16 osób interesuje się tą książką

Opis

Najcięższa walka, jaką toczymy w życiu – to walka z samym sobą. Życie znaczy bliznami nie tylko nasze ciała, ale i dusze, a ta Samuela była wyjątkowo pokiereszowana. Miał w sobie wiele ran, które się jeszcze nie zabliźniły. 
Wydaje się jednak, że w końcu i dla niego przeznaczenie przygotowało szczęśliwe zakończenie. Wszystko zaczyna się układać i radość staje się częstym elementem jego życia. 
Jednak w najmniej oczekiwanym momencie życie po raz kolejny udowadnia, jak bardzo potrafi być nieprzewidywalne i okrutne.  

Po latach zmagań o siebie, swoją rodzinę i przyszłość, Samuel staje oko w oko z demonami przeszłości, które postanowiły zetrzeć w proch to, o co tak uparcie walczył. 

Czy znajdzie w sobie dostatecznie dużo siły, by stanąć do ostatniej, decydującej bitwy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 433

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Ewa Pirce Wydawnictwo NieZwykłe Oświęcim 2019 Wszelkie Prawa Zastrzeżone All rights reserved
Redakcja: Anna Wasińska
Korekta: Beata Kostrzewska Magdalena Zięba-Stępnik
Redakcja techniczna: Mateusz Bartel
Projekt okładki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8178-213-5
wydawnictwoniezwykle.pl
KonwersjaeLitera s.c.
.

Najcięższa walka, jaką toczymy w życiu, to walka z samym sobą.

Życie znaczy bliznami nie tylko nasze ciała, ale i dusze, a ta Samuela jest wyjątkowo okaleczona. Nosi w sobie wiele ran, również takich, które nie zdążyły się jeszcze zabliźnić. Wydaje się jednak, że w końcu i dla niego los przygotował szczęśliwe zakończenie. Wszystko idzie ku lepszemu, a Sam zaczyna odkrywać, czym jest radość. Jednak w najmniej oczekiwanym momencie życie po raz kolejny udowadnia, jak bardzo potrafi być nieprzewidywalne i okrutne.

Po latach bitew o siebie, swoją rodzinę i przyszłość Samuel staje oko w oko z demonami przeszłości, które postanowiły zetrzeć w proch to, o co tak uparcie walczył.

Czy znajdzie w sobie dostatecznie dużo siły, by stanąć do ostatniego, decydującego starcia?

Dla Gabrysi i Karoliny.

Takich jak wy dwie, nie ma ani jednej.

Dziękuję!

MISJA

24

Być uwięzionym pod powierzchnią przerażenia.

Sam

Byliśmy w drodze na siłownię, gdy rozdzwonił się telefon Aleksa.

– Co tam, aniele? – rzucił po kliknięciu ikonki z zieloną słuchawką.

Na jego twarzy widniał błogi uśmiech, który bladł z każdym wypowiadanym przez Evę słowem.

Nie rozumiałem tego, co mówiła, słyszałem tylko jej przytłumiony głos, a mimo to poczułem na karku oddech ziejącego niebezpieczeństwem chłodu. Żołnierski instynkt podpowiadał mi, że stało się coś złego. Wytężyłem słuch, aby wychwycić choćby strzępek rozmowy, lecz z towarzyszącej wypowiedzi Evy chaotycznej nerwowości nie dało się wyłowić niczego sensownego.

– Do diabła, Evo, uspokój się... Weź głęboki oddech i powiedz mi, co się stało.

Fakt, że Alex przeklął pod adresem żony, stanowiło potwierdzenie, że wydarzyło się coś strasznego.

W pierwszej chwili pomyślałem o Gabrielu. Porzuciłem jednak tę myśl, kiedy powędrowało ku mnie spojrzenie przyjaciela. Nie był to wzrok kogoś przerażonego, że jego dziecku stała się krzywda. Ten wyrażał... współczucie. Wróżyło to coś bardzo, bardzo niedobrego...

– Gdzie jesteście? – zapytał Alex, po czym w samochodzie zapadła cisza, którą bałem się przerwać. – Zaraz tam będziemy.

Po zakończeniu rozmowy palce przyjaciela zacisnęły się na telefonie z taką siłą, że usłyszałem cichy zgrzyt, oznaczający pęknięcie wyświetlacza.

– Co się stało? – wydusiłem przez pęczniejącą w gardle gulę lęku.

– Zawracaj – polecił, zaciskając i luzując szczękę. – Jedziemy do Storylandu. – Jego głos nieznacznie się załamał.

– Co się stało, Alex? – powtórzyłem, mocno zaniepokojony jego zachowaniem.

– Kurwa mać! – Uderzył ze złością w deskę rozdzielczą.

– Do kurwy nędzy, powiedz mi, co się stało! – Straciłem resztki cierpliwości.

– Nie wiem jak... – wydukał, zaciskając powieki.

Westchnął ciężko i potarł twarz wolną dłonią.

– Stary, nie zmuszaj mnie, bym wyciągnął to z ciebie siłą... – zagroziłem, nie mogąc znieść ucisku w brzuchu, który sprawiał, że żółć podchodziła mi do gardła.

– Lucy... – wymamrotał z wielkim trudem.

– Co z nią?

Serce mi stanęło, a umysł zaczął podsuwać makabryczne wizje tego, co mogło się przydarzyć mojej najmłodszej siostrze.

Alex pokręcił głową, celowo odwlekając podzielenie się ze mną informacją, która parzyła mu usta.

– Co z moją siostrą, do kurwy?!

Miałem ochotę zjechać na pobocze, wyciągnąć go z auta i za pomocą pięści wydobyć z niego te cholerne słowa.

– Została uprowadzona – wyrzucił w końcu z siebie na jednym wydechu.

Zahamowałem tak ostro, że poleciał do przodu i musiał zamortyzować się rękoma, by nie uderzyć w szybę, a ja poczułem wpijający się w klatkę piersiową pas. Samochody za nami zostały zmuszone do gwałtownego zatrzymania się; można uznać za cud, że żaden nie wjechał nam w dupę. Gdzieś na granicy świadomości majaczyły mi krzyki kierowców i piskliwe dźwięki klaksonów. Wypierało je echo zrzuconej przez Aleksa bomby.

Lucy.

Została.

Uprowadzona.

Lucy została uprowadzona.

Wydawało mi się, jakby ktoś wypompował mi z płuc całe powietrze. Mój świat runął niczym domek z kart, a serce wyskoczyło z piersi, zostawiając mnie z dotkliwą pustką. Przerażenie, którego prawdziwy smak poznałem dopiero teraz, paliło żywym ogniem nie tylko moją psychikę, ale także ciało. Zostałem zepchnięty w otchłań ciemniejszą od najczarniejszej głębiny oceanicznej. Czające się na mnie demony zwietrzyły okazję i poczęły wypełzać ze swoich jaskiń.

– Sam!

Poczułem na ramieniu uścisk Aleksa. Potrząsnął mną, co wybudziło mnie z odrętwienia. Przeniosłem na niego nieobecny wzrok.

– Wysiadaj – zarządził, odpinając mój pas.

Wyskoczył z samochodu. W mgnieniu oka znalazł się po mojej stronie i szarpnięciem otworzył drzwi.

– Wyłaź.

Kiedy nie zareagowałem, chwycił mnie za przedramię i wywlekł na zewnątrz. Skoncentrowany na wyobrażaniu sobie przerażonej, zapłakanej Lucy, poddawałem mu się jak szmaciana kukła.

– Nie... – wyrwało mi się. – Powiedz mi, że to nieprawda – poprosiłem zbolałym głosem. – Powiedz, kurwa, że to nieprawda... – Z każdym słowem mówiłem coraz głośniej, aż zacząłem wrzeszczeć. – Proszę cię, stary, powiedz, że to jakiś pieprzony żart!

Złapałem go za ramiona i potrząsnąłem, jakbym tym sposobem mógł wymusić na nim odpowiedź.

– Jedźmy – odparł niewzruszony, odrywając od siebie moje ręce.

Zajął miejsce za kierownicą, a ja dalej stałem jak wrośnięty w podłoże. Potrafiłem jedynie myśleć o mojej maleńkiej siostrzyczce, która podziewała się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kim.

– Wsiadaj! – zagrzmiał Alex.

Władczy ton sprawił, że oprzytomniałem i wykonałem rozkaz.

Ruszyliśmy z piskiem opon. Alex pędził ulicami Nowego Orleanu, łamiąc wszelkie przepisy ruchu drogowego. Byłem mu wdzięczny, że nie baczył na możliwe konsekwencje.

– Szybciej! – błagałem.

– Robię, co w mojej mocy – odpowiedział.

Niejednokrotnie w życiu czułem bezradność i strach, parę razy znajdowałem się w sytuacji zagrożenia, spojrzałem śmierci w oczy, lecz to wszystko było niczym w porównaniu z rozdzierającymi mnie teraz emocjami. Nie dało się opisać tego, co działo się w moim wnętrzu. Jeżeli istniała możliwość wyrwania komuś duszy, to właśnie tego doświadczyłem. Świadomość, że ktoś porwał moją siostrę, że ją skrzywdził, niszczyła mnie od środka.

Na miejscu powitały nas migające światła radiowozów policyjnych oraz karetka pogotowia. Alex nie zdążył zgasić silnika, a ja już pchnąłem drzwi i wypadłem z auta. Ile sił w nogach pobiegłem w kierunku skupiska ludzi, którzy zgromadzili się kilkanaście metrów dalej.

– Z drogi! – krzyknąłem, przepychając się przez grupę gapiów.

Nie zważałem na protesty czy na to, że kogoś potrącam. Liczyło się wyłącznie to, by jak najszybciej znaleźć się na miejscu i usłyszeć, że zaszła pomyłka. Że Lucy jest cała i zdrowa, że jedynie zgubiła się na tym wielkim placu.

– A pan dokąd? – Drogę zastąpił mi korpulentny policjant, wyglądem przypominający Petera Pettigrew z uniwersum Harry’ego Pottera.

– Spieprzaj! – Odepchnąłem go i taranem ruszyłem w stronę tulących się do siebie dziewczynek, które dostrzegłem ponad ramieniem gliniarza.

– Stój! – zawołał za mną, co oczywiście zignorowałem.

– Spokojnie – wybrzmiał za moimi plecami głos Aleksa. – To brat zaginionej dziewczynki – wyjaśnił.

Powiedział coś jeszcze, czego nie dosłyszałem, ponieważ moją uwagę zaprzątnęła Suzy, która dostrzegła mnie pierwsza.

– Sam! – zawołała załamanym głosem, po czym popędziła w moim kierunku.

Otworzyłem ramiona, w które z impetem wpadła. Przylgnęła do mnie, wtulając głowę w moją klatkę piersiową i oplatając ręce wokół pasa. Objąłem ją mocno, by ofiarować jej choć pozory poczucia bezpieczeństwa.

– Sam... – zaszlochała żałośnie. – Ktoś porwał Lucy. Porwali ją...

Jej zawodzenie sprawiło, że rzeczywistość uderzyła we mnie z całą mocą.

– Cicho, kochanie. – Pogłaskałem ją uspokajająco po włosach.

Chwilę później dołączyły do nas pozostałe dziewczynki. Przykucnąłem i przygarnąłem je wszystkie do siebie. Choć zapiekły mnie oczy, a gromadzące się pod powiekami łzy szukały drogi ucieczki, nie mogłem po sobie pokazać, jak bardzo jestem zdruzgotany zniknięciem najmłodszej z sióstr. Niezależnie od targających mną uczuć musiałem być dla dziewczynek ostoją. Wsparciem, którego potrzebowały bardziej niż kiedykolwiek.

– Odnajdę ją – zapewniałem z nadzieją, że nie składam obietnicy bez pokrycia. – Przysięgam, że ją znajdę.

I zadam nieopisany ból temu, kto ośmielił się ją uprowadzić – dodałem w myślach.

– Samuelu – zagadnęła mnie Eva, która niezauważenie do nas podeszła.

Miała opuchniętą twarz i czerwone od płaczu oczy. Drżała na całym ciele. Zrobiło mi się jej żal, lecz przypomniałem sobie, co było powodem jej opłakanego stanu.

– Nie wiem, jak to się stało... – załkała, pociągając nosem. – Wszystko działo się tak szybko. Boże, nie mam pojęcia, jak mogło do tego dojść...

– Zgodziłem się... – przerwałem jej, wstawszy z kucek. – Nie chciałem, żebyście jechały, ale dałem się przekonać. – Kotłująca się we mnie wściekłość szukała ujścia. – Zaufałem wam i powierzyłem siostry pod opiekę... Najcenniejsze, co posiadam! – wrzasnąłem, na co Eva się wzdrygnęła.

– Przepraszam – wyszeptała roztrzęsionym głosem. – Tak bardzo przepraszam.

– I co mi, kurwa, po twoich przeprosinach!? – Gotowałem się ze złości. – Zwrócą mi Lucy?! Nie! – Ręce mimowolnie pofrunęły mi do góry. By nie przywalić w coś albo kogoś, zacisnąłem dłonie na włosach. – Zdajesz sobie sprawę z tego, co ona musi teraz czuć?! Jakiś pierdolony psychopata ma ją w swoich łapach!

– Spokojnie, chłopie. – Poczułem na ramieniu silny, ostrzegawczy uścisk. – Nie wyładowuj się na mojej żonie. Musisz wziąć się w garść i zacząć działać. Im szybciej zaczniemy, tym większe prawdopodobieństwo znalezienia Lucy. – Alex zbliżył się do Evy, którą przed moim gniewem schował w swoich ramionach.

Kiwnąłem głową, przyznając mu rację.

Z trudem odłożyłem na bok uczucia i – nieco ochłonąwszy – przeszedłem w tryb działania. Wiedząc, jak funkcjonuje amerykańska policja, najpierw zacząłem przeszukiwać katalog z nazwiskami osób, do których mógłbym zwrócić się o pomoc. Gdy zajrzałem do listy ludzi mogących stać za porwaniem Lucy, przypomniałem sobie o czymś, co wcześniej całkiem mi umknęło.

– Gdzie Jessica?! – zagrzmiałem, błądząc wzrokiem po otoczeniu. – To jej wina.

– Aleksie, weź Gabriela i dziewczynki, muszę pomówić z Samuelem na osobności – powiedziała Eva, przekazując syna mężowi.

Alex spełnił prośbę żony, zabrał dzieci, lecz zanim oddalili się ku pobliskiej ławce, posłał mi nieme ostrzeżenie. Skinąłem głową na znak, że zrozumiałem przekaz. Kiedy zostałem z Evą sam, nieco się do mnie przybliżyła. Ciskała wzrokiem gromy, przez co omal się nie odchyliłem.

– Chcesz wiedzieć, gdzie jest Jessica? – zapytała zjadliwie, co wprawiło mnie w lekkie osłupienie. – Zabrali ją do szpitala – oznajmiła, zanim zdążyłem się odezwać. – Nie zapytasz dlaczego? – zadrwiła z satysfakcją.

Nie zapytałem, ponieważ odjęło mi mowę.

– Jessie nigdy nie pozwoliłaby skrzywdzić żadnej z dziewczynek – ciągnęła Eva. – Tak zażarcie walczyła z napastnikiem, by uratować Lucy, że doznała poważnych obrażeń... Jej twarz... – Ucięła, przełykając szloch. – Była kompletnie zmasakrowana – wysyczała, otarłszy nerwowo łzę, która popłynęła jej po policzku.

Zawstydzony tym, że obarczyłem winą Jess, spuściłem głowę. Mimo że przemawiały przeze mnie strach, złość i niemoc, powinienem był wiedzieć, że ta dziewczyna prędzej oddałaby życie za moje siostry, niż pozwoliła wyrządzić im krzywdę. Kurwa, przecież z tego, co wyjawiła Eva, wynikało, że Jessie dała się skatować, byle tylko ochronić moją siostrzyczkę.

– Dziewczynki bawiły się przy fontannie – podjęła Eva, zanim ocknąłem się na tyle, by zacząć wypytywać o szczegóły. – Lucy zmoczyła ubranie, więc Jessie zabrała ją do samochodu, żeby mała przebrała się w coś z rzeczy, które kupiłyśmy. Gdy odeszły, skupiłam uwagę na pozostałych dzieciach, bo nadal bawiły się w wodzie. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że Jessie i Lucy może się coś stać... – Głos jej zadrżał, jakby miała się rozpłakać. – Najpierw usłyszałam krzyk Jessiki, potem zobaczyłam okładającego ją bez opamiętania faceta...

– Mów dalej – poprosiłem z nutą desperacji, widząc, że Eva dotarła do granicy psychicznej wytrzymałości.

– Podbiegłam do reszty dzieci, nakazałam Suzy zabrać siostry i Gabriela do kawiarni, a sama pognałam do miejsca, gdzie Jess szarpała się z tym gościem. Zanim do nich dobiegłam, Jessie leżała bezwładnie w kałuży własnej krwi, a on odjechał... z Lucy. – Eva wybuchnęła spazmatycznym płaczem. – Nie zdołałam dotrzeć na czas, byłam zbyt powolna. To moja wina, Samuelu. – Od szlochu drgały jej ramiona.

– Evo... – wydukałem przez zatkane gardło.

Powinienem powiedzieć coś więcej, ale nie potrafiłem. Wystarczająco już cierpiała, bez sensu, żebym dokładał jej smutków, a mnie przychodziły na myśl słowa, które nie wsparłyby jej na duchu.

– Nie musisz mnie pocieszać. – Ulżyło mi, że sama zwolniła mnie z tego obowiązku. – Zrobię wszystko, żeby ci pomóc, ale nie waż się obwiniać mojej kuzynki. – Na nowo wstąpiła w nią hardość. – Rozumiemy się, Samuelu?

Bez przekonania przytaknąłem. Szybko pojąłem, że nikt nie ponosił odpowiedzialności za porwanie Lucy. Jednak w ramach usprawiedliwienia samego siebie musiałem kogoś obciążyć. Padło na osoby, które opiekowały się moją siostrą, kiedy to wszystko się wydarzyło. Tak po prostu działa ludzka psychika.

– Pan Remsey? – zagaił mężczyzna w stalowym garniturze, który pojawił się koło nas.

Potwierdziłem sztywnym skinieniem głowy, mierząc go badawczym wzrokiem.

– Detektyw Hudson Parker. – Podał mi dłoń, którą mocno uścisnąłem. Poprzez dotyk chciałem mu dać do zrozumienia, że nie przyjmę żadnego kitu, który zamierzał mi wcisnąć; teraz czy w przyszłości. – Będę zajmował się sprawą porwania pańskiej siostry. Pani O’Dell złożyła już zeznania, przesłuchujemy właśnie pracowników kawiarni i osoby obecne na placu w trakcie zdarzenia, czekamy także na odpowiedź ze Storylandu w związku z udostępnieniem nagrań z kamer. – Przeniósł spojrzenie na Evę. – Czy może nas pani zostawić samych?

– Oczywiście – przytaknęła. – Zabiorę dziewczynki do nas, załatw wszystko na spokojnie. – Pogłaskała mnie pocieszająco po ramieniu. – Czy możemy już wrócić do domu? – spytała detektywa.

– Tak, na ten moment jest pani wolna. Odezwiemy się, jeśli będą potrzebne dodatkowe wyjaśnienia.

Skinęła głową na znak, że rozumie, po czym raz jeszcze uścisnęła mnie w ramach wsparcia i podążyła do Aleksa.

Gdy znaleźliśmy się poza zasięgiem czyjegokolwiek słuchu, Parker od razu przystąpił do rzeczy.

– Podejrzewa pan, kto mógłby to zrobić? Ma pan wrogów? Kogoś, kto z jakiegoś powodu może być panu nieprzychylny?

– Dlaczego sądzicie, że to odwet na mnie, a nie porwanie dla okupu? – zjeżyłem się, chociaż sam rozważałem podobne teorie.

Prędko się zreflektowałem. Naraziłem się przecież dziesiątkom ludzi, współpracowałem także z szemranymi typami, dlatego istniało duże prawdopodobieństwo, że to moje sumienie zostanie obciążone zaginięciem Lucy.

Kurwa. Kurwa. Kurwa.

– Tak, bardzo możliwe, że to, co się wydarzyło, ma związek ze mną – potwierdziłem, wiedząc, że zatajenie tak istotnej informacji może zaszkodzić sprawie. – Jestem byłym wojskowym, pracowałem również dla CIA, więc, jak się pan domyśla, zadarłem z wieloma osobami. Nie tylko tutaj, lecz także za granicą.

Zarechotałem gorzko, bojąc się dopuścić do siebie myśl, że w tej chwili Lucy może znajdować się w podróży na Środkowy Wschód albo i gorzej.

Detektyw pokiwał ze współczuciem głową.

– Musimy spokojnie porozmawiać i wszystko przeanalizować. Liczę, że będzie pan z nami współpracował... – Uniósł brew ni to pytająco, ni to sceptycznie.

– Wpadliście na jakiś trop?

Jeśli chcecie owocnej współpracy, dajcie coś od siebie.

– Eva O’Dell wspomniała o jakimś zniszczonym minivanie. Dość dokładnie go opisała. Wiemy, że szukamy starego volkswagena T1, kolor zielono-biały, prawie w całości pokryty rdzą. Prawdopodobnie brak jednego ze wstecznych lusterek, przedni zderzak jest mocno przekrzywiony.

Zmarszczyłem brwi na wieść o tak charakterystycznym, zabytkowym aucie.

– Takim rzęchem, w dodatku bardzo rzucającym się w oczy, nie da się daleko uciec – burknąłem.

– Robimy wszystko, co w naszej mocy...

– Czyli gówno robicie – żachnąłem się.

– Panie Remsey, rozumiem, że jest pan zdenerwowany, ale niech pan mi wierzy, znamy się na swojej pracy. Nerwy tu nic nie pomogą.

Opanowany ton głosu detektywa wzmagał moją irytację.

– Róbcie więcej niż zazwyczaj! Latami służyłem temu krajowi, dbałem o bezpieczeństwo waszych tyłków, więc teraz możecie mi się odwdzięczyć!

– Sam?

Usłyszawszy za plecami rozdygotany głos Mandy, odwróciłem się ku niej.

– Boże, Samuelu, powiedz, że to nieprawda – załkała rozpaczliwie.

– Chciałbym... – Głos zadrżał mi niebezpiecznie.

– Pani jest...? – Parker taksował Mandy wzrokiem.

– Mandy Geller – przedstawiła się. – Jestem prawnym opiekunem Lucy Remsey i jej sióstr.

Detektyw przesunął wzrok z niej na mnie i z powrotem.

– Sprawuję częściową opiekę nad siostrami, pełnię praw ma ich ciotka – odpowiedziałem na widoczne w jego oczach pytanie.

– Chciałbym, żeby państwo ze mną poszli...

– Idźcie – przerwałem Parkerowi. – Za chwilę dołączę.

Kiedy ta dwójka wystarczająco się oddaliła, wyłowiłem z kieszeni telefon i wybrałem numer, którego – jak sądziłem – nigdy więcej nie użyję. Mój rozmówca odebrał dopiero po kilku sygnałach.

– Witaj, szefie. – Odchrząknąłem, by nadać głosowi naturalności. – Pamiętasz mnie jeszcze?

– Jackal – wyszeptał pułkownik po dłuższej chwili milczenia.

– We własnej osobie.

– Z jakiej racji kopnął mnie ten zaszczyt?

– Nie dzwonię z własnej woli. Zmusiła mnie do tego sytuacja, w jakiej się znalazłem. – Zacisnąłem zęby wkurzony, że musiałem otworzyć drzwi do przeszłości, do której nie zamierzałem nigdy wracać.

– Domyśliłem się, że nie zadzwoniłeś, by zaprosić mnie na piwo – sarknął Frost, po czym na linii wybrzmiał charakterystyczny zgrzyt tarcia skóry, co oznaczało, że właśnie umościł się w swoim skórzanym, mocno sfatygowanym fotelu. – Mów, czego potrzebujesz.

– Uprowadzono moją najmłodszą siostrę. – Te trzy słowa ledwo przeszły mi przez gardło. – Od zdarzenia minęło około dwóch godzin. Sprawę prowadzi Hudson Parker z nowoorleańskiej policji... – Zaczerpnąłem głęboko powietrza, aby odrobinę ulżyć zmiażdżonym rozpaczą płucom. – Ustalono, że sprawca odjechał starym volkswagenem T1. Dokładny opis prześlę ci SMS-em.

– Dowiem się wszystkiego, co możliwe – oznajmił Frost bez wahania. – Spotkaj się ze mną za trzy godziny w barze Old Point.

– Jesteś w Nowym Orleanie?

To by znaczyło, że świat naprawdę ze mną igra.

– Nie, ale będę. Widzimy się punktualnie o dziewiętnastej.

– Tak jest, sir. – Niemal zasalutowałem.

W słuchawce zapadła cisza, świadcząca o tym, że Frost się rozłączył.

Wysłałem mu wiadomość ze szczegółami, które udało mi się zdobyć, po czym pomaszerowałem do radiowozu, gdzie czekali na mnie Mandy i detektyw.

Kolejne godziny spędziliśmy na komisariacie. Najpierw przesłuchiwano nas w osobnych pomieszczeniach, potem razem. Non stop zadawano te same pytania – zamiast szukać mojej siostry. Ci policyjni imbecyle zachowywali się tak, jakbyśmy to my mieli coś wspólnego z porwaniem Lucy.

– Kurwa mać! – wrzasnąłem, mając dość tego maglowania. – Zajmijcie się szukaniem mojej siostry, a nie traceniem czasu na pytanie wciąż o to samo! Powiedzieliśmy wszystko, co wiemy.

– Sam. – Mandy spojrzała na mnie karcąco.

– Dlaczego dzieci znajdowały się pod opieką Jessiki McAdams? – wznowiła przesłuchanie krępa Afroamerykanka.

– Ja pierdolę, nie wytrzymam. – Pchnąłem stojące obok mnie krzesło z taką siłą, że odbiło się od ściany, pozostawiwszy w niej dziurę.

– To moje ostatnie upomnienie – ostrzegła beznamiętnie kobieta. – Rozumiem pańskie zdenerwowanie, ale takie są procedury. Nie przeskoczymy ich.

Zmełłem w ustach przekleństwo i wyjaśniłem:

– Jessica McAdams to moja przyjaciółka. Razem z panią O’Dell zabrały dziewczynki na zakupy, później do parku rozrywki. Czy to przestępstwo? – wyzłośliwiłem się.

– Nie, proszę pana. – Policjantka zaczynała tracić cierpliwość. – Musimy mieć wszystko czarno na białym, stąd te pytania.

– Jak na razie to macie, ale wszystko w dupie – mruknąłem i poderwałem się z krzesła. – Chcę stąd wyjść. Nie zamierzam tracić więcej czasu, który mógłbym poświęcić na poszukiwania siostry!

– Proszę nie działać na własną rękę – rzucił dla zasady Parker. Był na tyle inteligentny, aby zdawać sobie sprawę, że uruchomię wszystkie swoje kontakty, byle tylko odnaleźć Lucy. – Może pan iść, ale proszę nie wyjeżdżać z kraju. Pani również jest wolna – zwrócił się do Mandy.

Gdy opuściliśmy budynek komisariatu, zaczęło zmierzchać. Miałem pół godziny, by dotrzeć do Old Point na spotkanie z Frostem.

– Dziewczynki są u Evy... Możesz je odebrać? – zapytałem Mandy.

– A ty dokąd się wybierasz? – W jej zmęczonych oczach błysnęła podejrzliwość.

– Zamierzam znaleźć Lucy i zabić gnoja, który odważył się do niej zbliżyć – powiedziałem bez owijania w bawełnę.

– Sam, nie rób niczego, co mogłoby zaszkodzić tobie lub dziewczynkom. Proszę. – Jej głos oscylował między udręką a błaganiem.

– Nie martw się, nie narażę sióstr – zapewniłem, co zakrawało na ironię, ponieważ najprawdopodobniej to przeze mnie Lucy padła ofiarą porywacza.

– A co z Jessie? – Mandy poruszyła kwestię, która była mi cierniem w oku. – Dowiadywałeś się, co z nią?

Przymknąłem powieki, starając się na powrót upchnąć w jednej z szufladek umysłu wyciągnięte przez Mandy myśli o Jess. Czułem się parszywie, że nie interesuję się jej stanem tak, jak na to zasługiwała. Ale ona żyła. Znałem miejsce jej pobytu, wiedziałem, że nic jej nie zagraża. Teraz musiałem skoncentrować się przede wszystkim na siostrze.

– Później – bąknąłem, odpychając od siebie poczucie winy i wstyd.

Punktualnie o dziewiętnastej przekroczyłem próg baru. Nigdzie nie dostrzegłem Frosta, co mocno mnie zdziwiło. Ten człowiek nigdy się nie spóźniał – nawet o minutę. W trakcie służby żartowaliśmy, że został zaprogramowany niczym robot.

Raptem koło mnie zmaterializował się niczym ninja jakiś facet, od stóp do głów ubrany w czerń. Od razu rozpoznałem w nim agenta CIA.

– Zapraszam za mną – powiedział.

Podążyłem za nim bez słowa sprzeciwu. Szef siedział w najbardziej oddalonym, najciemniejszym kącie baru. Wszystkie stoliki wokoło świeciły pustką, mimo że w pubie roiło się od ludzi. Prychnąłem w duchu, doskonale wiedząc, że to sprawka mojego byłego przełożonego.

Na mój widok Frost wstał.

– Jackal.

Uścisnęliśmy sobie mocno dłonie, a następnie zajęliśmy miejsca przy stoliku. Zanim przeszliśmy do rozmowy, Frost odesłał swojego przydupasa.

– Napijesz się czegoś? – zaproponował.

– Nie.

– Jak zwykle bardzo towarzyski. – Zaśmiał się krótko. – W tej kwestii nic się nie zmieniło.

– Nie jestem tu w celach towarzyskich – odparłem chłodno.

– Racja. – Frost sięgnął po swojego drinka. – Masz podejrzenia co do tego, kto może stać za porwaniem twojej siostry?

Kiedy po raz kolejny usłyszałem to samo pytanie, zaświerzbiły mnie ręce. Gdyby siedział przede mną ktoś inny, poznałby siłę mojego ciosu.

– Gdybym wiedział, ten szmaciarz już byłby martwy – wycedziłem przez zęby.

– Racja – przytaknął. – Przeprowadziłem wstępne śledztwo i nie wydaje mi się, żeby było to porwanie dla okupu. – Przywołał jednego z przybyłych razem z nim agentów. – Poproszę o twój telefon. – Wyciągnął w moją stronę rękę.

Znałem procedury, więc bez słowa protestu oddałem mu aparat.

– Wiesz, co masz robić – rzekł do mężczyzny i wręczył mu mojego smartfona, a potem zwrócił się do mnie: – Jeżeli ktoś zadzwoni, przeciągnij rozmowę przynajmniej do czterdziestu sekund. Mamy nowe środki namierzające oraz dodatkowe satelity, więc na dziewięćdziesiąt pięć procent namierzymy gnoja.

– Na to liczę.

– Kilka przecznic od Storylandu natrafiono na samochód odpowiadający podanemu przez ciebie opisowi. W środku nikogo nie było – uprzedził moje pytanie, skutecznie gasząc iskrę nadziei, która się we mnie zatliła.

Wsunąłem dłonie pod uda w obawie, że nie zdołam ich kontrolować.

– Policja mnie o tym nie poinformowała.

– Zapewne zadzwonią w ciągu najbliższych dziesięciu minut. Dotarli do niego dopiero teraz. Chwilę przed twoim przyjściem dostałem informację.

– Czyli wygląda na to, że cała akcja była zaplanowana, a odpowiedzialna za to osoba nie jest amatorem.

Frost potwierdził moje przypuszczenia skinieniem głowy.

– Podejrzewamy, że masz w domu podsłuch. Nasi ludzie właśnie to sprawdzają.

– Weszli do mojego domu bez pozwolenia?!

– Wiesz, że w przypadku porwania liczy się każda minuta.

– Wiem.

Musiałem zapanować nad swoją porywczością, inaczej nie posunęlibyśmy się do przodu.

Rozdzwonił się telefon pułkownika. Odebrał, ledwo spojrzawszy na wyświetlacz.

– Co jest? – rzucił do swojego rozmówcy. Słuchał przez chwilę w milczeniu, po czym powiedział: – Rozumiem, podeślij mi je i szukajcie dalej.

Zakończył połączenie i z powrotem skupił się na naszej rozmowie.

– Porywacz zmienił samochód na srebrnego forda focusa, który prawdopodobnie został wypożyczony. Kamery uliczne zarejestrowały tył samochodu z niepełną blachą. Właśnie sprawdzamy nowoorleańskie komisy.

– Skąd wiadomo, że samochód należał do porywacza?

Frost odblokował telefon i podał mi go.

Na ekranie leciało nagranie przedstawiające lewy bok volkswagena. Po drugiej stronie auta czaił się zakapturzony mężczyzna – otworzył drzwi i wyciągnął coś z wewnątrz. Nawet po powiększeniu obrazu nie zdołałem zobaczyć, co to takiego, ale zakładałem, że była to Lucy. Ujrzenie na własne oczy mojej małej siostrzyczki w łapach jakiegoś padalca wzmogło tlącą się we mnie chęć mordu.

– Kurwa – warknąłem, odrzucając urządzenie na stół.

– Znajdziemy ją, Samuelu. – Frost po raz pierwszy zwrócił się do mnie po imieniu. – Znajdziemy – zapewnił twardo.

Wydawał się święcie przekonany o swojej racji.

– Chcę go mieć dla siebie – zakomunikowałem, a pułkownik wiedział, co to oznacza.

– Nie brałem pod uwagę innej opcji. Ale musisz z nami współpracować, a nie działać na własną rękę – zastrzegł, potwierdzając, że nawet po tylu latach pamięta o mojej niepokorności.

Prychnąłem z irytacją.

– Mam siedzieć na dupie i czekać, aż zadzwonicie? Chyba sobie kpisz...

– Lepiej niż ktokolwiek wiesz, jak przy tego typu akcjach ważna jest komunikacja.

– I tak będziecie mnie namierzać. Zażądałeś mojej komórki, żeby wsadzić do niej jakieś gówno.

Czy on zapomniał, że ma do czynienia z profesjonalistą, a nie laikiem?

– Telefonu zawsze możesz się pozbyć.

Zawiesił spojrzenie na czymś ponad moim ramieniem.

Nim zdążyłem sprawdzić, na czym skupił uwagę, poczułem na szyi ukłucie.

– Co jest, do kurwy?! – Przyłożyłem dłoń do miejsca, gdzie – jak podejrzewałem – wbito mi igłę.

– To pozwoli nam choć trochę cię kontrolować – odparł beznamiętnie Frost.

– Chyba sobie żartujesz! Wstrzyknąłeś mi nadajnik?!

Czemu tego, do cholery, nie przewidziałem?

– Znam cię nie od dziś. Wiem, że nie informowałbyś nas o swoich działaniach. A w ten sposób prędzej sam wpakujesz się w kłopoty, niż pomożesz siostrze.

– Nie mieliście prawa...

Rozjuszony poderwałem się z miejsca. Koło mnie natychmiast zjawiło się dwóch agentów. Frost odprawił ich ruchem ręki, a mnie wzrokiem nakazał z powrotem usiąść. Przyzwyczajenia z wojska wzięły górę, więc wykonałem jego rozkaz.

– Robimy to dla dobra twojej siostry. Nie chcemy, żeby twoja narowistość przeszkodziła nam w działaniach.

Zmęczony swoją bezradnością, przeciągnąłem ręką po twarzy.

– Muszę ją znaleźć, bo oszaleję. Jeśli to z mojej winy...

Dobijała mnie ta perspektywa.

– Ktoś, kto za tym stoi, nie jest głupi.

– No co ty nie powiesz? – zadrwiłem.

Zanim Frost zdołał mnie zbesztać, podszedł do nas jeden z agentów. Bez słowa oddał mi telefon. Stawiałem lewe jądro, że włożyli do niego nadajnik.

– Po opuszczeniu agencji miałeś z kimś zatargi? – zapytał pułkownik, gdy znowu zostaliśmy sami.

– Kilka bójek, nic szczególnie poważnego – powiedziałem to samo, co wcześniej detektywom. – Nie sądzę, by którakolwiek z tych osób pokusiłaby się o tego rodzaju zemstę. Głównie to jakieś szukające wrażeń półgłówki.

– Więc obstawiamy, że to ktoś z przeszłości. Wojsko, agencja? – drążył Frost.

Nie zdążyłem udzielić odpowiedzi, bo mój telefon zaczął wibrować.

– Nie znam tego numeru – stwierdziłem po zerknięciu na ekran.

– Przeciągnij rozmowę do minimum czterdziestu sekund – przypomniał pułkownik, dając znak chłopakowi siedzącemu trzy stoliki dalej.

Ten skinął głową, a następnie skupił się na stojącym przed nim laptopie.

– Można odebrać – przyzwolił.

Serce tłukło mi w piersi, kiedy przesuwałem palcem po zielonej słuchawce.

– Słucham. – Mimo galopującego serca i odcinającej mi dopływ tlenu obręczy na szyi mój głos brzmiał pewnie i stanowczo.

– Witam, z tej strony Hudson Parker.

Wypuściłem powietrze, które nieświadomie wstrzymywałem.

– Detektywie – rzuciłem, by dać znać Frostowi, że to nie porywacz.

– Znaleźliśmy samochód siedem przecznic od miejsca porwania – poinformował Parker.

Ledwo powstrzymałem się od przewrócenia oczami.

– Tak? – Starałem się nie dać po sobie poznać, że już o tym wiedziałem.

– Jesteśmy pewni, że nie było to przypadkowe działanie. We wnętrzu znaleźliśmy pasujące do opisu ubrania dziewczynki i...

– I? – ponagliłem go, gdy milczenie się przedłużało.

Przeczuwałem, że to, co ma jeszcze do przekazania, zatrzęsie moim światem.

– Włosy pańskiej siostry – wydusił w końcu. – Ogolił ją. Żeby nas zmylić. Typowy zabieg u dzieci porywanych...

– Na handel...

MISJA

25

Wszystko jest bólem, kłamstwem i wyzwaniem.

Jess

Topiłam się.

Czułam, jak woda wdziera mi się do płuc.

Rozpierający klatkę piersiową ból blokował dostęp tlenu.

Chciałam krzyczeć, błagać o pomoc, ale nie byłam w stanie. Oceaniczne fale targały moim bezwładnym ciałem, uderzając nim o podwodne skały. Na próżno usiłowałam poruszyć kończynami i nabrać powietrza.

Zostałam uwięziona w głębinach bezgranicznego strachu.

Oblepiał mnie szlam beznadziei.

Zaplątałam się w wodorostach rozpaczy.

Jessie.

Uczepiłam się znajomego głosu, który raz po raz wypowiadał moje imię. Brodząc w bagnie paniki, traktowałam go jak jedyną szansę na przeżycie. Dochodził z bliskiej odległości, ale nie potrafiłam go dokładnie namierzyć. Traciłam siły, a walczący o przetrwanie umysł powoli dawał za wygraną. Pozwoliłam porwać się prądowi, rezygnując z życia, które do tej pory na każdym kroku celebrowałam.

Moje powieki stopniowo stawały się coraz cięższe, aż w końcu całkowicie opadły.

– Jessie – do mojej otumanionej świadomości ponownie przedostał się ten sam głos.

Chwilę później czyjeś palce chwyciły moją dłoń. Wykrzesałam z siebie resztki energii i ścisnęłam je niczym ostatnią deskę ratunku. Wtedy poczułam, jak ktoś wyciąga mnie z wszechobecnej ciemności, która chciała mnie wessać.

– Otwórz oczy, kochanie – poprosił mój wybawca.

Zaczęłam się dławić i kaszleć. Paliły mnie płuca, krzywiłam się z powodu przeszywającego moją twarz paraliżującego bólu. Zmusiłam się do uchylenia powiek, jednak szybko znowu je zamknęłam. Tyle czasu tkwiłam w mroku, że drażniące moje oczy światło przyniosło ogromny dyskomfort. Było bolesnym pięknem – upragnionym, lecz niemożliwym do oglądania.

– Moja kochana...

Rozpoznałam głos kuzynki, która wybuchła rzewnym płaczem.

– Moja piękna... Jak dobrze, że się obudziłaś – lamentowała.

Chciałam coś powiedzieć, ale nie byłam w stanie. Wydawało mi się, jakbym miała w gardle sztywny kołek, który nie pozwalał słowom wydostać się na wolność. Leżałam w bezruchu, zmagając się ze zdezorientowaniem.

Jeszcze kilkakrotnie otwierałam i zamykałam oczy. Kiedy wreszcie przyzwyczaiły się do jasności, ostrożnie obrzuciłam wzrokiem pokój. Szybko się połapałam, że przebywam w szpitalu. Doskonale znałam ten ascetyczny wystrój i rażącą biel ścian, zaskoczył mnie jednak fakt, że leżałam w łóżku jako pacjentka, a nie krzątałam się wokół, wypełniając swoje pielęgniarskie obowiązki. Ta myśl przestała zaprzątać mój umysł, gdy się zorientowałam, że nie widzę zbyt wyraźnie, zwłaszcza na prawe oko. Coś było nie tak.

Chciałam unieść dłoń do twarzy, ale Eva złapała mnie za rękę i z powrotem ułożyła ją na kołdrze.

– Nie wolno ci się poruszać – oznajmiła z troską przez łzy.

Usiłowałam odgadnąć, co się stało, że trafiłam do szpitala, i wygrzebać jakikolwiek strzępek informacji, która naprowadzi mnie na jakiś trop. Wysilałam się nadaremno. W głowie miałam czarną dziurę.

– Dlaczego... tu... jestem? – wychrypiałam.

Odnosiłam wrażenie, że gardło wyścieła mi dywan z żyletek, co z punktu widzenia medycyny oznaczało, że musiałam dużo i głośno krzyczeć.

We wzroku Evy zagościło zdziwienie podszyte lekkim przerażeniem. Starała się je ukryć – bez większych rezultatów. Moja kuzynka nigdy nie była dobrą aktorką, czytałam z niej jak z otwartej księgi. Widziałam po niej, że wydarzyło się coś złego. Coś, co na zawsze mnie naznaczy.

– Co pamiętasz z ostatnich zdarzeń? – zapytała ostrożnie.

– Robalu... – Mówienie, coś, co do tej pory brałam za pewnik, sprawiało mi olbrzymią trudność. – Cholera – jęknęłam zirytowana własną słabością.

– Lekarz orzekł, że nie doznałaś wstrząśnienia mózgu, ale może jednak... – powiedziała Eva; bardziej do siebie niż do mnie. – Zawołam kogoś – stwierdziła.

Nim zdołałam ją powstrzymać, zniknęła za drzwiami. Zostałam sam na sam z gonitwą myśli i nieznośnym bólem głowy.

Nieobecność Evy wykorzystałam na zbadanie swoich obrażeń. Zaczęłam od twarzy, która okazała się w połowie zabandażowana. Na jednej ręce miałam opatrunek, co wprawiło mnie w jeszcze większe skonfundowanie. Pękł mi kącik ust i czułam specyficzny posmak krwi. Ponadto rwało mnie całe ciało, w jednych miejscach mniej, w drugich bardziej.

Czyżbym uległa wypadkowi?

Przymknęłam powieki, wysilając szare komórki, by przywołać jakieś wspomnienia. Początkowo moje próby nie przynosiły efektów. Na obrzeżach umysłu majaczyło jakieś światło, ale miało kłopot z przedarciem się do centrum. Frustrowało mnie to tak bardzo, że uderzyłam dłonią w materac. Oczekiwałam bólu, lecz zamiast niego zaczęły bombardować mnie retrospekcje. Jakbym tym jednym ruchem zwolniła zapadkę, która wyzwoliła wspomnienia.

Zakupy.

Zabawa.

Fontanna.

Płacz.

– Lucy! – wyrwał mi się z gardła żałosny krzyk.

Moje serce pochwyciły szpony strachu. Wbijały się w nie coraz głębiej i głębiej, aż dotarły to jego istoty i pociągnęły, by je wyrwać.

Niewiele myśląc, odpięłam kroplówkę, odrzuciłam kołdrę i ignorując ból, zsunęłam nogi z łóżka. Zakręciło mi się w głowie. Przed upadkiem uchroniła mnie rama, której w ostatniej chwili się przytrzymałam.

Przed oczami stanął mi obraz mężczyzny wyrywającego mi z rąk dziecko. Pisk dziewczynki ranił moje uszy. Przypomniałam sobie ciosy, których to ja musiałam być odbiorcą.

– Niech mi ktoś to wyjaśni... – szepnęłam błagalnie, czując spływające po policzkach łzy.

Nagle drzwi gwałtownie się otworzyły. Wzdrygnęłam się, podrywając głowę, co nie było dobrym pomysłem, bo mocno mi w niej zawirowało, a do gardła podeszła żółć.

Mój wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem osoby, która wtargnęła do środka. W pokoju zapanowała ołowiana cisza, przerywana jedynie przez nasze nierównomierne oddechy.

Spozierały na mnie wypełnione rozpaczą i żalem oczy. Ich właściciel wyglądał jak cień samego siebie. Ciemne sińce pod oczami, zmierzwione włosy, jakby setki razy przeczesywane w nerwowym geście, rozchełstana, pognieciona koszula i znoszone dżinsy nie pasowały do wizerunku osoby, którą znałam. Ta niechlujność świadczyła o tym, że stało się coś złego. Bardzo, bardzo złego.

– Samuelu... – zaszlochałam. Przygniótł mnie smutek tak ogromny, że nie byłam w stanie go udźwignąć. – Przepraszam... – wymamrotałam, zanim osunęłam się na podłogę.

Po raz kolejny porwała mnie fala ciemności.

Koszmary.

Obudził mnie irytujący dźwięk pikania szpitalnej aparatury. Nie chciałam otwierać oczu. Wmawiałam sobie, że póki trzymam je zamknięte, nie może dosięgnąć mnie rzeczywistość. Wolałam tkwić w świecie sennych potworności niż stawić czoła temu, co czekało mnie po przebudzeniu. Bo realia były znacznie gorsze od upiorności, które nękały mnie we śnie.

– Jessico...

Choć wciąż tkwiłam w krainie Morfeusza, rozpoznałam głos, który wymówił moje imię. Nie słyszałam go od dawna i nie byłam pewna, czy w ogóle chcę go usłyszeć. Mimowolnie się poruszyłam. Tak jakby moje ciało sprzeciwiało się obecności tej osoby.

– Kochanie, to ja, mama – ponownie odezwała się kobieta, która mnie urodziła.

Nie odpowiedziałam. Nie dlatego, że nie mogłam, po prostu nie chciałam.

– Ona się nie budzi. Dlaczego? – zawodziła matka.

Mówiła coś jeszcze, lecz nie potrafiłam skupić się na jej słowach. Czułam na sobie ciężar czyjegoś spojrzenia. Przewiercało mnie, jakby chciało dostać się do tego, co rozgrywało się w mojej głowie. Szukało dostępu do moich myśli i wspomnień. Inwigilowało mnie jak profiler policyjny, sporządzający portret psychologiczny przestępcy.

Matka oznajmiła, że za chwilę wróci, po czym usłyszałam odgłos zamykanych drzwi. Od razu zaczęło mi się lepiej oddychać. Gdyby jeszcze ta druga osoba sobie poszła...

– Nie śpisz.

To było stwierdzenie, nie pytanie, wypowiedziane głosem Samuela. Puls mi przyśpieszył, o czym świadczyło wzmożone pikanie maszyny monitorującej parametry życiowe.

– Nie – wychrypiałam, nie widząc sensu w dalszym udawaniu.

Przygniatało mnie przemożne poczucie winy, nie umiałam spojrzeć mu w oczy, dlatego nadal ich nie otworzyłam.

– Musisz mi wszystko opowiedzieć, Jessie. – Niby poprosił, ale w jego tonie słyszałam nutę nieugiętości. – Chcę poznać każdy szczegół... Być może jest coś, co nam umknęło, i tylko ty możesz nas naprowadzić.

– Przepraszam – wyszeptałam z boleścią. – Tak bardzo przepraszam.

Nic nie powiedział, tylko ujął moją dłoń. Splótł nasze palce razem, co sprawiło, że zaszlochałam. Czułam palące łzy, które szukały ujścia, jednak blokowała je tama. Łkałam więc cicho, tak jakbym nie miała prawa do głośniejszej rozpaczy. Pragnęłam, by Sam mnie zapewnił, że wszystko będzie dobrze. Że Lucy się znajdzie i wcale nie uważa, że to moja wina.

– Samuelu, proszę...

Poluzował uścisk i wypuścił moją dłoń ze swojej. Sekundę później usłyszałam szuranie krzesła, a następnie trzaśnięcie drzwiami.

Zostałam sama ze strachem i wyrzutami sumienia.

Zostawiła mnie osoba, na której obecności najbardziej mi zależało.

Sam

Tkwiłem w błędnym kole.

Nie byłem w stanie przebywać w pobliżu Jess, przez co męczyły mnie potworne wyrzuty sumienia. Choć potrzebowała mnie bardziej niż kiedykolwiek, nie mogłem wyrzucić z głowy tego, że opiekowała się moją siostrą, gdy ta została porwana. Wiedziałem, że zrobiła wszystko, by ją ochronić. Na Boga, wyglądała jak po czołowym zderzeniu z ciężarówką! Nie zważała na to, że może zginąć, broniła Lucy niczym lwica swoje młode. Mimo to jej widok stanowił przypomnienie dramatycznych wydarzeń. Już wystarczająco się zadręczałem. Nie mogłem jeść ani spać, jak obłąkany pukałem do wszelkich możliwych drzwi i odbierałem zaległe przysługi od ludzi, którzy mogliby w jakiś sposób pomóc. Popadałem w pieprzony obłęd.

Po wyjściu z sali Jess usiadłem na ławce przed szpitalem. Zmęczony i wkurzony na siebie, że tak ją zostawiłem, nie zapytawszy nawet o to, jak się czuje, schowałem twarz w dłoniach. Na dodatek ta jej upiorna mamuśka, którą miałem ochotę wypatroszyć...

– Kurwa! – warknąłem, walcząc ze sobą, żeby w coś nie przywalić.

Musiałem jakoś odreagować kotłujące się we mnie emocje. Wiele bym dał, żeby bodaj na krótki moment znaleźć się w stanie głębokiego otępienia...

Kurwa!

Szukałem siostry od czterech dni – bezskutecznie. Ten pieprzony psychopata zapadł się pod ziemię. Nie zażądał okupu, więc wykluczyliśmy pieniądze jako przyczynę porwania. Biorąc pod uwagę fakt, że zmienił wygląd Lucy, bałem się, że w grę naprawdę wchodził handel dziećmi. Starałem się nie dopuszczać do siebie takich myśli. Świadomość, że moja siostra mogła stać się towarem, seksualną zabawką dla jakiegoś pierdolonego zboczeńca, była sto razy większą torturą niż fizyczne cierpienia, jakich zaznałem na przestrzeni lat.

Poderwałem się z ławki i kopnąłem w umocowany obok kosz. Śmietnik zerwał się z zawiasów, a jego zawartość wysypała się na trawnik. Zacisnąwszy pięści na włosach, wbiłem wzrok w czyste, błękitne niebo – całkowite przeciwieństwo tego, co działo się w mojej głowie i sercu.

– Sam!

Odwróciłem się na dźwięk swojego imienia. Przekląłem, gdy zobaczyłem, że przy chodniku stoi zaparkowany terenowy wóz Aleksa.

– Wsiadaj! – rozkazał, wyjrzawszy przez okno.

Sięgnąłem do kieszeni spodni po paczkę papierosów. Wyciągnąłem jednego ustami i odpaliłem. Z radością powitałem wywołane dymem tytoniowym pieczenie w gardle.

– Nie będziesz jarał w moim aucie – oznajmił Alex, lustrując mnie z dezaprobatą.

– Nie, bo nie zamierzam do niego wsiadać.

Po raz kolejny napełniłem płuca nikotyną. Błysnąłem nieszczerym uśmiechem i ruszyłem w dół chodnika.

– Wchodź, do kurwy, jeśli nie chcesz, żebym cię do niego wciągnął – zagroził przyjaciel.

Dawno nie miałem do czynienia z tak rozgniewaną wersją sławetnego Żniwiarza.

Zignorowałem jego groźbę i przyśpieszyłem kroku. Kątem oka widziałem, że sunie terenówką wzdłuż ulicy niczym żółw słoniowy po wyspach Galapagos. Odpaliłem kolejną fajkę, udając, że zupełnie mnie to nie obchodzi.

– Sam! – ryknął znowu.

Przystanąłem, wlepiając w niego rozeźlone spojrzenie.

– Dajcie wy mi wszyscy święty spokój! – odkrzyknąłem. – Odpierdolcie się! Wiem, co robię.

Alex zatrzymał samochód przy krawężniku. Wyskoczył z auta, pozostawiając otwarte drzwi.

– Wykończysz się, człowieku! Pozwól sobie pomóc! – darł się, pokonując dzielącą nas odległość.

Kurwa. Czy w moich słowach było coś niezrozumiałego?

Gotowałem się do bójki, wręcz o niej marzyłem. Już miałem przypuścić na niego atak, gdy mój telefon zawibrował. Z żołądkiem skręconym ze strachu w supeł sięgnąłem do kieszeni dżinsów. Tak jak przypuszczałem, dzwonił Frost.

– Macie coś? – Nie było czasu na owijanie w bawełnę.

– Ten skurwiel jest przebiegły bardziej, niż zakładaliśmy – warknął pułkownik, wyraźnie sfrustrowany. – Bawi się nami... Wie, że zwróciłeś się do nas po pomoc, co potwierdza, że najprawdopodobniej jest jednym z naszych.

– Jak się dowiedział? – wycedziłem przez zęby.

– Podsłuch, który znaleźliśmy w twoim domu, został zrobiony samodzielnie. Na tyle dobra robota, że mało kto by się poznał...

– Kurwa mać!

– To nie wszystko – kontynuował Frost. – Dostaliśmy przesyłkę ze zdjęciem twojej siostry. Nasi laboranci właśnie ją badają pod kątem odcisków palców.

– Kurwa! – powtórzyłem, trzęsąc się ze złości.

– Żadnych żądań, samo zdjęcie. Ten ktoś chce, żebyś cierpiał.

– Muszę je zobaczyć – zażądałem.

– Już wysyłam, miej tylko... – zaczął, ale nim zdołał dodać coś jeszcze, zakończyłem połączenie.

Nie odkleiłem oczu od ekranu, dopóki nie otrzymałem wiadomości. Żółta koperta migała złowrogo, napawając mnie lękiem. Po kliknięciu załącznika poczułem, jak uginają się pode mną kolana. Lucy patrzyła na mnie czerwonymi od płaczu oczami. Brudną twarz przecinały jasne smugi po łzach. Mimo że wiedziałem, iż porywacz upodobnił ją do chłopca, najbardziej wstrząsnął mną widok jej krótkich, nierówno obciętych włosów. Tych samych, z których wcale nie tak dawno zaplotłem szkaradny warkocz. Tych samych, które spoczywały w jednym z magazynów CIA.

Podczas patrzenia na emanujące z niej przerażenie obezwładniła mnie fala bezsilności. Napawało mnie to obrzydzeniem do samego siebie.

– Sam...

Poczułem na ramieniu wielką dłoń Aleksa.

Nie będąc w stanie wykrztusić z siebie słowa, podałem mu telefon. Następnie odwróciłem się i pomaszerowałem do jego forda raptora. Nogi drżały mi jak u paralityka, więc wsunąłem się na siedzenie pasażera. Wydawało mi się, że za chwilę oszaleję. Naprawdę dotarłem do granicy utraty zdrowych zmysłów.

– Jedziemy – oświadczył Alex, zajmując miejsce za kierownicą.

Wcisnął mi w dłoń komórkę, po czym wybrał jakiś numer na konsoli.

– Do kogo dzwonisz?

– Nie będziemy dłużej zdawali się na nieudolnych stróżów prawa. – Dwa ostatnie słowa wypowiedział z pogardą. – Rozpoczniemy poszukiwania na własną rękę.

Jak gdybym dotychczas tego nie robił.

– Patrick – rzucił, kiedy połączenie zostało odebrane. – Puść w obieg wiadomość, że poszukujemy Lucy Remsey. Za chwilę otrzymasz jej zdjęcia. Osoba, która da nam na nią namiary, otrzyma milion dolarów. Najbardziej zależy mi na tym, by informacja dotarła do łowców głów. Zamachaj im przed nosem kasą, niech zepną dupy. Nie muszę mówić, że im szybciej ją znajdziemy, tym lepiej.

– Czy policja wyraziła na to zgodę, Ex? – zaoponował Patrick.

– Zamieniłeś się z głupim na rozum czy co? – zaszydził mój przyjaciel. – Policja nic nie wie, a jeśli się dowie, to mam ich w dupie – dodał, zakończywszy tym rozmowę.

Uruchomił silnik i włączył się do ruchu.

Obaj zatonęliśmy we własnych myślach. Świadomość, że Alex był gotów bezinteresownie mi pomóc, że sam wpadł na pomysł, by zwrócić się do łowców głów, a nawet wyłożył własne pieniądze, by zachęcić ich do współpracy, podziałała na mnie trzeźwiąco. Nadal nie otrząsnąłem się z tego, co zobaczyłem na zdjęciu – obraz przerażonej Lucy zostanie ze mną na zawsze – ale przynajmniej poczułem zastrzyk energii, tak bardzo mi teraz potrzebny.

– Może zobaczyłbyś się z dziewczynkami? – zagaił w pewnym momencie Alex.

Skinąłem głową.

– Dziś je odwiedzę. Odstaw mnie do domu, muszę się ogarnąć, zanim do nich pojadę.

– Przydałoby się, bo wyglądasz jak kupa gówna.

– I tak też się czuję.

Choć obiecałem Aleksowi, że doprowadzę się do porządku i pojadę do dziewczynek, nie dałem rady nawet wejść do domu. Od zniknięcia Lucy unikałem go jak ognia. Gdziekolwiek bym nie spojrzał, widziałem moją małą siostrzyczkę. Słyszałem jej perlisty śmiech i czułem dziecięcy zapach. Dziś wyjątkowo ciążył mi jej brak, dlatego nie dałem sobie ani chwili na jakiekolwiek przemyślenia – nogi same poniosły mnie do mojego mustanga. Wskoczyłem za kierownicę i skierowałem się prosto do położonego najbliżej mojego domu baru. Musiałem odreagować, zatracić się w czymś, co pozwoli mi choć na parę godzin uwolnić się od problemów.

Gdy przekroczyłem próg lokalu i zobaczyłem, że był wypchany po brzegi, natychmiast się wycofałem. Ostatnie, na co miałem ochotę, to tłum i towarzystwo nachalnych lasek. Wróciłem do samochodu i ruszyłem przed siebie, aż kilka przecznic dalej znalazłem spelunę, gdzie przesiadywały głównie miejscowe męty.

Zlekceważywszy ciekawskie spojrzenia stałych bywalców, zająłem wolny stołek przy kontuarze.

– Cokolwiek, byle było mocne – powiedziałem do brodatego barmana, rzucając na blat pięćdziesiąt dolarów. – Podwójnie.

Od razu przechyliłem szklankę tego, co mi zaserwował. Nie poczułem ani smaku, ani zapachu, jedynie przemieszczający się w dół przełyku ogień.

– Jeszcze raz. – Pchnąłem w kierunku mężczyzny szkło.