Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1671 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Don Kichot z La Manczy - Miguel De Cervantes

Największe dzieło hiszpańskiego satyryka i poety Miguela de Cervantesa. Don Kichot z La Manczy zwany także Rycerzem Ponurego Oblicza to pięćdziesięcioletni szlachcic, który pod wpływem literatury rycerskiej postanawia zostać błędnym rycerzem. Wraz ze swym koniem Rosynantem wyrusza w drogę. Towarzyszy mu wierny giermek Sancho Pansa. Wzorem literackich bohaterów Don Kichot wybiera damę swojego serca, którą nazywa Dulcyneą.

Podczas swych podróży Don Kichot przeżywa niezwykłą ilość przygód, których zresztą wypatruje na każdym kroku. Każda z nich jest jakby osobną historią.

Sam Cervantes również miał bujne życie, które dostarczyło mu mnóstwo materiału do jego utworów. Pochodził ze zubożałej rodziny szlacheckiej. Już w wieku 22 lat musiał uciekać do Rzymu za udział w pojedynku, wkrótce zdecydował się zaciągnąć do wojska, gdzie zasłynął z brawury. Wracając do kraju, został wzięty do niewoli przez berberyjskich korsarzy, którzy sprzedali go bejowi Algieru. Wreszcie rodzinie udało się go wykupić. Cervantes ustatkował się, ożenił z dużo młodszą od siebie dziewczyną i po nieudanych próbach podjęcia pracy postanowił żyć wyłącznie z literatury. Baśniowo-rycerski świat, jaki stworzył w Don Kichocie z La Manczy, stanowi nieustannie pożywkę dla współczesnej literatury i kultury (komiksy, filmy etc.). Przypadki Błędnego Rycerza z La Manczy i jego giermka zamieszkują wciąż naszą wyobraźnię.

Ogromną siłą tej prozy jest jej dowcip i humor. Kiedy zaśmiewamy się z przygód dzielnego wojaka i jego giermka, wiemy też, że w każdej historii tkwi ziarno mądrości.

Opinie o ebooku Don Kichot z La Manczy - Miguel De Cervantes

Fragment ebooka Don Kichot z La Manczy - Miguel De Cervantes

MIGUEL DE

CERVANTES

DON KICHOT

Z LA MANCZY

Przełożył

Edward Boyé

Tytuł oryginału: El Ingenioso Hidalgo Don Quijote de la Mancha

Copyright © 2014, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-182-0

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Dorota Ring

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

TOM PIERWSZY

PROLOG

Czytelniku, który masz wolną chwilę, zaufaj mi, jeśli ci powiem bez składania na to przysięgi, że chciałem, aby ta księga, jako dzieło rozumu, była najpiękniejsza, najweselsza i tak trafnie ułożona, jak sobie to tylko można wyobrazić. Nie mogłem wszakże przekroczyć prawa natury, według którego każda rzecz podobną sobie płodzi. Tak więc cóż mógł stworzyć mój umysł jałowy i źle uprawiany, jeśli nie historię mego syna bezpłodnego, o suchym i zatwardziałym przyrodzeniu, pat­rzącego wielkimi oczyma na świat, pełnego różnorodnych myśli, które się nikomu dotąd na świecie nie śniły? Wydałem go na świat w więzieniu nawiedzanym przez wszystkie niewy­gody i przykre hałasy.

Odpoczynek, ciche ustronie, łagodność pól, niebios łaska­wość, szept strumieni i błogi spokój ducha sprawiają, że najbardziej jałowe muzy płodnymi się stają, przynosząc w dani owoce napełniające świat uciechą i podziwem.

Zdarza się czasem, że ojciec ma syna brzydkiego i pozbawio­nego wdzięku, lecz miłość, którą ku niemu żywi, nakłada mu przepaskę na oczy, tak że wad jego wcale nie spostrzega, a nawet poczytuje je za powaby i przymioty, opowiadając o nich przyjaciołom jako o dowcipie i wdzięku.

Ja zaś, choć wydaję się ojcem, jestem ojczymem Don Kicho­ta, nie pójdę tutaj zwykłym torem i nie będę cię, najmilszy czytelniku, prosił ze łzami w oczach, jak to inni czynią, żebyś wyrozumiał wszelkie braki, które spostrzeżesz u mojego syna, albo żebyś udał, że ich nie spostrzegasz. Nie jesteś jego krew­niakiem ani przyjacielem; masz swoją duszę, rozum i swój sąd o rzeczach z pewnością nie najpodlejszy, a do tego jesteś panem we własnym domu, którym możesz rozporządzać niby król swymi skarbami i czuć się u siebie udzielnym władcą.

Wszystkie te rzeczy czynią cię wolnym od różnych względów i zobowiązań, tak iż możesz mówić o tej historii, co ci się żywnie podoba, nie obawiając się, że cię za sąd zły zniesławią albo za dobry odznaczą.

Chciałem dać ci tylko opowieść prostą i skromną, bez ozdób, prologu i niezliczonej ilości będących w zwyczaju sonetów, epigramatów i panegiryków, które umieszcza się zwykle na początku każdej księgi – chociaż bowiem (muszę ci to powie­dzieć) trochę trudu ułożenie tego dzieła mnie kosztowało, nic mi jednak tak ciężko nie szło, jak przedmowa teraz przez ciebie czytana.

Wiele razy chwytałem za pióro, aby ją skreślić, i zaraz odkładałem je na bok, nie wiedząc, co pisać. Pewnego razu, gdy myśląc, co mam wyrazić, siedziałem koło biurka, mając papier przed sobą, pióro za uchem, a głowę łokciem podpartą, wszedł niespodzianie mój przyjaciel, człowiek uczony i dowcipny, który widząc mnie tak zamyślonego, zapytał o przyczynę.

Odrzekłem mu, nic nie zatajając, że myślę o prologu do historii Don Kichota z La Manczy. Przedmowa tak mi się nie klei, że już czasem nawet myślę, czyby jej nie poniechać i wielkich poczynań Don Kichota wcale na światło nie wydobywać.

– Jakżebym miał się nie turbować o to, co powie starożytny prawodawca, lud, gdy po tylu latach, które imię moje po­grążyły w głuchym zapomnieniu, zjawię się nagle z ciężarem tych wszystkich lat na barkach, z legendą suchą jak badyl jałowy, bez fantazji, pełną stylistycznych usterek, ubogą w traf­ne słowa i pozbawioną erudycji i uczoności, bez uwag na marginesie i przypisów przy końcu książki. Wszystko to zawie­rają liczne książki, nawet świeckie i pełne zmyśleń, ale z senten­cjami z Arystotelesa, Platona i całej czeredy filozofów. Takie dzieła wprawiają w osłupienie czytelników, nakazując im re­spekt dla uczoności, mądrości i wymowy autorów. Trzeba ich tylko posłuchać, gdy cytują Pismo Święte! Rzekłbyś, że to święci Tomasze albo inni doktorzy Kościoła. W jednym wier­szu malują nam roztargnionego kochanka, a w drugim grzmią chrześcijańskie kazania i tym sposobem tak zręcznie zachowują przystojność, że prawdziwa rozkosz czytać ich i słuchać.

Moja księga bardzo się różni od tego wszystkiego, ponieważ nie mam nic do notowania na marginesie ani do wyjaśnienia przy końcu. Nie wiedząc także, na podobieństwo jakich auto­rów rzecz swoją prowadzę, nie mogę ich zaraz na pierwszej karcie wymieniać, jak to czynią wszyscy zaczynający z pomocą abecadła od Arystotelesa, a kończący na Xenofoncie, Ziolu i Zeuksisie, chociaż jeden z nich był potwarcą, a drugi malarzem.

Księdze braknie też wierszy, pomieszczanych na początku, przynajmniej sonetów, których składaczami są diukowie, markizowie, hrabiowie, biskupi, wysokie damy i sławni wierszopisi. Gdybym ich zażądał od moich przyjaciół artystów, wiem, że by mi je dali. A byłyby to wiersze, z którymi nie mogłyby się równać te, co największą sławą w całej Hiszpanii się cieszą. Mówiąc pokrótce, mój przyjacielu, Don Kichot musi pozostać pogrzebiony w archiwach La Manczy dotąd, aż niebo ześle kogoś, kto go ozdobi wszystkimi tymi rzeczami, których mu braknie. Ja zadaniu temu nie mógłbym sprostać dla mych niedostatków i pisarskich braków, a także i dlatego, że z przyrodzenia jestem niedbały i leniwy – nie chce mi się szukać autorów, którzy mówią to, co ja i bez nich mogę powiedzieć.

Stąd płynie ten stan niepokoju i niepewności, w którym mnie zastaliście. Przyznacie, że dosyć mam powodów, aby się turbować.

Przyjaciel mój, usłyszawszy te słowa, uderzył się dłonią w czo­ło i wybuchając głośnym śmiechem, rzekł:

– Na Boga, bracie, w tej chwili wyprowadziliście mnie z błędu, w jakim tkwiłem przez cały czas mej znajomości z wami. Poczytywałem was zawsze za człowieka rozsądnego i roztropnego we wszystkich swoich poczynaniach, ale teraz spostrzegam, żeście od rozsądku tak dalecy jak niebo od ziemi. Jakże to być może, aby rzeczy tak błahe, którym zaradzić można z całą łatwością, mogły wprowadzać w ciężkie kłopoty i turbacje umysł równie dojrzały jak wasz, przywykły do łamania większych trudności niż te oto?

Naprawdę, nie płynie to z braku bystrego pojęcia i zdolności, ale z nadmiaru lenistwa i z braku namysłu.

Czy chcecie się przekonać, że moje słowa są prawdą? Posłuchajcie mnie tedy, a w jednym mgnieniu oka wszystkie te trudności połączę i usunę przeszkody, które wam myśli mącą i nie pozwalają objawić światu historii Don Kichota – światło­ści i zwierciadła całego błędnego rycerstwa!

– Powiedzcie mi – odpowiedziałem, usłyszawszy to, co mi mówił – w jaki sposób chcecie zapełnić tę próżnię, która powoduje mą trwogę, i wyprowadzić mnie na jasność z chaosu, w jaki wprawiło mnie zmieszanie?

Na co on:

– Najpierw co się tyczy sonetów, epigramatów i panegiryków, które winny być napisane przez jakieś znaczne osoby i początek księgi waszej zdobić – łatwo temu będzie można zaradzić, jeśli sami je ułożycie i ochrzcicie później takim imieniem, jakie się wam podoba, przypisując te płody księdzu Juanowi de las Indias albo cesarzowi Trebizondy, o których wiem, że w swoim czasie byli niepoślednimi poetami. A choćby i nie byli i choćby się znalazło kilku pedantów i bakałarzy, co was będą od tyłu kąsać, szeptać i mruczeć o prawdzie, dbajcie o to tak jak o złamany szeląg. Jeśli nawet kłamstwa wam dowiodą, nikt nie utnie wam ręki, którą to napisaliście.

A jeśli chodzi o cytaty na marginesie księgi oraz autorów, z których będziecie brali słowa i sentencje, aby pomieścić je w swym dziele – to trzeba będzie trafnie przytaczać tylko te maksymy i powiedzenia łacińskie, które na pamięć znacie, albo te, które wiek zachodu i trudu z wyszukaniem ich nie przy­sparzają.

O wolności i niewoli powiecie na przykład:

Non bene pro toto libertas venditur auro.[1]

W okamgnieniu wspomnicie na marginesie Horacego albo tego, kto to powiedział. Opisując potęgę śmierci, napiszecie:

Pallida mors aequo pulsat pede pauperum tabernas

Regumque turres.[2]

Jeżeli poczniecie mówić o przyjaźni lub miłości, którą we­dług przykazania boskiego należy żywić dla wrogów swoich, możecie posiłkować się Pismem Świętym i zacytować słowa samego Stwórcy:

Ego autem dico vobis: Diligite inimicos vestros.[3]

Jeśli rozprawiacie o złych uczuciach i zamysłach, oto ewangelia, która powiada:

De corde exeunt cogitationes malae.[4]

Jeżeli o niestałości przyjaciół, oto Katon, który wam da swój dystych:

Donec eris felix, multos numerabis amicos,

Tempora si fuerint nubila solus eris.[5]

Z taką i podobną łaciną ujdziecie przynajmniej za grama­tyka, co nie jest dziś ani małym zaszczytem, ani małą korzyścią. Jeżeli zaś idzie o przypisy na końcu książki, bezpiecznie możecie postąpić w ten sposób: jeśli wymienicie w waszej książce jakiegoś olbrzyma, sprawcie, niech będzie Goliatem i przez to jedno – co was nic prawie nie kosztuje – macie już obszerny przypisek. Możecie bowiem podać: Olbrzym Golias czy Goliat był Filistynem. Zabił go pasterz Dawid z wielkiej procy w dolinie Terebinto, jak się o tym opowiada w Księdze Królów w rozdziale… który odszukacie, żeby go wypisać.

Ponadto, aby okazać się człowiekiem uczonym i biegłym w piśmie, a także i kosmografem, uczyńcie w ten sposób, aby w historii waszej była wymieniona rzeka Tag. To da wam okazję do innego sławnego przypisu:

Rzeka Tag została nazwana tym imieniem przez króla Hiszpanii. Bierze początek w pewnym miejscu, a koniec ma w morzu Oceanie. Opływa mury słynnego miasta Lizbony. Według po­wszechnego mniemania piasek tej rzeki zawiera złoto.

Jeżeli będziecie chcieli opisywać różnych łotrzyków, opo­wiem wam historię o słynnym Kakusie, którą znam na pamięć. Gdy rzecz będzie szła o rozwiązłych białogłowach, biskup de Mondonedo dostarczy wam Lamii, Lais i Flory. Przypisy te wielkiego przysporzą wam autorytetu. O okrutników, czarowników i czarownice też się nie trapcie, gdyż u Owidiusza znajdziecie Medeę, u Homera Kalipso, a Circe u Wergiliusza.

Jeżeli będzie wam szło o słynnych dowódców, Juliusz Cezar opowie wam o sobie w swoim dziele, a Plutarch dostarczy z tysiąc Aleksandrów.

Gdy będziecie chcieli mówić o miłości, wystarczy wam krztyna znajomości języka toskańskiego, aby natknąć się na Leona Hebrejczyka, który natchnie was wszelką miarą. Jeżeli jednak wzdragać się będziecie przed podróżą w cudzoziemskie kraje, to macie przecież we własnym domu dzieło Fonseci O miłości do Boga, gdzie pomieszczone jest wszystko, czego tylko w tej materii zapragnąć możecie wy albo ktoś najbystrzej­szy. Mówiąc pokrótce, cały wasz trud polegać będzie na wymienieniu tych imion i przytoczeniu historii, które wam opowiedziałem, mnie zaś pozostawcie trud wprowadzenia wy­jaśnień i wiadomości, którymi przyrzekam solennie zapełnić marginesy oraz dopisać kilka arkuszy na końcu książki.

Pomówmy teraz o cytatach z autorów, w które różne księgi obfitują, a czego waszej księdze brak. Łatwo temu złu zaradzić, gdyż musicie się tylko rozejrzeć za jakimś dziełem, które ich wszystkich od A do Z według alfabetu wymienia, aby później całe to abecadło do swojej księgi przenieść. A choć z powodu konieczności posługiwania się tym podręcznikiem kłamstwo zaraz na jaw wyjdzie – niewielka z tym bieda.

Może znajdzie się także i prostak, który pomyśli, że wasza prosta i szczera historia wiele korzyści mędrkom tym zawdzię­cza. A choćby to nie służyło niczemu innemu, to taki długi rejestr autorów posłuży od razu do nadania książce ważności. Nie znajdzie się też nikt, kto by swój interes miał w tym, aby sprawdzić, czy dobrze, czy też źle ich przytaczacie.

Tym bardziej, że jeżeli trafnie na rzeczy się rozumiem, to wasza księga nie potrzebuje tego wszystkiego, na czym, jak mówicie, jej zbywa, gdyż jest ona tylko potępieniem ksiąg rycerskich, o których Arystoteles, jako żywo, nigdy nie wspo­minał, nic o nich nie mówił święty Bazyli, nie znał ich Cycero. Pod jej fantastyczne bajki nie podpada ani ścisłe przedstawie­nie prawdy, ani obserwacja astronomiczna, ani geometryczne wyliczanie czy też retoryczna dysputa. Nie będziecie prawili nikomu kazania, mieszając materię ludzką z boską, a jest to mieszanina, w której żaden chrześcijański rozum nie może się lubować. Powinniście się posiłkować wyłącznie naśladowa­niem, a im bogatsze ono będzie, tym lepiej wypadnie to, co napiszecie. A ponieważ dzieło wasze ma tylko na celu pogrąże­nie ksiąg rycerskich i odebranie im znaczenia i wziętości, którymi się na świecie wśród ludu cieszą, tedy nie potrzebujecie żebrać u filozofów o sentencje, w Piśmie Świętym o rady, u poetów o bajki, u retoryków o oracje, a u świętych o cuda. Dbajcie jedynie o to, aby opowieść wasza toczyła się kształtownie, aby słowa były właściwe, przystojne i dobrze osadzone, a pięknobrzmiące okresy przejrzyście odbijały wasze myśli, nie zaciemniając ich ani nie wikłając.

Starajcie się też o to, aby melancholik, czytając waszą księgę, roześmiał się, aby trzpiot jeszcze bardziej poweselał, prostak się nie znudził, człowiek uczony podniósł jej intencję, człowiek stateczny nie miał jej we wzgardzie, a mędrzec mógł to i owo rzec na jej pochwałę. W końcu starajcie się zburzyć tę piekielną machinę ksiąg rycerskich, znienawidzonych przez wielu, ale i przez wielu sławionych. Jeżeli to osiągniecie, osiągniecie niemało.

Słuchałem w głębokim milczeniu słów mego przyjaciela i tak sobie jego racje do głowy wbiłem, uznając je bez sprzeciwu za dobre, że według nich ułożyłem ten prolog, w którym poznasz, miły czytelniku, rozum mego przyjaciela i z którego przekonasz się, że za wielkie szczęście poczytywać to sobie mogę, iż we właściwym czasie spotkałem takiego doradcę.

Dla twego zadowolenia napisałem tę szczerą, niezaćmioną i niezawikłaną historię dzielnego Don Kichota z La Manczy, cieszącego się wśród mieszkańców okolic Montielu sławą czystego kochanka i znamienitego rycerza, jakiego od dawna w stronach tych nie widziano.

Nie chcę zasług swych nad miarę wynosić, dając ci poznać tak zacnego i szlachetnego rycerza, pragnę tylko, abyś mi podziękował za sprezentowanie ci jego giermka, słynnego Sanczo Pansy, którego wyposażyłem we wszystkie przymioty roz­siane po całej masie pustych ksiąg rycerskich.

Z tym wszystkim niech cię Bóg w zdrowiu zachowa, a i o mnie nie zapomina. Vale!

WIERSZE DO KSIĘGI „DON KICHOT Z LA MANCZY”

AMADIS Z WALII DO DON KICHOTA Z MANCZY

Ty, któryś naśladował to żałosne życie,

Dawniej pełne wesela, dziś gorzkiej pokuty,

Co je wiódł na Ubogiej Skały stromym szczycie

Miłośnik nieszczęśliwy, tęsknotą otruty,

Ty, którego oczyma łez płynęły zdroje

(Napój bardzo obfity, zaprawny goryczą),

Ty, coś w srebrnocynową przyodziany zbroję

Szedł z krańca w kraniec świata drogą tajemniczą!

Żyć możesz upewniony, że póki rumaki

W czwartej sferze porusza bóg Apollo płowy,

Będziesz miał żywot wieczny wśród gwiezdnej krainy.

Sława nad pierwsze w świecie wzniesie cię junaki,

Ojczyznę twą wychwalą należnymi słowy,

Twój autor zaś na świecie zostanie jedyny.

DON BELIANIS Z GRECJI DO DON KICHOTA Z LA MANCZY

Rąbałem i siekałem, tłukłem i waliłem,

Bardziej niż któryś z błędnych na świecie rycerzy.

Tysiąc krzywd naprawiwszy, zniewagi pomściłem,

Ciągle sława tych czynów po świecie się szerzy.

Dałem materię sławie, co wiecznością darzy,

Byłem szczęsnym i wdzięcznie przyjętym kochankiem,

Najsroższy olbrzym był mi karłem lub barankiem,

Szpada moja łamała każdy oręż wraży.

U mych stóp rozciągnioną widziałem Fortunę.

Męstwo me, nie mierzone nigdy roztropnością,

Jaśniało, gdzie największych niebezpieczeństw krocie.

A jednak niby chmura, co przesłania Lunę,

Zaciemniłeś mnie z moją sławą i dzielnością

Przez swe wielkie przewagi, wielki Don Kichocie!

GANDALIN, GIERMEK AMADISA Z WALII DO SANCZO PANSY, GIERMKA DON KICHOTA

Witaj mi, mężu dzielny, którego, w giermkowy

Stan Fortuna wprawiając zrządziła łaskawie,

Żeś zbytnich trudów nie czuł i w błędnej wyprawie

Nie złożyłeś nabitej przysłowiami głowy.

Już nienazbyt odraża kosa, sierp i brona

Zakon błędny. Dziś nawet w obyczaju leży

Prostactwo giermków raczej niż pycha rycerzy

Sięgających chwalbami tam, gdzie gwiazd korona.

Zazdroszczę twemu osłu i twemu imieniu,

I twym sakwom pękatym także oczywiście

(Sakwy te to przezorność twojej mądrej głowy).

Witaj mi, bracie Sanczo, o zacnym sumieniu!

Człeku dobry, którego w wawrzynowe liście

Mógłby tylko ustroić Owid narodowy.

ROLAND SZALONY DO DON KICHOTA Z LA MANCZY

Jeśliś był równy komu, to zaiste trzeba

Dobrze szukać tych równych, co sprostają tobie.

Nie ma ich tam, gdzieś stąpnął. Rycerska potrzeba,

Tobie dając zwycięstwo, ich złożyła w grobie.

Rolandem jestem, panie, co dla Angeliki

Poznał morza odległe i nieznane światy,

Niosąc na ołtarz sławny dar męstwa bogaty,

Którym dzielne się jeno szczycą wojowniki.

Nie sprostałem ci nigdy, z twoją bowiem sławą

Niczyja sława nie śmie kłaść się w paragonie;

Równi byliśmy tylko przez rozumu szwanki.

Ujarzm pysznego Maura, zhołduj niełaskawą

Cytherę, gdzie się wzbudził żar miłosny w łonie,

Wzgardzony równo od twej, jak i mej kochanki!

RYCERZ FEBA DO DON KICHOTA Z LA MANCZY

Twej szabli nie zrównała nigdy moja szpada,

O nasz wielki rycerzu i hiszpański Febie!

Gdy sława twa jak słońce błysnęła na niebie,

Moja zgasła i znikła niby jutrznia blada!

Cesarstwami wzgardziłem, królewską dzierżawę,

Którą mnie Wschód obdarzył, rzuciłem niedługo,

Pragnąc zostać Klarindy ukochanej sługą

I co dzień w jej oblicze patrzeć niełaskawie.

Była mi cudem świata. Wzgardą nakarmiony

Zstąpiłem w kręgi piekła, które przedtem drżało

Z lęku przed władczym gestem mej rycerskiej ręki.

Wielbię cię, Don Kichocie, tysiąckroć wsławiony

Przez panią Dulcyneę. Oto ziemię całą

Zhołdowała jej mądrość i osobne wdzięki!

SOLISDAN DO DON KICHOTA Z MANCZY

Chociaż, dzielny rycerzu, brednie ci się roją,

Choć wszyscy wiedzą, żeś jest obrany z rozumu,

Przecież nikt z zawistnego twojej sławie tłumu

Nie powie, że niecnota szła w ślad drogą twoją!

Dzieła twe za wzór służyć będą potomności,

Boś brał pomstę za krzywdy i prostował błędy;

Niech języki, co kłamstwa miotają powszędy,

Staną kołem, jadowiąc się w bezsilnej złości!

A jeśli Dulcynea, twa piękna władczyni,

Niewdzięcznością cię jeno okrutną karmiła,

Na strzeliste afekty patrząc niełaskawie,

Niech ulgę w twych strapieniach ta prawda uczyni,

Że nie był dobrym rządcą Sanczo Pansa, wiła

(Głupcem on, ona twardą, ty kochankiem prawie!).

WYKWINTNIŚ-POETA, PRZYRZĄDZAJĄCY PASZTETY, DO SANCZO PANSY I DO ROSYNANTA

Jam Sanczo Pansa, koniu… (…szy)

Rycerza z Manczy Kicho…(…ta)

Błąkałem się w pustkach i głu… (…szy)

By później żyć, jak ocho… (…ta)

Zapragnie. Sam Villadie… (…go)

Osądził jako staty… (…sta)

Że żyje się oczywi… (…sta)

Najlepiej w swej pomierno… (…ści)

Według pojęcia moje… (…go)

Księga tak pełna bosko… (…ści)

Jaką jest Celesty… (…na)

Tej samej prawdy nau… (…cza)

Kiedy na ludzkość się zży… (…ma)

Jestem przesławnym Rosyn… (…antem)

Prawnukiem Cydowej Babie… (…ki)

Żem nigdy nie był końskim fran… (…tem)

Lecz raczej pozór miał kale… (…ki)

Poszedłem w służbę Don Kicho… (…ta)

Słynąłem z tego, żem był żwa… (…wy)

Rączy i śmigły jako pta… (…k)

A przysparzałem sobie stra… (…wy)

Tą modłą, co łazik z Torme… (…su)

Co ślepca przywodzi na ha… (…k)

Kiedy ten skąpił mu kare… (…su)

DO ROSYNANTA ROZMOWA BABIEKI Z ROSYNANTEM

Babieka: Skądże, mój Rosynancie, ten kościsty pozór?

Rosynant: Bom stale przymuszony do biegu i skoku.

Babieka: A jakże tam z korcami owsa lub obroku?

Rosynant: Nawet krztyny nie zwącham…

Babieka: … Ha, twój ośli ozór

Twego pana obraża, marnym jesteś sługą!

Rosynant: Osłem się jest w kolebce, a i potem długo.

Jeśli chcesz osła ujrzeć, spójrz na Don Kichota,

Do amorów na zawsze minie cię ochota.

Babieka: Czy miłować należy?

Rosynant: Gdy głupota zmusza!…

Babieka: Metafizykiem jesteś!

Rosynant: …Nie jadłem od rana

Babieka: Skarżysz się i na giermka?

Rosynant: …Na wszystkich się żalę,

Jakże bowiem nie żalić ma się moja dusza,

Skoro giermka, marszałka i mojego pana

Po głupocie od konia nie odróżnisz wcale!

Rozdział I

Który mówi o kondycji i zajęciach słynnego hidalga – Don Kichota z La Manczy

W prowincji La Mancza, w pewnym miasteczku, którego nazwy przypominać teraz nie chcę, żył niedawnymi czasy pewien hidalgo, z tych, co za cały dobytek mają kopię u siodła, starożytną tarczę, chudą szkapę i jednego charta. Kociołek strawy z baraniny raczej niż z wieprzowiny, potrawka z cebulą – prawie na każdą wieczerzę, soczewica w piątek, jajecznica z szynką w sobotę, a w niedzielę gołąbeczek na przydatek – pochłaniały trzy czwarte jego mienia. Reszta szła na kaftan z przedniego sukna, aksamitne, odświętne spodnie i takież sandały oraz na świtkę z doborowego samodziału, w której paradował w dni powszednie.

Trzymał w swym domu gospodynię po czterdziestce, siostrzenicę około dwudziestu lat liczącą oraz pachołka sposobnego do zajęć w polu i koło obejścia, który zarówno konia kulbaczył, jak też i drwa siekierą rąbał. Nasz hidalgo zbliżał się już do pięćdziesiątki. Kompleksji był silnej, pociągły na twarzy, kościsty w sobie, do rannego wstawania bardzo skory i wielce rozmiłowany w łowach.

Mówią, że miał przydomek Kichada czy Kesada (co do tego nie ma zgodności między dziejopisami), ale według niektórych domysłów można przypuścić, że się zwał Kichana. Nie jest to zresztą wcale ważne dla naszej opowieści; rzecz główna w tym, aby opowieść ta ani na jotę nie chybiała prawdzie. A trzeba wam wiedzieć, że gdy ów szlachcic nic nie miał do roboty (co przez większą część roku się zdarzało), zagłębiał się w czytaniu ksiąg rycerskich z takim zapałem i lubością, że nawet o łowach całkiem zapominał i o zarządzie gospodarstwem. Zaciekłość ta i ciekawość doszła do tych granic, że sprzedał kilka mórg ziemi pod pszenicę, byle tylko mieć za co kupować księgi rycerskie do czytania. Znosił do domu wszystko, co w tej materii mógł znaleźć. Z ksiąg tych najwięcej przypadły mu do smaku te, które ułożył Felicjan de Silva, ponieważ jasność jego prozy i jego zawiłe wywody wydawały mu się klejnotami sztuki pisarskiej, zwłaszcza gdy czytał piękne słowa o miłości lub dumne wyzwania na pojedynek, gdzie w wielu miejscach było tak napisane: Nierozwaga rozwagi, którą sprawujesz w mojej rozwadze, do tego stopnia moją rozwagę osłabia, że nie bez wagi żalić się muszę na waszej piękności przewagę… albo też: Wyso­kie nieba, które w boskości waszej bosko wraz z gwiazdami was umacniają, czynią was zasługującą na zasługę, na którą zasługuje wasza wielkość.

Z tych to racji biedny rycerz stracił rozsądek i głowił się niepomiernie, aby księgi rycerskie zrozumieć i uchwycić ich sens zakryty, czego by i sam Arystoteles uczynić nie zdołał, gdyby po to tylko zmartwychwstał. Nie bardzo mu się to prawdziwym widziało, aby Don Belianis mógł tyle plag i ran zadać i odebrać, gdyż choćby medycy, którzy mieli go w swej pieczy, byli najbieglejsi, nie mogliby przecież temu zaradzić, aby mu nie zostało szram na gębie i obraz na ciele. Mimo to w większym wszakże miał poważaniu autora tej księgi, który kończył ją obietnicą dalszego wątku przygody, i niejednokrotnie przychodziła mu chętka, aby schwycić za pióro i do kresu ją doprowa­dzić, zgodnie z tym, co się tam gada i obiecuje, i na pewno byłby to uczynił, gdyby inne wielkie a ustawiczne zamysły nie stanęły mu na przeszkodzie. Nie raz i nie dwa wszczynał dysputy z proboszczem ze swojej parafii (był to człowiek uczony, licencjat akademii w Siguency) w tej kwestii: kto jest najznamienitszym na świecie rycerzem: Palmerin z Anglii czy Amadis z Walii, chociaż mistrz Mikołaj, balwierz tamtejszy, utrzymy­wał z uporem, że żaden z nich nie umywa się do Rycerza Feba i jeśli ktokolwiek już może być z nim porównany, to chyba Don Galaor, brat Amadisa z Walii, jako że miał charakter bardzo zgodny i nie był takim niewieściuchem ani płaksą jak jego brat, co się zaś tyczy dzielności, to ani na krok mu nie ustępował.

Krótko mówiąc, szlachcic nasz tak się w czytaniu zapamię­tał, że nad księgami spędzał całe noce, od wieczora do rana, i całe dni, od rana do wieczora. Na skutek tego ciągłego czytania tak mu mózg wysechł, iż całkiem rozsądek utracił. Wyobraźnia jego napełniła się wszystkim tym, o czym w księ­gach czytał, a więc wyobrażeniem czarów, zwad, bitew, ran, namiętności, miłosnych wyznań, udręk, i innych niemożliwych bredni. Wbił sobie do głowy ćwieka, że wszystkie te książkowe wymysły i majaczenia są prawdą, i nie było już dla niego historii prawdziwszej ani pewniejszej na świecie.

Mówił, że Cyd Ruy Diaz był wielce sławnym rycerzem, ale że jednak do pięt nie dorósł Rycerzowi Płomiennej Szpady, który jednym zamachem miecza rozpłatał na dwoje dwóch dzikich olbrzymów o straszliwej postawie. We wszystkim zgadzał się również z Bernardem del Carpio, ponieważ ów zabił w Roncesvalles zaczarowanego Rolanda, używając podstępu Herkulesa, który udusił w swoich ramionach Anteusza, syna Ziemi. Wy­sławiał bardzo olbrzyma Morganta wywodzącego się z rodu wielkoludów, a jednak bardzo dwornego i obyczajnego, chociaż wszyscy olbrzymi są pyszni i gburowaci. Lecz nade wszyst­ko chwalił Rinalda z Montalbanu, zwłaszcza gdy ten, opuściw­szy swój zamek, łupił każdego, kogo napotkał, i gdy przeprawiwszy się przez morze, ukradł bałwana Mahometa, odlanego ze szczerego złota, jak mówi o tym historia. Zaś aby dosięgnąć zdrajcę Genelona i uraczyć go tęgim kopnięciem, poświęciłby chyba swoją gospodynię i siostrzenicę.

Gdy wreszcie stracił z kretesem rozum, przyszła mu do głowy myśl najbardziej dziwaczna, na jaką kiedykolwiek naj­większy głupiec na świecie mógł wpaść. Ubrdał sobie, że będzie to stosowne i konieczne, tak dla zwiększenia jego sławy, jak i dla dobra ojczyzny, stać się błędnym rycerzem, wyruszyć konno i zbrojno w szeroki świat na spotkanie przygód i doko­nywać tych czynów, o których czytał, że je błędni rycerze dokonują, aby naprawiając wszystkie rodzaje krzywd oraz wystawiając się na niebezpieczeństwo i hazardy i wychodząc z nich zwycięsko, zdobyć nieśmiertelną chwałę i imię. Biedaczy­sko wyobrażał sobie, że dla dzielności jego prawicy już go co najmniej na cesarza Trebizondy ukoronowano. Zasmakowaw­szy w tych przyjemnych myślach i uwiedziony ich ponętą, jął się kwapić, aby zamysły swe wprowadzić jak najprędzej w czyn.

Pierwszą rzeczą, którą zrobił, było oczyszczenie zbroicy, jaka mu przypadła w dziedzictwie po pradziadach. Cała zardzewiała i grubą warstwą kurzu pokryta, spoczywała w kącie w głębo­kim zapomnieniu. Odświeżył ją i oporządził, jak mógł najlepiej. Ale ku wielkiemu strapieniu spostrzegł biedak, że nie do­stawało jej najważniejszej części: zamiast całego hełmu – był tylko nagłówek. Poszedł jednak po rozum do głowy i z kawał­ka tektury uczynił coś na kształt przyłbicy, która połączona z nagłówkiem czyniła wrażenie całkowitego hełmu. Co prawda, kiedy chciał wypróbować, czy szyszak jest mocny i czy się będzie mógł oprzeć próbie ciosu, i wydobywszy miecz, rąbnął nim dwa razy, już pierwsze uderzenie obróciło wniwecz pracę całego tygodnia. Nie uskarżał się na ten przypadek i aby na przyszłość ochronić się przed takim niebezpieczeństwem, jął wszystko na nowo uładzać, wstawiwszy pod tekturę dwa żelaz­ne pręty. Przekonany teraz, że ma hełm najprzedniejszego gatunku, i głęboko zadowolony z jego wytrzymałości, nie poddawał go już nowej próbie.

Wkrótce potem poszedł obejrzeć swego rumaka, który aczkolwiek miał więcej narośli na nogach, niż dukat ma groszy, i więcej skaz niż wywłoka Gonelli, qui tantum pellis et ossa fuit[6], niemniej wydało mu się, że ani Bucefał Ale­ksandra, ani Babieka Cyda nie mogłyby mu dorównać. Cztery dni strawił, głowiąc się nad wymyśleniem nazwy, gdyż był przekonany, że rumak sławnego rycerza, rumak odznaczający się tak pięknym wyglądem, nie mógł pozostawać bez od­powiedniego miana.

Szło mu koniecznie o to, aby nazwa ta mówiła jasno, jakim był ów rumak, zanim począł nosić na swym grzbiecie błędnego rycerza, i jakim stał się od tej pory. Wydawało mu się rzeczą słuszną, że skoro pan jego zmienił kondycję, to i on musiał nazwę zmienić, przyjmując inną, bardziej sławną i pięknie brzmiącą, we wszystkim zgodną z jego nowym powołaniem i stanem.

Dużo imion tworzył, przetwarzał, przekręcał i wykręcał, przedłużał i skracał, wałkował i nicował w swej wyobraźni i pamięci, aż wreszcie nazwał go Rosynantem, gdyż nazwa ta zdała mu się najbardziej świetna, mile w ucho wpadająca i oznaczająca przy tym, jakim rumakiem był ongiś, a jakim stał się teraz on, najpierwszy rumak świata.

Nadawszy już miano swemu koniowi zgodnie ze swym gustem i życzeniem, chciał również i sam jakieś imię przybrać i na rozmyślaniach nad tą kwestią strawił osiem dni. W końcu nazwał się Don Kichotem. Stąd też poszło, że niektórzy auto­rzy tej tak prawdziwej historii wnosili, że winien się był zwać Kichada, a nie Kesada, jak to znów inni utrzymywali.

Rycerz nasz przypomniał sobie, że dzielny Amadis nie zadowolił się tym, iż nazywał się po prostu Amadisem, lecz że przydał do swego imienia jeszcze nazwę swego królestwa i ojczyzny, aby ją bardziej sławną uczynić, zwąc się odtąd Amadisem z Walii.

Także i on, rycerz prawy, dodał do swego nazwiska nazwę swego kraju i począł się zwać Don Kichotem z La Manczy. Według jego mniemania nazwa ta mówiła dowodnie o jego ojczyźnie i rodzie oraz wielkiego im przyczyniała splendoru.

Oczyściwszy tedy zbroję, uczyniwszy przyłbicę, nadawszy nazwę koniowi i sobie, sądził, że teraz niczego mu już nie brak oprócz damy, w której byłby zakochany, gdyż rycerz błędny bez miłości jest jak drzewo bez liści i owocu, jak ciało bez duszy.

Mówił do siebie:

– Jeśli kiedy na moje nieszczęście, albo raczej na szczęście, przyjdzie mi się potykać z jakimś olb­rzymem (co się często przytrafia błędnym rycerzom) i gdy go złożę z konia uderzeniem kopii albo i na dwoje rozpłatam, gdy go zwyciężę i woli swojej zhołduję, czyż nie będzie miło posłać go do kogoś, aby się w moim imieniu sprezentował?

Wejdzie, rzuci się na kolana przed moją panią pełną słodyczy i rzecze głosem cichym a pokornym:

„Jam jest olbrzym Caraculiambro, pan wyspy Malindrania, zwyciężył mnie w ręcznym potykaniu rycerz Don Kichot z La Manczy, który nigdy dosyć wysławiony być nie może. Rozkazał mi, abym się przedstawił waszej wysokości i aby wasza wysokość rozporządzała mną według swej woli”.

Och, jakże się cieszył nasz rycerz, zwracając się sam do siebie z taką oracją! Radość ta zmieniła się w rozkosz prawdziwą, gdy znalazł wreszcie damę, której dał miano pani serca swego. Damą tą była według tego, co mówią, młoda córka wieśniaka z pobliskiej miejscowości, bardzo gładka. Durzył się w niej już kiedyś, lecz ona wcale nie wiedziała o tych afektach.

Dziewka ta, zowiąca się Aldonsa Lorenso, miała – według jego mniemania – wszystkie walory sprzyjające temu, aby ją uczynić damą swych myśli. A szukając dla niej miana, które by było w harmonii wdzięcznej z jego mianem, a zawierało przy tym w sobie coś wielkopańskiego i książęcego, po długich namysłach nazwał ją Dulcyneą z Toboso, bo pochodziła z Toboso. Imię to bardzo przypadło mu do smaku, jako wyszuka­ne, dźwięczne i wymowne, jak wszystkie inne, które nadał sobie i swoim rzeczom.

Rozdział II

O pierwszym wyruszeniu w świat przemyślnego hidalga Don Kichota

Ukończywszy tedy wszystkie przygotowania, nie chciał już czasu po próżnicy tracić i odkładać swoich zamysłów, sądził bowiem, że świat wielką ponosi szkodę z tej jego zwłoki, że wiele jest krzywd wymagających naprawy, błędów, które trze­ba sprostować, nieprawości wymagających usunięcia i długów, które spłacić należy.

Otóż więc nie zdradziwszy się przed nikim ze swoim zamiarem, pewnego ranka, jeszcze nim dzień się uczynił (jeden z upalnych dni lipca), wdział na siebie zbroję, dosiadł Rosynanta, opuścił źle dopasowaną przyłbicę, zarzucił na ramię tarczę, wziął do ręki kopię i niespostrzeżony przez nikogo wyjechał z podwórza przez furtkę na pole, niepo­miernie uradowany, że piękne jego życzenia tak łatwo spełniać mu się zaczynają. Ale zaledwie znalazł się wśród pól, straszna zgryzota poczęła go dręczyć, tak iż o mało co nie zawrócił do domu i całkiem nie poniechał rozpoczętego przedsięwzięcia. Przypomniał sobie, że nie był pasowany na rycerza, że zgodnie z obyczajami błędnego rycerstwa nie miał prawa potykać się z żadnym rycerzem i że choćby nawet był już pasowany, nie godzi się mu jako nowemu towarzyszowi nosić na tarczy żadnego znaku, dopóki nań osobistą dzielnością nie zasłuży. Myśli te zachwiały go w jego zamiarach, lecz jako że szaleństwo jego silniejsze było niż wszystkie racje, postanowił, że pierwszemu lepszemu czło­wiekowi każe się pasować na rycerza, naśladując innych czyniących tak samo, o czym czytał w księgach, które tak nim zawładnęły.

Co się zaś tyczy niepokalanej broni, to myślał ją tak oczyś­cić, by stała się czystsza od gronostaja.

Uspokoiwszy się tedy, jechał dalej drogą, zostawiając w tej mierze wybór swemu koniowi, mniemał bowiem, że tak naj­łatwiej trafi na szlaki przygód. Jadąc zaś, mówił sam do siebie:

– Któż ośmiela się wątpić, że w przyszłości, gdy ujawni się prawdziwa historia mych świetnych czynów, mędrzec, który ją spisze, zacznie w ten sposób opowieść o moim rannym w świat wyruszeniu:

„Zaledwie promienny Apollo na obliczu szerokiej i rozległej ziemi zaczął roztaczać złociste sploty pięknych swych kędzio­rów, zaledwie małe kolorowe ptaszyny słodką harmonią swych głosów jęły witać pojawienie się różanej jutrzenki, która opuś­ciwszy łożnicę zazdrosnego małżonka, ukazała się śmiertelnym na złocistych galeriach i krużgankach horyzontu La Manczy, gdy sławny rycerz Don Kichot z La Manczy, wzgardziwszy miękkim puchem łoża, dosiadł dzielnego swego rumaka, Rosynanta, i puścił się w cwał przez starożytne i rozgłośne równiny Montielu” (istotnie jechał teraz tamtędy).

Później dodał:

– O szczęśliwy wieku i epoko szczęśliwa, wy, które może­cie spoglądać na me sławne przedsięwzięcie, po stokroć tego godne, aby je odlewano w brązie, ryto w marmurze i malo­wano na płótnie na pamiątkę dla przyszłości! O ty, mądry czarowniku, kimkolwiek będziesz, gdy ci w udziale przypad­nie stać się kronikarzem tej rzadkiej opowieści, błagam cię, nie zapomnij o Rosynancie, nieodstępnym i wiernym towa­rzyszu moich dróg i wypraw.

Później prawił w dalszym ciągu, tak jakby naprawdę był zakochany:

– O księżniczko Dulcyneo, pani uwięzionego serca mego, okrutną mi wyrządziłaś krzywdę, wyprawiając mnie od siebie i nakazując mi z niezwykłą srogością, abym nie pokazywał się więcej przed obliczem piękności twojej. Racz, pani, wspomnieć czasem o tym sercu, które przez miłość do ciebie tyle ciężkich utrapień znosi.

Do podobnych bredni dodawał wciąż nowe, na modłę tych, których nauczyły go księgi, i silił się z wielką pilnością na­śladować ich język. I mówiąc tak, wlókł się noga za nogą, podczas gdy słońce wznosiło się szybko ku górze, prażąc tak niemiłosiernie, że na pewno mózg by mu roztopiło, gdyby go jeszcze w głowie posiadał.

Jechał już cały dzień bez mała i nie zdarzyło mu się nic godnego opowieści; o rozpacz go to przyprawiało, gdyż pałał niepohamowaną żądzą zmierzenia się natychmiast orężem z kim­kolwiek. Niektórzy historycy twierdzą, że pierwsza przygoda spotkała go w Puerto Lapice, drudzy utrzymują, że pierwsza była przygoda z wiatrakami, ja jednakże sprawdziłem w sta­rożytnych kronikach La Manczy, że przez cały ten dzień tylko jechał i jechał ciągle, aż pod wieczór zarówno on, jak i rumak ze zmęczenia i głodu już z sił opadli. Rycerz nasz oglądał się na wszystkie strony, czy nie dojrzy czasem jakiegoś zamku lub choćby szałasu pastucha, dokąd mógłby się schronić i za­żyć trochę wczasu.

Wreszcie niedaleko traktu, po którym jechał, dostrzegł ober­żę i było mu tak, jakby ujrzał gwiazdę wiodącą go nie tyle do wrót, ile do wnętrza pałacu zbawienia. Niezwłocznie skierował tam rumaka i przybył na miejsce jeszcze przed nastaniem nocy.

Przypadek chciał, że przed drzwiami oberży stały dwie młode dziewczyny z rodzaju tych, co to się zowią zawodowymi.

Udawały się one do Sewilli z mulnikami, którzy tego wieczo­ru zatrzymali się na nocleg w oberży.

Ponieważ wszystko, co nasz dzielny poszukiwacz przygód myślał, widział lub wyobrażał sobie, zdawało mu się stworzone na obraz i podobieństwo tego, co czytał, więc też gdy zoczył oberżę, natychmiast wystawił sobie, że jest to zamek z czterema wieżami i kolumnami z połyskującego srebra. Nie brak było również zwodzonego mostu i fos głębokich oraz wszystkich tych dodatków i przynależności, z jakimi zawsze podobne zamczyska się maluje. Podjechał do karczmy wydającej mu się warownią i na kilkanaście kroków od niej ściągnął cugle Rosynantowi, czekając, aż jakiś karzeł ukarze się na blankach i zadmie w róg na znak, że oto rycerz przybył do zamku.

Lecz widząc, że nikt się jakoś nie kwapi i że Rosynant wielce się niecierpliwi, czując bliskość stajni, podjechał do wrót i zobaczył dwie młode dziewczyny, które zdały mu się znakomitymi dziewicami lub damami pełnymi wdzięku, zażywającymi świeżego powietrza u wrót zamku.

W tej chwili, jakby naumyślnie, świniarczyk zganiający do kupy świnie na ściernisku (nie moja wina, na honor, że się tak nazywają) zadął w róg. Na dźwięk rogu trzoda się zebrała, a Don Kichotowi wydało się, że spełnia się jego marzenie i że jakiś karzeł zamkowy oznajmia o jego przybyciu. Niepomiernie uradowany stanął u wrót oberży przed tymi damami, które ujrzawszy człowieka tak uzbrojonego, z kopią i tarczą w ręku, bardzo zestrachane, chciały uciec do wnętrza karczmy. Wówczas Don Kichot poznawszy, że jeśli uciekają, tedy bać się muszą, uniósł swojej tekturowej przyłbicy i odsłaniając swe chude, umorusane oblicze, z wielką wytwornością i głosem przymilnym przemówił:

– Nie uchodźcie, miłościwe panie, nie obawiajcie się, aby się wam tu jakaś ujma stać miała, nie jest to bowiem zgodne z prawami galanterii i zakonu rycerskiego, do którego mam zaszczyt należeć, aby komukolwiek uwłaczać, zwłaszcza zaś dziewicom tak dostojnym, o czym wnioskować można po samym już wdzięcznym wyglądzie.

Dziewczyny wlepiły w niego oczy, chcąc dostrzec twarz, którą łatana przyłbica zasłaniała, lecz gdy usłyszały, że mianuje je dostojnymi dziewicami (rzecz tak daleka od ich zawodu), nie mogły się wstrzymać od śmiechu, tak iż wreszcie Don Kichot, pełen urazy, rzekł do nich:

– Skromność i wstrzemięźliwość piękności przystoi; nato­miast śmiech z błahego powodu zdradza tylko prostactwo i do głupoty się zbliża. Nie mówię wam tego, miłościwe panie, aby was urazić i na niełaskę waszą zasłużyć, ponieważ jedynym moim zamiarem jest ofiarować wam pokorne służby.

Mowa taka, nigdy przez nie jeszcze niesłyszana, oraz dzi­waczna postać naszego rycerza jeszcze większy śmiech w nich wzbudziły, a w nim gniew, i kat wie, jaki by obrót cała sprawa przybrała, gdyby w tej chwili nie ukazał się oberżysta, człowiek bardzo tłusty i wielce flegmatycznego przyrodzenia. Ujrzawszy tę cudacką postać, uzbrojoną w broń tak niezwykłą jak kopia, tarcza i pancerz, nie poszedł za przykładem kobiet i nie zdradził się ze śmiechem. Tęgiego mu snadź napędził stracha cały ten rynsztunek, skoro postanowił obejść się z gościem z należnym mu szacunkiem i rzekł w te słowa:

– Mości rycerzu, jeśli wasza dostojność szuka schronienia, na niczym wam w gościnie u mnie zbywać nie będzie prócz łóżka.

– Ja, mości kasztelanie, byle czym się zwykłem kontentować: „Broń jedyną moją rozrywką, a rycerskie rzemiosło odpoczynkiem”.

Karczmarz, źle dosłyszawszy, pomyślał, że nazwano go Kastylijczykiem, Kastylijczykiem z krwi i kości, podczas gdy on był Andaluzyjczykiem z wybrzeży San Lukaru, nie mniejszym łotrem niż Kakus i nie mniejszym filutem niż paź lub żak wędrowny, i odparł w te słowa:

– Zgodnie z tym, co waszmość pan mówi, twarde skały będą waszą łożnicą, a czuwanie odpoczynkiem. Jeśli tak się rzeczy mają, tedy proszę złazić z rumaka, gdyż możecie być pewni, że znajdziecie w tej chałupie sposobność do niespania nie tylko przez jedną noc, ale i przez rok cały.

Tak mówiąc, podtrzymał strzemię Don Kichotowi, który z wielkim trudem jął się gramolić z siodła, głód bowiem, potężnie doskwierający, siły mu odebrał.

Zsiadłszy z rumaka, rycerz zalecił pilnie oberżyście, aby miał należyte staranie o jego dzianeta, zaręczając mu, że na całym świecie trudno znaleźć lepsze i piękniejsze zwierzę trawożerne.

Gospodarz spojrzał na Rosynanta, ale rumak nawet w poło­wie nie wydał mu się tak dzielnym, jak o tym Don Kichot prawił. Umieściwszy konia w stajni, powrócił, aby dowiedzieć się, czego jego gość jeszcze sobie życzy, i zastał go rozdziewającego się ze zbroicy, w czym dopomagały mu owe znamienite dziewice, z którymi już się pogodził. Zdjęły mu kirys i karwasze, ale wszystkimi siłami nie mogły poradzić, aby mu się dostać do gardzieli i uwolnić go od przeklętego szyszaka podwiązanego pod brodą zielonymi wstęgami. Nie sposób było rozwikłać supłów; trzeba je było przeciąć, ale na to żadną miarą nie chciał przystać. Całą noc więc przesiedział z szysza­kiem na głowie, wyglądając jak najpocieszniejsze monstrum na świecie. Wziąwszy zaś owe nierządnice, co go rozbierały, za znakomite damy i panie tego zamku, rzekł z wyszukaną galanterią:

– Nie było na świecie rycerza,

Co jak Don Kichot od dam

Tyle by doznał dworności;

Gdy stanął u zamku bram,

Dziewice dbały o niego,

Księżniczki o jego konia…

…lub o Rosynanta, gdyż takie jest jego imię, nadobne damy, podczas gdy moje brzmi Don Kichot z La Manczy. Nie chciałem go wyjawiać aż do tej pory, gdy się samo wsławi świetnymi czynami, w służbie waszej dokonanymi. Dowiadujecie się o nim przed czasem, ponieważ obecne okoliczności nasunęły mi na pamięć starożytną romancę o Lancelocie. Nadejdzie taki dzień, gdy wy będziecie rozkazywały, ja zaś będę słuchał; dzielnością rycerskiego ramienia dowiodę, że pałam chęcią poświęcenia wam uniżonych służb moich.

Młode dziewczyny, które nie były nawykłe do podobnej krasomówności, nie odpowiedziały ani słówka, zapytały tylko, czy nie miałby ochoty czegoś zjeść.

– Oj, zjadłoby się, zjadło cośkolwiek – odparł Don Kichot. – Nie byłoby to wcale od rzeczy!

Traf chciał, że był to akurat piątek; w całej oberży można było dostać tylko garść małych dorszy, które w Kastylii zowią abadejo, w Andaluzji bacallao, w innych miejscowościach cura­dillo, a jeszcze w innych truchuela. Zapytano go, czyby nie zjadł czasem trochę tych suchych głowaczy, gdyż inną rybą uraczyć go będzie trudno.

– Jeśli tylko dużo jest tych głowaczątek – odrzekł nasz rycerz – to snadnie wystarczyć mi one mogą za jednego głowacza, gdyż na jedno to wychodzi, czy mi dają osiem razy po jednym realu, czy też osiem reali w jednej monecie. Także zważyć trzeba na to, że te małe rybki smaczniejsze są i delikatniejsze od wielkich, tak jak cielę delikatniejsze i smaczniejsze jest od wołu, a baranek od skopa. Słowem, co mają, niech dają, byleby prędko, gdyż ciężarowi zbroi i brzemieniu pracy trudno o pu­stym brzuchu podołać.

Wystawiono stół przed karczmę, aby jedząc, zażywał świeże­go powietrza; oberżysta przyniósł mu garść rybek źle przy­rządzonych, gorzej jeszcze ugotowanych i kromkę razowego chleba, tak czarnego i pokrytego pleśnią jak zbroja naszego rycerza. Można było pękać ze śmiechu, patrząc, jak zajada, ponieważ hełm miał na głowie, a ruchoma blacha ciągle mu na nos opadała. Nie mógł własnymi rękami ani kęsa strawy do ust włożyć, ktoś inny musiał mu podsuwać jadło pod nos. Jedna z dam przyszła mu z pomocą i zaczęła go karmić. Gorsza bieda była z piciem i nie byłoby sposobu go napoić, gdyby nie karczmarz, który wydrążył kawałek kija, jeden koniec do gęby mu wsadził, a w otwór drugiego lał wino. Rycerz nasz znosił wszystko cierpliwie, byleby tylko nienaruszone zostały zielone wstęgi podpinające szyszak. W czasie wieczerzy przybył do oberży rzezak knurów i zagwizdał kilka razy, co utwierdziło jeszcze bardziej Don Kichota w mniemaniu, że znajduje się w sławnym zamczysku, gdzie go przyjmują z muzyką, że rybki na wieczerzę są pstrągami, razowiec pszenną bułeczką, nierząd­nice wielkimi damami, a karczmarz kasztelanem zamku. Dob­rze sobie z tego wróżył o swym postanowieniu i wyprawie. Troskał się tylko niezmiernie o to, że nie był jeszcze pasowany na rycerza, a bez tego nie wolno mu wszak było ważyć się na żadną rycerską przygodę.

Rozdział III

Który opowiada, w jak ucieszny sposób Don Kichot został pasowany na rycerza

Dręczony tą myślą nie dojadł nawet swej skromnej wieczerzy i zerwawszy się od stołu, zawołał na gospodarza. Później, kiedy zamknął się razem z nim w stajni, rzucił się przed nim na kolana i zaczął do niego mówić:

– Nie ruszę się ani na krok z tego miejsca, póki wasza dostojność nie wyświadczy mi łaski, o którą śmiem prosić, a której spełnienie zarówno wam zaszczytu przysporzy, jak i całej ludzkości przyniesie korzyść.

Karczmarz zdumiony, że jego gość pada przed nim na kolana i w tak górny sposób przemawia, wybałuszył oczy, nie wiedząc, co ma rzec ani jak się zachować. Silił się na próżno, aby go podźwignąć z klęczek, jednakże rycerz nasz ani drgnął, dopóki oberżysta nie przyrzekł mu dać tego, o co prosił.

– Spodziewałem się tego po wielkoduszności serca waszego, miłościwy panie – odparł Don Kichot. – Łaska, o którą was prosiłem, a którą wyświadczyć mi przyrzekliście, na tym się zasadza, abym rano, skoro świt, mógł być przez was pasowany na rycerza. Dzisiejszej nocy odbędę straż rycerską w kaplicy zamkowej, a jutro wypełni się to, czego całą duszą pragnę. Będę już mógł, jak tego powinność wymaga, udać się w cztery strony świata, szukając przygód ku pożytkowi biedaków i wy­dziedziczonych, co jest udziałem rycerstwa, do którego się zaliczam jako błędny rycerz przez ową ożywiającą mnie chęć dokonywania wielkich czynów.

Karczmarz, który – jak się rzekło – był spryciarzem, żywił już domysły, że jego gościowi brak piątej klepki, teraz zaś, usłyszawszy podobną orację, utwierdził się w swym zdaniu na dobre. Chcąc zaś mieć dzisiejszej nocy powód do śmiechu, postanowił we wszystkim mu pofolgować.

Rzekł mu tedy, że bardzo mądrze sobie poczyna, zwracając się w tą prośbą do niego, że podobne zamysły właściwe są rycerzom tak znamienitym, jak Don Kichot przez dzielną prezencję swoją znamienitym się wydaje, i że on sam także w młodzieńczych latach zaszczytnym rzemiosłem rycerskim się parał, wycierając kąty po całym świecie w poszukiwaniu przygód. A więc żerdziowe pola Malagi, wyspy Rierán, Compas Sewilli, rynki Segowii, plantacje oliwek w Walencji, rondilia Grenady, wybrzeża San Lukaru, pastewniki Kordoby, szynkownie Toleda i tysiąc innych miejscowości, gdzie dawał dowód zwinności swych łydek i zręczności swych rąk, płatając figle na wsze strony, zwodząc wdówki, bezczeszcząc dziewice, oszukując biedne sieroty, tak że imię jego stało się głośne we wszystkich trybunałach i sądach Hiszpanii. W końcu osiadł we własnym zamku, gdzie żyje ze swego dobra i z dobra cudzego, przyjmując z otwartymi ramionami wszystkich błędnych rycerzy, jakiejkolwiek byliby kondycji, z racji tego afektu, który dla nich żywi.

Powiedział, że w zamku nie ma kaplicy, gdzie by Don Kichot mógł odprawić straż rycerską, ponieważ starą kazał zburzyć, a nowej jeszcze nie postawił, ale to nie jest wcale przeszkodą, gdyż wiadomo mu, że taką noc można przepędzić, gdzie się tylko żywnie podoba, choćby na podwórzu zamczyska. Rano, z pomocą boską, odprawione zostaną uroczyste ceremonie i oto zostanie rycerzem, rycerzem na schwał, jakiemu podob­nego na całym świecie nie ma!

– A masz waszmość trochę pieniędzy przy sobie? – zapytał.

– Pieniędzy? – odparł Don Kichot. – Ani grosza, nigdym bowiem w żadnej historii nie czytał, by którykolwiek z błęd­nych rycerzy miewał je przy duszy.

Na to odpowiedział mu oberżysta, że się myli, gdyż jeśli w historiach brak o tym wzmianki, to tylko dlatego, że autorzy nie poczytywali za potrzebne rozpisywać się o rzeczach tak prostych i koniecznych w podróży jak pieniądze lub czyste koszule na zmianę. Nie można jednak stąd wnosić, że owi błędni rycerze, o których układa się grube foliały, nie mieli przy sobie dobrze naładowanej kiesy na wszelki wypadek. Także opatrzeni bywali w bieliznę i w puzdra z driakwiami na rany, które mogą odnieść, gdyż staczając straszne boje wśród puszcz i odludzi, nie zawsze mają medyków na zawołanie. Chyba że jakiś mądry czarnoksiężnik, przyjaźń im zaprzysiągłszy, wnet przybywa z pomocą, posyłając na obłoku panienkę albo karła z flaszeczką wody cudownej, której jedna kropla goi w oka­mgnieniu i bez śladu wszystkie rany i obrażenia cielesne.

Ale na podobne usługi nie zawsze można liczyć, toteż rycerze lat ubiegłych pilnie na to baczyli, aby ich giermkowie we wszystko byli opatrzeni, a więc w pieniądze, szarpie, maści i leki kordialne. A jeśliby się nawet czasem przypadkiem zdarzyło, że rycerz nie miał giermka, to sam wszystkie potrzebne rzeczy ładował w sakwy i tak zręcznie przytwierdzał je do łęku, że ich prawie nie było widać. Przyznać bowiem po prawdzie trzeba, że niezbyt wielki był to splendor z sakwami czy łubami paradować.

– Tak więc – zakończył oberżysta – nakazuję ci, mój przyszły synu rycerski, abyś nigdy nie ważył się ruszać w świat bez pieniędzy i bez innych koniecznych rzeczy, a zobaczysz, że ci się przydadzą wówczas, kiedy byś najmniej się tego spodziewał.

Don Kichot przyrzekł mu, że wypełni najdokładniej wszyst­kie jego rady; później ustanowili bez zwłoki, jaka ma być reguła tej nocy rycerskiej na dziedzińcu obok karczmy. Rycerz nasz pozbierał cały swój rynsztunek, umieścił go na krypie przy studni i włożywszy na ramię tarczę, a kopię mocno w garści ścisnąwszy, z uroczystą miną jął się przechadzać przed kory­tem, sprawując straż broni. Warta się zaczęła, gdy już mrok gęsty zapadał.

Gospodarz, pokładając się od śmiechu, opowiedział wszyst­kim zebranym w oberży o szaleństwie swego gościa, o tym, jak odprawia straż rycerską i jak gwałtem na rycerza pragnie być pasowany. Wszyscy zdumieli się tą dziwną odmianą szaleństwa i poszli, aby przypatrzyć się Don Kichotowi z daleka. Chodził tam i z powrotem przed korytem, a od czasu do czasu, wspierając się oburącz na kopii, wlepiał oczy w zbroję i długo nie mógł ich od niej oderwać. Noc zapadała coraz głębsza, lecz jasny blask miesiąca walczył zwycięsko z mrokiem, tak iż wszystko, co nasz rycerz czynił, widoczne było jak na dłoni. Tymczasem jednemu z mulników, popasających w oberży, zachciało się napoić swoje muły, ale chcąc tego dokonać, musiał zdjąć z koryta rynsztunek Don Kichota. Rycerz ujrzawszy, że ktoś się zbliża, krzyknął donośnym głosem:

– O, zuchwały rycerzu, kimkolwiek jesteś, co śmiesz dotykać zbroi najdzielniejszego z błędnych rycerzy, którzy kiedykolwiek oręż przy boku nosili, zważ, co czynisz, i idź precz od tej zbroi, jeśli nie chcesz swego zuchwalstwa gardłem przypłacić!

Mulnik niewiele zważał na pogróżki Don Kichota (wszelako lepiej by zrobił, gdyby te ostrzeżenia wziął do serca, nie potrzebowałby się bowiem później o swe zdrowie troskać) i pociągnąwszy za rzemienie, jednym zamachem odrzucił zbroję daleko od siebie. Wówczas Don Kichot podniósłszy oczy ku niebu i przywoławszy, jak się zdaje, na pamięć imię swej damy, Dulcynei, rzekł:

– Bądź mi, pani, ku pomocy w tej pierwszej potrzebie, która się nastręcza piersi niezłomnej a tobie oddanej. Niech mi nie zabraknie w tej pierwszej sprawie twej łaski i opieki.

Skończywszy tę orację, odrzucił tarczę i chwyciwszy oburącz kopię, grzmotnął nią mulnika z taką siłą przez łeb, że przewod­nik padł na ziemię jak długi i niechybnie, gdyby nasz rycerz ten cios jeszcze raz powtórzył, już by się tu i medycy na nic nie zdali. Uczyniwszy to, hidalgo pozbierał skrzętnie części swego uzbrojenia i znów jął się przechadzać tam i z powrotem, z takim spokojem jak pierwej.

Po niejakim czasie drugi mulnik, nie wiedząc nic, co się stało, gdyż tamten wciąż leżał ogłuszony na ziemi, przyszedł także w zamiarze napojenia mułów i chciał oswobodzić koryto. Don Kichot, nic już nie mówiąc i niczyjej nie przyzywając pomocy, po raz drugi uwolnił ramię od tarczy, po raz drugi za kopię chwycił i trzy razy łupnął nią przez łeb drugiego mulnika, póki kopii przy czwartym ciosie nie zdruzgotał. Na rumor stąd powstały zbiegli się wszyscy ludzie z karczmy wraz z oberżystą. Don Kichot, spojrzawszy na nich, założył tarczę na ramię, położył dłoń na rękojeści miecza i rzekł:

– Pani najcudniejszej piękności, potęgo i siło mego słabego serca, teraz sposobna chwila nadeszła, abyś z wyżyn swej wielkości zwróciła wzrok ku swemu niewolnikowi-rycerzowi, który czeka na wielką i straszliwą rozprawę.

Po owym wezwaniu zdało mu się, iż taki duch w niego wstąpił, że gdyby wszyscy mulnicy świata rzucili się na niego, on ani na krok pola by im nie ustąpił.

Towarzysze poranionych mulników, widząc ich w tak żałos­nym stanie, jęli z daleka rzucać kamieniami w Don Kichota. Zasłaniał się tarczą, jak mógł, lecz nie odchodził od koryta, bojąc się pozostawić zbroję.

Oberżysta wrzeszczał ze wszystkich sił, aby go poniechali; mówił im, iż to człowiek na umyśle pomieszany i że jako taki żadnej odpowiedzialności nie będzie ponosił, choćby ich wszys­tkich pozabijał. Don Kichot zaś grzmiał jeszcze donioślejszym głosem, wymyślając im od przewrotnych zdrajców, a pana zamku zwał przeniewiercą, nikczemnikiem i gburem, skoro pozwala, aby w ten sposób traktowano u niego błędnych rycerzy. Gdy tylko zostanie pasowany na rycerza, pokaże mu, czym taka zdrada pachnie!

– O was zaś, podła zgrajo, nie troszczę się wcale! Chodźcie tu, chodźcie, uderzcie na mnie, a żywo – zobaczycie, jaką zapłatę otrzymacie za waszą głupotę i bezczelność!

Mówił to z takim męstwem i zawziętością, że strach padł na rzesze napastników. Mulnicy posłuchali napomnień karczma­rza i przestali rzucać kamieniami. Don Kichot pozwolił wielko­dusznie zabrać rannych z pola bitwy i jął znów z całym spokojem, jakby się nic nie zdarzyło, sprawować swą straż rycerską.

Oberżyście ostatnie żarty jego gościa wydały się nadto grube; chcąc się go pozbyć jak najprędzej, postanowił pasować go zaraz na rycerza, zanim się nowe nieszczęście przytrafi. Sumitując się przeto gęsto z zuchwałego postępku (o którym nic nie wiedział) tych gburów, którzy przykładnie zostali ukarani, powiedział mu, że w zamku nie ma kaplicy, jak o tym już zresztą wspomniał, przecież dla dopełnienia obrządku nie jest ona zbytnio potrzebna, jako że przy pasowaniu główną rzeczą jest uścisk i uderzenie po ramieniu płazem miecza. Ceremoniał rycerski, który zna dobrze, powiada, że pasowania dokonać można byle gdzie, choćby i na polu. Co się zaś tyczy straży koło zbroi, to dwie godziny aż nadto wystarczą, podczas gdy on już cztery godziny na tej warcie strawił.

Don Kichot uwierzył w słowa oberżysty i rzekł, że we wszystkim będzie mu posłuszny, byleby tylko co rychlej cała rzecz została załatwiona.

Skoro już zostanie pasowany na rycerza, a nowa napaść się zdarzy, żywej duszy nie zostawi w zamku i oszczędzi tylko tych, których mu kasztelan wskaże, a to przez respekt dla niego. Kasztelan, przewidujący i zatrwożony tymi słowa­mi, przyniósł natychmiast wielką księgę, w której zapisywał, ile słomy i siana wydał mulnikom, i w towarzystwie owych dwóch dziewczyn oraz chłopca trzymającego w ręku ogarek zbliżył się do Don Kichota, rozkazawszy mu wprzód paść na kolana. Później zaś czytając z tej księgi, tak jakby pacierz odmawiał, nagle podniósł rękę do góry i wyrżnął go raz w kark, a potem płazem miecza uderzył po plecach, ani na chwilę nie przestając mruczeć przez zęby i zaglądać do księgi. Dokonawszy tego, kazał jednej z owych dam miecz mu przypasać, czego ona dopełniła z wielką gracją i ostrożno­ścią, choć się jej na śmiech zbierało. Podczas całej tej cere­monii nie raz i nie dwa chciały śmiechem parsknąć, lecz mając w pamięci czyny naszego rycerza, których były świad­kami, powstrzymywały się, jak mogły. Przypasując mu miecz do boku, zacna dama rzekła:

– Niech Bóg was szczęśliwym uczyni, rycerzu, i niech fortu­na sprzyja wam w bojach.

Don Kichot zapytał, jakie jest jej miano, wiedzieć bowiem pragnął, komu ma być zobowiązany za tak wielką łaskę i komu ma oddać połowę sławy, którą dzielnością swego ramienia zdobędzie. Odparła mu z wielką uniżonością, że się nazywa Tolosa, że jest córką łatacza skór z Toledo, który pracuje w małym kramiku Sancza Bienaya, i że odtąd zawsze, gdzie­kolwiek by się tylko znalazła, będzie się poczytywała za jego oddaną i uniżoną sługę.

– Zaklinam cię, pani, na twój afekt ku mnie – zawołał Don Kichot – dodawaj odtąd zawsze „don” do przodku nazwiska i zwij się donia Tolosa!

Dziewczyna przyrzekła mu uroczyście, że jego żądaniu uczy­ni zadość. Tymczasem druga przypięła mu ostrogi. Don Kichot rozmawiał z nią podobnie jak z pierwszą. Zapytawszy o nazwi­sko, dowiedział się, że się zwie Młynarka i że jest córką bardzo szanownego młynarza z Antekery. Ją również zobowiązał Don Kichot, aby dodała „don” do swego nazwiska i zwała się odtąd donia Młynarka, potem zaś obsypał ją podziękowaniami i przyrzeczeniami swoich służb.

Gdy więc cała ta niepraktykowana dotychczas ceremonia tak prędki obrót wzięła, Don Kichot w jednym okamgnieniu do stajni skoczył, aby co rychlej wsiąść na Rosynanta i wyru­szyć w świat na poszukiwanie przygód. Okulbaczył rumaka i z siodła uściskał gospodarza, dziękując za łaskę okazaną mu pasowaniem na rycerza; prawił przy tym takie banialuki, że konia z rzędem temu, kto by je umiał powtórzyć. Gospodarz, chcąc się go jak najprędzej z oberży pozbyć, odpowiedział mu równie kwieciście, chociaż nierównie krócej, i nie żądając ani grosza zapłaty, z całego serca życzył mu szczęśliwej drogi.

Rozdział IV

Co się przytrafiło naszemu rycerzowi po wyjeździe z oberży

Dniało już prawie, gdy Don Kichot opuszczał oberżę tak zadowolony, tak dziarski i tak rozradowany z pasowania na rycerza, że radość ta rozpierała nawet popręgi u konia. Przypo­mniawszy sobie rady gospodarza co do opatrzenia się w nie­zbędne rzeczy, a zwłaszcza w pieniądze i koszule, postanowił powrócić do domu, aby zabrać ze sobą wszystko, co potrzeba. Umyślił, że giermkiem jego zostanie wieśniak z sąsiedniej zagrody, biedak wielki, obarczony dziećmi, ale jakby stworzo­ny na to, aby piastować urząd giermka. Zawrócił tedy z drogi ku swojej wsi, a Rosynant, jakby odgadłszy myśl swego pana, zaczął gnać jak wicher, kopytami ledwie ziemi dotykając. Nie ujechał wiele, aż zdało się rycerzowi, że słyszy jakiś jęk żałosny dobywający się z głębi lasu po prawej stronie drogi.

– Niebu niech będą dzięki – rzecze – że mi tak prędko zsyła sposobność, abym mógł wypełnić obowiązki powołania swego i zebrać owoce moich szlachetnych pragnień. Tym razem są to z pewnością jęki jakiejś istoty w srogiej opresji będącej, która na mą łaskę i pomoc czeka.

I ściągnąwszy wodze, skierował Rosynanta w głąb lasu, skąd zdawało się, że owe głosy dochodziły. Zaraz prawie na skraju boru ujrzał kobyłę uwiązaną do jednego dębu. Obok zaś wyrostek jakiś, może z piętnaście lat liczący i obnażony do pasa, stał silnie przytroczony do drugiego dębu. On to jęczał tak nielitościwie, a miał czego, gdyż jakieś barczyste i wielkie chłopisko okładało go pasem ile wlezie, do każdej plagi taką naganę i radę dodając:

– Trzymaj język za zębami, a oczy szeroko otwieraj!

Na co biedny chłopak odpowiadał:

– Już nigdy tego nie uczynię, klnę się na mękę Pańską, że już nigdy, i przyrzekam wam, panie, że odtąd trzody czujniej pilnować będę!…

Don Kichot widząc, co się dzieje, krzyknął gniewnym głosem:

– Nieobyczajny rycerzu, nie godzi się znęcać nad człowie­kiem, który się bronić nie może, siadaj co rychlej na konia, bierz do ręki kopię (przy dębie, do którego uwiązana była kobyła, stał kij), a pokażę ci, że tylko tchórze tak sobie poczynają.

Wieśniak ujrzawszy, że monstrum jakieś w zbroicę zakute najeżdża nań z impetem i kopią groźnie przed oczami potrząsa, zmartwiał ze strachu i rzekł pokornie:

– Panie rycerzu, ten wyrostek, który słuszną teraz karę ponosi, jest moim pachołkiem. Pilnuje on stada mych owiec, które się pasą w pobliżu, a tak niedbale to czyni, że mu co dzień jednej owcy brakuje. Ponieważ mu ze skóry to niedbal­stwo i figle przepędzam, więc mi w żywe oczy gada, że czynię to przez skąpstwo, aby nie płacić mu zasług, które mu winienem. Ale przysięgam wam, panie rycerzu, na Boga i na swą duszę, że łże jak najęty.

– Łże w mojej obecności, niecny gburze? – wykrzyknął Don Kichot. – Jak Bóg na niebie, tak mnie ręka świerzbi, że cię chyba tą kopią na wylot przedziurawię. Uwolnij natychmiast tego wyrostka z pęt i zapłać, co mu się należy, bez gadania albo, na honor, jeszcze w tej chwili zginiesz.

Wieśniak spuścił głowę i nie rzekłszy ani słówka, odwiązał pastucha od pnia. Don Kichot zapytał, jak długo już pan mu jego zasługi zatrzymuje. Wyrostek odparł, że należy mu się za dziewięć miesięcy, licząc za każdy miesiąc po siedem reali. Don Kichot obliczył, że wynosi to sześćdziesiąt trzy reale, i rozkazał chłopu, aby bez zwłoki z mieszka je wydobył, jeśli mu życie miłe. Chłop, na pół martwy ze strachu, szepnął, że nie chciałby złamać przysięgi w godzinie, gdy tak ciężkie nań przyszły terminy, ale że, jako żywo, tak dużo winien nie jest, ponieważ od obrachunku trzeba jeszcze odliczyć trzy pary butów, które podarował pastuchowi, oraz jednego reala za dwa puszczenia krwi, kiedy był chory.

– Wszystko to dobrze – odparł Don Kichot – ale buty i puszczenie krwi pokwitowane są już tymi plagami, któreś mu bez powodu wymierzył. Jeśli on podarł skórę na butach otrzymanych od ciebie, toś ty mu w zamian dobrze skóry na grzbiecie napsował; a jeśli mu cyrulik krew odciągał, kiedy był chory, to ty znów puściłeś mu krew, kiedy był zdrów. Dla tych racji nic ci już winien nie jest.

– Najgorsza rzecz w tym, panie rycerzu, że pieniędzy przy duszy nie mam, niechże tedy Andrzejek skoczy ze mną do domu, a wypłacę mu wszystko, jak należy, bitymi realami.

– Ja miałbym z nim pójść do domu? – rzekł chłopak. – Tego by jeszcze brakowało! A niechże mnie ręka boska broni! Gdyby mnie w swoje łapy dostał, na pewno by mnie ze skóry obłupił, jak się to zdarzyło ze świętym Bartłomiejem.

– Jako żywo, nie uczyni tego – odparł Don Kichot. – Gdy ja rozkazuję, on słuchać musi, zwłaszcza że przyrzekł mi na swoją cześć rycerską; puszczę go wolno i spokojny będę, że się z długu uiści.

– Zważcie, panie rycerzu – rzekł wyrostek – że mój pan nie jest przecież rycerzem i że na czci rycerskiej całkiem się nie wyznaje. Zwie się Jan Haldudo, bogacz z Kintanaru.

– Nic to nie szkodzi – odparł Don Kichot – gdyż rycerze mogą być i między Haldudosami, a poza tym każdy przecież jest dziecięciem dzieł swoich.

– To prawda – rzekł Andrzej – ale jakichże to dzieł dziecię­ciem jest mój chlebodawca, skoro odmawia mi wypłacenia zasług za serdeczny pot mojej pracy?

– Nie odmawiam ci tego, nie odmawiam, drogi Jędrusiu, uczyń mi tylko tę łaskę i pójdź ze mną, a przysięgam na wszystkie zakony rycerskie, jakie są na ziemi, że ci wszystko wypłacę brzęczącymi realami, i to nawet takimi, co pachnidłem wonieć będą.

– Za woniejące reale dziękuję – odparł Don Kichot. – Zado­wolę się brzęczącymi ze srebra. Bacz jednak, abyś dopełnił tego, coś obiecał, gdyż w przeciwnym razie przysięgami ci słowami tej samej przysięgi, że wrócę, aby cię spotkać i uka­rać jak należy i że cię odnajdę, choćbyś się pod ziemię zapadł. Abyś zaś wiedział, kto co rozkazuje, i abyś się czuł bardziej zobowiązany do dotrzymania tego słowa, wiedz, żem jest waleczny Don Kichot z La Manczy, mściciel krzywd i nie­prawości. Zostań z Bogiem i pamiętaj, coś obiecał i po­przysiągł!

Tak mówiąc, spiął Rosynanta ostrogą i wkrótce znikł z oczu. Wieśniak patrzył za nim długo, a upewniwszy się, że już wyjechał z lasu i że go nie widać, zwrócił się do swego parobka Andrzeja i rzekł:

– Chodź tu, synku, gdyż chcę ci zapłacić, com ci winien, jak ów mściciel krzywd mi rozkazał.

– Przysięgam wam, że dobrze uczynicie – rzekł Andrzej – wypełniając zlecenie tego szlachetnego rycerza, który niechaj tysiąc lat żyje za to, że jest tak waleczny i sprawiedliwy. Jeśli nie zapłacicie, on wnet tu powróci i sprawiedliwości dopełni.

– Ja także przysięgam – rzekł wieśniak – lecz ponieważ dobrze ci życzę, chcę więc wprzód dług zwiększyć, aby zapłata tym sowiciej wypadła.

I mówiąc to, chwycił Andrzeja za ramiona, znów go do dębu przywiązał i tak jął prać bez opamiętania, że go prawie martwym zostawił.

– Wołaj sobie teraz, wołaj zdrów, panie Andrzeju, swego naprawiacza krzywd, a obaczymy, jak tę krzywdę naprawi. Sądzę, że nie będziesz się bardzo kwapił, gdyż widzisz, że mnie chętka bierze, aby cię żywcem ze skóry obłupić, tak jakeś się tego obawiał.