okna, a poza tym zdarza się że z takiej rośliny od czasu do czasu spadnie jakiś listek. Wspólnota mieszkaniowa zarządziła usunięcie kwiatów. Sientje przez całe życie mieszkała na wsi, więc protestuje, mówiąc: „Muszę mieć wokół siebie zieleń”, i zaczyna nieustępliwą akcję, wywieszając transparent z napisem: ODCZEPCIE SIĘ OD MOICH KWIATÓW. W zderzeniu z takimi problemami nawet zamieszanie spowodowane zamachami w Paryżu i w Belgii trochę blednie.

Niedziela, 18 stycznia

Jutro wieczorem mamy zebranie klubu StaŻy. Na porządku dziennym stoi dopracowanie planu wypraw do restauracji oraz ustalenie ogólnych założeń nowych wycieczek.

Sen zimowy trwał dostatecznie długo. Czas się ruszyć. Zebranie odbędzie się u Geerta, który według własnych słów „solidnie się do tego przygotował”.

Scedowanie przez państwo kwestii opieki na gminy spowodowane było z jednej strony cięciami budżetowymi, a z drugiej chęcią przeniesienia decyzji bliżej zainteresowanych otrzymywaniem opieki.

Budżetowi państwa wyszło to na dobre, ale decentralizacja poszła trochę nie tak. Rady gminne, które nagle zaczęły mieć coś do powiedzenia, masowo zdecydowały się na dalszą decentralizację. Żeby zaoszczędzić na wydatkach, dziesiątki gmin podjęły wspólne działania, by kupować taką opiekę jak najtaniej.

Tak więc zamiast ministra i sekretarza stanu „sektor opieki” ma do czynienia pi razy oko z trzydziestoma radnymi z trzydziestu siedmiu miast i wsi. Kontroluje ich nie stu pięćdziesięciu posłów Izby Niższej parlamentu, tylko pięciuset członków rad, którzy na przykład uparli się bronić interesów jakiejś lokalnej fundacji, powiedzmy z Lutjebroek. Ciekaw jestem, do czego nas to doprowadzi.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że mieszkańcy Lutjebroek mają już serdecznie dosyć pojawiania się w tego rodzaju porównaniach tylko dlatego, że wioska ma taką, a nie inną nazwę.

Mój przyjaciel Evert zastanawiał się, dlaczego właściwie nie wolno sporządzać podobizn proroka Mahometa. Dobre pytanie, na które nikt nie potrafi odpowiedzieć. Sugestię Everta, że „być może prorok był zezowaty jak melon”, odrzucono gwałtownie, kiedy okazało się, że nie zna odpowiedzi na pytanie: „Jak zezowaty jest melon?”.

W ten sposób zupełnie niespodziewanie znów jesteśmy przy owocach: wczoraj w aneksie kuchennym znaleziono banana. Pojawiły się plotki, że personel prowadzi zorganizowane polowanie na sprawcę. Jak dotąd bez rezultatu. Dyrekcja wezwała pensjonariuszy do zachowania spokoju. Wezwania tego rodzaju przynoszą przeważnie skutek odwrotny od zamierzonego, o czym pani Stelwagen powinna już chyba wiedzieć.

Poniedziałek, 19 stycznia

W zeszły weekend odbyła się narodowa akcja liczenia ptaków. Przypomniało mi to moją zmarłą przyjaciółkę Eefje, która siadała wtedy przy oknie i godzinami niezmordowanie liczyła wróble i sikorki.

Nie chciała mojej pomocy.

– Tylko prawdziwi miłośnicy ptaków mają prawo w tym uczestniczyć, Henk. A ty jesteś po prostu poszukiwaczem przygód, który by mnie rozpraszał. Przyjdź za godzinę.

I tak cudownie się przy tym śmiała. Rozpływałem się wtedy ze szczęścia. Bardzo za nią tęsknię. Miłość rzadko ma szczęśliwe zakończenie.

Usłyszałem od pani Morales, że nasza pani dyrektor zamierza wydać zakaz telefonowania w sali jadalnej. Nie, żeby pensjonariusze jakoś specjalnie dużo rozmawiali przez telefon, ale jak już ktoś zadzwoni, to cała sala w tym współuczestniczy.

– Gdzie jestem? Przy stole… endywia z klopsem… ujdzie… nie, fatalnie, oka nie zmrużyłam… przy tej pogodzie, to wiesz… Kiedy w końcu wpadniesz?

I tak dalej, i tak dalej.

Seniorzy i współczesna telefonia to nie jest dobre zestawienie. Przez te wszystkie niezrozumiałe pikania i dzwonki stają się nerwowi. Najbardziej by chcieli, żeby były bezprzewodowe staroświeckie telefony z bakelitu, z których można by dzwonić, wykręcając numer na tarczy. A przez te małe klawisze i przyciski niemal zawsze za pierwszym razem dzwonią nie do tej osoby, co trzeba.

– To z kim ja rozmawiam?!

Te małe płaskie telefoniki, jeszcze w dodatku z całą książką telefoniczną w środku, to koszmar. Nawet duże cyfry, specjalnie dla starych oczu i drżących palców, tylko częściowo pomagają.

W toalecie leżało kiwi.

Stelwagen jest niezadowolona. Zupełnie nie umie zachować dystansu wobec czegoś tak nieistotnego jak pojawiający się od czasu do czasu owoc i odbiera to jako podkopywanie jej autorytetu. Bo przecież staje się to tematem rozmów pensjonariuszy na cały dzień.

Strasznie mnie to fascynuje. Evert obiecał, że kiedy już będzie wiadomo, kto jest autorem tej akcji, podaruje mu wielki kosz owoców.

Wtorek, 20 stycznia

Wczoraj był Blue Monday. Trzeci poniedziałek stycznia został ogłoszony najbardziej depresyjnym dniem roku. Przez kogo? Nie mam pojęcia. Ale nasz klub tego nie uznaje. Właśnie tego dnia odbyliśmy burzliwe spotkanie członków u Geerta. Był to pierwszy raz, kiedy nas podejmował, i zadał sobie niemało trudu z przygotowaniem jedzenia i napojów. Mam wrażenie, że picia wystarczy mu aż do lata. Wszystkiego było tyle, że gdyby każde z nas na przykład przez cały wieczór piło tylko piwo, to i tak by go nie zabrakło. To samo dotyczyło wszelkiego koloru win, coli, sprite’a, fanty, soków, jenevera, advocata i koniaku. Miał nawet butelkę jenevera z czarnej porzeczki. W ogóle nie wiedziałem, że coś takiego jest. Do tego gigantyczne ilości przekąsek, zupełnie jakbyśmy przez całą zimę głodowali. Każdy wyszedł od niego z torebką na wynos. Evert ze szczególnie wielką, bo jako jedyny ma psa. Jego Mo to prawdziwy żarłok, który jest w stanie pochłonąć wszystko. Obojętne, co się w niego pakuje, zrobi z tego kupę. Evert zaofiarował się, że gdyby którejś z butelek groziło przekroczenie terminu przydatności do spożycia, to on chętnie pomoże.

– Tylko jakby się miało zmarnować – dodał z krzywym uśmiechem. W jego przypadku nie ma znaczenia, co w siebie wlewa.

Jedzenie, picie, śmiechy… Prawie nie zostało nam czasu na klubowe sprawy.

Ustaliliśmy dwa terminarze: jeden dla projektu „restauracje świata”, a drugi dla nowej serii naszych wycieczek. Chodziło nam o to, żebyśmy w tym roku wychodzili gdzieś razem co najmniej raz na dwa tygodnie.

Założyliśmy fundusz dla uboższych członków klubu, z którego w razie potrzeby można czerpać. Nikt nie robił z tego powodu trudności. Zostałem wybrany na skarbnika i jako pierwszy anonimowo zasiliłem fundusz. W końcu jestem całkiem dobrze sytuowany. Członkowie klubu mogą zgłaszać się do mnie dyskretnie o finansowe wsparcie ich pomysłu. Bo postanowiliśmy, że jak najszybciej pozbędziemy się oszczędności.

„Zrób czystkę na koncie, nim pochowają cię!” – to nasze pierwsze oficjalne hasło klubowe. Szukamy kolejnych sloganów. I kolejnych członków. To był naprawdę przezabawny wieczór.

Uprzedziliśmy wcześniej sąsiadów Geerta, że być może na jakiś czas zostanie przekroczony dopuszczalny poziom hałasu, i poprosiliśmy, żeby najpierw przyszli do nas, jeśli będzie im to przeszkadzało, a dopiero potem udali się na skargę do dyrekcji. Evert zaofiarował się, że wtedy „sam to załatwi”. Nie spodziewamy się późniejszych skarg.

Środa, 21 stycznia

Dzień, w którym umarła moja mała córeczka. Ja sprawdzałem jej lekcje, a żona rozwieszała pranie. Dziecięcy rowerek zjechał pół metra za bardzo na prawo albo na lewo i stoczył się ze stromego brzegu do kanału. Każde z nas myślało, że to drugie pilnuje córki.

Smutek na całe życie, na całe życie bezsensowne poczucie winy.

Czwartek, 22 stycznia

Wczoraj nie znaleziono żadnego owocu, i to właśnie stało się tematem ożywionych rozmów. Dziwne. Przez całe lata nigdzie nie znaleziono nawet wysuszonego winogrona i jakoś nikt sobie tym nie zawracał głowy. A teraz już po jednym dniu ludziom zaczęło brakować jabłka czy śliwki. Mam nadzieję, że zagadka na wieki pozostanie nierozwiązana.

W czwartek w przyszłym tygodniu mamy pierwsze wyjście. Restaurację wybiera Edward. Evert typuje, że będzie to coś argentyńskiego, i daje dziesięć do jednego. Oczywiście nie ma zamiaru zakładać się z Edwardem.

Po tym, jak doszło do dwóch przypadków zderzeń skuterków elektrycznych w co bardziej niebezpiecznych miejscach, czyli na zakrętach i skrzyżowaniach korytarzy, zamontowano na ścianach lustra. Na szczęście tylko jedna osoba odniosła lekkie obrażenia i było trochę strat materialnych. Śmiertelna ofiara wypadku drogowego w budynku domu opieki z pewnością stałaby się tematem artykułów prasowych, a tego należało unikać za wszelką cenę. Tak więc dyrekcja postanowiła zwiększyć poziom bezpieczeństwa przez zamontowanie luster, ale znowu trochę nie doceniła swoich podopiecznych.

Od tego czasu bowiem zdarzyło się już kilka drobnych wypadków bez udziału jadących z naprzeciwka, ponieważ kierujący seniorzy z takim napięciem wpatrywali się w lustra, że wjeżdżali w ścianę. A że na ścianach, zgodnie z najnowszą modą z lat siedemdziesiątych, mamy tynk strukturalny kremowego koloru, to takie zderzenie zwykle kończy się paroma porządnymi wyrwami. Może zabrzmi to trochę makabrycznie, ale krew również nie tak łatwo się zmywa z takiego tynku, więc do dziś tu i ówdzie widać ślady wypadków. Nie tak dawno niepokojące bryzgi zostały przykryte farbą o nieco innym kremowym odcieniu. Jak na razie pani Stelwagen nie rozważa jeszcze możliwości demontażu luster, bo to by znaczyło, że swego czasu podjęła błędną decyzję.

Piątek, 23 stycznia

Wczoraj miałem coroczną wizytę u geriatry. Ku mojemu zdumieniu stary doktor Jonge poszedł chyba na emeryturę. Dochodził do siedemdziesiątki, więc miał własne doświadczenia. Temu nowemu na pewno ich brakuje. Jest bowiem kobietą około czterdziestki i nazywa się Emma van Vlaanderen.

– Proszę mówić do mnie Emma.

W niektórych sprawach jestem jednak trochę staroświecki. Zdarza się, kiedy człowiek ma osiemdziesiąt pięć lat. Wolę więc nie mówić na moją lekarkę Emma, nawet jeśli tak właśnie ma na imię.

Wygląda na to, że pani Van Vlaanderen jest rzeczową kobietą, życzliwie słuchającą pacjentów, ale ja jednak wolałbym mojego dawnego doktora. Doktor Jonge był niski, konkretny i zabawny. Doktor Emma mimo wszystko traktowała mnie trochę jak dziecko i za bardzo mówiła do mnie językiem jak z książeczek Julek i Julka, w dodatku bardzo głośno.

Nawet się zastanawiałem, czy nie powiedzieć: „Szanowna pani doktor Emmo, nie jestem ani głuchy, ani głupi”, ale wydało mi się to lekką przesadą jak na pierwszy dzień znajomości. Kolejny drobny minus: z dawnym lekarzem byłem już bardzo blisko rozmowy na temat ewentualnej eutanazji, a tutaj będę musiał zaczynać wszystko od początku. Na razie nie miałem na to ochoty.

Statystyki przemawiają przeciwko lekarzom domowym i geriatrom, ponieważ dopuszczają oni eutanazję zaledwie w jakimś ułamku procent przypadków. Jeśli chodzi o kliniki wspomagające zakończenie życia, statystyki są niewiele lepsze: w zaledwie czterech procentach przypadków klinika zachowuje się tak, jak na to wskazuje jej nazwa. Najlepsze szanse stwarza podobno fundacja De Einder. Słyszałem, że wystarczy zamówić u nich przez internet odpowiednie pigułki, i przysyłają je do domu. Tyle powinienem umieć zrobić, bo coraz lepiej radzę sobie z komputerem. Na początku używałem go wyłącznie jako maszyny do pisania, ale teraz umiem już poszukać wszystkiego, co mnie interesuje. Niedługo chyba sobie załatwię te pigułki. W końcu decyzja należy włącznie do mnie – tak przynajmniej uważam. Największe niebezpieczeństwo polega na tym, że można powoli i niezauważenie albo całkiem nagle znaleźć się w sytuacji, kiedy nie można już o sobie decydować. Tak jak było w przypadku Eefje. Grunt to mieć zawczasu gotowe do wzięcia pigułki. Schowane w miejscu, o którym wie tylko jakiś zaufany przyjaciel. Jeśli, jak przyjdzie co do czego, człowiek z jakiegoś powodu nie byłby w stanie zażyć ich samemu, to przyjaciel czy przyjaciółka mogliby nielegalnie pomóc. Oczywiście zapewniwszy sobie uprzednio stuprocentowe alibi.

Spróbuję to załatwić. Najpierw ściągnę sobie pigułki, a potem poinstruuję Everta. To właściwy człowiek na właściwym miejscu: złote serce i zero poszanowania dla zasad.

Sobota, 24 stycznia

Wczoraj w południe przy herbacie, kiedy sala jest pełna, nagle wstaje pani Lacroix. Jest u nas dopiero od miesiąca, ale ten krótki czas wystarczył, żeby zaczęła być nielubiana. Niewiele do tego trzeba, wystarczy rzucać się w oczy wyglądem. Powiewne sukienki w różnokolorowe kwiaty, szale i kapelusze, uszminkowane usta i fioletowy lakier do paznokci. Do tego ma dość arogancki sposób mówienia.

Pani Lacroix stukała łyżeczką o szklankę tak długo, aż wszyscy odwrócili się w jej stronę. Wtedy odchrząknęła i powiedziała:

– Jak wszyscy już wiedzą, jestem performerką.

Po sali przeszedł szmer. Wiele osób nie miało pojęcia, co to słowo znaczy.

– I jako performerka przez ostatnie dwa tygodnie w ramach performance’u podkładałam w różnych miejscach owoce. W celu wzbudzenia efektu obcości. I żeby pokazać, że dawanie jest znacznie ważniejsze niż branie. No i dlatego, że owoce są zdrowe.

Szmer przeszedł w gwar rozeźlonych głosów.

– Tylko mi pani nerwy zszarpała tymi swoimi jabłkami – oświadczyła pani Slothouwer z nieskrywaną niechęcią. Ze wszystkich stron odpowiedziano jej, kiwając głowami.

– Jak dla mnie, było to tylko zabawne – powiedziała Leonie, nowa członkini naszego klubu, i byłem z niej dumny.

Bardzo szybko powstały dwa obozy, jeden za, a drugi przeciw sztuce performerskiej. Drobna mniejszość, która nie od razu się orientuje, że coś się dzieje, była za, reszta pensjonariuszy – przeciw. Szkoda, że akurat nie było Everta, żeby mógł wyrazić swoje dosadne i bezpośrednie zdanie na temat wędrujących owoców.

Z wolna powrócił spokój. Z powodu całego zamieszania niektórzy pensjonariusze zapomnieli nawet zjeść przydziałowe ciastko do herbaty.

Nie skończyło się to wszystko najgorzej.

Chociaż przegrałem zakład z Evertem, bo jak się okazało, to ktoś z mieszkańców podkładał owoce, a nie osoba z personelu. Jestem mu winien książkę. Może kupię mu książkę z przepisami na sałatki owocowe, jeśli coś takiego w ogóle jest. Evert zamierza kupić dla pani Lacroix kosz owoców, tak jak obiecał.

Niedziela, 25 stycznia

Regularnie odwiedzam Grietje na oddziale zamkniętym. Zawsze wita się ze mną bardzo ożywiona, chociaż już zupełnie nie wie, kim jestem.

– Jak to miło, że mnie pan odwiedza. I to przy takiej ładnej pogodzie. To niesamowite!

Jest naprawdę ucieszona, że ktoś przyszedł do niej z wizytą, i to jest właśnie powód, dla którego regularnie pojawiam się na oddziale opieki. Grietje jest dokładnie taką osobą z demencją, jaką miała nadzieję się stać: ożywioną i wolną od wszelkich zmartwień. Czasem spogląda na mnie trochę dłużej, z takim prawie niewidocznym cieniem uśmiechu wokół ust, i kręci głową, zupełnie jakby sobie myślała: ja jednak skądś go znam… W jej głowie wciąż jest gdzieś zamknięte całe życie. Ona nie ma już do niego oczywiście dostępu, ale ja wciąż sycę się tą jego częścią, jaką dane nam było przeżyć wspólnie.

Rozmawiamy sobie o tym i owym. Zupełnie spokojnie może to być to samo to i owo, bo Grietje nie pamięta poprzednich wizyt i jutro nie będzie pamiętała tego, co było dzisiaj. Po kwadransie wyczerpują się nam tematy i żegnam się z nią. Najczęściej mówi wtedy:

– Jaka szkoda, że musi pan już iść, ale trudno, i tak mam jeszcze tyle do zrobienia.

I zapada w milczenie.

To jej współtowarzysze niedoli sprawiają, że odwiedziny bywają trudne. Boją się, są zagniewani, smutni, rozdrażnieni albo wszystko naraz. Czasem natomiast są kompletnie wyprani z emocji i tylko siedzą tępo na krześle. A kiedy już nie mogą nawet siedzieć, leżą tylko w łóżku, o określonej godzinie są troskliwymi rękami opiekunek przewracani na drugi bok, żeby nie dostali odleżyn.

Nie wytrzymuję tego widoku beznadziei i odarcia z godności.

Poniedziałek, 26 stycznia

We Francji jest zakaz nazywania domowych świnek imieniem Napoleon. W amerykańskim stanie Alabama nie wolno prowadzić samochodu z zawiązanymi oczami. W naszym ośrodku nie wolno trzymać na balkonie domku dla owadów. Pierwsze dwa zakazy gdzieś wyczytałem, ten trzeci został ostatnio wydany przez naszą panią dyrektor.

W różnych marketach budowlanych można kupić specjalne konstrukcje drewniane, z korka albo z trzciny czy innego naturalnego materiału, w których mogą się zadomowić wszelkiego rodzaju latające i pełzające stworzenia. Cóż, są ludzie, których to bawi. Jedną z takich osób jest pani Bregman. Zeszłego lata sprawiła sobie taki domek dla owadów i umieściła go na balkonie. Od tego czasu zdaniem niektórych jej sąsiadów wszelkiego rodzaju muchy, komary i osy wprost wlatywały z domku wprost do ich pokoi, wobec czego poszli na skargę do pani Stelwagen.

W regulaminie ośrodka jest mnóstwo na temat trzymania wszelkiego rodzaju zwierząt, ale nikt nie przewidział hodowania owadów. Trzeba było w tym celu stworzyć osobny zakaz i w zeszłym tygodniu pojawił się on na tablicy ogłoszeń. Pani Bregman wystawiła swój domek dla owadów na sprzedaż i pani Stelwagen natychmiast go odkupiła, aby zdusić w zarodku ewentualny opór. Oczywiście kupiła na koszt ośrodka. Tak na marginesie: na balkonie można zawiesić maksymalnie jeden karmnik dla ptaków, z masłem orzechowym. „Ze względu na odchody”.

W sobotniej gazecie był artykuł o ośrodku opieki w Rijssen, gdzie pensjonariusze i opiekunowie sami prowadzą ośrodek, w miarę możności według życzeń pensjonariuszy. Nie udało mi się zorientować z treści, czy dyrekcję, administrację i radę nadzorczą całkowicie zlikwidowano, czy też działają ukryte w cieniu.

To rzadkość, żeby ktoś zlikwidował własne miejsce pracy. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby nasza pani Stelwagen tak szybko uznała siebie za zbędną.

Wtorek, 27 stycznia

Ser feta i Nana Mouskouri – z tym kojarzy się pensjonariuszom naszego ośrodka Grecja i właściwie z niczym więcej. No, może jeszcze z dwoma fajnymi Grekami: z Zorbą i Demisem Roussosem. Z tym drugim dlatego, że właśnie niedawno zmarł.

– Być może Nana Mouskouri też już nie żyje, więc pamiętamy tylko o fecie, której zresztą nie lubię – analizowała kwestię Grecji pani Van Diemen.

No i jeszcze na zasadzie jakiejś diabelskiej sprawki w Hiszpanii spadł na ziemię grecki F16.

– Dziesięcioro zabitych – przeczytała na głos pani Duits.

– Czyżby to był pasażerski F16? – spytał ktoś.

– Szybki i trudny w prowadzeniu samolot – stwierdził pan Bakker.

Zdecydowanie niewiele jest powodów, by zatrzymywać Grecję w Unii. I na tej konstatacji dyskusja się zakończyła.

Najwyższy czas, żeby znowu coś się wydarzyło. Na szczęście w czwartek rozpoczynamy nasz projekt restauracyjny, bo zaczynam już pomału chodzić po ścianach. Robię sobie swój codzienny spacerek i parę razy w tygodniu wyjeżdżam gdzieś skuterkiem elektrycznym, ale to niezbyt wielkie urozmaicenie codziennej nudy.

Mój przyjaciel Evert ostatnio nie za bardzo się udziela i nadaje do użytku. Nie mam pojęcia, jaka jest tego przyczyna, ale nie ma wielkiego sensu pytać go o to.

– Henk, nawet jeśli coś jest na rzeczy, to nie mam najmniejszej ochoty o tym z tobą rozmawiać – powiedział, gdy spróbowałem.

– No nie, przyjacielu, jasne, mówienie o sobie… Jak by to wyglądało! – podjąłem ostrożną próbę wywabienia go z samotności. – Po prostu wydaje mi się, że jesteś ostatnio jakiś taki nijaki.

Burknął coś w rodzaju „I co z tego?” i sięgnął po swój zwyczajowy sposób zmiany tematu:

– To czego ci nalać, Henkie?

W tej sytuacji napiliśmy się, udając, że nic się nie dzieje.

Środa, 28 stycznia

Może Evert trochę się jednak przejął moją uwagą, że jest „nijaki”, bo w czasie kolacji w piwiarni wywołał niemałe poruszenie.

Przesadnie głośno spytał obsługującego nas kelnera, czy te hamburgery, które właśnie dostaliśmy, też mają w sobie robaki.

Wszyscy zrobiliśmy wielkie oczy.

– Co pan ma na myśli, panie Duiker?

– Otóż przeczytałem ostatnio w gazecie, że sieć supermarketów Jumbo od niedawna sprzedaje hamburgery z owadów – powiedział Evert, wyjmując z kieszeni wymięty artykuł, i przeczytał. – „Z czternastoprocentową zawartością mrożonych larw pleśniakowca lśniącego, przypominających larwy mącznika młynarka”. Bo odniosłem wrażenie, że coś takiego wyczuwam w tym mięsie. Taką jakąś kwaskowość. Smacznego państwu życzę.

I nie czekając na odpowiedź kelnera, niewzruszenie powrócił do jedzenia. Takiego niewzruszenia próżno byłoby natomiast szukać u innych klientów restauracji, którzy słyszeli jego wywód.

Ktoś odsunął talerz z hamburgerem na bezpieczną odległość, zupełnie jakby mięso jeszcze się ruszało. Jakaś pani, która właśnie włożyła do ust słuszną porcję hamburgera, nie potrafiła się zmusić, by go pogryźć, a z drugiej strony nie chciała też wypluć, więc przez dłuższy czas siedziała jak skamieniała z otwartymi ustami.

– O co chodzi? – rozległy się pytania od sąsiednich stołów.

Jednym słowem, zapanowała ogólna konsternacja, co skończyło się na tym, że pojawił się sam kucharz, by zapewnić, że podano nam najzwyczajniejsze w świecie hamburgery, bez żadnych robaków.

Ale mleko się już rozlało. Na talerzach zostało mnóstwo nadgryzionych lub zjedzonych do połowy hamburgerów. Tylko ci, którzy zamówili steki, zmietli wszystko z talerzy z demonstracyjnym apetytem.

– Mmm, co za pyszne mięsko.

Ludzie rzadko kiedy potrafią się powstrzymać od kłucia innych w oczy, kiedy nadarzy się okazja.

Po posiłku kucharz odbył jeszcze krótką rozmowę z Evertem, który przybrał minę niewiniątka. Kiedy już wróciliśmy do ośrodka, skomplementowałem go, mówiąc:

– I takim cię lubię, przyjacielu.

Czwartek, 29 stycznia

Wyruszamy dzisiaj o siedemnastej, bo to kawałek drogi.

To wszystko, co wiemy. Na wszelki wypadek niewiele zjadłem na lunch. Jem niewiele, ale z przyjemnością. Na szczęście nie straciłem jeszcze smaku. A są w ośrodku osoby, które z trudem odróżniają kiszony ogórek od poziomki.

Tym samym odebrana im została jedna z przyjemności, która w zasadzie nie zależy od wieku: radość z jedzenia i picia. To zdumiewające, że ludzie, którym zostało tak niewiele przyjemności poza jedzeniem i piciem, są do tego stopnia mało wybredni i skostniali, jeśli chodzi o gusta kulinarne. Czerstwy chleb, najtańsza czekolada, byle jaka kawa, odgrzewane resztki posiłków, stare ciastka, skwaśniałe wino – zadowalają się wszystkim. Ja rozumiem, że przeżyli wojnę, ale na Boga, po co to bezsensowne biedowanie?! Aż miałoby się ochotę zawołać: „Na co tu czekać?! Wydawajcie beztrosko pieniądze na tych parę rzeczy, które sprawiają nam jeszcze przyjemność!”.

Dewiza klubu StaŻy, jeśli idzie o pieniądze, brzmi: „Wydawać z ochotą, nie wyrzucać w błoto”.

Skoro już jesteśmy przy smaku… Otóż w Australii przeprowadzono eksperyment, z którego wynika, że osoby pijące kawę w białych filiżankach uważają ją za bardziej gorzką niż tę samą kawę podawaną w niebieskich filiżankach. Być może kawa w białej wydaje im się ciemniejsza, a ciemny brąz kojarzymy zazwyczaj z intensywniejszą goryczką.

Piątek, 30 stycznia

Kelner miał kraciastą spódniczkę, na ścianie wisiały różne dudy, a pod ścianami stały setki butelek whisky. Kto zgadnie, jaką kuchnię wypróbowywaliśmy?

Znakomicie sobie pojedliśmy w szkockiej restauracji i whisky barze Highlander. W tym celu musieliśmy pojechać aż do Alkmaar, ale to tylko spotęgowało naszą radość. Edwin, kuzyn Edwarda, był naszym niepijącym kierowcą. Z przyjemnością nas obwozi swoim busikiem. Wystarczy mu, że od czasu do czasu zapłacimy za tankowanie do pełna.

Szef Highlandera, mówiący z mięsistym szkockim akcentem i mający wielki brzuch od ciągłego konsumowania whisky, z ogromną serdecznością powitał leciwych gości. Dając wyraz naszemu zaufaniu, pozwoliliśmy, żeby sam ustalił menu. Wszystko smakowało znakomicie, ale trudno byłoby mi stwierdzić, co w tym było szkockiego. Przy następnej okazji musimy ustalić, że organizator wygłosi małe wprowadzenie, w którym zapozna nas z osobliwościami danej kuchni. Ze szkockich potraw znam tylko haggis, a i to tylko ze słyszenia, ale tego chyba nie jedliśmy. Właśnie przeczytałem w sieci, że tę potrawę robi się z owczych serc, płuc i wątroby wymieszanych ze smalcem i duszonych w owczym żołądku. Hm, trudno powiedzieć, czy coś straciliśmy.

Evert o mało nie oszalał, widząc fantastyczny wybór różnych whisky.

– Nie wiem, na co się zdecydować! Naprawdę nie wiem, co wybrać! – wołał w lekkiej panice.

Pod koniec wieczoru, mając już za sobą z sześć różnych gatunków tego trunku, mamrotał tylko od czasu do czasu pod nosem:

– No, raj! Prawdziwy raj!

Nie protestował nawet, kiedy Leonie od czasu do czasu pieszczotliwie go głaskała. Urocze.

Nasz projekt restauracyjny okazał się jednym wielkim sukcesem.

Kiedy wróciliśmy do ośrodka, obudziliśmy portiera, żeby życzyć mu dobrej nocy. Geert zapewnił go, że spojrzymy przez palce na jego służbowe uchybienie, no, chyba że zaistnieją okoliczności, by postąpić inaczej. Ach, ten Geert, szantażysta jeden…

O jedenastej wielce zadowolony wylądowałem w łóżku.

Sobota, 31 stycznia

Każdej zimy powtarzają się te same narzekania na szczepienia na grypę.

– A może one tak się nazywają, bo od tego dostaje się grypy? – zastanawiała się głośno pani Quint.

Prawie wszyscy się szczepią, ale i tak każdego roku grypa zbiera srogie żniwo. Trwający już od tygodni koncert kasłania i rzężenia i powtarzające się plotki, że były już dwie ofiary śmiertelne – jakiś nieznany mi bliżej pan oraz pani Schreuder, którą wszyscy znają tylko dlatego, że kiedyś wciągnęła kanarka do odkurzacza.

No i wylądowałem przy zwierzętach domowych.

Mamy nowego mieszkańca, pana Verlaata, który przenosząc się do naszego ośrodka, musiał zostawić swojego psa u siostry, która jest jeszcze starsza od niego. A wszystko przez to, że trzymanie zwierząt domowych, oprócz ptaków, jest u nas zabronione.

Pan Verlaat zagroził, że pójdzie do prawnika, bo jego zdaniem posiadanie zwierzęcia domowego powinno należeć do kategorii podstawowego prawa człowieka.

Wydaje mi się, że pani Stelwagen, która nie chce rozgłosu, trochę się jednak obawia nowego pensjonariusza. Już dwa razy złożyła mu wizytę.

Czytałem ostatnio w gazecie listę zwierząt, które można trzymać w domu, więc jeśli panu Verlaatowi uda się przeforsować swoje stanowisko, to będziemy tu mieli prawdziwy ogród zoologiczny. Afrojeż białobrzuchy, antylopik zwyczajny, kangur górski, jeżozwierz afrykański – to wszystko zwierzęta domowe!

Mundżaka usunięto z listy. Kiedy przeczytałem, z jakiego powodu, aż łzy napłynęły mi do oczu. Ten biedaczek ma podobno tak cieniutkie nóżki, że mu się łamią, kiedy próbuje szybko uciekać. Jakie to wzruszające. Aż się zastanawiam, w jaki sposób ten mundżak w ogóle przeżył na łonie bezlitosnej przyrody.

Kiedy oglądam filmy przyrodnicze, nigdy nie mogę się zdecydować, za kim jestem: czy za niewinną małą zebrą, czy za lwicą, która dokonuje ostatniej rozpaczliwej próby zdobycia mięsa dla swoich wychudzonych, głodnych lwiątek.

Niedziela, 1 lutego

„Holandia dysponuje najlepszą opiekę społeczną w Europie”.

Zdaniem szwedzkiego think tanku, Health Consumer Powerhouse, nasza opieka zdrowotna jest o niebo lepsza niż w innych krajach europejskich wokół nas. A jak w ogóle doszło do tego, że wspominam o tym think tanku?

Artykuł na ten temat wyciąłem z gazety, powiększyłem na kserokopiarce w administracji naszego ośrodka i wywiesiłem na tablicy informacyjnej w świetlicy.

– Cóż, to raczej bardziej świadczy o sytuacji w innych krajach. – Była to jedyna złośliwość, na jaką zdobył się pan Bakker po długim namyśle.

To, że mamy o wiele lepiej w porównaniu z Kałmucją, nie jest dla nikogo niespodzianką, ale że wszystkie kraje Europy…

Gdy tylko zaczną się narzekania na temat opieki, będę znacząco patrzył w stronę tablicy, podobnie jak moi przyjaciele. Zasieje to pewną nerwowość w szeregach notorycznie zrzędzących.

– No, co tak ciągle patrzycie na ten kawałek gazety? Przecież dobrze wiem, co tam jest napisane.

Poniedziałek, 2 lutego

Nie wierzę w Boga, ale odpowiada mi cisza i spokój, jaki wokół niego panują, dlatego wpadam od czasu do czasu do sali medytacyjnej. Najchętniej w niedzielne południe, bo wtedy jest tam najspokojniej. Wierni są już po przedpołudniowej mszy ekumenicznej i całkowicie pochłaniają ich przygotowania do odwiedzin.

Wczoraj w południe mogłem się tam przez pół godzinki nacieszyć spokojem i zakończyłem swój pobyt zapaleniem świeczki dla mojej córeczki. Cichy szmer za moimi plecami obwieścił pojawienie się starego księdza.

– Czy mogę zapytać, dla kogo? – Kiwnął przyjaźnie głową na powitanie.

– Dla mojej zmarłej córki.

– O ile pamiętam, nigdy nie przychodzi pan na msze?

– Nie, nie należę do pańskiej trzódki. Zresztą do żadnej innej też nie.

Ksiądz stał chwilę, patrząc przed siebie.

– Coś panu wyznam – odezwał się niespodziewanie. – Pod warunkiem że zatrzyma pan to dla siebie.

Powiedziałem, że zawsze chciałem być kimś w rodzaju spowiednika dla księdza. Zaśmiał się serdecznie.

– No więc tak, mam trzódkę, ale sam jestem niewierzącym pasterzem. Już od wielu lat nie wierzę w Boga. Pewnego dnia pojąłem to jasno i wyraźnie: Bóg nie istnieje albo jest niepoznawalny. Dla praktyki religijnej to rozróżnienie niewiele znaczy.

– Zgadzam się z panem co do Boga, ale zawsze myślałem, że w wykonywaniu pańskiego zawodu wiara się przydaje.

– Da się i bez tego. Potrafię bardzo ładnie mówić. Niezwykle sobie cenię to, że mogę zaoferować ludziom pocieszenie i wsparcie. Poza tym nie wiem, co miałbym robić teraz na starość, gdybym przestał był księdzem. Nikt mnie zresztą nigdy nie zapytał, czy wierzę w Boga.

Przegadaliśmy półtorej godziny. Fascynujący człowiek.

Wtorek, 3 lutego

Zupełnie jakby to była jakaś diabelska sprawka, w dzisiejszej gazecie zobaczyłem wielki artykuł o pastorze z Nijkerk, który odkrył, że Jezus nigdy nie istniał.

Nasz ośrodkowy ksiądz wolał zachować swoje odkrycie dla siebie, a ten napisał na ten temat książkę. Każdy z nich na swój sposób podszedł do braku wiary. Dyskretnie przekażę ten wycinek mojemu niewiernemu Tomaszowi.

Wczoraj w południe spotkałem na korytarzu panią Stelwagen.

– Witam pana, panie Groen. Co tam słychać?

W ułamku sekundy zdecydowałem się na mały blef.

– A, dziękuję, znakomicie. Poza jednym drobiazgiem: otóż obiło mi się o uszy, że nasz ośrodek ma szanse znaleźć się na liście do zamknięcia.

Pani Stelwagen aż się cofnęła przed moim frontalnym atakiem i trochę za długo patrzyła na mnie z niejakim zdumieniem.

– Od kogo pan to słyszał?

– A z wiarygodnego źródła zbliżonego do kierownictwa. – Starałem się, by moja twarz wyglądała tajemniczo. Muszę przyznać, że sam byłem zdziwiony własną odwagą.

– Nadal ma pan do niego dostęp?

To był błąd ze strony pani Stelwagen. Do tej pory zawsze wypierała się, jakoby wcześniejsza emerytura Anji Appelboom miała coś wspólnego z jej rolą jako mojej informatorki.

– Co pani ma na myśli, mówiąc „nadal”?

– Nic, nic… A co do planów zamknięcia ośrodka, to jeśli takie będą, decyzję podejmie zarząd.

– Ale mnie interesuje tylko, czy nasz ośrodek może zostać zakwalifikowany do zamknięcia, a nie to, kto o tym zadecyduje.

– Niestety, nawet gdybym chciała otwarcie o tym mówić, to nie wolno mi tego robić. Pomijając cały ten niepotrzebny niepokój, to gdyby niektórzy pensjonariusze zaczęli spekulować na temat zamknięcia ośrodka, mogłoby to spowodować prawdziwy szok, drogi panie. – Pani Stelwagen przekrzywiła głowę i spojrzała mi prosto w oczy.

– Kompletnie nieoczekiwane zamknięcie byłoby jeszcze większym szokiem – odparłem. – Wydaje mi się, że niektórzy mogliby tego nawet nie przeżyć. – Odpowiedziałem spojrzeniem na spojrzenie.

Przez chwilę panowała cisza.

– Jeśli otrzymam jakieś ostateczne informacje, oczywiście jak najszybciej podam je do publicznej wiadomości.

– Oczywiście.

– Niestety, muszę już wracać do swoich zajęć, panie Groen. Miłego dnia życzę.

To był chyba strzał w dziesiątkę. Jeśli to prawda, że jesteśmy na liście ośrodków, które w najbliższej przyszłości mają zostać zamknięte, Stelwagen natychmiast zacznie teraz szukać w swoim otoczenia kreta, którego nie ma. Może być zabawnie.

Środa, 4 lutego

Z nieukrywaną dumą zrelacjonowałem Evertowi, Graememu, Edwardowi, Leonie, Rii, Antoine’owi i Geertowi przebieg mojej rozmowy z panią Stelwagen. W odpowiedzi zostałem wielokrotnie poklepany po ramieniu i dostałem solidnego kuksańca od Everta.

– Dobra robota, Henkie!

Postanowiliśmy, że kiedy tylko nadarzy się po temu okazja, będziemy po troszeczku dolewać oliwy do ognia w dyrekcji. Evert oczywiście myślał bardziej o całej beczce oliwy, chciał natychmiast rozdawać ulotki z napisem „Zamknięcie ośrodka to zbrodnia!”, ale zagroziliśmy, że nie dostanie już od nikogo z nas ani kropli alkoholu, i pomogło.

Nareszcie wykonałem pierwszy krok. Ściągnąłem ze strony fundacji De Einder oświadczenie woli. Trochę było mi nieswojo, ale dokument już leży na moim stoliku nocnym. Niech sobie tam trochę poleży, zanim go wypełnię. Dla własnego spokoju muszę przystąpić do tej sprawy w tempie właściwym dla mojego wieku.

Pewnie byłoby dobrze, gdybym się zapisał na kurs tak zwanego „wygaszania obywatelstwa” – podobno już coś takiego jest albo przynajmniej doktor Swaab prowadzi intensywne próby zorganizowania czegoś takiego. Chociaż z drugiej strony, wydaje mi się, że w moim wieku już tego nie potrzebuję.

Zastanawiam się natomiast poważnie nad nabyciem tak zwanego UITBOX-a, czyli pięknie wykonanego pojemnika na wszelkie rzeczy niezbędne przy ostatniej podróży. Przede wszystkim odpowiednie pigułki, ważne dokumenty, lista życzeń, instrukcje na temat muzyki w czasie pogrzebu, jakieś ważne dla mnie drobiazgi i trochę rzeczy osobistych. No i stare oświadczenie dawcy narządów, chociaż coś mi się wydaje, że wszystkie moje narządy dawno już są przeterminowane.

Jakie pigułki są potrzebne i jak je zażyć – tego muszę dopiero poszukać. Na to potrzebuję jednak kolejnej porcji odwagi.

Czwartek, 5 lutego

Śniła mi się dzisiaj nowa metoda grzebania zwłok przez zamrażanie. Projektant UITBOX-a sugerował mi we śnie promesję jako alternatywę dla kremacji czy zwykłego pochówku. We śnie znalazłem się w basenie z płynnym azotem o temperaturze minus sto dziewięćdziesiąt sześć stopni Celsjusza, ale nie byłem całkiem nieżywy. Obudziłem się i było mi strasznie zimno.

Promesja jest podobno lepsza dla środowiska niż chowanie w ziemi. Po zamrożeniu ciało zostaje poddane wibracjom, potem przepuszcza się przez powstały w wyniku tego proszek prąd elektryczny, wskutek czego wytrącają się metale ciężkie i zostaje jakieś dwadzieścia pięć kilo proszku, który może być użyty jako kompost. Przynajmniej jeszcze się na coś człowiek przyda. Prochem jesteś i w proch się obrócisz. Mam wrażenie, że mordercy powinni być bardzo zainteresowani promesją, która całkowicie uniemożliwia zbadanie śladów.

Jest tylko jeden problem: metoda ta jest jeszcze w Holandii zakazana. We wszystkich innych krajach zresztą też.

Trochę rozkojarzony pensjonariusz naszego ośrodka wyszedł w spodniach od piżamy i kapciach do apteki, żeby kupić tran z wieloryba.

– Czegoś takiego już nie ma w sprzedaży, proszę pana – poinformował go farmaceuta.

Rozczarowany pensjonariusz wrócił do ośrodka. Kiedy wszedł do holu, na kapciach miał śnieg. Jakaś pielęgniarka podniosła alarm i portierowi porządnie zmyto głowę, przypominając mu, że musi nie tylko zwracać uwagę na to, kto wychodzi, ale też, jak jest ubrany.

– No, ale ja przecież nic nie widzę od pasa w dół, jak ktoś przechodzi blisko lady – próbował się bronić portier.

Po tym incydencie dostał od dyrekcji polecenie, żeby w razie wątpliwości wstawał, aby móc się lepiej przyjrzeć. Oczywiście nie jest z tego powodu szczęśliwy. To jeden z naszych najlepszych portierów pracujących w ośrodku od lat. Jego obojętne spojrzenie mówi jednoznacznie: nie zrobię ani jednego ruchu więcej niż muszę. Jest zatrudniony na stałe i ma do odsiedzenia jeszcze jakieś piętnaście lat.

Piątek, 6 lutego

– A wiesz – powiedział Evert