Donald Trump - Michael D'Antonio - ebook

Donald Trump ebook

Michael D'Antonio

4,1

Opis

Wydanie książki "Donald Trump. W pogoni za sukcesem." uzupełnione o rozdział "Prawdziwy Trump".

Cała prawda o najważniejszym człowieku na świecie.

Michael D’Antonio w wielkim stylu i z ogromną precyzją prezentuje życiorys Donalda Trumpa: od pierwszych biznesowych projektów, poprzez burzliwe życie miłosne, aż po wybory polityczne i udział w zwycięskim wyścigu po fotel prezydenta USA.

Zaplanowaliśmy siedem spotkań z Donaldem Trumpem. Po pięciu niewygodnych rozmowach Trump zrywa współpracę. Później jeden z prawników Trumpa próbuje wstrzymać publikację lub chociaż otrzymać tekst do wglądu. Wraz z wydawnictwem nie ugięliśmy się. Mam zobowiązania wobec czytelników i wobec prawdy – mówi D’Antonio.

Biografia opisuje triumfy i porażki Donalda Trumpa oraz związane z nim skandale. Zdradza źródła majątku rodziny Trumpów, historię kariery, metody, które pozwoliły mu zarobić miliardy dolarów, kulisy teleturnieju The Apprentice i ciągle rosnącej sławy.

Lektura obowiązkowa do zrozumienia mechanizmów współczesnego świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 686

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (19 ocen)
7
7
5
0
0

Popularność




Tytuł oryginału: Never Enough: Donald Trump and the Pursuit of Success

Text copyright © 2015 by Michael D’Antonio Published by arrangement with St. Martin’s Press, LLC. All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem do reprodukcji w całości lub we fragmencie w jakiejkolwiek formie.

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2016

ISBN 978-83-8074-094-5

PROJEKT OKŁADKI: Paweł Cesarz FOTOGRAFIE NA OKŁADCE: © Win McNamee/Getty Images REDAKCJA: Krzysztof Uściński KOREKTA: Iwona Gawryś REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDANIE II

WYDAWCA: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocławwww.bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: [email protected]

    Wstęp

Większości ludzi nie da się szanować. Nie jest tego warta.

Donald Trump

Tego wieczoru Donald Trump z profilu – a tak oglądała go większość telewidzów – najbardziej przypominał koguta w smokingu. Siedział sztywno wyprostowany (tego nawyku nabrał w wojskowej szkole), skupiając wzrok na rywalu. Jego słynna fryzura, niczym złoty hełm okrywająca głowę od czoła do karku, przypominała grzebień koguta karmazyna, w naturze służący przyciąganiu uwagi kur i ostrzeganiu nieprzyjaciół. Czupryna Trumpa, siedzącego wśród zwolenników i przeciwników podczas dorocznej kolacji Stowarzyszenia Korespondentów przy Białym Domu w 2011 roku, miała magnetyczny wpływ na kamery. Operatorzy chcieli sfilmować reakcję miliardera na publiczne szyderstwo, które zafundowali mu pod płaszczykiem rozrywki komik Seth Meyers i prezydent Stanów Zjednoczonych.

Po dwóch i pół minuty występu Meyersa Trump pozwolił sobie na reakcję wskazującą, że z trudem znosi drwiny ze sceny. Podczas gdy obecni na sali śmiali się, zerkając na Trumpa, ten rzucił komikowi mordercze spojrzenie. Twarz miliardera pozostała nieruchoma, patrzył tylko groźnie na najbliższych współbiesiadników, którzy nie potrafili się powstrzymać od śmiechu. Powód kpin Meyersa stał się jasny, kiedy aktor zaczął opowiadać o sondażu, według którego 38% Amerykanów jest pewnych, że ich prezydent urodził się w USA. Ponieważ konstytucja wymaga, by kandydujący na ten urząd politycy urodzili się na terenie Stanów Zjednoczonych, wymyślony przez zwolenników teorii spiskowych problem pochodzenia Obamy wydawał się bezczelną próbą zakwestionowania jego praw do urzędu jako „obcokrajowca”.

Trump przez dłuższy czas był gorącym zwolennikiem tej teorii, określanej w USA mianem „birtheryzmu”, toteż jej przeciwnicy poddali go miażdżącej krytyce. Uważali oni, że wystąpienia Donalda tworzą niepotrzebne podziały, niszczą więzi społeczne, a być może nawet świadczą o zawoalowanym rasizmie miliardera. Trump odrzucał taką krytykę, mówiąc, że jego zastrzeżenia co do legalności wyboru prezydenta nie są świadectwem uprzedzeń, ale raczej troski o najważniejsze sprawy państwa. – „Rasizm? Nie ma dla mnie odleglejszej ideologii” – twierdził.

Następnie przed korespondentami pojawił się sam prezydent Obama. Z przymrużeniem oka odniósł się do zarzutów wyznawców birtheryzmu, prezentując fragment animowanego Króla Lwa jako „oficjalne nagranie z narodzin”. W dalszym ciągu wystąpienia wymienił Trumpa z nazwiska, wysoko oceniając jego charyzmę jako gospodarza reality show i osoby „podejmującej decyzje które spędzają mi sen z powiek”. Dodał także, że teraz, skoro wątpliwości co do jego miejsca urodzenia zostały rozwiane, Trump „może skupić się na naprawdę istotnych problemach – np. próbować rozstrzygnąć, czy sfałszowane zostało lądowanie na Księżycu”.

Prezydent stoi w hierarchii społecznej o tyle wyżej od miliardera, że ten nie pozwolił sobie na „mordercze spojrzenia” w jego kierunku. Zamiast tego pozwolił, by kąciki jego ust uniosły się nieco, pogłębiając zarazem zmarszczki wokół oczu, a potem pomachał prezydentowi dłonią – Donald potrafi zareagować z klasą, gdy z niego żartują. Kiedy przyszła jego kolej, wszedł na mównicę opanowany i przemówił tak, jakby zwrócenie na siebie uwagi prezydenta było niebywałym osiągnięciem.

– Czuję się zaszczycony takim przyjęciem – powiedział. – Gospodarze dzisiejszego wieczoru potraktowali mnie z wielkim szacunkiem. Żartowali i błaznowali, ale przecież mówili o mnie. Nieźle![1]

W ciągu ostatnich czterdziestu lat na temat Donalda Trumpa dyskutowano w Ameryce wiele razy. Żaden inny biznesmen – Bill Gates, Steve Jobs ani Warren Buffett – nie zyskał takiej sławy jak Trump ani nie pojawiał się na pierwszych stronach gazet tak często. Jego nazwisko, w latach siedemdziesiątych kojarzone z budownictwem mieszkaniowym na Manhattanie, szybko stało się synonimem sukcesu, rozumianego jako bogactwo i luksus. Nazwa TRUMP, umieszczana na wieżowcach, kasynach i samolotach linii lotniczych (zazwyczaj wielkimi, złotymi literami), stała się prawdziwą marką osobistą, kojarzącą olbrzymią liczbę produktów z jednym człowiekiem. Z czasem marka TRUMP zaczęła się pojawiać w pokojach hotelowych, na meblach, krawatach, mięsie… i niemal każdym towarze sprzedawanym jako produkt najwyższej klasy – za odpowiednio wywindowaną cenę.

Trump dążył do tego, by sygnowane jego nazwiskiem produkty kojarzyły się nie z prestiżem wysokiej pozycji społecznej, ale z forsą. Kierował ofertę do nuworyszy i ludzi ambitnych, głodnych sukcesu, natomiast lekceważył tych, którzy należeli do, jak to nazywał, „klubu szczęśliwego plemnika”. Nie przeszkadzało mu, że sam urodził się w jednej z najbogatszych amerykańskich rodzin. Sam miliarder, obsadzał się w roli bogatego kumpla zwykłych ludzi, unikającego innych bogaczy. Chyba że chciał sprzedać im drogie apartamenty. Wtedy porzucał swój antysnobizm, ochoczo uderzając do Astorów, Whitneyów, Vanderbiltów i innych członków starej amerykańskiej arystokracji. Wszyscy pozostali rozumieli jednak, że bywa w towarzystwie tych ludzi wyłącznie w związku z interesami, a jego serce tak naprawdę należy do zwykłych Amerykanów. To oni byli najwierniejszymi widzami jego programów, nabywcami jego produktów, a wreszcie mogliby zapewnić mu swoje głosy, gdyby pewnego dnia zdecydował się kandydować na prezydenta.

Obecnie – zgodnie z najnowszymi dostępnymi danymi – 96% Amerykanów zna nazwisko Donalda Trumpa, ale większość z nich go nie lubi. Henry Schafer z firmy oceniającej celebrytów według własnej skali Q Score określił miliardera jako „quasi-celebrytę, którego ludzie z rozkoszą nienawidzą”. W 2014 roku 61% badanych w Nowym Jorku, rodzinnym mieście Trumpa, oceniało go nieprzychylnie. Komicy nie mogli się oprzeć pokusie, żeby z niego nie żartować. Jon Stewart, były długoletni gospodarz satyrycznego programu The Daily Show, regularnie wsadzał Trumpowi szpile, nadając mu m.in. miano „Fuckface von Clownstick”. Bill Maher, prezenter i gwiazda telewizji, swego czasu złożył Trumpowi słynną ofertę: 5 mln dolarów za dowód, że miliarder nie jest „owocem związku kobiety i orangutana”[2].

Poziom komentarzy Stewarta i Mahera wiele mówi o wzajemnych urazach wśród współczesnych celebrytów. Trudno sobie wyobrazić, by np. Mark Twain stworzył coś, co wymagałoby takiego ocenzurowania pikaniem, jak perory Stewarta. Oczywiście Mark Twain zapewne nie spotkał nigdy osoby pokroju Trumpa, który radośnie szuka okazji do zwady, by potem zmieszać domniemanego wroga z błotem. Gdy Stewart rzucił w kierunku Donalda pospolitą szczeniacką zaczepkę, urażony do żywego miliarder napisał: „Jeżeli ten facet zadziera nosa i wydaje mu się, że wszystko jest w porządku, niech wytłumaczy, dlaczego zmienił nazwisko z »Jonathan Leibowitz«? Powinien być dumny ze swojego dziedzictwa! Jon Stewart z The Daily Show to obrzydliwy pozer. Powinien dbać o swoją przeszłość, a nie od niej uciekać”. Na propozycję Mahera zareagował zaś złożeniem pozwu o 5 mln dolarów. W końcu go wycofał, ale zanim to zrobił, zajmował się nim sąd (na koszt podatników), a Maher zmuszony był do wynajęcia obrońcy[3].

Mimo że poglądy Trumpa i jego agresywny wizerunek wzbudzają taką krytykę, zyskał sobie olbrzymią popularność wśród ludzi wierzących, że reprezentuje ich ideały, a zwłaszcza amerykański sen o sukcesie i bogactwie. Image ten został wzmocniony przez wszystkie te lata, kiedy prowadził teleturniej The Apprentice i publikował komentarze na Twitterze. Miliony ludzi śledziły jego konto, a wielu błagało, żeby wystartował w wyborach prezydenckich[4].

Zawsze wyzywający, Trump przyciągnął uwagę mas, wyrażając naturalne, nieprzemyślane opinie zamiast pełnych niuansów refleksji. Sądzi przy tym, że to uczciwe postawienie sprawy – dać upust naturalnej skłonności do obelg i dzielić świat na czarne i białe, wrogów i przyjaciół. Liz Smith, wieloletnia felietonistka plotkarskich gazet, uważa, że Trump często pozwala, by kierowało nim wewnętrzne rozkapryszone dziecko, które woli rozrabiać, żeby było o nim głośno, niż być ignorowane. Oczywiście miliarder osiąga konkretny zysk, popuszczając wodze swoim naturalnym skłonnościom; tym bardziej że nie ma cierpliwości potrzebnej do przeprowadzenia głębszej analizy i dojścia do towarzyszącej jej refleksji. Dlatego kontynuuje swoją kampanię, zaprzeczając nauce i krytykując szczepionki dla dzieci oraz walcząc z faktami wskazującymi na zmianę klimatu.

Trump przez całe długie i aktywne życie zaprzeczał temu, co inni uznawali za prawdziwe, i przesuwał granice przyzwoitości. W domu rodziców, w szkole, a potem w biznesie i polityce ciągle uważał, że jest lepszy od innych, i rzadko pozwalał sobie choćby na cień wątpliwości. We współczesnej Ameryce nie ma chyba bardziej zachłannego człowieka, wiecznie głodnego bogactwa, sławy i władzy. To ów głód pozwolił mu przetrwać wszelkie szyderstwa, przeciwstawić się przeciwnościom w świecie biznesu i zawsze wracać do walki z nowymi siłami. Po opisanej wyżej kolacji, podczas której tak go upokorzono, podsycał w sobie ambicję, która pozwoliła mu rozpocząć kampanię prezydencką – tym razem prawdziwą kampanię, nie kolejny flirt z polityką – i w ten sposób dążyć do najwyższego celu dostępnego współczesnemu śmiertelnikowi.

Oficjalnie ogłosił wolę kandydowania w wyborach 2016 roku w obecności swoich zwolenników i dziennikarzy, zgromadzonych w lobby wieżowca Trump Tower na Manhattanie. To wystąpienie – najbardziej niekonwencjonalne spośród wszystkich w historii przemówień inaugurujących kampanię prezydencką, zwłaszcza jeśli chodzi o twierdzenie, że Meksyk „wysyła” przestępców do USA przez zieloną granicę – sprawiło, że jego notowania wśród republikańskich wyborców szybko rosły. Przez kolejne tygodnie oburzał krytyków i zaskakiwał przeciwników, wygłaszając przed niemal całym narodem kolejne skandalizujące przemówienia. Podczas gdy niektórzy republikanie podejrzewali, że jest wtyką demokratów, wielu liberałów wskazywało, iż Trump zyskuje popularność, wykorzystując irracjonalne lęki wyborców. Wszyscy natomiast zgadzali się, że człowiek ten niebywale skutecznie potrafi zakłócać status quo. Wyglądało na to, że miliarder perfekcyjnie umie przyciągnąć i skupić na sobie uwagę amerykańskich wyborców.

Chociaż Donald Trump wydaje się postacią oryginalną i produktem swoich czasów, w istocie wpisuje się w długoletnią tradycję nieokrzesanych bogaczy, ludzi, którzy nieoczekiwanie odnieśli oszałamiający sukces. Alexis de Tocqueville opisał ten typ już w 1831 roku: „Miłość do pieniądza jest pierwszo- lub najdalej drugoplanowym motywem wszystkiego, co robią Amerykanie”. Pod koniec XIX wieku amerykańscy bogacze zyskali władzę i wpływy, które zrównały ich statusem z europejską arystokracją. Dzięki rozwojowi wysokonakładowych gazet stali się źródłem powszechnej fascynacji. Prasa śledziła każdy ruch Rockefellerów, Gouldów, Carnegie’ch i innych nababów, obnoszących się ze swoim bogactwem (Mark Twain określił tę epokę mianem „Pozłacanego Wieku”). J.P. Morgan kupował coraz większe jachty, z których każdy nazywał się Corsair i malowany był na złowieszczo czarny kolor. Zmieniając statki na większe, ich właściciel pokazywał, jak rośnie jego fortuna. Vanderbiltowie także posiadali jachty, ale społeczeństwo znało ich lepiej jako właścicieli ogromnych budynków. W 1883 roku zadziwili cały kraj, budując największy dom w Nowym Jorku. Rodzina ta posiadała w Newport 70-pokojowy „letni domek”, zwany „The Breakers”, a w Północnej Karolinie Biltmore Estate, posiadłość z prawdziwym pałacem, liczącym ponad 220 pokojów.

Bogacze „Pozłacanego Wieku” wiedzieli, że mimo miłości do pieniędzy amerykańscy obywatele uważają brak umiaru wyższych sfer za podejrzany. Większość Amerykanów sądziła ponadto, że cecha ta dotyczy raczej cudzoziemców. Wilbur Fisk Craft, popularny wówczas pisarz, wyraził to następująco: „Czy jest coś bardziej nieamerykańskiego niż owa »socjeta«, której arystokratyczne maniery zostały sprowadzone prosto z Paryża i Londynu do Nowego Jorku, a stamtąd rozpełzły się po innych wielkich miastach naszego kraju?”. Majętni Amerykanie robili wszystko, aby zdystansować się od tej wizji. Publiczność uwierzyła więc, że bale i uroczystości to kobiece kaprysy, w których mężczyźni uczestniczą tylko na żądanie swoich żon i córek. Panowie z bogatych rodów przypisywali sobie w biografiach i publicznych wystąpieniach takie cnoty, jak zdecydowanie i ciężka praca. Andrew Carnegie twierdził, że sukces zależy bardziej od motywacji niż od talentu. John D. Rockefeller, założyciel Standard Oil, doradzał swoim potencjalnym naśladowcom „wytrwałe dążenie do celu”.

Równocześnie rekiny finansjery i potentaci przemysłowi bagatelizowali kwestie edukacji i inteligencji. Mężczyźnie wystarczyło ukończenie college’u, ale nawet to nie było konieczne. Po zakończeniu szkoły powinien zająć się sprawami praktycznymi, a świat sztuki i ksiąg pozostawić tym, którzy nie byli w stanie opanować reguł rządzących biznesem. Na początku XX wieku, kiedy Elbert Hubbard ukuł termin „szkoła twardych pięści”, codzienne doświadczenie i zdrowy rozsądek były powszechnie akceptowane jako równe „książkowemu” wykształceniu, jeśli nie lepsze. Wiara ta umacniała zarówno amerykańskie poczucie równości, jak i wciąż rosnące przekonanie społeczeństwa, że zgromadzenie majątku jest równoznaczne z życiowym sukcesem[5].

Pierwsza amerykańska epoka bogactwa doprowadziła do publikacji niezliczonych książek, wskazujących sposoby zyskania pieniędzy. W 1914 roku kaznodzieja i autor William Woodbridge postawił istotne pytanie: „Co posiada dziesięciu najbogatszych, czego brakuje dziesięciu tysiącom najbiedniejszych?”. Jego książka That Something (To coś) opisuje fikcyjne spotkanie żebraka i finansisty. Biznesmen daje rozmówcy swoją wizytówkę i mówi mu, że biedak nie potrzebuje jedzenia, a raczej „tego czegoś”, co posiadają ludzie sukcesu. Zainspirowany spotkaniem młody żebrak odkrywa wartość „Wiary, Pewności, Mocy, Ambicji…” i ostatecznie własnej siły woli, która jest „talizmanem powodzenia”. Woodbridge twierdził, że to właśnie siła woli, będąca atrybutem duszy, decyduje o tym, że niewielu ludzi jest „niesionych na karkach społeczeństwa” jak jeźdźcy na koniach. Inna książka tego rodzaju, Letters from a Self-Made Merchant to His Son Johna Grahama, chicagowskiego handlarza wieprzowiną, podkreśla wagę osobowości i powierzchowności, konkludując: „Sukces w dwóch trzecich opiera się na przekonaniu ludzi, że jesteś w porządku”.

Podczas gdy masy próbowały odkryć sekret sukcesu – czy zależy on od siły woli? osobowości? wiary? pewności siebie? – niektórzy z będących u szczytu uwierzyli, że ich powodzenie jest darem od Boga lub kwestią wyższości moralnej. John D. Rockefeller twierdził: „Bóg dał mi moje pieniądze”, zaś J.P. Morgan, pytany o swoje imperium, zbudowane w dużej mierze poprzez manipulacje na giełdzie, odparł, że zyskał je dzięki „charakterowi”.

Pierwszy „Pozłacany Wiek” padł ofiarą recesji i paniki, ostatecznie odchodząc w niebyt po około 65 latach, w wyniku giełdowego krachu roku 1929. Z ruin Wielkiego Kryzysu wyłonił się bezpieczniejszy system finansowy, obejmujący progresywne podatki i opiekę społeczną. W kolejnych dekadach klasa średnia rozwinęła się jak nigdy wcześniej. Nowa era prosperity nadeszła w roku 1946 – tym samym, w którym urodził się Donald Trump (co czyni go ojcem założycielem pokolenia baby boom). Po zakończeniu drugiej wojny światowej przemysłowi konkurenci USA praktycznie nie istnieli, a z frontów wróciło do cywila ponad 10 mln obywateli. Gdy zagraniczne rynki zaczęły domagać się zaopatrzenia, a krajowy popyt na towary konsumpcyjne wręcz eksplodował, zaczął się kolejny złoty wiek. Miliony nowych rodzin, zakładanych przez wracających z wojska, potrzebowały domów, a przedsiębiorcy tacy jak Fred Trump, ojciec Donalda, zaspokajali popyt, zbijając przy tym olbrzymie majątki. Trafne decyzje biznesowe i szybkie, zdecydowane działania przyniosły Fredowi w wieku 70 lat majątek oceniany w 1975 roku na 100 mln dolarów[6].

Złote lata po wojnie, które pozwoliły ludziom takim jak Fred Trump przeżyć finansowy cud, zaznaczyły się w historii również bezprecedensowo wyrównanym rozwojem ekonomicznym. Klasy społeczne zróżnicowane pod względem dochodów – wyższa, średnia i niższa – w związku ze wzrostem gospodarczym osiągnęły proporcjonalne zyski, a różnice majątkowe pomiędzy nimi nie uległy zmianom. Taki korzystny stan rzeczy trwał aż do recesji lat 1973–1975. Lata ekonomicznej stagnacji i kryzysu przysłużyły się konserwatywnym siłom politycznym, zdecydowanym poprzez cięcia podatków i deregulację doprowadzić do rozwoju nowych wielkich fortun. Teoretycznie zakładano, że fala pieniędzy, docierając do najbogatszej mniejszości, „uniesie wszystkie łodzie” i ocali również majątki klasy średniej.

Wraz z wyborem Ronalda Reagana w 1980 roku konserwatywni politycy dostali to, czego chcieli. Rząd zaczął obcinać stawki podatków nałożonych na potentatów i łagodzić przepisy regulujące funkcjonowanie przemysłu oraz instytucji finansowych. Wszystko to robiono w imię wzrostu i sprawiedliwości – dla bogatych. Aby podkreślić tę ostatnią okoliczność, David Stockman, odpowiedzialny za budżet w gabinecie prezydenta Reagana, rozdał jego członkom kopie swojej ulubionej książki autorstwa George’a Gildera, zatytułowanej Bogactwo i ubóstwo. Dzieło to traktowało o moralnych podstawach akumulacji kapitału, wynosząc na piedestał przedsiębiorców i krytykując biedotę. Gilder twierdził, że „współcześni biedni odmawiają ciężkiej pracy, biali nawet bardziej od czarnych”. Administracja Reagana zaczęła wprowadzać jego idee w życie, obcinając fundusze na pomoc społeczną, redukując podatki i dążąc do uwolnienia biznesu od restrykcyjnych przepisów. Tak w USA zaczął się drugi „Pozłacany Wiek”[7].

Z początku niemal nikt nie zauważył, że dzieje się coś istotnego. Na początku lat osiemdziesiątych Amerykanie interesowali się przede wszystkim dwucyfrową inflacją i wskaźnikiem bezrobocia, oscylującym wokół 10%. Gdy zagrożenia te zaczęły słabnąć, wielu ludzi uwierzyło, że stało się tak dzięki polityce promującej bogatych. Mimo kryzysów finansowych, z których większość łączono ze spekulacją i poluzowaniem przepisów, drugi „Pozłacany Wiek” nie był określany tym mianem aż do roku 1990, kiedy to Kevin Phillips opublikował książkę The Politics of Rich and Poor. Twierdził w niej, że przez Stany Zjednoczone przeszła fala „plutokratycznej rewolucji, porównywalnej z tą z końca XIX wieku”, i chociaż przewidywał, że ten trend ostatecznie się zakończy, nie potrafił określić kiedy. W każdym razie do 2015 roku nie zanotowano jego końca. W pierwszej dekadzie XXI wieku klasa średnia zbiedniała, a górny 1% społeczeństwa posiada bogactwa większe niż dolne 90%. W roku 2014 pięciuset najbogatszych ludzi na świecie kontrolowało zasoby warte 4,4 biliona dolarów – więcej niż łączna wartość rocznych obrotów z działalności gospodarczej w Indiach (1,2 miliarda mieszkańców) i Brazylii (200 mln).

Podobnie jak w przeszłości, wyznacznikiem majątków stały się posiadłości – określane jako „olbrzymie” lub „monstrualne” – i wystawne przyjęcia, takie jak urodzinowe party inwestora Stephena Schwarzmana, wyprawione przez niego w 2007 roku kosztem 3 mln dolarów. Gigantyczne jachty znów zaczęły symbolizować sukcesy ich właścicieli. Doskonałym tego przykładem jest Rising Sun, o stalowym kadłubie, zwodowany w 2004 roku. Należy on do Larry’ego Ellisona i Davida Geffena, dysponuje 83 kajutami i ma na pokładzie kryty basen oraz pochylnię dla małej łodzi podwodnej. Dla porównania – jacht Donalda Trumpa to skromny, stumetrowy, tradycyjny parowiec. Trump woli podróżować luksusowym prywatnym odrzutowcem, toteż niewiele czasu spędza na pokładzie Trump Princess. Zresztą współcześnie więcej uwagi przyciągają prywatne samoloty, kupowane przez amerykańskich bogaczy ze względu na znaczne ulgi podatkowe. Na lotniskach w pobliżu modnych miejscowości, takich jak East Hampton w stanie Nowy Jork czy Aspen w Kolorado, można czasem oglądać prywatne odrzutowce stojące w korkach. Miliarderzy starają się przewyższyć konkurentów, kupując samoloty coraz szybsze i coraz bardziej luksusowe. Donald Trump pokazał, na co go stać, sprawiając sobie za 100 mln boeinga 757. Wersja dla linii lotniczych może przewieźć ponad 200 pasażerów, tymczasem egzemplarz Trumpa – tylko 43, ale za to ma pozłacane klamry pasów bezpieczeństwa.

Często widywany na lotnisku LaGuardia boeing Trumpa służy nie tylko jako środek transportu, ale także billboard, świadczący o statusie jego właściciela – bogatego człowieka sukcesu. Niewielu ludzi kwestionuje tezę, że bogactwo i sukces to synonimy. W nowym „Pozłacanym Wieku” (dokładnie w 2006 roku) 81% świeżo upieczonych absolwentów college’ów odpowiedziało w sondażu organizacji Pew, że w życiu będą dążyć przede wszystkim do bogactwa. To niemal dwukrotnie więcej niż w analogicznym badaniu z lat sześćdziesiątych. W 2006 ponad połowa zaznaczyła również, że jednym z głównych ich celów jest zdobycie sławy. Jednocześnie mniej niż jedna trzecia zadeklarowała, że chce „pomagać potrzebującym”[8].

Za najważniejsze cechy predysponujące do sukcesu ankietowani uznali talent i inteligencję, ale podobnie jak w przeszłości ocenili, że wyższe wykształcenie i intelektualne wyrafinowanie mają ograniczoną wartość. Badani przytaczali przykłady przedsiębiorców i wynalazców, którzy zostali wyrzuceni z college’u, a mimo to udało im się odnieść ogromny sukces (jednym z nich jest Bill Gates, założyciel Microsoftu). Większą wagę przywiązywano tylko do osiągnięcia równolegle z majątkiem wielkiej sławy. Najlepszym zaś tego przykładem jest Donald Trump, który został – i to dosłownie – twarzą sukcesu naszych czasów.

Nikt poza środowiskiem miliarderów nie kojarzy twarzy dziesiątek kobiet i mężczyzn o majątkach kilkakrotnie przewyższających fortunę Trumpa. Donald Bren czy Leonard Blavatnik znajdują się o ponad 50 miejsc wyżej od niego na liście najbogatszych ludzi świata magazynu „Forbes” za rok 2014, ale mogą chodzić ulicami amerykańskich miast niezauważeni. Trump wzbudza zainteresowanie tłumów, gdziekolwiek się pojawi. Warto również zauważyć, że jego sława przetrwała ponad cztery dekady sukcesów, porażek, wstydu i chwały. Udzielając kontrowersyjnych wywiadów na każdy temat, zapisał się w annałach jako najczęściej cytowany człowiek swojej epoki. Na wczesnym etapie swojej kariery cieszył się tak ogromnym zainteresowaniem, że Instytut Gallupa przyznał mu siódme miejsce w światowym rankingu najbardziej podziwianych ludzi lat osiemdziesiątych. Wyprzedzili go tylko papież, Lech Wałęsa i czterech żyjących prezydentów USA.

Chociaż Donald często próbował wykorzystywać swoją sławę, by wywrzeć wpływ na bieg spraw publicznych, zawsze utrzymywał, że liczy się dla niego przede wszystkim wymierny majątek. Uważał, że marka Trump, podobnie jak Disney czy Ford, dodaje wartości oferowanym przez niego produktom, usługom i aktywom. Taką wartość można obliczyć: najbardziej wartościową marką na świecie w 2013 roku było Apple, wyceniane przez serwis Interbrand na 28 mld dolarów. Ta sama firma określiła, że odzieżowa marka Gap warta jest 3,9 miliarda. Trump nie pojawił się w rankingu Interbrandu, ale w zeznaniu podatkowym za 2010 rok stwierdził, że niezależna wycena jego marki ustaliła jej wartość na 3 miliardy. Jeśli to prawda, nazwisko byłoby najdroższą pozycją wśród aktywów Donalda Trumpa[9].

Trump twierdzi, że gdyby miał określić jednym słowem, co symbolizuje jego marka, wybrałby „luksus”. Mimo to za wszelką cenę stara się, by nie była ona postrzegana jako zbyt elitarna. Dzięki temu był w stanie skutecznie skierować swoją ofertę w Atlantic City do klientów uzależnionych od jednorękich bandytów. Odziedziczył tę dbałość po swoim ojcu, Fredericku, który zawsze nalegał, by zwracać się do niego per „Fred”. Ten absolwent szkoły twardych pięści zgromadził osobisty majątek, wart ponad 100 mln dolarów, sprzedając i wynajmując domy nowojorskim robotnikom. Trump senior chciał, żeby jego dzieci legitymowały się wyższym wykształceniem, jednak sam traktował intelektualistów podejrzliwie i nade wszystko cenił sobie ciężką pracę. Donald, nieodrodny syn swojego ojca, może popisywać się dyplomem renomowanej uczelni, ale potrafi także – jak Fred – rozpychać się łokciami wśród konkurentów na rynku.

Trump najwyraźniej jest przekonany, że jego sławie służy każda wzmianka, dobra czy zła. Dlatego wykształcił osobowość składającą się praktycznie wyłącznie z id. Uważa, że tworząc i rozwijając biznesowe imperium, zrealizował amerykański ideał. Poruszając się helikopterami i odrzutowcami z oznaczeniami TRUMP, wygłaszał opinie na każdy temat – od polityki do seksu – na każdym kroku próbując udowodnić swoją wyższość. Często zwracał się do mas uważających, że powinien kandydować na prezydenta, i czasem zachowywał się tak, jak gdyby rzeczywiście był kandydatem. W trakcie zimnej wojny, kiedy sytuacja była szczególnie napięta, zaproponował nawet swoje usługi jako negocjatora w kwestii traktatu dotyczącego broni jądrowej. Argumentował wówczas, że człowiekowi, który prowadzi skomplikowane interesy w branży luksusowych nieruchomości, na pewno uda się skłonić USA i ZSRR do zawarcia ugody.

Gdyby Donald Trump robił to, co robi, z nieco większą dozą humoru, mógłby stać się P.T. Barnumem naszych czasów, powszechnie uwielbianym mimo pompatycznego stylu, ponieważ każdy rozumiałby jego żarty. Jednak porównanie Trumpa z dziewiętnastowiecznym showmanem, słynniejszym od niejednego ówczesnego prezydenta, wydaje się chybione. Miliarder czasem uśmiecha się w sposób sugerujący, że zrozumiał absurdalny charakter tego, co przed chwilą powiedział, ale brak mu niewymuszonej filuterności Barnuma, natomiast często zachowuje się wojowniczo, a czasem nawet złośliwie. Groził sądem tym, którzy go obrazili (i zdarzało mu się realizować te groźby), a niektóre krytykujące go panie oceniał jako „groteskowe”, „grube” lub „brzydkie”. Pewnego razu odesłał Gail Collins z „New York Timesa” kopię jej felietonu z zakreślonym zdjęciem autorki i ręcznie nabazgranym komentarzem „Psia morda!”[10].

Pytany o takie zachowania, Trump zwykle usprawiedliwiał się jak dzieciak przyłapany na bójce: „To tamten zaczął!”. W zasadzie miał rację: satyrycy, politycy i inni często kierowali pod jego adresem niewybredne zaczepki, biorąc na cel już to jego ego, już to ekstrawagancką blond fryzurę. Miliarder przyjął politykę odpowiadania na złośliwe ukłucia potężnymi sierpowymi, co świadczy o pewnym przewrażliwieniu. Ponieważ zaś uważał pieniądze za wyznacznik życiowego sukcesu, szczególnie drażnili go ci, którzy sugerowali, że mimo wszystko nie jest tak bogaty, jak by się wydawało. Gail Collins otrzymała wycinek z „psim” podpisem po tym, jak nazwała Trumpa „finansowo poturbowanym »tysiącerem«”. Kiedy zaś Timothy L. O’Brian zacytował w swojej książce anonimowego rozmówcę, oceniającego majątek netto Trumpa na niecałe 250 mln, ten ostatni pozwał autora i wydawcę, żądając 5 mld odszkodowania. Sława Donalda sprawiła jednak, że trudno byłoby mu wygrać taki proces, ponieważ prawo dopuszcza krytykę osoby publicznej w większym zakresie niż prywatnej. Sąd oddalił zresztą pozew Trumpa – według sędziego powód nie dostarczył wiarygodnych dowodów na to, że O’Brian był świadom fałszywości informacji swojego źródła czy też że miał poważne wątpliwości co do rzetelności cytowanych danych. Oczywiście już samo wytoczenie procesu naraziło pozwanego na koszty i stres, co prawdopodobnie wystarczyło miliarderowi. Lubi wygrywać, nawet jeżeli zwycięstwo nie jest jednoznaczne. „Zawsze uwielbiałem walkę – zwierzył mi się podczas rozmowy o jego młodości – każdą, również fizyczną”.

Co powinniśmy sądzić o dorosłym mężczyźnie, który podczas kłótni z kobietą ucieka się do obrażania jej wyglądu i z taką dumą mówi o walkach stoczonych w młodości? Zwłaszcza gdy ten sam mężczyzna jest jednym z najbardziej znaczących ludzi na świecie, a prywatnie – hojnym ofiarodawcą, znanym z tego, że pewnego razu wręczył czek na 50 000 dolarów umierającemu dziecku, żeby mogło komfortowo spędzić ostatnie miesiące życia? Dodajmy dla pełnego obrazu również wytrzymałość na ciosy, która pozwalała mu tyle razy wracać do gry po porażkach, oraz bezgraniczny optymizm, a otrzymamy fascynującą postać, której nie da się zlekceważyć tylko dlatego, że czasem pozwala sobie na fanfaronadę.

W gruncie rzeczy, mimo wszystkich swoich dziwactw, Donald Trump jest człowiekiem idealnie przystosowanym do otaczającej go rzeczywistości.

Dorastał w Nowym Jorku w latach siedemdziesiątych – okresie nazwanym przez Toma Wolfe’a „dekadą »ja«”. W tym czasie dał się poznać jako jeden z najskuteczniejszych specjalistów od autoreklamy w mieście pełnym takich fachowców. W latach osiemdziesiątych, kiedy fikcyjny biznesmen Gordon Gekko ogłaszał z ekranów kin, że „chciwość jest dobra”, Trump zachęcał dziennikarzy, a co za tym idzie – ich odbiorców, by podziwiali jego styl życia i zazdrościli mu bogactwa, osiągniętego dzięki niezmordowanej pogoni za zyskiem. Po skandalu i szeroko relacjonowanych kłopotach biznesowych spędził lata dziewięćdziesiąte na przygotowaniach do powrotu w amerykańskim stylu. W podobnej sytuacji znalazły się wówczas inne znane osobistości, w tym skazany finansista Michael Milken i poddany impeachmentowi prezydent Bill Clinton. Pod koniec XX wieku wszyscy oni dowiedli, że sława potrafi zatrzeć w ludzkiej pamięci niemal każde haniebne wydarzenie.

Przez całe dorosłe życie Trump działał na rynku nieruchomości, ale maczał palce w niemal wszystkich innych dziedzinach – od sportu do konkursów piękności. Jedynym wspólnym elementem wszystkich tych przedsięwzięć była waga, jaką przywiązywał do autoreklamy. Przy każdej okazji starał się promować siebie, doskonale rozumiejąc, że sława może oznaczać władzę, że dziennikarzom często nie chce się sprawdzać faktów, a wizerunek potrafi przyćmić rzeczywistość. Najpierw wystarczały mu cytaty i wywiady w prasie, potem jednak postanowił sam opowiedzieć o sobie i w 1987 roku opublikował książkę Trump: The Art of the Deal, której współautorem był profesjonalny pisarz.

Po pierwszej książce pojawiło się kilkanaście innych, a każda z nich sugerowała, że jej autor jest niebywale inteligentnym człowiekiem sukcesu. Na każdej okładce pojawiało się jego zdjęcie, co oznaczało, że Trump posyłał ludziom promienny uśmiech z półek tysięcy księgarni w całej Ameryce. Ale rozpoznawalność, jaką dzięki nim zyskał, bladła w zestawieniu z popularnością, jaką przyniosły mu próby realizacji ambicji politycznych. Chociaż wielu obserwatorów sceny politycznej traktowało aspiracje miliardera lekceważąco, kolejne próby flirtu z polityką sprawiły, że zaczęło być o nim głośno. Częste występy przed kamerami przygotowały Trumpa także do największej roli życia – odgrywania siebie samego w teleturnieju The Apprentice.

Nadawany od 2004 roku program, należący do gatunku reality show, przyciągał olbrzymią liczbę widzów. Ostateczny zwycięzca współzawodnictwa dwóch zespołów wygrywał pracę na wysokim stanowisku w jednej z firm Trumpa. W każdym odcinku najważniejszy był moment, gdy miliarder wygłaszał słynne słowa „Jesteś zwolniony”, a przegrany (lub cała ich grupa) opuszczał grę. The Apprentice okazał się wielkim przebojem. Już w pierwszym sezonie stał się jednym z dziesięciu najchętniej oglądanych programów, w wieczór finału gromadząc przed odbiornikami niemal 30 mln widzów. Fraza „Jesteś zwolniony” stała się tak popularna, że jeden z producentów zabawek wypuścił na rynek lalkę w niebieskim garniturze i czerwonym krawacie, która wypowiadała te słowa za naciśnięciem guzika.

Dzięki teleturniejowi Trump dodał do swojego długiego CV kolejną pozycję – „gwiazda telewizji” – i oficjalnie potwierdził, że ma w sobie tyle z biznesmena, ile z artysty estradowego. Program ten dowiódł, że miliarder docenia wartość kultury popularnej i wie, jak ważna we współczesnym świecie jest sława. Trump zaprezentował się w ten sposób kolejnemu pokoleniu Amerykanów jako postać łącząca bogactwo z brakiem ogłady i hedonizmem. W tej roli wypadł odświeżająco szczerze! Podobnie jak Pan Grosik – figurka w cylindrze z gry Monopoly – wizerunek Trumpa często był wykorzystywany w programach informacyjnych jako symbol oznaczający, że teraz mowa będzie o pieniądzach, bogactwie lub luksusie. Nazwisko miliardera stało się synonimem bezwstydnego sukcesu i bezczelnej autopromocji. Często się zdarzało, że określano kogoś jako „Donalda Trumpa tego czy tamtego”, co było albo najwyższym komplementem, albo obelgą. Trump stał się chodzącym testem Rorschacha – każdy widział w nim to, co chciał. Najczęściej służył adwersarzom jako przykład skrajnej ambicji, obsesji, agresji lub niepewności, ale także kreatywności, siły i szczerości. Biznesowi partnerzy Trumpa uważali go za honorowego i konsekwentnego, chociaż czasem bywał krytykowany za spóźnienia w płatnościach (ale któż płaci rachunki punktualnie?). Podwładni z niewieloma wyjątkami opisywali go zawsze jako pracodawcę wymagającego, lecz szczodrego, nieoszczędzającego na wypłacie ani świadczeniach. Podczas spotkań ze mną wydał mi się błyskotliwy, zabawny i czarujący. Był również niebywale rozmowny, chociaż niektóre z opowiadanych przez niego anegdot dorobiły się już długiej brody.

Zadawał także kłam tezie, że nie obchodzi go, co myślą o nim ludzie. Konflikty i spory, w które się wdawał, sugerują, że niezmiernie się martwi ocenami innych: zwycięzca czy przegrany, przystojny czy szpetny, mocny czy słaby? Trump twierdzi co prawda, że motywuje go dreszcz rywalizacji, jednak jego skłonność do zastraszania przeciwników, podbijania stawki i lekceważenia krytyków wskazuje, że napędza go coś innego.

W swoim biurze, prawdziwym orlim gnieździe na 26. piętrze, narzekał przez chwilę, przewidując, że napiszę kolejną „kiepską książkę” (to znaczy: obawiając się, że niedostatecznie podkreślę jego biznesowy geniusz). „Ludzie chcą inspiracji„ – orzekł. „Chcą, żeby im dodać otuchy. Jeżeli im to dasz, masz murowany bestseller”.

Jednak ocena książki należy do czytelnika, a Donald Trump jest być może najmniej uprawniony do oceniania książki na swój temat. Mimo to trudno zaprzeczyć, że ma niezrównane wyczucie popytu. Przez całe dziesięciolecia nikt nie potrafił tak jak on skupić na sobie uwagi Amerykanów. Trump zaczyna dzień od przejrzenia sterty wycinków i raportów wyszczególniających, w jakim kontekście i jak często jego nazwisko pojawiło się w światowej prasie. Są one zazwyczaj zbyt obszerne, by miliarder przeczytał je wszystkie, ale sama waga papierowego stosu każdego dnia daje jego przewrażliwionemu ego poczucie własnej ważności. Zaspokajając takie potrzeby, stał się tym, kim jest: postacią wartą głębszej analizy.

Kto ukształtował go w dzieciństwie i młodości, a potem pomagał mu w dorosłym życiu? Jakie wartości przyświecały mu w trakcie osobistego i zawodowego rozwoju? Czy Donald Trump jest produktem swoich czasów, pozostającym pod wpływem trendów kultury i ekonomii? Jak wpłynął na amerykańskie społeczeństwo (a trzeba pamiętać, że czynił to jako biznesmen, krytyk polityki oraz gwiazda telewizji)? Ponieważ stał się rzecznikiem pewnych idei i postaw, badając jego życie, chcę spróbować zrozumieć meandry jego myślenia. W jaki sposób ten wyjątkowy człowiek, jednocześnie tak podziwiany i piętnowany, stał się najbardziej rozpoznawalnym biznesmenem naszych czasów? Jak to możliwe, że obraził tak wiele osób, a nadal udaje mu się przyciągać uwagę tak licznego grona odbiorców? I dlaczego przeciwnicy nie potrafią zignorować Donalda Trumpa?

1   Trumpowie z Brooklynu, Queens i Klondike

Był bardzo trudnym facetem, ale dla mnie – wspaniałym nauczycielem.

Donald Trump o ojcu

Frederick Trump został wezwany przed senacką komisję, by odpowiedzieć na pytania o 4 mln dolarów nieoczekiwanego zysku, zarobione na rządowym programie mieszkaniowym dla weteranów wojennych. Mógł jednak trafić o wiele gorzej. Gdyby nazywał się np. Roy Cohn…

Przez poprzedni miesiąc kongresmani na Kapitolu i Amerykanie w całym kraju z zapartym tchem śledzili relacje z przesłuchań w sprawie Armia vs. McCarthy. Przedstawiciele sił zbrojnych toczyli podczas nich boje z senatorem Josephem McCarthym z Wisconsin, osławionym pogromcą domniemanych komuchów. Przedmiotem sporu było zachowanie Roya Cohna, jego wojowniczego głównego asystenta. (Sprawy przybrały tak niekorzystny obrót dla Cohna, że jego polityczna kariera została zrujnowana. Przesłuchania zaszkodziły również senatorowi. Jeden ze świadków zadał mu słynne pytanie: „Czy jest pan całkowicie wyzuty z przyzwoitości?”. Młody Cohn opuścił Waszyngton w niesławie, a bojkotowany przez kolegów McCarthy zmarł niedługo potem, w wieku 48 lat, na chorobę wątroby związaną z nadużywaniem alkoholu.)

Wspomnienie dramatycznych przesłuchań McCarthy’ego było wciąż jeszcze świeże 12 lipca 1954 roku. Tego dnia Fred Trump zasiadł na miejscu dla świadków, żeby odpowiedzieć na pytania dotyczące łapówek i spekulacji w programie budowlanym Federal Housing Administration. W innych okolicznościach korupcja w agencji, która finansowała budowę mieszkań dla weteranów drugiej wojny światowej, mogłaby przykuć uwagę Amerykanów. Jednak w obliczu afery z udziałem senatora McCarthy’ego było zrozumiałe, że większość obserwatorów sceny politycznej przegapi sprawy mniejszego kalibru.

Trump został wezwany, aby wyjaśnić kwestie poruszone przez pierwszego zeznającego przed komisją świadka. Federalny śledczy William McKenna stwierdził, że Trump był jednym z kilku dzielących między sobą rażąco wysokie wypłaty przedsiębiorców budowlanych; wypłaty te zatwierdzali urzędnicy FHA, którzy niemal na pewno brali za to w łapę. Wielu z nich przyjęło od przedsiębiorców kosztowne podarunki – odbiorniki telewizyjne, zegarki, urządzenia gospodarstwa domowego. Inni wplątani w sprawę oficjele wydawali dużo więcej, niż zarabiali, toteż skala ich korupcji była raczej oczywista. Przedsiębiorcy otrzymali zaś zlecenia warte miliony dolarów. Według McKenny Trump osiągnął krociowe zyski dzięki naginaniu przepisów przez pewnego wpływowego waszyngtońskiego urzędnika, Clyde’a L. Powella. Powell pozwolił Trumpowi zacząć spłacanie pożyczki subsydiowanej przez państwo dopiero pół roku po zakończeniu budowy w Beach Heaven. W tym czasie Trump zgarnął już 1,7 mln dolarów opłat czynszowych.

Zeznania McKenny na temat Trumpa i innych oburzyły Homera Capeharta, senatora z Indiany i przewodniczącego komisji, który stwierdził, że praktyki przedsiębiorców, wykorzystujących zarówno rząd federalny, jak i weteranów, „przyprawiają go o mdłości”. Capehart szedł za przykładem prezydenta Dwighta Eisenhowera, który wpadł we wściekłość, dowiedziawszy się od McKenny o problemach FHA. Eisenhower, pierwszy niepolityk wybrany na prezydenta od czasów Ulyssesa S. Granta, podczas kampanii wyborczej obiecywał wyplenić korupcję. Prezydent nie miał nic przeciwko przedsiębiorcom jako takim. Na krótko przed opisywanymi wydarzeniami spotkał się nawet z Williamem Zeckendorfem, innym wielkim nowojorskim deweloperem, aby skłonić go do podjęcia się budowy w południowo-wschodnim Waszyngtonie węzła komunikacyjnego L’Enfant Plaza i otaczających go budynków. Jednak Ike naprawdę kochał żołnierzy, których prowadził do zwycięstwa w czasie drugiej wojny światowej. Kiedy więc osobiście nakazał śledztwo federalne w sprawie FHA, nazywając przedsiębiorców „sukinsynami”, Capehart, polityk pośledniego sortu, dostrzegł okazję do wypromowania się przy tej okazji.

Senator Capehart tak jak Eisenhower został wybrany z ramienia Partii Republikańskiej, tymczasem FHA stworzył Franklin Delano Roosevelt, prezydent demokratów, a wydarzenia, w sprawie których prowadzono śledztwo, rozegrały się za kadencji Harry’ego S. Trumana, innego demokratycznego prezydenta. Capehart liczył, że szum wokół FHA zaszkodzi demokratom podczas nadchodzących wyborów do Kongresu. Stwierdził więc, że sprawa agencji i przedsiębiorców jest „niesłychanie skandaliczna” i przyćmiewa nawet niesławną aferę korupcyjną Teapot Dome z lat dwudziestych (urzędnicy przyjęli wówczas łapówki za dzierżawę bogatych złóż ropy naftowej na terenach federalnych). Warto zauważyć, że do afery Teapot Dome, w której stawką były rezerwy ropy warte setki milionów (jeśli nie miliardów) dolarów, doszło wówczas, gdy w Białym Domu urzędował Warren G. Harding, republikanin.

Zanim Capehart dostał się do Senatu, sprzedawał szafy grające i maszyny do popcornu, ale potrafił się znakomicie promować. Zdecydował się kontynuować przesłuchania niczym trasę koncertową, rozpoczynając je w Waszyngtonie, a potem ruszając przez Stany tak, by więcej Amerykanów mogło oglądać na żywo, jak senator bierze w krzyżowy ogień pytań biurokratów i budowlańców. Do szczęścia brakowało mu już tylko tego, by podczas przesłuchań pojawiły się kamery telewizyjne, transmitujące imprezę na żywo. Będąc wytrawnym politykiem, rozumiał, że transmisje takie rozdmuchałyby aferę stosownie do jego potrzeb. Prawnicy z komisji, senatorowie i świadkowie byliby postrzegani jako postacie dramatu, a skandal – jako kontynuacja odwiecznej walki dobra ze złem. Capehart liczył też, że w końcu akronim FHA wejdzie na stałe do politycznego słownika i stanie się tak potężnym symbolem jak nazwa Teapot Dome, natychmiast kojarząca się wszystkim z korupcją.

Zanim przed komisją pojawił się Fred Trump, większość świadków odegrała role, których od nich oczekiwano. Clyde L. Powell zaczął od deklaracji, że nie odpowie na żadne pytanie, ponieważ mógłby obciążyć zeznaniami sam siebie, a potem mówił już tylko: „Udzielam takiej samej odpowiedzi, proszę pana” lub „Odpowiadam jak wyżej”. Inni świadkowie próbowali wytłumaczyć, że takie szokujące zyski osiągano zgodnie z prawem, ale im się to nie udało. Pewien deweloper z każdych zainwestowanych 5 dolarów miał 1737 dolarów zysku, innemu 10 tysięcy urosło do ponad 3 mln. Jeden z przesłuchiwanych biznesmenów dowodził swojej niewinności, waląc pięścią w stół, inny zaraz po złożeniu zeznań dostał ataku serca.

Nikt jednak nie zabłysnął przed komisją tak jak świadek, któremu poświęcono większą część popołudniowej sesji 12 lipca. Fred Trump, elegancki mężczyzna w pięknym garniturze i ze starannie przystrzyżonym wąsem, zasiadł na krześle, po bokach mając adwokatów. Podobnie jak innych świadków, usadzono go na poziomie podłogi, tak by musiał podnosić wzrok na komisję, która zasiadła na podwyższeniu, niczym sędzia lub król. Trump nie zachowywał się jednak jak pokorny interesant czy oskarżony. Zamiast tego spokojnie i pewnie relacjonował, jak – pokrętnie, ale w pełnej zgodzie z prawem – zdołał uzyskać krociowe zyski z programu, który wydawał się stworzony dla przedsiębiorcy potrafiącego równie dogłębnie wczytać się w przepisy, jak analizować architektoniczne projekty.

Chwilami przesłuchanie Trumpa przypominało najlepsze momenty komedii z Abbottem i Costello. Pytany o datę nabycia pewnego terenu, odpowiedział:

– Pięć lub osiem, albo dziesięć lat wcześniej.

Indagowany w sprawie wyceny projektu, zawierającej dodatkowe 5% „opłaty dla architekta”, która trafiła w większości do jego własnej kieszeni, utrzymywał, że ta kwota została umieszczona w kosztorysie, aby spełnić wymagania FHA. Senator Capehart odniósł się do tego twierdzenia nader sceptycznie, a wówczas Trump dodał:

– Tak mówią przepisy.

– O czym niby mówią przepisy? – zdumiał się Capehart.

– O pięcioprocentowej opłacie dla architekta.

– Widział pan kiedykolwiek przepisy, które to precyzują?

– Nie. Jestem przedsiębiorcą budowlanym.

– W takim razie skąd pan wie, że te przepisy mówią o pięcioprocentowej opłacie dla architekta?

– Gdyby nie mówiły, nie byłoby wolno ujmować jej w kosztorysie.

I tak wyglądało całe przesłuchanie owego popołudnia. Czasem Trump ostrzegał:

– To bardzo skomplikowane pytanie.

A potem zaczynał opisywać skomplikowane metody, jakich używał, żeby wycisnąć maksymalny zysk z rozmaitych funduszy obracających pieniędzmi podatników. Wyjaśnił np., że grunt pod osiedlem Beach Haven należał do funduszu powierniczego ustanowionego na rzecz jego dzieci. Budynki jednak były własnością pół tuzina korporacji. Co roku te sześć firm płaciło za dzierżawę ziemi funduszowi – a w rzeczywistości jego dzieciom. Warunki umowy dzierżawnej precyzowały, że dzieci Trumpa co roku będą otrzymywały co najmniej 60 tys. dolarów czystego zysku przez 99 lat, a potem umowa może być przedłużona o kolejne 99 lat.

Trump równie szczerze wyjaśnił, jak wypłacił sam sobie opłatę dla głównego wykonawcy, zawartą w wycenie dostarczonej FHA, i jak zyskał sporą sumę, nakazując jednej ze swoich korporacji robić interesy z inną, także należącą do niego. Senatorzy uważali, że postąpił jak człowiek koszący własny trawnik, a potem żądający za to zapłaty, Trump natomiast porównał sytuację do tej, w której krawiec płaci niewielką sumę swojemu pomocnikowi, szyjącemu garnitur na miarę, a potem sprzedaje strój klientowi wielokrotnie drożej. Jeżeli dzięki nadzorowi mistrza krawieckiego garnitur jest wysokiej jakości, dlaczego mistrz ten nie miałby otrzymać za to stosownej opłaty?

W przypadku Beach Haven Trump zgłosił rządowej agencji skrojony na miarę swoich potrzeb plan, przewidujący dodatkowe koszty budowy, co pozwoliło mu pożyczyć więcej pieniędzy i zdobyć zgodę urzędników na ściąganie wyższego czynszu. Ostateczne zestawienie pokazało, że osiedle Beach Haven zostało zbudowane o 4 mln dolarów taniej niż pierwotnie oceniano (przy cenach z 2015 różnica ta wynosiłaby 35 mln). Niebywale wysokie czynsze, ustalone podczas zatwierdzania projektu, za zgodą FHA pozostały jednak niezmienione, nawet po ujawnieniu dodatkowych zysków przedsiębiorców. Co więcej, ta nadwyżka z pożyczki FHA na wybudowanie osiedla pozostała na koncie bankowym Trumpa, który był przekonany, że uczciwie zarobił te pieniądze, nienależące, technicznie rzecz biorąc, do jego osobistych dochodów. Jak bowiem wyjaśniał, dopóki nie ruszał tych funduszy, dodatkowe 4 mln mogły być uważane za finansowe zabezpieczenie Beach Haven.

Trump zeznawał ponad dwie godziny bez przerwy, tylko chwilami korzystając z pomocy swoich prawników. Większość z tego, co mówił, oburzyłaby każdego, kto uważał, że pieniądze podatników, wydawane za pośrednictwem FHA, powinny w jak największym stopniu pomagać weteranom. Trump i pozostali przedsiębiorcy twierdzili jednak, że dodatkowe pieniądze należały im się za wspaniałą pracę, wykonaną przy budowie dziesiątków tysięcy domów w szaleńczym tempie. Jakakolwiek sugestia, że złamano przy tym przepisy budowlane czy też prawo, była zdaniem urażonego Trumpa wysoce niewłaściwa. Uważał przy tym, że to on został pokrzywdzony, a nie senatorowie: „przesłuchania kogoś o mojej pozycji społecznej poważnie szkodzą jego reputacji”[1].

Chociaż Fred Trump w oczywisty sposób postąpił wbrew intencjom twórców programu FHA, nie popełnił żadnego przestępstwa. Wielu Amerykanów mogło go podziwiać, a nawet kibicować ambitnemu i bystremu gościowi, który rozumiał zasady, na jakich funkcjonował świat, i potrafił je wykorzystać. Takim właśnie człowiekiem był Trump: klasycznym nowojorczykiem, postacią, która zeszła prosto z kart pamiętnika zatytułowanego Plunkitt of Tammany Hall. Ta opowiadająca o korupcji książka z lat „Pozłacanego Wieku” stanowiła zapis wspomnień George’a Washingtona Plunkitta. Ów dziewiętnastowieczny prawodawca z Nowego Jorku wypowiedział m.in. słynne słowa: „Dostrzegłem okazję i skorzystałem z niej”. Jeden z najsłynniejszych fragmentów dzieła Plunkitta traktował jednak o czymś, co autor nazwał „uczciwą łapówką”. Pobierali ją politycy zapewniający swoim przyjaciołom specjalne traktowanie, w tym pomoc w interesach dotyczących nieruchomości.

Specyficzny humor Plunkitta kontrastował ostro z cierpkimi spostrzeżeniami Thorsteina Veblena, zawartymi w pochodzącym z tego samego okresu dziele Teoria klasy próżniaczej. Veblen udowadniał w nim, że amerykańska elita kierowała się w życiu filozofią opartą na czystej chciwości i deprawacji, maskowaną cienką warstwą wykształcenia i dobrych manier. Veblenowskich członków klasy próżniaczej, potężniejszych i dużo bardziej niebezpiecznych od od skorumpowanych polityków i krętaczy Plunkitta, stworzyły wielkie fortuny, zgromadzone przez ludzi brutalnych, „wolnych od skrupułów, współczucia, uczciwości i szacunku dla cudzego życia”.

Postacie Veblena, znane również jako „wyzyskiwacze”, nosiły nazwiska Rockefeller, Morgan, Carnegie czy Vanderbilt. Autor uważał, że ich dobre uczynki, hojne jałmużny oraz czasochłonne zajęcia próżniacze, takie jak jachting czy golf, to działania świadome, podejmowane w celu odwrócenia uwagi od ich drapieżnego charakteru oraz wywołania podziwu i skłonienia do naśladownictwa. Wielkie majątki służyły również zapewnieniu przyszłości całym klanom, gwarantując ich członkom dostęp do najbardziej zyskownych branży – finansów, monopoli przemysłowych, ropy i bogactw naturalnych. Zachowaniu wysokiego statusu służyły również roje doradców, prawników i innych, którzy sami mieli nadzieję dołączyć do klasy próżniaczej.

W ostatniej dekadzie XIX wieku, kiedy Plunkitt spisywał wspomnienia, a Veblen wykładał na Uniwersytecie Cornella, ojciec Freda Trumpa nie miał dostępu do Tammany Hall i nie należał też do klasy próżniaczej. Urodzony i wychowany w Niemczech, wyemigrował do Ameryki z Bremy przez Southampton w październiku 1885, płynąc w najtańszej klasie świeżo zwodowanego w Glasgow parowca s/s Eider. Szesnastoletni zaledwie Friedrich miał w ręku fach fryzjera, ale w jego ojczyźnie było już zbyt wielu młodych ludzi, którzy wiedzieli, jak obchodzić się z nożyczkami i brzytwą.

Dziadek Donalda Trumpa zszedł na amerykańską ziemię w Castle Garden. Tamtejsze centrum imigracyjne urządzono w byłym forcie, wybudowanym na usypanej ze śmieci wyspie u południowego krańca Manhattanu. Imigrantów poddawano serii drobiazgowych kontroli, zanim pozwolono im przejść przez most do miasta. Kiedy już dotarli bezpiecznie do Nowego Jorku, wolno im było udać się do dowolnego miejsca w USA lub na terytoriach zależnych. Podobnie jak w wypadku wielu innych przybyszów, urzędnicy w pośpiechu zapisali nazwisko Friedricha Drumpfa błędnie. Zgodnie z adnotacją w papierach opuścił Castle Garden jako Friedrich Trumpf i pod takim nazwiskiem żył przez następne lata.

Po spędzeniu w Nowym Jorku sześciu lat podążył na zachód, gdzie wybuchła gorączka złota, toteż błyskawicznie wyrastały nowe miasta i miasteczka. Osiadł na stałe w dzielnicy czerwonych latarni w Seattle, gdzie został właścicielem kwitnącego interesu: restauracji oferującej gorące posiłki i towarzystwo prostytutek w pokojach na piętrze. Nie ucieleśnił może w ten sposób amerykańskiego mitu „od pucybuta do milionera”, ale w kraju, gdzie cnotą było bogactwo, stał się obywatelem prawdziwie cnotliwym. Siedem lat po wylądowaniu w Nowym Jorku Friedrich udał się do Sądu Okręgowego stanu Waszyngton i po zrzeczeniu się „posłuszeństwa i wierności Wilhelmowi II, cesarzowi Niemiec” podpisał deklarację czyniącą go obywatelem Stanów Zjednoczonych. W tym dokumencie z nazwiska Trumpf zniknęło końcowe „f”.

Już jako przykładny obywatel i biznesmen zaczął szukać Friedrich Trump dalszych okazji do wzbogacenia się. Jedną z nich znalazł w obozie górniczym Monte Cristo w Górach Kaskadowych, pełnym poszukiwaczy srebra i złota. Trump uważał, że sami poszukiwacze są o wiele pewniejszym źródłem gotówki niż grunt skrywający bogactwa. Dlatego oszukańczo ogłosił, że znalazł złoto, co pozwoliło mu uzyskać kontrolę nad znakomicie położonym terenem, i to za darmo (deklaracja znalezienia złoża kruszcu dawała poszukiwaczowi wyłączny dostęp do działki). Trump nie zaczął jednak wydobywać złota, ale wybudował noclegownię, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Zysk jego był tym większy, że nie zapłacił ani centa za teren, na którym ją postawił.

Doszedłszy bezczelnością i ciężką pracą do majątku, Trump udowodnił, że jest prawdziwym Amerykaninem. W ostatniej dekadzie XIX wieku na większości terytoriów Wybrzeża Północno-Zachodniego panowało bezprawie. Wielu ludzi z radością wykorzystywało fakt, że cywilizacja jeszcze tam nie dotarła. Prawo znaczyło niewiele w odległych lasach i górach, liczyły się tam raczej twardy charakter i odwaga, które niejednemu wystarczyły do odniesienia sukcesu. Przedsiębiorczy, wyjęty spod prawa awanturnik stopniowo zastępował indiańskiego wojownika w roli archetypowego pioniera. W miejscach takich jak Monte Cristo nikogo nie dziwiła wieść o bezprawnym zajęciu terenu. Trump nie wykazał się wyjątkową odwagą, sprowadzając ładunek drewna i budując swój interes na nie swojej ziemi – wszak wielu ludzi mieszkało i kopało na działkach, których nie posiadali.

Nikt nie był również zbytnio zaskoczony, gdy okazało się, że kopalnia w Monte Cristo nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Osada funkcjonowała tylko po to, by John D. Rockefeller, który wywołał tę gorączkę złota, mógł uniknąć strat. W 1891 roku najbogatszy człowiek Ameryki zainwestował w górniczy region na podstawie nazbyt optymistycznych raportów geologów. Zbudował wielką przetwórnię, w której ruda miała być wzbogacana przed transportem nową linią kolejową. Jednak interes szedł kiepsko, aż w końcu Rockefeller i jego partnerzy zorientowali się w pomyłce geologów. Po cichu sprzedali swoje udziały – z niezłym zyskiem – i zabrali pieniądze z powrotem na wschód.

Kiedy tajemnica Rockefellera wyszła na jaw i poszukiwacze opuścili Monte Cristo, niewielu skarżyło się na pomyłkę geologów i potajemną ucieczkę nowojorczyków. Co by to dało? Poza tym w kanadyjskim Klondike wybuchła nowa gorączka złota. Po tym, jak do Seattle przybyły dwa statki z poszukiwaczami wiozącymi złoto warte według dzisiejszych cen miliard dolarów, blisko sto tysięcy mężczyzn ruszyło hurmą na północ. Friedrich Trump również ruszył do Jukonu, mając nadzieję, że uda mu się powtórzyć sukces z Monte Cristo. Po wylądowaniu na wybrzeżu Alaski czekała go śmiertelnie niebezpieczna wędrówka przez dzicz. Przeżył ją i otworzył restaurację w namiocie, serwując dania z padłych na szlaku koni. Wkrótce jednak wybudował placówkę z prawdziwego zdarzenia – drewniany, kryty gontem gościniec pod nazwą New Arctic Restaurant and Hotel, po raz kolejny oferując poza posiłkami usługi prostytutek. New Arctic z początku był położony w miasteczku Bennett, a potem przeniesiono go – spławiając elementy jeziorami i rzekami – do większej osady, White Horse. Trump znów zajął ziemię, do której nie miał praw, a ruch w jego restauracji i hotelu trwał całą dobę. Dziadek Donalda dorobił się na tym interesie większego majątku niż większość poszukiwaczy złota; może poza tymi, którzy mieli najwięcej szczęścia. Kiedy gorączka złota wygasła, wyjechał z White Horse, pozostawiając New Arctic partnerowi, który wkrótce zbankrutował.

Bogaty i dwukrotnie starszy niż w chwili przybycia do Ameryki, trzydziestodwuletni Friedrich Trump udał się do Nowego Jorku, a tam wsiadł na parowiec płynący do Niemiec, mając nadzieję znaleźć w ojczyźnie kandydatkę na żonę. Według pewnego źródła zabrał ze sobą fortunę, która w 2015 roku byłaby warta ponad 8 mln dolarów. Wrócił do Nowego Jorku w 1905 z ciężarną żoną, Elizabeth Christ Trump. Już w Ameryce urodził im się syn, któremu dali na imię Frederick (nie Friedrich) Christ. Frederick Christ Trump.

Friedrich, jego ojciec, zainwestował zdobyte w Jukonie bogactwa w nieruchomości. Rozsądek podpowiedział mu, by skoncentrować działania w sennej dzielnicy Queens, liczącej wówczas niemal 200 000 mieszkańców w rozproszonych osiedlach. Budowano właśnie nowy most, prowadzący z Queens na Manhattan, a także tunel kolejowy. Most otwarto w 1909, a rok później, kiedy kompania Long Island Rail Road uruchomiła połączenie z Queens na nowy, wspaniały dworzec Pennsylvania Station, mieszkały tu już 284 tysiące ludzi. Przedsiębiorcy budowlani stawiali domy i kamienice tak szybko, jak tylko potrafili. Bloki z mieszkaniami do wynajęcia wyrastały jak grzyby po deszczu wzdłuż alei Hillside, Jamaica i Atlantic. W 1920 roku Queens był już domem dla niemal pół miliona ludzi[2].

Friedrich Trump potrafił rozpoznać gorączkę złota, kiedy ją zobaczył. Planował osiągnąć bogactwo, inwestując w nieruchomości, toteż stał się częstym gościem u obracających nimi agentów. Na spotkania z nimi często przychodził z synem. Podczas jednego ze spacerów w marcu 1918 roku poczuł się źle i w ciągu kilku godzin pojawiły się u niego pierwsze objawy grypy. Niektóre źródła przypisują jego śmierć epidemii hiszpanki, która w latach 1918–1919 zabiła około 775 000 Amerykanów. W rodzinie mówiono jednak, że przyczyną zgonu mógł być alkohol[3].

W ten sposób młody Frederick stał się jedynym żywicielem rodziny. Ledwie zaczął pracować, utrzymując całe gospodarstwo, kiedy ogólnokrajowy kryzys z lat 1920–1921 pozbawił rodzinę większości majątku. Fred chodził do szkoły wieczorowej, uzupełniając edukację kursami korespondencyjnymi i poznając w ten sposób różne branże związane z budownictwem. Ukończywszy szkołę średnią, natychmiast rozpoczął pracę na budowie, najpierw jako niewykwalifikowany pomocnik, dostarczający na plac budowy zaopatrzenie. W dobre dni pracował z koniem, w gorsze – zastępując konia. Jako sumienny i silny pracownik wkrótce awansował na cieślę i zaczął praktyczną naukę zawodu, poznając także tajniki obrotu nieruchomościami.

Nieprawdopodobnie ambitny, wszedł w spółkę z własną matką, której dojrzałość dla potencjalnych klientów firmy E. Trump i Syn była rękojmią rzetelnej obsługi. Moment na rozpoczęcie działalności wybrali najlepszy z możliwych: Nowy Jork wchodził w okres gwałtownego rozwoju, który doprowadził do wzrostu populacji o 20% w ciągu dekady. Ekonomiczne i kulturalne wpływy tego największego na świecie miasta sięgnęły wkrótce najdalszych krańców Ameryki, a potem i globu. Dzięki kronikom filmowym i przedrukowywanym fotografiom świat uznał, że Nowy Jork to przede wszystkim wieżowce, teatry i ulice Manhattanu, zaś dzięki działalności niesławnej pamięci burmistrza Jimmy’ego Walkera dzielnica ta stała się synonimem bogactwa, splendoru i korupcji, które rozrosły się tu do oszałamiających rozmiarów. Konkurencja była ostra, ale na tych, którym się udało, czekały wspaniałe nagrody. Trump uznał, że woli grać ostrożnie, i ograniczył swoje interesy do Brooklynu i Queens. Jego firma stopniowo przechodziła od projektów pojedynczych domów do małych osiedli. W ciągu dwóch lat wybudowali i sprzedali dziesiątki budynków oraz pozyskali jeszcze większe podmiejskie tereny na granicy hrabstwa Nassau[4].

Fikcyjne West Egg z powieści Francisa Scotta Fitzgeralda Wielki Gatsby leżało w północnej części hrabstwa Nassau, a nabywcy nowych domów budowanych w pobliżu tej modnej dzielnicy otrzymywali w pakiecie ogromny prestiż. Rozrastająca się szybciej niż w poprzedniej dekadzie populacja Queens potrzebowała mieszkań, toteż ceny nieruchomości osiągnęły rekordowy poziom. W szalonych latach dwudziestych społeczeństwo stało się bardziej majętne, więc Trumpowie budowali większe domy na większych działkach i ozdabiali je detalami przemawiającymi do tych, którzy chcieli, by ich rezydencje były świadectwem sukcesu. W czasach, kiedy typowy amerykański dom kosztował 8500 dolarów, Trumpowie stawiali budynki warte nawet 30 000.

Giełdowy krach z roku 1929 sprawił, że wielu czytelników rozumiało teraz powieść Fitzgeralda jako ostrzeżenie. Krach ten zakończył również budowlaną hossę w Queens. Jego fale rozeszły się we wszystkich kierunkach i rozpoczęły Wielki Kryzys. Firmy pozwalniały tak wielu pracowników, że wskaźnik bezrobocia, oscylujący dotąd wokół 5%, wzrósł nagle do poziomu dwucyfrowego. Kiedy na ulicach ludzie ustawili się w kolejkach po chleb, niemal wszyscy, w tym również i majętni obywatele, przestali wydawać swoje pieniądze. Pozostawszy z domami, których nikt nie chciał lub nie mógł kupić, firma E. Trump i Syn wypadła z interesu. Fred otworzył warzywniak, sprzedając z minimalną marżą, i czekał na szansę powrotu do branży nieruchomości.

W 1933 roku amerykańska gospodarka dotarła do dna. Oficjalny wskaźnik bezrobocia wzrósł do 25%, wartość domów spadła o 20%, a w wielu miejscach było jeszcze gorzej. Suche liczby nie mówiły jednak nic o lękach i rozpaczy milionów ludzi, którzy stracili pracę, a teraz walczyli o każdy kęs chleba, sztukę odzieży i schronienie. Rekordowa liczba rodzin została zmuszona do opuszczenia domów w związku z przejęciami niespłaconych hipotek. Tylko jednego dnia w styczniu 1933 sprzedano na nowojorskiej aukcji 15 takich nieruchomości.

W tej ponurej rzeczywistości niebywałą popularność zyskała radosna historia zatytułowana The Epic of America, w której przedstawiono światu koncepcję „amerykańskiego marzenia”. Jej autor, James Truslow Adams, zdefiniował je jako wspólną wiarę, że każdy obywatel powinien mieć szansę, by żyć „pełnią życia, najlepiej, jak się da”. Koncepcja ta nie dotyczyła tylko warunków ekonomicznych. Adams podkreślał, że dla każdej istoty ludzkiej równie istotne są godność i szacunek – zaliczał je do najważniejszych elementów „marzenia”. Jednocześnie żałował tych, którzy uważali życie za walkę każdego z każdym, twierdząc, że to przez taką postawę możliwe były spekulacyjne afery lat dwudziestych i sam krach[5]. Po publikacji książki pod koniec 1931 Adams spędził ponad rok podróżując i pisząc o swojej nadziei na to, że Wielki Kryzys obrzydzi ludziom materialistyczny system wartości. W 1934, kiedy Ameryka wydawała się mieć najgorszy okres już za sobą, zanotował ze smutkiem, że zbyt wielu jego rodaków powróciło do obsesyjnego „zagarniania i wydawania”, i ostrzegał przed „kolejną orgią” spekulacji.

Adams nie był odosobniony w swoich obawach. W marcu 1934 setki mieszkańców Brooklynu i Queens – czternaście pełnych autobusów – zjawiły się w Albany, by żądać od stanowych prawodawców pomocy w zachowaniu praw do własnych mieszkań i ochrony przed spekulantami. Wsparcie w ramach jednego z programów pomocy usiłowało uzyskać tak wielu właścicieli domów z tych dwóch dzielnic, że obsługująca go agencja miała roczne opóźnienie w rozpatrywaniu wniosków.

– Kiedy rynek nieruchomości odżyje, drapieżni pożyczkodawcy i spekulanci zaczną żniwa – ostrzegał Matthew Nappear, rzecznik właścicieli domów. – Wielu bogaczy dorobiło się majątków w ten właśnie sposób. Nie powinno się to powtórzyć[6].

Nappear miał rację w jednej kwestii: kłopoty mieszkaniowe jednego człowieka stanowią okazję dla drugiego. W ten sposób działają wszystkie rynki: inwestorzy kupują za gotówkę akcje, obligacje, nieruchomości i towary, kiedy ceny zniżkują. Ta zasada jest oczywiście kompletnie pozbawiona emocji, ale na niej opiera się funkcjonowanie gospodarki w kapitalizmie. W wypadku nieruchomości różnica polega jednak na tym, że to, co dla inwestora jest „instrumentem”, dla kogoś innego może być domem rodzinnym. A dom, inaczej niż – powiedzmy – świadectwo posiadania akcji, może kojarzyć się z całą paletą dodatkowych znaczeń, np. bezpieczeństwem, wygodą, czasem nawet tożsamością. Dom funkcjonuje nie tylko jako miejsce na mapie, ale także w sercu jego mieszkańca. Nie śnimy o portfelach akcji i funduszach inwestycyjnych, lecz zdarza nam się śnić o domach, w których mieszkaliśmy jako dzieci.

Branżę nieruchomości odróżniały od innych jeszcze dodatkowe czynniki. Na przykład większość domów kupowano dzięki kredytom hipotecznym, co oznaczało, że względnie niewielka suma wystarczała, by sfinalizować zakup wielokrotnie więcej wartego towaru. Co więcej, nieruchomość, a konkretnie ziemia, jest trwała i przypisana do określonego miejsca. Akcje, obligacje i emitujące je instytucje mogą zniknąć bez śladu (i czasem tak się dzieje), natomiast pozostający w prywatnych rękach grunt zawsze ma jakąś wartość i nawet jeśli przejmie go w ramach wywłaszczenia rząd – właścicielom należy się odszkodowanie. „Nie da się wyprodukować więcej ziemi” – w tym powiedzeniu zawiera się cała specyfika inwestowania w nieruchomości. Słowa te przekazują pierwotną prawdę, znaną – czy też wyczuwaną – przez każde stworzenie, które kiedykolwiek broniło jakiegoś terytorium przed rywalem. Czy to działka budowlana z domem, czy kawałek lasu, żadne miejsce nie jest takie samo jak to właśnie.

Branża nieruchomości to nie magia. W rozrastających się miastach i miasteczkach właściciele ziemi doskonale rozumieją, że duży popyt podnosi wartość ich majątku, a wielu decyduje się na sprzedaż, by zamienić tę teoretyczną wartość gruntu na brzęczącą monetę. Wraz z rosnącym popytem i cenami coraz więcej właścicieli chce wykorzystać okazję do zarobku, a rynek wchodzi w fazę nadymającego się bąbla. W pewnym momencie podaż przewyższa popyt i bąbel pęka, a ceny gwałtownie spadają.

Cwani inwestorzy wchodzą do gry, kiedy ceny zniżkują, a opuszczają ją, zanim bąbel zacznie rosnąć. W Nowym Jorku lat trzydziestych tacy cwaniacy kręcili się wokół sądów decydujących o bankructwach i przejęciach za długi, ponieważ dzięki przeciekom i informacjom z rozpraw można było nabyć nieruchomość za śmieszną cenę. Sędziowie, świetnie zorientowani w polityce, rozumieli, że z jednej strony powinni przestrzegać litery prawa, ale z drugiej opłaca im się sprzyjać ustosunkowanym graczom, jeśli to tylko możliwe. Przyjaciele i sprzymierzeńcy byli wyznaczani na zarządców nieruchomości konfiskowanych po bankructwie właścicieli. Dobrze poinformowani inwestorzy mogli nawet odwiedzić zalegającego z opłatami posiadacza domu lub ziemi i złożyć mu ofertę kupna, zanim własność tę przejął pożyczkodawca lub miasto na poczet niezapłaconych podatków. Sprzedawcy oszczędzano w ten sposób stresu i poniżającej eksmisji, a nabywca miał nieruchomość bez konieczności odwiedzania sądów i konkurowania z innymi graczami.

Fred Trump nie miał odpowiednich znajomości, by wykorzystywać takie okazje, toteż pilnie śledził rynek, mając nadzieję w porę zauważyć zapowiadające się bankructwo lub przejęcie za długi. Poznał nazwiska i zwyczaje wszechwładnych ludzi, przewodzących miejskim klubom Partii Demokratycznej, i regularnie sprawdzał sądowe wokandy. Pod koniec roku 1933 jego uwagę przyciągnęły żądania wysuwane wobec Lehrenkrauss & Co, jednej z największych brooklińskich firm zajmujących się kredytami hipotecznymi. To istniejące od pół wieku rodzinne przedsiębiorstwo działało na podstawie stanowej licencji jako bank inwestycyjny. W latach dwudziestych Amerykanie z niemal wszystkich warstw społecznych rzucili się do inwestowania i spekulacji, a Lehrenkrauss oferował im wszystko – od zagranicznych walut do złota. Głównym źródłem dochodów firmy była jednak sprzedaż obligacji opartych na wielkich pakietach kredytów hipotecznych. Wielu nabywców tych papierów imigrowało niedawno z Niemiec. Zachęceni nazwą i dobrą reputacją banku, inwestowali w ten sposób własne oszczędności.

Lehrenkraussowie byli tak znaną rodziną, że wszelkie ich poczynania były komentowane w kronice towarzyskiej („Charles F. Lehrenkrauss wypoczywał na pokładzie swojego jachtu w zatoce Manhasset”), a informacje o rozwodach pojawiały się wśród najbardziej sensacyjnych wiadomości (np. wówczas, gdy Beatrice, żona J. Lestera Lehrenkraussa, przeprowadziła procedurę rozwodową przed sądem w Reno w Nevadzie). Co roku najlepszy uczeń miejscowych szkół otrzymywał Puchar Lehrenkraussa, zaś członkowie tej rodziny zasiadali w rozmaitych radach i komitetach. W kwietniu 1929 roku Julius Lehrenkrauss, senior rodu, został powołany do zarządu Brooklyn Capital, nowej spółki finansującej kredyty, a w kolejnym miesiącu – do komitetu doradczego przy Hamilton Trust, należącym do Chase National Bank.

Wszyscy trzej Lehrenkraussowie – Julius, Charles i Lester – zostali wymienieni w pozwie złożonym przez inwestorów w sądzie federalnym w Brooklynie. Inwestorzy podejrzewali, że firma jest niewypłacalna, a jej papiery wartościowe – w istocie bezwartościowe. Tysiące posiadaczy obligacji ze zdumieniem i wściekłością śledziły sądowe przesłuchania, z których wyłaniał się obraz oszustwa. Julius wyjaśnił, że sprzedał inwestorom obligacje o wartości wielokrotnie przekraczającej sumy udzielonych kredytów hipotecznych. Była to piramida finansowa, w której dywidendy wypłacano dotychczasowym udziałowcom z wpłat nowych, a gotówkę przelewano z konta na konto, aby wywrzeć na audytorach wrażenie, że firma jest wypłacalna. Kiedy była już bliska upadku, Julius wypłacił z jej kont 1900 dolarów w banknotach dwudziestodolarowych, ponieważ, jak zeznał, „troszczył się o przyszłość”.

W trakcie śledztwa odkryto, że w siedzibie Lehrenkrauss & Co brakuje tuzinów aktów własności, a Julius bez wiedzy pozostałych właścicieli firmy stracił na giełdzie ponad 450 000 dolarów (w 2015 byłoby to około 8,1 mln). „Zainwestował” m.in. w kopalnię miedzi, która wyprodukowała rudę wartą… 52,26 dolara. Bratanek Juliusa zeznał, że usłyszał ostatnio od stryja: „Akcje muszą pójść w górę”. Nie mając środków na opłacenie skutecznego adwokata i przyparty do muru przez dowody, senior rodu Lehrenkraussów stawił się w sądzie w eleganckiej koszuli, spodniach w paski oraz czarnym fraku i przyznał się do kradzieży mienia o znacznej wartości. Jego prawnik zadeklarował, że Julius przyjmie karę „jak prawdziwy mężczyzna”. Sędzia, długoletni przyjaciel oskarżonego, skazał go na 5 do 10 lat w więzieniu stanowym, znanym jako Sing-Sing.

Wprawdzie obligacje emitowane przez Lehrenkraussów były bezwartościowe, lecz jedna mała część ich firmy zachowała pewną wartość. Był nią dział zajmujący się ściąganiem płatności od kredytobiorców. Wyznaczeni przez sąd zarządcy wystawili ten dział na licytację, do której przystąpiła m.in. Home Title Guarantee, spora firma zajmująca się obsługą kredytów hipotecznych. Inni oferenci byli może mniej znani, ale za to dysponowali lepszymi powiązaniami z brooklińskimi politykami. Fred Trump, który zarządzał hipotekami wielu sprzedanych przez siebie domów, przesadził w rekomendowaniu własnych kwalifikacji, informując sąd, że działa w branży nieruchomości i kredytów hipotecznych od 10 lat (oznaczałoby to, że zaczął sprzedawać domy jeszcze w szkole średniej). Niezależnie od tego, czy ta autoreklama była skuteczna, czy też nie, mógł gładko przegrać tę licytację bez wsparcia.

Zaczął więc umizgi do polityków rozdających karty na Brooklynie i w końcu połączył siły z Williamem Demmem, innym oferentem z Queens. Przekonani, że duża grupa poszkodowanych inwestorów może opóźniać sprzedaż, Trump i Demm wybrali się na jedno z ich zebrań w Bushwick High School. Ofiary Lehrenkraussów obawiały się, że stara firma któregoś dnia zostanie wskrzeszona, a wówczas obudzą się z ręką w nocniku, bez praw do swoich pieniędzy, zainwestowanych w biznes obsługujący hipotekę. Tylko cud mógłby przywrócić Lehrenkrauss & Co do życia, jednak Trump doskonale rozumiał obawy wierzycieli. Wraz z Demmem obiecali im, że jeśli firma kiedykolwiek powstanie z martwych, sprzedadzą grupie dział kredytów hipotecznych za jedyne tysiąc dolarów. W zamian prosili tylko, żeby wierzyciele poparli ich podczas licytacji. Porozumienie zostało zawarte, a sąd, chcąc uniknąć konfliktu z ofiarami klanu Lehrenkraussów, przyjął ofertę Trumpa i Demma[7].

Chociaż obaj panowie zarobiliby, ściągając płatności od kredytobiorców, to najbardziej wartościowym elementem w kupionej firmie była informacja. Z najnowszych akt dowiedzieli się mianowicie, którzy właściciele domów zalegają z płatnościami i w których przypadkach nieuchronnie nastąpi przejęcie nieruchomości za długi. Uzbrojeni w tę wiedzę, mogli składać oferty kupna zadłużonych nieruchomości, zanim jeszcze pojawiły się one na licytacjach.

Kupując grunty, Fred Trump skoncentrował się na brooklińskiej dzielnicy East Flatbush, gdzie zaledwie 30 lat wcześniej farmerzy uprawiali owoce i warzywa sprzedawane na targach Manhattanu. Transformacja rolniczego East Flatbush w miejskie zaczęła się, gdy obracająca nieruchomościami firma Wood, Harmon and Company przekonała Brooklyn Rapid Transit Company do przedłużenia linii tramwajowej, która dotychczas kończyła się w pobliskim Prospect Park. Wood i Harmon zbudowali w ciągu roku 50 domów, a dzielnica zaczęła rozwijać się jeszcze szybciej, gdy założona przez Augusta Belmonta firma Interborough Rapid Transit Company pociągnęła tory kolejki wzdłuż Norstrand Avenue. East Flatbush nagle stało się dostępne dla pracujących na Manhattanie, toteż jak grzyby po deszczu zaczęły tu wyrastać domki jednorodzinne, bliźniaki i bloki mieszkaniowe.

Przez całe lata trzydzieste Fred Trump łączył działki, tworząc rozległe przestrzenie, na których budował osiedla mające od kilkudziesięciu do kilkuset domów. Jego największym projektem była budowa w miejscu zajmowanym wcześniej przez wielki namiot cyrku Barnuma i Baileya. Kiedy cyrk odwiedził East Flatbush po raz ostatni, w roku 1938, jego gwiazdą był goryl znany pod scenicznym pseudonimem „Gargantua”, dla przyjaciół Buddy. Wychowany on został przez ekscentryczną mieszkankę Brooklynu, która ubierała go w koszulę i spodnie, a czasem nawet obwoziła po okolicy samochodem.

Położone blisko dwóch przystanków kolejki osiedle Trumpa na „cyrkowej” działce zostało zbudowane dzięki dotacji tej samiuteńkiej Federal Housing Administration, która w 1954 roku stała się obiektem śledztwa senatora Capeharta. Stworzona przez prezydenta Franklina Delano Roosevelta, by wspierać potencjalnych nabywców domów, przedsiębiorców i robotników budowlanych, FHA była częścią szerszego projektu, znanego jako Nowy Ład, mającego na celu stymulację gospodarki po Wielkim Kryzysie. Administracja FDR usiłowała osiągnąć ten cel poprzez „zastrzyki gotówki” (określenie ekonomisty Johna Maynarda Keynesa).

Przed powstaniem FHA w latach trzydziestych rząd federalny nie prowadził realnej polityki mieszkaniowej, a posiadanie domu nie było kryterium przynależności do klasy średniej, tak jak później. Udzielający kredytów hipotecznych wymagali wkładu własnego w wysokości co najmniej 50%. Pożyczki były zazwyczaj całkowicie spłacane w ciągu pięciu lub dziesięciu lat (większości właścicieli udawało się to przed końcem zaplanowanego okresu spłat). W 1940 roku tylko 43% Amerykanów posiadało swoje domy na własność, a w bardziej zurbanizowanych stanach odsetek ten był jeszcze niższy, np. w Nowym Jorku – zaledwie 30%. Oprócz FHA wzrost tego wskaźnika stymulowały również inne programy działające w ramach Nowego Ładu, dzięki którym wprowadzono na rynek dwudziestoletnie kredyty hipoteczne, pokrywające nawet 80% wartości domów, oraz obowiązkowe ubezpieczenie na wypadek utraty przez pożyczkobiorcę zdolności kredytowej.