Dom ptaków - Meijer Eva - ebook + książka

Dom ptaków ebook

Meijer Eva

4,0

Opis

Len Howard uznano za ekscentryczkę, gdy w 1938 roku, w wieku 44 lat, porzuciła karierę skrzypaczki i zamieszkała na wsi w Sussex, aby studiować ptaki. Ale to tam napisała dwa międzynarodowe bestsellery i zadziwiła świat obserwacjami sikorek, rudzików i wróbli.

Miłość do ptaków podsycał w Len charyzmatyczny ojciec poeta, który nie potrafił przejść obok rannego ptaka, nie ratując go. Energiczna i wrażliwa dziewczyna, najmłodsza z czworga rodzeństwa w bogatej, kulturalnej rodzinie, chciała samodzielności. Lecz kiedy w Londynie stała się sławna, a jej kariera nabrała tempa, tęskniła za oswojoną wroną bardziej niż za rodziną. Len doświadczała miłości i przyjaźni, ale żaden związek nie zbliżył się do więzi, którą tworzyła później z ptakami. Budki lęgowe pokrywały ściany jej domu wewnątrz i na zewnątrz. Ptaki siedziały jej na głowie i na ramionach. Uczyła się ich i dokonywała muzycznych transkrypcji ich pieśni.

Eva Meijer natknęła się na prace upartej badaczki, które wyprzedzały swoją epokę i niesłusznie popadły w zapomnienie. W Domu ptaków szuka motywów, które kierowały Len Howard. Co sprawiło, że radykalnie zmieniła życie i odsunęła się od rodziny? Co życie bogatek mówi nam o człowieku? I czy można odciąć się od oczekiwań innych wobec siebie? A także co to znaczy mieć gdzieś swój dom?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 259

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału Het vogelhuis
Przekład ALICJA OCZKO
Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja ITA TUROWICZ
Korekta KAROLINA WĄSOWSKA, JAN JAROSZUK
Projekt okładki SEMPER SMILE
Adaptacja projektu okładki AGNIESZKA WRZOSEK
Zdjęcia na okładce © Hein Nouwens / Shutterstock; Katrien1 / Shutterstock; Lukasz Szwaj / Shutterstock
Opracowanie typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Przekład powstał dzięki wsparciu finansowemu Dutch Foundation for Literature.
Copyright © 2016 Eva Meijer and Cossee Publishers Copyright © for the translation by Alicja Oczko Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Warszawa 2020 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66335-89-9
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Prolog1965

Jacob szybko wlatuje do środka, woła mnie i natychmiast wyfruwa na zewnątrz. Nerwowe zachowanie nie jest w jego stylu, nigdy też nie oddala się tak bardzo od gniazda po wykluciu się młodych. Zazwyczaj z rana pojawia się kilka razy przy karmniku, a potem trzyma się w pobliżu drewnianej budki lęgowej na brzozie – jest spokojnym ptakiem, dużym jak na sikorę bogatkę, dobrym ojcem.

Udaję się za nim i już w ogrodzie słyszę maszyny. Biegnę w drewniakach – są niepraktyczne, omal nie ześlizgują mi się ze stóp – tylko nie to, nie ten żywopłot, nie na wiosnę. Krępy mężczyzna przycina ogrodzenie tym ich urządzeniem elektrycznym, nie słyszy mnie z powodu hałasu. Wciskam się między maszynę a żywopłot. Dźwięk wszystko zagłusza, opada na mnie falami, przenika przeze mnie.

Mężczyzna podskakuje, widząc mnie nagle przed sobą, wyłącza maszynę, zdejmuje z uszu ochraniacze.

– Co jest, paniusiu?

– Teraz nie można przycinać. W tym żywopłocie jest pełno gniazd. Z większości jaj wykluły się już młode.

Mój głos jest wyższy niż zwykle, mam wrażenie, jakby ktoś ściskał mnie za gardło.

– To niech pani idzie do gminy.

Ponownie włącza maszynę.

Nie. Gałęzie kłują mnie w plecy. Przesuwam się razem z nim w lewo, w prawo.

– No, proszę się odsunąć.

– Jak chcesz przycinać ten żywopłot, to najpierw będziesz musiał się mnie pozbyć.

Wzdycha.

– W takim razie zacznę z drugiej strony.

Trzyma urządzenie w gotowości, bardziej jako bufor niż broń.

Tam są drozdy z brzuszkami w brązowe cętki. Kręcę głową.

– Naprawdę nie.

– Wykonuję tylko swoją pracę.

– Jaki jest numer do twojego szefa?

Podaje mi nazwisko i numer telefonu do gminy. Czekam, aż mężczyzna zniknie na końcu ścieżki. Na pewno pójdzie teraz do innego żywopłotu.

Wszędzie pisk – ptasich rodziców nigdzie nie widać, młode życie daje o sobie znać. Ojciec i matka wrócą, mam nadzieję, że nie przestraszyli się za bardzo. W pośpiechu idę do domu, pot leje mi się po plecach, nie zatrzymuję się, żeby zdjąć sweter.

– Czy mogę rozmawiać z panem Everittem? To pilne.

Kiedy czekam, siada przy mnie Terra. Zawsze wyczuwa, gdy coś się dzieje. Ptaki są o wiele wrażliwsze od nas. Wciąż jeszcze trochę dyszę.

– Panie Everitt, dobrze, że mógł pan podejść do telefonu. Mówi Len Howard, z Ditchling. Dziś rano z przerażeniem odkryłam, że jeden z pana ludzi przycina żywopłot. Jest okres lęgowy! Obserwuję tu ptaki. To zakłóca badania.

Pan Everitt informuje mnie, że muszę złożyć pisemny wniosek o wstrzymanie przycinki, żeby rada gminy mogła zdecydować w tej sprawie. On sam takiej decyzji podjąć nie może. Dziękuję mu uprzejmie, proszę o zapewnienie, że do tego momentu przycinka nie będzie prowadzona.

– Zrobię, co w mojej mocy – odpowiada. – Zwykle mnie słuchają.

Kaszle jak palacz.

Wiem, że sikorki natychmiast dadzą mi znać, gdyby znowu zaczęli, lecz mimo to przez resztę dnia jestem niespokojna. Czasem odgłos wiatru brzmi jak przycinanie, to znów przypomina je warkot samochodu w oddali. Jacob też zdradza niepokój. Nie znałam go takiego. Jego wiek – ma co najmniej sześć lat – może mieć z tym związek.

Piszę list. Muszą mnie posłuchać.

*

Następnego ranka odpowiednio wcześnie idę do wsi. Jest pierwszy naprawdę ciepły dzień roku, powietrze mnie przytłacza, wgniata w drogę, moje ciało jest właściwie zbyt ciężkie, coraz cięższe. Dawniej zajmowało mi to dziesięć minut równym krokiem, teraz prawie dwadzieścia. Stukam w okno sklepu spożywczego. Nie ma jeszcze dziewiątej.

– Theo?

Stukam ponownie, widzę zmierzwioną białą czuprynę poruszającą się za ladą. Podnosi się, wyciąga rękę w geście pozdrowienia albo prośby, żebym zaczekała.

Hałas, szczęk żelaza o żelazo.

– Gwendolen. Co cię tu sprowadza tak wcześnie?

Sen znaczy jeszcze jego twarz, kreśli linie delikatne jak pajęczyna.

Mówię, że zamierzają przyciąć żywopłot, i pokazuję mu list.

– Podpiszesz?

Zakłada okulary, czyta uważnie, potem w trzech szufladach szuka długopisu.

– Wczoraj za ladą stała Esther. Wszystko leży gdzie indziej. Nawet klucza do drzwi wejściowych nie mogłem znaleźć.

– Co u Esther?

– Zbiera na motorower. Jej rodzicom to się nie podoba, ale wszystkie te dziewczyny takie mają.

Patrzy na mnie sponad okularów, krótko wzrusza ramionami.

– Ma już szesnaście lat?

Wciąż widzę ją przed sobą jako małą dziewczynkę, pierwszą córkę jego córki. Bardzo upartą, oczy niczym przejście do innego świata. Nadal takie ma, podkreślone czarną konturówką.

– W przyszłym miesiącu. Może zostaw tu ten list. Dam do podpisu każdemu, kto przyjdzie.

– Dobry pomysł.

Umawiamy się, że wrócę po południu. Dziękuję mu, zabieram swoją torbę na zakupy i robię rundkę. Piekarz daje mi wczorajszy chleb. Rzeźnik zachował obrzynki tłuszczu ze słoniny. Od sprzedawcy warzyw dostaję torbę starych jabłek. Właściwie miałam zamiar pójść także do szkółki drzew w Brighton, ale upał sprawia, że decyduję się unikać stromych ulic. W drodze na górę przylatuje powitać mnie Jacob, widzę też parę rudzików, które w zeszłym roku gnieździły się w moim ogrodzie. Może w tym roku mieszkają u sąsiadki, co nie byłoby zbyt rozsądne – jej kot to największy i najstraszliwszy łowca ptaków, jakiego znam. Jest jeszcze gorszy niż ten mały czarny, którego miała poprzednio. Poza tym ona sama należy do ciekawskich i zagląda do wszystkich budek lęgowych, przez co koty znają ich miejsce. Już trzy razy jej mówiłam, że odpowiada za dramaty, które się potem rozgrywają.

W ogrodzie przed domem sikorki wygrzewają się w słońcu, skrzydła rozpostarte. Jacob i Jednooka II przyjaźnie siedzą obok siebie, rozleniwieni upałem, jakby zazwyczaj nie sprzeczali się całymi dniami. Terra leży na ścieżce, dokładnie tam, gdzie zawsze chodzę. Najstarszy syn Jacoba zajął miejsce na niskiej, szerokiej gałęzi. Jest trochę powolniejszy niż reszta i w pełni korzysta z mojego karmnika. Dotarłszy do domu, opadam na zielony fotel z chwościkami. Wkrótce będę musiała odbyć całą tę trasę jeszcze raz. Kropka ląduje mi na włosach i od razu odlatuje, a za nią Brzeżek. To zabawa, którą młodziaki każdego roku wymyślają na nowo. Robią trzy okrążenia od szafy ku mojej głowie, do stołu, ku szafie, potem wylatują za okno – tak szybko i tak pełne obecnej chwili, tylko obecnej chwili.

*

Na początku ścieżki Jacob przylatuje mnie ostrzec. Jeszcze zanim to usłyszę, wiem, że zaczęli. Po otrzymaniu pisma z gminy – niestety, niemożliwe, indywidualne interesy, harmonogram prac – i wysłaniu zażalenia przez prawie dwa tygodnie nie ruszałam się z miejsca. Wczoraj dostałam wiadomość, że burmistrz jednak rozważył moją skargę, i sądziłam, że niebezpieczeństwo minęło. Idę najszybciej, jak potrafię, kulejąc niczym stary koń, teraz są we trójkę. Jacob jak szalony lata tam i z powrotem, podobnie jak reszta sikorek, rudziki i para wróbli.

– Tam są gniazda! – wołam, serce mi wali, stało się, już tylko kosy, może akurat zdążyły wylecieć, rudziki na pewno były jeszcze za małe.

Młody człowiek o rudych, półdługich włosach, okrągła twarz pełna piegów, zdejmuje z uszu ochraniacze.

– Co pani mówi?

– Pozabijaliście wszystkie młode ptaki – wypluwam słowa wraz ze śliną.

Spogląda na żywopłot, mruży oczy pod słońce, na moment wstrzymuje oddech, waha się.

– Przepraszam.

– Popatrz.

Jacob nawołuje i żali się, wróble świergoczą, zwołują inne wróble. Kosy wydają płaczliwy dźwięk, którego wcześniej u nich nie słyszałam.

Chłopak patrzy na drozdy, rudziki i wróble, które latają nad żywopłotem, na pole i wzrok jego wraca, ponad głowami kolegów, do mnie. Niebieskie oczy się chmurzą. Wstrzymuje dwóch pozostałych mężczyzn, wskazuje na wróble na ukos przed sobą. Zapada cisza – tym głośniej słyszę ptaki. Krzyczą i krzyczą, jak podczas ataku srok, tylko bez końca.

Czekam na dworze, dopóki mężczyźni nie znikną z pola widzenia. Wszystkie ptaki opuściły żywopłot, został tylko Jacob. Wołam go, oferuję orzeszka. Nie przylatuje.

Idę wzdłuż żywopłotu, szukam gniazd, młodych, które się uchowały, nie widzę żadnego, tylko piórka między linią przyciętych listków i gałęzi. Na rogu znajduję malucha, który wypadł, wróbla, ledwo opierzonego – ostrożnie podnoszę brązowe ciałko, już wiem, że nie jest dobrze. Ptaszek się trzęsie, potem zapada w bezruch, bezruch o wiele większy niż ten, który zawiera życie. Drugą ręką wygrzebuję dołek w ziemi pod krzakiem, składam go w nim ostrożnie, po czym zakopuję.

Cisza wije się wokół mnie i towarzyszy mi do domu, po którym sikorki latają bardziej nerwowo niż zwykle. Napełniam im karmnik, wcześniej niż zazwyczaj, może to odwróci ich uwagę – orzeszki, chleb, parę kawałków gruszki, żadnych tłustych rzeczy, ponieważ trwa sezon lęgowy.

Zieleń późnej wiosny wciąż jest oszałamiająca, skrząca – przepych. Siadam na jednym ze starych foteli ogrodowych przed domem, wydaje się, jakby moje biodro chciało się wydostać na zewnątrz. Przeklinam to stare ciało.

Na ramieniu ląduje mi Terra. Jej pazurki kłują mnie przez materiał bluzki. Jest przylepna, choć nigdy nie śpi w domu. Uwiła gniazdo na wysokiej jabłoni, nie w żywopłocie, dzięki Bogu. Przycinanie nie zrobiło na niej wrażenia – przeżyła wystarczająco dużo, by wiedzieć, że nie warto się przejmować. Dziobem stuka mnie w ramię, leciutko, jakby chciała mi o czymś przypomnieć.

Gwiazda 1

Behawioryzm, najważniejsza w naszych czasach filozofia badająca zachowania, zakłada, że prawidłowe z naukowego punktu widzenia dane można pozyskać wyłącznie w sytuacji wolnej od wszelkich bodźców, w której reakcje da się zmierzyć za pomocą odtwarzalnych eksperymentów. Zawartość głów zwierząt, w tym ludzi, postrzega się jako czarną skrzynkę, do której nie mamy dostępu. Opis zachowania niewiele wnosi do tej interpretacji naukowego badania, ponieważ nie da się go obiektywnie zmierzyć. Dzieło Darwina na temat procesów poznawczych zwierząt uchodzi na przykład za nienaukowe, ponieważ opiera się w dużej mierze na anegdotach. Behawioryzm jednak nie uwzględnia w istocie faktu, że wiele zwierząt zachowuje się w niewoli inaczej niż na wolności. Większość ptaków z natury jest płochliwa, często wręcz boi się ludzi, dlatego trzymanie ich w laboratoriach musi wpłynąć na ich zachowanie, a więc na wyniki badań. Ponadto badanie reakcji mierzalnych, zakładające, że myśli i uczucia zwierząt nie są poznawalne, daje wyniki, które ten obraz potwierdzą. Kiedy traktuje się kogoś jak maszynę, znajdzie to odbicie w tezach, które zarazem określą przestrzeń, w jakiej obiekt badań – celowo piszę tu „obiekt” – może udzielać odpowiedzi. Ten tak zwany obiektywny sposób badania zwierząt jest zatem równie zabarwiony hipotezami jak inne metody.

Minęło już ponad dziesięć lat, odkąd przeprowadziłam się do domku w zachodnim Sussex, który nazwałam Domem ptaków. Stoi pod niewielkim lasem i blisko terenów przyrodniczych, gdzie żyje niezliczona ilość ptaków i innych zwierząt – grzywacze i kukułki, lisy i borsuki, myszy polne i krety, myszołowy i puszczyki, pierwiosnki i głowienki. W drzewach i krzewach wokół domu mieszkało wiele małych ptaków, takich jak kosy, sikorki, rudziki i wróble. Ustawiłam dla nich karmnik przed domem, który o siódmej rano i piątej po południu zapełniałam rozmaitymi smakołykami. Postawiłam też basenik, a przy domu, na starym dębie i jabłoni, powiesiłam kilka budek lęgowych. Nie trwało długo, gdy pojawiły się pierwsze zaciekawione sikorki. Od razu zostały przepędzone przez wróble, które zajmują każdy teren, jeśli tylko nadarzy się okazja. Wróble bały się mnie jednak bardziej niż sikorki, a ponieważ dużo przesiadywałam na ławce w ogrodzie, żeby obserwować ptaki, wszystkie mogły się częstować jedzeniem i kontrolować zmiany w domu.

Przyjechałam w lutym 1938 roku. Większość ptaków była już pochłonięta szukaniem miejsca na gniazdo, a niektóre odpowiedniego partnera. Zajmowały się bardziej sobą niż mną. W marcu zaczęło się to stopniowo zmieniać. Jedna z sikorek była bardziej bezczelna niż reszta – Billy, starszy samczyk o dumnej postawie i donośnym głosie, codziennie rano jako pierwszy podlatywał do karmnika, a w południe do baseniku, żeby się dokładnie umyć. Pewnego ciepłego dnia w kwietniu wleciał przez otwarte okno do domu, zrobił rundkę po salonie i ponownie szybko wyfrunął na zewnątrz. Następnego dnia znów się pojawił. Sikory bogatki uczą się między innymi, dobrze przypatrując się sobie nawzajem, i w krótkim czasie wraz Billym w domu zjawiła się Zielinka, jego partnerka, którą tak nazwałam z powodu zielonego poblasku na piórkach. Od tej pory nigdy nie zamykałam górnego lufcika, żeby mogły sobie swobodnie wlatywać i wylatywać. To był początek szczególnej sytuacji mieszkaniowej, która trwa po dziś dzień i która wiele mnie nauczyła.

1900

– Spójrz, Lennie.

Tata trzyma coś w ręce. Biegnę do niego.

– Sikoreczka?

– Modraszka. Wypadła z gniazda, znalazłem ją pod jednym z buków przy szkole dla dziewcząt. A raczej Peter ją znalazł.

Peter merda ogonem, bo usłyszał swoje imię.

– Potrzymaj ją na chwilę, to wezmę pudełko.

Piórka – jeszcze nigdy nie czułam czegoś tak delikatnego. Układam dłonie w miseczkę, gniazdko, i podnoszę do ust. Całuję ptaszynkę. Taka miękka! Taka niebieska ta główka! Stworzonko się porusza, lekko otrząsa, ogarnia mnie strach, ale trzymam dłonie mocno złączone.

– Włóż ją tutaj. Bardzo ostrożnie.

Tata przyniósł z gabinetu pudełko, na dnie leży stary szal.

Wsuwam do niego złączone dłonie, dopóki nie poczuję dna pudełka, wtedy je otwieram, powoli.

– Świetnie. To teraz pójdziemy po coś do jedzenia.

Bierze mnie za rękę. Olive, Kings i Duds są w szkole, mnie mama jeszcze nie pozwala, a teraz mam szczęście. Teraz wreszcie mam szczęście.

– Floor? – Tata wsuwa głowę do pokoju mamy. – Idę z Lennie po tatara dla sikorki.

– Nazywajże to dziecko po prostu Gwendolen. Nie musisz pracować?

Głos matki brzmi lżej niż przez ostatnie dni. Może nie boli jej już głowa.

Tata bagatelizuje pytanie.

– Podejdź, Gwendolen.

Z niechęcią wchodzę do ciemnego pokoju. Pachnie snem i czymś jeszcze, czymś starym. Matka poprawia mi sukienkę, potem przyciska mnie do siebie. To ona tak pachnie. Kiedy mnie puszcza, szybko biegnę do ojca, który czeka na zewnątrz.

Podskakując, idę szeroką ulicą tak wolno, że trzymam się dokładnie obok niego.

– Dokąd idziemy?

– Najpierw do rzeźnika, a potem do pana Volta.

Podskakuję coraz wyżej, jestem w tym naprawdę dobra. Stawiam stopy dokładnie w tym samym momencie co tata. Pa-dam, pa-dam, kopyta półkonia.

U rzeźnika Peter musi zaczekać na zewnątrz. Siada, już o tym wie. Głaszczę go po białym kołnierzyku, po czym szybko wbiegam za tatą do środka.

– Poproszę ładny kawałek tatara. To dla modraszki, więc nie musi być duży.

Gruby James nie zawsze pracuje w masarni, tylko wtedy, gdy nie ma samego pana Johnsona. Jest dość powolny i nie daje plasterka kiełbasy.

– Dziękuję. Czy mogę do tego prosić o plasterek kiełbasy?

Gruby James wzrusza ramionami, odwraca się, żeby odkroić wędliny. Ojciec puszcza do mnie oko. Na zewnątrz dzieli plasterek na pół, jedna połówka dla Petera, druga dla mnie.

Pan Volt sprzedaje różne rzeczy. Jego jedno oko znajduje się trochę niżej niż drugie, jest też wybałuszone. Duds powiedział, że ktoś go mocno uderzył, wyskoczyło mu z głowy i już nie wróciło na swoje miejsce, a Olive twierdzi, że pan Volt na to oko nie widzi, ale zawsze nim na mnie patrzy, jakby mnie jak najbardziej widział, jakby właśnie widział więcej rzeczy, których inni ludzie nie dostrzegają.

– Dzień dobry, panie Howard, dzień dobry, panienko. Czym mogę służyć?

– Trochę nasion dla ptaków poproszę, dla modraszki.

– Uniwersalny pokarm. Ile?

Zdejmuje puszkę z górnej półki i sięga po papierową torebkę.

– Dopóki mała znowu nie zacznie latać.

Cały sklep jest zastawiony puszkami, a w rogu znajduje się szkielet. Podchodzę do niego, dotykam kości, wzdrygam się, gdy się porusza.

– O tak, uważaj – mówi pan Volt. – Czasem nagle duch w niego wstępuje.

– Ile płacę? – pyta ojciec.

– Ach, za taką ilość nie warto liczyć. Panienko?

Podchodzę do lady.

– Pająk czy żuk?

– Żuk.

Z jednego ze słoików pod ladą wyjmuje dla mnie smakołyk, zielono-czerwony, w kształcie żuka.

– Dziękuję panu.

Kłaniam się tak, jak ćwiczyłam z Olive.

– Pięknie.

Peter biegnie przed nami w drodze do domu. Smakołyk jest miękki i bardzo słodki. Wyjmuję go z buzi, żeby sprawdzić, czy ma jeszcze ten sam kształt. Żuk stał się miękką grudką. Żuczkiem grudkożuczkiem.

Tessa otwiera drzwi dokładnie w chwili, gdy przed nimi stajemy. Mijam ją, biegnąc wysokim korytarzem do pokoju, w którym na stole nadal stoi pudełko z modraszką.

– Jeszcze żyje.

– Świetnie. No, to do dzieła. Która jest teraz?

Podchodzę do zegara na parapecie.

– Trzecia.

– Dokładnie trzecia?

– Prawie dokładnie. Minuta, nie, dwie minuty po trzeciej.

– Czyli prawie dokładnie. Słuchaj uważnie: musimy tego ptaszka karmić co godzinę.

Ojciec robi malutką kuleczkę z tatara, małym palcem wsuwa ją do ptasiego gardełka. Ptak przełyka. Wydaję cichy okrzyk radości.

– Potem zrobię mieszankę ziaren z tatarem, rozdrobnioną, z wodą. I karmienie. Jeżeli ptaszek jutro jeszcze tu będzie, to też możesz spróbować.

Podaje modraszce jeszcze jedną kuleczkę, i jeszcze jedną, aż ta ma dość. Palce ojca są długie i zręczne. Przyglądam się uważnie z bardzo bliska, żebym jutro też potrafiła.

– Poproś Kokkie o jakąś szmatkę, mam wrażenie, że maleństwu jest zimno.

– Mogę go też potrzymać?

Ojciec kręci głową. Biegnę do kuchni.

– Kokkie, Kokkie, mamy sikorkę. Masz może jakąś szmatkę? Jest jej zimno.

Przeskakuję z lewej nogi na prawą, z prawej na lewą.

– Dziecko, uspokój się. – Gosposia podnosi się, stękając. – Nie krzycz tak, twoja mama źle się czuje. Chodź.

Schodzę za nią wąskimi stromymi schodkami do piwnicy – małe kroczki, moja ręka na wilgotnej ścianie.

– Jak jutro będzie jeszcze żyła, będę mogła ją nakarmić.

Kokkie chrząka, wyjmuje szmatkę z otwartej szafy przy tylnej ścianie. Biorę ją od niej.

– Idź ostrożnie, dobrze? – woła za mną.

Jestem już prawie na górze.

Gwiazda 2

W ogrodzie Domu ptaków i wokół niego żyło mnóstwo sikorek, kosów, wróbli i rudzików. Byli też stali goście, między innymi kawki, wrony, sójki, sikory modre, szpaki, zięby i dzięcioły. Niektóre z nich, na przykład jaskółki, wracały rok w rok; inne pojawiały się tylko raz. Były ptaki lęgowe, przez całe życie pozostające w okolicy, oraz takie, które spędzały tutaj sezon albo kilka lat. Zaglądały tu na chwilę ptaki niemal wszystkich gatunków, choć krukowate zawsze starałam się w miarę możliwości trzymać jak najdalej. Przeszkadzają mniejszym i ograbiają ich gniazda. Najsilniejszą więź zbudowałam z sikorami bogatkami. To chyba najmądrzejsze ptaki, jakie istnieją, a poza tym są bardzo ciekawskie; idealni partnerzy do badań.

Billy i Zielinka podczas pierwszej wizyty czuli się jeszcze trochę nieswojo, ale szybko się zadomowili, zwłaszcza gdy jesień przeszła w zimę z zalegającym przez wiele tygodni śniegiem. Inne bogatki poszły za ich przykładem i tamtego grudnia pierwsze z nich szukały miejsc do snu już w domu. Ich wybory nie zawsze były szczęśliwe – wiły gniazda między karniszem a sufitem albo na brzegu przesuwanych drzwi, przez co nie dało się ich zamykać, więc sama gdzieniegdzie porozwieszałam budki – stare kartonowe opakowania, drewniane skrzyneczki. Zawsze w mig rozumiały, o co chodzi, i w krótkim czasie różne sikorki pozajmowały własne gniazdka. W domu mniej się sprzeczały o budki lęgowe niż na dworze, może dlatego, że dom postrzegały jako moje terytorium. Zresztą w okresie lęgowym zawsze szukają miejsca na zewnątrz, do tej pory jeszcze żadna sikorka nie wysiadywała jaj w domu. Prawdopodobnie mają tu mimo wszystko za mało prywatności.

Bogatki przyzwyczaiły się do mnie i choć moja obecność wpływała czasem na ich zachowanie (płoszyły się na przykład, kiedy nagle wstawałam, więc wchodząc do domu, wołałam zza drzwi „orzeszek”, aby wiedziały, że się zbliżam), zazwyczaj nie zwracały na mnie uwagi. Dawało mi to nie tylko możliwość obserwowania ich zachowania, lecz także przyglądania się z bliska ich wzajemnym relacjom. W ten sposób dobrze poznałam co najmniej czterdzieści bogatek, z których każda wykazywała własne preferencje i życzenia. Dowiedziałam się od ptaków, że indywidualna inteligencja odgrywa w ich zachowaniu i dokonywaniu wyborów o wiele większą rolę niż skłonności biologiczne, czyli to, co naukowcy nazywają „instynktem”. Aby móc badać ptaki w ten sposób, ważne było trzymanie innych ludzi możliwie jak najdalej od domu – ptaki reagują na najmniejsze zmiany głosu czy zakłócenia i nawet odwiedzający, którzy bardzo starali się nie hałasować, często swoim zachowaniem sprawiali, że uciekały w popłochu. Kiedy ptaki się wystraszą, mija dużo czasu, zanim przylecą ponownie – zwykle co najmniej pół dnia.

W interakcji z sikorami często czułam się niezdarna i ociężała. Bogatki mają lepszy słuch niż ludzie i o wiele szerszy zasięg wzroku. Ich oczy znajdują się po bokach głowy, dzięki czemu widzą zarówno częściowo monokularnie, jak i binokularnie (dwojgiem oczu), ich pole widzenia jest bardzo rozległe, a zdolność postrzegania ostrzejsza niż u ludzi. Są o wiele wrażliwsze nie tylko na zakłócenia w środowisku, w którym żyją, lecz także na zmiany pogody, kolor owoców, a zwłaszcza jagód, ruchy innych zwierząt. Naturalnie istnieje też wiele zbieżności. Tak jak ludzie, mają swoje przyzwyczajenia i stałe rytuały, na przykład dotyczące jedzenia i spania. Najczęściej śpią po sześć, siedem w budce lęgowej. Niektóre wlatują do środka tylko wtedy, gdy jest naprawdę zimno, inne przez większą część roku nocują w pudełku na listwie pod sufitem sypialni.

Podobnie jak my, ptaki komunikują się ze sobą na niezliczoną ilość sposobów – za pomocą nawoływań i śpiewu, postawy ciała, dźwięku wytwarzanego ruchem skrzydeł, kontaktu wzrokowego, dotyku, ruchów, tańca. Interakcja między mną i sikorami szybko stała się równie bogata i różnorodna. Regularnie do nich mówiłam. Często już po tonie głosu intuicyjnie wiedziały, co mam na myśli, a z biegiem czasu nauczyły się znaczenia wypowiadanych przeze mnie słów. Rozumiały gesty, które robiłam, i nawiązywałyśmy kontakt wzrokowy. Niektóre z nich chętnie siadały przy mnie i na mnie. Ptaki zawsze dostrzegają mnie wcześniej niż ja je: kiedy odwracam twarz w ich stronę, one są już zwrócone ku mnie – nie tylko szybciej mnie widzą, ponieważ ich oczy znajdują się po bokach głowy, lecz także szybciej się poruszają. Na początku odnosiłam wrażenie, że one rozumieją mnie lepiej niż na odwrót, później potrafiłam odczytywać je równie dobrze. Niektóre osobniki rozumiałam oczywiście łatwiej niż inne, tak jak dzieje się to pomiędzy ludźmi. Kilka z nich było bardzo szczególnych: Łysolek, samczyk sikory bogatki, który w ostatnich dniach życia stał się tak łagodny, że właściwie cały dzień siedział mi na kolanach. Twist, dzielna i inteligentna samiczka, moja pierwsza przewodniczka po sikorzym języku. I oczywiście Gwiazda, najmądrzejsza bogatka, jaką przyszło mi poznać i z którą połączyła mnie najsilniejsza więź.

1911

Mam wrażenie, jakby ktoś otworzył drzwiczki w moim sercu, przez które ciepło może wpadać do środka. Drzwiczki albo okno. Biegnę do Olive, na tyłach ogrodu, po letniej trawie, po miękkiej trawie, wszystko jest takie zielone.

– Ojciec już jest?

Kręcę głową.

– Wąchałaś róże? Patrz, całkiem się rozwinęły.

Sięgam po kwiat z żywopłotu za nią, przechylam go w jej stronę.

Przytakuje, próbuje wyprostować plecy.

– Przyniesiesz mi coś do picia? Przez cały dzień byłam na nogach.

Musiała pojechać z matką kupić sukienki.

Idę do domu, teraz wolniej, stopa za stopą, stopa za stopą. Florence zatrzymuje mnie na werandzie.

– Gwen, jesteś gotowa na występ? Ojciec będzie najdalej za pół godziny. Przeczyta parę nowych wierszy, potem Paul kilka, a potem ty zagrasz może tę suitę Bacha?

Wzruszam ramionami.

– Gwendolen.

Patrzy surowo.

– Tak, mamo.

Idę do kuchni, gdzie proszę Tessę o kieliszek szampana.

– Dla siostry.

– Jak się miewają ptaszki?

– Mała bogatka nie przeżyła. Srokę wypuściłam wczoraj, chyba z nią dobrze.

– Skarb z ciebie. Właśnie przed chwilą powiedziałam to Kokkie.

Macham ręką i zabieram szampana na zewnątrz, gdzie Paul opiera się plecami o futrynę drzwi, jego loki kręcą się na ścianie, twarz zwrócona do późnego, niskiego słońca. Kiedy przechodzę, odwraca się w moją stronę. Przestraszył mnie, czerwienię się, udaję, że go nie widzę.

– Gwendolen?

Oglądam się.

– Zrobisz to, choć za chwilę masz grać?

– To dla Olive.

Moje palce zaciskają się na kieliszku – nie mogę ściskać za mocno, bo wtedy szkło pęknie, nie mogę też puścić.

– Wiem. Żartowałem.

Czerwienię się jeszcze bardziej.

– Nie mogę się doczekać.

Kiwam głową, szybko idę dalej, szampan rozchlapuje się przez brzeg kieliszka na moje palce. Powinnam była coś powiedzieć o jego wierszach, że ojciec dał mi je do przeczytania i że one żyją, fruwają, że mnie poruszyły.

– Dziękuję. – Olive otworzyła parasol, choć siedzi w cieniu. – Zaczynacie już?

– Tata będzie za pół godziny.

Kątem oka widzę, że Paul robi się mniejszy, czarna kukiełka w garniturze, ludzik na torcie weselnym. Kuzynka Margie mówi o małżeństwie jak o więzieniu.

– Zagrasz suitę na skrzypce Bacha?

Przytakuję, przebiegam w głowie nuty.

– Czy Sargent też jest?

– Ma przyjść.

Mam nadzieję, że przyjdzie – Sargent kieruje orkiestrą w Londynie i już jakiś czas nie słyszał, jak gram. Zrobiłam postępy, naprawdę dużo ćwiczyłam w ciągu ostatnich miesięcy. Charles, wychowana przez tatę wrona, przysiada w bluszczu. Skacze na moją wyciągniętą rękę, a z niej na gałąź. Nie podoba mu się to zamieszanie. Odlatuje i załatwia się na brzeg kieliszka pana Wayne’a ze szkoły muzycznej w Tywyn, który zauważa to dopiero, biorąc łyk.

– To dopiero obrzydliwiec.

Margie wykrzywia się.

Kiedy Sargent przyszedł poprzednim razem, próbował dość jawnie zalecać się do Margie. Ona ma dwadzieścia dwa lata i studiuje na akademii sztuk pięknych, tego lata mieszka u nas, ponieważ jej rodzice są w podróży. Margie flirtuje ze wszystkimi, a ludzie to tolerują, bo wydaje się taka niewinna. Sargent myślał, że już ją ma, dopóki Margie pod koniec wieczoru nie zaczęła okropnie ziewać, przeprosiła wszystkich i zniknęła na górze – pomachała jeszcze ze schodów.

Olive sięga po stojącą na stoliku miseczkę z orzechami i stawia ją na krawędzi krzesła. Wybiera najsmaczniejsze orzeszki, jednego po drugim wsadza do ust.

Przychodzi po nas Tessa. W środku jest ciepło i tłoczno, ciała, które zostawiają zbyt mało przestrzeni, słowa, które słabo albo wcale nie docierają do innych. Słowa, które wyrażają zwyczaje, poza tym niewiele znaczą. Dla tych salonów ludzie przyjeżdżają z daleka, ojciec jest jedynym w Walii Zachodniej, który regularnie coś takiego organizuje. Sargent ściska mi rękę, za długo. Czerwony goździk w dziurce od guzika porusza się, gdy ostentacyjnie wydycha powietrze. Może zjadł coś niewłaściwego.

Matka stoi przy fortepianie.

– Witam wszystkich.

W czasie takich wieczorów mówi inaczej, bardziej afektowanie.

Po drugiej stronie widzę jasną szeroką twarz mojego brata Dudleya i staram się podejść do niego jak najbardziej niepostrzeżenie.

– Zaczekam chwilę.

Matka unosi brwi. Ludzie się śmieją. Dudley przesuwa krzesło, żeby mi zrobić miejsce.

Paul siedzi na ukos za mną. Staję się świadoma swoich pleców w bladoróżowej sukience, wybranej przez matkę, zbyt kobiecej i zbyt obcisłej. Matka wymienia najpierw jego imię, potem moje, jakbyśmy przynależeli do siebie, logicznie po sobie następowali.

Newman zaczyna od drugiego wiersza z Footsteps of Proserpine, o miłości i kosach. Dużo utworów z tego tomu napisał dla mojej matki. Tłumię ziewnięcie, poruszam palcami, żeby je trochę rozgrzać. Tadadadadadada. Czyta jeszcze dwa wiersze z pierwszego tomu, potem długi o mieście, które tak się zmieniło, oraz o bitwie o Troję, z cyklu greckiego. Jego wiersze są bez wyjątku za długie i zawierają zbyt wiele przymiotników. Zanim został poetą, był księgowym rewidentem.

Kingsley, mój najstarszy brat, wchodzi, dysząc, i z takim impetem opada na krzesło w ostatnim rzędzie, że wszyscy się odwracają. Ma jeszcze na sobie sportowe ubranie, czuję to z miejsca, w którym siedzę. Kiedy się oglądam, stroi głupie miny.

Głos ojca się podnosi, robi jeszcze jedną pauzę, po czym kończy z tryumfem. Trwa aplauz, gdy na środek wychodzi Paul, patrzę na jego stopy, potem krótkie spojrzenie na twarz, która odbija słońce, moje oczy spotykają się z jego oczami, na moment, już zaczął. Ledwo słyszę, co mówi, znam słowa. Chwilę później jest po wszystkim.

Matka zapowiada mnie, stroję. Czuję mrowienie w palcach. A potem gram: pytanie, odpowiedź, pytanie.

*

Kiedy wszyscy już poszli, schodzę na dół. Idę do miejsca, w którym stał, dwa metry od tego, gdzie siedziałam, może dwa i pół. Widzę samą siebie w tamtym miejscu, patrzącą w bok, odwracającą głowę. Znowu płoną mi policzki. Przez okno dostrzegam ojca, który nalewa kieliszek szampana. Podaje go matce. Dom wyraźnie bierze oddech przez pootwierane na przestrzał okna, podczas gdy niknie ostatnie światło dnia.

Kiedy skończyłam grać, podszedł do mnie Paul. Zapytał, czy zamierzam dalej doskonalić swoją muzykę. Wzruszyłam ramionami.

– Być może.

– W takim razie powinnaś pojechać do Londynu.

– Wiem.

– Mam znajomych, mogę ci pomóc w znalezieniu pokoju.

Skinęłam głową i podziękowałam.

– Przepraszam, muszę iść do matki.

Do matki! Mam prawie osiemnaście lat.

– Oczywiście.

Kiwnął głową i odszedł, odetchnęłam, wdech, wydech. Na zewnątrz pachniało trawą i ogniskiem, perfumami. Może pójdzie za mną, jeśli nie, na pewno jeszcze uda mi się z nim porozmawiać. Oczekiwania czepiają się jedne drugich, tworzą większe oczekiwania; coś mało znaczącego przyłącza się do sterty, i jeszcze coś, a potem już trudno nie zwracać na to uwagi, potem już trudno nie czuć się otoczonym i rozróżniać to, co jest, od tego, co może być. Przynajmniej do chwili jego odejścia. Może miną tygodnie, zanim znowu go zobaczę. Powinnam była powiedzieć coś mądrego albo zabawnego. Słońce w mojej piersi zachodzi, pozostawiając po sobie znak zapytania, odcisk pragnienia. Mogłam po prostu z nim porozmawiać. Nie bez powodu to powiedział, o tym pokoju i znajomych, przeczytał wiersz o kobiecie, która stale szuka.

Ojciec macha na mnie, wychodzę na zewnątrz.

– Ładnie grałaś, skarbie.

Ma czkawkę, otacza mnie ramieniem i przytula. Wiatr przynosi zapach morza, nie sól.

Matka opróżnia kieliszek jednym dużym haustem.

Wyswobadzam się.

– Chciałabym pójść do konserwatorium.

– Kochanie, jesteś na to jeszcze o wiele za młoda.

Ojciec uśmiecha się przepraszająco.

– Musiałabyś się przenieść aż do Londynu – mówi matka. – Moja mała dziewczynka. Nie wiem, czy sobie poradzisz.

Kładzie rękę na moim policzku, lekko go szczypie.

– Oczywiście, że sobie poradzę.

Milczy. Ojciec wpatruje się w ciemny ogród.

– Oczywiście, że sobie poradzę – powtarzam głośniej. – Nie jestem już dzieckiem.

Ojciec kładzie mi rękę na ramieniu, odtrącam ją. W domu moje buty zostawiają ślady ziemi i trawy.

Na schodach spotykam siostrę, trzyma w ręce talerz z sandwiczem.

– Ładne te wiersze Paula, prawda?

– Chyba go kocham – mówię.

– Jesteś zakochana, to coś zupełnie innego. – Patrzy surowo. – Nie powinnaś mylić ze sobą tych uczuć.

Jej zdaniem lepiej ich też nie podsycać.

Wzdycham głęboko.

– Nie zachowuj się tak romantycznie. – Idzie za mną do pokoju, siada na łóżku i zaczyna jeść. W czasie kolacji prawie nic nie je, a potem zawsze jest głodna. – Ale ładnie grałaś.

– Chcę zostać skrzypaczką. Grać każdego wieczoru. Zbudować sobie życie, w Londynie albo gdzie indziej. Zarabiać pieniądze.

Muszę się dowiedzieć, jak wygląda sprawa z egzaminem wstępnym do konserwatorium, kiedy mogę go zdawać i co muszę do niego umieć.

– Przecież wcale nie musisz zarabiać pieniędzy. Mamy ich pod dostatkiem.

– Chcę prowadzić własne życie.

– Przecież tutaj też możesz.

Kręcę głową.

Stawia talerzyk na nocnej szafce, kanapka ledwo w połowie zjedzona, i życzy mi dobrej nocy.

Podchodzę do okna. Rodzice usiedli na ławce na zewnątrz. Przed nimi stoi mały stolik – dwa kieliszki, popielniczka, tomik ojca. Nie słyszę już kosa. Zasuwam zasłony. Kiedy zdejmuję sukienkę, czuję swój zapach w tkaninie. Zapach siebie i wieczoru. Na ciele pozostaje odcisk talii. Sięgam po swój dziennik.

Charles był dziś rano w ogrodzie i wieczorem ponownie. Gdy ludzie poszli, więcej go nie widziałam – pewnie odleciał do swojego miejsca noclegowego na skraju lasu. Kosem, którego przed chwilą słyszałam, był prawdopodobnie Mike, od tygodnia mieszkający w naszym ogrodzie. Już od kilku lat na bieżąco notuję, jakie ptaki przylatują do ogrodu, a czasem piszę o nich opowiadania, które ojciec jako jedyny uważa za świetne. W zeszłym roku wysłałam parę z nich do czasopisma, jednak nie dostałam żadnej odpowiedzi. Lepiej będzie, jak skupię się na muzyce. Ale dla kompozytorów ptaki też są ważne. Ostatnio Paul mi mówił, że Mozart inspirował się szpakami, które trzymał jako zwierzęta domowe. Paul. Zapisuję jego imię, potem je przekreślam.

Pragnienie:

Zrozumieć, że jest się niezgłębionym.

Zrozumieć, że jest się ruchem.

Zrozumieć, że jest się wodą, a wody nie da się uchwycić.

*

Światło w starej szkole wydaje się namacalne. Kurz przydaje promieniom materii. Swędzi mnie nos.

– Jeszcze chwilkę. – Margie z niecierpliwością podnosi rękę. – Prawie cię mam.

Drapię się po nosie.

– Proszę cię, Gwen, nie ruszaj się jeszcze przez moment.