Wydawca: Paganini Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2012

Dom w Bogu. Medytacja na temat Księgi Tobiasza ebook

Augustyn Pelanowski OSPPE  

5 (4)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 215 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dom w Bogu. Medytacja na temat Księgi Tobiasza - Augustyn Pelanowski OSPPE

Bóg ma serce jak rodzinny dom, pełne ciepła i pragnienia przytulenia nas – chce też, byśmy przeszli przez życie z sercem nie tylko dla Niego i dla innych, ale nade wszystko dla siebie samych. Większość z nas jest bezdomna, nawet posiadając dom rodzinny lub własny.

Bez relacji z Synem Boga jesteśmy osieroceni, bezdomni, zagubieni i rozpaczliwie rzucamy się na innych ludzi, szukając w nich spełnienia tej fundamentalnej potrzeby: powierzenia się komuś tak intensywnie, że można to jedynie porównać z zadomowieniem się w kimś.

Zamieszkać w czyimś sercu jest tęsknotą milionów – ale czy dwa puste serca mogą stać się wybawczą pełnią dla siebie, czy też staną się jeszcze większą próżnią?

(...) Nasze serce jest swoistym tabernakulum, domem, namiotem zamieszkiwania Ducha Bożego. Z pustką wewnątrz nie da się żyć. Pusty żołądek potrzebuje pokarmu, ludzie z głodu dopuszczają się strasznych rzeczy (….). Czy głód serca nie powoduje, że nawzajem się pożeramy?Augustyn Pelanowski OSPPE

Opinie o ebooku Dom w Bogu. Medytacja na temat Księgi Tobiasza - Augustyn Pelanowski OSPPE

Cytaty z ebooka Dom w Bogu. Medytacja na temat Księgi Tobiasza - Augustyn Pelanowski OSPPE

Poczucie winy nie jest po to, by je w sobie utrwalać, ani po to, by je pomijać. Trzeba przez nie przejść: radość chrześcijanina jest przezwyciężonym smutkiem żalu za grzechy, a nie ominięciem tego żalu. Nie jest też doznaniem, przed którym trzeba się wzbraniać za wszelką cenę.
Kończąc tę wstępną medytację o pierwszych rozdziałach Księgi Tobiasza, zechciejmy zapamiętać jedno: nie uczynimy się dobrymi, wysilając swoją własną wolę i mnożąc postanowienia. Potrzebujemy AŻ BOGA, by dokonała się w nas przemiana. Jest z nami aż tak źle, że bez bólu, choćby wewnętrznego, nie jest możliwe nasze nawrócenie. To nie Bóg rozmiłowany jest w dostarczaniu nam cierpienia, lecz my jesteśmy aż tak wykoślawieni nawet w swym dobrym mniemaniu o sobie. Kiedy widzimy, że jest z nami źle, to przynajmniej dobrze widzimy! Najtrudniej spotkać siebie.
Móc wypowiedzieć najwstydliwsze i najtrudniejsze prawdy komuś, o kim się wie, że na pewno się tobą nie zgorszy, nie potępi cię, nie odtrąci, lecz nie tylko wysłucha, ale nawet nada tym wszystkim wyznaniom nowy sens, okazując odwagę miłości mimo tych wszystkich słów – to doświadczenie jedno z najcenniejszych.
najpodstępniejszym grzechem jest ambicja bycia bezgrzesznym, popychająca człowieka aż do wyparcia się świadomości grzechu i zaprzeczenia jego istnieniu, a najwstrętniejszą wadą jest pragnienie bycia zachwycającym pod każdym względem.
Większość z nas jest jednak bezdomna , nawet posiadając dom rodzinny lub własny. W końcowym tekście Księgi, Tobiasz i Anna są ukazani jako... bezdomni, choć mieszkają w domu! Dlaczego? Bo w domu zabrakło syna. W duchowym i typicznym ujęciu Nowy Tobiasz jest figurą Chrystusa. Bez relacji z Synem Boga jesteśmy osieroceni, bezdomni, zagubieni i rozpaczliwie rzucamy się na innych ludzi, szukając w nich spełnienia tej fundamentalnej potrzeby: powierzenia się komuś tak intensywnie, że można to jedynie porównać z zadomowieniem się w kimś. Zamieszkać w czyimś sercu jest tęsknotą milionów – ale czy dwa puste serca mogą stać się wybawczą pełnią dla siebie, czy też staną się jeszcze większą próżnią?
Ojciec uczył go zakopywać trupy, Anioł wydobywać rybę, a z niej serce! To zupełnie odwrotny kierunek działania: ukrywanie i wydobywanie są przeciwstawne. Zadaję sobie pytanie: czy uczono mnie ukrywać uczucia, ukrywać trudne prawdy, czy też uczono mnie wydobywać serce?
Wydobyć przed kimś wątrobę to brzmi groteskowo, ale w sensie przenośnym oznacza ujawnienie siebie jako człowieka równie słabego, popełniającego błędy i noszącego ciężar. Obraz ten wskazuje, by nie wynosić się ponad człowieka, przed którym los bożego przeznaczenia mnie postawił. Tylko ktoś autentyczny może prawdziwie pomóc komuś obolałemu.

Fragment ebooka Dom w Bogu. Medytacja na temat Księgi Tobiasza - Augustyn Pelanowski OSPPE

Okładka

Strona tytułowa

Augustyn Pelanowski OSPPE

Dom w Bogu

Medytacja na temat Księgi Tobiasza

Strona redakcyjna

Skład i projekt okładki: Marcin Jakimowicz

Korekta: Kinga Wenklar

Za zgodą Kurii Generalnej Ojców Paulinów

© Copyright: paganini Kraków 2012

© Copyright: Augustyn Pelanowski 2012

paganini

ul. Batorego 19

31-135 Kraków

tel./fax: 12 623 71 81

tel. 12 423 42 77

sklep@paganini.com.pl

www.paganini.com.pl

ISBN pdf 9788389049308

ISBN epub 9788389049315

ISBN mobi 9788389049322

ISBN 978-83-89049-19-3

Konwersja do formatu EPUB/MOBI:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

NOTKA O AUTORZE

Augustyn Pelanowski OSPPE

paulin, ojciec duchowny, rozmiłowany w Słowie Bożym zawartym w Biblii, niestrudzony rekolekcjonista i kaznodzieja, spowiednik.

Jak sam pisze: „Moim dziełem, które napędza mnie do życia jest głoszenie Ewangelii. Spisuję dzieło mojego życia dzień po dniu, bo zależy mi, aby inni uwierzyli Jezusowi”.

Autor licznych książek:

Bestie i prorok,

Wolni od niemocy,

Umieranie ożywiające,

Odejścia,

Dom w Bogu,

Sen Józefa,

Życie udane czy udawane

oraz komentarzy do Ewangelii:

Zranione Światło,

Fale łaski,

Głębiny miłosierdzia.

NOTKA O KSIĄŻCE

Bóg ma serce jak rodzinny dom, pełne ciepła i pragnienia przytulenia nas – chce też, byśmy przeszli przez życie z sercem nie tylko dla Niego i dla innych, ale nade wszystko dla siebie samych. Większość z nas jest bezdomna, nawet posiadając dom rodzinny lub własny.

Bez relacji z Synem Boga jesteśmy osieroceni, bezdomni, zagubieni i rozpaczliwie rzucamy się na innych ludzi, szukając w nich spełnienia tej fundamentalnej potrzeby: powierzenia się komuś tak intensywnie, że można to jedynie porównać z zadomowieniem się w kimś.

Zamieszkać w czyimś sercu jest tęsknotą milionów – ale czy dwa puste serca mogą stać się wybawczą pełnią dla siebie, czy też staną się jeszcze większą próżnią?

(...) Nasze serce jest swoistym tabernakulum, domem, namiotem zamieszkiwania Ducha Bożego.

Z pustką wewnątrz nie da się żyć. Pusty żołądek potrzebuje pokarmu, ludzie z głodu dopuszczają się strasznych rzeczy (....). Czy głód serca nie powoduje, że nawzajem się pożeramy?

Augustyn Pelanowski OSPPE

ODKRYĆ SWOJE POWOŁANIE

Jeśli chcesz, by twoje życie miało sens, dobrze by było, gdybyś odkrył swoje wewnętrzne powołanie, czyli usłyszał w sobie, do czego woła cię Bóg.

Gdy rozmyślałem nad Księgą Tobiasza, równocześnie czytałem książkę Elisabeth Mardorf: „Pozytywna zmiana”. Zrobiła na mnie umiarkowane wrażenie. Mając katolicką duszę, nie ze wszystkim się zgadzałem, ale jeden fragment zapadł mi w pamięci. Opowiada on o wydarzeniu, które miało miejsce w młodości Miltona Ericksona: „Kiedy amerykański słynny psychoterapeuta Milton Erickson był jeszcze młody, na podwórko jego domu zabłąkał się obcy koń. Nikt nie wiedział, czyją jest własnością. Nie miał żadnego znaku. Milton podjął się jednak odnalezienia właściciela. Wsiadł na jego grzbiet, zaprowadził go do drogi, a potem pozwolił mu iść zupełnie swobodnie. Tylko wtedy, gdy koń chciał jeść trawę i zbaczał z drogi, interweniował. Koń więc szedł spokojnie i samodzielnie. Tak droga przebiegała kilka kilometrów, aż weszli na podwórko pewnego gospodarstwa. Właściciel był bardzo zdziwiony. Zapytał Miltona: „Skąd wiedziałeś, że to nasz koń?”. Erickson odpowiedział: „Ja nie wiedziałem, ale koń wiedział. Zatroszczyłem się tylko, by koń nie schodził z drogi”.

W Księdze Tobiasza takim „koniem” – pomyślałem z humorem – jest Tobiasz, a anioł Rafael jest „Miltonem Ericksonem”. To Rafał pokazał nowy kierunek życia Tobiaszowi i doprowadził go do skarbu i Sary! Sam by tam nie doszedł! Podobnie błądzimy i gubimy swego Pana – gubimy Boga, gubimy sens i cel życia i potrzebujemy kogoś, kto by nam pomógł odnaleźć Pana. Potrzebujemy kogoś, kto by nam pomógł odnaleźć drogę, ale bez przymusu – anioła albo człowieka o jego usposobieniu. Aniołem Rut była Noemi, a aniołem Elizeusza był Eliasz i tak można by mnożyć przykłady. Są jednak przykłady prowadzenia bohaterów biblijnych bez pomocy ludzkiej, na przykład Jakub albo Daniel napotykali na ścieżkach swojego powołania samych aniołów. Gdy odkrywałem swoje powołanie, nie znalazłem nikogo, kto by mnie po ludzku nieustannie w tym pragnieniu umacniał. I może nawet lepiej, bo znaki od Boga docierały do mnie bez żadnej przeszkody, nikt, żaden człowiek, nie mógł stanowić dla mnie bariery w ich odbiorze. Sądzę jednak po latach, że dyskretnie pomagał mi mój anioł, gdyż miewałem natchnienia i spotykałem znaki, których bez jego pomocy nie mógłbym rozpoznać. Wszystko się układało jak w jakimś wzorze wyszywanym sensownym haftem. Miewałem pomysły i przeczucia, które się realizowały, jakby ktoś mi je w duszy podpowiadał. Każdy krok, który podejmowałem, by osiągnąć mój cel, czyli wstąpienie do zakonu, już wcześniej był wewnątrz mnie, jakbym sobie przypominał drogę, a nie dopiero ją odkrywał. Potrzebujemy odnaleźć swoje miejsce, potrzebujemy przypomnieć sobie, dokąd właściwie zmierzamy. Przypomnieć sobie? Tak, bowiem cel mamy w naszym wnętrzu wypisany, jako przeznaczenie. „Nie tajna Ci moja istota, kiedy w ukryciu powstawałem, utkany w głębi ziemi. Oczy Twoje widziały me czyny i wszystkie są spisane w Twej księdze; dni określone zostały, chociaż żaden z nich jeszcze nie nastał” (Ps 139, 15-16).

Moje życie jest już zapisane w Księdze, moja przyszłość, moje przeznaczenie, wszystko to było, zanim nastał choćby mój pierwszy dzień. Nie można rozumieć przeznaczenia jako ściśle determinującą siłę, jakieś fatum, nieuchronność losu. Przeznaczeniem jest zbawienie, ale Bóg nakreśla jeszcze delikatnie linię, po której warto iść, bo na niej nagromadził najwięcej dla nas łask. Przeznaczenie ma swoje mutacje, swoje alternatywy i można je modyfikować. Zawsze jest nadzieja, nawet jeśli wydaje się, że weszliśmy nie na ten tor, którym powinniśmy żyć. Bóg jest nieskończenie pomysłowy i potrafi zaleźć dla nas rozwiązanie w położeniu, które wydaje się być bez wyjścia. Byleby tylko szukać wyjścia w modlitwie i w Słowie Biblii – tam są wyjścia awaryjne – nie tylko te przewidziane pierwotnie. Dodam tylko, że mówiąc o awaryjnych rozwiązaniach, nie mam na myśli tego, że ich jakość jest pośledniejszą. W psalmie 40. znajduje się pewne zagadkowe sformułowanie:

„Nie chciałeś ofiary krwawej ani obiaty, lecz otwarłeś mi uszy; całopalenia i żertwy za grzech nie żądałeś. Wtedy powiedziałem: Oto przychodzę; w zwoju księgi o mnie napisano” (Ps 40, 7-8). Autor dostrzegł uwalniającą dla niego prawdę: To O NIM jest w zwoju księgi napisane, w Biblii jest o nim wszystko! Ojciec François Cassingnena-Treverdy tłumaczy ten wiersz z psalmu w ten sposób: „Ta księga jest dla mnie i to w całości – opowiada moją historię, od Księgi Rodzaju po Apokalipsę”. Nie mogę więc siebie samego zrozumieć bez Biblii, nie mogę też zrozumieć tajemnicy Chrystusa ani odnaleźć więzi z Bogiem bez tej Księgi. Jest jednak pewien warunek, o którym mowa jest wiersz wcześniej. Autor stwierdza, że nic nie pomogą żadne ofiary krwawe i bezkrwawe i że Bóg nie żąda żadnych ofiar i radykalnych poświęceń czy wyrzeczeń, potrzeba tylko jednego: „otwarłeś mi uszy”! Co to znaczy OTWORZYĆ USZY? Tekst oryginalny, dosłownie przetłumaczony, zabrzmiałby bardzo zadziwiająco, więc tłumacz złagodził określenie, oddając je jako „otworzyć uszy”.

W wersji oryginalnej jednak brzmi to: „lecz przebiłeś mi uszy”. PRZEBICIE USZU nawiązuje do pewnego rytuału związanego z rokiem jubileuszowym. Po sześciu latach każdy Izraelita miał obowiązek na siódmy rok uwolnić niewolników odpowiednio ich uposażając, by mieli materialne podstawy do rozpoczęcia niezależnego życia. Lecz jak mówi Księga Wyjścia (Wj 21, 6), mogli się znaleźć niewolnicy, którzy nie chcieli odejść od swego dotychczasowego pana ze względu na jego dobroć i na miłość, jaką go obdarzyli. Wówczas pan przebijał ucho niewolnika szydłem przy drzwiach swego domu. Po czym otwierał drzwi swego domu i wpuszczał go do wnętrza, dzieląc się z nim wszystkim, co posiadał. Od tej pory życie tych ludzi było nieodwołalnie związane, ponieważ niewolnik wolał być niewolnikiem i cieszyć się miłością pana, niż być wolnym i pozbawionym miłości tegoż. Przebicie uszu oznacza więc nierozerwalne więzi z panem. Naszym Panem jest Bóg i każdy z nas posiada wolność wyboru, może żyć bez Boga albo z Nim. Ale jeśli wybiera za swego pana Wszechmogącego na zawsze, to jego uszy muszą zostać „przebite” – otworzone na Jego Słowo. Chodzi o dyspozycję duszy, która chce nie tylko od czasu do czasu zajrzeć do Biblii z ciekawości, lecz traktuje ją jako jedyne źródło zaufanego posłuszeństwa i instrukcję życia. Tylko wtedy całe bogactwo tajemnic Biblii i Łaski staje dla nas otworem. Drzwi Biblii otwierają się i wszelkie bogactwa mądrości Boga stają się i naszą własnością, z której korzystamy, odnajdując siebie w tekście. Wtedy też niezmiernie łatwo jest odnajdywać kolejne kroki na drodze powołania. Słyszymy głosy, których inni nie słyszą, przemawiają do nas znaki, które dla innych nic nie znaczą.

Czytałem wspomnienia Eugene B. Sledge’a przetłumaczone na język polski pod tytułem: „Piekło Pacyfiku”. Autor, uczestnik walk amerykańskiej ofensywy na wyspach Pacyfiku, spisał z ogromną szczerością i skromnością swoje przeżycia od Peleliu do Okinawy, w których doświadczył wszelkich okropności wojny.

Jednak to, co mnie dotknęło w jego wspomnieniach, to niezwykle częste odwoływanie się do Boga i fakt, że przez cały czas walk nosił i czytał Nowy Testament (wydanie Gideonitów). Ciągłe opieranie się na Słowach Biblii uwrażliwiło go wewnętrznie i pewnej nocy, siedząc w okopach Peleliu razem ze swoim przyjacielem Hillbillym, usłyszał głos, zapewne swego anioła, który ujawnił mu jego przeznaczenie:

„Rozmowa z Hillbillym uspokoiła mnie. Kiedy dołączył do nas sierżant z kawą, czułem się niemal beztrosko. Rozmowa urwała się, w milczeniu popijaliśmy kawę:

Nagle usłyszałem zupełnie wyraźnie:

– Przeżyjesz wojnę!

Spojrzałem najpierw na Hillbilly’ego, potem na sierżanta. Obaj popatrzyli na mnie zdziwieni. Najwidoczniej nic nie mówili.

– Słyszeliście to?

– Co? – zapytali jednocześnie.

– Ktoś coś powiedział.

– Nic nie słyszałem, a ty? – spytał Hillbilly sierżanta.

– Nic tylko ten karabin maszynowy z lewej.

Wkrótce potem nakazano nocną ciszę. Hillbilly i sierżant wczołgali się z powrotem do swojego dołu, a Snafu wrócił na nasze stanowisko ogniowe. Jak większość ludzi nie wierzyłem w opowieści tych, którzy rzekomo mieli widzenia i słyszeli głosy. Nie wspomniałem więc nikomu o swoim przeżyciu. Wierzyłem jednak, że wówczas na Peleliu Bóg przemówił do mnie i po wojnie starałem się wypełnić treścią swoje życie” (E. B. Sledge, „Piekło Pacyfiku”).

Eugene B. Sledge, spisał swoje przeżycia i jego książka odniosła ogromny sukces w wielu tłumaczeniach, stając się wspaniałym i mocnym ostrzeżeniem przed okropnościami wojny, bezsensem zabijania i brutalności. Po wielu latach wyprodukowano równie imponujący film pod tytułem „Pacyfik”, którego producentami są Tom Hanks, Steven Spielberg oraz Gary Goetzman. Autor zapewne nie przypuszczał, iż jego dramatyczne przeżycia przeobrażą się po latach we wspaniałe arcydzieło literatury pamiętnikarskiej. Nawet „piekło” przeżyte na ziemi może stać się arcydziełem, gdy towarzyszy nam Słowo Boga i dajemy się prowadzić głosem anioła. Powołaniem tego zwykłego żołnierza było dać świadectwo o Bogu, który strzeże wczytanego w Jego Słowo człowieka nawet w samym epicentrum tajfuna śmierci. Eugene Sledge został po wojnie wykładowcą biologii i chociaż całe życie nią się parał, jego misją życiową, jego powołaniem było dać świadectwo o Bogu, który jako jedyny może wybawiać z wojennej potworności, jaką ludzie sami sobie zgotowali.

Bardzo potrzebujemy anioła, który by pomógł nam delikatnie odkryć najgłębsze pragnienie, czyli przeznaczanie i dojść do drogi naszego powołania, a później odnaleźć cel. Pisząc „powołanie”, wcale nie mam na myśli jedynie powołania do życia konsekrowanego, choć i o takim też mowa. Istnieje powołanie do małżeństwa, kapłaństwa, zakonu. Powstaje pytanie, czy istnieje powołanie do samotności? Jeśli Bóg powołuje kogoś do życia w anachorezie, czyli na pustyni, to zawsze jednak celem jest relacja z Bogiem, a odsunięcie się od ludzi ma tylko charakter fizyczny, gdyż pustelnicy egipscy z pierwszych wieków chrześcijaństwa, na przykład, swoje pustelnicze życie ofiarowywali za tych, którzy żyli w społeczeństwie – za ich wytrwanie w łasce albo przetrwanie prześladowań. Ale bywają etapy w naszym życiu, kiedy naprawdę potrzebujemy samotności. Może istnieć więc powołanie człowieka do samotności na pewien czas, po to, by człowiek odzyskał siebie, odzyskał relację z Bogiem. Samotność sama w sobie nie jest celem ani przeznaczeniem człowieka. Bywają etapy, na których nic nam nie wychodzi, tracimy pracę, nie dostajemy się na studia, tracimy narzeczonych. Dlaczego? Nic nam nie wychodzi na zewnątrz nas, bo Bóg chce, byśmy zajęli się na jakiś czas sobą, a nie od siebie uciekali. Ktoś mi powiedział, że lubi jeździć pociągiem sam w przedziale. Są etapy życiowej podróży, w których zupełnie sensowne jest doznawać tylko siebie samego. Raz po raz trzeba najpierw dotrzeć do samego siebie, zanim dotrze się do kogokolwiek.

Istnieją też powołania zawodowe: powołanie lekarskie, powołanie do bycia policjantem, nauczycielem, powołanie do bycia obrońcą pokrzywdzonych albo powołanie misyjne, powołanie do pomocy najbiedniejszym, powołanie do obrony skrzywdzonych dzieci albo do opieki nad porzuconymi, powołanie do wspierania załamanych, do bycia psychologiem albo nieocenioną pielęgniarką, do zarządzania, jak i do służenia, nawet do bycia mechanikiem samochodowym. Istnieją osoby, które wykonują prozaiczne zawody i są szczęśliwe, i istnieją artyści, którzy żyją na progu rozpaczy. A tak á propos, poznałem wspaniałego chłopaka, który studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Dreźnie. Wyznał mi, że o niczym tak nie marzy, jak o tym, by być spawaczem!!! Byłem pełen podziwu dla jego majestatu skromności! (oczywiście można wybrać taki zawód z powodów lękowych, na przykład bojąc się ludzi lub nie wierząc w swoje możliwości, ale to co innego!). Niczego tak Jezus nie uwielbia, jak skromności ludzkiej i upodobania w niej! Święty Józef był... stolarzem, czy też budowniczym domów – nic wyjątkowego! Sens życia i odkrycie powołania są ściśle ze sobą związane. Powołani jesteśmy przede wszystkim do zbawienia, ale by je osiągnąć, otrzymujemy powołanie do konkretnych miejsc lub zadań w świecie, które trzeba rozeznać. Dlatego Bóg posyła do wielu z nas swych aniołów, byśmy łatwej rozpoznawali swoje miejsce. Czyni tak nawet w przypadku całego narodu – Izraela.

Zapewnienie Boga o posłaniu anioła przed Izraelem znajduje się w Księdze Wyjścia, gdy Izrael zawiera przymierze z Bogiem na górze Synaj. Ciekawy szczegół zwrócił moją uwagę w czasie lektury tego fragmentu. Otóż sformułowanie, w którym Bóg zapewnia o posłaniu anioła, brzmi tak samo, jako to, w którym mówi On, że pośle przed Izraelem... szerszenie! Co ma wspólnego anioł z szerszeniami? Izrael rozpoznawał swoją drogę, kierując się śladem występowania plagi szerszeni. Przeganiała ona ludzi trzech wrogich plemion spośród aż sześciu, z którymi Izrael miał walczyć o odzyskanie Ziemi Obiecanej. Rzeczywiście, na terenach Palestyny i półwyspu synajskiego szerszenie stanowią do dziś poważny problem dla mieszkańców. Izraelici dostali informację, by nie przerażać się plagą, lecz wykorzystać ją dla osiągnięcia celu swej podróży. Anioł nie przybrał więc kształtu postaci ze skrzydłami oraz ognistym mieczem, lecz posłużył się chmurą małych owadów uzbrojonych w jadowite żądła! Skromny środek pomocy: maleńki owad nieprzekraczający 4 centymetrów długości. Ale w stadzie może stanowić wielkie zagrożenie! Trzeba umieć wykorzystywać najmniejsze znaki dla rozpoznania szlaku powołania. To, co dla innych jest zagrożeniem, dla ciebie może być obroną i ścieżką, po której pójdziesz! Bóg zapowiedział Izraelowi, że plaga ta nie wygoni od razu w jednym roku wszystkich mieszkańców, gdyż byłoby to ze szkodą dla kraju, który rychło stałby się siedliskiem innych dzikich zwierząt, utrudniając ponowne osiedlenie się tam. Hebrajska nazwa CCIRAH określa nie tylko same szerszenie, ale również może oznaczać przygnębienie albo niemoc i ma związek z rdzeniem CRA, co znaczy „wzbudzać przerażenie”. Nie wolno nam w rozpoznawaniu drogi powołania kierować się odczuciami innych ludzi, dla których nasz szlak nie jest przeznaczony. To, co dla innych może być źródłem przerażenia, dla nas niekiedy jest właśnie drogą wybrania. W rozeznawaniu drogi przeznaczonej nam przez Boga nie wolno kierować się opiniami innych ludzi, nawet tych, którzy są najbliżsi. Gdybym wziął pod uwagę i przejął się tym, co mówili mi przyjaciele w świecie, i opiniami mojej rodziny o moim powołaniu, nigdy nie dotarłbym do mojej wspólnoty! Kiedy mówiłem w moim środowisku, że zamierzam iść do zakonu, wielu się przerażało, inni byli rzeczywiście przygnębieni. Jakby ich kąsały szerszenie!

„Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Będziesz wykonywał to wszystko, co ci polecam, będę nieprzyjacielem twoich nieprzyjaciół i będę odnosił się wrogo do odnoszących się tak do ciebie. Mój anioł poprzedzi cię i zaprowadzi do Amoryty, Chetyty, Peryzzyty, Kananejczyka, Chiwwity, Jebusyty, a Ja ich wygładzę. Nie będziesz oddawał pokłonu ich bogom i nie będziesz ich czcił. Nie będziesz postępował według ich postępków, lecz zburzysz zupełnie i bezlitośnie połamiesz w kawałki ich stele. Będziecie oddawać cześć Panu, Bogu waszemu, gdyż pobłogosławi twój chleb i twoją wodę. Oddalę od ciebie wszelką chorobę. Żadna kobieta w twoim kraju nie będzie miała przedwczesnego porodu i żadna nie będzie bezdzietna. Liczbę dni twojego życia uczynię pełną. Lęk wzbudzę przed tobą oraz przyprawię o przerażenie wszelki lud, do którego przyjdziesz. Sprawię, że będą uciekać przed tobą wszyscy twoi nieprzyjaciele. Ja zaś poślę przed tobą szerszenie, które wypędzą Chiwwitę, Kananejczyka i Chetytę sprzed ciebie. Nie wypędzę go sprzed ciebie w jednym roku, aby kraj nie stał się pustkowiem i nie rozmnożył się w nim dziki zwierz na twoją szkodę. Będę ich wypędzał sprzed ciebie stopniowo, aż się rozrośniesz i będziesz mógł objąć kraj w posiadanie. Ustanowię granice twego kraju od Morza Czerwonego do morza filistyńskiego, od pustyni aż do Rzeki. Oddam w ręce wasze mieszkańców tego kraju, a ty ich przepędzisz spośród was. Nie będziesz zawierał przymierza z nimi ani z ich bogami. Nie mogą mieszkać w twoim kraju, gdyż przywiedliby cię do grzechu przeciw Mnie. Mógłbyś oddawać cześć ich bogom, co byłoby dla ciebie zgubą” (Wj 23, 20-33).

W tym fragmencie Bóg wyraźnie zapowiada, że sukces nie będzie od razu całkowity. Szerszenie miały za zadanie tylko częściowo wypędzić i przerazić ludność Kanaanu. Zbyt szybkie powodzenie bywa podejrzane. Nie wolno dać się omamić łatwym sukcesem. W momencie najkrytyczniejszym Ojciec Tobiasza wysyła go na poszukiwanie przewodnika, który znałby drogę do Raga. Znakiem dla niego było, że bez dłuższych poszukiwań znalazł kogoś, kto świetnie znał tę drogę. Ale to był dopiero początek, a nie finisz. Odczytywanie naszego powołania dokonuje się przez znaki, przez osoby, które Bóg stawia na naszej drodze jako oczywiste potwierdzenie, które jest raczej zapowiedzią niż spełnieniem zwycięstwa. Interesujące jest również to, że Tobiasz wypytuje Rafała o rodzinę i dopiero, gdy przekonuje się o jej prawości, pozwala synowi iść z tym kimś, kto podaje się za Azariasza. Znaki i osoby trzeba sprawdzić, zgłębić ich pochodzenie, rozeznać ich duchowy adres. „Umiłowani, nie dowierzajcie każdemu duchowi, ale badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków pojawiło się na świecie” (1 J 4, 1).

Znaki potwierdzające czy też osoby, które potwierdzają słuszność naszego pragnienia, nie są tożsame z czymś, co nazywamy sukcesem. W momencie spotkania Rafała stary Tobiasz jest na skraju zwątpienia, a młody jest pełen przerażenia. Ale nie ulegają zupełnie swoim uczuciom, lecz wbrew im szukają rozwiązania i ono się znajduje. Uczucia nie są najlepszymi doradcami w rozeznawaniu powołania, co nie oznacza, że nie można się nimi sugerować w ogóle – po prostu nie są najważniejszym znakiem potwierdzającym powołanie. Dobrze jest, jeśli odczuwamy radość z powodu odkrycia powołania, albo ulgę lub zafascynowanie, ale byłoby rzeczą niebezpieczną na ślepo nimi się kierować, bez własnego rozsądku albo modlitwy, nie szukając znaków czy też potwierdzenia w Słowie.

Anioł nie przypominał anioła, tylko zwykłego komiwojażera – Bóg wybiera skromne środki, by nam pomóc. Nie sugeruj się czyimś wyglądem ani pozycją w społeczeństwie, gdy szukasz potwierdzenia swojego powołania. Bóg posyła do nas często osoby, które nie noszą skrzydeł, ale uskrzydlają nasze pragnienia, motywują nas i akurat wiedzą to, czego pragniemy się dowiedzieć, albo zmierzają w tym kierunku, w którym i my zamierzamy się udać. Nie zwalniają nas z trudu drogi, lecz pomagają ją przebyć, ponieważ łatwy sukces nie jest twórczy, nie dokonuje przemiany naszego wnętrza. Szybka kariera nie zawsze jest odnalezieniem powołania, częściej jego zagubieniem. Im szybciej stajesz się ważny, nosząc po kieszeniach BlackBerry, Organizery i iPody, w których aż czarno od zadań i adresów oraz numerów, tym bardziej stajesz się niewolnikiem stresu. Dziś wielu ludzi wybiera swoje przeznaczanie, idąc za trendami i mamiąc się wizją bogactwa. To kiepscy doradcy – moda nigdy nie jest aniołem!

W prasie przeczytałem, że większość amerykańskich ekspertów od komputerów, którzy zrobili zawrotną karierę, już w wieku 25-30 lat rezygnowała z pracy, ponieważ nie mogli znieść stresu! Relacje budowane przez tych ludzi ograniczały się tylko do jednego: użyteczności. Doskonaląc maszyny, sami stali się maszynami. A to dla człowieka jest katastrofa, gdyż już nie żyje życiem w całej rozciągłości, tylko chwilą.

Misjonarze, którzy pracują w Japonii, opowiadają o ogromnym wyścigu szczurów w tym kraju. Japończycy to ludzie wielce honorowi, więc kosztem swojego wolnego czasu i zdrowia chcą być jak najlepszymi pracownikami. Młodzi ludzie, jak wyjaśnia o. Dudar, często nie wytrzymują tego psychicznie. Tempo życia, wymagania, jakie się im stawia, kończą się często w najgorszym przypadku samobójstwem (30 tysięcy rocznie), a nierzadko także – kiedy czują, że nie spełniają pokładanych w nich nadziei – chorobami psychicznymi czy uzależnieniami. Do tego dochodzi jeszcze jeden problem. Ostatnio – jak podał portal informacyjny Yahoo Finance – pracownicy chińskich fabryk należących do firmy Foxconn, produkujących sprzęt elektroniczny, zostali zmuszeni do złożenia pisemnych zobowiązań, w których obiecują, że nie popełnią samobójstwa. Jest to wynik tego, że w ciągu ostatnich 16 miesięcy, co najmniej 14 pracowników fabryki odebrało sobie życie („Nasz Dziennik”, 10 maja 2011).

Dążenie od razu do kariery jest zabójcze dla szczęścia. Szczęście rozwija się powoli i zaczyna się już teraz, gdy przyjmujesz to, co jest wolą Boga. Wynikiem niewłaściwego rozumienia powołania jest skoncentrowanie na życiu doczesnym, a nie wiecznym.

„Trwajcie więc cierpliwie, bracia, aż do przyjścia Pana. Oto rolnik czeka wytrwale na cenny plon ziemi, dopóki nie spadnie deszcz wczesny i późny” (Jk 5, 7).

Cierpliwość i wytrwałe oczekiwanie na wewnętrzną pewność co do wyboru drogi do zbawienia są oznakami mądrości. Rolnikiem z tego tekstu jestem ja albo ty. Deszczem jest łaska wysłuchania naszego wołania. Zwróć uwagę: jest mowa o deszczu wczesnym i późnym. Nie ma mowy o deszczu W CZASIE oczekiwanym! Pan daje ci łaskę, zanim o nią poprosisz, daje ją nawet wtedy, gdy mówisz: jest już za późno! Nigdy nie wątp, że ona przyjdzie. Mam na myśli łaskę rozeznania przeznaczenia czy też powołania.

Wszystkie powołania są bezcenne. Nie ma nieistotnych powołań i wcale nie są najistotniejsze te, które są medialnie eksponowane. Nie wszyscy też są powołani do tego samego, każdy idzie inną drogą, najlepszą dla niego. Wspólne dla wszystkich jest ostateczne powołanie, ale i tu każdy ma swoją do niego drogę i każdy musi ją odnaleźć. Biblia mówi, że w Edenie było mnóstwo różnych drzew, każde inne, i ta różnorodność była pięknem. Kiedy wchodzimy do parku, w którym wszystkie drzewa są zdrowe, jednego gatunku i w jednakowej odległości posadzone, to nie wygląda to tak uroczo jak dżungla amazońska, bogata w miliony gatunków. Nie należy więc słuchać ludzi, którzy mówią nam: masz zostać tym albo tamtym, wybierz to, zdecyduj się na to, Bóg to by wolał, to jest cenniejsze w Jego oczach. Takie słowa można usłyszeć również od kapłanów, którym się wydaje, że życie konsekrowane czy inne jest najwartościowsze, albo od rodziców, którzy bardzo by chcieli pożenić swoje dzieci. Jeszcze trudniej jest, gdy ktoś z rodziny narzuca nam swoje niespełnione ambicje albo marzenia. Człowiek musi zapytać Boga – czego Bóg od niego oczekuje. Jaka droga zdaniem Boga jest właściwa i najlepsza?

By odkryć swoje powołanie czy przeznaczenie, Bóg dał nam anioła, trzeba nauczyć się go słyszeć. Umiejętność rozeznawania znaków, które Bóg rozstawia wokół nas (choćby stada szerszeni albo komiwojażer stojący akurat przed naszymi drzwiami, lub kij pasterski, który staje się wężem), bierze się z... medytowania Biblii. Tak, ponieważ ten, kto nauczy się widzieć w tekście więcej niż tylko farbę drukarską i kartkę albo literalny zapis i starożytne opowiadania o narodzie wybranym, będzie też umiał widzieć głębiej rzeczywistość.

Czy można usłyszeć anioła? Tak! Owszem, trzeba się tego nauczyć. Twoje życie nie musi być jedynie sumą zewnętrznych wydarzeń, pochodną ludzkich pomysłów, nacisków z zewnątrz, efektem życzeń rodziców albo namów ze strony przyjaciół. Trzeba zawierzyć je Bogu, by było efektem Jego prowadzenia. Sam musisz spytać swojego anioła, co jest twoim powołaniem. Tylko wtedy, gdy żyjesz w zgodzie ze swoim wewnętrznym powołaniem, możesz być szczęśliwy, możesz być spełniony, możesz być człowiekiem, który posiada swój sens. Ale nie spiesz się z rozeznaniem i nie trzymaj się kurczowo tego, co odkryłeś. Życie może przynieść zaskakujące rozwiązania. Najważniejszy cel to dojść do Boga i zjednoczyć się z Nim, najgłębiej jak potrafisz. Droga do tego celu może być zaskakująca. Przeznaczenie nie jest determinacją, nie jest przymusem.

W żadnych gwiazdach nie jest zapisane nasze życie dzień po dniu, minuta po minucie, ale w Biblii odnajdziesz światło dla każdego kroku. Oddając się dzień po dniu Bogu, możesz uzyskać wspaniałe natchnienia od posłanego przez Niego anioła i zyskać wiele szans i wsparcie w realizacji swego pragnienia, które zamierzył wobec ciebie Bóg. Nigdy się jednak nie obwiniaj, nawet jeśli nie uda ci się osiągnąć tego, czego pragniesz, od razu: może się przecież okazać, że błędnie coś rozczytałeś na pewnym odcinku rozeznawania. Zawsze ufaj Bogu, nawet jeśli masz wrażenie, że nic ci nie wychodzi. Jeśli Jemu się oddajesz, na pewno twoje życie nie będzie chybione.

Nie jesteśmy szczęśliwi, kiedy nie żyjemy naszym przeznaczeniem, czyli naszym powołaniem. Czasem nawet ocieramy się o śmiertelny lęk, który napawa nas niechęcią do życia w ogóle. Jest w Księdze Wyjścia taki tajemniczy fragment, który może nas wprowadzić w zdumienie. Opowiada on o Mojżeszu, który nie wiedział przez wiele lat, po co żyje i kim jest. Nie znał swego przeznaczenia. Uciekając z Egiptu, zabłąkał się na pustyni Madian i tam pomógł córkom Jetry nakarmić ich stada, broniąc je przed bezczelnymi pasterzami. Jetro przygarnął zabłąkanego Mojżesza i dał mu córkę Seforę za żonę, jednak Mojżesz nie żył pośród swego ludu, nie miał celu życia, przeczuwał, że to nie jego miejsce, ale nie wiedział, jak to rozwiązać. Gdy urodził mu się syn, nadał mu imię Gerszom, dając wyraz swemu zagubieniu, bowiem imię to oznacza kogoś, kto nie żyje na swoim miejscu: cudzoziemca. Mojżesz był smutny i jedynym jego zajęciem było wypasanie owiec. Życie wydawało mu się bez sensu. Ta proza i nuda życia przygnębiała go. Jak można przeczytać w Biblii, pewnego dnia zawędrował aż do góry Horebu i tam doznał objawienia Boga, który przedstawił mu się zadziwiająco, jako Bóg, który podobnie jak on, Mojżesz, jest Bogiem zapomnianym, odepchniętym.

Ale zanim dopatrzył się obecności Boga, wpierw dostrzegł tylko zwykły krzew, który wydawał się płonąć. Nic szczególnego na pustyni. Dziwne było to, że się nie spalał! Mojżesz ruszył więc w stronę tego zjawiska, które już w tym momencie przekraczało ramy natury. I wtedy zrozumiał, że ma przed sobą anioła Boga, a gdy jeszcze się przybliżył, usłyszał ze środka płonącego krzewu samego Boga. Znowu cechą charakterystyczną jest zwykła skromność znaków, które dopiero po bliższym przyjrzeniu się okazują się niezwykłym zbliżeniem Boga do człowieka. Legendy żydowskie dopatrywały się w owym aniele Zagzagaela, anioła, który odpowiada za rozumienie Tory, mądrość, wyjaśnianie imienia Boga oraz nauczanie samych aniołów! Trzeba być dociekliwym i spostrzegawczym, by dopatrzeć się w zwykłych wydarzeniach Jego głosu albo Jego anioła. Taką dociekliwość, umiejącą „czytać” w wydarzeniach, nabywa się przez medytowanie Biblii. Dopiero gdy dał się pociągnąć temu zjawisku i uległ swej dociekliwości, Mojżesz usłyszał, że jego przeznaczaniem jest wyprowadzić Izraela z niewoli Egiptu. Nie chciał w to uwierzyć i wzbraniał się przed tym, bowiem nie miał żadnych środków ani pomysłu na realizację tak trudnego dzieła.

Bóg kazał mu wtedy wziąć do ręki laskę pasterską i rzucić ją na ziemię. Ku przerażeniu Mojżesza kij zamienił się w węża. Zwykły kij stał się w jednej chwili potężną bronią. Gdy podejmiemy nasze powołanie w zgodzie z wolą Boga, nawet nasze „kijowe” możliwości stają się potężną mocą, cudownymi możliwościami. Mojżesz jednak ciągle nie wierzył w siebie i odpowiedział Bogu, że ma ciężką mowę i nie potrafi przemawiać. Często to słyszę od kleryków przygotowujących się do kapłaństwa, że lękają się posługi Słowa, przemawiania, głoszenia, katechizacji. Sam miałem ogromne obawy, gdy miałem pierwszy raz stanąć przy ambonce, więc w dzień poprzedzający moją pierwszą homilię poświęciłem dużo czasu na przygotowanie. Czytałem, rozważałem, pisałem. A ponieważ nie umiałem przemawiać, napisałem sobie tekst i go przeczytałem kilka razy.

Moja słabość i lęk stały się w niezauważalny sposób zaletami. I tak już pozostało: ponieważ lękam się przemawiania, zawsze dobrze się do niego przygotowuję. Demostenes (384-322 przed Chr.), najsłynniejszy mówca grecki, twórca słynnych „filipik” skierowanych przeciwko Filipowi Macedońskiemu, miał również trudności z mówieniem, więc zamykał się w domu i golił głowę, by wstyd nie pozwolił mu wychodzić z mieszkania, i dopóki nie odrosły mu włosy, uczył się na pamięć swoich mów. Gdy już nie musiał wstydzić się łysiny, wychodził z zamknięcia i przemawiał, robiąc piorunujące wrażenie.

Podobnie było z Mojżeszem – ponieważ nie czuł się mocny, wkładał w przemawianie więcej wysiłku. Moc w słabości się doskonali. Mojżesz ostatecznie zgodził się iść za swym powołaniem, ale gdy już wyszedł z kraju Madian, ze swoją żoną i dzieckiem, pewnej nocy zasnął i ogarnął go taki lęk, że o mało co nie umarł. Biblia mówi, że „Bóg chciał zabić Mojżesza” (Wj 4, 24).

Żydowskie legendy podają, że to anioł Uriel chciał połknąć Mojżesza za to, że zaniedbał on obrzezania swego syna: nie można bowiem innym przewodzić, oszczędzając sobie nawrócenia i dogłębnego przymierza z Bogiem. Czytając jednak te słowa, musimy pamiętać, że są one archaicznym sposobem wyrażania myśli. Autor nie umiał psychologicznie wyjaśnić tego stanu, w którym znalazł się Mojżesz, więc napisał, że to Bóg chciał zabić Mojżesza. Ale prawda tego tajemniczego tekstu jest inna: kiedy wchodzimy na drogę naszego przeznaczenia, a jednocześnie wewnątrz siebie wątpimy w nią, powstaje w nas konflikt, który spycha nas nawet w pragnienie śmierci. Dlatego Bóg tak delikatnie i z pewnym odwlekaniem objawia nam nasze powołanie. Tylko wtedy jasno się wyraża, gdy widzi w nas zupełną gotowość pójścia drogą Jego powołania. Jeśli ciekawy jesteś tego, co ci On przeznaczył, i jednocześnie nie znajdujesz w sobie gotowości, by wypełnić Jego słowa, może minąć wiele czasu, zanim On ci jasno wskaże, co ma dla ciebie. Prosząc Go o objawienie ci Jego woli względem ciebie, musisz mieć w sobie gotowość spełnienia wszystkiego, co ci objawi.

Czy czujesz, że twoje prawdziwe życie już się rozpoczęło? Czy masz w sobie gotowość, by wypełniła się wola Boga względem twojej osoby? Czy też odczuwasz wyobcowanie i życie wydaje ci się bez sensu?

Znakami powołania są pewne uzdolnienia, które w nas się ujawniają, jednak nie są one decydujące. Mam na przykład uzdolnienia plastyczne, byłem nawet w liceum plastycznym, ale odszedłem. Przez wiele lat rysowałem i malowałem, ale zrezygnowałem, bo odkryłem, że o wiele piękniejszymi dziełami sztuki są ludzkie dusze, którym przez spowiedź, rozmowę, modlitwę, przez Słowo Boga mogę pomóc odzyskać piękno i godność. Dusza ludzka zastąpiła mi płótno i moje uzdolnienia fizycznie już się nie realizują, bo zyskały duchowy wyraz. Ale żeby odkryć tę inną wersję mojego powołania, musiałem przejść przez duży kryzys, nawet depresję. Wyrzucono mnie z liceum plastycznego z błahego powodu – i to było dobre. Przez trzy lata nie wiedziałem, po co żyję, błąkałem się jak Mojżesz po pustyni, pędząc „kijowy” żywot. Musiało się tak stać, bo byłem zbyt kurczowo przywiązany do marzenia o tym, by być artystą malarzem... Owszem, miałem być artystą, i to malującym artystą, ale obraz Boga w ludzkiej duszy! Ponieważ ślepo wierzyłem w moje powołanie do bycia artystą malarzem, niczym stary Tobiasz, który oślepł, dlatego musiałem przeżyć kryzys. Stary Tobiasz modlił się o śmierć – zaraz po tym przypomniał siebie o 10 talentach i posłał młodego Tobiasza po skarb 10 talentów (przebaczenie) oraz po to, by ten znalazł Sarę. Przejrzałem na oczy i zobaczyłem każdą duszę ludzką jak Sarę, uwiązaną Asmodeuszem. Dlatego nabrałem ochoty do tego, by te dusze uwalniać.

Czasem jest tak, że człowiekowi nie jest dane wykorzystanie talentów w taki sposób, w jaki to sobie zaplanował. Jednak z pewnością, jeśli je dostał, to one po coś są. Trzeba zobaczyć, jak można je wykorzystać. Pewna wspaniała kobieta wyznała mi: „Pamiętam, jak sama miałam pretensję do Boga, dlaczego wlał w moje serce tyle miłości, cierpliwości itd., cech, które idealnie nadają się do założenia rodziny, i jeszcze to najgłębsze pragnienie rodziny. Pytałam Go, po co mi to dał, skoro nie pozwala mi tego realizować. Ale pokazał mi, że jeśli moje życie tak się ułożyło, że nie założyłam rodziny, to mogę te pokłady wykorzystać inaczej – zaczął stawiać na mojej drodze Jego dzieci, które potrzebowały miłości, bo jej nie doznały. Czyli Bóg potrafi nawet rzeczy zablokowane wykorzystać dobrze. Nawet jeśli nasze powołania cząstkowe z jakiegoś powodu nie zostaną zrealizowane, należy zawsze pamiętać, że jest powołanie ostateczne – zbawienie. I to jest ogromne pocieszenie, bo wtedy nie ma sytuacji, której byśmy nie mogli wykorzystać”.

Jest też wielu młodych ludzi, którzy nie wiedzą, jak wykorzystać te swoje talenty, a często też inni (np. rodzice) mogą je im blokować. Trzeba zaufać Bogu, że wyprowadzi nas i z tych ograniczeń – nawet jeśli zajmie to wiele czasu. Być może teraz myślisz: ja się do niczego nie nadaję! To nieprawda, po prostu jeszcze nie wiesz, do czego się nadajesz, jeszcze nie odkryłeś, do czego jesteś powołany, jeszcze nie usłyszałeś głosu anioła. Albo blokujesz się strachem – strach nie jest czymś nienormalnym. Odwaga nie zakłada braku strachu, tylko jego pokonanie. Nie da się żyć, unikając wszystkiego, co budzi strach. Trzeba podejmować częściej to, czego nie znamy i w czym czujemy się nieumiejętni, niż ciągle robić to, co robiliśmy dotychczas. Odwaga to strach, który nam służy do ekspansji, strach to odwaga, z której zrezygnowaliśmy.

Podejrzewam, że teraz myślisz: ale ja jestem kimś tak banalnym i beznadziejnym – moje życie to nie życie Leonarda da Vinci albo Alberta Einsteina. Albert Einstein urodził się 14 marca 1879 r. w Ulm położonym w Wirtembergii. Jego rodzice byli Żydami. Ojciec handlował pierzynami (co za banalne zajęcie !), ale później – jak można dowiedzieć się z jego biografii umieszczonej choćby w Wikipedii – z bratem założyli zakład zajmujący się produkcją instalacji gazowych i kanalizacyjnych (również mało atrakcyjne!). Następnie rodzina przeniosła się do Monachium, gdzie Albert po raz pierwszy przeżył zafascynowanie nauką, ponieważ ojciec pokazał mu kompas. Być może po raz pierwszy wtedy odkrył kierunek swego przeznaczenia? Pomyśleć, że od tak prozaicznego i błahego przedmiotu może zacząć się wielkie odkrycie! Ale czy nie jest to bliskie ewangelicznemu wzorcowi: od małego ziarna gorczycy do wielkiego drzewa? Ponieważ jego matka była muzykiem, Albert jako mały chłopiec zaczął uczyć się gry na skrzypcach. Spełniał ambicje mamusi, ale niekoniecznie było to jego powołanie. Tak często bywa, że to, co widzą w dziecku rodzice, niekoniecznie jest tym, co jest ich powołaniem, nawet jeśli z miłości starają się zaszczepić dziecku swoje ambicje. Albert nigdy nie przestał grać i nigdy nie został wirtuozem, bo naszym powołaniem nie jest marzenie rodzica! W pierwszych latach nauki Albert był dobrym uczniem, ale gdy firma Einsteinów zaczęła mieć kłopoty i rodzina przeniosła się do Mediolanu, Albert pozostał w Monachium pod opieką kuzynów. Wtedy po raz pierwszy doznał swej kruchości, stał się napięty i chyba doświadczył depresji. Kilka miesięcy po wyjeździe rodziców wypisał się ze szkoły i wyruszył do rodziców.

W Zurychu w roku 1895 r. przystąpił do egzaminu wstępnego na politechnikę, niestety, z powodu mizernych wyników z przedmiotów humanistycznych próba zdania egzaminu zakończyła się fiaskiem. Czy taki życiorys może wskazywać na kogoś, kto stanie się w przyszłości jednym z największych fizyków-teoretyków XX wieku, twórcą ogólnej i szczególnej teorii względności, współtwórcą korpuskularno-falowej teorii światła, odkrywcą emisji wymuszonej, laureatem Nagrody Nobla za wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego? Syn człowieka, który produkował pierzyny, i niespełnionej pani muzyk został fizykiem!

Nawet zwykły robotnik może kiedyś stać się papieżem. Twoje życie tylko teraz wydaje ci się banalne, ale prawda jest inna. Nie wtedy jesteś szczęśliwy, gdy jesteś tym, kim marzyłeś zostać, lecz wtedy, gdy jesteś tym, kim powinieneś zostać – tym, do czego jesteś przeznaczony. Przeznaczenie to wewnętrzne pragnienie, a marzenia bywają płytkie, narzucone, wmówione, nieprzemyślane. Kto umie odróżnić marzenie od pragnienia, jest na wygranej pozycji. Zapytaj anioła o swoje pragnienie, niech pomoże ci je sobie uświadomić!

Ale jak? To bardzo proste: weź swój notatnik, Biblię i idź sam do Jezusa, do świątyni, albo w takie miejsce, w którym nikogo z ludzi nie będzie, i zapytaj swojego anioła, a potem spójrz w swoje wnętrze i przyjrzyj się, czego najbardziej pragniesz, co najintensywniej ci się jawi w twoim wnętrzu.

Nie pomyl tylko swoich marzeń lub ambicji rodziców z pragnieniem, które jest ci dane od Boga. Daj sobie kilkanaście minut, by pragnienie mogło się ujawnić, jak w ciemnym pokoju, w którym zaraz po wejściu nic nie widać, ale po chwili oczy zaczynają się przyzwyczajać i rozróżniać kształty.

„Ty, którego pochwyciłem na krańcach ziemi, powołałem cię z jej stron najdalszych i rzekłem ci: «Sługą moim jesteś, wybrałem cię, a nie odrzuciłem»” (Iz 41, 9).

Zwróć uwagę, że Bóg powołuje z krańców ziemi, z najdalszych stron. Co to znaczy? To nic innego nie znaczy, tylko że Bóg ma dla ciebie przeznaczenie nawet wtedy, gdy jesteś na krańcu wytrzymałości, na krańcu sensu, w krańcowych sytuacjach losu, u kresu sił i kiedy wydaje ci się, że On sam jest dla ciebie najdalszy, prawie nieobecny. On nigdy nie zapomina. Z drugiej strony, oznacza to, że właśnie krańcowe okoliczności i oddalenie są pomocą dla odkrycia powołania, uświadomienia sobie swojego przeznaczenia, a także odkrycia Bożego Słowa. Ludzie, którzy nie doświadczają kryzysów, są głusi na głos Boga.

Nie daj się więc zniechęcić swoim lękom i niewierze, a także nie daj się ponieść zbyt wygórowanym ambicjom. Trzeba odczekać chwilę, by pragnienie prawdziwe – prawdziwe powołanie – stało się jasne.

Tylko wtedy nic nie zobaczysz, gdy twój anioł uzna, że nie uwierzyłbyś w twoje powołanie albo przeraziło by cię ono. Ktoś, kto ufa Bogu i wierzy w Jego najlepszą wolę uczynienia człowieka szczęśliwym, na pewno zobaczy.

Dlatego drugim znakiem, po talentach czy uzdolnieniach, są kryzysy, załamania, zwątpienie w dotychczasowej drodze lub usiłowaniach. One wszystkie są świetną okazją, żeby dostrzec to, co naprawdę jest właściwą drogą – bo zdarza się, że zwiedzeni iluzjami czy marzeniami, wybieramy błędną drogę. Wtedy po jakimś czasie (może być, że nawet po kilku latach) dochodzi do załamania, do poczucia bezsensu i zniechęcenia – to dlatego, że zbyt kurczowo trzymamy się iluzji, biorąc ją za rzeczywistość. A często właśnie wtedy pojawia się Anioł Boży i krzyżuje naszą drogę, zamyka tę, po której idziemy, byśmy zmienili kierunek na właściwy. Nie wolno być zbyt konsekwentnym i uparcie trzymać się jednego marzenia, jednej wersji, jednego celu, jednego jedynego wyobrażenia o tym, co jest naszym celem i marzeniem, powołaniem i przeznaczeniem.

Dlaczego neandertalczycy wymarli 40 tysięcy lat temu? Bo kurczowo trzymali się jednego sposobu życia, co doprowadziło ich do stagnacji. Mamuty i pożeranie, mamuty i pożeranie, mamuty i pożeranie i... skończyły się mamuty, a oni już nie umieli inaczej żyć! Nie potrafili tak poszukiwać jak człowiek współczesny, który jakieś 90 tysięcy lat temu przybył do Europy z Afryki. Ci ciągle coś zmieniali, modyfikowali, wędrowali i dlatego... mamy dziś cywilizację! Życie jest ciągłym wkraczaniem w to, co nieznane, albo zamieraniem w tym, co już się doskonale zna! Lepiej być myszą na polu, szukającą ciągle nowych przestrzeni, niż laboratoryjnym szczurem, który biega w kołowrotku, lepiej mieć żywe pragnienia niż pocieszać się martwymi zdjęciami. Lepiej żyć TU i TERAZ, niż KIEDYŚ i GDZIEŚ.

Nie wolno trzymać się jednego wyobrażenia o planie na życie. Anioł może cię zaskakiwać i co jakiś czas dodawać nowe elementy do przyszłej całości, a od ciebie oczekuje elastyczności, zdolności zmiany.

Z życiem jest jak z dobrą muzyką na płycie. Miałem płytę SADE „Soldier of love”. Z początku podobały mi się tylko dwa utwory i często je odsłuchiwałem. Wydawało mi się, że na całej płycie są kawałki banalne i imponujące. Może tylko dlatego zaimponowały mi tak bardzo dwa, ponieważ reszta wydawała mi się banalna? Z czasem te atrakcyjne mi spowszedniały, a te, które początkowo ignorowałem, okazały się intrygujące. Tak jest z życiem: to, co przez jakiś czas jest banalne, niewarte uwagi, nagle nas pociąga i skupia naszą uwagę i trzeba dać się pociągnąć, a nie tkwić w schemacie, który nie pozwala poznać nowych przestrzeni.

Twarde drzewo, którego nie można zgiąć, pęka przy wichurze, tylko takie, które jest elastyczne potrafi przetrwać burze. Nie trzymaj się kurczowo jednej wersji pomysłu na życie, bo to grozi załamaniem – być może trzeba się na razie pochylić, by się nie złamać, ale za chwilę wichry miną. Wspomniany przeze mnie Milton Erickson był wspaniałym terapeutą, ale jego wielkość, głębia, mądrość wzięły się również z tego, że był sparaliżowany i wiele lat spędził na wózku inwalidzkim. Nie mogąc być sprawnym fizycznie, stał się niezwykle sprawny duchowo, emocjonalnie i intelektualnie! Jakiś Milton w nim zmarł, ale jednocześnie pojawił się inny, wspanialszy! Żył jak kokon, ale tak naprawdę był motylem. Wyglądał jak stary Tobiasz, ale w rzeczywistości był tym młodym. Stary Tobiasz też był kaleką i nagle, gdy został okaleczony, uruchomił się młody, przebiegający ogromne przestrzenie! Tych dwóch Tobiaszów może bowiem być „dwoma wersjami” jednego człowieka.

Być może i o sobie tak myślisz: jestem takim kaleką życiowym. Poproś anioła, aby pomógł ci się „uruchomić” na innym poziomie – pięknym i wartościowszym!

Przez całe życie coś w nas umiera i jednocześnie dzięki temu coś zupełnie nowego się rodzi. Być może teraz właśnie znajdujesz się na takim etapie, w którym wydaje ci się, że jesteś beznadziejny i wolałbyś umrzeć... Przeczekaj i módl się do anioła, by ci pozwolił przetrwać, a znowu pojawi się w tobie ożywienie.

Być może teraz masz taki czas, kiedy czujesz do siebie nawet odrazę, jakbyś był gąsienicą, albo czujesz się zamarły, jakbyś był kokonem, ale ostatecznie, wcześniej czy później, staniesz się motylem, pięknym motylem! Często trzeba cierpliwości, by pokonać te przejściowe stadia z wiarą, a nie ku załamaniu – na razie jesteś poczwarką, a nie motylem, ale w końcu i nim się staniesz. Nawet jeśli to trwa już długo. Naród wybrany szedł 40 lat do Ziemi Obiecanej. Chrześcijanin musi wierzyć, że jest Ziemia Obiecana. Ona została człowiekowi obiecana przez Boga, więc nie można zwątpić – jeśli zawierzamy Bogu, to nas do niej w końcu doprowadzi.

Przykładem jest w tym miejscu inna skrzydlata istota: Danaus plexippus – wędrowny motyl nazywany danaidem wędrownym, monarchem lub monarchą (ale zanim zostanie MONARCHĄ, najpierw musi być wstrętną poczwarą!). Występuje na obszarze od Kanady po Argentynę, długość życia: 3-4 tygodnie, a pokolenia zimującego: 7-8 miesięcy. Dzięki pokoleniom, które nie są zdolne latać tak daleko i zamierają szybko, powstają inne, które wędrują prawie 3 tysiące km!!! Populacje z Ameryki Północnej odbywają masowe migracje. Przylatują do Meksyku (ok. 14 mln osobników) mniej więcej w okresie święta zmarłych (!). Ludzie, którzy odwiedzają cmentarze, mówią, że to dusze zmarłych dają o sobie znać, że kiedyś odżyją! Samice składają jaja na liściach, a z jaj tych wykluwają się larwy (co za odrażająca forma bytu – ileż razy tak się czułem!). Rosnące larwy muszą przejść pięć linień, zanim staną się poczwarkami, a później (w trakcie 7 przeobrażeń!) dojrzałą, dorosłą formą motyla. Gdyby któraś z gąsienic popatrzyła pewnego dnia w lustro i powiedziała sobie: jestem odrażająca i taka już pozostanę, więc nie ma po co żyć, to by nigdy nie przemieniła się w pięknego motyla! I w tobie musi się wiele przeobrazić, byś w końcu zobaczył w sobie piękno i sens. Wytrwaj wszystkie przeobrażenia, zamieranie i metamorfozę, czeka cię daleka droga! Bardzo mnie to ujmuje, że do postaci „monarchicznej”, czyli królewskiej, dochodzi się przez postać poczwary! Być monarchą to być kimś, kto nie tyle ma splendor, ale nade wszystko ROZDAJE, nie oczekując, że ktoś mu coś OFIARUJE. W życiu duchowym ROZDAJE ten, kto już niczego nie szuka i nikogo, lecz to jego szukają i u niego szukają! Taki jest MONARCHĄ!

Nawet przyroda dowodzi, że życie się przemienia. Tylko przez jakiś czas będzie ci tak trudno, jak ci jest trudno, ale ten najtrudniejszy okres można skrócić albo wydłużyć, nawet w nieskończoność.

Wydłużasz go albo utrwalasz, gdy rezygnujesz z pomocy anioła, gdy odrzucasz wszystkie jego propozycje, gdy zamykasz się w beznadziei i codziennie mówisz: nie wierzę, że się coś zmieni, będzie tylko coraz gorzej! Nie chcę pomocy, nie chcę, żeby było lepiej! Przypominasz wtedy gąsienicę, która nie wierzy, że przeobrazi się w motyla!

Skracasz ten etap „gąsienicy”, gdy zwracasz się do swego anioła o wsparcie i zaczynasz szukać pierwszych oznak przemiany twojej sytuacji. Tym bardziej, gdy szukasz potwierdzenia w znakach, u przewodnika duchowego, w modlitwie, w uświadomieniu pragnienia, które daje ci pokój i szczęście oraz gdy co jakiś czas szukasz światła w Biblii. Każde jednak pragnienie poddaj „kwarantannie” czasu.

Kiedy we wszystkim doznasz potwierdzenia swego powołania, nie zwlekaj. Przypomnijmy w tym miejscu słowa Rafała, które wypowiedział do młodego Tobiasza: „Ja poczekam, tylko nie bądź tam długo” (Tb 5, 8).

Wypowiedział je, by młody Tobiasz nie zatrzymywał się w domu, ale otworzył się na łaskę, która przychodzi i... szybko wyszedł z domu.

Twoim bogactwem jest czas i uwaga, skupienie, w których odkrywasz pokój Ducha i poczucie bezpieczeństwa wypływające z faktu zaufania Bogu Ojcu we wszystkim.