Dom w Ulsan - Małgorzata Kalicińska, Vlad Miller - ebook
Opis

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Korei Południowej, ale… nie mieliście dotąd kogo zapytać.

Małgorzata Kalicińska i Siwy (vel Mój Pan Inżynier, jak o swoim mężu mówi autorka), mieszkali w portowym Ulsan.

On pracował w stoczni, ona przylatując do niego od czasu do czasu, była „żoną przy mężu”. Oboje zafascynowani poznawaniem Korei, bardzo szybko dali się jej uwieść.

Dom w Ulsan” to niezwykle ciepła i osobista opowieść dwojga dojrzałych ludzi, którzy nagle stając się tytułowymi eskpatami udowodnili, że swoje miejsce na Ziemi można znaleźć wszędzie.

Książka dla tych, którzy lubią historie o zetknięciu z odległą kulturą, o pierwszych próbach odnalezienia się w obcym kraju, o zabawnych niespodziankach jakie spotykają

Czy w Korei bywa zima?

Jak wygląda frutti di mare po koreańsku?

Co mają wspólnego: San Francisco, koreańskie metropolie i… ścierniska?

Bibimbab – jaki smakuje najlepiej?

Dlaczego dzieci hoduje się tu… na plecach?

Pierwsza taka książka o Korei, co nawet nieco dziwi, zważywszy, że to… Koreańczycy wynaleźli druk. Ale o tym… o tym przeczytajcie już sami!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 418

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Początek, czyli skąd się tu wziąłem

Przyjechałem 4 stycznia 2001 roku.

Gdy po tym, jak straciłem robotę w Polsce, Niemcy przyjęli moją aplikację i zaoferowali mi wyjazd do Korei – nie wahałem się ani chwili. Przemysł okrętowy u nas dogorywał. O przyczynach można by długo opowiadać, ale czy warto? Stało się, a że już wtedy widać było dość wyraźnie symptomy zbliżającego się upadku, to tym bardziej propozycja niemieckiej firmy była dla mnie ofertą, której – mając już pięćdziesiątkę na karku, dom na utrzymaniu i dwójkę dzieci na studiach – nie odważyłbym się odrzucić. Najpierw odbyłem półtoramiesięczne szkolenie w Hamburgu, a potem – w samolot i w nieznane!

Początki nie były łatwe.

Zaraz po Nowym Roku 2001 zacząłem się pakować, a 3 stycznia siedziałem już w samolocie. Najpierw do Frankfurtu, potem przesiadka do Seulu. Firma na takie długie trasy fundowała zawsze business class, więc podróż minęła całkiem przyjemnie.

Bez kłopotów w piątek 4 stycznia dotarłem do hotelu w Busan, gdzie firma zarezerwowała dla mnie pokój na executive floor (!). Bardzo przyjemny pokój w równie eleganckim hotelu Westin Chosun w dzielnicy Haeundae. Szef firmy na Koreę, Heinz Wagner, już podczas mojej podróży taksówką z lotniska zawiadomił mnie, że ma zamiar po pracy, wieczorem, wpaść do hotelu, by się wzajemnie poznać. Przyjechał ze swoją koreańską żoną późnym wieczorem i zaprosił mnie na kolację. Okazał się – jak zresztą mnie koledzy zapewniali jeszcze w Hamburgu – bardzo miłym starszym panem. Znał nawet parę słów po polsku. Podczas gdy czekaliśmy na nasze zamówienie, opowiadał historie z czasów, gdy bywał w Polsce, w biurze firmy w Szczecinie, a że były to lata 1980–1981, miał o czym opowiadać. Dla mnie ciekawe było usłyszeć, jak inni, z zewnątrz, widzieli ten nasz burzliwy okres Solidarności, strajków 1981 roku i stanu wojennego. Muszę powiedzieć, że starszy pan miał całkiem trzeźwy pogląd na tamte czasy i okazywał dużo sympatii dla naszych ówczesnych porywów. Wyraził na przykład przekonanie, że bez nich nie byłoby późniejszego połączenia Niemiec – co do dziś nie jest tak bardzo powszechne na Zachodzie. Opowiedział mi całkiem sporo o sobie, a to w naturalny sposób skłoniło i mnie do przekazania podobnych informacji. Co też chyba było celem całego spotkania. A okoliczności (restauracja hotelowa, dobre jedzenie, nieformalna atmosfera) znakomicie to ułatwiły. Żałowałem tylko, że nie mogłem w pełni cieszyć się tym wszystkim ze względu na dolegliwości żołądkowe, które zaczęły się jeszcze w kraju. W samolocie wszystko było właściwie w porządku: bez problemów przetrwałem całą podróż. Pozwoliłem sobie nawet jeść niemal wszystko i czułem się całkiem dobrze. Za to w hotelu... Oszczędźmy szczegółów. Zamiast wykwintnej kolacji zjadłem więc tylko gotowany ryż z warzywami i popiłem coca-colą. A szkoda, bo menu w restauracji było bardzo interesujące. Skończyliśmy około dziesiątej. Umówiliśmy się na następny dzień, na siódmą rano i tu zaskoczenie (niemal wpadłem w lekką panikę): mój samochód już stoi na hotelowym parkingu i jutro rano mam nim jechać z hotelu do biura, a potem na prom. Jak sobie przypomniałem jazdę z lotniska i ten potworny ruch na ulicach, to mnie ciarki przeszły. A tu trzeba będzie samemu jechać autem, którego nie znam, w nieznanym wielkim mieście, do tego wcześnie rano, zaraz po wschodzie słońca. Nawet jeśli za kimś, to i tak stres. Ale nie dałem nic po sobie poznać, jakby to był dla mnie chleb powszedni.

Na szczęście wszystko poszło gładko. Ranek nie był tak ciemny jak u nas o tej porze roku, hyundai accent nie sprawił żadnych problemów i choć poranny ruch był może nawet większy niż popołudniowy w dniu poprzednim, dojechaliśmy na miejsce bez przygód.

W biurze (centrala na Koreę) zostałem przedstawiony wszystkim obecnym akurat pracownikom i z grubsza wprowadzony w sprawy organizacyjne. O dwunastej odpłynąłem promem na wyspę. Prom okazał się niewielkim, szybkim katamaranem. W każdym razie niewielkim na oko, ale dość dużym, by oprócz ośmiu samochodów osobowych pomieścić dwieście osiemdziesiąt osób. Wiem na pewno, bo moje miejsce znajdowało się w najdalszym kącie i miało numer 280. Po trzech kwadransach podróży po w miarę spokojnym morzu byłem już na miejscu. Na przystani czekała na mnie sekretarka ze stoczniowego biura firmy i za jej samochodem dojechałem do stoczni. Po wstępnych czynnościach powitalno-organizacyjnych, późnym popołudniem, już po zmroku, jeden z kolegów tym samym sposobem doprowadził mnie na kwaterę.

Mieszkanie okazało się spore, co najmniej siedemdziesiąt metrów kwadratowych. Trzy sypialnie (duża z podwójnym łóżkiem i dwie maleńkie), pokój dzienny połączony z kuchnią, dwie łazienki: jedna większa, z wanną, i druga maleńka z toaletą i umywalką, przy dużej sypialni. W zasadzie było wszystko, czego potrzeba, choć wyposażenie kuchni okazało się więcej niż skromne. Były podstawowe urządzenia, ale brakowało rozmaitych drobiazgów, które – gdybym się zdecydował na gotowanie w domu – musiałbym dokupić. W salonie na niskiej szafce stał wielki telewizor (niestety same koreańskie programy plus Star World i Star Sport z Hongkongu po angielsku, bez CNN – więc bieda), pod telewizorem miniwieża, więc mogłem przynajmniej posłuchać muzyki z płyt, których kilka przywiozłem ze sobą, przede wszystkim moich ulubionych Pink Floydów. Obok wideo – tylko co na nim oglądać? Ogrzewanie i ciepłą wodę zapewniał gazowy podgrzewacz zainstalowany w loggii obok kuchni. Zastosowano ogrzewanie podłogowe i pokoje są niższe niż u nas, gdyż pod podniesioną o parę centymetrów podłogą zainstalowano rury ogrzewania, a ponadto na suficie jest dodatkowa izolacja, żeby nie było strat ciepła z ogrzewania podłogi piętro wyżej.

Fragment portu w Busan. Na pierwszym planie przystań promowa, nieco dalej po prawej przystań, z której odpływały promy na wyspę Geoje

Mieszkanie znajdowało się na jedenastym piętrze w jednym z trzech budynków miniosiedla, na samym brzegu zatoki. Po jej drugiej stronie widać było miasto i stocznię, statki w stoczni i zielone dachy stoczniowych hal na tle gór. Przy dobrej pogodzie widać było w zatoce liczne wysepki, pokręcone zatoki i półwyspy. Woda w zatoce bardzo przejrzysta, niestety, sporo śmieci przy brzegu i na dnie sprawiało dość przykre wrażenie. Zresztą i samo miasto, na ile byłem w stanie to ocenić, wydało się dość zaniedbane. Choć może to tylko takie wrażenie spowodowane kamienistym gruntem, który nawet bez śmieci wyglądał jak rozgrzebana budowa.

Trafiłem do stoczni Samsung Heavy Industries w Geoje. Tak naprawdę miejscowość nazywa się Shinhyeon, ale już wtedy mówiło się, że to jest Koje (kodże). Dawniej bowiem siedzibą władz administracyjnych wyspy była mała wioska po drugiej stronie pasma górskiego i ta właśnie wioska nazywała się Koje. Ale po wojnie administracja przeniosła się do Shinhyeon, miasteczka, które rozrosło się wraz z budową, rozbudową i rozwojem stoczni firmy Samsung i z rozpędu zaczęto miasteczko nazywać Koje. Dziś już oficjalnie jest to Geoje. Skąd różnica w nazwach? Ano dlatego, że Koreańczycy jeszcze w 2000 roku stosowali starszy system tak zwanej romanizacji zapisu języka koreańskiego, czyli zapisu czcionką łacińską i w tym systemie nazwa wyspy pisana była jako Koje. Brzmienie się nie zmieniło, dla nas i tak brzmiało to tak samo – kodże. Od 2000 roku natomiast wprowadzono nowy system (Revized Romanization – poprawiona romanizacja) i odtąd wiele nazw zmieniło się w oficjalnym zapisie łacińskim. I tak nazwę wyspy i miasta Koje zaczęto pisać jako Geoje, drugie co do wielkości miasto w Korei i wielki port Pusan zamienił się w Busan, wyspa Cheju na Jeju, i tak dalej.

Następnego dnia rano stawiłem się już normalnie do pracy. Dostałem biurko, pobrałem ubranie robocze, materiały biurowe i do czwartej, z piaskiem w oczach, próbowałem przyswoić wszystkie informacje organizacyjne, jakie mi przekazywano. Po podróży nie musiałem, mogłem dzień odczekać. Ale jeden z kolegów miał wyjechać na miesiąc na urlop i postanowiono, że ja mam go zastąpić. I to już od jutra! Spędziliśmy więc obaj pół dnia w stoczni, żeby wprowadzić mnie w sprawy. Większość tego czasu na zewnątrz. Było piekielnie zimno, choć pogoda była piękna: czyste niebo, słońce nawet dość wysoko i prawie bezwietrznie. Marzłem, choć włożyłem kombinezon na ubranie. Po powrocie do siebie zmogło mnie: zasnąłem na twardej kanapie w salonie i obudziłem się przed północą tylko po to, by umyć się w półprzytomnym widzie i walnąć do łóżka.

Za to następnego dnia niespodzianka: pogoda załamała się i jak zaczęło lać nocą, tak lało całą niedzielę. Miałem zamiar się przejść, ale w tych okolicznościach zrezygnowałem. Przejrzałem firmowe papiery, ustaliłem, co mam w poniedziałek pozałatwiać, dokończyłem czytanie gazet przywiezionych z kraju, napisałem list do domu.

Kolejnego dnia robiłem już inspekcje samodzielnie. Naganiałem się jak cholera. Pogoda nadal pod psem: lało z różnym natężeniem cały dzień i zrobiło się zimno i nieprzyjemnie. Ale przy odbiorach trzeba się tyle naganiać, że jak wróciłem przed lunchem do biura, to plecy miałem mokre. Oprócz ganiania dochodzi jeszcze gimnastyka: wspinanie się po drabinach lub elementach konstrukcji, chodzenie na czworakach lub w przysiadzie w rozmaitych zakamarkach lub czołganie się, tam gdzie się nie da wejść na czworakach. Bloki czy sekcje do odbioru są duże, czasem całe fragmenty dna podwójnego, burty czy grodzie wielkości jakieś piętnaście na piętnaście metrów i wysokie na kilka czy kilkanaście metrów. Do tego tutaj już na wstępnym etapie sekcji i bloków instaluje się wyposażenie, więc czasem trzeba się dodatkowo przeciskać między rurami, kablami, drabinkami czy barierami. Latarka w garści, kask opada na oczy – sama przyjemność.

Na pokładzie holownika po próbach morskich

Ze względu na deszcz odwołano część obiorów, ale to żadna ulga: jutro trzeba będzie odwalić i dzisiejszą, i jutrzejszą robotę. Kolega Adrian z Rumunii jednak nie wyjechał. Zaplanował sobie wyjazd w ten sposób, że miał dolecieć do Busan na lotnisko stoczniowym helikopterem, tymczasem ze względu na pogodę loty odwołano, prom z powodu sztormu też nie kursował, kolei na wyspie nie ma, a o autobusie nie pomyślał. Usłyszałem więc, jak dzwonił dokądś: „This is Robinson Cruzoe stacked on Koje Island”... Do końca tygodnia miałem więc nieco łatwiej. Adrian jako zastępca kierownika starał się wprowadzić mnie w sprawy jak najszybciej i najefektywniej. Był życzliwy i pomocny. Zresztą wszyscy deklarowali gotowość pomocy, choć przez moment atmosfera nie wydawała mi się dobra. Jeden z Niemców pierwszego dnia, gdy chodziło o to, które biurko ma być dla mnie, zaczął dużo i głośno gadać na temat konieczności ustalenia tego z kierownikiem (był jeszcze na urlopie) – „bo tu konieczne będą przeprowadzki i na razie nic nie wiadomo”. Odniosłem wrażenie, że się tu pożarli o to, kto które biurko ma zająć. Ale potem kierownik był już w pracy, biurko miałem przydzielone i wydawało się, że już wszystko gra. Ale miałem wrażenie, że pod powierzchnią tego spokojnego stawu wrze.

Wodowanie kadłuba statku w Stoczni Samsung, tu bez nadbudówki

Któregoś dnia wszystkie odbiory przed południem odbywały się u poddostawców. Było tego dużo, a ponadto w trzech różnych miejscach. Nie wyrobiliśmy się z robotą, tak by zdążyć na lunch do stoczni, i zostałem zaproszony do stołówki na terenie jednej z firm. To było moje pierwsze doświadczenie z kuchnią koreańską. Zupa jakaś taka porowo-cebulowa z ogromną ilością czosnku, ryż, wieprzowina w sosie pomidorowym z ostrą papryką i ziemniakami (mięso + sos + ziemniaki jako jedna potrawa), a do tego na stołach w salaterkach kapusta kimchi w dwóch rodzajach i jakieś suszone żyjątka morskie w sosie słodko-kwaśnym. Wszystko nawet zjadliwe, ale ostre jak diabli. Sztućce to tylko łyżka do zupy i stalowe pałeczki. Dość sprawnie udało się mi to wszystko skonsumować i nawet mi nie zaszkodziło. W stoczni prócz stołówki koreańskiej dla robotników była także „restauracja”, czyli taka bardziej europejska stołówka dla obcokrajowców. Żarcie w niej było dobre, zwykła international cuisine, a ponadto można było nałożyć sobie do woli. Wyboru właściwie nie było, bo cóż to za wybór między frytkami a ryżem? I tak większość z korzystających z tej stołówki nakładała sobie i tego, i tego. Można było się tam naprawdę najeść. Po takim lunchu nie byłem nawet specjalnie głodny wieczorem i na kolację starczała mi grzanka z dżemem i owoce. Tyle że kosztowało to równowartość sześciu dolarów. Koreańskie lunche były natomiast bezpłatne.

Na początku najbardziej dokuczała mi samotność. Prawda, koledzy mieli chyba tego świadomość i starali się włączać mnie w życie i rozrywki ekspatów, ale nie było to takie proste. Kontakt z rodziną w kraju był utrudniony, Internet jeszcze wtedy nie działał za dobrze, listy szły co najmniej dwa tygodnie, a telefony były drogie.

Okazało się także, że moje przeczucia co do stosunków w biurze były trafne. W tamtym czasie w naszym biurze na osiemnastu zatrudnionych było osiem narodowości. Jak zwykle w takim środowisku wystarczy, że trafi się jeden z trudnym charakterem (mówiąc łagodnie), aby zepsuć humory wszystkim. Był tam ktoś taki, co gorsza – po pewnym czasie został kierownikiem biura. Zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. A ja byłem zatrudniony jako freelancer, kontrakt był terminowy, na rok i prawie do końca tego okresu nie byłem pewien, czy firma zatrudni mnie na stałe czy nie. Niepewność jutra, złe stosunki w pracy, potem jeszcze kłopoty rodzinne – lekko nie było.

Co się gapisz, człowieku?

Ale szczęście mi dopisało, po dwóch latach przeniesiono mnie do biura w Ulsan, gdzie stosunki między pracownikami okazały się o wiele lepsze, po prostu normalne i gdzie przepracowałem kolejne siedem lat. Potem jeszcze dwa lata w firmach armatorskich.

• • •

Byłem w Korei Południowej, w Ulsan, już dwa lata wcześniej. Krótko, tylko dwa tygodnie, tylko w jednym miejscu, bez samochodu no i – naturalnie – w celach służbowych. Nie miałem więc czasu ani możliwości na zwiedzanie i zapoznawanie się z krajem. Podczas tego krótkiego pobytu i za sprawą pierwszych, powierzchownych obserwacji miałem nieodparte wrażenie podobieństwa między Polską i Koreą. Miejskie blokowiska całkiem jak warszawski Ursynów czy gdańska Żabianka, osiedlowe sklepy jak u nas, tyle że te koreańskie z marką Hyundai czy Lotte. McDonald’s, KFC czy Pizza Hut – jak wszędzie na świecie, i jeszcze te same marki ciuchów w miejscowym markecie. Ale to wrażenie podobieństwa było tylko chwilowe i tylko na początku. Różnice były oczywiste.

Za to przez całe jedenaście lat, które spędziłem w Korei, wracało to do mnie, już jako retoryczne, niestety, pytanie: dlaczego tu jest to (a w tym „to” mieści się mnóstwo rzeczy, niby takich samych czy podobnych i w Polsce, i w Korei, a jednak różnych) możliwe, a u nas nie?

To pytanie będzie tu często powracać.

Dwoje na zakręcie, czyli skąd się tu wzięła Małgosia

Poznaliśmy się w Internecie.

Poznali? Czy można się poznać w Internecie? W wirtualnej rzeczywistości, w której każdy może odgrywać dowolną rolę? Facet może się logować jako nastoletnia panienka, student może udawać panią poszukującą przygód. Gazety pełne są opisów internetowych oszustw i oszustów.

A jednak...

Od kilku miesięcy pisywaliśmy do siebie długie listy, najpierw za pośrednictwem portaliku dla pięknoduchów założonego przez pewną panią z Krakowa, tam się ścięliśmy lekko z powodu jakiejś wpadki językowej Małgosi. Delikatnie i grzecznie zwróciłem jej uwagę, ona odburknęła niezachęcająco, więc ja z uśmiechem odpowiedziałem coś miłego. To ją podobno uwiodło – że się nie zamieniłem w pyskacza.

Potem już korespondowaliśmy z własnych adresów mailowych.

Od pierwszych listów, nie wiadomo jak właściwie, wytworzyła się między nami atmosfera szczerości. Oboje – pamiętając o internetowych pułapkach – mieliśmy jednak przekonanie o prawdziwości rozmówcy. Ona szybko, po kilku mailach, ujawniła swoją tożsamość. Ja – choć już wiedziałem, kim ona jest i miałem przekonanie, że jest dyskretna – nie potrafiłem się zdobyć na tak dalece idącą szczerość. Jakoś jej to nie przeszkadzało.

Byłem jej wdzięczny za te listy, za możliwość opowiedzenia komuś o moich problemach. Znalazł się sposób, taka przykrywka, gra. Mówiłem, że to jest moja psychoterapia, ona cierpliwie odpowiadała na moje: „Marianno, czy to normalne”, tak jak odpowiadałby prawdziwy psychoterapeuta swemu pacjentowi. Skąd Marianna? No cóż, ja w necie byłem „Siwy”, ona była „Marianną”.

Oboje nie zdawaliśmy chyba sobie sprawy z bliskości, jaka się przez tę wymianę listów, doświadczeń, myśli i uczuć między nami wytworzyła. Ona nie brała mnie pod uwagę jako mężczyzny do flirtu. Ja korespondowałem równocześnie z kilkoma paniami, zadając im podobne pytania. Chciałem poznać odpowiedzi z różnych źródeł. Po trzydziestu latach życia w burzliwym związku, z którego zdecydowałem się wreszcie wyrwać, naprawdę chciałem wiedzieć, jakie zachowania między partnerami mogą być uznane za normalne, a jakie nie. Pomysł z psychoterapią nie był znów tak odległy od rzeczywistości. Terapia była mi naprawdę potrzebna.

Nie szukaliśmy siebie nawzajem na tych naszych zakrętach. Ona miała swój układ, o którym myślała, że jest już na stałe, że nie ma sensu się z niego wyrywać. Ja niby szukałem, ale sam tak do końca nie wiedziałem czego. Najbardziej chyba tylko tych odpowiedzi na temat normalności w związku. Kobietom nie bardzo ufałem. Bałem się, że mogę trafić z deszczu pod rynnę.

Był jednak jakiś magnes w naszej korespondencji, który powodował, że się nie tylko utrzymała, ale stawała się coraz bardziej otwarta i wciąż tak samo szczera, jak na początku.

Wiedziałem, że napisała dwie książki. Postanowiłem skorzystać z pretekstu i zaaranżować spotkanie przy okazji jakiegoś jej wieczoru autorskiego, podpisywania właśnie wydanej książki. Nie chciałem, żeby wyglądało to na typową randkę. Przecież nie myśleliśmy o sobie w tych kategoriach! Ona była z kimś (choć akurat się urwało), ja miałem umówione inne spotkanie. Oboje byliśmy siebie ciekawi – ja z pewnością – ale na moje pytania o jej spotkania autorskie planowane w czasie mojego urlopu dawała z początku dość wykrętne odpowiedzi.

Okazja jednak sama się pojawiła, szykował mi się urlop w Polsce, a wydawnictwo zorganizowało w tym czasie jej spotkanie z czytelnikami w Poznaniu. Po kolejnym moim pytaniu zdecydowała się. Podała czas, miejsce, kontakt. Ucieszyłem się, a moja ciekawość wzrosła. Poznań był po drodze na południe kraju, gdzie miałem zaplanowaną wizytę u rodziny. Kupiłem obie książki, byłem ich autentycznie ciekaw, a poza tym miałem przecież przyjechać po autograf.

Wakacyjna niedziela w Poznaniu, 15 sierpnia, święto Wojska Polskiego, tłumy ludzi od rana, na rynku i w jego okolicach gwar, ruch, pstrykanie aparatów fotograficznych. Postanowiłem zajrzeć do wydawnictwa, adres znalazłem w jednej z książek, w księgarni poprosiłem o plan miasta. Znalazłem na planie ulicę, była blisko rynku. Poszedłem szukać siedziby wydawnictwa. W ciasnym podwórku otoczonym kamienicami trafiłem na zamknięte drzwi, żywego ducha wokół. Przysłaniając oczy, zajrzałem przez szybę: pusto, tylko na podłodze stos paczek z książkami. Nie byłem rozczarowany, niedziela, do tego święto, trudno się spodziewać, że już z samego rana ktoś będzie w firmie, tym bardziej że spotkanie zaplanowano dopiero na późne popołudnie. Poszedłem w kierunku bramy, z postanowieniem, że po prostu pojawię się później, na spotkaniu. Skręcałem już w ulicę, gdy zaczepiła mnie młoda kobieta.

– Czy mogę panu pomóc?

– Nie wiem, przyjechałem tu na spotkanie autorskie, chciałem w wydawnictwie dowiedzieć się szczegółów.

– A skąd pan przyjechał?

– Z bardzo daleka, kilkanaście tysięcy kilometrów – odpowiedziałem, uśmiechając się pod wąsem, chciałem chyba wywrzeć na niej wrażenie.

Osłupiałem, słysząc w odpowiedzi, że ona przyszła tu z mojego powodu, że autorka ją o to poprosiła, wiedząc, że mam się zjawić. Podałem jej mój numer telefonu, zapisała pod moim internetowym nickiem, Siwy. Wciąż przecież w korespondencji nie podałem nawet swego imienia! Rozstaliśmy się po chwili.

Poszedłem za oddziałem konnych żołnierzy w historycznych mundurach sprzed wojny, krążącym po uliczkach wokół rynku, wyjąłem z torby aparat i próbowałem ustrzelić jakąś ciekawą sytuację. Nie mogłem się jednak skoncentrować, wokół gęstniały tłumy, na rynku zaczęły się występy grup folklorystycznych. Zastanawiałem się, co ze sobą zrobić, było dopiero południe i koziołki na ratuszu dawały przedstawienie. Jej pociąg miał przyjechać o szesnastej, spotkanie zaplanowane było na osiemnastą. Przez chwilę zastanawiałem się, czy może powinienem do niej zadzwonić, miałem przecież numer jej komórki. Doszedłem jednak do wniosku, że pewnie będzie miała jakieś obowiązki, rozmowy lub spotkania zawodowe, i postanowiłem, że po prostu zjawię się punktualnie na spotkaniu. Stanę w kolejce z książkami w garści, wygłoszę przygotowaną prośbę o autograf, a potem... będzie, co ma być.

Poznania nie znałem. Poza przejazdami samochodem przy różnych okazjach oraz krótką wizytą przed laty, gdy byłem w pobliżu na studenckim obozie jeździeckim, nigdy miasta nie zwiedzałem. Poszedłem na Ostrów Tumski, postanowiłem zwiedzić katedrę, obszedłem wnętrze bocznymi nawami. Akurat trwało nabożeństwo, ksiądz rozpoczął kazanie. Słuchałem przez chwilę z ciekawością, co Kościół ma do powiedzenia wiernym w tym dniu. Okazało się, że nic szczególnego, nic, co wiązałoby się ze świętem. Pater ględził coś tak ogólnego, że trudno było odnaleźć w tym jakiekolwiek przesłanie. Wyszedłem.

Włóczyłem się po mieście, starając się nie myśleć o nadchodzącym spotkaniu. Zgłodniałem, więc zjadłem obiad w restauracji w pobliżu rynku. Zastanawiałem się przez chwilę, czy może lepiej poczekać na wspólną kolację. Ale przecież nie wiedziałem, co się zdarzy, czy w ogóle będzie jakaś kolacja. Może dostanę te swoje autografy w obu książkach i po chwili zdawkowej rozmowy po prostu się rozstaniemy?

Tak dotrwałem do osiemnastej. Znalazłem salę, przy wejściu na trójnogu plakat „Spotkanie autorskie...”. Wchodziłem trochę z duszą na ramieniu, nigdy mi się nic takiego nie zdarzyło. Owszem, spotkałem się wcześniej z kimś poznanym przez internet, ale to była zupełnie inna historia, kilka listów zaledwie, głównie na temat wspólnych zainteresowań fotograficznych. No i żadnej fascynacji. Tym razem było inaczej. Byłem zafascynowany jej osobowością, bardzo ciekaw, jaką okaże się osobą, wobec której żywiłem nadspodziewanie ciepłe uczucia, choć wiedziałem o niej tylko tyle, ile zechciała opowiedzieć w listach.

Duża sala, mnóstwo krzeseł, niewielu gości. Na końcu, na tle okien oświetlonych zniżającym się już ku zachodowi słońcem, stał stół, na nim bukiet kwiatów. Za stołem siedziała autorka i podpisywała podsuwane jej egzemplarze książek. Silne światło z okien za nią powodowało, że z daleka nie widziałem zbyt wyraźnie jej twarzy. Na nieco miękkich nogach podszedłem bliżej, do pierwszego rzędu, torbę fotograficzną zostawiłem na krześle, a z książkami w ręku stanąłem w kolejce po autograf. Uśmiechała się, mówiła coś do osób podsuwających książki do podpisu. Uśmiechnąłem się i ja. Wyglądała jak na zdjęciach, które mi przysłała. Z lekką nadwagą, w okularach bez oprawek, sympatyczna. No i ten pieprzyk pod dolną wargą...

Przyszła moja kolej, podałem książki, a moje od dawna przygotowane „Czy mogę prosić o autograf dla Siwego?” zostało bez odpowiedzi, gdy ona po prostu wstała, objęła mnie na powitanie. Powiedziała tylko: „To ty...”. Uścisnąłem ją. Nie mogłem wykrztusić słowa. Spokojnie wpisała dedykacje w książkach, a ja stałem, wciąż się uśmiechając. Pewnie nie był to uśmiech zbyt mądry.

Spotkanie jak spotkanie. Kilkanaście osób, głównie kobiety. Prowadząca pani wygłosiła kilka słów wstępu, zadała kilka pytań na rozgrzewkę. Padło i to, które sam sobie naszykowałem, na temat związku bohaterki książki z jej autorką. Strzeliłem parę fotek bez większej nadziei, że coś z tego wyjdzie, za silne było światło z tych okien. Z sali zadano jeszcze kilka pytań. Odpowiadała na nie ze swadą. Widać było, że pytania musiały się powtarzać na innych spotkaniach, bo odpowiadała spokojnie, bez namysłu, jakby miała gotowe odpowiedzi. Nie byłbym sobą, gdybym i ja się nie odezwał. Na szczęście niczego głupiego nie palnąłem... chyba...

Gospodarze raczej się nie spodziewali, że zaproszona przez nich autorka tak gładko się wykręci od ich opieki na resztę wieczoru. Wyszliśmy razem.

Uprzytomniłem sobie, że wciąż się jej nie przedstawiłem. Przeprosiłem i podałem imię i nazwisko, w stylu Bonda. Roześmiała się.

Pokręciliśmy się chwilę po rynku w poszukiwaniu cichego kąta, gdzie można by spokojnie porozmawiać. Wybraliśmy stolik częściowo ukryty za jakimś iglakiem, coś tam zamówiliśmy. Zastanawiałem się przez moment, czy mogę sobie pozwolić na drinka, już zadzwoniłem do rodziny, że dojadę do nich przed północą. Spodziewałem się, że za dwie czy trzy godziny moja „randka nierandka” się skończy. Zamówiłem jednak piwo, pomyślałem, że ostatecznie znajdę przecież jakiś hotel w pobliżu i pojadę dalej następnego dnia. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy. Przyglądałem się jej uważnie, słuchałem tego, co mówi. Była spokojna, zrównoważona, ciepła. Było mi dobrze w jej towarzystwie, poddałem się temu nastrojowi i już nie myślałem o dalszej podróży.

Czas mijał, zjedliśmy, wypiliśmy i wciąż rozmawialiśmy. Ani się obejrzałem, jak zrobiło się bardzo późno. Rozsądek mi mówił, że powinienem przeprosić, przerwać to spotkanie i zacząć szukać noclegu. Ale było tak przyjemnie, a ona wydawała się cieszyć z tego wieczoru nie mniej ode mnie. Rozsądek jednak zwyciężył, powiedziałem coś o hotelu i że robi się późno. Zaproponowała hotel, w którym wydawnictwo zapewniło jej nocleg. Zapytałem, czy będą mieli wolny pokój. Powiedziała, że nie ma sprawy, że mogę przenocować w jej pokoju. Zabrzmiało to tak naturalnie, że zdobyłem się tylko na nieprzekonującą wątpliwość, czy to wypada. Jednak wewnątrz czułem tych wątpliwości więcej. Jak to zaproszenie potraktować? W końcu oboje jesteśmy dorośli, razem spędzona noc byłaby (zgodnie z literackimi czy hollywoodzkimi schematami) normalnym zakończeniem wieczoru. Ale to nie Hollywood – co, jeżeli ona tego nie oczekuje? A co, jeśli jednak oczekuje, a ja nic nie zrobię? Postanowiłem, że będę gotów na każdy rozwój wypadków.

Jej pokój w hotelu całkiem zwyczajny, dwa oddzielne łóżka, szafki nocne, lampki nad łóżkami. Kompletnie nie wiedziałem, jak się zachować, więc po prostu zachowywałem się tak, jakby taka sytuacja była dla mnie chlebem powszednim, nie dziwiłem się niczemu. Kolejno wzięliśmy prysznic i znaleźliśmy się każde w swoim łóżku. Rozmawialiśmy.

Na drugi dzień rano ruszyłem na południe.

Ciąg dalszy nastąpił…

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Burda NG Polska Sp. z o.o. Sp. Komandytowa Licencjobiorca National Geographic Society ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa

© Copyright for the edition branded National Geographic Society © 2016 National Geographic. All rights reserved © 2016 Copyright for the text and photos by Małgorzata Kalicińska, Vlad Miller

Burda NG Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa. 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15 Dział handlowy: tel. (48) 22 360 38 38 fax (48) 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. (48) 22 360 37 77

Redakcja: Redaktornia.com Korekty: Bożenna i Janusz Sigismundowie/Melanż Projekt graficzny okładki i makiety oraz skład i łamanie: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl Redaktor prowadząca: Agnieszka Radzikowska Redaktor techniczny: Mariusz Teler Zdjęcia: archiwum prywatne autorów, Shutterstock, Getty Images Zdjęcia na stronach 205, 218, 231-233, 249, 251, 307, 317 dzięki uprzejmości Ewy i Ryszarda Felskich (www.drawgraf.pl)

ISBN: 978-83-7596-690-9

Pisownię nazw miejsc geograficznych autorzy stosują zgodnie z zasadami KOMISJI STANDARYZACJI NAZW GEOGRAFICZNYCH POZA GRANICAMI POLSKI przy Głównym Geodecie Kraju, NAZEWNICTWO GEOGRAFICZNE ŚWIATA, Zeszyt 9, Azja Wschodnia, 2006, system MOE, w Korei Południowej określony jako Revised Romanization i obowiązujący od 2000 roku.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: [email protected]