Dom w Riverton - Kate Morton - ebook
Opis

Latem 1924 roku, w wieczór hucznego przyjęcia z udziałem miejscowej śmietanki towarzyskiej,
przyjaciel rodziny Hartfordów, młody poeta Robbie Hunter, odbiera sobie życie na brzegiem jeziora sąsiadującego z należącą do nich rezydencją w Riverton. W następstwie tragedii drogi życiowe dwóch mieszkających tam sióstr Hartford – Hannah i Emmeline, jedynych świadków zdarzenia –
rozejdą się na zawsze; siostry już nigdy się nie spotkają, nie zamienią ze sobą słowa. Zapomniana przez historię zagadka śmierci Robbiego powraca nieoczekiwanie kilkadziesiąt lat poźniej. Młoda reżyserka Ursula Ryan, spokrewniona przez prababkę z siostrami Hartford, nawiązuje kontakt z Grace Bradley, która w młodości pracowała jako służąca w Riverton, a obecnie dożywa swoich ostatnich dni w domu opieki. Staruszka ma pomóc jej w odtworzeniu okoliczności samobójstwa poety, o którym Ursula kręci film dokumentalny. W pamięci Grace budzą się duchy przeszłości, odżywają wspomnienia zepchnięte w najgłębsze zakamarki umysłu. Czy prawda o dramatycznych wydarzeniach sprzed 75 lat, o skomplikowanych relacjach uczuciowych łączących kiedyś Emmelinę i Hannah z Robbiem Hunterem, ujrzy ostatecznie światło dzienne?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 690

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydanie elektroniczne

KATE MOR­TON

Współ­cze­sna pi­sar­ka au­stra­lij­ska, od naj­młod­szych lat za­ko­cha­na w książ­kach i te­atrze. Ukoń­czy­ła z wy­róż­nie­niem Uni­ver­si­ty of Qu­een­sland, uzy­sku­jąc dy­plom z li­te­ra­tu­ry an­giel­skiej. Obec­nie przy­go­to­wu­je pra­cę dok­tor­ską. Au­tor­ka 4 be­st­sel­le­ro­wych po­wie­ści wy­da­nych w 39 kra­jach i wy­bra­nych Po­wie­ścia­mi Roku w Au­stra­lii – Dom w Ri­ver­ton, Za­po­mnia­ny ogród, Mil­czą­cy za­mek i Straż­nik ta­jem­nic Szcze­gól­ną po­pu­lar­no­ścią Mor­ton cie­szy się w ro­dzin­nym kra­ju oraz w Hisz­pa­nii, Niem­czech, Wiel­kiej Bry­ta­nii, USA i we Wło­szech. Pra­wa fil­mo­we do Za­po­mnia­ne­go ogro­du ku­pi­ła fir­ma pro­du­cenc­ka Clin­ta Eastwo­oda.

www.ka­te­mor­ton.com

Tej au­tor­ki

DOM W RI­VER­TON

ZA­PO­MNIA­NY OGRÓD

MIL­CZĄ­CY ZA­MEK

STRAŻ­NIK TA­JEM­NIC

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE SHI­FTING FOG

Co­py­ri­ght © Kate Mor­ton 2006

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Anna Gra­lak 2007

Ilu­stra­cja na okład­ce: Da­niel Mur­tagh/Tre­vil­lion Ima­ges

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-099-1

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Da­vi­na,

któ­ry trzy­ma mnie za rękę

pod­czas jaz­dy rol­ler­co­aste­rem

CZĘŚĆ PIERWSZA

Duchy przeszłości

Ze­szłe­go li­sto­pa­da przy­śnił mi się kosz­mar.

Mie­li­śmy rok 1924 i zno­wu by­łam w Ri­ver­ton. Wszyst­kie drzwi pro­wa­dzą­ce na ta­ras zo­sta­ły po­otwie­ra­ne, a je­dwab­ne za­sło­ny uno­si­ły się w po­wie­wach let­niej bry­zy. Wy­so­ko na wzgó­rzu, pod sta­rym klo­nem, sta­ła or­kie­stra. Otu­lo­ne cie­płem skrzyp­ce le­ni­wie gra­ły ja­kąś me­lo­dię. Po­wie­trze roz­brzmie­wa­ło do­no­śnym śmie­chem i brzę­kiem krysz­ta­ło­wych kie­lisz­ków, a nie­bo mia­ło ten od­cień głę­bo­kie­go błę­ki­tu, któ­re­go w cza­sach woj­ny nikt nie spo­dzie­wał się uj­rzeć po­now­nie. Je­den z lo­ka­jów, odzia­ny w ele­ganc­ki czar­no-bia­ły frak, na­le­wał szam­pa­na do kie­lisz­ka usta­wio­ne­go na szczy­cie szkla­nej wie­ży, a wszy­scy wo­kół kla­ska­li, urze­cze­ni tym wspa­nia­łym mar­no­traw­stwem.

Jak to bywa w snach, zo­ba­czy­łam rów­nież samą sie­bie. Prze­cha­dza­łam się wśród go­ści. Szłam wol­no, znacz­nie wol­niej niż w praw­dzi­wym ży­ciu, a wszy­scy wo­kół zle­wa­li się w jed­ną nie­wy­raź­ną gma­twa­ni­nę je­dwa­biu i ce­ki­nów.

Szu­ka­łam ko­goś.

Wte­dy oto­cze­nie się zmie­ni­ło i zna­la­złam się w po­bli­żu let­nie­go dom­ku – tyl­ko że to wca­le nie był let­ni do­mek w Ri­ver­ton, to by­ło­by nie­moż­li­we. Nie był to wspa­nia­ły nowy bu­dy­nek za­pro­jek­to­wa­ny przez Ted­dy’ego, lecz sta­ra ru­ina po­ro­śnię­ta blusz­czem, któ­ry wspi­nał się po mu­rach, wpy­chał się przez okna i opla­tał fi­la­ry.

Ktoś mnie wo­łał. Ja­kaś ko­bie­ta o zna­jo­mym gło­sie; do­bie­gał zza bu­dyn­ku, znad brze­gu je­zio­ra. Ze­szłam z pa­gór­ka, mu­ska­jąc dłoń­mi naj­wyż­sze źdźbła trzci­ny. Nad brze­giem ku­ca­ła ja­kaś po­stać.

To była Han­nah, ubra­na w suk­nię ślub­ną upstrzo­ną pla­ma­mi bło­ta, któ­re przy­war­ło do ha­fto­wa­nych róż. Spoj­rza­ła na mnie, a kie­dy jej twarz wy­nu­rzy­ła się z cie­nia, zo­ba­czy­łam, że jest prze­raź­li­wie bla­da. Jej głos zmro­ził mi krew w ży­łach.

– Spóź­ni­łaś się. – Wska­za­ła na moje dło­nie. – Spóź­ni­łaś się.

Spoj­rza­łam na dło­nie, moje mło­de dło­nie po­kry­te ciem­nym bło­tem, i uj­rza­łam spo­czy­wa­ją­ce w nich sztyw­ne i zim­ne cia­ło mar­twe­go psa.

*

Oczy­wi­ście wiem, co wy­wo­ła­ło ten sen. Wy­wo­łał go list tej re­ży­ser­ki. Ostat­nio nie do­sta­ję zbyt wie­lu li­stów: od cza­su do cza­su przy­cho­dzi ja­kaś pocz­tów­ka od su­mien­nej przy­ja­ciół­ki prze­by­wa­ją­cej na wa­ka­cjach, zdaw­ko­we pi­smo z ban­ku, w któ­rym lo­ku­ję oszczęd­no­ści, za­pro­sze­nie na chrzci­ny ja­kie­goś ma­leń­stwa, któ­re­go ro­dzi­ce – co za­uwa­żam z prze­ra­że­niem – już daw­no prze­sta­li być dzieć­mi.

List od Ur­su­li przy­szedł pod ko­niec li­sto­pa­da, we wto­rek rano, i Sy­lvia przy­nio­sła go, kie­dy wpa­dła po­słać łóż­ko. Unio­sła po­gru­bio­ne kred­ką brwi i po­ma­cha­ła ko­per­tą.

– Oto dzi­siej­sza pocz­ta. Są­dząc po znacz­ku, to coś ze Sta­nów. Może od two­je­go wnu­ka? – Jej lewa brew wy­gię­ła się w znak za­py­ta­nia, a głos zni­żył się do ochry­płe­go szep­tu. – Okrop­na spra­wa. Po pro­stu okrop­na. A to taki miły mło­dy czło­wiek.

Kie­dy Sy­lvia cmo­ka­ła z nie­za­do­wo­le­niem, po­dzię­ko­wa­łam jej za list. Lu­bię Sy­lvię. Jest jed­ną z nie­wie­lu osób, któ­re pod zmarszcz­ka­mi na mo­jej twa­rzy po­tra­fią doj­rzeć ukry­tą w środ­ku dwu­dzie­sto­lat­kę. Mimo to nie daję się wcią­gnąć w roz­mo­wę o Mar­cu­sie.

Po­pro­si­łam ją, aby roz­su­nę­ła za­sło­ny, a ona na chwi­lę za­ci­snę­ła usta, po czym prze­szła do ko­lej­ne­go ze swo­ich ulu­bio­nych te­ma­tów: s świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia, spu­sto­sze­nia, ja­kie wy­wo­ła wśród ar­tre­tycz­nych pod­opiecz­nych. We wła­ści­wych chwi­lach udzie­la­łam od­po­wie­dzi, lecz moje my­śli krą­ży­ły wo­kół ko­per­ty spo­czy­wa­ją­cej na ko­la­nach. Za­sta­na­wiał mnie kan­cia­sty cha­rak­ter pi­sma, za­gra­nicz­ne znacz­ki i sfa­ty­go­wa­ne kra­wę­dzie, któ­re świad­czy­ły o dłu­giej po­dró­ży.

– A może ci go prze­czy­tać? – za­pro­po­no­wa­ła Sy­lvia, z za­pa­łem na­da­jąc po­dusz­kom po­żą­da­ny kształt. – Dam two­im oczom tro­chę od­po­cząć.

– Nie. Dzię­ku­ję. Ale mo­gła­byś po­dać mi oku­la­ry.

Kie­dy wy­szła, obie­cu­jąc, że po skoń­cze­niu ob­cho­du wró­ci i po­mo­że mi się ubrać, drżą­cy­mi dłoń­mi ostroż­nie wy­ję­łam list z ko­per­ty, za­sta­na­wia­jąc się, czy wnuk wresz­cie po­sta­no­wił wró­cić do domu.

Jed­nak list wca­le nie był od Mar­cu­sa. Na­pi­sa­ła go ja­kaś mło­da ko­bie­ta, któ­ra krę­ci­ła film o prze­szło­ści. Chcia­ła, że­bym rzu­ci­ła okiem na sce­no­gra­fię, przy­po­mnia­ła so­bie rze­czy i miej­sca z daw­nych cza­sów. Jak gdy­bym przez całe ży­cie nie uda­wa­ła, że wy­ma­za­łam je z pa­mię­ci.

Zi­gno­ro­wa­łam ten list. Ci­cho i ostroż­nie zło­ży­łam go z po­wro­tem i wsu­nę­łam w książ­kę, któ­rą już daw­no prze­sta­łam czy­tać. A póź­niej ode­tchnę­łam. Nie po raz pierw­szy przy­po­mi­na­no mi o tym, co za­szło w Ri­ver­ton po­mię­dzy Rob­biem a sio­stra­mi Hart­ford. Pew­ne­go razu zo­ba­czy­łam koń­ców­kę fil­mu do­ku­men­tal­ne­go o po­etach z okre­su woj­ny, któ­ry Ruth oglą­da­ła w te­le­wi­zji. Kie­dy na ekra­nie po­ja­wi­ła się twarz Rob­bie­go w to­wa­rzy­stwie na­zwi­ska wy­pi­sa­ne­go drob­ną czcion­ką u dołu ekra­nu, po­czu­łam, jak prze­cho­dzą mnie ciar­ki. Lecz nic się nie sta­ło. Ob­li­cze Ruth na­wet nie drgnę­ło, nar­ra­tor mó­wił da­lej, a ja wró­ci­łam do wy­cie­ra­nia ta­le­rzy po obie­dzie.

In­nym ra­zem, kie­dy czy­ta­łam ga­ze­tę, mój wzrok przy­ku­ło zna­jo­me na­zwi­sko umiesz­czo­ne po­śród re­cen­zji w pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym. Har­mo­no­gram ob­cho­dów sie­dem­dzie­się­cio­le­cia bry­tyj­skiej ki­ne­ma­to­gra­fii. Za­pa­mię­ta­łam go­dzi­nę pro­jek­cji i z ło­mo­czą­cym ser­cem za­sta­na­wia­łam się, czy od­wa­żę się to obej­rzeć. Osta­tecz­nie za­snę­łam, za­nim pro­gram do­biegł koń­ca. Było tam bar­dzo nie­wie­le na te­mat Em­me­li­ne. Kil­ka zdjęć z re­klam, z któ­rych żad­ne nie od­da­wa­ło jej praw­dzi­we­go pięk­na, i ury­wek jed­ne­go z jej nie­mych fil­mów, Ro­mans We­nus, w któ­rym wy­glą­da­ła bar­dzo dziw­nie: mia­ła za­pad­nię­te po­licz­ki i po­ru­sza­ła się sztyw­no jak ma­rio­net­ka. Nie wspo­mnia­no o in­nych fil­mach, o tych, któ­re gro­zi­ły wiel­kim skan­da­lem. Chy­ba w dzi­siej­szych cza­sach swo­bo­da sek­su­al­na i roz­wią­złość nie wy­wo­łu­ją już żad­ne­go po­ru­sze­nia.

Jed­nak cho­ciaż po­dob­ne wspo­mnie­nia na­wie­dza­ły mnie wcze­śniej, list Ur­su­li był inny. Po raz pierw­szy od prze­szło sie­dem­dzie­się­ciu lat ktoś sko­ja­rzył z tymi wy­da­rze­nia­mi mnie, przy­po­mniał so­bie, że tam­te­go lata w re­zy­den­cji Ri­ver­ton prze­by­wa­ła mło­da ko­bie­ta na­zwi­skiem Gra­ce Re­eves. Przez to w ja­kiś spo­sób po­czu­łam się bez­bron­na, wy­ob­co­wa­na. Win­na.

Nie. By­łam nie­wzru­szo­na. Ten list miał po­zo­stać bez od­po­wie­dzi.

I rze­czy­wi­ście: nie od­pi­sa­łam.

Za­czę­ły się jed­nak dziać róż­ne rze­czy. Wspo­mnie­nia, daw­no we­pchnię­te w naj­ciem­niej­sze za­ka­mar­ki mo­je­go umy­słu, za­czę­ły wy­do­sta­wać się stam­tąd przez szcze­li­ny. Za­czę­ły po­ja­wiać się wy­raź­ne ob­ra­zy, nie­zwy­kle ostre, jak gdy­by od cza­su ich za­ist­nie­nia wca­le nie upły­nę­ło całe moje ży­cie. A po tych pierw­szych nie­śmia­łych kro­plach na­stą­pił praw­dzi­wy po­top. Całe roz­mo­wy, sło­wo w sło­wo, z każ­dym szcze­gó­łem. Ko­lej­ne sce­ny roz­gry­wa­ły się jak w fil­mie.

Za­sko­czy­łam samą sie­bie. Cho­ciaż mole wy­gry­zły dziu­ry w pa­mię­ci nie­daw­nych zda­rzeń, oka­za­ło się, że od­le­gła prze­szłość jest ja­sna i wy­raź­na. Ostat­nio te du­chy daw­nych cza­sów od­wie­dza­ją mnie do­syć czę­sto i ze zdzi­wie­niem spo­strze­gam, że nie­zbyt mi to prze­szka­dza. Na pew­no nie tak bar­dzo, jak się oba­wia­łam. Wręcz prze­ciw­nie: zja­wy, przed któ­ry­mi ucie­ka­łam całe ży­cie, sta­ły się dla mnie nie­mal czymś w ro­dza­ju po­cie­sze­nia, czymś god­nym ocze­ki­wa­nia, jak je­den z se­ria­li, o któ­rych bez prze­rwy mówi Sy­lvia, kie­dy po­spiesz­nie wy­ko­nu­je swo­je obo­wiąz­ki, aby móc obej­rzeć ko­lej­ny od­ci­nek w głów­nym holu. Chy­ba za­po­mnia­łam, że po­śród tego mro­ku były rów­nież ja­sne chwi­le.

Gdy w ubie­głym ty­go­dniu przy­szedł dru­gi list, w ko­per­cie opa­trzo­nej tym sa­mym kan­cia­stym pi­smem i na­pi­sa­ny na ta­kim sa­mym de­li­kat­nym pa­pie­rze, wie­dzia­łam, że się zgo­dzę, że spoj­rzę na tę sce­no­gra­fię. Po­czu­łam za­in­te­re­so­wa­nie, a to nie zda­rzy­ło mi się już od do­syć daw­na. Nie­wie­le rze­czy jest w sta­nie wzbu­dzić cie­ka­wość u dzie­więć­dzie­się­cio­ośmio­let­niej sta­rusz­ki, lecz mimo to chcia­łam po­znać tę Ur­su­lę Ryan, któ­ra za­mie­rza­ła wskrze­sić ich wszyst­kich z mar­twych i z taką pa­sją trak­to­wa­ła hi­sto­rię ich ży­cia.

Za­tem na­pi­sa­łam do niej list, po­pro­si­łam Sy­lvię, żeby go wy­sła­ła, i umó­wi­ły­śmy się na spo­tka­nie.

Salon

Moje wło­sy, któ­re za­wsze były ja­sne, te­raz są śnież­no­bia­łe i bar­dzo, bar­dzo dłu­gie. Poza tym są de­li­kat­ne i z każ­dym mi­ja­ją­cym dniem wy­da­ją się co­raz cień­sze. To je­dy­ny prze­jaw mo­jej próż­no­ści – Bóg wie, że poza tym nie mam do niej zbyt wie­lu oka­zji. Już nie. No­szę tę fry­zu­rę od daw­na, od ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­te­go dzie­wią­te­go roku. Mam praw­dzi­we szczę­ście, że Sy­lvia z ra­do­ścią szczot­ku­je mi wło­sy, bar­dzo de­li­kat­nie. Co­dzien­nie za­pla­ta je w war­kocz. Zde­cy­do­wa­nie wy­kra­cza to poza jej obo­wiąz­ki służ­bo­we i je­stem za to bar­dzo wdzięcz­na. Mu­szę jej o tym po­wie­dzieć.

Tego ran­ka mia­łam taką szan­sę, ale za­po­mnia­łam. By­łam bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­na. Kie­dy Sy­lvia przy­nio­sła mi sok, le­d­wie mo­głam go wy­pić. Cien­ka nić ener­gii włó­kien ner­wo­wych, któ­ra opla­ta­ła mnie przez cały ty­dzień, w cią­gu ostat­niej nocy zmie­ni­ła się w su­peł. Sy­lvia po­mo­gła mi wło­żyć nową su­kien­kę ko­lo­ru brzo­skwi­ni – tę, któ­rą Ruth po­da­ro­wa­ła mi pod cho­in­kę – i zmie­ni­ła mi kap­cie na parę wyj­ścio­wych bu­tów, któ­re za­zwy­czaj mar­nia­ły w sza­fie. Ich skó­ra zro­bi­ła się sztyw­na i Sy­lvia mu­sia­ła wci­snąć mi je na nogi siłą, lecz taka jest cena ele­gan­cji. Je­stem za sta­ra, żeby uczyć się no­wych zwy­cza­jów, i nie po­tra­fię znieść skłon­no­ści młod­szych pen­sjo­na­riu­szy do wy­cho­dze­nia w kap­ciach.

Ma­ki­jaż tchnął w moje po­licz­ki odro­bi­nę ży­cia, lecz pil­no­wa­łam, żeby Sy­lvia nie prze­sa­dzi­ła. Nie chcę wy­glą­dać jak ma­ne­kin u gra­ba­rza. Nie trze­ba dużo różu, aby za­kłó­cić rów­no­wa­gę: resz­ta mo­jej po­sta­ci jest taka bla­da, taka mała.

Z pew­nym wy­sił­kiem za­wie­si­łam na szyi zło­ty me­da­lion. Jego dzie­więt­na­sto­wiecz­na uro­da wy­róż­nia­ła się na tle mo­je­go prak­tycz­ne­go ubra­nia. Po­pra­wi­łam go, za­sta­na­wia­jąc się nad moją śmia­ło­ścią, nad tym, co po­wie Ruth, kie­dy go zo­ba­czy.

Moje spoj­rze­nie po­wę­dro­wa­ło w dół. W kie­run­ku ma­łej srebr­nej ram­ki na to­a­let­ce. Zdję­cie ślub­ne. Z ra­do­ścią bym je stam­tąd usu­nę­ła – mał­żeń­stwo zo­sta­ło za­war­te tak daw­no temu i trwa­ło bar­dzo krót­ko (bied­ny John) – ale to moje ustęp­stwo na rzecz Ruth. Myśl, że usy­cham z tę­sk­no­ty za jej oj­cem, chy­ba spra­wia jej przy­jem­ność.

Sy­lvia po­mo­gła mi przejść do sa­lo­nu – mimo wszyst­ko nadal okre­śla się go tym mia­nem – gdzie wła­śnie po­da­wa­no śnia­da­nie. Mia­łam za­cze­kać na Ruth, któ­ra zgo­dzi­ła się (jak po­wie­dzia­ła, wbrew swo­je­mu zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi) za­wieźć mnie do Shep­per­ton Stu­dios. Po­pro­si­łam Sy­lvię, żeby zo­sta­wi­ła mnie samą przy sto­li­ku w rogu i przy­nio­sła mi szklan­kę soku, po czym jesz­cze raz prze­czy­ta­łam list od Ur­su­li.

Ruth przy­je­cha­ła punk­tu­al­nie o ósmej trzy­dzie­ści. Może i mia­ła złe prze­czu­cia co do sen­su tej wy­pra­wy, lecz mimo to jest – i za­wsze była – nie­po­praw­nie punk­tu­al­na. Sły­sza­łam gdzieś, że dzie­ci uro­dzo­ne w nie­pew­nych cza­sach nig­dy nie po­zby­wa­ją się po­czu­cia nie­do­li i Ruth, dziec­ko dru­giej woj­ny świa­to­wej, po­twier­dza tę re­gu­łę. Tak bar­dzo róż­ni się od Sy­lvii, młod­szej je­dy­nie o pięt­na­ście lat, któ­ra pa­ra­du­je w ob­ci­słych spód­nicz­kach, zbyt gło­śno się śmie­je i zmie­nia ko­lor wło­sów rów­nie czę­sto jak swo­ich chło­pa­ków.

Tam­te­go ran­ka Ruth we­szła do sa­lo­nu do­brze ubra­na i ide­al­nie wy­pie­lę­gno­wa­na, lecz sztyw­na, jak­by po­łknę­ła kij.

– Dzień do­bry, mamo – po­wie­dzia­ła, mu­ska­jąc mój po­li­czek zim­ny­mi usta­mi. – Już po śnia­da­niu? – Zer­k­nę­ła na sto­ją­cą przede mną, w po­ło­wie opróż­nio­ną szklan­kę. – Mam na­dzie­ję, że zja­dłaś coś poza tym. Praw­do­po­dob­nie po dro­dze utknie­my w po­ran­nym kor­ku i nie bę­dzie­my mia­ły cza­su na żad­ne po­sto­je.

– Zer­k­nę­ła na ze­ga­rek. – Chcesz iść do to­a­le­ty?

Po­krę­ci­łam gło­wą, za­sta­na­wia­jąc się, kie­dy z po­wro­tem sta­łam się dziec­kiem.

– Wło­ży­łaś me­da­lion ojca. Nie wi­dzia­łam go całe wie­ki.

– Wy­cią­gnę­ła rękę, aby go po­pra­wić, i z uzna­niem po­ki­wa­ła gło­wą. – Miał świet­ny gust, praw­da?

Przy­zna­łam jej ra­cję, po­ru­szo­na bez­gra­nicz­ną wia­rą, jaką po­tra­fią bu­dzić małe kłam­stew­ka za­sły­sza­ne w dzie­ciń­stwie. Ogar­nął mnie przy­pływ czu­ło­ści wo­bec mo­jej draż­li­wej cór­ki i szyb­ko stłu­mi­łam sfa­ty­go­wa­ne mat­czy­ne po­czu­cie winy, któ­re wy­pły­wa na wierzch po każ­dym spoj­rze­niu na jej za­lęk­nio­ną twarz.

Wzię­ła mnie za rękę, wsa­dzi­ła ją so­bie pod ra­mię, a w dru­gą dłoń wło­ży­ła mi la­skę. Inni wolą cho­dzi­ki albo na­wet te zmo­to­ry­zo­wa­ne wóz­ki, ale mnie nadal w zu­peł­no­ści wy­star­cza la­ska, po­nie­waż je­stem wier­na sta­rym przy­zwy­cza­je­niom i nie wi­dzę po­wo­du, dla któ­re­go mia­ła­bym to zmie­niać.

Moja Ruth to do­bra dziew­czy­na – jest roz­sąd­na i nie­za­wod­na. Dziś wło­ży­ła ofi­cjal­ny strój – taki, jaki wy­bra­ła­by na wi­zy­tę u no­ta­riu­sza albo le­ka­rza. Wie­dzia­łam, że tak zro­bi. Chcia­ła wy­wrzeć do­bre wra­że­nie. Po­ka­zać tej re­ży­ser­ce, że bez wzglę­du na prze­szłość swo­jej mat­ki, Ruth Bra­dley McCo­urt jest sza­nu­ją­cą się przed­sta­wi­ciel­ką kla­sy śred­niej – ot co!

Przez ja­kiś czas je­cha­ły­śmy w mil­cze­niu, po czym Ruth za­czę­ła stro­ić ra­dio. Mia­ła pal­ce sta­rusz­ki. Knyk­cie spu­chły w miej­scach, przez któ­re dziś rano prze­ci­ska­ła pier­ścion­ki. Ob­ser­wo­wa­nie, jak sta­rze­je się moja wła­sna cór­ka, wpra­wia mnie w zdu­mie­nie. Po chwi­li zer­k­nę­łam na wła­sne dło­nie, sple­cio­ne na po­doł­ku. Daw­niej były ta­kie za­ję­te wy­ko­ny­wa­niem nie­wdzięcz­nych i skom­pli­ko­wa­nych za­dań, a te­raz le­ża­ły bez­wład­nie, sza­re i zwiot­cza­łe. W koń­cu Ruth zde­cy­do­wa­ła się na sta­cję na­da­ją­cą mu­zy­kę kla­sycz­ną. Przez chwi­lę spi­ker w nie­co idio­tycz­ny spo­sób opo­wia­dał o swo­im week­en­dzie, a po­tem pu­ścił Cho­pi­na. To oczy­wi­ście zbieg oko­licz­no­ści, że wła­śnie dzi­siaj mu­sia­łam usły­szeć walc cis-moll.

Ruth za­par­ko­wa­ła przed kil­ko­ma wiel­ki­mi bia­ły­mi bu­dyn­ka­mi, kwa­dra­to­wy­mi ni­czym han­ga­ry. Wy­łą­czy­ła sil­nik i sie­dzia­ła przez chwi­lę, pa­trząc pro­sto przed sie­bie.

– Nie wiem, po co to ro­bisz – po­wie­dzia­ła ci­cho i za­ci­snę­ła usta. – Tyle w ży­ciu osią­gnę­łaś. Po­dró­żo­wa­łaś, stu­dio­wa­łaś, wy­cho­wa­łaś dziec­ko… Dla­cze­go chcesz, żeby przy­po­mi­na­no ci, kim by­łaś w prze­szło­ści?

Nie ocze­ki­wa­ła od­po­wie­dzi, a ja jej nie udzie­li­łam. Gwał­tow­nie wes­tchnę­ła, wy­sko­czy­ła z sa­mo­cho­du i wy­cią­gnę­ła z ba­gaż­ni­ka moją la­skę. Bez sło­wa po­mo­gła mi wy­siąść.

Cze­ka­ła na nas ja­kaś mło­da ko­bie­ta. Fi­li­gra­no­wa dziew­czy­na z bar­dzo dłu­gi­mi ja­sny­mi wło­sa­mi, któ­re opa­da­ły jej na ple­cy, a z przo­du two­rzy­ły gę­stą grzyw­kę. Na­le­ża­ła do tego typu dziew­cząt, któ­re moż­na by okre­ślić jako zwy­czaj­ne, gdy­by nie zo­sta­ła ob­da­rzo­na wspa­nia­ły­mi ciem­ny­mi ocza­mi. Wy­glą­da­ły jak ele­ment olej­ne­go ob­ra­zu: były okrą­głe, głę­bo­kie i peł­ne eks­pre­sji, mia­ły in­ten­syw­ną bar­wę mo­krej far­by.

Z uśmie­chem po­spie­szy­ła w na­szą stro­nę i wy­ję­ła moją dłoń spod ręki Ruth.

– Pani Bra­dley, bar­dzo się cie­szę, że ze­chcia­ła pani przy­je­chać. Mam na imię Ur­su­la.

– Gra­ce – po­wie­dzia­łam, za­nim Ruth zdą­ży­ła wtrą­cić: „dok­tor”. – Je­stem Gra­ce.

– Gra­ce – roz­pro­mie­ni­ła się Ur­su­la. – Nie masz po­ję­cia, jak bar­dzo ucie­szył mnie twój list. – Mó­wi­ła z bry­tyj­skim ak­cen­tem, co w ze­sta­wie­niu z ame­ry­kań­skim ad­re­sem, któ­ry wid­niał na jej ko­re­spon­den­cji, było do­syć za­ska­ku­ją­ce. Zwró­ci­ła się do Ruth: – Bar­dzo dzię­ku­ję, że ze­chcia­ła pani przy­wieźć do nas mamę.

Po­czu­łam, jak cia­ło Ruth się na­pi­na.

– Prze­cież nie mo­gła­bym wsa­dzić jej do au­to­bu­su, praw­da?

Ur­su­la ro­ze­śmia­ła się, a mnie ucie­szy­ło to, że mło­dzi lu­dzie tak szyb­ko in­ter­pre­tu­ją nie­uprzej­mość jako iro­nię.

– Cóż, za­pra­szam do środ­ka. Strasz­nie tu zim­no. Pro­szę wy­ba­czyć to dzi­kie za­mie­sza­nie. W przy­szłym ty­go­dniu za­czy­na­my zdję­cia i sta­je­my na gło­wie, żeby wszyst­ko przy­go­to­wać na czas. Mia­łam na­dzie­ję, że spo­tka się pani ze sce­no­graf­ką, ale mu­sia­ła po­je­chać do Lon­dy­nu, żeby ku­pić ja­kiś ma­te­riał. Może zdą­ży wró­cić, za­nim pa­nie wy­ja­dą… Uwa­ga na próg, jest do­syć wy­so­ki.

Wspól­nie z Ruth we­pchnę­ły mnie do holu i po­pro­wa­dzi­ły mrocz­nym ko­ry­ta­rzem z mnó­stwem drzwi po oby­dwu stro­nach. Nie­któ­re z nich były uchy­lo­ne, więc zer­ka­łam do środ­ka, do­strze­ga­jąc nie­wy­raź­ne po­sta­cie usa­do­wio­ne przed świe­cą­cy­mi ekra­na­mi kom­pu­te­rów. Zu­peł­nie nie przy­po­mi­na­ło to pla­nu fil­mo­we­go, któ­ry wie­le lat temu od­wie­dzi­łam w to­wa­rzy­stwie Em­me­li­ne.

– Je­ste­śmy na miej­scu – po­wie­dzia­ła Ur­su­la, kie­dy do­tar­ły­śmy do ostat­nich drzwi. – Pro­szę wejść, a ja przy­nio­sę her­ba­tę. – Po­pchnę­ła drzwi i w chwi­li, w któ­rej prze­kro­czy­łam próg, cof­nę­łam się do cza­sów mo­jej mło­do­ści.

*

Zna­la­złam się w sa­lo­nie re­zy­den­cji Ri­ver­ton. Na­wet ta­pe­ta była iden­tycz­na. Pło­mien­ne tu­li­pa­ny, bor­do­we art no­uve­au z Si­lver Stu­dios1, świe­że jak w dniu, w któ­rym ta­pe­cia­rze przy­wieź­li je z Lon­dy­nu. Po­środ­ku, przed ko­min­kiem, sta­ła skó­rza­na ka­na­pa ozdo­bio­na dra­po­wa­ny­mi in­dyj­ski­mi je­dwa­bia­mi, do­kład­nie ta­ki­mi sa­my­mi jak te, któ­re lord Ash­bu­ry, dzia­dek Han­nah i Em­me­li­ne, przy­wiózł z za­gra­nicz­nych po­dró­ży jako mło­dy ofi­cer ma­ry­nar­ki. Okrę­to­wy ze­gar stał tam gdzie za­wsze, na ko­min­ku, tuż obok kan­de­la­bru Wa­ter­for­da. Ktoś mu­siał za­dać so­bie wie­le tru­du, żeby go zdo­być, lecz każ­de tyk­nię­cie od­sła­nia­ło oszu­stwo. Na­wet te­raz, ja­kieś osiem­dzie­siąt lat póź­niej, pa­mię­tam dźwięk ze­ga­ra sto­ją­ce­go w sa­lo­nie. Ci­chy, lecz zde­cy­do­wa­ny spo­sób, w jaki od­mie­rzał upływ cza­su: cier­pli­wy, pew­ny, chłod­ny – jak gdy­by już wte­dy wie­dział, że dla miesz­kań­ców tego domu czas nie jest sprzy­mie­rzeń­cem.

Ruth po­pro­wa­dzi­ła mnie w stro­nę ka­na­py i po­sa­dzi­ła na jej krań­cu. Mia­łam świa­do­mość pa­nu­ją­ce­go wo­kół po­ru­sze­nia, lu­dzi, któ­rzy tasz­czy­li ogrom­ne re­flek­to­ry na owa­dzich no­gach, wy­bu­chów śmie­chu.

Po­my­śla­łam o moim ostat­nim po­by­cie w sa­lo­nie – nie w tym sztucz­nym, lecz w praw­dzi­wym – w dniu, w któ­rym już wie­dzia­łam, że opusz­czam Ri­ver­ton i nig­dy tam nie wró­cę.

O tym, że od­cho­dzę, po­wie­dzia­łam Ted­dy’emu. Nie był za­do­wo­lo­ny, lecz nie po­sia­dał już wte­dy daw­ne­go au­to­ry­te­tu, ode­bra­ły mu go ów­cze­sne wy­da­rze­nia. Jego twarz po­kry­ła się nie­co zdu­mio­ną bla­do­ścią; tak bla­dy jest ka­pi­tan, któ­ry wie, że jego sta­tek to­nie, lecz nie jest w sta­nie temu za­po­biec. Po­pro­sił, że­bym zo­sta­ła, bła­gał, mó­wiąc, że­bym zro­bi­ła to nie tyle dla nie­go, ile przez lo­jal­ność wo­bec Han­nah. I pra­wie się zgo­dzi­łam. Pra­wie.

Ruth lek­ko mnie szturch­nę­ła.

– Mamo? Ur­su­la do cie­bie mówi.

– Prze­pra­szam. Nie usły­sza­łam.

– Mama jest tro­chę głu­cha – po­wie­dzia­ła Ruth. – To nor­mal­ne w jej wie­ku. Pró­bo­wa­łam na­mó­wić ją na ba­da­nia, ale po­tra­fi być do­syć upar­ta.

Upar­ta, nie prze­czę. Ale nie je­stem głu­cha i nie lu­bię, kie­dy lu­dzie za­kła­da­ją, że jest od­wrot­nie – bez oku­la­rów kiep­sko wi­dzę, szyb­ko się mę­czę, nie po­zo­stał mi już ani je­den wła­sny ząb i żyję tyl­ko dzię­ki kok­taj­lo­wi z ta­ble­tek, lecz słuch mam do­bry jak nig­dy wcze­śniej. Po pro­stu z wie­kiem na­uczy­łam się słu­chać tyl­ko tego, co chcę usły­szeć.

– Wła­śnie mó­wi­łam, pani Bra­dley, Gra­ce, że pew­nie dziw­nie się czu­jesz, bę­dąc z po­wro­tem w Ri­ver­ton. Je­śli moż­na to tak na­zwać. Ta wi­zy­ta musi bu­dzić mnó­stwo wspo­mnień?

– Tak. – Od­chrząk­nę­łam. – Tak, rze­czy­wi­ście.

– Bar­dzo się cie­szę – po­wie­dzia­ła Ur­su­la z uśmie­chem.

– To chy­ba świad­czy o tym, że do­brze się spi­sa­li­śmy.

– O tak.

– Czy jest coś, co tu nie pa­su­je? O ni­czym nie za­po­mnie­li­śmy?

Zno­wu ro­zej­rza­łam się wo­kół. Plan fil­mo­wy do­pra­co­wa­no do naj­drob­niej­sze­go szcze­gó­łu. Nie za­po­mnia­no na­wet o po­wie­sze­niu przy drzwiach ze­sta­wu her­bów, po­środ­ku któ­rych tkwił szkoc­ki oset pa­su­ją­cy do tego na moim me­da­lio­nie.

A jed­nak cze­goś bra­ko­wa­ło. Po­mi­mo pre­cy­zji wy­ko­na­nia plan fil­mo­wy był dziw­nie po­zba­wio­ny at­mos­fe­ry. Przy­po­mi­nał eks­po­nat w mu­zeum: in­te­re­su­ją­cy, lecz mar­twy.

Rzecz ja­sna, było to cał­ko­wi­cie zro­zu­mia­łe. Cho­ciaż lata dwu­dzie­ste nadal po­zo­sta­ją żywe w mo­jej pa­mię­ci, dla sce­no­gra­fów fil­mo­wych to „daw­ne cza­sy”. Hi­sto­rycz­ne tło, któ­re­go od­two­rze­nie wy­ma­ga rów­nie wie­lu ba­dań i mrów­czej pra­cy nad szcze­gó­ła­mi, co re­kon­struk­cja śre­dnio­wiecz­ne­go zam­ku.

Czu­łam na so­bie wzrok Ur­su­li, któ­ra nie­cier­pli­wie cze­ka­ła na moją opi­nię.

– Jest ide­al­nie – stwier­dzi­łam w koń­cu. – Wszyst­ko na swo­im miej­scu.

Wte­dy po­wie­dzia­ła coś, co spra­wi­ło, że drgnę­łam.

– Wszyst­ko oprócz ro­dzi­ny.

– Tak. Wszyst­ko oprócz ro­dzi­ny. – Za­mru­ga­łam i przez chwi­lę mia­łam ich przed ocza­mi: Em­me­li­ne roz­ło­żo­ną na ka­na­pie, po­ka­zu­ją­cą pięk­ne nogi i rzę­sy, Han­nah, któ­ra marsz­cząc brwi, czy­ta jed­ną z ksią­żek z bi­blio­te­ki, Ted­dy’ego kro­czą­ce­go po per­skim dy­wa­nie…

– Zda­je się, że Em­me­li­ne była bar­dzo roz­ryw­ko­wą ko­bie­tą – po­wie­dzia­ła Ur­su­la.

– Tak.

– Ła­two było ze­brać in­for­ma­cje na jej te­mat: imię Em­me­li­ne fi­gu­ro­wa­ło chy­ba we wszyst­kich ru­bry­kach to­wa­rzy­skich. Nie wspo­mi­na­jąc o li­stach i pa­mięt­ni­kach po­ło­wy ka­wa­le­rów, któ­rzy byli wów­czas do wzię­cia!

Przy­tak­nę­łam.

– Za­wsze była po­pu­lar­na.

Ur­su­la spoj­rza­ła na mnie zza swo­jej grzyw­ki.

– Od­two­rze­nie cha­rak­te­ru Han­nah nie było ta­kie ła­twe.

Od­chrząk­nę­łam.

– Nie?

– Ona była bar­dziej ta­jem­ni­cza. Nie cho­dzi o to, że nie wspo­mi­na­no o niej w pra­sie: owszem, wspo­mi­na­no. Ona rów­nież mia­ła swo­ich wiel­bi­cie­li. Po pro­stu mam wra­że­nie, że nie­wie­lu lu­dzi na­praw­dę ją zna­ło. Po­dzi­wia­li ją, cza­sa­mi wręcz czci­li, ale tak na­praw­dę jej nie zna­li.

Po­my­śla­łam o Han­nah. Pięk­nej, in­te­li­gent­nej i owład­nię­tej tę­sk­no­tą Han­nah.

– Była skom­pli­ko­wa­ną oso­bą.

– Tak – po­wie­dzia­ła Ur­su­la. – Wła­śnie ta­kie od­nio­słam wra­że­nie.

Ruth, któ­ra przy­słu­chi­wa­ła się na­szej roz­mo­wie, po­wie­dzia­ła:

– Jed­na z nich wy­szła za ja­kie­goś Ame­ry­ka­ni­na, praw­da?

Spoj­rza­łam na nią za­sko­czo­na. Za­wsze do­kła­da­ła wszel­kich sta­rań, by o Hart­for­dach wie­dzieć jak naj­mniej.

Za­uwa­ży­ła moje spoj­rze­nie.

– Tro­chę na ten te­mat czy­ta­łam.

Cała Ruth: przy­go­to­wa­ła się do tej wi­zy­ty, bez wzglę­du na to, jak wiel­ką od­ra­zę bu­dził w niej jej te­mat.

Ruth z po­wro­tem zwró­ci­ła się do Ur­su­li i ostroż­nie, ba­cząc, by nie po­peł­nić ja­kie­goś błę­du, po­wie­dzia­ła:

– Zda­je się, że wy­szła za mąż po woj­nie. To była Han­nah czy Em­me­li­ne?

– Han­nah. – Uda­ło się. Zro­bi­łam to. Wy­po­wie­dzia­łam jej imię na głos.

– A co sta­ło się z dru­gą sio­strą? – cią­gnę­ła Ruth. – Czy Em­me­li­ne kie­dy­kol­wiek wy­szła za mąż?

– Nie – po­wie­dzia­łam. – Była za­rę­czo­na.

– Kil­ka­krot­nie – wtrą­ci­ła Ur­su­la z uśmie­chem. – Chy­ba nie po­tra­fi­ła zde­cy­do­wać się na jed­ne­go męż­czy­znę.

Ależ zde­cy­do­wa­ła się. W koń­cu się zde­cy­do­wa­ła.

– Pew­nie nig­dy się nie do­wie­my, co do­kład­nie za­szło tam­te­go wie­czo­ru. – To były sło­wa Ur­su­li.

– Masz ra­cję. – Moje zmę­czo­ne sto­py za­czy­na­ły bun­to­wać się prze­ciw­ko uci­sko­wi skó­rza­nych bu­tów. Dziś wie­czo­rem będą opuch­nię­te, a na ich wi­dok Sy­lvia wyda okrzyk i bę­dzie na­le­ga­ła, abym wy­mo­czy­ła je w cie­płej wo­dzie. – Pew­nie się nie do­wie­my.

Ruth wy­pro­sto­wa­ła się na krze­śle.

– Ale pani musi wie­dzieć, co się sta­ło, pan­no Ryan. W koń­cu robi pani o tym film.

– Oczy­wi­ście – po­wie­dzia­ła Ur­su­la. – Znam pod­sta­wo­we in­for­ma­cje. Tam­te­go wie­czo­ru w Ri­ver­ton była moja pra­bab­ka, spo­krew­nio­na z sio­stra­mi po­przez mał­żeń­stwo z ich wu­jem, a cała hi­sto­ria z cza­sem sta­ła się ro­dzin­ną le­gen­dą. Pra­bab­ka opo­wie­dzia­ła ją bab­ce, bab­ka ma­mie, a mama mnie. I to wie­le razy. Zro­bi­ło to na mnie ogrom­ne wra­że­nie. Za­wsze wie­dzia­łam, że pew­ne­go dnia na­krę­cę o tym film. – Uśmiech­nę­ła się i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Ale w każ­dej hi­sto­rii są ja­kieś luki, praw­da? Zgro­ma­dzi­łam całe ar­chi­wum do­ku­men­tów: po­li­cyj­ne ra­por­ty i ga­ze­ty są peł­ne fak­tów, lecz one wszyst­kie po­cho­dzą z dru­giej ręki. Po­dej­rze­wam, że pod­le­ga­ją do­syć ści­słej cen­zu­rze. Nie­ste­ty, oby­dwie oso­by, któ­re były świad­ka­mi sa­mo­bój­stwa, umar­ły wie­le lat temu.

– Mu­szę przy­znać, że to do­syć ma­ka­brycz­ny ma­te­riał na film – rze­kła Ruth.

– Ależ nie, jest fa­scy­nu­ją­cy – za­prze­czy­ła Ur­su­la.

– Wscho­dzą­ca gwiaz­da an­giel­skiej sce­ny po­etyc­kiej od­bie­ra so­bie ży­cie nad ciem­nym je­zio­rem w wie­czór wiel­kie­go przy­ję­cia. Je­dy­ny­mi świad­ka­mi są dwie pięk­ne sio­stry, któ­re już nig­dy nie za­mie­nią ze sobą sło­wa. Jed­na z nich jest jego na­rze­czo­ną, a dru­ga rze­ko­mą ko­chan­ką. To strasz­nie ro­man­tycz­ne.

Wę­zeł w moim żo­łąd­ku odro­bi­nę się roz­luź­nił. Za­tem ich ta­jem­ni­ca nadal jest bez­piecz­na. Ur­su­la nie zna praw­dy. Za­sta­na­wia­łam się, dla­cze­go w ogó­le my­śla­łam, że jest in­a­czej. Za­sta­na­wia­łam się rów­nież, cóż za opacz­nie po­ję­ta lo­jal­ność ka­za­ła mi sta­rać się, by ta praw­da nie wy­szła na jaw. Dla­cze­go po tych wszyst­kich la­tach przej­mo­wa­łam się tym, co po­my­ślą lu­dzie.

Jed­nak rów­nież na to py­ta­nie zna­łam od­po­wiedź. Mia­łam tę lo­jal­ność we krwi. Pan Ha­mil­ton po­wie­dział mi o tym w dniu mo­je­go wy­jaz­du, kie­dy sta­łam na naj­wyż­szym stop­niu scho­dów dla służ­by, ze skó­rza­ną tor­bą wy­peł­nio­ną ską­pym do­byt­kiem, a pani Town­send po­pła­ki­wa­ła w kuch­ni. Po­wie­dział, że mam tę lo­jal­ność we krwi, po­dob­nie jak moja mat­ka i jej ro­dzi­ce, i że po­peł­niam głup­stwo, od­cho­dząc, po­rzu­ca­jąc po­rząd­ne miej­sce pra­cy i do­brą ro­dzi­nę. Po­tę­pił brak lo­jal­no­ści i dumy po­wszech­ny wśród An­gli­ków, i przy­siągł, że zro­bi wszyst­ko, by nie ska­ził on Ri­ver­ton. Nie po to wy­gra­li­śmy woj­nę, żeby tra­cić na­sze za­sa­dy.

Wte­dy mu współ­czu­łam: był taki nie­ustę­pli­wy, taki pew­ny, że od­cho­dząc ze służ­by, ska­zu­ję się na fi­nan­so­wy i mo­ral­ny upa­dek. Do­pie­ro póź­niej za­czę­łam ro­zu­mieć, jak bar­dzo mu­siał być prze­ra­żo­ny, jak nie­unik­nio­ne mu­sia­ły mu się wy­da­wać gwał­tow­ne zmia­ny spo­łecz­ne, któ­re ota­cza­ły go ze wszyst­kich stron, i rze­czy­wi­stość, któ­ra dep­ta­ła mu po pię­tach. Jak roz­pacz­li­wie pró­bo­wał trzy­mać się sta­rych za­sad i pew­ni­ków.

Ale miał ra­cję. Nie we wszyst­kim, nie wte­dy, gdy mó­wił o upad­ku. Ani moje fi­nan­se, ani mo­ral­ność nie ucier­pia­ły po odej­ściu z Ri­ver­ton, lecz ja­kaś część mnie nig­dy nie opu­ści­ła tego domu. A ra­czej ja­kaś część Ri­ver­ton nig­dy nie opu­ści­ła mnie. Jesz­cze wie­le lat póź­niej wy­star­czył za­pach psz­cze­le­go wo­sku fir­my Stub­bins & Co., chrzęst żwi­ru pod ko­ła­mi sa­mo­cho­du, pe­wien szcze­gól­ny dźwięk dzwon­ka do drzwi, i zno­wu czu­łam się jak czter­na­sto­lat­ka zmę­czo­na po dłu­gim dniu pra­cy, któ­ra są­czy ka­kao przy ko­min­ku w su­te­re­nie, pod­czas gdy pan Ha­mil­ton do­no­śnym gło­sem czy­ta wy­bra­ne frag­men­ty „The Ti­mes” (te, któ­re uznał za od­po­wied­nie dla na­szych po­dat­nych na wpły­wy uszu), Nan­cy marsz­czy brwi w od­po­wie­dzi na ja­kiś zu­chwa­ły ko­men­tarz ze stro­ny Al­fre­da, a pani Town­send ci­chut­ko po­chra­pu­je w bu­ja­nym fo­te­lu, trzy­ma­jąc w pulch­nych dło­niach ręcz­ną ro­bót­kę…

– Oto i her­ba­ta – po­wie­dzia­ła Ur­su­la. – Dzię­ki, Tony.

Obok mnie wy­rósł ja­kiś mło­dy męż­czy­zna, któ­ry przy­niósł pro­wi­zo­rycz­ną tacę z ko­lo­ro­wy­mi kub­ka­mi i wy­peł­nio­nym cu­krem sta­rym sło­ikiem po dże­mie. Po­sta­wił ją na sto­li­ku do kawy i Ur­su­la za­czę­ła roz­da­wać kub­ki. Ruth po­da­ła mi je­den z nich.

– Mamo, co się dzie­je? – Wy­cią­gnę­ła chu­s­tecz­kę i się­gnę­ła w kie­run­ku mo­jej twa­rzy. – Źle się czu­jesz?

Wte­dy po­czu­łam, że mam wil­got­ne po­licz­ki.

Spra­wił to aro­mat her­ba­ty. I fakt, że sie­dzia­łam tu, w tym po­ko­ju, na tej ka­na­pie. Cię­żar daw­nych wspo­mnień. Se­kre­tów, któ­re dłu­go trzy­ma­no w ta­jem­ni­cy. Zde­rze­nie prze­szło­ści z te­raź­niej­szo­ścią.

– Gra­ce? Po­dać ci coś? – To py­ta­nie pa­dło z ust Ur­su­li.

– Może przy­krę­cić ogrze­wa­nie?

– Będę mu­sia­ła od­wieźć ją do domu. – Zno­wu ode­zwa­ła się Ruth. – Wie­dzia­łam, że to nie jest do­bry po­mysł. To dla niej zde­cy­do­wa­nie zbyt wie­le wra­żeń.

Tak, chcia­łam wra­cać do domu. Chcia­łam zna­leźć się w domu. Po­czu­łam, jak czy­jeś ręce dźwi­ga­ją mnie w górę, wsa­dza­ją mi la­skę w dłoń. Wo­kół wi­ro­wa­ły ja­kieś gło­sy.

– Prze­pra­szam – po­wie­dzia­łam, nie bar­dzo wie­dząc do kogo.

– Po pro­stu je­stem bar­dzo zmę­czo­na. – Bar­dzo zmę­czo­na. To wszyst­ko było tak daw­no temu.

Bo­la­ły mnie sto­py: bun­to­wa­ły się prze­ciw­ko uci­sko­wi bu­tów. Ktoś – chy­ba Ur­su­la – wy­cią­gnę­ła rękę, żeby mnie pod­trzy­mać. Zim­ny wiatr ude­rzył mnie w mo­kre po­licz­ki.

Po­tem zna­la­złam się w sa­mo­cho­dzie Ruth, a obok prze­my­ka­ły domy, drze­wa i zna­ki dro­go­we.

– Nie martw się, mamo, już po wszyst­kim – po­wie­dzia­ła Ruth. – To moja wina. Nig­dy nie po­win­nam była się na to zgo­dzić.

Po­ło­ży­łam dłoń na jej ra­mie­niu i po­czu­łam, jaka jest spię­ta.

– Po­win­nam była za­ufać in­stynk­to­wi – wy­rzu­ca­ła so­bie.

– Głu­pio po­stą­pi­łam.

Za­mknę­łam oczy. Wsłu­cha­łam się w szum chłod­ni­cy, w rytm wy­cie­ra­czek, war­kot sa­mo­cho­du.

– Już po wszyst­kim, te­raz bę­dziesz mo­gła tro­chę od­po­cząć – po­wie­dzia­ła Ruth. – Je­dziesz do domu. Już nig­dy nie bę­dziesz mu­sia­ła tam wra­cać.

Uśmiech­nę­łam się i po­czu­łam, że od­pły­wam.

Za póź­no, już je­stem w domu. Wró­ci­łam.

Pokój dziecinny

Na­stał po­god­ny ra­nek, przed­smak wio­sny. Sie­dzę na że­la­znej ław­ce w ogro­dzie, pod wią­zem. Świe­że po­wie­trze do­brze mi robi (tak twier­dzi Sy­lvia), więc tkwię tu, wy­sta­wia­jąc twarz w kie­run­ku nie­śmia­łych pro­mie­ni zi­mo­we­go słoń­ca. Moje po­licz­ki są zim­ne i zwiot­cza­łe ni­czym para brzo­skwiń, któ­re zbyt dłu­go le­ża­ły w lo­dów­ce.

My­ślę o dniu, w któ­rym za­czę­łam pra­co­wać w Ri­ver­ton. Pa­mię­tam go do­kład­nie. Póź­niej­sze lata skła­da­ją się w har­mo­nij­kę i zno­wu na­sta­je czer­wiec ty­siąc dzie­więć­set czter­na­ste­go roku. Zno­wu mam czter­na­ście lat: je­stem na­iw­na, nie­oby­ta, wy­stra­szo­na i po­dą­żam za Nan­cy w górę wią­zo­wych scho­dów. Jej spód­ni­ca gło­śno sze­le­ści wraz z każ­dym kro­kiem, a każ­dy sze­lest wy­ty­ka mi brak do­świad­cze­nia. Z wy­sił­kiem wdra­pu­ję się za nią. Rącz­ki wa­liz­ki wrzy­na­ją mi się w pal­ce. Tra­cę Nan­cy z oczu, kie­dy skrę­ca ku ko­lej­ne­mu bie­go­wi scho­dów, i po­dą­żam za sze­le­stem jej spód­ni­cy…

Kie­dy Nan­cy do­tar­ła na sam szczyt, prze­szła ciem­nym ni­skim ko­ry­ta­rzem i w koń­cu za­trzy­ma­ła się przed ma­ły­mi drzwia­mi, de­li­kat­nie stu­ka­jąc ob­ca­sa­mi. Od­wró­ci­ła się i zmarsz­czy­ła brwi, wi­dząc, jak kuś­ty­kam. Oczy, któ­re po­sła­ły mi su­ro­we spoj­rze­nie, wy­da­ły mi się rów­nie czar­ne jak jej wło­sy.

– Co się z tobą dzie­je? – za­py­ta­ła. Jej ury­wa­ne an­giel­skie sło­wa nie były w sta­nie stłu­mić ir­landz­kie­go brzmie­nia sa­mo­gło­sek.

– Nie mia­łam po­ję­cia, że je­steś taka po­wol­na. Je­stem pew­na, że pani Town­send nic o tym nie wspo­mi­na­ła.

– Nie je­stem po­wol­na. To przez wa­liz­kę. Jest cięż­ka.

– Cóż, nig­dy nie wi­dzia­łam, żeby ktoś ro­bił ta­kie za­mie­sza­nie z po­wo­du wa­liz­ki. Nie wiem, jaka bę­dzie z cie­bie po­ko­jów­ka, sko­ro zwy­kła wa­liz­ka ubrań spra­wia, że wle­czesz się z tyłu. Le­piej nie po­ka­zuj się panu Ha­mil­to­no­wi, kie­dy bę­dziesz wle­kła szczot­kę do dy­wa­nów jak wo­rek mąki.

Po­pchnę­ła drzwi. Po­kój był mały i ską­po ume­blo­wa­ny. Nie wie­dzieć cze­mu pach­niał ziem­nia­ka­mi. Jed­nak po­ło­wa tego po­ko­ju – że­la­zne łóż­ko, ko­mo­da i krze­sło – mia­ła na­le­żeć do mnie.

– Tam­ta stro­na jest two­ja – po­wie­dzia­ła, ki­wa­jąc w kie­run­ku dal­sze­go krań­ca łóż­ka. – Ja zaj­mu­ję tę stro­nę i będę wdzięcz­na, je­śli po­wstrzy­masz się od do­ty­ka­nia mo­ich rze­czy. – Prze­bie­gła pal­ca­mi po swo­jej ko­mo­dzie, kru­cy­fik­sie, Bi­blii i szczot­ce do wło­sów. – Nie to­le­ru­je­my tu zło­dzie­jasz­ków. A te­raz roz­pa­kuj się, włóż far­tu­szek i zejdź na dół wy­peł­niać swo­je obo­wiąz­ki. Pa­mię­taj, żad­ne­go ocią­ga­nia się i, na mi­łość bo­ską, nie wy­chodź z su­te­re­ny. Dziś w po­łu­dnie jest uro­czy­sty lunch z oka­zji przy­jaz­du wnu­cząt ja­śnie pana, a nie zdą­ży­li­śmy jesz­cze po­sprzą­tać po­ko­jów. Nie mam cza­su cię pil­no­wać. Mam na­dzie­ję, że nie je­steś guz­dra­łą?

– Nie, Nan­cy – od­par­łam, nadal ura­żo­na su­ge­stią, że mo­gła­bym być zło­dziej­ką.

– Cóż. To się jesz­cze oka­że. – Po­krę­ci­ła gło­wą. – Sama nie wiem. Mó­wię, że po­trze­bu­ję dziew­czy­ny do po­mo­cy, i kogo mi przy­sy­ła­ją? Żad­ne­go do­świad­cze­nia, żad­nych re­fe­ren­cji i, są­dząc po wy­glą­dzie, guz­dra­łę.

– Nie je­stem…

– Sza – po­wie­dzia­ła, tu­piąc wą­ską sto­pą. – Pani Town­send mówi, że two­ja mat­ka była szyb­ka i po­jęt­na, a jabł­ko nie pada da­le­ko od ja­bło­ni. Le­piej, żeby tak było. Ani ja­śnie pani, ani ja nie bę­dzie­my to­le­ro­wać guz­dral­stwa u ko­goś ta­kie­go jak ty. – Po tych sło­wach z dez­apro­ba­tą po­krę­ci­ła gło­wą, od­wró­ci­ła się na pię­cie i zo­sta­wi­ła mnie samą w ma­łym mrocz­nym po­ko­iku na pod­da­szu. Szast… szast… szast…

Wstrzy­ma­łam od­dech, na­słu­chu­jąc.

Wresz­cie, po­zo­sta­wio­na sam na sam z wes­tchnie­nia­mi wiel­kie­go domu, po­de­szłam na pa­lusz­kach do drzwi, za­mknę­łam je lek­kim ru­chem, i od­wró­ci­łam się, żeby na­sy­cić wzrok moim no­wym po­ko­jem.

Nie było zbyt wie­le do oglą­da­nia. Mu­snę­łam dło­nią kra­wędź łóż­ka i spoj­rza­łam w stro­nę sko­śne­go su­fi­tu. Na skra­ju ma­te­ra­ca le­żał sza­ry ręcz­nik za­ce­ro­wa­ny w rogu przez czy­jąś spryt­ną dłoń. Na ścia­nie wi­siał mały opra­wio­ny w ram­kę ob­ra­zek, je­dy­na de­ko­ra­cja w ca­łym po­ko­ju: pry­mi­tyw­na sce­na my­śliw­ska przed­sta­wia­ją­ca upo­lo­wa­ną sar­nę krwa­wią­cą z ran­ne­go boku. Po­spiesz­nie od­wró­ci­łam wzrok od ko­na­ją­ce­go zwie­rzę­cia.

Ostroż­nie i ci­cho usia­dłam, sta­ra­jąc się nie po­gnieść gład­kiej po­ście­li. Sprę­ży­ny łóż­ka za­skrzy­pia­ły w od­po­wie­dzi, pod­sko­czy­łam jak opa­rzo­na, a moje po­licz­ki ob­la­ły się ru­mień­cem.

Wą­skie okno wpusz­cza­ło do po­ko­ju snop przy­ćmio­ne­go świa­tła. Wsta­łam, uklę­kłam na krze­śle i wyj­rza­łam na ze­wnątrz.

Po­kój znaj­do­wał się w tyl­nej czę­ści domu, a w do­dat­ku bar­dzo wy­so­ko. Uj­rza­łam całą dróż­kę cią­gną­cą się przez ró­ża­ny ogród, pod tre­lia­ża­mi, w kie­run­ku po­łu­dnio­wej fon­tan­ny. Wie­dzia­łam, że da­lej znaj­du­je się je­zio­ro, a po dru­giej stro­nie wio­ska i chat­ka, w któ­rej spę­dzi­łam pierw­sze czter­na­ście lat ży­cia. Wy­obra­zi­łam so­bie mat­kę sie­dzą­cą przy ku­chen­nym oknie, gdzie było naj­lep­sze świa­tło, po­chy­lo­ną nad ce­ro­wa­nym ubra­niem.

Za­sta­na­wia­łam się, jak so­bie ra­dzi po­zo­sta­wio­na w sa­mot­no­ści. Ostat­nio go­rzej się czu­ła. W nocy sły­sza­łam jęki do­bie­ga­ją­ce od stro­ny łóż­ka, kie­dy jej ko­ści bo­le­śnie prze­miesz­cza­ły się pod skó­rą. By­wa­ły ran­ki, gdy mia­ła tak ze­sztyw­nia­łe pal­ce, że mu­sia­łam po­le­wać je cie­płą wodą i po­cie­rać, aby mo­gła przy­najm­niej wy­cią­gnąć z ko­szy­ka szpul­kę nici. Pani Rod­gers z wio­ski zgo­dzi­ła się za­glą­dać do niej co­dzien­nie, a dwa razy w ty­go­dniu wpa­dał han­dlarz sta­rzy­zną, lecz mimo to cze­ka­ło ją okrop­nie wie­le sa­mot­nych chwil. Było mało praw­do­po­dob­ne, aby bez mo­jej po­mo­cy nadal zaj­mo­wa­ła się ce­ro­wa­niem. Skąd bę­dzie bra­ła pie­nią­dze? Moje ską­pe za­rob­ki oczy­wi­ście tro­chę po­mo­gą, ale chy­ba by­ło­by le­piej, gdy­bym przy niej zo­sta­ła.

Jed­nak to wła­śnie ona na­le­ga­ła, abym sta­ra­ła się o pra­cę. Nie chcia­ła słu­chać mo­ich ar­gu­men­tów prze­ciw­ko temu po­my­sło­wi.

Po­krę­ci­ła tyl­ko gło­wą i przy­po­mnia­ła mi, że ona wie le­piej. Usły­sza­ła gdzieś, że szu­ka­ją no­wej pra­cow­ni­cy, i była pew­na, że po­trze­bu­ją wła­śnie ko­goś ta­kie­go jak ja. Nie mó­wi­ła, skąd to wie. Ty­po­we: moja mat­ka i jej ta­jem­ni­ce.

– To nie­da­le­ko – po­wie­dzia­ła. – W wol­nych dniach bę­dziesz mo­gła wra­cać do domu, żeby mi po­móc.

Mu­sia­ła do­strzec moje wa­ha­nie, po­nie­waż wy­cią­gnę­ła rękę w stro­nę mo­je­go po­licz­ka. Był to obcy gest, któ­re­go wca­le się nie spo­dzie­wa­łam. Za­sko­cze­nie wy­wo­ła­ne przez do­tyk jej szorst­kiej dło­ni i pal­ców po­kłu­tych igła­mi, spra­wi­ło, że się wzdry­gnę­łam.

– Już do­brze, dziec­ko. Wie­dzia­łaś, że na­dej­dzie dzień, w któ­rym bę­dziesz mu­sia­ła zna­leźć so­bie po­sa­dę. Tak bę­dzie naj­le­piej: to do­bra oka­zja. Zo­ba­czysz. Nie­wie­lu pra­co­daw­ców przy­ję­ło­by tak mło­dą dziew­czy­nę. Lord Ash­bu­ry i lady Vio­let nie są zły­mi ludź­mi. Pan Ha­mil­ton może spra­wiać wra­że­nie su­ro­we­go, lecz z pew­no­ścią jest spra­wie­dli­wy. Pani Town­send rów­nież. Pra­cuj cięż­ko, rób, co ci każą, a nie bę­dziesz mia­ła żad­nych pro­ble­mów. – Po tych sło­wach moc­no ści­snę­ła moje po­licz­ki drżą­cy­mi pal­ca­mi. – I jesz­cze jed­no, Gra­cie. Nie za­po­mi­naj, gdzie jest two­je miej­sce. Bez tego zbyt wie­le mło­dych dziew­cząt wpa­da w ta­ra­pa­ty.

Obie­ca­łam sto­so­wać się do jej rad i w na­stęp­ną so­bo­tę, ubra­na w nie­dziel­ną su­kien­kę, wdra­pa­łam się na wzgó­rze i skie­ro­wa­łam kro­ki ku wiel­kiej re­zy­den­cji, aby od­być roz­mo­wę z lady Vio­let.

Po­wie­dzia­ła mi, że to mały i spo­koj­ny dom: tyl­ko ona i jej mąż, lord Ash­bu­ry, któ­re­go przez więk­szość cza­su po­chła­nia za­rzą­dza­nie ma­jąt­kiem i człon­ko­stwo w klu­bach. Ich oby­dwaj sy­no­wie, ma­jor Jo­na­than i pan Fre­de­rick, byli już do­ro­śli i miesz­ka­li we wła­snych do­mach wraz z ro­dzi­na­mi, lecz cza­sa­mi wpa­da­li z wi­zy­tą i z pew­no­ścią będę mia­ła oka­zję ich zo­ba­czyć, o ile oczy­wi­ście będę cięż­ko pra­co­wać i po­sta­no­wią za­trud­nić mnie na sta­łe. Po­wie­dzia­ła, że po­nie­waż miesz­ka­ją w Ri­ver­ton tyl­ko we dwo­je, oby­wa­ją się bez słu­żą­cej, po­zo­sta­wia­jąc pro­wa­dze­nie domu zręcz­nym dło­niom pana Ha­mil­to­na, a spra­wy ku­li­nar­ne ku­char­ce, pani Town­send. Je­śli ci dwo­je będą za­do­wo­le­ni z mo­jej pra­cy, uzna to za wy­star­cza­ją­cą re­ko­men­da­cję do za­trzy­ma­nia mnie na służ­bie.

Na­stęp­nie za­mil­kła i uważ­nie mi się przyj­rza­ła, co spra­wi­ło, że po­czu­łam się jak schwy­ta­na w pu­łap­kę, jak mysz w sło­iku. Na­tych­miast przy­po­mnia­łam so­bie o rąb­ku spód­ni­cy oszpe­co­nym cią­gły­mi pró­ba­mi do­pa­so­wa­nia jej dłu­go­ści do mo­je­go ro­sną­ce­go cia­ła, o ma­łej łat­ce na poń­czo­sze, któ­ra ocie­ra­ła się o buty i sta­wa­ła się co­raz cień­sza, o mo­jej zbyt dłu­giej szyi i za du­żych uszach.

Wte­dy za­mru­ga­ła po­wie­ka­mi i uśmiech­nę­ła się: był to po­wścią­gli­wy uśmiech, któ­ry zmie­niał jej oczy w lo­do­wa­te pół­księ­ży­ce.

– Cóż, wy­da­jesz cię czy­sta, a pan Ha­mil­ton twier­dzi, że po­tra­fisz szyć. – Po­ki­wa­łam gło­wą, a ona wsta­ła i od­da­li­ła się ode mnie w kie­run­ku biur­ka, de­li­kat­nie mu­ska­jąc szez­long dło­nią.

– Jak się mie­wa two­ja mat­ka? – za­py­ta­ła, nie od­wra­ca­jąc się.

– Wiesz, że ona rów­nież kie­dyś u nas pra­co­wa­ła?

– Od­po­wie­dzia­łam, że owszem, wiem o tym, a mat­ka mie­wa się do­brze, dzię­ku­ję, że pani pyta.

Chy­ba udzie­li­łam pra­wi­dło­wej od­po­wie­dzi, bo chwi­lę póź­niej za­pro­po­no­wa­ła mi pięt­na­ście fun­tów rocz­nie. Po­wie­dzia­ła, że za­czy­nam pra­cę od na­stęp­ne­go dnia, i za­dzwo­ni­ła po Nan­cy, żeby wska­za­ła mi dro­gę do wyj­ścia.

Od­su­nę­łam twarz od okna, star­łam z szy­by ślad po­zo­sta­wio­ny przez mój od­dech i ze­szłam z krze­sła.

Moja wa­liz­ka le­ża­ła tam, gdzie ją upu­ści­łam – po stro­nie łóż­ka, któ­ra na­le­ża­ła do Nan­cy – więc po­wle­kłam ją w kie­run­ku ko­mo­dy, któ­ra mia­ła być moja. Sta­ra­łam się nie pa­trzeć na krwa­wią­cą sar­nę, za­sty­głą w chwi­li ostat­nie­go prze­ra­że­nia, i za­ję­łam się wkła­da­niem do gór­nej szu­fla­dy ubrań: dwóch spód­nic, dwóch blu­zek i pary czar­nych poń­czoch, któ­re mat­ka ka­za­ła mi za­ce­ro­wać, by wy­star­czy­ły na całą zbli­ża­ją­cą się zimę. Póź­niej, zer­ka­jąc na drzwi, z ło­mo­czą­cym ser­cem wy­do­by­łam mój se­kret­ny ba­gaż.

Były to trzy książ­ki. Zie­lo­ne okład­ki mia­ły sfa­ty­go­wa­ne rogi i wy­bla­kłe zło­te na­pi­sy. Scho­wa­łam je w głąb naj­niż­szej szu­fla­dy i przy­kry­łam sza­li­kiem, sta­ra­jąc się osło­nić je ze wszyst­kich stron, aby sta­ły się zu­peł­nie nie­wi­docz­ne. Pan Ha­mil­ton wy­ra­ził się ja­sno. Świę­ta Bi­blia była do­pusz­czal­na, lecz wszel­kie inne lek­tu­ry były naj­praw­do­po­dob­niej szko­dli­we i mu­sia­ły uzy­skać jego apro­ba­tę, gdyż w prze­ciw­nym ra­zie gro­zi­ła ich kon­fi­ska­ta. Nie by­łam żad­ną bun­tow­nicz­ką – wręcz prze­ciw­nie: w tam­tych cza­sach mia­łam prze­moż­ne po­czu­cie obo­wiąz­ku – ale nie po­tra­fi­łam wy­obra­zić so­bie ży­cia bez Hol­me­sa i Wat­so­na.

We­pchnę­łam wa­liz­kę pod łóż­ko.

Na ha­czy­ku za drzwia­mi wi­siał mój strój – czar­na spód­ni­ca, bia­ły far­tu­szek i cze­pek z fal­ban­ką. Wło­ży­łam go, czu­jąc się jak dziec­ko, któ­re od­kry­ło sza­fę swo­jej mamy. Spód­ni­ca była sztyw­na, a koł­nie­rzyk dra­pał mnie w szy­ję w miej­scu, w któ­rym dłu­gie go­dzi­ny użyt­ko­wa­nia do­pa­so­wa­ły go do czy­ichś bar­dziej ob­fi­tych kształ­tów. Kie­dy za­wią­zy­wa­łam far­tu­szek, ze środ­ka wy­fru­nął mały bia­ły mól, któ­ry wy­ru­szył na po­szu­ki­wa­nia no­wej kry­jów­ki, ula­tu­jąc w stro­nę wy­so­kich kro­kwi, a ja ma­rzy­łam o tym, żeby móc do nie­go do­łą­czyć.

Cze­pek zo­stał uszy­ty z bia­łej ba­weł­ny i tak wy­kroch­ma­lo­ny, aby przód ster­czał ku gó­rze. Sko­rzy­sta­łam z lu­ster­ka wi­szą­ce­go nad ko­mo­dą Nan­cy, aby upew­nić się, że wło­ży­łam go jak trze­ba, i przy­gła­dzić ja­sne wło­sy nad usza­mi, jak po­ka­zy­wa­ła mi mat­ka. Dziew­czy­na w lu­strze zer­k­nę­ła na mnie, a ja po­my­śla­łam o tym, jak bar­dzo po­waż­ną ma twarz. To dziw­ne uczu­cie, kie­dy czło­wiek w chwi­li za­my­śle­nia do­strze­ga swo­je od­bi­cie w lu­strze. Mo­ment nie­uwa­gi, odar­ty z uda­wa­nia, kie­dy za­po­mi­na się na­wet o oszu­ki­wa­niu sie­bie sa­me­go.

*

Sy­lvia przy­nio­sła mi ku­bek pa­ru­ją­cej her­ba­ty i ka­wa­łek cia­sta cy­try­no­we­go. Sie­dzi obok mnie na że­la­znej ław­ce i zer­ka­jąc w stro­nę biu­ra, wy­cią­ga pacz­kę pa­pie­ro­sów (to zna­mien­ne, że moja oczy­wi­sta po­trze­ba za­czerp­nię­cia świe­że­go po­wie­trza wy­da­je się za­wsze współ­grać z jej po­trze­bą po­ta­jem­nej prze­rwy na pa­pie­ro­sa). Pro­po­nu­je mi jed­ne­go. Jak zwy­kle od­ma­wiam, a ona jak zwy­kle mówi:

– W two­im wie­ku to pew­nie le­piej. Wy­pa­lę za cie­bie, do­brze?

Sy­lvia do­brze dzi­siaj wy­glą­da – zro­bi­ła so­bie inną fry­zu­rę – i mó­wię jej o tym. Kiwa gło­wą, wy­pusz­cza chmu­rę dymu i od­rzu­ca gło­wę w bok, a na jej ra­mie­niu lą­du­je dłu­gi ku­cyk.

– Zro­bi­łam so­bie tre­skę – mówi. – Ma­rzy­łam o niej od wie­ków i po pro­stu po­my­śla­łam: Dziew­czy­no, ży­cie jest zbyt krót­kie, żeby od­ma­wiać so­bie efek­tow­ne­go wy­glą­du. Wło­sy wy­glą­da­ją jak praw­dzi­we, praw­da?

Ocią­gam się z od­po­wie­dzią, co uzna­je za przy­tak­nię­cie.

– Bo ta­kie są. Praw­dzi­we wło­sy, ta­kie, któ­re no­szą gwiaz­dy. Masz. Do­tknij.

– Mój Boże – mó­wię, gła­dząc szorst­ki ku­cyk. – Praw­dzi­we wło­sy.

– W dzi­siej­szych cza­sach wszyst­ko jest moż­li­we. – Ma­cha pa­pie­ro­sem, a ja za­uwa­żam so­czy­ście pur­pu­ro­wy ślad, któ­ry zo­sta­wi­ły na nim jej usta. – Oczy­wi­ście, trze­ba za to za­pła­cić. Na szczę­ście wcze­śniej uda­ło mi się odło­żyć tro­chę gro­sza na cięż­kie cza­sy.

Uśmie­cha się roz­pro­mie­nio­na i wte­dy poj­mu­ję przy­czy­nę tej in­no­wa­cyj­nej zmia­ny. I rze­czy­wi­ście, z kie­sze­ni bluz­ki Sy­lvia wy­do­by­wa zdję­cie.

– To An­tho­ny – mówi roz­pro­mie­nio­na.

Z na­masz­cze­niem wkła­dam oku­la­ry i spo­glą­dam na zdję­cie męż­czy­zny o si­wych wą­sach, któ­ry zbli­ża się do kre­su wie­ku śred­nie­go.

– Wy­glą­da uro­czo.

– Och, Gra­ce. – Sy­lvia wy­da­je z sie­bie ra­do­sne wes­tchnie­nie.

– On jest uro­czy. Parę razy wy­bra­li­śmy się tyl­ko na her­ba­tę, ale mam co do nie­go bar­dzo do­bre prze­czu­cia. To praw­dzi­wy dżen­tel­men, wiesz? Nie jak te obi­bo­ki, któ­re tra­fia­ły mi się w prze­szło­ści. Otwie­ra przede mną drzwi, przy­no­si kwia­ty, od­su­wa dla mnie krze­sło, kie­dy gdzieś ra­zem wy­cho­dzi­my. To praw­dzi­wy sta­ro­mod­ny dżen­tel­men.

Do­my­ślam się, że ta ostat­nia uwa­ga zo­sta­ła do­da­na spe­cjal­nie z my­ślą o mnie. Wy­ni­ka z za­ło­że­nia, że star­szym lu­dziom z pew­no­ścią im­po­nu­ją sta­ro­mod­ne ce­chy.

– Czym się zaj­mu­je? – py­tam.

– Uczy w miej­sco­wej szko­le śred­niej. Hi­sto­rii i an­giel­skie­go. Jest pie­kiel­nie in­te­li­gent­ny. Poza tym to spo­łecz­nik. Pra­cu­je jako wo­lon­ta­riusz na rzecz lo­kal­ne­go to­wa­rzy­stwa hi­sto­rycz­ne­go. Mówi, że te wszyst­kie damy, lor­do­wie, ksią­żę­ta i księż­nicz­ki to jego hob­by. Wie do­słow­nie wszyst­ko o tej two­jej ro­dzi­nie: tej, któ­ra kie­dyś miesz­ka­ła w tam­tym wiel­kim domu na wzgó­rzu… – Ury­wa i zer­ka w stro­nę biu­ra, po czym prze­wra­ca ocza­mi. – O mat­ko. To sio­stra Rat­chet. Po­win­nam roz­no­sić te­raz her­ba­tę. Na pew­no zno­wu na­skar­żył na mnie Ber­tie Sinc­la­ir. Je­śli mam być szcze­ra, to od­mó­wie­nie so­bie cia­stecz­ka raz na ja­kiś czas do­brze by mu zro­bi­ło. – Gasi pa­pie­ro­sa i wrzu­ca nie­do­pa­łek do pu­deł­ka z za­pał­ka­mi. – No do­bra, taki już mój los. Przy­nieść ci coś, za­nim za­cznę ob­słu­gi­wać in­nych, ko­cha­na? Pra­wie nie tknę­łaś her­ba­ty.

Za­pew­niam ją, że ni­cze­go mi nie trze­ba, i po chwi­li już pę­dzi traw­ni­kiem, a jej bio­dra i ku­cyk ko­ły­szą się w zgod­nym ryt­mie.

To miłe, kie­dy ktoś o cie­bie dba, przy­no­si her­ba­tę. Lu­bię my­śleć, że za­słu­ży­łam so­bie na tę odro­bi­nę luk­su­su. Bóg wie, że wy­star­cza­ją­co czę­sto to ja przy­no­si­łam ko­muś her­ba­tę. Cza­sa­mi z roz­ba­wie­niem za­sta­na­wiam się, jak Sy­lvia po­ra­dzi­ła­by so­bie na służ­bie w Ri­ver­ton. To nie dla niej: mil­czą­cy, po­słusz­ny los słu­żą­cej. Ma w so­bie zbyt wie­le nie­fra­so­bli­wo­ści, nie zra­zi­ły­by jej czę­ste uwa­gi na te­mat tego, gdzie jest jej „miej­sce”, do­bro­dusz­ne za­le­ce­nia, aby nie ocze­ki­wa­ła zbyt wie­le. Nie, w oczach Nan­cy Sy­lvia nie by­ła­by tak ule­głą uczen­ni­cą jak ja.

Wiem, to nie­spra­wie­dli­we po­rów­na­nie. Lu­dzie za bar­dzo się zmie­ni­li. Ubie­gły wiek po­zo­sta­wił nam si­nia­ki i rany. Dziś na­wet mło­dzi i bo­ga­ci no­szą swój cy­nizm jak ja­kąś od­zna­kę, mają pu­sty wzrok, a ich umy­sły wy­peł­nia­ją spra­wy, o któ­rych wca­le nie chcie­li wie­dzieć.

To jed­na z przy­czyn, dla któ­rych nig­dy nie mó­wi­łam o sio­strach Hart­ford i Rob­biem Hun­te­rze oraz o tym, co mię­dzy nimi za­szło. Bo były cza­sy, kie­dy chcia­łam o wszyst­kim po­wie­dzieć, zrzu­cić z sie­bie ten cię­żar. Chcia­łam po­wie­dzieć Ruth. Albo ra­czej Mar­cu­so­wi. Lecz w ja­kiś spo­sób jesz­cze przed roz­po­czę­ciem tej opo­wie­ści wie­dzia­łam, że nie zro­zu­mie­ją. Nie poj­mą, jak do­szło do tego, że wszyst­ko skoń­czy­ło się wła­śnie w ten spo­sób. Nie poj­mą, dla­cze­go tak się sta­ło. Nie będę w sta­nie wy­tłu­ma­czyć im, jak bar­dzo zmie­nił się świat.

Oczy­wi­ście już wte­dy wi­dać było ozna­ki pew­nych zmian. Pierw­sza woj­na świa­to­wa – Wiel­ka Woj­na – wszyst­ko zmie­ni­ła, za­rów­no na spo­łecz­nych wy­ży­nach, jak i na ni­zi­nach. Jak­że by­li­śmy wstrzą­śnię­ci, kie­dy po woj­nie za­czę­li na­pły­wać nowi pra­cow­ni­cy – za­zwy­czaj z agen­cji po­śred­nic­twa (i za­zwy­czaj nie za­grze­wa­li miej­sca) – peł­ni ta­kich po­my­słów, jak pła­ce mi­ni­mal­ne i urlo­py. Wcze­śniej świat wy­da­wał się pew­nym ab­so­lu­tem, po­dzia­ły były pro­ste i oczy­wi­ste.

Pod­czas mo­je­go pierw­sze­go po­ran­ka w Ri­ver­ton pan Ha­mil­ton we­zwał mnie do swo­je­go po­ko­ju kre­den­so­we­go, miesz­czą­ce­go się w głę­bi czę­ści dla służ­by, gdzie po­chy­lo­ny pra­so­wał eg­zem­pla­rze „The Ti­mes”. Wy­pro­sto­wał się i po­pra­wił na dłu­gim ha­czy­ko­wa­tym no­sie oku­la­ry w de­li­kat­nej okrą­głej opra­wie. Za­po­zna­nie mnie ze „zwy­cza­ja­mi” było tak waż­ne, że pani Town­send wy­jąt­ko­wo prze­rwa­ła przy­go­to­wa­nie ga­lan­ty­ny na uro­czy­sty lunch, aby uczest­ni­czyć w tym wy­da­rze­niu. Na­stęp­nie pan Ha­mil­ton uważ­nie przyj­rzał się mo­je­mu stro­jo­wi i naj­wy­raź­niej za­do­wo­lo­ny roz­po­czął wy­kład na te­mat róż­nic po­mię­dzy nami a nimi.

– Nig­dy nie za­po­mi­naj – po­wie­dział z wiel­ką po­wa­gą – że masz do­praw­dy wiel­kie szczę­ście, mo­gąc słu­żyć w tak wspa­nia­łym domu jak ten. A ła­ska­wy los idzie w pa­rze z od­po­wie­dzial­no­ścią. Każ­de two­je za­cho­wa­nie świad­czy bez­po­śred­nio o ro­dzi­nie i musi mieć ją na wzglę­dzie: do­trzy­muj jej ta­jem­nic i za­służ so­bie na jej za­ufa­nie. Pa­mię­taj, że ja­śnie pan za­wsze wie naj­le­piej. Bierz przy­kład z nie­go i jego ro­dzi­ny. Służ jej w mil­cze­niu… gor­li­wie… z wdzięcz­no­ścią. Two­ja pra­ca bę­dzie wy­ko­na­na do­brze, je­śli po­zo­sta­nie nie­zau­wa­żo­na, spraw­dzisz się w niej, je­śli bę­dziesz nie­zau­wa­żal­na. – Po tych sło­wach skie­ro­wał wzrok ku gó­rze i wpa­trzył się w prze­strzeń po­nad moją gło­wą, a jego ru­mia­na skó­ra do­dat­ko­wo ob­la­ła się ru­mień­cem. – I jesz­cze jed­no, Gra­ce. Nig­dy nie za­po­mi­naj o za­szczy­cie, ja­kie­go do­stą­pi­łaś, mo­gąc słu­żyć w ich domu.

Wy­obra­żam so­bie, co po­wie­dzia­ła­by na to Sy­lvia. Z pew­no­ścią nie przy­ję­ła­by tego prze­mó­wie­nia tak jak ja, nie czu­ła­by, jak twarz kur­czy się jej z wdzięcz­no­ści, i nie do­świad­czy­ła­by nie­ja­sne­go, trud­ne­go do na­zwa­nia wra­że­nia, że oto wkro­czy­ła do lep­sze­go świa­ta.

Ob­ra­cam się i za­uwa­żam, że za­po­mnia­ła za­brać zdję­cie: po­do­bi­znę tego no­we­go męż­czy­zny, któ­ry za­le­ca się do niej, opo­wia­da­jąc o hi­sto­rii, i żywi hob­by­stycz­ną sym­pa­tię do ary­sto­kra­cji. Znam ten typ. Tacy jak on prze­cho­wu­ją w domu al­bu­my z wy­cin­ka­mi z pra­sy i zdję­cia­mi, aby kre­ślić skom­pli­ko­wa­ne drze­wa ge­ne­alo­gicz­ne ro­dzin, do któ­rych nie mają wstę­pu.

Spra­wiam wra­że­nie, jak­bym nim gar­dzi­ła, lecz wca­le tak nie jest. Cie­ka­wi mnie – wręcz in­try­gu­je – spo­sób, w jaki czas wy­ma­zu­je praw­dzi­we ży­cie, po­zo­sta­wia­jąc je­dy­nie nie­ja­sne od­ci­ski. Krew i duch blak­ną, a po­zo­sta­ją je­dy­nie na­zwi­ska i daty.

Zno­wu za­my­kam oczy. Słoń­ce po­wę­dro­wa­ło w górę i ogrza­ło mi po­licz­ki.

Lu­dzie z Ri­ver­ton już daw­no nie żyją. Pod­czas gdy mnie upływ cza­su ode­brał siły, oni po­zo­sta­ją wiecz­nie mło­dzi, wiecz­nie pięk­ni.

No i pro­szę. Ro­bię się ckli­wa i ro­man­tycz­na. Prze­cież oni wca­le nie są mło­dzi ani pięk­ni. Są mar­twi. Po­grze­ba­ni. Są ni­czym. To je­dy­nie frag­men­ty, któ­re prze­my­ka­ją po­mię­dzy wspo­mnie­nia­mi lu­dzi, któ­rych kie­dyś zna­li.

Jed­nak ci, któ­rzy żyją we wspo­mnie­niach, tak na­praw­dę nig­dy nie umie­ra­ją.

*

Kie­dy po raz pierw­szy uj­rza­łam Han­nah, Em­me­li­ne i ich bra­ta Da­vi­da, de­ba­to­wa­li nad efek­ta­mi, ja­kie na ludz­kiej twa­rzy wy­wo­łu­je trąd. Byli w Ri­ver­ton już od ty­go­dnia – skła­da­li do­rocz­ną let­nią wi­zy­tę – lecz wcze­śniej uda­ło mi się usły­szeć je­dy­nie spo­ra­dycz­ny śmiech i tu­pot bie­gną­cych stóp po­śród skrzy­pie­nia ko­ści sta­re­go domu.

Nan­cy upar­ła się, że je­stem zbyt mało do­świad­czo­na, by moż­na mnie było do­pu­ścić do kul­tu­ral­ne­go to­wa­rzy­stwa – po­mi­mo że owo to­wa­rzy­stwo było jesz­cze mło­de – i po­wie­rza­ła mi je­dy­nie te obo­wiąz­ki, któ­re trzy­ma­ły mnie z dala od go­ści. Za­tem pod­czas gdy resz­ta służ­by przy­go­to­wy­wa­ła się na przy­jazd do­ro­słych go­ści, któ­ry miał na­stą­pić za dwa ty­go­dnie, mnie ka­za­no za­jąć się po­ko­jem dzie­cin­nym.

– Są zde­cy­do­wa­nie zbyt sta­rzy, żeby ba­wić się w po­ko­ju dzie­cin­nym – po­wie­dzia­ła Nan­cy. Pew­nie w ogó­le by z nie­go nie ko­rzy­sta­li, ale tra­dy­cji mu­sia­ło stać się za­dość, a za­tem ogrom­ny po­kój na dru­gim pię­trze, któ­ry mie­ścił się w naj­dal­szym krań­cu wschod­nie­go skrzy­dła, na­le­ża­ło wy­wie­trzyć i po­sprzą­tać, a kwia­ty zmie­niać co­dzien­nie.

Mogę opi­sać ten po­kój, lecz oba­wiam się, że ża­den opis nie uchwy­ci dziw­nej fa­scy­na­cji, któ­rą we mnie bu­dził. Po­miesz­cze­nie było ogrom­ne, pro­sto­kąt­ne i mrocz­ne. Mia­ło w so­bie bla­dość wy­ra­cho­wa­ne­go za­nie­dba­nia. Wy­da­wa­ło się opusz­czo­ne, jak gdy­by za spra­wą ja­kie­goś cza­ru z pra­daw­nej ba­śni. Spa­ło snem stu­let­niej klą­twy. Po­wie­trze było tam cięż­kie, dusz­ne, zim­ne i nie­ru­cho­me, a w umiesz­czo­nym obok ko­min­ka dom­ku dla la­lek tkwił za­sta­wio­ny stół, cze­ka­jąc na go­ści, choć nig­dy nie mie­li się zja­wić.

Ścia­ny po­kry­wa­ła ta­pe­ta, któ­rą nie­gdyś zdo­bi­ły nie­bie­sko-bia­łe pasy, lecz upływ cza­su i wil­goć zmie­ni­ły jej bar­wę w po­nu­rą sza­rość. Miej­sca­mi od­kle­ja­ła się i po­kry­wa­ły ją pla­my. Na jed­nej ze ścian wi­sia­ły wy­bla­kłe ob­ra­zy przed­sta­wia­ją­ce sce­ny z ba­śni Han­sa Chri­stia­na An­der­se­na: dziel­ne­go cy­no­we­go żoł­nie­rzy­ka nad pło­mie­niem ognia, pięk­ną dziew­czyn­kę w czer­wo­nych bu­ci­kach, małą sy­ren­kę pła­czą­cą za utra­co­ną prze­szło­ścią. Pach­nia­ło stę­chli­zną, upior­ny­mi dzieć­mi i daw­no nie­ście­ra­nym ku­rzem. Jak­by w środ­ku cza­iło się coś ży­we­go.

W jed­nym krań­cu stał usmo­lo­ny ko­mi­nek i skó­rza­ny fo­tel, a w przy­le­głych ścia­nach tkwi­ły ogrom­ne okna zwień­czo­ne łu­ka­mi. Gdy wdra­py­wa­łam się na pa­ra­pet z ciem­ne­go drew­na i spo­glą­da­łam w dół, mo­głam do­strzec po­dwó­rze pil­no­wa­ne przez sto­ją­ce na sfa­ty­go­wa­nych co­ko­łach dwa lwy z brą­zu, któ­re ob­ser­wo­wa­ły przy­ko­ściel­ny cmen­tarz po­ło­żo­ny w do­li­nie.

Znisz­czo­ny koń na bie­gu­nach od­po­czy­wał przy oknie: do­stoj­ny jabł­ko­wi­ty o mi­łych czar­nych oczach, któ­ry wy­da­wał się wdzięcz­ny, kie­dy wy­cie­ra­łam go z ku­rzu. Jego mil­czą­cym to­wa­rzy­szem był Ra­ver­ley. Czar­no-brą­zo­wy fo­xho­und na­le­żał do lor­da Ash­bu­ry’ego, gdy ten był jesz­cze dziec­kiem. Zdechł po tym, jak jego łapa utknę­ła w si­dłach. Bal­sa­mi­sta bar­dzo sta­rał się ukryć tę ska­zę, lecz żad­na ilość ślicz­nych opa­trun­ków nie po­tra­fi­ła ukryć tego, co cza­iło się w głę­bi. Z cza­sem za­czę­łam przy­kry­wać Ra­ver­leya ścier­ką do ku­rzu. Gdy nie było go wi­dać, mo­głam nie­mal uda­wać, że go tam nie ma, że nie ob­ser­wu­je mnie swo­imi po­zba­wio­ny­mi ży­cia szkli­sty­mi ocza­mi, pod­czas gdy spod opa­trun­ku wy­zie­ra jego rana.

Lecz po­mi­mo tego wszyst­kie­go – obec­no­ści Ra­ver­leya, woni po­wol­ne­go roz­kła­du i scho­dzą­cej pła­ta­mi ta­pe­ty – po­kój dzie­cin­ny stał się moim ulu­bio­nym po­miesz­cze­niem. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi nikt do nie­go nie za­glą­dał, a dzie­ci zaj­mo­wa­ły się czymś w in­nych czę­ściach po­sia­dło­ści. Na­uczy­łam się po­spiesz­nie wy­ko­ny­wać co­dzien­ne obo­wiąz­ki, aby póź­niej móc spę­dzić tam kil­ka sa­mot­nych chwil. Z dala od nie­ustan­nych po­uczeń Nan­cy, od po­sęp­nej dez­apro­ba­ty pana Ha­mil­to­na, od ha­ła­śli­we­go to­wa­rzy­stwa in­nych słu­żą­cych, któ­re uświa­da­mia­ło mi, jak wie­le mu­szę się jesz­cze na­uczyć. Prze­sta­łam wstrzy­my­wać od­dech, za­czę­łam trak­to­wać tę sa­mot­ność jako pew­nik. My­śla­łam, że ten po­kój na­le­ży do mnie.

Poza tym były tam książ­ki, wie­le ksią­żek, wię­cej niż kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam jed­no­cze­śnie w tym sa­mym miej­scu: książ­ki przy­go­do­we, hi­sto­rycz­ne, baj­ki, upchnię­te ra­zem na ogrom­nych pół­kach po obu stro­nach ko­min­ka… Pew­ne­go razu od­wa­ży­łam się się­gnąć po jed­ną z nich. Z bra­ku lep­sze­go po­wo­du wy­bra­łam tę, któ­ra mia­ła naj­ład­niej­szy grzbiet. Prze­su­nę­łam dło­nią po stę­chłej okład­ce, otwo­rzy­łam i prze­czy­ta­łam sta­ran­nie wy­pi­sa­ne na­zwi­sko: TI­MO­THY HART­FORD. Na­stęp­nie prze­wró­ci­łam gru­be stro­ny, wcią­gnę­łam woń za­ple­śnia­łe­go ku­rzu i prze­nio­słam się w inny czas i miej­sce.

Na­uczy­łam się czy­tać w wiej­skiej szko­le i moja na­uczy­ciel­ka, pan­na Ruby, naj­wy­raź­niej ura­do­wa­na tak nie­ty­po­wym za­in­te­re­so­wa­niem ze stro­ny uczen­ni­cy, za­czę­ła po­ży­czać mi książ­ki z wła­snej ko­lek­cji: Jane Eyre, Fran­ken­ste­ina, Za­mek Otran­to. Kie­dy je od­da­wa­łam, roz­ma­wia­ły­śmy o na­szych ulu­bio­nych frag­men­tach. To wła­śnie pan­na Ruby za­su­ge­ro­wa­ła, że mogę zo­stać na­uczy­ciel­ką. Mat­ka nie była za­do­wo­lo­na, kie­dy jej o tym po­wie­dzia­łam. Oznaj­mi­ła, że to bar­dzo miło ze stro­ny pan­ny Ruby, że wkła­da mi do gło­wy te wspa­nia­łe po­my­sły, ale wspa­nia­łe po­my­sły nie za­pew­nią mi utrzy­ma­nia. Nie­dłu­go po­tem wy­sła­ła mnie na wzgó­rze, do Ri­ver­ton, do Nan­cy i pana Ha­mil­to­na, i do po­ko­ju dzie­cin­ne­go…

Przez ja­kiś czas po­kój dzie­cin­ny był moim po­ko­jem, książ­ki mo­imi książ­ka­mi.

Jed­nak pew­ne­go dnia po­ja­wi­ła się mgła i za­czął pa­dać deszcz. Kie­dy pę­dzi­łam ko­ry­ta­rzem z za­mia­rem przej­rze­nia ilu­stro­wa­nej en­cy­klo­pe­dii dla dzie­ci, któ­rą od­kry­łam po­przed­nie­go dnia, na­gle sta­nę­łam jak wry­ta. Z po­ko­ju dzie­cin­ne­go do­bie­ga­ły ja­kieś gło­sy.

Wma­wia­łam so­bie, że to wiatr przy­no­si je z ja­kiejś in­nej czę­ści domu, że to tyl­ko złu­dze­nie. Gdy jed­nak uchy­li­łam drzwi i zaj­rza­łam do środ­ka, prze­ży­łam szok. W po­ko­ju byli lu­dzie. Mło­dzi lu­dzie, któ­rzy do­sko­na­le pa­so­wa­li do tego uro­cze­go wnę­trza.

I w tym mo­men­cie, bez żad­ne­go uprze­dze­nia ani ce­re­mo­nii, po­kój prze­stał być mój. Sta­łam tam, za­sty­gła w bez­ru­chu we wła­snym nie­zde­cy­do­wa­niu, nie­pew­na, czy po­win­nam kon­ty­nu­ować wy­peł­nia­nie obo­wiąz­ków, czy może wró­cić póź­niej. Jesz­cze raz zaj­rza­łam do środ­ka, onie­śmie­lo­na dzie­cię­cym śmie­chem. Ich pew­ny­mi sie­bie dźwięcz­ny­mi gło­sa­mi. Ich lśnią­cy­mi wło­sa­mi i jesz­cze bar­dziej lśnią­cy­mi ko­kar­da­mi.

Prze­ko­na­ły mnie kwia­ty. Wię­dły w wa­zo­nie na gzym­sie ko­min­ka. W nocy opa­dły płat­ki, któ­re te­raz le­ża­ły roz­rzu­co­ne jak oskar­że­nia pod moim ad­re­sem. Nie mo­głam ry­zy­ko­wać, że Nan­cy je zo­ba­czy: ja­sno wy­ra­zi­ła się na te­mat mo­ich obo­wiąz­ków. Do­pil­no­wa­ła, abym wie­dzia­ła, że je­śli za­drę z prze­ło­żo­ny­mi, mat­ka na pew­no się o tym do­wie.

Pa­mię­ta­jąc in­struk­cje pana Ha­mil­to­na, przy­ci­snę­łam szczot­kę i zmiot­kę do pier­si i na pa­lusz­kach zbli­ży­łam się do ko­min­ka, sku­pia­jąc się na by­ciu nie­wi­dzial­ną. O to nie mu­sia­łam się mar­twić. Tam­ci lu­dzie przy­wy­kli do dzie­le­nia domu z całą ar­mią nie­wi­docz­nych lu­dzi. Nie zwra­ca­li na mnie uwa­gi, a ja uda­wa­łam, że nie zwra­cam uwa­gi na nich.

Dwie dziew­czyn­ki i chło­piec: naj­młod­sze z nich mia­ło oko­ło dzie­się­ciu lat, a naj­star­sze nie skoń­czy­ło jesz­cze sie­dem­na­stu. Wszy­scy tro­je mie­li cha­rak­te­ry­stycz­ną kar­na­cję Ash­bu­rych – zło­te wło­sy i oczy bar­wy de­li­kat­ne­go czy­ste­go błę­ki­tu cej­loń­skich sza­fi­rów – spa­dek po mat­ce lor­da Ash­bu­ry’ego, Dun­ce, któ­ra (jak twier­dzi­ła Nan­cy) wy­szła za mąż z mi­ło­ści i zo­sta­ła wy­dzie­dzi­czo­na, a tak­że ode­bra­no jej po­sag. (Ale to ona śmia­ła się ostat­nia, po­wie­dzia­ła Nan­cy, kie­dy zmarł brat jej męża i zo­sta­ła lady Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go).

Wyż­sza dziew­czyn­ka sta­ła po­środ­ku po­ko­ju i trzy­ma­jąc stos kar­tek, opi­sy­wa­ła szcze­gó­ły in­fek­cji trą­dem. Młod­sza sie­dzia­ła po tu­rec­ku na pod­ło­dze i pa­trzy­ła na sio­strę sze­ro­ko otwar­ty­mi błę­kit­ny­mi ocza­mi, bez­wied­nie obej­mu­jąc szy­ję Ra­ver­leya. By­łam za­sko­czo­na i odro­bi­nę prze­ra­żo­na, wi­dząc, że wy­wle­czo­no go z jego miej­sca w ką­cie i ko­rzy­sta z rzad­kiej chwi­li to­wa­rzy­stwa. Chło­piec klę­czał na fo­te­lu przy oknie, pa­trząc przez mgłę w kie­run­ku cmen­ta­rza.

– I wte­dy od­wra­casz się w kie­run­ku pu­blicz­no­ści, Em­me­li­ne, i od­sła­niasz twarz po­kry­tą okrop­nym trą­dem – oznaj­mi­ła ra­do­śnie wyż­sza dziew­czyn­ka.

– Co to jest trąd?

– To cho­ro­ba skó­ry – po­wie­dzia­ła star­sza dziew­czyn­ka.

– Ojej, śluz i ta­kie tam.

– Może mo­gli­by­śmy spra­wić, aby zgnił jej nos, Han­nah? – za­py­tał chło­piec, od­wra­ca­jąc się, żeby pu­ścić do Em­me­li­ne oczko.

– Tak – stwier­dzi­ła Han­nah po­waż­nym to­nem. – Do­sko­na­le.

– Nie – jęk­nę­ła Em­me­li­ne.

– Ależ, Em­me­li­ne, nie bądź dziec­kiem. Prze­cież tak na­praw­dę nos wca­le ci nie zgni­je – po­wie­dzia­ła Han­nah. – Zro­bi­my coś w ro­dza­ju ma­ski. Coś okrop­ne­go. Zo­ba­czę, czy uda mi się zna­leźć w bi­blio­te­ce ja­kąś książ­kę me­dycz­ną. Miej­my na­dzie­ję, że będą tam ob­raz­ki.

– Nie ro­zu­miem, dla­cze­go to wła­śnie ja mu­szę mieć trąd – upie­ra­ła się Em­me­li­ne.

– Miej żal do Boga – od­par­ła Han­nah. – On to na­pi­sał.

– Ale dla­cze­go to ja mu­szę grać Mi­riam? Czy nie mogę do­stać ja­kiejś in­nej roli?

– Nie ma in­nych ról – po­wie­dzia­ła Han­nah. – Da­vid musi być Aaro­nem, po­nie­waż jest naj­wyż­szy, a ja gram Boga.

– Czy ja nie mogę być Bo­giem?

– Oczy­wi­ście, że nie. My­śla­łam, że chcesz za­grać głów­ną rolę.

– Bo chcia­łam – przy­zna­ła Em­me­li­ne. – Nadal chcę.

– Cóż. Bóg nie wy­cho­dzi na­wet na sce­nę – oznaj­mi­ła Han­nah. – Mu­szę wy­gła­szać moje kwe­stie zza kur­ty­ny.

– Mo­gła­bym za­grać Moj­że­sza – za­pro­po­no­wa­ła Em­me­li­ne.

– Ra­ver­ley może być Mi­riam.

– Nie za­grasz żad­ne­go Moj­że­sza – po­wie­dzia­ła Han­nah.

– Po­trze­bu­je­my praw­dzi­wej Mi­riam. Ona jest znacz­nie waż­niej­sza od Moj­że­sza. Moj­żesz wy­gła­sza tyl­ko jed­ną kwe­stię. To dla­te­go za­an­ga­żo­wa­li­śmy w to Ra­ver­leya. Mogę wy­gło­sić jego kwe­stię zza kur­ty­ny albo w ogó­le wy­ciąć Moj­że­sza z przed­sta­wie­nia.

– Może mo­gli­by­śmy wy­brać ja­kąś inną sce­nę? – za­py­ta­ła Em­me­li­ne z na­dzie­ją w gło­sie. – Na przy­kład tę z Ma­rią i Dzie­ciąt­kiem Je­zus?

Han­nah wzgar­dli­wie prych­nę­ła.

Od­by­wa­li pró­by przed przed­sta­wie­niem. Wcze­śniej lo­kaj o imie­niu Al­fred po­wie­dział mi, że w week­end od­bę­dzie się ro­dzin­ny re­ci­tal. To była tra­dy­cja: nie­któ­rzy człon­ko­wie ro­dzi­ny śpie­wa­li, inni re­cy­to­wa­li po­ezję, a dzie­ci za­wsze od­gry­wa­ły sce­nę z ulu­bio­nej książ­ki ich bab­ki.

– Wy­bra­li­śmy tę sce­nę dla­te­go, że jest waż­na – po­wie­dzia­ła Han­nah.

– To ty ją wy­bra­łaś dla­te­go, że jest waż­na – od­rze­kła Em­me­li­ne.

– Wła­śnie – pod­su­mo­wa­ła Han­nah. – To opo­wieść o ojcu, któ­ry ma dwa ze­sta­wy za­sad: je­den dla sy­nów i je­den dla có­rek.

– Jak dla mnie brzmi bar­dzo sen­sow­nie – oświad­czył Da­vid z iro­nią w gło­sie.

Han­nah zi­gno­ro­wa­ła go.

– Mi­riam i Aaron do­pu­ści­li się tego sa­me­go prze­wi­nie­nia: roz­ma­wia­li na te­mat mał­żeń­stwa swo­je­go bra­ta…

– Co ta­kie­go mó­wi­li? – za­py­ta­ła Em­me­li­ne.

– To nie­istot­ne, po pro­stu…

– Czy mó­wi­li pod­łe rze­czy?

– Nie i nie o to cho­dzi. Li­czy się to, że Bóg po­sta­na­wia uka­rać Mi­riam trą­dem, pod­czas gdy Aaron do­sta­je je­dy­nie re­pry­men­dę. Czy coś ta­kie­go wy­da­je ci się w po­rząd­ku, Emme?

– Czy Moj­żesz nie po­ślu­bił przy­pad­kiem Afry­kan­ki? – do­cie­ka­ła Em­me­li­ne.

Han­nah z re­zy­gna­cją po­krę­ci­ła gło­wą. Za­uwa­ży­łam, że robi to bar­dzo czę­sto. Z każ­de­go ru­chu jej dłu­gich koń­czyn ema­no­wał ja­kiś nad­miar ener­gii. Z ko­lei Em­me­li­ne przyj­mo­wa­ła roz­waż­ne pozy oży­wio­nej lal­ki. Ich rysy, któ­re osob­no wy­da­wa­ły się po­dob­ne – dwa kształt­ne no­ski, dwie pary in­ten­syw­nie błę­kit­nych oczu, dwie ślicz­ne bu­zie – na każ­dej z dwóch twa­rzy ma­ni­fe­sto­wa­ły się w wy­jąt­ko­wy spo­sób. Pod­czas gdy Han­nah spra­wia­ła wra­że­nie kró­lo­wej el­fów – była peł­na pa­sji, ta­jem­ni­cza, fa­scy­nu­ją­ca – pięk­no Em­me­li­ne wy­da­wa­ło się bar­dziej przy­ziem­ne. Choć była jesz­cze dziec­kiem, w spo­so­bie, w jaki roz­chy­la­ła usta, tkwi­ło coś, co przy­po­mi­na­ło mi pięk­ne zdję­cie, któ­re zo­ba­czy­łam pew­ne­go dnia, gdy wy­pa­dło z kie­sze­ni ulicz­ne­go han­dla­rza.

– No więc? Po­ślu­bił Afry­kan­kę, praw­da? – nie ustę­po­wa­ła Em­me­li­ne.

– Tak, Emme – po­wie­dział Da­vid ze śmie­chem. – Moj­żesz oże­nił się z Etiop­ką. Han­nah po pro­stu czu­je się sfru­stro­wa­na, bo nie po­dzie­la­my jej za­an­ga­żo­wa­nia w przy­zna­nie ko­bie­tom praw wy­bor­czych.

– Han­nah! On nie mówi po­waż­nie. Ty nie je­steś su­fra­żyst­ką. Praw­da?

– Oczy­wi­ście, że je­stem – oświad­czy­ła Han­nah. – Zresz­tą po­dob­nie jak ty.

Em­me­li­ne ści­szy­ła głos.

– Czy tata o tym wie? Bę­dzie wście­kły.

– Phi – prych­nę­ła Han­nah. – Tata jest ła­god­ny jak ba­ra­nek.

– Ra­czej jak lew – po­wie­dzia­ła Em­me­li­ne drżą­cy­mi usta­mi.

– Pro­szę, nie de­ner­wuj go, Han­nah.

– Na two­im miej­scu wca­le bym się tak nie mar­twił, Emme – wtrą­cił Da­vid. – Wal­ka o pra­wo wy­bor­cze jest te­raz bar­dzo mod­na wśród ko­biet z wyż­szych sfer.

Em­me­li­ne nie wy­glą­da­ła na prze­ko­na­ną.

– Fan­ny o ni­czym ta­kim nie wspo­mi­na­ła.

– Każ­da ko­bie­ta, któ­ra co­kol­wiek zna­czy, wło­ży gar­ni­tur z oka­zji jej zbli­ża­ją­ce­go się de­biu­tu w to­wa­rzy­stwie – po­wie­dział Da­vid.

Em­me­li­ne sze­ro­ko otwo­rzy­ła oczy.

Słu­cha­łam tego, sto­jąc przy pół­kach z książ­ka­mi, i za­sta­na­wia­łam się, o czym oni roz­ma­wia­ją. Nig­dy wcze­śniej nie sły­sza­łam o żad­nych „su­fra­żyst­kach”, lecz mia­łam nie­ja­sne po­czu­cie, że może cho­dzić o ja­kąś cho­ro­bę, po­dob­ną do tej, któ­rą zła­pa­ła pani Nam­mer­smith z wio­ski, kie­dy pod­czas wiel­ka­noc­nej pa­ra­dy zdję­ła gor­set, a po­tem jej mąż mu­siał ją umie­ścić w szpi­ta­lu w Lon­dy­nie.

– Je­steś pod­ły – orze­kła Han­nah. – Fakt, że tata jest zbyt nie­spra­wie­dli­wy, aby po­zwo­lić mnie i Em­me­li­ne iść do szko­ły, nie ozna­cza, że przy każ­dej oka­zji mu­sisz z nas ro­bić idiot­ki.

– Na­wet nie po­trze­bu­ję się sta­rać – po­wie­dział Da­vid i sie­dząc na pu­deł­ku z za­baw­ka­mi, od­su­nął pu­kiel wło­sów, któ­ry za­sło­nił mu oczy. Wstrzy­ma­łam od­dech: był pięk­ny i rów­nie zło­to­wło­sy jak jego sio­stry. – Zresz­tą nie­wie­le tra­ci­cie. Szko­ła jest prze­re­kla­mo­wa­na.

– Do­praw­dy? – Han­nah po­dejrz­li­wie unio­sła brew.

– Za­zwy­czaj bar­dzo się cie­szysz, mo­gąc opo­wia­dać mi o tym, co tra­cę. Skąd ta na­gła zmia­na zda­nia? – Sze­ro­ko otwo­rzy­ła oczy: dwa lo­do­wa­te księ­ży­ce. W jej gło­sie po­brzmie­wa­ło po­ru­sze­nie. – Tyl­ko mi nie mów, że zro­bi­łeś coś okrop­ne­go i zo­sta­łeś wy­rzu­co­ny?

– Oczy­wi­ście że nie – za­prze­czył szyb­ko Da­vid. – Po pro­stu uwa­żam, że w ży­ciu są cie­kaw­sze rze­czy niż czy­ta­nie ksią­żek. Mój przy­ja­ciel Hun­ter mówi, że ży­cie jest naj­lep­szym na­uczy­cie­lem…

– Hun­ter?

– Roz­po­czął na­ukę w Eton w tym roku. Jego oj­ciec jest kimś w ro­dza­ju na­ukow­ca. Naj­wi­docz­niej od­krył coś, co oka­za­ło się bar­dzo waż­ne, i król mia­no­wał go mar­ki­zem. Jest tro­chę szur­nię­ty. Po­dob­nie jak Ro­bert, je­śli wie­rzyć in­nym chło­pa­kom, ale moim zda­niem jest faj­ny.

– No cóż – po­wie­dzia­ła Han­nah. – Twój szur­nię­ty przy­ja­ciel Ro­bert Hun­ter ma szczę­ście, że może so­bie po­zwo­lić na luk­sus lek­ce­wa­że­nia wła­snej edu­ka­cji, ale w jaki spo­sób mam zo­stać sza­no­wa­ną sce­na­rzyst­ką, sko­ro tata na­le­ga, bym była igno­rant­ką?

– Han­nah wy­da­ła z sie­bie wes­tchnie­nie fru­stra­cji. – Szko­da, że nie je­stem chłop­cem.

– Ja nie cier­pia­ła­bym szko­ły – oświad­czy­ła Em­me­li­ne.

– I nie cier­pia­ła­bym by­cia chłop­cem. Żad­nych su­kie­nek, nud­ne ka­pe­lu­sze, a w do­dat­ku przez cały dzień trze­ba roz­ma­wiać o spo­rcie i po­li­ty­ce.

– Uwiel­biam roz­ma­wiać o po­li­ty­ce – po­wie­dzia­ła Han­nah. Po­ru­sze­nie wy­trzą­snę­ło ko­smy­ki wło­sów ze sta­ran­nie uło­żo­nych pu­kli. – Na po­czą­tek na­kło­ni­ła­bym Her­ber­ta Asqu­itha2 do przy­zna­nia ko­bie­tom pra­wa gło­su. Na­wet tym mło­dym.

Da­vid się uśmiech­nął.

– Mo­gła­byś zo­stać pierw­szym pre­mie­rem Wiel­kiej Bry­ta­nii, któ­ry zaj­mo­wał­by się pi­sa­niem sztuk.

– Wła­śnie – przy­tak­nę­ła Han­nah.

– My­śla­łam, że za­mie­rzasz zo­stać ar­che­olo­giem – po­wie­dzia­ła Em­me­li­ne. – Jak Ger­tru­de Bell3.

– Po­li­tyk, ar­che­olog. Mogę być jed­nym i dru­gim. Ży­je­my w dwu­dzie­stym wie­ku. – Jęk­nę­ła. – Gdy­by tyl­ko tata po­zwo­lił mi zdo­być od­po­wied­nie wy­kształ­ce­nie.

– Wiesz, co mówi tata na te­mat kształ­ce­nia ko­biet – wtrą­cił Da­vid.

– Pro­sta dro­ga do wy­cho­wa­nia su­fra­żyst­ki – Em­me­li­ne za­wtó­ro­wa­ła mu okle­pa­nym wy­ra­że­niem i do­da­ła: – Zresz­tą tata twier­dzi, że pan­na Prin­ce daje nam do­kład­nie ta­kie wy­kształ­ce­nie, ja­kie­go po­trze­bu­je­my.

– Oczy­wi­ście, że ta­tuś tak twier­dzi. Ma na­dzie­ję, że zro­bi z nas nud­ne żony dla nud­nych fa­ce­tów, któ­re nie naj­go­rzej mó­wią po fran­cu­sku, nie naj­go­rzej gra­ją na pia­ni­nie i z po­ko­rą prze­gry­wa­ją w tego dziw­ne­go bry­dża. W ten spo­sób bę­dzie­my stwa­rzać mniej pro­ble­mów.

– Ta­tuś mówi, że nikt nie lubi ko­bie­ty, któ­ra za dużo my­śli – przy­po­mnia­ła Em­me­li­ne.

Da­vid prze­wró­cił ocza­mi.

– Jak ta Ka­na­dyj­ka, któ­ra od­wio­zła go do domu z ko­pal­ni zło­ta i cały czas mó­wi­ła o po­li­ty­ce. Wy­świad­czy­ła nam wszyst­kim niedź­wie­dzią przy­słu­gę.

– Nie chcę, żeby wszy­scy mnie lu­bi­li – po­wie­dzia­ła Han­nah, z upo­rem wy­su­wa­jąc bro­dę. – Gdy­by tak było, mia­ła­bym o so­bie kiep­skie zda­nie.

– W ta­kim ra­zie mo­żesz się roz­ch­mu­rzyć – uspo­ko­ił ją Da­vid. – Wiem z do­bre­go źró­dła, że kil­ko­ro na­szych przy­ja­ciół za tobą nie prze­pa­da.

Han­nah zmarsz­czy­ła brwi, lecz wy­mo­wę tej re­ak­cji osła­bił mi­mo­wol­ny cień uśmie­chu.

– No cóż, nie za­mie­rzam dzi­siaj uczest­ni­czyć w żad­nej z jej śmier­dzą­cych lek­cji. Mę­czy mnie re­cy­to­wa­nie Pani z Sha­lott, pod­czas gdy pan­na Prin­ce po­chli­pu­je w chu­s­tecz­kę.

– Pła­cze nad wspo­mnie­niem utra­co­nej mi­ło­ści. – Em­me­li­ne wes­tchnę­ła te­atral­nie.

Han­nah prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– To praw­da! – za­pew­ni­ła ją Em­me­li­ne. – Sły­sza­łam, jak bab­cia mó­wi­ła o tym lady Clem. Za­nim pan­na Prin­ce do nas tra­fi­ła, była za­rę­czo­na.

– Wy­glą­da na to, że kan­dy­dat przej­rzał na oczy–po­wie­dzia­ła Han­nah.

– Za­miast tego po­ślu­bił jej sio­strę – oznaj­mi­ła Em­me­li­ne.

To spra­wi­ło, że Han­nah za­mil­kła, lecz tyl­ko na chwi­lę.

– Po­win­na była go po­zwać za zła­ma­nie obiet­ni­cy.

– Do­kład­nie to samo po­wie­dzia­ła lady Clem, na­wet jesz­cze do­sad­niej, ale bab­cia stwier­dzi­ła, że pan­na Prin­ce nie chcia­ła mu stwa­rzać pro­ble­mów.

– W ta­kim ra­zie jest idiot­ką – skwi­to­wa­ła Han­nah. – Le­piej jej bę­dzie bez nie­go.

– Ja­kie to ro­man­tycz­ne – po­wie­dział Da­vid fi­glar­nym to­nem.

– Bied­na ko­bie­ta jest bez­na­dziej­nie za­ko­cha­na w męż­czyź­nie, któ­re­go nie może po­ślu­bić, a ty nie chcesz prze­czy­tać jej frag­men­tu smut­nej po­ezji. O, okrut­no­ści, na imię ci Han­nah…

Han­nah wy­su­nę­ła bro­dę.

– Nie je­stem okrut­na, lecz prak­tycz­na. Przez ro­man­se lu­dzie się za­po­mi­na­ją, ro­bią głu­pie rze­czy.

Da­vid się uśmie­chał. Uśmie­chał się jak roz­ba­wio­ny star­szy brat, któ­ry wie­rzy, że czas ją zmie­ni.

– To praw­da – z upo­rem po­wie­dzia­ła Han­nah. – By­ło­by le­piej, gdy­by pan­na Prin­ce prze­sta­ła usy­chać z tę­sk­no­ty i za­czę­ła wy­peł­niać swój umysł, a przy oka­zji i na­sze, in­te­re­su­ją­cy­mi rze­cza­mi. Na przy­kład hi­sto­ria­mi o bu­do­wie pi­ra­mid, za­gi­nio­nej Atlan­ty­dzie, przy­go­dach wi­kin­gów.

Em­me­li­ne ziew­nę­ła, a Da­vid uniósł ręce w obron­nym ge­ście.

– Mniej­sza z tym. – Han­nah, marsz­cząc brwi, pod­nio­sła swo­je kart­ki. – Tra­ci­my czas. Za­cznie­my od miej­sca, w któ­rym Mi­riam do­sta­je trą­du.

– Prze­ra­bia­li­śmy to ze sto razy – po­wie­dzia­ła Em­me­li­ne.

– Nie mo­gli­by­śmy za­jąć się czymś in­nym?

– Na przy­kład czym?

Em­me­li­ne nie­pew­nie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Nie wiem. – Prze­nio­sła wzrok z Han­nah na Da­vi­da. – Czy nie mo­gli­by­śmy za­grać w Grę?

Nie. Wte­dy nie wie­dzia­łam, że cho­dzi o Grę. Dla mnie mó­wi­ła o ja­kiejś zwy­czaj­nej grze. Tam­te­go ran­ka nie mia­łam jesz­cze po­ję­cia, że Em­me­li­ne może mieć na my­śli coś in­ne­go niż roz­bi­ja­nie kasz­ta­nów, grę w ko­ści albo w kul­ki. Do­pie­ro po ja­kimś cza­sie Gra wpi­sa­ła się w mój umysł wiel­ką li­te­rą. Za­czę­łam ko­ja­rzyć to sło­wo z ta­jem­ni­ca­mi, fan­ta­zją i nie­sa­mo­wi­ty­mi przy­go­da­mi. Tam­te­go mgli­ste­go mo­kre­go po­ran­ka, kie­dy deszcz bęb­nił o szy­by w oknie po­ko­ju dzie­cin­ne­go, pra­wie nie zwró­ci­łam na to uwa­gi.

Ukry­ta za fo­te­lem, gdzie za­mia­ta­łam wy­su­szo­ne po­roz­rzu­ca­ne płat­ki, za­sta­na­wia­łam się, jak by to było mieć ro­dzeń­stwo. Za­wsze o nim ma­rzy­łam. Pew­ne­go razu po­wie­dzia­łam o tym mat­ce i za­py­ta­łam, czy mo­gła­bym mieć sio­strę. Ko­goś, z kim moż­na plot­ko­wać i spi­sko­wać, szep­tać i ma­rzyć. Mat­ka ro­ze­śmia­ła się, lecz nie był to śmiech ra­do­ści, i po­wie­dzia­ła, że nie za­mie­rza po­peł­nić tego błę­du po raz dru­gi.

Za­sta­na­wia­łam się, jak to jest, kie­dy się gdzieś przy­na­le­ży, kie­dy sta­wia się świa­tu czo­ło jako czło­nek ja­kie­goś ple­mie­nia, któ­re­mu od uro­dze­nia sprzy­ja­ją so­jusz­ni­cy. Roz­my­śla­łam o tym, bez­wied­nie omia­ta­jąc fo­tel ście­recz­ką do ku­rzu, gdy na­gle coś się na nim po­ru­szy­ło. Koc opadł na zie­mię i ko­bie­cy głos za­skrze­czał:

– Co to? Co się dzie­je? Han­nah? Da­vi­dzie?

Była sta­ra jak sama sta­rość. Od­po­czy­wa­ła po­śród po­du­szek, ukry­ta przed wzro­kiem oto­cze­nia. Do­my­śli­łam się, że mu­szę mieć do czy­nie­nia z nia­nią Brown. Sły­sza­łam, jak roz­ma­wia się o niej ści­szo­nym i na­boż­nym to­nem, za­rów­no na pię­trze, jak i w su­te­re­nie. Oso­bi­ście niań­czy­ła lor­da Ash­bu­ry’ego, gdy ten był jesz­cze dziec­kiem, i na­le­ża­ła do ro­dzi­ny w rów­nym stop­niu co sam dom.

Za­mar­łam w bez­ru­chu ze ście­recz­ką w dło­ni, pod spoj­rze­niem trzech par ja­sno­błę­kit­nych oczu.

Sta­rusz­ka prze­mó­wi­ła po­now­nie:

– Han­nah? Co się tu dzie­je?

– Nic, nia­niu Brown – po­wie­dzia­ła Han­nah, od­zy­sku­jąc mowę. – Wła­śnie ro­bi­my pró­bę przed re­ci­ta­lem. Od tej pory bę­dzie­my ci­szej.

– Uwa­żaj­cie, żeby Ra­ver­ley nie za­czął za bar­dzo wa­rio­wać. Nie lubi sie­dzieć za­mknię­ty w po­ko­ju – ostrze­gła nia­nia Brown.

– Do­brze, nia­niu Brown – od­par­ła Han­nah, a wraż­li­wość po­brzmie­wa­ją­ca w jej gło­sie do­rów­ny­wa­ła in­ten­syw­no­ścią wcze­śniej­szej za­wzię­to­ści. – Do­pil­nu­je­my, żeby był grzecz­ny i żeby sie­dział ci­cho. – Zbli­ży­ła się i po­now­nie opa­tu­li­ła ko­cem ma­leń­ką po­stać sta­rusz­ki. – Już do­brze, ko­cha­na nia­niu Brown, mo­żesz so­bie od­po­cząć.

– No cóż – po­wie­dzia­ła nia­nia Brown za­spa­nym gło­sem – zdrzem­nę się tyl­ko chwil­kę. – Po­wie­ki jej opa­dły, a od­dech po chwi­li stał się głę­bo­ki i re­gu­lar­ny.

Za­mar­łam, cze­ka­jąc na to, co po­wie­dzą dzie­ci. Nadal pa­trzy­ły na mnie wy­trzesz­czo­ny­mi ocza­mi. Mi­nę­ła dłuż­sza chwi­la, pod­czas któ­rej wy­obra­zi­łam so­bie, jak wle­ką mnie na skar­gę do Nan­cy lub, co gor­sza, do pana Ha­mil­to­na, jak tłu­ma­czę się z tego, że wy­cie­ra­łam z ku­rzu nia­nię Brown, i jak na twa­rzy mat­ki ma­lu­je się nie­za­do­wo­le­nie, gdy wra­cam do domu bez żad­nych re­fe­ren­cji…

Oni jed­nak wca­le mnie nie zbesz­ta­li, nie zmarsz­czy­li brwi ani mnie nie zga­ni­li. Zro­bi­li coś znacz­nie bar­dziej nie­ocze­ki­wa­ne­go. Jak na ko­men­dę par­sk­nę­li śmie­chem – do­no­śnym, szcze­rym – i chwy­ciw­szy się w ob­ję­cia, upodob­ni­li się do jed­ne­go ro­ze­śmia­ne­go cia­ła.

Sta­łam, pa­trząc na nich w ocze­ki­wa­niu. Ich re­ak­cja była bar­dziej nie­po­ko­ją­ca niż po­prze­dza­ją­ca ją ci­sza. Nie po­tra­fi­łam po­wstrzy­mać drże­nia ust.

Wresz­cie star­sza dziew­czyn­ka zdo­ła­ła prze­mó­wić:

– Je­stem Han­nah – po­wie­dzia­ła, ocie­ra­jąc oczy. – Czy już się zna­my?

Wy­pu­ści­łam po­wie­trze, ukło­ni­łam się. Mó­wi­łam ci­chut­kim gło­sem.

– Nie, pro­szę pani. Je­stem Gra­ce.

Em­me­li­ne za­chi­cho­ta­ła.

– Ona nie jest żad­ną pa­nią. Han­nah jest tyl­ko pa­nien­ką.

Jesz­cze raz się ukło­ni­łam. Uni­ka­łam jej wzro­ku.

– Je­stem Gra­ce, pa­nien­ko.

– Wy­glą­dasz zna­jo­mo – po­wie­dzia­ła Han­nah. – Je­steś pew­na, że nie by­łaś tu w cza­sie Wiel­ka­no­cy?

– Tak, pa­nien­ko. Nie­daw­no roz­po­czę­łam pra­cę. Je­stem tu od mie­sią­ca.

– Wy­glą­dasz zbyt mło­do jak na słu­żą­cą – stwier­dzi­ła Em­me­li­ne.

– Mam czter­na­ście lat, pa­nien­ko.

– Nie­sa­mo­wi­te – po­wie­dzia­ła Han­nah. – To zu­peł­nie jak ja. Em­me­li­ne ma dzie­sięć lat, a Da­vid jest już prak­tycz­nie sta­ry, ma szes­na­ście.

Wte­dy ode­zwał się Da­vid:

– Czy za­wsze wy­cie­rasz z ku­rzu śpią­cych lu­dzi, Gra­ce?

– Sły­sząc to, Em­me­li­ne zno­wu par­sk­nę­ła śmie­chem.

– Och, nie, pro­szę pana. Zda­rzy­ło mi się to po raz pierw­szy, pro­szę pana.

– Szko­da. By­ło­by cał­kiem wy­god­nie nie mu­sieć się wię­cej ką­pać.

By­łam oszo­ło­mio­na. Moje po­licz­ki pło­nę­ły ru­mień­cem. Nig­dy wcze­śniej nie spo­tka­łam praw­dzi­we­go dżen­tel­me­na. Nie ta­kie­go w moim wie­ku, któ­ry spra­wiał, że ser­ce ło­mo­ta­ło mi w klat­ce pier­sio­wej w od­po­wie­dzi na uwa­gę na te­mat ką­pie­li. Dziw­ne. Je­stem już sta­rą ko­bie­tą, a jed­nak na myśl o Da­vi­dzie po­now­nie do­cie­ra­ją do mnie echa tam­tych daw­nych uczuć. W ta­kim ra­zie chy­ba jesz­cze nie umie­ram.

– Nie zwra­caj na nie­go uwa­gi – po­wie­dzia­ła Han­nah. – My­śli, że jest dow­cip­ny.

– Do­brze, pa­nien­ko.

Spoj­rza­ła na mnie z lek­kim zdzi­wie­niem, jak gdy­by chcia­ła po­wie­dzieć coś jesz­cze. Jed­nak za­nim zdo­ła­ła to zro­bić, do­bie­gły do nas od­gło­sy szyb­kich lek­kich kro­ków zmie­rza­ją­cych po scho­dach, a na­stęp­nie za­czę­ły roz­brzmie­wać na ko­ry­ta­rzu. Zbli­ża­ły się. Stuk, stuk, stuk, stuk, stuk…

Em­me­li­ne pod­bie­gła do drzwi i zer­k­nę­ła przez dziur­kę od klu­cza.

– To pan­na Prin­ce – rzu­ci­ła, spo­glą­da­jąc na Han­nah. – Idzie tu.

– Szyb­ko! – za­rzą­dzi­ła Han­nah zde­cy­do­wa­nym szep­tem.

– Albo uśmier­ci nas lord Ten­ny­son4.

Roz­legł się tu­pot stóp i sze­lest spód­nic i za­nim zda­łam so­bie spra­wę, co się dzie­je, cała trój­ka znik­nę­ła. Drzwi gwał­tow­nie się otwo­rzy­ły i do środ­ka wdar­ło się zim­ne wil­got­ne po­wie­trze. Na pro­gu sta­ła ja­kaś wy­mu­ska­na po­stać.

Zlu­stro­wa­ła po­kój, a na koń­cu jej wzrok spo­czął na mnie.

– Ej, ty – po­wie­dzia­ła.–Wi­dzia­łaś gdzieś dzie­ci? Spóź­nia­ją się na lek­cje. Od dzie­się­ciu mi­nut cze­kam w bi­blio­te­ce.