Dom węży - Mateusz Lemberg - ebook
Opis

Powieść dla oczekujących mocnych wrażeń, spisanych sugestywnym, jędrnym językiem.

 

 

Wąż jest zabójcą doskonałym, znakomicie znającym anatomię ludzkiego ciała, wie jak zadać śmiertelny cios.  Lemberg na kolejnych kartach kreśli nam świat zły, pełen odrażających ludzi, dla których znęcanie się jest formą najlepszej rozrywki, za którą płacą niemałe pieniądze. Do tego wprowadza doń mężczyzn, których „opieka" nie ma nic wspólnego z pomocą i czułością, a obnaża ich partykularne ambicje. Powieść dla oczekujących mocnych wrażeń, spisanych sugestywnym, jędrnym językiem. Jest jak głęboki sen, z którego próbujemy się obudzić, jednak jakaś niewytłumaczalna siła blokuje jakiekolwiek próby wyjścia z historii, którą serwuje nam Lemberg. Zlani potem, wstrząsani spazmami, będziemy próbowali się obudzić. Bezskutecznie.  

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 412

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: BERNADETA LEKACZ
Korekty i łamanie: AGATA MOŚCICKA, biały-ogród.pl
Projekt okładki: B&G design, BEATA DŁUGOKIŃSKA, GRZEGORZ PUŻUK www.babaigrajek.pl
© Copyright for this edition by Od Deski Do Deski, Warszawa 2018 © Copyright for the text by Mateusz Lemberg 2018
Wydanie I
ISBN 978-83-65157-75-1
Wydawnictwo OD DESKI DO DESKI Sp. z o.o. ul. Puławska 174/11, 02-670 Warszawaoddeskidodeski.com.pl
Konwersja: eLitera s.c.
.
Czytelniku, korzystaj legalnie! Nad książką ciężko pracował autor i wiele innych osób. Uszanuj ich trud i korzystaj z książki w legalny sposób. Dzięki temu będziemy mogli sobie pozwolić, by przygotować dla Ciebie kolejne znakomite lektury.

Wszystkie postacie i wydarzenia przedstawione w książce Dom węży są fikcyjne i są wytworem wyobraźni autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe.

Down, down, down.Would the fall never come to an end?

Lewis Carroll

Ani, Uli, Adamowi i Całej Reszcie

Niełatwo jest zostać artystą w swoim fachu. Specjalistą, który jako pierwszy przychodzi do głowy klientom w potrzebie. Co prawda o zajęciu Tomasza trudno mówić w kategoriach marketingowych, a to dlatego, że polega ono głównie na spełnianiu własnych zachcianek. Ma to dobre i złe strony. Dobre – bo nie jest od nikogo zależny, sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem – tylko on decyduje, na jakie wody wpływa mała łódka jego działalności gospodarczej. A przy okazji – różne rzeczy można powiedzieć o jego poczynaniach, ale nie, że jest to działalność gospodarcza. Chociaż z drugiej strony on wciąż i nieodmiennie wraca w myślach do kwestii rzemieślnictwa w pracy, która tak do końca pracą nie jest. Raczej narzędziem pozwalającym na realizację pasji.

Złą stroną zajęcia, które sobie wybrał, jest samotność. Brak nie tylko zespołu, kolegów i koleżanek, z którymi mógłby iść na lunch wczesnym popołudniem, umówić się wieczorem na piwo czy spędzać czas podczas wspólnego wykonywania zadań. Przede wszystkim brakuje mu bezpośredniego kontaktu z klientem. Tomasz nigdy nie ujrzał oblicza swojego kontrahenta, uczuć, jakie malują się na twarzy odbiorcy na widok dokończonego dzieła. Domyślał się, że musieli doznawać jakiejś przemiany, zupełnie jak on podczas realizacji zlecenia. Podczas Tańca Kobry. Tak to nazywa, nie inaczej. Wie, że jest w tym dobry, że Taniec Kobry opanował do perfekcji i nie ma wątpliwości, że jest doceniany. Potwierdzają to wpływające na konto sumy. Ale co innego świadomość, a co innego bezpośredni kontakt z zadowolonym klientem. Lubi swoją pracę, wykonuje ją z pasją i oddaniem, wie, że jest potrzebna, że spełnia wyrafinowane potrzeby osób, które mu płacą, a jednak cierpi, nie mogąc zobaczyć twarzy swoich widzów w szczytowym momencie performance’u. Oczywiście dotychczas działo się tak, ponieważ nie chciał narażać tych ludzi. Bezpieczeństwo i higiena pracy przede wszystkim. Przecież Tomasz w czasie pokazów ma do czynienia z żywymi kobrami.

Hodowla gadów to poważna sprawa, hobby, jakby powiedział tata Tomasza, facet, który zniknął z jego życia tak dawno, że trudno było mu przypomnieć sobie jego twarz. Otóż pan Henryk mawiał, że mężczyzna powinien mieć jakieś hobby, choć sam takiego nie miał, chyba że uznać za hobby ruchanie cudzych kobiet, bezpośrednią przyczynę rozstania mamusi i tatusia.

W jaki sposób wchodzi się w posiadanie tych niebezpiecznych, zakazanych zwierząt? Najlepsza okazja nadarzyła się Tomaszowi kilka lat temu, w czasach, kiedy jeszcze nie miał pojęcia, w jaki sposób będzie zarabiał na życie. Bo, zdał sobie ze zdumieniem sprawę, wszedł już w ten etap. Taniec Kobry przynosił mu zyski, i to niemałe. Na dodatek były to pieniądze, które potrafił – najkrócej ujmując – wyprać, uczynić je legalnymi dla urzędu skarbowego. A to podstawa wszelkiej prosperity, prawda? Wracając do węży – kilka lat temu weszło w życie prawo, które miało porządkować sprawę hodowli niebezpiecznych zwierząt po domach. W efekcie wielu właścicieli postanowiło na szybko pozbyć się swoich jadowitych podopiecznych. Wystarczyło się dobrze zakręcić, żeby wejść w posiadanie kilku dorodnych egzemplarzy, oczywiście w większości pozbawionych gruczołów jadowych. Ostrożni hodowcy kupują tylko takie sztuki, to prawda. Nie wiedzą jednak, że co trzeciej kobrze te gruczoły po kilku latach odrastają.

***

OK, no więc jadą razem. Uparł się, żeby ją odprowadzić, jak dziecko. Nic nowego, podejrzewała, że tak się stanie. I teraz jadą jego skodą superb, czarnym, napakowanym elektroniką i gadżetami wozem, ze specjalnym otworem w fotelu pasażera z tyłu, w który można wstawić narty (po co im otwór na narty?). I jadą źle. Nie odezwała się, choć w momencie, w którym wybrał skręt w lewo na placu Konstytucji, już wiedziała, że ta decyzja to błąd. Nie pierwszy, a raczej zwieńczenie ciągu wielu, wielu decyzji, z których każda to kolejna pomyłka. Tylko że tym razem nie jej, a jego. A on nigdy nie popełniał błędów. Przynajmniej we własnym mniemaniu. No więc brnęli w Piękną, a potem Koszykową, nie odezwała się, on zresztą też, kiedy zorientował się, że jednak się pomylił. W Emilii Plater nie da się skręcić z Koszykowej, tak jak myślał. Czuła powoli narastający w nim gniew, który zamieniał się we wściekłość, kiedy okazało się, że utknęli w korku, który wcale nie rozładował się na Chałubińskiego.

– Może wysiądę? – jęknęła błagalnie.

Do odjazdu pociągu został kwadrans, doszłaby bez problemu, wiedziała jednak, że jego potrzeba kontroli na to nie pozwoli.

– Siedź – syknął. – Zdążymy.

Wiedziała, że prawdopodobnie zdążą, tylko że jej serce wyrywało się do ucieczki, żeby wysiąść, zabrać walizkę z bagażnika i pobiec. Do tego potrzebny był jeden drobiazg – jego zgoda. A on żadnego pozwolenia nie wydał, zacisnął tylko usta. Robert. Jej Robert, najprzystojniejszy mężczyzna na świecie. Redford i Brad w jednym, solidny i dziki, jak zapach jego ulubionych perfum – pierwsza nuta kwiatowa, ostatnia zaprawiona solidną dawką piżma.

Wjechali na krawężnik pod Marriottem, częściowo blokując przystanek.

– Dostaniesz mandat – skomentowała cicho, jakby skruszona, że będzie miał przez nią kłopoty, właściwie gotowa mu oddać pieniądze, gdyby tylko, oprócz tych najpotrzebniejszych, jakieś miała.

Szybko wyjęli jej bagaż, klapa trzasnęła, autoalarm pisnął, Robert w jedną rękę wziął jej walizkę, drugą złapał Alicję za łokieć i pociągnął w stronę przejścia podziemnego. Na tle silnego światła bijącego od reklamy obok schodów ich sylwetki wyglądały na komiksowe – on, silny, barczysty, w stylu superbohatera, ona z mocno podkreśloną talią i opadającym poniżej kloszem płaszcza, zgrabnymi łydkami, wąskimi pęcinami i dobrze dobranymi obcasami. Stukały na granitach, które po niedawnym remoncie zastąpiły lastriko. Przebiegli korytarzem łączącym hotel z peronami, odnaleźli właściwy, zjechali schodami ruchomymi, nie odzywając się do siebie, rozglądając się, szukając przypadkowych znajomych, takich, na których wpada się w najmniej odpowiednim momencie. Na peronie stali tylko obcy. Obok, na torze, lśniła kosmiczna sylwetka pociągu ekspresowego do Berlina.

Stanęli blisko siebie, ona zadarła głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Nie mogła w to uwierzyć, za chwilę będzie wolna, chciała krzyczeć z radości. Przycisnął ją mocno, z czułością, poczuła, jak chowa twarz w jej fryzurze.

– Nie lubię, jak wyjeżdżasz.

Niby skąd to wiedział? Dotąd nigdy samej jej nie puszczał. Termin tego wyjazdu był starannie wyznaczony, poprzedzony miesiącami przygotowań i wyczekiwania na odpowiednią chwilę. I wreszcie moment taki się nadarzył.

– Dlaczego akurat teraz?

Pamiętała, jak usiadł w ich sypialni na łóżku zamówionym w włoskiej firmie, u rzemieślnika z Mediolanu. Wiedziała, jak zareaguje. Zdenerwowaniem. Spodziewała się, że zakręci mu się w głowie, bowiem akurat w tym tygodniu nie mógł urwać się z roboty, kończyli zlecenie dla ważnego klienta, co oznaczało pracę przez nieomal okrągłą dobę cały tydzień. Normalnie, gdyby wyskoczyła z wiadomością o nieoczekiwanym szkoleniu w Berlinie, uśmiechnąłby się i zarezerwował lot czy inny pociąg także dla siebie, żeby spędzić z żoną upojny długi weekend. Już raz popełniła podobny błąd i musiała potem udawać, że szkolenie zostało odwołane, co więcej, namawiać koleżankę z pracy, żeby potwierdziła jej wersję. Z oporami, ale to zrobiła. A Robert i tak ją zmusił, żeby wyjechali, rezerwacja nie mogła się zmarnować. Bezsensowne dwa dni chodzenia po Berlinie – stare przejście graniczne, brama, pomnik Holocaustu, synagoga i jego głupie spełnienie marzeń z dzieciństwa – Muzeum Figur Woskowych. Robert przebrany za Einsteina, niezapomniane przeżycie. Alicja zmuszona do udawania Marylin Monroe, nic nowego, w końcu przez całe życie coś udawała. Najpierw grzeczną córkę tatusia, potem jeszcze grzeczniejszą żonę. Kiedy napomknął, że powinna po studiach pójść do pracy, żeby łatwiej było dopiąć domowy budżet – nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Łudziła się, że poza domem jego kontrola nie będzie tak dokładna, że oka sieci się zwiększą. Gdzie tam. Sprawdzał każdy jej ruch, dzwonił w czasie przerw na lunch, prosił o informację, kiedy wychodziła z pracy i jeśli nie mógł po nią przyjechać – czym podróżowała. Kiedyś dla żartu podała boczny numer autobusu komunikacji miejskiej, potem musiała zamienić to w nawyk.

A teraz się żegnali. Na chwilę, na parę dni. Specjalnie dla niej wyrwał się z pracy, co wcale nie było łatwe, wiązało się z kłopotami, koniecznością ukrycia faktu jego nieobecności przed zleceniodawcą. Nieraz jej o tym przypominał, żeby sobie nie myślała, żeby nie trwała w beztrosce, żeby wiedziała, ile kosztuje go opieka nad nią. Spojrzał na zegarek i podprowadził ją do wejścia do wagonu.

– Już późno, wsiadaj.

Znalazła swoje miejsce, zobaczyła jego postać na peronie, jak ze zmarszczonym czołem i zniecierpliwieniem na twarzy próbuje przebić wzrokiem odblaskowe szyby okien pociągu. Zdała sobie sprawę, że jej nie widzi i doznała ulgi. Nie widzi jej. Dostrzegała jego powiększającą się irytację i czuła satysfakcję, uświadamiając sobie, że to tylko niewinna zapowiedź uczuć, które będą nim targały przez następne dni.

Przestraszyła się, jej torba zawibrowała, z dala dało się słyszeć ostry dźwięk, który ustawił jej w telefonie. Zerknęła. Stał na środku peronu ze złością na twarzy i komórką przystawioną do ucha.

– Gdzie jesteś? – warknął.

Odstawiła swój aparat od ucha, czujnik odległości włączył ekran, który skierowała do okna, zamachała.

– Widzę! – uspokoił się, jak zagubione dziecko. Znów wiedział, gdzie leży jego ulubiona zabawka. Nagle cały peron ruszył. Nie zdawała sobie sprawy, że automatyczne drzwi zostały zamknięte, że nadeszła już pora.

– Pociąg odjeżdża – zauważył z żalem, machnął parę razy w jej stronę dłonią, po czym zniknął.

Odetchnęła z ulgą.

– Pa – powiedziała to, co zwykle, wychodząc codziennie z domu.

Nie znalazła sił na pompatyczne „żegnaj”, o którym myślała przez chwilę. Nie chciała go alarmować, dawać mu do myślenia. Niech jeszcze przez chwilę wszystko będzie zwyczajnie, przynajmniej na tyle, na ile był w stanie sytuację, w której żona opuszcza jego najbliższy krąg, uznać na normalną.

Pociąg szybko zbliżał się do następnej stacji, czyli Warszawy-Ochoty, którą minął bez zatrzymania, w narastającym pędzie, nadal jeszcze spokojnym, najwyższą szybkość zostawiając sobie na magistralę. Tymczasem zaczęło się hamowanie. Ostatnia stacja przed Poznaniem. Alicja wstała, poprawiła płaszcz, którego ani nie rozpięła, ani nie zdjęła. Sięgnęła po niewielką walizkę, którą jakiś pan pomógł jej umieścić na półce. Przyłapała kobietę siedzącą na fotelu po drugiej stronie korytarza na przelotnym spojrzeniu, wyrażającym leniwie zainteresowane. Alicja usiadła, stawiając brązową, plastikową walizkę obok siebie na podłodze. Z kieszeni wyjęła komórkę, wyciszyła ją i subtelnym ruchem wsunęła w szparę między ścianą wagonu a fotelem pasażera. Skład zatrzymał się powoli, z lekkim, ledwie wyczuwalnym szarpnięciem na samym końcu, drzwi otworzyły się z sykiem, na peron wyszedł konduktor, rozglądając się i przeliczając oczekujących pasażerów, zaraz za nim wydostała się Alicja. Przez chwilę czuła się jak uciekinierka, wydawało jej się, że wszyscy wiedzą, że właśnie wymyka się przeznaczeniu, że chcą ją zawrócić. Potem stało się coś jeszcze dziwniejszego. Musiała minąć tłum napierający na wejścia pociągu i w tym tłumie nagle zaczęła dostrzegać znajome postacie – mamę, ojca, Roberta, Marysię z pracy, koleżankę z dzieciństwa, kolegę ze studiów. Wystarczyło drugie spojrzenie, żeby zdać sobie sprawę, że myleni osobnicy nawet nie przypominali swoich oryginałów, co najwyżej detalami – kawałkiem siwej czupryny jak u ojca, apaszką jak u Marysi, fryzurą matki, kształtem okrągłej buzi czy też posturą. Wszystko to były fatamorgany, usilna praca umysłu zaalarmowanego niespodziewaną dawką adrenaliny. I w końcu się stało. Uciekła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Polecamy serię NA F/AKTACH

Trzecia część serii – Kolor suszy – w księgarniachjuż w październiku 2018 r.