Wydawca: Ole Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dom Róż - Sarah Harvey

Kiedy Lily wyrusza z mężem Liamem z Londynu do Kornwalii, nie ma pojęcia, jak bardzo ta decyzja odmieni jej życie. W samotnym domu na wybrzeżu południowej Anglii coraz bardziej oddala się od człowieka, który był kiedyś jej wielką miłością. Liam coraz dłużej zostaje w pracy i Lily w końcu nabiera podejrzeń, że w jego życiu pojawiła się inna kobieta.

Pewnego dnia tragiczny wypadek zmienia wszystko.

Opinie o ebooku Dom Róż - Sarah Harvey

Fragment ebooka Dom Róż - Sarah Harvey

Sa­rah Ha­rvey

Dom róż

Tłuma­cze­nie: Agniesz­ka Hof­mann

Tytuł ory­gi­nału: Das Ro­sen­haus

© 2011 by Sa­rah Monk and Pi­per Ver­lag GmbH, München.

Ori­gi­nal En­glish ti­tle “Pic­tu­res of Lily” first pu­bli­shed as „Das Ro­sen­haus” by Pi­per Ver­lag GmbH, Mu­nich 2011

Tłuma­cze­nie: Agniesz­ka Hof­mann

Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Kiełbasiński

Zdjęcia na okładce: © De­klo­fe­nak / Istock­pho­to.com, © Lee Ro­gers / Istock­pho­to.com

Re­dak­cja, ko­rek­ta i przy­go­to­wa­nie: Do­li­na Li­te­rek

Po­lish trans­la­tion © 2014 by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

Co­py­ri­ght © Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., 2014

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-7881-376-7

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Alek­san­dra Łapińska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Temu je­dy­ne­mu, którego ko­cham.

Na za­wsze.

1

Peter Tre­ve­than prze­był pięcio­go­dzinną jazdę z Tru­ro do Lon­dy­nu bez po­stojów. Roz­począł ją – jak wszyst­ko w życiu – z kon­kret­nym ce­lem przed ocza­mi, a każda prze­rwa w podróży tyl­ko nie­po­trzeb­nie by go za­trzy­my­wała. Utknąwszy w lon­dyńskich kor­kach, z właściwą so­bie cier­pli­wością i po­godą du­cha słuchał w kółko jed­nej płyty, radośnie bębniąc pal­ca­mi o kie­row­nicę w takt mu­zy­ki. Po co się de­ner­wo­wać, sko­ro i tak nie można nic zmie­nić.

Minęło już pół roku, odkąd ostat­ni raz był w Lon­dy­nie, a gwar­ność me­tro­po­lii wywołała w nim przy­jem­ne mro­wie­nie. Gdy­by nadal co­dzien­nie dojeżdżał do pra­cy w tym mieście, mu­siałby na­tu­ral­nie zno­sić kor­ki, ale ra­czej nie z uśmie­chem, ma­lującym się te­raz na jego młodzieńczej twa­rzy. Wciągnął w płuca ciepłe, gryzące, za­nie­czysz­czo­ne lon­dyńskie po­wie­trze i na­wet ono spra­wiło mu radość, jak komuś, kto wy­je­chał na dość długo, żeby grun­tow­nie od­począć od tego miej­sca.

Pe­ter po­czuł cień no­stal­gii, że po­rzu­cił mia­sto, w którym spędził pierw­sze do­rosłe lata, ale nie żałował swo­jej de­cy­zji. Skręcił w Lad­bro­ke Gra­ve, a da­lej w małą, jakże zna­jomą boczną uliczkę w Not­ting Hill, gdzie ciągnęły się sze­re­gi wik­to­riańskich domów, a szu­ka­nie miej­sca do par­ko­wa­nia równało się zażar­tej wal­ce ze świąto­bli­wy­mi na pozór miesz­kańcami dziel­ni­cy. Do­pi­sało mu szczęście: udało mu się zdo­być bez­cen­ny par­king tuż przed do­mem. Z okna ga­bi­ne­tu wyglądał go już sze­ro­ko uśmiech­nięty Liam, jego naj­lep­szy przy­ja­ciel. Lily stała tuż za nim.

Chwilę po­tem obo­je wy­bie­gli z domu na po­wi­ta­nie, sprze­czając się, które ma większe pra­wo rzu­cić mu się na szyję jako pierw­sze. Ich nie­skry­wa­na radość z jego przy­by­cia wywołała w nim wy­rzu­ty su­mie­nia, bo od ostat­nich od­wie­dzin minęło tyle mie­sięcy. Oczy­wiście miał ku temu swo­je po­wo­dy, ale wolał za­cho­wać je na ra­zie dla sie­bie.

Zo­sta­wił torbę podróżną w po­ko­ju gościn­nym i roz­siadł się przy sto­le w małej, przy­tul­nej kuch­ni Lily i Lia­ma. Drew­nia­ne rzeźbio­ne krzesło było ciut za wąskie dla ma­syw­ne­go sie­dze­nia Pe­te­ra i z tego po­wo­du trochę nie­wy­god­ne.

Prze­ciągnął się i roz­pro­sto­wał ze­sztyw­niałe ple­cy. Do środ­ka przez maleńki ogródek wpa­dały odgłosy późnego popołudnia – nie­cier­pli­we trąbie­nie uwięzio­nych w kor­ku po­jazdów, od­ległe, na szczęście, dud­nie­nie młota pneu­ma­tycz­ne­go, za­wo­dze­nie ra­dio­wo­zu prze­bi­jającego się przez za­tkaną Hol­land Park Ave­nue, krzy­ki dzie­ci spie­rających się o rzut kar­ny do bram­ki za­im­pro­wi­zo­wa­nej z rzu­co­nych na zie­mię ku­pek ubrań.

Był początek września. Lato prze­cho­dziło właśnie w prze­piękną je­sień, a hor­ten­sja w ogro­dzie ugi­nała się do zie­mi pod ciężarem kwiatów. Za­pach wi­cio­krze­wu mie­szał się z aro­ma­tem je­dze­nia. Pe­ter zdjął buty, wyciągnął nogi i chłonął do­mową at­mos­ferę. Na­pa­wał się ciepłem, za­pa­chem czosn­ku, bu­kie­tem roz­la­ne­go do kie­liszków czer­wo­ne­go wina i obec­nością dwójki naj­lep­szych przy­ja­ciół.

Lily zro­biła przerwę w go­to­wa­niu, wzięła od Lia­ma kie­li­szek i od­garnęła z twa­rzy ko­smyk kasz­ta­no­wych włosów. Radość z przy­jaz­du Pe­te­ra spra­wiała, że jaśniała bar­dziej niż wy­pu­co­wa­na na połysk kuch­nia.

– Za do­brych przy­ja­ciół. – Liam uniósł kie­li­szek, a Lily po­deszła i trąciła się szkłem z Pe­te­rem.

– I za do­bre je­dze­nie – uzu­pełnił Pe­ter. – Nie wy­obrażasz so­bie, jak bar­dzo bra­ko­wało mi two­je­go ku­li­nar­ne­go ta­len­tu, Lily.

– Mam na­dzieję, że nie tyl­ko tego! – roześmiała się i złożyła lek­ki pocałunek na jego ciem­nych włosach.

– Oczy­wiście, że nie.

Pe­ter uniósł na nią wzrok i uśmiechnął się. Po­tem łyknął spo­ry haust wina i od­sta­wił kie­li­szek, żeby przejść do celu wi­zy­ty.

– Bar­dzo mi was bra­ku­je. To głównie dla­te­go przy­je­chałem.

– Nie licząc chęci po­chwa­le­nia się no­wym, wspa­niałym, pro­jek­tem, zga­dza się? – Liam po­ka­zał zęby w uśmie­chu i przy­siadł się do stołu.

– Owszem, ale jed­no wiąże się z dru­gim: tęskno­ta i prze­chwałki. I wy­wo­dzi ze wspólnych ko­rze­ni – od­parł ta­jem­ni­czo, a w jego wzro­ku kryło się wy­zwa­nie.

Liam i Lily wy­mie­ni­li skon­ster­no­wa­ne spoj­rze­nia i po­zwo­li­li mówić mu da­lej.

– Spra­wa jest taka, Liam… cóż, ten pro­jekt… jest dość duży, właści­wie cho­ler­nie duży… To nie­po­wta­rzal­na szan­sa… Coś ta­kie­go zda­rza się raz w życiu.

– Z tego, co mówiłeś, rze­czy­wiście na to wygląda, Pe­ter – zgo­dził się Liam.

– Na pew­no. Ten obiekt przy­ciągnie za­in­te­re­so­wa­nie opi­nii pu­blicz­nej tak samo jak… jak… Mil­le­nium Dome… Hm, może to nie naj­lep­szy przykład… Sam nie wiem, może jak nowy Sta­dion We­mbley, o, właśnie, jak nowy We­mbley, tyl­ko trochę mniej kon­tro­wer­syj­ny. Albo jak Na­tio­nal Exhi­bi­tion Cen­tre in Bir­min-gham… To będzie naj­większe cen­trum sztu­ki w Korn­wa­lii, być może na­wet naj­większe w całej Wiel­kiej Bry­ta­nii! To szan­sa, żeby za­pi­sać się na trwałe na kar­tach hi­sto­rii, Liam! To jak Ka­te­dra Świętego Pawła albo Za­mek Wind­sor, albo za­mek Tin­ta­gel! Pra­sa będzie się roz­pi­sy­wać o tym jak o Anie­le Północy, tyl­ko że ten pro­jekt będzie na­zy­wa­ny Zba­wie­niem Południo­we­go Za­cho­du. Stwo­rzy tysiące miejsc pra­cy, przy­ciągnie tłumy tu­rystów, wzbu­dzi za­in­te­re­so­wa­nie mediów jak Eden Pro­ject. Jed­nym słowem: ten pro­jekt przy­nie­sie jego ar­chi­tek­tom wieczną sławę.

– Cieszę się ra­zem z tobą, Pe­ter. To na­prawdę cu­dow­ne.

Pe­ter po­ki­wał po­wo­li głową.

– Tak, aż się nie chce wie­rzyć… – Za­wie­sił głos i po­pa­trzył z na­ci­skiem na przy­ja­cie­la. – Ale jest pe­wien pro­blem.

– Pro­blem? – powtórzył zdu­mio­ny Liam.

Pe­ter za­sznu­ro­wał usta i prze­sunął ku nie­mu plik pa­pierów. Na pierw­szej stro­nie wid­niały zna­ki, które na­kreślił ołówkiem, kie­dy po raz pierw­szy opo­wia­dał o pro­jek­cie.

– To jest ze­sta­wie­nie Dun­ca­na Cor­daya.

Liam przyj­rzał się do­ku­men­tom, a jego ja­sno­nie­bie­skie oczy w miarę czy­ta­nia zwężały się co­raz bar­dziej.

– Pla­ny mam w tecz­ce – ciągnął Pe­ter – a to tu­taj – wręczył przy­ja­cie­lo­wi parę ry­sunków – to moje pierw­sze szki­ce. Szko­puł w tym, że są nie dość do­bre…

Liam podał Lily bu­telkę z wi­nem, od­sunął na bok przy­pra­wy i ta­le­rze, a po­tem roz­po­starł pro­jekt na sto­le.

– No cóż, moim zda­niem wygląda nieźle. Mało tego, to jest do­bre jak cho­le­ra – za­wy­ro­ko­wał, kie­dy skończył je stu­dio­wać.

Pe­ter skinął głową, ale nie po to, by po­ka­zać, że się zga­dza.

– Prze­cież zwy­ciężyłeś w kon­kur­sie, praw­da? – Liam nie po­tra­fił zro­zu­mieć scep­ty­cy­zmu przy­ja­cie­la.

– Cor­day da­rzy mnie pełnym za­ufa­niem – wyjaśnił Pe­ter. – Przy­najm­niej na ra­zie. Ale szcze­rze, Liam, Dun­can Cor­day uznał, że moje pro­jek­ty są lep­sze od prac in­nych kon­ku­rentów, stwier­dził, że są in­no­wa­cyj­ne, ale on jest i za­wsze będzie sta­rym przy­ja­cie­lem mo­je­go ojca, stąd jego opi­nia może nie do końca była obiek­tyw­na. To naj­ważniej­szy pro­jekt, jaki kon­cern Cor­daya kie­dy­kol­wiek re­ali­zo­wał i fi­nan­so­wał, Liam…

Przy­ciągnął ry­sun­ki z po­wro­tem do sie­bie i po­pa­trzył na nie.

– Są na­prawdę w porządku, kto wie, być może są na­wet do­bre albo cho­ler­nie do­bre, ale to i tak za mało, Liam. Oni chcą cze­goś wy­bit­ne­go, cze­goś za­pie­rającego dech w pier­si, cze­goś po­ry­wającego! Chcą cze­goś, na wi­dok cze­go lu­dzie będą ma­so­wo mdleć, cze­go piękno spra­wi, że lu­dzie padną na ko­la­na prze­pełnie­ni głęboką czcią…

Pe­ter prze­rwał i pod­niósł wzrok. Po­pa­trzył ba­daw­czo na Lia­ma i nieświa­do­mie przy­gryzł wargę.

– I to jest je­den z po­wodów, dla­cze­go tu dziś je­stem…

Lily, która wróciła do go­to­wa­nia i tarła par­me­zan, odwróciła się i nad­sta­wiła uszu.

– Oj­ciec z każdym dniem czu­je się le­piej – po­wie­dział Pe­ter.

– Cie­szy mnie to. – Po­ki­wał głową Liam. – Ile to już cza­su?

– Półtora roku, odkąd wróciłem do Korn­wa­lii, żeby przejąć jego in­te­re­sy… Nie do wia­ry. Jak mówiłem, z każdym dniem czu­je się le­piej, a le­ka­rze są zda­nia, że mógłby całko­wi­cie wy­zdro­wieć, gdy­by w końcu prze­stał palić. Wpraw­dzie on twier­dzi z całym prze­ko­na­niem, że już daw­no rzu­cił, ale wiem od mat­ki, że tata, pod pre­tek­stem usu­wa­nia prze­kwitłych kwiatów, po­dej­rza­nie dużo cza­su spędza w ogro­dzie, spo­wi­ty oso­bli­wym, mgli­stym opa­rem. Sęk w tym, Liam – Pe­ter urwał i upił spo­ry łyk wina, jak­by chciał w ten sposób załago­dzić ner­wy – że te­raz, kie­dy rze­czy­wiście ściągnął mnie do sie­bie, o czym prze­cież nie­ustan­nie ma­rzył, choć nie sądzę, żeby dla spełnie­nia ma­rzeń do­stał zawału… – Uśmiechnął się krzy­wo. – W każdym ra­zie te­raz, kie­dy je­stem w Korn­wa­lii, uznał, że w ogóle nie chce wra­cać do pra­cy.

– Chy­ba nie mówisz poważnie? – Liam zmarsz­czył brwi, za­sko­czo­ny.

Pe­ter pokręcił głową.

– Tak, wiem, sam nie sądziłem, że kie­dyś tego dożyję, ale oj­ciec z końcem mie­siąca ofi­cjal­nie prze­cho­dzi na eme­ry­turę. Ro­dzi­ce chcą na stałe za­miesz­kać w Mar­sy­lii. Tata mówi, że la­tem za­mie­rza łowić, i to ryby, a nie klientów. I spa­ce­ro­wać po plaży, a nie po pla­cu bu­do­wy. Oczy­wiście jest przeszczęśliwy z po­wo­du tego kon­trak­tu, ale ra­czej dla­te­go, że po prze­ka­za­niu fir­my w moje ręce przez jakiś czas nie będzie się mu­siał mar­twić o jej przyszłość.

Pe­ter za­milkł i łyknął jesz­cze trochę wina. Kie­dy w końcu spoj­rzał spod swo­ich długich, ciem­nych rzęs na Lia­ma, jego wzrok był poważny.

– Miałby jesz­cze mniej po­wodów do zmar­twień, gdy­by wie­dział, że nie je­stem całkiem sam…

– Co chcesz przez to po­wie­dzieć, Pe­ter?

– Chcę po­wie­dzieć, że chciałbym za­pro­sić cię do gry…

Za­padło mil­cze­nie. Pe­ter po­pa­trzył naj­pierw na Lia­ma, po­tem na Lily, która właśnie od­le­wała ma­ka­ron.

Po­sta­wiła pa­rujący gar­nek z pastą na drew­nia­nej pod­staw­ce i po­pa­trzyła na męża spod lek­ko zmrużonych po­wiek. Pe­ter podążył za jej spoj­rze­niem, a po­tem wresz­cie wy­po­wie­dział słowa, które ćwi­czył w du­chu przez całą drogę.

– Chcę cię za­pro­sić do gry. Długo łamałem so­bie głowę, cze­go właści­wie bra­ku­je moim pro­jek­tom. I na­gle mnie olśniło: cie­bie, Liam. Cie­bie im bra­ku­je. Ty je­steś klu­czem, który za­do­wo­li Dun­ca­na Cor­daya. To ty po­tra­fisz zro­bić z cho­ler­nie do­brych pro­jektów pro­jekty wy­bit­ne i dla­te­go chciałem cię spy­tać, a właści­wie pro­sić, za­pro­po­no­wać… żebyś się przyłączył. Pragnę, żebyś po­je­chał do Korn­wa­lii i zo­stał moim part­ne­rem, Liam.

2

Peter wy­je­chał następne­go dnia rano, zo­sta­wiając coś więcej niż ty­po­we po­dar­ki z Korn­wa­lii jak fud­ge, clot­ted cre­am i uwiel­bia­ne przez nich cia­sto sza­fra­no­we. Po­zo­sta­wił po so­bie też więcej niż nastrój za­du­my. On im zo­sta­wił nowe możliwości. Nie­spo­dzie­wa­nie otwo­rzyła się przed nimi per­spek­ty­wa, prze­wra­cająca do góry no­ga­mi ich do­tych­cza­so­we życie – bo on wska­zał im drzwi, przez które mo­gli przejść.

To nie było tak, że byli nie­za­do­wo­le­ni ze swo­je­go lon­dyńskie­go życia. Osie­dli tu­taj po po­wro­cie z USA, gdzie Liam skończył stu­dia. Wpraw­dzie za­wsze za­cho­wy­wa­li milczącą zgodę co do tego, że nie chcą spędzić resz­ty życia w Lon­dy­nie, ale sta­ran­nie omi­ja­li kwe­stię, kie­dy i dokąd dokład­nie mie­li­by się prze­pro­wa­dzić.

Obo­je ko­cha­li Korn­wa­lię, często tam by­wa­li, zwłasz­cza odkąd zno­wu za­miesz­kał tam Pe­ter, i nie­raz wzdy­cha­li: „a może by tak…” i „faj­nie byłoby…”. Były to ra­czej tęskne życze­nia wy­po­wia­da­ne pod ko­niec urlo­pu, a nig­dy poważne roz­ważania, na­wet wte­dy, gdy Pe­ter po za­wa­le ojca wrócił do wy­su­niętego naj­bar­dziej na zachód zakątka An­glii.

Nig­dy, aż do te­raz.

Le­d­wie Pe­ter wy­po­wie­dział swoją pro­po­zycję, wy­mie­ni­li spoj­rze­nia, żeby spraw­dzić re­akcję dru­gie­go.

On zaś wy­cze­kująco wo­dził wzro­kiem między nimi, a na ustach błąkał mu się skru­szo­ny uśmiech.

– Ja mówię se­rio, do cho­le­ry – dodał na wi­dok ich nie­do­wie­rzających min. – Jeśli nie chce­cie, nie mu­si­my oma­wiać tego te­raz. Na­padłem na was z im­pe­tem dzie­sięcio­to­no­wej ciężarówki. Jak zwy­kle. Prze­myślcie to, prze­dys­ku­tuj­cie między sobą i po­wiedz­cie, jaka jest wa­sza de­cy­zja. Ko­la­cja sma­ku­je wy­bor­nie, Lily, od mie­sięcy nie jadłem do­mo­we­go posiłku…

Jego próba zmia­ny te­ma­tu zo­stała na­tych­miast uda­rem­nio­na.

– Co to ma zna­czyć, że nie mu­si­my tego te­raz oma­wiać? Jak możesz od­pa­lać tu taką bombę i ocze­ki­wać, że po pro­stu to zi­gno­ru­je­my i będzie­my radośnie da­lej jeść ko­lację? – ode­zwała się Lily.

Pe­ter w sym­pa­tycz­ny sposób zmarsz­czył nos i prze­pra­szająco wzru­szył ra­mio­na­mi.

– No do­brze, może rze­czy­wiście nie wy­brałem zbyt do­bre­go mo­men­tu…

– Dla­cze­go? Myślisz, że na de­ser ta pro­po­zy­cja byłaby bar­dziej straw­na?

– Po­wi­nie­nem był za­dzwo­nić wcześniej. Dać wam trochę cza­su do na­mysłu, cza­su na roz­mo­wy. Beze mnie. Przy­kro mi.

Liam mil­czał przez cały czas.

– Liam… – za­gaiła Lily.

Nie od­po­wie­dział jej, a za­miast tego zwrócił się do przy­ja­cie­la.

– Żebym do­brze zro­zu­miał, Pe­ter. Pro­po­nu­jesz mi, abym wszedł w firmę two­je­go ojca?

– No. – Uśmiechnął się skrom­nie Pe­ter. – Właści­wie od wczo­raj to ofi­cjal­nie moja fir­ma. Spłaciłem ojca. Wresz­cie uciułałem dosyć…

– Wow, Pe­ter, to wspa­nia­le! Ser­decz­ne gra­tu­la­cje!

Wpraw­dzie nadal byli skołowa­ni po tych wszyst­kich no­wi­nach, ale to nie prze­szko­dziło im na­tych­miast po­win­szo­wać mu z całego ser­ca. Wie­dzie­li, jak długo i ciężko na to pra­co­wał. Nie chciał przyjąć daru od losu w po­sta­ci po­da­nej na srebr­nej tacy do­brze pro­spe­rującej fir­my.

– Dziękuję wam… W su­mie zajęło mi to dwa­naście lat… Dwa­naście lat, odkąd skończyłem stu­dia… Dwa­naście lat odżywia­nia się wyłącznie fa­solką z pusz­ki, pie­czo­ny­mi ziem­nia­ka­mi i wodą z kra­nu… – Roz­czu­lał się te­atral­nie nad sobą, wpra­wiając w drżenie dolną wargę.

– Wie­cie co, myślę, że trze­ba na­począć coś lep­sze­go od tego cien­ku­sza – za­or­dy­no­wał Liam.

– Ależ ja nie mam nic prze­ciw­ko rio­ji! – roz­pro­mie­nił się Pe­ter, pod­ty­kając mu kie­li­szek.

– Nic dziw­ne­go, po la­tach kranówy… – zażar­to­wała Lily.

Liam po­do­le­wał wina.

– Za Pe­te­ra. I za jego nową… no, właści­wie starą, ale wie­cie, co mam na myśli… Za Pe­te­ra i jego nową firmę.

– Za nową firmę Pe­te­ra – zawtórowała Lily.

– Właśnie o to mi cho­dzi. – Pe­ter umo­czył usta w wi­nie, od­sta­wił kie­li­szek i po­pa­trzył na Lia­ma z na­dzieją. – Jeśli mówię, że chciałbym, abyś wszedł do fir­my, to mam na myśli pełną gębą. Jako part­ner. Jako współwłaści­ciel. Pragnąłbym, żebyśmy wkrótce mo­gli wznieść to­ast za naszą firmę.

Liam również od­sta­wił kie­li­szek i utkwił zdu­mio­ne spoj­rze­nie w przy­ja­cie­lu.

– Chcesz, żebym nabył udziały w fir­mie?

Pe­ter skinął głową.

– Fi­fty-fi­fty, Liam. Ty i ja, na­sza fe­raj­na w sta­rym składzie, zno­wu ra­zem… Co o tym myślisz? Ach, non­sens, wróć – po­pra­wił się, kie­dy Liam otwo­rzył usta, z których nie wy­do­był się żaden dźwięk. – Nie chcę wie­dzieć, co myślisz, przy­najm­niej jesz­cze nie te­raz. Nie śpiesz się… A te­raz – zwrócił się do Lily – chcę usłyszeć en détail, co się wy­da­rzyło, odkąd wi­działem cię ostat­ni raz! Sprze­dałaś parę płócien war­tych mi­lio­ny?

– Płócien?

– Owszem. Chy­ba nadal pra­cu­jesz w tej naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nej i naj­droższej ga­le­rii sztu­ki w Lon­dy­nie? A może wy­rzu­ci­li cię za do­ma­lo­wa­nie wąsów Mo­nie Li­sie?

– Nie, ale do­stałam pi­semną na­ganę za wy­re­tu­szo­wa­nie Re­no­ira. Do­ma­lo­wałam gor­set.

– Czy­li ob­raz ucho­dzi te­raz za sztukę no­wo­czesną i po­dwoił war­tość. – Liam objął żonę z uśmie­chem.

***

I na tym po­prze­sta­li. Obu udało się jakoś uznać te­mat za nie­były i spędzić resztę wie­czo­ru tak, jak­by nic się nie wy­da­rzyło. Tyl­ko Lily nie umiała się wy­ci­szyć, jej myśli bu­rzyły się jak spie­nio­ny szam­pan, którego jed­nak otwo­rzy­li. Za każdym ra­zem, gdy wra­cała do te­matu, zni­kał tak samo prędko, jak tru­nek w kie­lisz­kach. Mężczyźni w mig po­dej­mo­wa­li inny.

W ich związku to Liam był prag­ma­ty­kiem. Już daw­no zdołał po­dzie­lić swo­je życie na ob­sza­ry, które trzy­mał z dala od sie­bie, nie­za­leżnie od ko­lei losu. Po­tra­fił tak wy­ko­rzy­stać kre­atyw­ność i wyjątko­wy ta­lent ma­lar­ski, że dawały mu pewną sa­tys­fakcję, ale i go­dzi­we do­cho­dy. Lily była wyjątkiem w tym poukłada­nym życiu. Ma­wiał, że małżeństwo z nią było ak­tem bez­in­te­re­sow­ne­go od­da­nia.

Lily była zde­ter­mi­no­wa­na jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru po­roz­ma­wiać z mężem. Po­nie­waż jed­nak – jak za­wsze, kie­dy był u nich Pe­ter – al­ko­hol lał się stru­mie­nia­mi, Liam zasnął, le­d­wie przyłożył głowę do po­dusz­ki. Zo­stała sama z myślami i emo­cja­mi.

Pro­po­zy­cja była oczy­wiście nęcąca. Nie bez przy­czy­ny tak chętnie spędza­li wa­ka­cje w Korn­wa­lii – ale za­miesz­kać tam na stałe to coś zupełnie in­ne­go. W tej chwi­li Lily cie­szyła się, że mo­gli wy­bie­rać dla sie­bie ro­dzyn­ki z obu światów. Jeździ­li do Pe­te­ra, kie­dy po­trze­bo­wa­li to­wa­rzy­stwa swo­je­go przy­ja­cie­la, mor­skie­go po­wie­trza i słońca, w Lon­dy­nie zaś ko­rzy­sta­li z wiel­ko­miej­skie­go życia, do ja­kie­go na­wy­kli od lat.

– Liam? – wy­szep­tała.

W od­po­wie­dzi usłyszała lek­kie chra­pa­nie.

***

Wrócili do spra­wy do­pie­ro po wyjeździe Pe­te­ra.

– I? Co o tym sądzisz? – za­py­tał Liam, kie­dy pożegnaw­szy przy­ja­cie­la, zna­leźli się w domu.

– Co ty o tym sądzisz? – od­parła prędko.

– Nie wiem – od­po­wie­dział zgod­nie z prawdą. – To sza­lo­na pro­po­zy­cja, Lily. Chce mi prze­ka­zać udziały za gro­sze…

– Cały Pe­ter. – Lily po­ki­wała głową z uśmie­chem, a po­tem zmarsz­czyła czoło. – Więc roz­ma­wia­liście jed­nak o tym? Beze mnie?

– Tyl­ko o tym, że… nie chciałby, żeby spra­wa roz­biła się o pie­niądze.

– Stać nas na to?

Liam skinął głową.

– Mu­sie­li­byśmy sprze­dać dom… Ale to i tak byłoby ko­niecz­ne, gdy­byśmy chcie­li się wy­pro­wa­dzić, praw­da? – Posłał jej uśmiech.

– A chciałbyś się stąd wy­pro­wa­dzić? Wiesz, na­prawdę w pełni ro­zu­miem, że part­ner­stwo z Pe­te­rem sta­no­wi dla cie­bie wyjątkową szansę, ale czy chcesz również wszyst­kie­go, co się z tym wiąże? Chcesz opuścić to miej­sce? Zo­sta­wić za sobą Lon­dyn? Lon­dyn i… – urwała, i choć on dokład­nie wie­dział, o czym myśli, zda­wał so­bie sprawę, że nig­dy by się do tego nie przy­znała. Spuściła wzrok. – Lon­dyn i wszyst­ko inne…?

Nie po­tra­fił od razu od­po­wie­dzieć. On również niełatwo się roz­sta­wał. Czy na­prawdę umiałby zo­sta­wić za sobą całe swo­je życie? Ich życie? Spa­lić za sobą mo­sty i zacząć od nowa? Od zera? Czy po­tra­fiłby? Po­pa­trzył na żonę i uj­rzał jej pełną lęku twarz, jej obawę, że po­wie: tak, chcę.

Więc nie po­wie­dział, co na­prawdę myśli, tyl­ko ujął jej za­tro­skaną twarz w obie ręce, pocałował de­li­kat­nie, ale sta­now­czo w usta i potrząsnął głową.

– Na­sze życie to­czy się tu­taj… w Lon­dy­nie – rzekł do­bit­nie, a jego słowa za­brzmiały, jak­by chciał prze­ko­nać sam sie­bie. – Tu jest wszyst­ko, co mamy.

„I co mie­liśmy”, dodał w myślach. A Lily ocho­czo po­ki­wała głową.

Tym sa­mym spra­wa zo­stała od­ha­czo­na. Na ra­zie. Bo czuła, że wciąż zaprząta mu głowę. Że się nią gryzł, że uwie­rała go i swędziała jak po ukąsze­niu natrętne­go owa­da, i że Liam prędzej czy później za­cznie się dra­pać.

***

Trwało to ty­dzień. Po kiep­skim, pełnym nie­po­wo­dzeń w pra­cy dniu Liam wrócił do te­ma­tu.

– Co tu nas właści­wie trzy­ma, Lily? – za­py­tał tak po pro­stu, bez wstępu, bez ostrzeżenia.

Sie­dzie­li przy ko­la­cji i uda­wa­li, że jedzą, prze­su­wając spa­ghet­ti po ta­le­rzu. Obo­je nie mie­li ape­ty­tu. Za­sko­czo­na pod­niosła wzrok znad po­wo­li stygnącego je­dze­nia.

– Co nas tu trzy­ma? – powtórzyła.

Do­sko­na­le wie­działa, co powie­dział i co miał na myśli, ale mu­siała powtórzyć py­ta­nie w na­dziei, że te same słowa usłysza­ne z jej ust za­brzmią dla nie­go tak jak dla niej. Ab­sur­dal­nie.

Ale on powtórzył py­ta­nie. Tym ra­zem bar­dziej zde­cy­do­wa­nie.

– Co nas tu właści­wie trzy­ma?

Lily odłożyła wi­de­lec i zmrużyła oczy, czując, jak ogar­nia ją lo­do­wa­ty nie­pokój i pełznie po ple­cach w górę, żeby za­cisnąć na szyi swo­je pal­ce Królo­wej Śnie­gu.

– Nasz dom – od­parła.

– To prze­cież tyl­ko bu­dy­nek. – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – To my spra­wia­my, że sta­je się do­mem. Możemy urządzić go wszędzie.

– Moja pra­ca?

– Możesz zna­leźć coś in­ne­go.

– Ale ona spra­wia mi radość…

– Większość na­szych przy­ja­ciół i tak już wy­niosła się z Lon­dy­nu – ciągnął, jak­by jej nie słyszał. – Może do­brze by nam zro­biło, gdy­byśmy się stąd wy­pro­wa­dzi­li. A prze­cież za­wsze za­chwy­ca­liśmy się Korn­wa­lią…

– To, że chętnie spędza­my tam urlop, nie zna­czy, że do­brze by nam się tam żyło. To coś zupełnie in­ne­go…

– Tak, i to coś in­ne­go może do­brze by nam zro­biło… – Sięgnął przez stół, ujął jej dłonie i po­pa­trzył na nią poważnie. – Może „coś in­ne­go” to właśnie to, cze­go nam po­trze­ba, Lily. Cze­go ty po­trze­bu­jesz. Żeby zno­wu być szczęśliwą.

– Ach, nie wiem, Liam…

– Pomyśl o tym, Lily.

– Już o tym myślałam. Nie śpię po no­cach i roz­myślam. A ty? Czy na­prawdę się nad tym za­sta­no­wiłeś?

– Nie robiłem nic in­ne­go przez cały mi­nio­ny ty­dzień, a im dłużej nad tym myślę, tym mniej po­wodów prze­ma­wia prze­ciw­ko temu. Wiem, że to by było coś zupełnie no­we­go, że to byłaby dra­ma­tycz­na zmia­na, że coś ta­kie­go może wywoływać lęk, ale prze­cież by­li­byśmy ra­zem. Lily, my dwo­je, tyl­ko to się li­czy. I mie­li­byśmy Pe­te­ra w po­bliżu. Pomyśl, jak bar­dzo nam go bra­ko­wało w ciągu ostat­nie­go półtora roku…

Lily skinęła głową.

– To praw­da.

– Na­sza fe­raj­na znów byłaby w kom­ple­cie.

– Święta trójca… – Lily zmu­siła się do uśmie­chu.

Tak sami się na­zy­wa­li w cza­sach, kie­dy Pe­ter od­gry­wał rolę jej przy­zwo­it­ki.

– Mogłoby być na­prawdę pięknie. – Jej uśmiech dodał mu od­wa­gi. – Tam jest tak cu­dow­nie, Lily. Mo­gli­byśmy za­miesz­kać tuż nad wodą… Wyglądać przez okno i pa­trzeć na Atlan­tyk… – Na­ry­so­wał w po­wie­trzu wy­ima­gi­no­wa­ny ho­ry­zont.

Po­ki­wała głową i dała się za­ra­zić jego zapałowi i wy­obraźni.

– Mo­gli­byśmy co­dzien­nie spa­ce­ro­wać po plaży, do woli jadać w two­jej ulu­bio­nej re­stau­ra­cji w Tru­ro, cho­dzić na wy­sta­wy w St Ives… Może na­wet zna­lazłabyś tam pracę. W St Ives jest mnóstwo ga­le­rii. Albo po pro­stu zro­biłabyś so­bie dłuższą przerwę… – Przy­gryzł wargę i po­pa­trzył na nią, jak­by się za­sta­na­wiał, czy po­wi­nien po­wie­dzieć, co myśli. – Może na­wet zno­wu zaczęłabyś ma­lo­wać…

Tym ra­zem prze­ciągnął strunę. Twarz jej stężała.

– Nie. Nie, nie sądzę… – Lily potrząsnęła sta­now­czo głową.

– No do­brze, w ta­kim ra­zie nie będziesz ma­lo­wać, ale jest prze­cież tyle rze­czy, które mo­gli­byśmy tam robić… Lily. Proszę. Prze­myśl to.

– Już to zro­biłam – powtórzyła.

– To dla mnie nie­po­wta­rzal­na szan­sa…

– Wiem, ale…

– Myślę, że na­prawdę tego chcę, Lily.

Słysząc żar­li­wość w jego głosie, wy­co­fała się i po­pa­trzyła na nie­go z na­mysłem.

– Na­prawdę tego chcesz?

Po­twier­dził. W jego wzro­ku zabłysła na­dzie­ja, że Lily po­dzie­li jego wizję i zapał.

– Tak… – Z pałającym wzro­kiem przy­tu­lił ją, jak­by chciał ją prze­ciągnąć na swoją stronę. – Im dłużej o tym myślę… tym bar­dziej wierzę, że to właściwa de­cy­zja… tym większej na­bie­ram pew­ności, że to jest to, cze­go pragnę… Odważmy się, Lily. Proszę… Za­po­mnij­my o tych wszyst­kich ne­ga­tyw­nych „ale”, chwyćmy byka za rogi i za­bie­raj­my się stąd.

3

Sta­ro­mod­ny sa­mo­cho­do­wy ze­gar po­ka­zy­wał, że upłynęło do­pie­ro pięć go­dzin, odkąd opuścili Lon­dyn – a już od­czu­wała zmianę. Zmia­na doj­rze­wała w jej brzu­chu jak dziec­ko. To porówna­nie spra­wiło jej nie­skończe­nie wiel­ki ból.

Mrocz­ne myśli Lily ze­stroiły się z żywiołami: ołowia­ne chmu­ry prze­ta­czały się nad na­gi­mi połacia­mi prze­mie­rza­ny­mi przez ko­lumnę trzech po­jazdów. Pierw­szym je­chał Liam, za nim ona, a na końcu w pew­nej od­ległości, ale do­brze wi­docz­na na tym pust­ko­wiu, ciężarówka wioząca ich cały ma­te­rial­ny do­by­tek na­gro­ma­dzo­ny wspólnie przez ostat­nie czter­naście lat.

Gdy­by można było w taki sam sposób za­pa­ko­wać w kar­to­ny uczu­cia, prze­wieźć je z A do B, a u celu podróży wy­pa­ko­wać i roz­mieścić ślicz­nie w no­wym, nie­zna­nym życiu… Dla niej ta prze­pro­wadz­ka i nowy dom, do którego zbliżali się z każdym ki­lo­me­trem, były ka­mie­niem mi­lo­wym, punk­tem zwrot­nym, początkiem całko­wi­cie no­wej dro­gi – dro­gi, na którą nie wstąpi­li­by, gdy­by to ona miała de­cy­do­wać.

Lily nie umiała się sprze­ci­wić, cho­ciaż czuła, że po­rzu­ce­nie ich wspólne­go życia w Lon­dy­nie łamie jej ser­ce. Życia, które zaczęło się tak obie­cująco. Miała wrażenie, że prze­pro­wadz­ka z Lon­dy­nu do miej­sca, pod każdym względem in­ne­go, nie było prze­nie­sie­niem się w inny re­jon, ale do in­ne­go kra­ju, ba, do in­ne­go świa­ta.Dom też wy­szu­kał sam. Pew­ne­go dnia wrócił z Korn­wa­lii z tak zwa­ne­go spo­tka­nia ro­bo­cze­go z Pe­te­rem, próbując oku­pić wy­rzu­ty su­mie­nia uśmie­cha­mi i stertą pre­zentów.

Twier­dził, że to była nie­po­wta­rzal­na oka­zja, że mu­siał podjąć de­cyzję na­tych­miast.

– Czy ty masz pojęcie, jak rzad­ko tra­fia na ry­nek taki obiekt? Mu­siałem się de­cy­do­wać od razu. Będziesz za­chwy­co­na, Lily, je­stem pe­wien.

Za­chwyt był ostat­nim uczu­ciem, ja­kie wzbu­dził w niej dom. Nie­na­wi­dziła go i wszyst­kie­go, co się z nim wiązało. Cho­ciaż był prześlicz­ny i do­sko­nały: dom ma­rzeń.

Drażniło ją, jak prędko i bez oporów wszyst­kie­mu się pod­dała – jak­by tak miało być, jak­by postępo­wa­li właści­wie. Bo cho­ciaż w końcu się zgo­dziła i zro­biła wszyst­ko, żeby prze­pro­wadz­ka i cała resz­ta prze­biegły spraw­nie, nie mogła się po­zbyć uczu­cia, że popełnia cho­ler­ny błąd.

***

Półto­rej go­dzi­ny później zo­ba­czy­li dom. Dro­ga wiodła przez jałowy kra­jo­braz księżyco­wy, hek­ta­ry brązo­wej, zi­mo­wej zie­mi upstrzo­nej su­chy­mi pa­pro­cia­mi i trawą, przez tu­ne­le z sęka­tych, na­gich gałęzi i wy­so­kich żywopłotów, przez nie­wiel­kie wio­ski, sku­pi­ska ma­low­ni­czych, pocztówko­wych domków. W końcu przed nimi roz­po­starła się bez­kre­sna prze­strzeń i ich oczom uka­zał się Atlan­tyk, zim­ny jak zaciśnięte na kie­row­ni­cy ręce Lily.

Dom Róż wyglądał zupełnie jak z dzie­cięcego ry­sun­ku: był to sta­ry, trzy­kon­dy­gna­cyj­ny ka­mien­ny bu­dy­nek z drzwia­mi pośrod­ku. Stał bez­pośred­nio na kli­fie będącym ostat­nim skraw­kiem an­giel­skiej zie­mi. Za ogro­dem roz­ciągała się łąka sięgająca po ka­mien­ny mu­rek. Za nim za­czy­nała się ścieżka pro­wadząca ku urwi­sku, które opa­dało stro­mo w bez­miar mo­rza.

Dom za­wdzięczał swoją nazwę gęstwi­nie cier­ni­stych krzewów, po­ra­stającej ogród za do­mem. Był tak za­pusz­czo­ny, że z małego, wyłożone­go ka­mie­niem ta­ra­su nie sposób się było prze­bić przez gąszcz kol­cza­stych pędów, który kie­dyś był kwitnącym, pachnącym ogro­dem różanym.

Jak na Korn­wa­lię dom był ra­czej nie­zwykły. Korn­wa­lijskie bu­dyn­ki były podłużne i ni­skie, jak­by kuliły się przed żywiołami przy­ro­dy, tym­cza­sem Dom Róż ze swo­imi trze­ma kon­dy­gna­cja­mi dum­nie sta­wiał im czoła. La­tem przez duże okna wpa­dało dość światła i ciepła, żeby rozświe­tlić wy­so­kie po­miesz­cze­nia. Bu­dy­nek wyglądał na sta­ry i tak samo za­nie­dba­ny, jak jego naj­bliższe oto­cze­nie. Za­pew­ne ma­gicz­nie przy­ciągał jed­nak ar­chi­tektów.

Lily wi­działa tyl­ko od­izo­lo­wa­nie i wszech­obec­ne za­nie­dba­nie. Re­mont nie był jesz­cze zakończo­ny, ale dom w miarę nada­wał się już do za­miesz­ka­nia. Je­dy­ny­mi ukończo­nymi po­miesz­cze­nia­mi był sa­lon mieszczący się na lewo od wejścia i służący Lia­mo­wi za pokój do pra­cy, duża sy­pial­nia, nowa łazien­ka, po­wstała z jed­ne­go z mniej­szych po­koi na piętrze, oraz kuch­nia, która dla Lily za­wsze była ser­cem domu. Na­pra­wio­no już dach i zde­mon­to­wa­no rusz­to­wa­nie.

Lily wy­siadła z sa­mo­cho­du i omiotła spoj­rze­niem biały dom z ka­mie­nia, a po­tem powędro­wała wzro­kiem ku mo­rzu roz­ciągającemu się w nie­skończo­ność i mie­niącemu zim­ny­mi od­cie­nia­mi sza­rości.

I wte­dy zaczął prószyć śnieg. Początko­wo drob­ny stop­nio­wo prze­cho­dził w wiel­kie, białe płatki, jak­by Pani Zima właśnie zaczęła trze­pać pie­rzy­ny.

Lily spoj­rzała na ciem­ne nie­bo, a jej włosy i twarz szyb­ko nasiąkły wil­go­cią.

Liam wy­siadł ze swo­je­go wozu i tak jak ona skie­ro­wał wzrok ku nie­bu.

– Pe­ter twier­dził, że tu pra­wie nig­dy nie pada śnieg.

Pod­szedł do niej, zatrząsł się z zim­na i po­sta­wił kołnierz płasz­cza.

Lily też drżała. Lo­do­wa­ty ziąb, który prze­szy­wał jej ciało, nie miał jed­nak nic wspólne­go z po­godą. Liam odwrócił się do niej i z uśmie­chem wyciągnął ku niej rękę, która choć odro­binę ogrzała jej ser­ce.

4

Grad dud­nił o szy­by sy­pial­ni, wy­ry­wając Lily z nie­spo­koj­ne­go snu. Kie­dy w końcu otwo­rzyła oczy, ule­wa minęła, a spo­między chmur wyj­rzał księżyc i bez przeszkód zaglądał do po­ko­ju.

Upłynęło parę se­kund, za­nim doszła do sie­bie. Wes­tchnęła. Bu­dziła się w nocy czte­ry, pięć razy w ty­go­dniu i nie­mal za każdym ra­zem czuła się sa­mot­na w tym wiel­kim, sta­rym domu wypełnio­nym martwą ciszą. Wciąż jesz­cze wszyst­ko wy­da­wało jej się tu obce.

Po­ma­cała ręką obok. Dru­ga połowa łóżka była pu­sta. Zno­wu. Za­kiełkowały w niej roz­cza­ro­wa­nie i oba­wa, ale wolała je zdu­sić w so­bie. Położyła głowę w zagłębie­niu po­dusz­ki, po­now­nie za­mknęła oczy i próbowała zmu­sić się do zaśnięcia. Jej ciało było ciężkie jak ołów, czuła zmęcze­nie, a mimo to nie­zli­czo­ne myśli krążyły jej po głowie jak sa­mo­cho­dy pędzące au­to­stradą. Głośne, do­kucz­li­we, szko­dli­we.

Po pół go­dzi­nie pod­dała się i spoj­rzała na ze­gar stojący na ster­cie nie­prze­czy­ta­nych książek obok sta­re­go, drew­nia­ne­go łoża, które należało kie­dyś do jej mat­ki.

Była dru­ga w nocy. Lily spuściła nogi z łóżka i usiadła. W po­ko­ju pa­no­wał taki chłód, że na­tych­miast do­stała gęsiej skórki. Trzęsąc się z zim­na, założyła po­domkę, ściągnęła moc­no jej poły i prze­tarła oczy.

Przez chwilę zma­gała się ze sobą. Nie pójdę na dół. Nie zejdę do nie­go. Z doświad­cze­nia wie­działa, że scho­dzić na dół do Lia­ma i pro­sić go, żeby po­szedł do łóżka, to stra­ta cza­su i ener­gii. Tak było za­wsze, odkąd namówił ją na prze­pro­wadzkę na to od­lu­dzie, gdzie jej je­dy­nym nie­odłącznym to­wa­rzy­szem był su­ro­wy kli­mat: on sam pra­co­wał dzień i noc.

W ostat­nim cza­sie tak często go pro­siła, żeby trochę odpuścił, zro­bił so­bie przerwę, od­począł chwilę – na próżno. Ile­kroć do­ma­gała się, by skończył pracę, za­pew­niał ją, że za­raz przyj­dzie. Ce­lo­wo kłamał? Bo nie­mal nig­dy nie przy­cho­dził. A mimo to scho­dziła do nie­go w na­dziei, że choć raz usłyszy coś in­ne­go niż zdaw­kową od­po­wiedź. Że Liam pójdzie za nią do wciąż ob­cej sy­pial­ni, położy się u jej boku i przy­trzy­ma w ra­mio­nach, dopóki znów nie staną się so­bie bli­scy. Dopóki ra­zem nie zasną. Tak bar­dzo po­trze­bo­wał więcej snu.

De­ski podłogi ziębiły jej sto­py, kie­dy boso wyszła na ko­ry­tarz. W sta­rym domu pa­no­wała dziw­na ci­sza, wyraźnie słyszała własny od­dech i odgłos stąpa­nia swo­ich stóp. Po­wo­li, prze­su­wając dłonią po drew­nia­nej ba­lu­stra­dzie, zeszła po sze­ro­kich, dębo­wych scho­dach umiesz­czo­nych pośrod­ku bu­dyn­ku.

W dużym po­ko­ju z wy­ku­szem i wi­do­kiem na mo­rze mieściła się pra­cow­nia Lia­ma. Przez przy­mknięte drzwi na ko­ry­tarz wy­do­sta­wało się światło. Lily za­wa­hała się przed ich otwar­ciem. Do­strzegła przez szcze­linę Lia­ma siedzącego przy umiesz­czo­nej w wy­ku­szu de­sce kreślar­skiej, z ołówkiem w ręku. Namyślał się nad czymś, prze­cie­rając oczy.

Odkąd Liam zo­stał wspólni­kiem Pe­te­ra, odkąd wy­pro­wa­dzi­li się z Lon­dy­nu do tej naj­bar­dziej za­padłej dziu­ry w całej An­glii, stra­cił wszel­kie po­czu­cie cza­su. Chwi­le, które nie­gdyś poświęcał Lily, te­raz ofia­ro­wy­wał swo­jej no­wej namiętności, która za­mie­niła się w ob­sesję: ol­brzy­mie­mu obiek­to­wi, który pro­jek­to­wał. Gi­gan­tycz­ne­mu two­ro­wi, któremu dawał pochłaniać się ze skórą i z kośćmi.

Liam spoj­rzał na ze­ga­rek i Lily po­czuła iskierkę na­dziei. Jeśli zo­rien­tu­je się, jak jest późno, na pew­no zro­zu­mie, że jego miej­sce jest gdzie in­dziej, w łóżku, z nią.

Ale on tyl­ko na­chy­lił się nad białym kreślar­skim stołem. Jego ręka zaczęła śmigać po pa­pie­rze zręcznym, za­ma­szy­stym, a jed­no­cześnie pre­cy­zyj­nym ru­chem.

Lily wy­co­fała się nie­zau­ważona i za­kradła po scho­dach do sy­pial­ni. Wśliznęła się do wiel­kie­go, pu­ste­go łoża i za­pa­trzyła nie­widzącym wzro­kiem w biały su­fit, de­spe­rac­ko po­wstrzy­mując mru­ga­niem łzy napływające do oczu. Wypłakała ich już wie­le. Za dużo. Nie­na­wi­dziła tej wi­docz­nej dla wszyst­kich ozna­ki słabości i bra­ku opa­no­wa­nia. Za­cisnęła po­wie­ki, żeby odciąć oczy od swo­ich funk­cji i zapaść w wy­zwa­lający sen.

***

Kwa­drans po siódmej obu­dziło ją wołanie mewy krążącej wokół domu. Była sama, pościel po stro­nie Lia­ma po­zo­stała nie­tknięta.

Był przej­rzy­sty, zi­mo­wy po­ra­nek, pierw­szy dzień bez desz­czu lub śnie­gu. Miękkie światło wypełniało pokój o po­bie­lo­nych ścia­nach. Uśmie­chając się – bar­dziej sar­ka­stycz­nie niż radośnie – zadała so­bie py­ta­nie, czy to aby na pew­no były pro­mie­nie słońca.

Wstała i po­deszła do okna. Oparła ręce o zimną, drew­nianą fra­mugę i wyj­rzała na zewnątrz. Za­miast zwykłego wzbu­rzo­ne­go, sza­re­go mo­rza, płyn­nie prze­chodzącego w za­chmu­rzo­ne, sza­re nie­bo, rze­czy­wiście witało ją słońce, wpraw­dzie wątłe i bla­de, na wpół za­kry­te chmu­ra­mi, ale jed­nak słońce. Posępne zwy­kle mo­rze błysz­czało w jego pro­mie­niach.

Ten wi­dok wywołał na jej twa­rzy ko­lej­ny, tym ra­zem szcze­ry uśmiech, oraz uczu­cie, że po­win­na wziąć przykład z na­tu­ry i za­po­mnieć o po­nu­rym na­stro­ju.

Wsko­czyła pod prysz­nic, po­tem założyła sta­re dżinsy i wełnia­ny swe­ter, i zeszła na dół.

Liam nadal był w pra­cow­ni, ale już nie sie­dział na drew­nia­nym krześle przy de­sce, tyl­ko drze­mał na ka­na­pie obi­tej czarną skórą, stojącej przy prze­ciw­ległej ścia­nie. Ułożył się wy­god­nie z al­bu­mem ze zdjęcia­mi ar­chi­tek­tu­ry w ręku. Jego pa­lec spo­czy­wał na ko­pu­le tem­piet­to San Pie­tro w Rzy­mie.

Na śpiącej twa­rzy Lia­ma ma­lo­wała się błogość. Mia­ro­wo i spo­koj­nie od­dy­chał przez lek­ko uchy­lo­ne usta. Lily na­chy­liła się nad nim i pocałowała go de­li­kat­nie w czoło. Po­ru­szył się, ale nie obu­dził. Przy­pa­try­wała mu się przez chwilę, czując w ser­cu głęboką miłość i tęsknotę połączoną z me­lan­cho­lią. Wresz­cie potrząsnęła głową, jak­by chciała od­go­nić poważne myśli, i poszła boso do kuch­ni, żeby za­pa­rzyć moc­nej, czar­nej kawy.

Kie­dy pierw­sze brązowe kro­ple zaczęły spływać do dzban­ka, Lily usłyszała, że mąż wcho­dzi po scho­dach. Za­raz po­tem boj­ler po raz dru­gi tego ran­ka obu­dził się do życia, grzejąc wodę dla Lia­ma.

Cze­kając na nie­go, nalała wody do szklan­ki i ob­ser­wo­wała nie­duży ta­ras za do­mem. Jeśli za parę mie­sięcy to miał być ich ogród, to mu­siało się jesz­cze spo­ro wy­da­rzyć. Z dwóch ka­mien­nych pod­nie­sio­nych grządek wy­le­wały się zdzi­czałe, za­su­szo­ne reszt­ki ob­fi­tej nie­gdyś roślin­ności. Mech i tra­wa mor­ska wy­bu­jały w szcze­li­nach między płyta­mi ta­rasu. Ol­brzy­mia, sta­ra do­ni­ca z te­ra­ko­ty przewróciła się, a na zie­mi leżał szkie­let ja­kie­goś nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne­go ozdob­ne­go drzew­ka przy­po­mi­nający zwłoki, które trze­ba ob­ry­so­wać kredą.

Wie­ko­wy żela­zny sto­lik i czte­ry krzesła rdze­wiały w tyle po le­wej stro­nie, opar­te o skałę. Po pra­wej stro­nie widać było zmur­szały mur z na­tu­ral­nych ka­mie­ni i również zardze­wiałą, żelazną furtkę pro­wadzącą do części po­siadłości, będącej nie­gdyś ogro­dem różanym, a dziś porośniętej dziką cier­nistą gęstwą. Za­nie­dba­ny to mało po­wie­dzia­ne. Ale można coś było z tym zro­bić.

Lily łyknęła wody i po­sta­no­wiła wresz­cie za­brać się do pra­cy, o ile się utrzy­ma ładna po­go­da. Obie­cy­wała to so­bie so­len­nie, odkąd przy­by­li tu tam­te­go zim­ne­go stycz­nio­we­go dnia.

Po za­le­d­wie dzie­sięciu mi­nu­tach Liam ubra­ny stanął w kuch­ni. Miał jesz­cze roz­piętą ko­szulę, a podkrążone oczy zdra­dzały, że się nie wy­spał. Uśmiechnął się z wdzięcznością, kie­dy Lily podała mu ku­bek z kawą. Od­sta­wił go na chwilę, żeby zapiąć gu­zi­ki ko­szuli i zawiązać ja­sno­nie­bie­ski je­dwab­ny kra­wat.

Jego od­cień był taki sam, jak ko­lor jego oczu – przy­po­mi­nał let­nie nie­bo. Lily dokład­nie pamiętała, kie­dy i gdzie kupiła ten kra­wat. To było ostat­niej je­sie­ni w Lon­dy­nie, kie­dy robiła za­ku­py, prze­bi­jając się przez tłumy na Oxford Stre­et. Na to wspo­mnie­nie po­czuła ukłucie bólu i falę tęskno­ty.

Liam nie zwrócił uwa­gi na tost cze­kający na nie­go na ta­le­rzu, łyknął kawy, po­pa­rzył so­bie język, na­tych­miast od­sta­wił ku­bek i złożył krótki pocałunek na ustach żony.

Prze­stała się uśmie­chać.

– Już idziesz?

– Mam śnia­da­nie z Dun­ca­nem Cor­day­em za – spoj­rzał na ze­ga­rek – dwa­dzieścia mi­nut. Cho­le­ra, już je­stem spóźnio­ny.

Uśmiechnął się do niej prze­pra­szająco i ze­brał się do wyjścia.

– Na ile snu po­zwo­liłeś so­bie zeszłej nocy?

Lily zda­wała so­bie sprawę, że jej słowa za­brzmiały bar­dziej jak wy­rzut niż py­ta­nie za­tro­ska­nej żony, ale on nie do­strzegł różnicy. Stał już w przed­po­ko­ju, zdej­mując z wie­sza­ka płaszcz prze­ciw­desz­czo­wy.

– Snu? A co to ta­kie­go? – zażar­to­wał, ale jej nie było do śmie­chu.

Wyszła za nim na ko­ry­tarz, gdzie w ra­mach zadośćuczy­nie­nia pocałował ją dru­gi raz, tym ra­zem nie­co mniej po­spiesz­nie. Pogłaskał ją po bla­dym po­licz­ku.

– Po­sta­ram się wrócić dziś trochę wcześniej.

Po­pa­trzył na nią szcze­rze, a ona skinęła głową. Wie­rzyła, że na­prawdę tego chce, ale nie miała na­dziei, że to nastąpi. I wy­szedł. Wiel­kie drzwi za­trzasnęły się za nim, a Lily zno­wu zo­stała sama w domu pełnym nie­otwar­tych pudeł i nie­ogra­ni­czo­nych możliwości.

***

Liam był tak za­chwy­co­ny ich no­wym do­mem. Miał tyle planów, jak go urządzić, kie­dy w nim wresz­cie za­miesz­kają. Ale na ra­zie urze­czy­wist­nio­no za­le­d­wie parę jego po­mysłów, na resztę po pro­stu nie miał cza­su.

Ona z ko­lei miała go mnóstwo. Miała czas dla sie­bie. Czas na roz­myśla­nia. A nie chciała roz­myślać.

W Lon­dy­nie wie­dli faj­ne życie. Mu­siała przy­znać, że bra­ko­wało jej go bar­dziej, niż kie­dy­kol­wiek przy­pusz­czała. Bra­ko­wało jej wygód i pośpie­chu, a na­wet ludz­kich mas, pośród których nig­dy nie było się sa­me­mu, na­wet gdy ni­ko­go się nie znało. Ale najbar­dziej bra­ko­wało jej Lia­ma, który w Lon­dy­nie pra­co­wał w domu.

Było dla niej naj­zu­pełniej nor­mal­ne, że za­wsze był w domu – a te­raz, kie­dy to się zmie­niło, po­zo­sta­wiał po so­bie ogromną wyrwę w jej życiu, jak otwartą ranę. Oczy­wiście, że mie­li w Lon­dy­nie przy­ja­ciół, ale w ostat­nim cza­sie rzad­ko się za­pra­sza­li. A ro­dzinę mie­li nie­liczną. Mat­ka Lily miesz­kała gdzieś w To­ska­nii, ota­czając się młody­mi, przy­stoj­ny­mi Włocha­mi i najchętniej nig­dy by stamtąd nie wyjeżdżała. Ro­dzi­ce Lia­ma zginęli w wy­pad­ku, kie­dy miał osiem­naście lat.

Po raz ko­lej­ny, odkąd się tu wpro­wa­dzi­li, Lily po­czuła się sa­mot­na.

***

Do dzie­wiątej sprzątnęła reszt­ki ich krótkie­go wspólne­go śnia­da­nia, zmyła i wy­tarła na­czy­nia, wy­rzu­ciła tost Lia­ma. Słońce zno­wu scho­wało się za chmu­ra­mi i ląd zle­wał się z mo­rzem, przy­po­mi­nając sza­ra­we ma­lo­widło. „Cu­dow­nie – pomyślała cy­nicz­nie – przy­najm­niej nie pada”.

Po­trze­bo­wała świeżego po­wie­trza. Założyła spor­to­we buty i ciepłą kurtkę. Z przy­zwy­cza­je­nia wcisnęła na głowę czapkę z dasz­kiem, która wpraw­dzie nie była wo­do­od­por­na, ale choć trochę zastępowała pa­ra­sol. Przy sil­nym wie­trze na wy­brzeżu pa­ra­sol i tak nie miał ra­cji bytu, bo jeśli w ogóle uda­wało się go otwo­rzyć, to po paru se­kun­dach wy­wra­cał się na drugą stronę.

Zi­gno­ro­wała zew ogro­du i wyszła przed dom. Stąd pro­wa­dziła ścieżka przez cy­pel. Idąc w pra­wo, scho­dziło się w dół do nie­wiel­kiej za­tocz­ki z la­tar­nią morską, a da­lej na wschód do większej za­to­ki, w której od stu­le­ci leżała ry­bac­ka wio­ska Mer­rien Cove.

Na lewo szło się wzdłuż wy­brzeża na zachód, tam, gdzie kończył się ląd. Zwy­kle nie spo­ty­kało się tu żywej du­szy.

Na wprost, w od­ległości za­le­d­wie paru kroków, skraj urwi­ska nęcił sa­mobójców.

Lily co­dzien­nie cha­dzała tą ścieżką – co­dzien­ny spa­cer stał się jej ry­tuałem.

Dziś zwróciła się ku wscho­do­wi. Nie szu­kała to­wa­rzy­stwa, ale chciała uj­rzeć parę twa­rzy. Ener­gicz­nym kro­kiem wspięła się wąską dróżką na górny skraj kli­fu, skąd roz­ta­czał się wspa­niały wi­dok na dwu­dzie­sto­ki­lo­me­tro­wy od­ci­nek wy­brzeża, aż po St Just i Cape Corn­wall. Lily wie­działa, że przy do­brej wi­docz­ności można było do­strzec na za­cho­dzie wy­spy Scil­ly. Liam obie­cał jej, że jeśli tyl­ko po­zwolą na to po­go­da i pra­ca, po­jadą tam i wypożyczą na miej­scu ro­we­ry.

Schodząc do wsi wąską, krętą ścieżyną, myślała o tej obiet­ni­cy, a także o tym, że również i jej nie do­trzy­mał. Miał zbyt wie­le spraw na głowie. Za­wsze było do zro­bie­nia coś ważniej­sze­go.

Mer­rien Cove przy­po­mi­nało osadę duchów. Jak za­wsze.

Ścieżka kończyła się nie­da­le­ko nie­dużego por­tu. Ota­czał go z jed­nej stro­ny biegnący półko­lem mur, a z dru­giej ram­pa, sięgająca od podwójnych wrót przy­sta­ni dla łodzi ra­tow­ni­czych po sztucz­nie utwo­rzo­ny far­wa­ter.

Cha­dzała tędy re­gu­lar­nie i za­wsze po­zdra­wiała ski­nie­niem głowy ry­baków, którzy wy­cho­dzi­li stąd w mo­rze i, jak przy­pusz­czała, sta­no­wi­li też załogę łodzi ra­tow­ni­czych. Lubiła przyglądać się im przy pra­cy, ale dziś w por­cie nie za­stała ni­ko­go, na­wet mo­rze wy­co­fało się, a ku­try tkwiły na su­chym lądzie.

Ma­low­ni­cze domy położone przy dro­dze ciągnącej się wzdłuż wy­brzeża sta­no­wiły głównie kwa­te­ry dla tu­rystów i stały pu­ste przez całą zimę. Wszyst­ko było po­za­my­ka­ne. Ga­le­ria sztu­ki, mieszcząca się w okrągłym ka­mien­nym bu­dyn­ku, ka­wia­ren­ka z fi­ran­ka­mi w wiśnio­wy wzór – wszyst­ko było za­bi­te na głucho.

Na końcu pro­me­na­dy uli­ca skręcała ostro i wspi­nała się stro­mo, żeby połączyć się z główną drogą. Na rogu znaj­do­wał się pen­sjo­nat o na­zwie Bro­ken Com­pass Inn, mieszczący się w białym, trzy­piętro­wym ka­mien­nym bu­dyn­ku, który jak wie­le in­nych bu­dow­li na wy­brzeżu zo­stał dosłownie wbu­do­wa­ny w urwi­sko. Tu­taj spo­ty­ka­li się w grup­kach nie­licz­ni miej­sco­wi, wi­tając ob­cych nie­uf­ny­mi spoj­rze­nia­mi. Na­prze­ciw­ko nie­duży par­king za­zna­czał początek plaży, która ciągnęła się da­lej na wschód nie­mal dwukilometro­wym białym łukiem.

Było prze­pięknie. Per­fek­cyj­na plaża oto­czo­na wy­dma­mi i stro­mym, porośniętym trawą morską kli­fem, na którego szczy­cie gdzie­nieg­dzie stały sa­mot­ne domy. Cza­sem Lily słyszała do­bie­gający z nich śmiech, cza­sem wi­działa światła – ale nie­mal nig­dy nie do­strze­gała in­nych oznak życia.

Na par­kin­gu stał je­den sa­mochód, a w od­da­li zo­ba­czyła spa­ce­ro­wi­cza, który ostrożnie wspi­nał się na skały dzielące plażę od następnej za­to­ki. Pomiędzy skałą a brze­giem uga­niał się pies, pod­ska­kując dokoła jak piłka te­ni­so­wa.

Na krańcu par­kin­gu, tam, gdzie ku plaży scho­dziła piasz­czy­sta dróżka, stała podłużna drew­nia­na szo­pa. Ja­kieś dwie trze­cie jej tyl­nej części było po­ma­lo­wa­ne na de­li­kat­ny, bla­dy błękit – nie­mal dokład­nie ten od­cień miały ścia­ny w małym po­ko­ju ich domu w Not­ting Hill. Szo­pa miała zwrócony ku plaży drew­nia­ny ga­nek za­sta­wio­ny stołami pik­ni­ko­wy­mi, a przy za­mkniętych okien­ni­cach wi­siała ta­blicz­ka z na­pi­sem „da­nia & na­po­je”. Kra­niec szo­py od stro­ny par­kin­gu, po­ma­lo­wa­ny na ja­skra­wo żółty ko­lor, zgod­nie z lek­ko wy­blakłą kartką na drzwiach mieścił szkółkę sur­fin­gu.

Przez długie ty­go­dnie, które tu spędziła, jesz­cze nig­dy nie wi­działa ani jed­ne­go sur­fe­ra. Dziś prze­była całą drogę wzdłuż wy­brzeża, nie spo­ty­kając ani jed­nej oso­by. Kie­dy do­tarła do wy­so­kości pen­sjo­na­tu, zaczęło siąpić. Mżawka mie­szała się ze słoną mgiełką two­rzoną przez fale roz­bi­jające się z im­pe­tem o por­to­we na­brzeże. Wkrótce po prze­pro­wadz­ce po­je­cha­li z Lia­mem na ko­lację do Bro­ken Com­pass. Było za­mknięte.

Wes­tchnąwszy, zawróciła i, mi­jając port, ru­szyła z po­wro­tem na zachód wzdłuż wy­brzeża. Za podłużnym, ni­skim i kry­tym strzechą wiej­skim dom­kiem skręciła w lewo i poszła dróżką wijącą się od za­to­ki na cy­pel, a stamtąd do następnej, mniej­szej za­tocz­ki, w której stał osa­mot­nio­ny i wspa­niały nie­gdyś Dom Róż.

Ja­kieś dwieście metrów da­lej w głąb lądu stał jesz­cze inny dom, ni­ska i podłużna ry­bac­ka cha­ta z sza­re­go ka­mie­nia, kry­ta ciem­nym łupkiem. Na drew­nia­nej ta­blicz­ce przy bra­mie wid­niał na­pis Dri­ftwo­od Cot­ta­ge. Sądząc po zdzi­czałym ogro­dzie, za­wsze zaciągniętych zasłonach i skrzyn­ce pocz­to­wej, z której wy­sy­py­wały się prze­mo­czo­ne desz­czem re­kla­my, Lily wnio­sko­wała, że był nie­za­miesz­kały.

Kie­dy do­tarła do Domu Róż, deszcz nie­co zelżał, a po­nie­waż nie miała ocho­ty wcho­dzić do środ­ka, usiadła na ni­skim mur­ku znaczącym gra­ni­ce po­siadłości, wsunęła zsi­niałe z zim­na dłonie do kie­sze­ni kurt­ki, wbiła pięty w mokrą zie­mię i za­pa­trzyła się nie­widzącym wzro­kiem na mo­rze.

Myślała o Lia­mie, jak dość często. Za­sta­na­wiała się, co te­raz mógł robić. Za­sta­na­wiała się również, czy kie­dy­kol­wiek pomyślał, co to nowe życie właści­wie ozna­czało dla niej. Pamiętała też jego obiet­nicę, że po prze­pro­wadz­ce między nimi nic się nie zmie­ni – a jeśli miałaby nastąpić ja­ka­kol­wiek zmia­na, to oczy­wiście tyl­ko na lep­sze.

Zaśmiała się głośno i z go­ryczą. Zmie­niło się tak dużo, a dla niej z pew­nością nie na lep­sze. Wręcz prze­ciw­nie – stra­ciła wszyst­ko, co miało dla niej ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie, łącznie ze swo­im uko­cha­nym mężem.

Jesz­cze nig­dy nie wi­działa go tak skon­cen­tro­wa­ne­go na jed­nym, tak pełnego zapału. Za­wsze ciężko pra­co­wał, pragnął być naj­lep­szy w tym, co robił, to leżało w jego na­tu­rze. Ale te­raz było in­a­czej. Kie­dyś po­tra­fił zna­leźć równo­wagę między pracą a resztą życia, a te­raz po­zwa­lał, żeby pra­ca pochłonęła go bez resz­ty. Ten ogrom­ny pro­jekt spra­wiał, że wszyst­ko inne sta­wało się nie­ważne.

Liam w naj­piękniej­szych bar­wach roz­to­czył przed nią wizję no­we­go życia na wsi: mo­rze, wspólne długie spa­ce­ry po plaży, świeże mor­skie po­wie­trze i wol­ność. Na­kreślił sie­lan­ko­wy ob­raz, który ni­jak się miał do rze­czy­wi­stości.

Nig­dy nie sądziła, że tak bar­dzo zatęskni za brud­nym, gorączko­wym, po­twor­nie ob­cym Lon­dy­nem, gdzie okna sy­pial­ni wy­cho­dziły na wąską uliczkę, którą za dnia ma­sze­ro­wały do szkoły dzie­ci, a nocą oku­po­wa­li di­le­rzy.

Wszyst­ko to za­mie­niła na dom, który mogła po południu zo­sta­wić, nie za­my­kając drzwi, a kie­dy parę go­dzin później wra­cała, wszyst­ko za­sta­wała po sta­re­mu, nie licząc pyłu, który wiatr na­wiał do przed­po­ko­ju.

Oba te miej­sca kon­tra­sto­wały ze sobą jak dzień i noc, jak czer­wień i gra­nat, jak woj­na i pokój, jak miłość i nie­na­wiść. A mimo to tak bar­dzo tęskniła za tym, co zna­ne i swoj­skie. Za życiem i ludźmi, których zo­sta­wiła dla męża. Wyłącznie dla nie­go. Dla niej nie ist­niał żaden inny powód.

On był tu szczęśliwy. Roz­kwi­tał jak kwiat, który wyłonił się z mro­ku. Jeśli się kogoś na­prawdę ko­cha, to życzy się mu, żeby był szczęśliwy. Ale gdzieś jest jesz­cze mała, ego­istycz­na cząstka, która nie chce, aby szczęście zmie­niło tak wie­le, że uko­chany na­gle za­czy­na podążać w zupełnie in­nym kie­run­ku, niż szło się wspólnie przez lata.

– Czy je­stem ego­istką?

Dźwięk własne­go głosu wydał jej się obcy, pi­skli­wy i nic nie­znaczący wo­bec przytłaczającego kra­jo­bra­zu. Roz­myślała nad tym py­ta­niem, ob­ser­wując mia­ro­wy ruch spie­nio­nych fal, i zdała so­bie sprawę, że i ona się zmie­niła. I była co­raz bar­dziej prze­ko­na­na, że nie­na­wi­dzi tego miej­sca.

Nie­ważne, że było piękne. Tak, było tu tak cu­dow­nie, że aż za­pie­rało dech, że chciało się płakać. Zwłasz­cza, gdy było się kom­plet­nie sa­me­mu pośrod­ku całego tego piękna.

Lily czuła się tak sa­mot­na, że miała wrażenie, jak­by rozpływała się w nicości. Sa­mot­ność tak samo mogła nad­kru­szyć ufność, jak mo­rze skałę. I cho­ciaż rozsądek mówił jej głośno i wyraźnie, że tak nie może być da­lej, jakaś upar­ta, tchórzli­wa cząstka niej wzbra­niała się przed za­ak­cep­to­wa­niem zmian. Ta cząstka ukry­wała się za całą górą oskarżeń, które na­war­stwiły się w jej głowie.

Liam chciał się tu spro­wa­dzić – a za­tem to Liam mu­siał za­trosz­czyć się o to, żeby za­pew­nić jej szczęście. W głębi ser­ca Lily wie­działa, że to złe po­dejście, ale jed­no­cześnie czuła, jak ciem­na chmu­ra przygnębie­nia kładła się cie­niem na każdej rozsądnej myśli. Za­czy­nała za­mie­niać się w człowie­ka, ja­kim nie chciała być. Przez osa­mot­nie­nie na tym od­lu­dziu, gdzie ni­ko­go nie znała i gdzie miała co­raz sil­niej­sze po­czu­cie, że prze­sta­je znać sama sie­bie, za­czy­nała od­no­sić wrażenie, że po­wo­li tra­ci ro­zum. I nic nie mogła z tym zro­bić. Oba­wiała się, że pew­ne­go dnia odda się bez­na­dziei, że w końcu pójdzie na dru­gi kra­niec ogro­du i rzu­ci się z urwi­ska.

Wte­dy jej duch usiądzie spo­koj­nie obok roz­trza­ska­ne­go na ska­le ciała i za­cznie w zdu­mie­niu od­li­czać, ile cza­su upłynie, za­nim Liam za­uważy jej nie­obec­ność.

5

Przyjęcie te­ni­so­we. W kwiet­niu.

Kto, do diabła, wpadł na po­mysł, żeby w kwiet­niu – mie­siącu, który w tym kra­ju po­twier­dzał wszel­kie po­go­do­we ste­reo­ty­py i za­wsze był wyjątko­wo desz­czo­wy – urządzić przyjęcie te­ni­so­we? Oczy­wiście Dun­can Cor­day, szef kon­cer­nu Cor­day i pre­zes Cor­day De­ve­lo­pe­ment, fir­my będącej wy­ko­nawcą cen­trum sztu­ki, a tym sa­mym nie­ja­ko szef Lia­ma. Przyjęcie było jego po­mysłem i miało się odbyć w jego przy­po­mi­nającej pałac po­siadłości pod Tru­ro.

Do­tych­czas miała nie­zbyt wie­le do czy­nie­nia z Cor­day­em, wie­działa tyl­ko, że był re­ki­nem fi­nan­so­wym, który kładł rękę na naj­piękniej­szych nie­ru­cho­mościach Korn­wa­lii. Od­czuła już na własnej skórze, że kon­cern utrzy­mu­je ro­dzaj men­tal­ności „tyl­ko dla mężczyzn”. Men­tal­ności, która co­raz bar­dziej ją drażniła, bo ozna­czała, że Liam, w tych rzad­kich wol­nych chwi­lach, które mu zo­stały, zaj­mo­wał się nie­ustanną pielęgnacją swo­ich kon­taktów… I to oczy­wiście bez żony.

Tym ra­zem wresz­cie zo­stała za­pro­szo­na na jed­no z tych na wpół pry­wat­nych spo­tkań, na które mu­siał re­gu­lar­nie uczęszczać Liam, i uznała, że nie ma na nie naj­mniej­szej ocho­ty. Iro­nia losu.

– Co, do li­cha, mam założyć na ja­kieś idio­tycz­ne przyjęcie te­ni­so­we?

Wpa­try­wała się z wściekłością w szafę, w której znaj­do­wały się same naj­skrom­niej­sze ubra­nia na co dzień. Jak­by z prze­ko­ry większość swo­jej gar­de­ro­by zo­sta­wiła w pudłach na stry­chu i na­wet ich nie otwie­rała. Żałowała temu do­mo­wi wszyst­kie­go, co choć trochę wy­kra­czało poza mi­ni­mum – w ten sposób wyrażała swo­je rosnące nie­za­do­wo­le­nie.

Wes­tchnęła, za­mknęła szafę, poszła jed­nak po pudło na strych, za­niosła je do sy­pial­ni i sfru­stro­wa­na wy­sy­pała jego ko­lo­rową za­war­tość na łóżko.

Te­nis par­ty. Czy to coś ta­kie­go jak gar­den par­ty? Lily wyj­rzała przez okno. Sza­re nie­bo. Mogła pójść w szy­fo­no­wej kwie­ci­stej su­kien­ce i wiel­kim ka­pe­lu­szu i za­marznąć. Jed­ne­go była pew­na: jej co­dzien­ny wiej­ski mun­du­rek, na który składał się sta­ry swe­ter, wy­tar­te dżinsy i te­nisówki, byłby kom­plet­nie nie na miej­scu na tym tar­go­wi­sku próżności.

Zde­cy­do­wała się osta­tecz­nie na szarą kasz­mi­rową su­kienkę i – w na­dziei, że nie będzie mu­siała zbyt dużo uga­niać się po traw­ni­kach – ko­za­ki na ob­ca­sach. Było zbyt zim­no i mo­kro na len i szy­fo­no­we sza­le.

Spoj­rzała na ze­ga­rek. Wpół do trze­ciej. Po­win­na być na miej­scu już pół go­dzi­ny temu. Upew­niła się, że prze­stało padać. Ale w końcu był kwie­cień, w do­dat­ku dość chłodny, a nie­bo wyglądało po­dej­rza­nie sza­ro, więc jesz­cze raz wróciła do sza­fy i wyjęła długi wełnia­ny płaszcz. Była go­to­wa.

Już miała opuścić pokój, ale za­trzy­mała się na chwilę, rzu­ciła płaszcz na łóżko, usiadła przy to­a­let­ce i odświeżyła ma­ki­jaż. Do­sko­na­le wie­działa, że to nie jest ko­niecz­ne i że robi to tyl­ko po to, żeby od­wlec wy­jazd.

Zwy­kle nig­dy nie wątpiła w sie­bie, ale tu­taj, na tej so­cjal­nej pu­sty­ni, nadal była bez pra­cy – z bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia, z bra­ku ko­niecz­ności, ale i z bra­ku od­po­wied­nich ofert. Na­gle ogarnęła ją nie­pew­ność, czy zdoła przeżyć ten dzień bez bla­mażu. Per­spek­ty­wa po­zna­nia lu­dzi, których uni­kała, odkąd tu osiadła na początku stycz­nia, wca­le nie wy­da­wała jej się tak ponętna, jak można by się tego spo­dzie­wać po oso­bie łaknącej to­wa­rzy­stwa.

Do­cho­dziła trze­cia, kie­dy z go­dzin­nym opóźnie­niem wyszła z domu. Wma­wiała so­bie, że jest jej to obojętne, a Liam pew­nie na­wet nie do­strzegł jej nie­obec­ności, bo jak za­wsze był zbyt zajęty. Je­chała za szyb­ko, ale lubiła po­czu­cie zu­chwałej bez­tro­ski, ja­kie dawał mały spor­to­wy sa­mochód, kie­dy pędziła po wąskich i krętych dro­gach Korn­wa­lii.

Liam wier­cił jej dziurę w brzu­chu, żeby wy­mie­niła swój sta­ry wóz na jakiś prak­tycz­niej­szy mo­del, ale Lily wzbra­niała się przed tym. Upie­rała się, że to wyłącznie jej de­cy­zja – w końcu ustąpiła mu we wszyst­kim in­nym.

Kie­dyś ich małżeństwo było praw­dzi­wie part­ner­skim związkiem, za­nim inne part­ner­stwo stało się dla nie­go ważniej­sze. Part­ner­stwo w fir­mie Pe­te­ra.

– Cho­ler­ny Pe­ter – zaklęła głośno Lily i na­tych­miast uśmiechnęła się ze skruchą.

Nie ob­wi­niała Pe­te­ra za wia­rołomstwo męża.

Ko­chała Pe­te­ra, znała go nie­mal tak samo długo, jak Lia­ma, i za­wsze był dla niej do­brym przy­ja­cie­lem. Zwłasz­cza te­raz, odkąd spro­wa­dzi­li się do Korn­wa­lii. Był jak ożyw­cza let­nia bry­za w tej kra­inie zdo­mi­no­wa­nej przez po­ry­wi­ste, słone wia­try. To on o wie­le częściej od Lia­ma dzwo­nił, żeby uprze­dzić, że muszą zo­stać dłużej w fir­mie, albo po to, by usłyszeć, jak się ma, żeby z nią po­ga­dać i ją rozśmie­szyć.

Nie, człowie­kiem, który przywłasz­czył so­bie życie Lia­ma, był Dun­can Cor­day. Według Pe­te­ra był wręcz ocza­ro­wa­ny Lia­mem. Lily ro­zu­miała to do­sko­na­le, jej mąż umiał wzbu­dzać sym­pa­tię. Do­brze wyglądał, był uro­czy, mądry, dow­cip­ny i pew­ny sie­bie, nie spra­wiając przy tym wrażenia aro­ganc­kie­go. Wy­ka­zy­wał też od­po­wied­nią dozę em­pa­tii. Cor­day cenił Lia­ma nie tyl­ko jako ar­chi­tek­ta, ale i jako nowy na­by­tek w męskim klu­bie, do którego ko­bie­ty nie miały wstępu.

Dziś też wszyst­ko będzie się kręcić wokół mężczyzn. Będą mie­li okazję za­de­mon­stro­wać swo­je spor­to­we umiejętności, po­pi­sać się mu­skułami i zwin­nością. Jak pa­wia­ny bijące się pięścia­mi w pier­si i wy­sta­wiające na po­kaz gołe tyłki. A po­nie­waż zgod­nie z za­po­wie­dzią Lia­ma mężczyźni spo­ty­ka­li się wcześniej na małej roz­grzew­ce, mu­siała po­ja­wić się na tym idio­tycz­nym przyjęciu sama.

„Dun­can Cor­day ma tak wiel­kie wpływy, że na­wet załatwił słońce”, pomyślała cierp­ko Lily, mi­jając po dro­dze roz­licz­ne stru­mie­nie wpa­dające do Hel­ford Ri­ver. Wpraw­dzie jesz­cze nie wszyst­kie ciem­ne chmu­ry się roz­pro­szyły, ale wyraźnie widać było pa­smo błękit­ne­go nie­ba. Łąki były mo­kre i so­czy­sto zie­lo­ne od ciągłego desz­czu, a na prze­siąkniętych wil­go­cią połaciach rze­czy­wiście kładły się już pierw­sze pro­mie­nie słońca.

Ja­kieś dzie­sięć ki­lo­metrów na południe od Tru­ro uli­ca zgod­nie ze wskazówka­mi Lia­ma skręcała ku wy­brzeżu. Czte­ry ki­lo­metry da­lej dwie wiel­kie ka­mien­ne ko­lum­ny zna­czyły wjazd do Tre­sker­row Ma­nor.

Lily skręciła w bramę i po­ko­nała nie­spiesz­nie nie­całe dwa ki­lo­me­try alei ob­sa­dzo­nej sta­ry­mi li­pa­mi, wijącej się przez zie­lo­ne pa­stwi­ska. Była pod wrażeniem. Tre­sker­row było oszałamiająco piękne. Ogród był wy­pielęgno­wa­ny, dom im­po­nujący. Odwróciw­szy głowę w lewo, w od­ległości nie większej niż dwa ki­lo­me­try wi­działo się mo­rze – dziś wyjątko­wo spo­koj­ne, o bar­wie ne­fry­tu, i upstrzo­ne białymi plam­ka­mi tam, gdzie fale roz­bi­jały się o skały.

Na wy­sy­pa­nym żwir­kiem pod­jeździe sa­mo­cho­dy par­ko­wały zde­rzak przy zde­rzaku. Na sa­mym końcu po pra­wej stro­nie, w de­li­kat­nym cie­niu lipy Lily do­strzegła gra­na­to­we­go ran­ge ro­ve­ra Lia­ma, który z oka­zji przyjęcia naj­wy­raźniej zo­stał wresz­cie uwol­nio­ny od warstw błota.

Usłyszała gwar gości, za­nim ko­go­kol­wiek na­po­tkała. Głosy niosły się da­le­ko w wil­got­nym po­wie­trzu. Opuściła żwi­rową alejkę i z wa­ha­niem podążyła za nimi przez mokrą jesz­cze mu­rawę, prze­chodząc pod skle­pioną łuko­wa­to furtą w żywopłocie. Słońce nie miało jesz­cze dość mocy, aby wy­su­szyć trawę, ale ogrzało po­wie­trze na tyle, że Lily w długim płasz­czu i wełnia­nej su­kien­ce zro­biło się za gorąco. A może to wca­le nie była wina słońca, że na­gle zaczęła się pocić?

Za bramą roz­poście­rał się ogród ziołowy, a minąwszy go, Lily przeszła przez ko­lejną bramę i zna­lazła się na żwi­ro­wej ścieżce prze­ci­nającej roz­ległą połać tra­wy ob­sa­dzoną ce­dra­mi. Tu­taj zna­lazła dwa kor­ty te­ni­so­we. Je­den był przy­go­to­wa­ny do gry, na dru­gim zde­mon­to­wa­no siatkę i usta­wio­no w rzędach me­ta­lo­we składa­ne krze­sełka. Wie­le z nich było już zajętych. Po­zo­sta­li goście sta­li zbi­ci w nie­wiel­kie grup­ki, pogrążeni w roz­mo­wach.

Młode ko­bie­ty w sta­ran­nie wy­kroch­ma­lo­nych i wy­pra­so­wa­nych białych bluz­kach, czar­nych ka­mi­zel­kach i krótkich spódnicz­kach śmigały zziębnięte między roześmia­ny­mi i gawędzącymi gośćmi, roz­nosząc kie­lisz­ki z szam­pa­nem.

Za krzesłami, na dru­gim końcu kor­tu, usta­wio­no długi stół, na którym stały w równych rządkach te same kie­lisz­ki. Biały lnia­ny ob­rus łopo­tał na wie­trze. Wokół zgro­ma­dziło się jesz­cze więcej osób.

Mężczyźni w prze­po­co­nych dre­sach pa­ko­wa­li ra­kie­ty do po­dej­rza­nie no­wych, skórza­nych po­krowców, osu­sza­li ręczni­ka­mi twa­rze i pili – spra­gnie­ni po wysiłku – dużo za dużo szam­pa­na. Niektórzy się śmia­li, inni mie­li na twa­rzach wy­mu­szo­ne uśmie­chy po­ko­na­nych, nie­radzących so­bie z prze­graną.

Liam i Pe­ter sta­li na obrzeżu kor­tu. Liam opie­rał się o siat­ko­we ogro­dze­nie i prze­cze­sy­wał ręką krótkie, brązowe włosy, które od ja­kie­goś cza­su prze­ty­kało co­raz więcej srebr­nych ni­tek. Pe­ter per­swa­do­wał mu coś, żywo przy tym ge­sty­ku­lując, mar­ko­wał ser­wi­sy i wo­le­je, marsz­czył brwi, co chwi­la się śmiejąc. Lily domyśliła się, że roz­pra­wiał o właśnie ro­ze­gra­nej par­tii.

Po­ma­chała mu dys­kret­nie, nie chcąc ściągać uwa­gi na sie­bie i swo­je spóźnio­ne przy­by­cie. Naj­wy­raźniej prze­ga­piła większą część tur­nie­ju. Pe­ter roz­pro­mie­nił się i po­ma­chał do niej z po­wro­tem, pod­czas gdy Liam naj­pierw rzu­cił okiem na ze­ga­rek, a po­tem skwi­to­wał jej nieśmiały uśmiech zmarsz­cze­niem czoła i przy­wołał ją le­d­wie za­uważal­nym ge­stem. Nie bacząc na jego wyraźną iry­tację, nie­spo­dzie­wa­nie po­czuła nie­po­skro­mioną radość, że go wi­dzi.

W stro­ju do te­ni­sa, pod­kreślającym umięśnioną syl­wetkę i odzie­dzi­czoną po bab­ce Włoszce oliw­kową cerę, Liam wyglądał olśnie­wająco.

Lily po­deszła bliżej i przy­wi­tała się z mężem pocałunkiem, który on wpraw­dzie przyjął, ale nie od­wza­jem­nił. Za­miast tego znów rzu­cił okiem na ze­ga­rek.

– Dla­cze­go tak późno? – za­py­tał.

Ale le­d­wie za­czerpnęła tchu, żeby się uspra­wie­dli­wić, on już się odwrócił, po­nie­waż jego uwagę przy­ciągnął młody, ja­snowłosy mężczy­zna w białym stro­ju, który wy­szedł z domu i skie­ro­wał się ku kor­tom. W ułamku se­kun­dy zmarsz­czo­ne czoło wygładziło się w uśmie­chu.

– Chri­stian, jak się masz? – Liam z wyciągniętą ręką wy­szedł na­prze­ciw przy­by­szo­wi.

Lily po­pa­trzyła za nim onie­miała i przy­gryzła wargę do bólu. Pe­ter, zajęty zawiązy­wa­niem no­wiut­kich te­nisówek, wy­pro­sto­wał się, ob­da­rzył ją ser­decz­nym uśmie­chem, położył jej dłonie na ra­mio­nach i pocałował w usta.

– Wi­taj, piękna pani. – Wy­szcze­rzył się. – Nie przej­muj się Lia­mem. Właśnie bra­ta się z wro­giem.

Zaśmiał się i wska­zał ręką mężczyzn.

– To Chri­stian Cor­day, naj­star­szy syn Dun­ca­na i połowa drużyny, prze­ciw­ko której za­gra­my w fi­na­le. Liam już od wie­lu dni chciał z nim skon­sul­to­wać gra­fik, ale chłopak jakoś nig­dy nie po­ja­wia się w pra­cy… To za­pew­ne jed­na z za­let by­cia sy­nem sze­fa…

– Je­steście w fi­na­le? – Lily ob­ser­wo­wała męża, który ze sku­pioną miną roz­ma­wiał z młodym mężczyzną.

Za­sta­na­wiała się, kie­dy ostat­nio pa­trzył z taką in­ten­syw­nością na nią.

– No pew­nie. Ale za­wdzięcza­my to wyłącznie two­jej lep­szej połowie. Ja tyl­ko robię za sta­tystę na tyłach i wyłapuję swo­imi długi­mi rękoma piłki, które wy­chodzą na aut, pod­czas gdy on miażdży prze­ciw­ników bez­li­to­sny­mi wo­le­ja­mi…

Pe­ter machnął ręką dla zi­lu­stro­wa­nia swo­ich słów.

– To rozsądne z two­jej stro­ny, że przyszłaś tak późno, Lily. Na­prawdę przy­kro było pa­trzeć, jak Liam zmia­ta z kor­tu każdego, kto ośmie­lił się z nami zmie­rzyć.

– No cóż, za­wsze był do­brym gra­czem, ale w tej chwi­li za­pew­ne rze­czy­wiście jest nie do po­ko­na­nia.

Pe­ter za­uważył cień go­ry­czy w jej słowach.