Don Kichot z La Manchy - Miguel de Cervantes - ebook
Opis

„Don Kichot za la Manchy” to słynna powieść Miguela de Cervantesa. Opowiada ona o losach szlachcica, który wpada w obłęd pod wpływem romansów rycerskich i wyrusza w świat jako błędny rycerz, niesiony nieodłączną szczytną chęcią pomagania ludziom i bronienia najsłabszych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 111

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PRZEDMOWA.

I. - DON KICHOT Z MANCHY.

II. - DON KICHOT RZUCA SIĘ W ŚWIAT.

III. - PASOWANIE NA RYCERZA.

IV. - RYCERZ POBITY.

V. - DON KICHOT ZNAJDUJE SOBIE GIERMKA.

VI. - WALKA Z WIATRAKAMI.

VII. - PRZYGODA Z PASTERZAMI.

VIII. - ZACZAROWANA GOSPODA.

IX. - DWA WOJSKA. - RYCERZ SMUTNEJ POSTACI.

X. - MŁYNY FOLUSZOWE. - CZARODZIEJSKI SZYSZAK.

XI. - ZBRODNIARZE.

XII. - WŚRÓD GÓR I SKAŁ.

XIII. - DON KICHOT ZABIJA WIELKOLUDA.

XIV. - DULCYNEA Z TOBOZO.

XV. - KOMEDJANCI.

XVI. - RYCERZ ZWIERCIADLANY.

XVII. - STRASZNA PRZYGODA ZE LWAMI.

XVIII. - PIECZARA MONTEZYNOS I PRZYGODA Z LALKAMI.

XIX. - ZACZAROWANA ŁÓDKA.

XX. - GOŚĆ KSIĄŻĘCY.

XXI. - DREWNIANY KOŃ.

XXII. - SANCZO GUBERNATOREM.

XXIII. - ZAKOŃCZENIE.

Miguel de Cervantes

DON KICHOT Z LA MANCHY

Projekt okładki: Avia Artis

W projekcie okładki wykorzystano portret Miguela de Cervantesa.

Autor: Juan de Jáuregui.

Wydawnictwo Avia Artis

2017

ISBN 978-83-65810-90-8

PRZEDMOWA.

 Miguel de Cervantes urodził się w r. 1547, umarł w r. 1616. Był walecznym żołnierzem, pięć lat spędził w ciężkiej niewoli u Arabów czyli Maurów; przez rodzinę swoją wykupiony, służył jeszcze wojskowo, potem zajmował się pisaniem i handlem. Żadne z tych zajęć jednakże nie dało mu zamożności. Kilka razy był więziony niesłusznie. Umarł w biedzie i dziś nie wiadomo nawet, gdzie spoczywają prochy wielkiego hiszpańskiego pisarza. Z książek przez niego napisanych, najznakomitszą jest powieść o Don Kiszocie, tłómaczona na wszystkie języki.

 Nikt nie umiał tak dosadnie przedstawić na przykładzie ciężkich szkód, zrządzanych przez czytanie złych książek, jak Cervantes w swoim Don Kiszocie.

 Bohater ten jest z natury człowiekiem dobrym i rozumnym, posiada wiele odwagi, stałości, wytrwałości w cierpieniach i przez te przymioty wzbudza dla siebie współczucie. Niczego jednakże nie mógł w życiu dokazać, gdyż miał umysł zwichnięty... złemi książkami.

 Dążność Don Kichota była najszlachetniejsza — pragnął pomagać uciśnionym, karać krzywdzicieli. Tylko mylną wybrał drogę: sądził, że dojdzie do swego celu przez bijatyki, gotów też był walczyć z całym światem, przeciwników szukał tam nawet, gdzie ich nie było, rzucał się na oślep w niebezpieczeństwa największe i oczywiście wychodził z tych walk często srodze pobity.

 Cervantes wiernie opisał naturę ludzką. I dziś widujemy mnóstwo Don Kichotów. Bo jakże podobni do owego rycerza są ludzie, którzy sobie uroili, że łatwo, bodajby przy pomocy bijatyki, poprawią porządek w społeczeństwie, albo nawet religję! Czyliż nie jest prawdziwym potomkiem Don Kichota niejeden wynalazca nieszczęśliwy, który bez nauki, bez doświadczenia całe lata trawi nad zbudowaniem jakiejś maszyny, dawno już znanej, albo też takiej, której zbudować niepodobna.

 Bywają o wiele gorsi Don Kiszoci — ludzie, którzy chcą się zbogacić przez hazard, loterję, grę, bez pracy, bez oszczędności wytrwałej i rozumnej, mylnie sądząc, że tym sposobem nikogo nie krzywdzą. Błąd oczywisty, bo gdy sami na tem cierpią, to i otaczający cierpią również. Praca rzetelna, zabiegliwość, przyniosłyby społeczeństwu pożytek, podczas gdy marnowanie życia na złudne nadzieje, stratą jest oczywistą. Jeśli nawet los dopisze takiemu człowiekowi, jednemu na tysiąc, jeszcze i wtedy przykład jego zrządza szkodę, gdyż pociąga za sobą innych, którzy na złą drogę wchodzą i nie dobiją się nigdy pomyślnego kresu swych zabiegów.

 Przeciwieństwem Don Kichota jest Sanczo Pansa, jego służący. Roztropny, często nawet dowcipny, oszczędny, przywiązany do swego pana, myślący o swoim domu i rodzinie pomimo oddalenia, troskliwy o swego osła, Sanczo Pansa przywiązuje czytelnika do siebie pomimo wielu wad swoich: żarłoctwa, tchórzostwa, zbytecznej o siebie dbałości.

 Sanczo jest wieśniakiem hiszpańskim, Hiszpanja to kraj daleki; Sanczo Pansa żył trzysta lat temu — to piękny kawał czasu.

 A iluż takich Pansów spotykamy i dziś!

 Podobnie prawdziwemi są oberżyści, pastuchy; również wiernie odmalowani przyjaciele Don Kichota, którzy go ratowali dopiero wtenczas, kiedy już skutkiem obłędu był niepowrotnie zgubiony.

 A czy nie widujemy ludzi podobnych do owych wielkich panów w Cervantesowej powieści, którzy igraszkę lekkomyślną robią sobie z ludzi obłędem dotkniętych i stroją z nich żarty nieraz bardzo bolesne, sądząc, że tłustym ochłapem ze swego stołu nagrodzą ich dostatecznie?

 Ta prawda w opisach sprawiła, że nazwiska ze słynnej powieści hiszpańskiej stały się przysłowiowemi. Do dziś nazywamy Don Kichotem człowieka, usiłującego narzucić światu swoje urojenia i mrzonki. Wszystkie te wysiłki noszą miano donKichoterji albo donKichotyzmu. Zazwyczaj w nich tkwi zadziorność jakaś, podobna do tej, która znamionowała Don Kichota. Sanczą Pansą nazywamy sługusa, który wiernie wylizuje talerze swego pana i pyszni się tem, że usługuje znakomitemu człowiekowi — jak gdyby każdy znakomity człowiek dobierał sobie także i znakomitą służbę. Ordynaryjna dziewka, w której ktoś naprzekór całemu światu dopatrzył się wielkiej urody, bywa nazywana Dulcyneą. Nawet chude, nędzne, jasnokościste szkapy, chodzące w zaprzęgu albo pod siodłem, zowiemy Rosynantami, wskazując ich podobieństwo z wierzchowcem Don Kichota.

 Zapomniano dziś już o książkach rycerskich, przeciw którym pisał Cervantes. Natomiast mnóstwo innych książek szkodliwych zachwaszcza i zanieczyszcza umysły tak, że wartoby, aby i dziś pisarz jakiś równie skutecznie wyśmiał to nadużywanie słowa drukowanego.

 Don Kichot wierzył w czary, i Cervantes wyśmiewa go za to najzupełniej słusznie. Teraz, po upływie trzystu lat, wiara w czary zmniejszyła się nieco. Jednakże dotąd zdarzają się wróżbici, wróżki, ludzie stawiają kabały, miewają zabobony, zajmują się gusłami.

 Niejeden czuje niesmak, czytając o tej ogromnej liczbie uderzeń, które tak często spotykały błędnego rycerza. Niesłusznie byłoby czynić z tego zarzut Cervantesowi. Bijatyki wszelakie, choćby krwawe, gromadzą zawsze mnóstwo gawiedzi, nawet i ukształcona publiczność chętnie płaci, żeby się bawić widowiskami, na których błaźni za pieniądze policzkują się wzajemnie.

 Trzysta lat temu smakowało to o wiele bardziej i przyczyniło się do pokupu książki Cervantesa.

 Wprawdzie Don Kiszoci teraźniejsi rzadziej spotykają się z kijem i kułakami; ale cierpiąc inaczej, nie o wiele zapewne czują się szczęśliwszemi. Świat nie pobłaża tym, którzy wypowiadają mu walkę, i pod tym względem utwór Cervantesa pozostaje do dziś dnia prawdziwym.

I. - DON KICHOT Z MANCHY.

 W prowincji Manchy, w Hiszpanji, mieszkał w pewnej wioseczce szlachcic Don Kichot, z czterdziestoletnią swoją gospodynią i dwudziestoletnią siostrzenicą. Szczupłe dochody starczyły mu zaledwie na lichą odzież i nędzną strawę. A tu trzeba jeszcze było żywić szkapinę w stajence i posługacza, który był jednocześnie stróżem domowym, ogrodnikiem i stajennym.

 Don Kichot miał już blizko pięćdziesiąt lat i twarz jego wyrażała, że istotnie przeżył pół wieku. Był wysoki, szczupły, zachował jednak dużo siły. Wstając rano i często chodząc na polowanie, nabył wytrzymałości na niewygody. Ale największą jego przyjemnością było czytanie ksiąg o rycerzach, wojakach, o ich nadzwyczajnych czynach i przygodach. Wtedy zatopiony w czytaniu, zapominał o jadle i o śnie, o polowaniu, a nawet o swoich interesach majątkowych. Skutkiem tego zaniedbania musiał sprzedać znaczną część swej niewielkiej posiadłości; natomiast jednak kupił sobie zapas nowych książek, tak bardzo dla niego ciekawych i zajmujących.

 Aż wreszcie od takiego ciągłego czytania tych książek pomąciło mu się w głowie tak, że myślał wciąż o zapasach i walkach, o zaczarowaniach i przygodach, o wielkoludach i smokach; w oczach migotały mu szable, włócznie i tarcze. Nareszcie te wyobrażenia tak go opanowały, że postanowił wybrać się w świat jako błędny rycerz czyli błąkający się wojownik konny, ażeby uciśnionym pomagać, nieszczęśliwych bronić, cnotę wynagradzać, najdziwniejszych doznawać przygód, wśród nich znamienitemi czynami nazwisko swoje wsławić i w końcu, w nagrodę waleczności, otrzymać koronę królewską.

 Zagrzany temi zamiarami, niezwłocznie zajął się przysposobieniem do podróży. Już widział w duchu owe dzieła bohaterskie, jakie miał wykonać. Dorównywały one najpiękniejszym czynom i zdarzeniom, opisanym w jego książkach, a czyszcząc broń swoją napawał się uwielbieniem, jakie miał sobie zdobyć.

 Broń posiadał jeszcze po swoich pradziadach. Leżała ona gdzieś w kącie, rdzą trawiona i grubą warstwą kurzu przykryta. Don Kichot odczyścił ją z największą usilnością, o ile to było możliwe. Niestety, brakło części hełmu, skutkiem czego tył głowy był nieosłonięty. Ale dzielny wojak powinien sobie umieć radzić w potrzebie. Don Kichot dorobił więc brakujący kawałek z tektury. Wyglądało to jako tako. Trzeba tylko było spróbować mocy połatanego szyszaka. Wyjął więc szablę, rąbnął nią parę razy i całotygodniowa robota rozleciała się w strzępy.

 Przykrość ta nie odstręczyła Don Kichota. Dla mocy wydrutował swój szyszak i nie wątpił już, że teraz będzie doskonale uzbrojony. Ale już nie próbował, czy poprawiona robota oparłaby się ciosom jego szabli.

 Teraz pomyślał o swojej szkapie. Prawda, że koń miał tylko skórę i kości, a wad więcej, niż włosia w ogonie. Ale Don Kichot nie oddałby go za najognistszego bojowego rumaka. Cztery dni rozmyślał nad tem, jakąby mu dać nazwę, żeby brzmiała pięknie i szumnie. Wreszcie nazwał go Rosynantem.

 Chcąc, żeby jego chwała opromieniła także i kraj, z którego był rodem i żeby zarazem jego nazwisko było dłuższe i dźwięczniejsze, nazwał się Don Kichotem z Manchy.

 Pozostawała jeszcze jedna trudność. Czem byłoby drzewo bez liści, ciało bez duszy? — Czem byłby rycerz bez miłości? Don Kichot z Manchy musiał znaleźć jakąś piękność, żeby za nią walczyć, żeby nieprzyjaciele pokonani głosili chwałę swego zwycięzcy u jej stóp i żeby on sam otrzymywał z jej rączek nagrody za swoje nadzwyczajne męstwo.

 W sąsiedniej wiosce mieszkała hoża, rumiana dziewoja, Aldonza Lorenzo, która wpadła w oko Don Kichotowi. Ją tedy uczynił Don Kichot królową swego serca, przedmiotem swych dążeń, nagrodą swych bohaterskich czynów. Aldonza Lorenzo nie wiedziała wprawdzie nic a nic o tem swojem szczęściu i zaszczycie; ale cóż to szkodziło! Tylko należało i ją także przechrzcić wspaniale. Don Kichot nazwał ją Dulcyneą. A że wieś, w której mieszkała, nazywała się Tobozo, więc Aldonza Lorenzo stała się słynną Dulcyneą z Tobozo. Oczywiście i o tem ona nic nie wiedziała.

II. - DON KICHOT RZUCA SIĘ W ŚWIAT.

 Całkiem już gotów do ruszenia w świat wymarzony, Don Kichot przywdział jednego ranka zbroję, to jest hełm naprawiony, kirys, osłaniający ciało, wziął do jednej ręki włócznię, do drugiej tarczę, wsiadł na Rosynanta i przez tylną furtkę wyjechał z podwórza tak ostrożnie, że nikt w domu tego nie zauważył.

 Z wesołą myślą i pełen najlepszych nadziei, przekroczył granicę swego folwarczku. Wtem zaraz na granicy napadł nań wielki niepokój. Przypomniało mu się, że gdyby jakiego rycerza spotkał, to nie mógłby z nim walczyć, bo tylko rycerz ma prawo potykać się z rycerzem, a jemu dotąd nikt nie udzielił rycerskiego tytułu, czyli nikt nie pasował go na rycerza. Już zachwiał się w swoich postanowieniach i gotów był zawrócić Rosynanta do domu; ale znowu przyszły mu na myśl opisy, wyczytane w książkach.

 — Czemużby pierwszy lepszy, którego spotkam, nie miał mnie pasować na rycerza? Tarczę mam jeszcze białą, to jest bez żadnego znaku; ale po pierwszym bohaterskim czynie przyozdobię ją napisem odpowiednim.

 Pokrzepiony temi uwagami, jechał dalej, popuściwszy Rosynantowi cugli, żeby drogę wybierał, rozumiejąc, że koń najpewniej doniesie go sam do upragnionego celu, na wielkie przygody.

 Był piękny dzień letni. Słońce paliło tak mocno, że Don Kichotowi ledwo się mózg nie roztopił pod hełmem. Głód i pragnienie dręczyły jeźdźca i konia. Wszystko to jednak nie wstrzymywało ich w drodze.

 Dopiero ku wieczorowi Rosynant stanął przed wrotami jakiejś oberży. Przed oberżą dwie dziewczyny rozmawiały i śmiały się wesoło.

 Don Kichot, mając głowę nabitą powieściaściami, uroił sobie, że chałupa, w której się zajazd mieścił, jest warownym zamkiem i był pewien, że lada chwila na murach zamku stanie karzełek, zadmie w trąbę i obwieści przyjazd nieznanego rycerza. Podjechał więc bliżej i zatrzymał Rosynanta przed mniemanym zamkiem. Gdy przecież trąbienia słychać jakoś nie było, Don Kichot rad nie rad musiał się zwrócić do dziewcząt. Wziął je za dostojne panienki, używające wieczornej przechadzki.

 Wtem zabrzmiał róg pastucha nierogacizny, przywołującego głośnym dźwiękiem swoją rozpierzchłą trzodę. Zadowolony Don Kichot podjechał ku zajazdowi, uważając głos rogu za znak zaprosin. Dziewczyny, przestraszone widokiem człowieka dziwacznie ubranego, z włócznią i tarczą w ręku, wpadły do drzwi domu zajezdnego. Chcąc je ośmielić, Don Kichot podniósł przyłbicę, ukazał swoją twarz chudą, zakurzoną i miękkim głosem przemówił.

 — Nie uciekajcie, dostojne panie, i nie trwóżcie się; przepisy rycerstwa, do którego mam zaszczyt należeć, nakazują mi zbliżać się do tak zacnych panien z największym szacunkiem i gotowością do usług.

 Dziewczyny nigdy jeszcze podobnej mowy nie słyszały; popatrzyły więc zadziwione jedna na drugą, potem spojrzały na rycerza i na twarz jego zaledwie widoczną z pod przyłbicy cokolwiek uchylonej, nakoniec parsknęły głośnym śmiechem.

 — Skromność jest ozdobą piękności; śmiać się z drobnostek jest oznaką głupoty — rzekł podraźniony Don Kichot — Ale nie dlatego to mówię, żeby wam przykrość zrobić, moje piękne panie — dodał łagodniej — owszem gotów jestem świadczyć wam przysługi. Rozkazujcie tylko!

 Słuchając tej mowy, dziewczyny śmiały się do rozpuku. W Don Kiszocie krew już wrzeć zaczynała i możeby dopuścił się jakich gwałtownych czynów, gdyby nie to, że nadszedł gospodarz zajazdu, człowiek opasły i widocznie dbający o spokój.

 Na widok dziwacznej postaci zbrojnego rycerza i on z trudnością śmiech pohamował; ale przemogła w nim ostrożność i troska o zarobek. Odezwał się tedy grzecznie.

 — Panie wojaku, jeśli się panu podoba tu wypocząć, to wszystkiego dostanie, czego potrzeba do pańskiej wygody, oprócz łóżek, bo tych niema w całym domu.

 Słysząc gospodarza przemawiającego tak uprzejmie i zbliżającego się do konia, żeby strzemię potrzymać, Don Kichot, biorący go za gubernatora zamku, zsiadł z Rosynanta poważnie, choć nie bez trudności, bo mu żelazna zbroja przeszkadzała, a głód i znużenie zwątliły jego rzeźkość. Rosynant także omal nie upadał z głodu i utrudzenia.

 Zsiadając, Don Kichot zalecił gospodarzowi największą troskliwość o swoje nieporównane zwierzę. Gospodarz słuchał tego polecenia ze śmiechem i spoglądał niedowierzająco na zapadłe boki szkapiny, wreszcie odprowadził litościwie Rosynanta do stajni.

 Przez ten czas dziewczyny zbliżyły się do jeźdźca i pomagały mu rozdziać zbroję. Ale z hełmem nie mogły sobie poradzić. Był on przywiązany do szyi tak mocno, że chyba trzebaby było porozcinać węzły zielonego sznura, na co Don Kichot zgodzić się nie chciał. Oświadczył nakoniec, że swego szyszaka wcale z głowy nie zdejmie i nawet spać w nim będzie.

 Nakoniec dobrze