Wydawca: JanKa Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 268 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dom - Piotr Ibrahim Kalwas

 

Piotr Ibrahim Kalwas w swej piątej powieści zabiera czytelnika na wędrówkę po Aleksandrii, jego od roku mieście. A właściwie mieście, które dopiero czyni swoim: poznaje i oswaja. Nie jest to więc turystyczne zwiedzanie, tropienie egzotyki. Raczej wydeptywanie ścieżek własnych, choć trochę też śladami ważnych dla autora aleksandryjczyków: Jabesa, Kawafisa, Guenona. Urzeczony urodą miejsca i ludzi wczytuje się w tajemnicze szyfry al-Iskanderiji. Z synem Hasanem karmi czekoladkami koty, regularnie odwiedza smutną i piękną nieznajomą nad brzegiem morza, słucha natchnionego śpiewu Saviny i fletu szewca Husseina. Fotografuje, nagrywa, zapisuje. Skrzętnie gromadzi obrazy, słowa, fakty, poruszając się swobodnie w przestrzeni ostatniego czterdziestolecia, między Stępińską na Mokotowie a plażą Silsila. Wyczulony na rytmy i smaki układa wielobarwne mozaiki. O ile jednak aleksandryjczyk z urodzenia Kawafis starał się być chłodny i obiektywny, o tyle Kalwas – Polak z mocy języka – nie wyzbywa się czułości, nie ukrywa wzruszenia.

"Dom" nie jest klasycznym reportażem z podróży, jest czymś znacznie bogatszym: autobiografią intelektualną in statu nascendi – pisarza, Europejczyka, człowieka, który zmienia się nieustannie w pogoni za ideałami, zanurzając się w życiu, jakie jest,  raniąc się czasem o jego ostre krawędzie. To kronika zachwytów, ale i wybuch świętego oburzenia – o rzadko spotykanej dziś skali.

 

Autor o książce:

Na tyłach mojego aleksandryjskiego domu stoi opuszczona willa. Pod jej obdrapaną ścianą znalazłem dogorywający krzak dzikich, zielonych pomidorów. Odkąd tu zamieszkałem, codziennie je podlewam, a one odżyły, rosną i pną się triumfalnie do góry. Na ścianie willi, obok drzwi wejściowych, wypatrzyłem ledwo widoczne, zamazane napisy w greckim alfabecie. W klatkach innych starych domów odkrywam litery hebrajskie, tureckie, arabskie... Morze przywiewa zapach glonów, rytmy rembetiko i piosenki w ladino. Aleksandria jest jak rozłożona Księga. Al-Iskanderija.

Codziennie chodzę jej wąskimi ulicami, szukając duchów poetów, filozofów, artystów i szaleńców. Szukając śladów samego siebie. O tym jest ta książka: o poszukiwaniu.

Opinie o ebooku Dom - Piotr Ibrahim Kalwas

Fragment ebooka Dom - Piotr Ibrahim Kalwas

Piotr Ibrahim Kalwas

DOM

Copyright © Piotr Ibrahim Kalwas 2010

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna M. Koźbiel

(wykorzystano motywy z miniatury z Heratu „Ogród różany” z XVI w.)

Redaktor

Jan Koźbiel

Korekta

Jan Wiśniewski

Łamanie

Książki i Strony

ISBN 978-83-62247-06-6

Wydanie I

Pruszków 2010

Wydawca

JanKa

ul.Majowa 11/17

05-800 Pruszków

www.jankawydawnictwo.pl

Konwersja:

Mojej ukochanej żonie Agacie,

która jest na każdej stronie tej książki.

Na pytanie „skąd pochodzisz?”,

Diogenes zawsze odpowiadał: „Zewsząd”.

Wazgen Czałojan, „Wschód i Zachód”

Edmond Jabes: 1. „Księga pytań”, 2004; 2. „Księga Jukiela”, 2004; 3. Powrót do Księgi”, 2005; 4. „Jael”, 2006; 5. „Elja”, 2006; 6. „Aeli”, 2006; 7. „El albo Ostatnia Księga”, 2007 – wszystkie w przekładzie Adama Wodnickiego, nakładem wydawnictwa Austeria, Kraków.

Nie pamiętam, kiedy zwróciłem na nią po raz pierwszy uwagę. Stała zawsze w tym samym miejscu. Mniej więcej w tym samym. Na plaży Silsila, na jej początku, tam gdzie woda łączy się z piaskiem, niedaleko zardzewiałej wieży ratownika. Jej długie nogi obmywała piana kończących tutaj swój bieg fal Morza Śródziemnego. Stała nieruchoma, wpatrzona w przestrzeń drgającą od gorącego powietrza. Zawsze stała, nie poruszała się prawie wcale, czasami przekrzywiała tylko lekko głowę, jakby dziwiąc się czemuś. Milczała.

Jej plaża była na trasie mojego spaceru do małego parku położonego naprzeciwko Biblioteki. Chodziłem tam prawie codziennie z Hasanem karmić koty czekoladkami i resztkami z obiadu. Chodzę prawie codziennie, nie chodziłem... powinienem używać czasu teraźniejszego, bo przecież tutaj mieszkam i ciągle chodzę do tego małego parku, aby posiedzieć na gorącej od słońca kamiennej ławce pod palmą i rzucać kotom kawałki batonika i okrawki mięsa.

Ona się uśmiechała. Może ten jej uśmiech zwrócił moją uwagę. Nie wiem. Dziwny uśmiech, jak ona cała, nieruchomy taki, zastygły, jakby wieczny. Przydawał jej smutku. A może jednak to po prostu fakt, że zawsze tam była. Nieruchoma. Smukła. Smutna. Piękna.

Po jakimś czasie pod byle jakimi pretekstami wymykałem się sam z domu wieczorami i chodziłem nad tę plażę, aby na nią popatrzeć. Sprawdzić, czy stoi, czy nigdzie sobie nie poszła. Czy nadal potwierdza swoją dziwność, swoją nieruchomość, swoje bycie. Wymykam się. Chodzę...

To się dzieje cały czas, prawie codziennie, przecież tutaj mieszkam. Gorący morski wiatr owiewa mi głowę. Lubię to strasznie. Ten wiatr jest tutaj cały czas. On mnie chłodzi swoim gorącem. Uspokaja.

Potem zacząłem wychodzić z domu nocami. Szybkim, równym krokiem zmierzałem w kierunku plaży Silsila. To jakieś dwa kilometry ode mnie. Lubiłem te nocne spacery, bo wtedy bardzo wyraźnie przesuwały mi się przed oczami różne sceny z dzieciństwa, a to lubię najbardziej. Dochodziłem do murku oddzielającego plażę od bulwaru i sadowiłem się na nim zdyszany, wzrokiem szukając jej.

Prawie zawsze tam stała. W chłodnym świetle gwiazd i księżyca zdawała się jeszcze piękniejsza. Ach, jak ja lubiłem te nocne i wczesnoranne spacery do Silsili, aby popatrzeć przez chwilę na nią. Ustawiałem sobie budzik tak, aby obudzić się jakieś czterdzieści minut przed pierwszą modlitwą, zaspany myłem się ostrożnie w umywalce, aby strącić resztki snów i tak, aby nie pozatapiać małych muszek, które nie wiadomo dlaczego zawsze usadawiały się w umywalce o tej rannej porze, i w milczeniu szybkim, równym krokiem szedłem prawie pustym o tej porze bulwarem z głową pełną obrazków z dzieciństwa. Mówię „w milczeniu”, bo ja bardzo często szepcę do siebie, kiedy chodzę. Ale idąc na spotkanie z nią, nic nie szeptałem, za to patrzyłem na półsenne jeszcze morze, pośród jego łagodnych fal widząc siebie zwisającego z trzepaka, w fajnych trampkach z Czechosłowacji, które przywiózł mi tata. Nic nie mówiłem wtedy, nic nie mruczałem pod nosem. Morze szeptało za mnie. Nadstawiałem ucha. Dziwne, dalekie, nierealne słowa. Po arabsku, grecku, hebrajsku, po polsku... po polsku...

No, a ona cały czas tam była. Stała nieruchoma, z przekrzywioną głową. Któregoś razu, to było za dnia, wziąłem ze sobą aparat, żeby jej zrobić zdjęcie, ale w momencie, kiedy przyłożyłem oko do aparatu i zobaczyłem jej smutny uśmiech, pomyślałem, że to byłoby zupełnie nie na miejscu. Że nieruchoma, płaska fotografia uczyniłaby ją martwą, odarłaby ją z jej piękności. Nie zrobiłem zdjęcia, nie.

Potem wracałem z plaży bulwarem, na którym już czasami rozstawiał swój ubogi kram Mamdouh, sprzedawca gorącej kukurydzy, potem przechodziłem pod bulwarem podziemnym przejściem i zanurzałem się w pełne gorącego wiatru, wąskie, zaśmiecone uliczki mojego miasta. Tunele z ciepłym, uspokajającym powietrzem. Sharia Orfi koło baru Abu Rabiego, gdzie kupuję palące palce kulki falafelu i podwędzany sos z bakłażana, sharia Kottahia, gdzie jest moja kawiarenka Pod Lampą, w której palę sziszę i piję herbatę, sharia Fatma el-Youssef, gdzie na rogu jest chrześcijańska piekarnia, w której kupuję gorące bułki i ciastka z daktylami u niezwykle grubego piekarza, i gdzie za każdą wizytą wpadam w dziecinny wręcz zachwyt nad wiszącym na ścianie obrazem świętego Jerzego zabijającego smoka zakrwawionym mieczem. Wracam, codziennie wracam, prawie codziennie. Przecież tutaj mieszkam. To jest teraz moje miasto.

Obok piekarni, na ulicy Bur Said, jest mały meczet, w którym modliłem się pierwszą modlitwą salat al-fagr, wracając z plaży, gdzie stała ona. Abu Rabi i kafejka o tej porze były zamknięte, ale piekarz już działał. Kupowałem u niego chleb i jadłem go w drodze do meczetu. Był prawdziwy.

Piekarnia jest otwarta. Jem chleb i on jest prawdziwy. Modlę się. To wszystko się dzieje teraz.

Tuż obok jest mój dom. Tutaj zamieszkałem rok temu. Tutaj mieszkam. W Aleksandrii.

*

Na tyłach mojego domu stoi stara, zniszczona i opuszczona willa. Kiedyś, przechodząc obok, zauważyłem pod jej boczną ścianą mały krzaczek; z początku myślałem, że to chwasty, ale po uważnym przyjrzeniu się dostrzegłem na gałązkach krzaczka kilka małych zielonych owoców. To były pomidory, dzikie pomidory. Wróciłem do domu, napełniłem plastikową butelkę wodą, a potem zjechałem windą i podlałem troskliwie roślinkę. Na ścianie willi, obok drzwi wejściowych, dostrzegłem ledwo widoczne, zamazane napisy w greckim alfabecie.

*

Ten meczet był dziwnym miejscem. Było tam kilka rzeczy, które odróżniały go od innych meczetów. Pierwsza rzecz to mrówki. Wąskie strumyki malutkich czarnych stworzeń, które przesuwały się powoli i regularnie wzdłuż ścian meczetu, tam gdzie zielona, wytarta od tysięcy stóp wykładzina stykała się z murem. I na ścianach, wzdłuż kamiennych kolumn przytrzymujących strop. I na sufitach. To było najdziwniejsze: dlaczego mrówki wspinały się na sufit? Czego tam szukały? Jakie sprawy kazały tysiącom tych malutkich stworzeń przemierzać taką długą, z pewnością męczącą dla nich drogę, aby znaleźć się wiele metrów ponad podłogą, na sklepieniu meczetu, pośród kręcących się powoli i majestatycznie wielkich wiatraków chłodzących świątynię? Te wiatraki kręciły się powoli, rytmicznie, w ciszy. Rozrzucały na boki swoje skrzydła, jak ci kręcący się w kółko mężczyźni, których spotkałem kiedyś w dzielnicy Manszeja przed innym meczetem. Ich ręce też były skrzydłami. Ręce sufich.

Często przychodziłem do tego meczetu tylko po to, aby popatrzeć na te kręcące się powoli skrzydła wiatraków. No i na mrówki. Ich tajemnicze podróże po meczecie zajmowały moją wyobraźnię dniami i nocami. Myślałem o nich codziennie. Myślę o nich. Przecież tutaj jestem cały czas. Zacząłem przynosić do meczetu lornetkę Hasana. W plecaku, żeby nikt nie widział. Nie chciałem, żeby inni ludzie zwracali na mnie zbytnio uwagę. Co mogli sobie pomyśleć o cudzoziemcu, który przychodzi do meczetu, modli się, a potem siada w kącie, wyciąga z plecaka lornetkę i długo wpatruje się przez nią w ściany, podłogi i sufit. Dziwne; wiem, że to dziwne. Nie chciałem nikogo urazić.

Mrówki opasywały meczet siatką swoich strumieni. Cieniutką czarną siateczką swoich tajemnych wypraw od podłogi po sufit. Tworzyły jakąś kompozycję, obraz, strukturę. Byłem pewien, że nieprzypadkową. Wracałem do domu i próbowałem utrwalić na papierze ten obraz. Rysowałem wnętrze meczetu i zaznaczałem na planie szlaki mrówek. Dzień po dniu. Zgromadziłem całą kolekcję rysunków. Rozkładałem na stole kartki z zaznaczonymi trasami mrówek i próbowałem to odczytać, znaleźć jakąś regułę, zasadę. Z czasem zacząłem zauważać pewne stałości w ich podróżach, pewne regularności zależne od pory dnia, a potem nawet od pogody; mrówki inaczej wędrowały, kiedy było gorąco, inaczej, kiedy padał deszcz, jeszcze inaczej, kiedy od morza wiał silny słony wiatr. Szkice mrówczych wypraw układały się jakby w znaki, tworzyły jakiś nieznany, tajemniczy alfabet, pismo. Pewnego wieczoru, pochylony nad dziesiątkami kartek, aż zatrząsłem się z radości: szlaki mrówek po raz pierwszy ułożyły mi się w słowo. Arabskie, krótkie słowo. Alfabet arabski jest bardzo obrazowy, tworzy figury o wiele bardziej wyraźne niż alfabet łaciński. Nie mogłem dojść do siebie, krążyłem po pokoju, raz po raz stając przed stołem, aby po raz kolejny odczytać to słowo, chociaż dobrze zdawałem sobie sprawę, że to mógł być przypadek. Chyba żeby się uspokoić, włączyłem radio – II program Polskiego Radia, mój jedyny kontakt ze współczesną Polską – i usłyszałem mszę Haydna. Wtedy zrozumiałem, że te mrówki piszą Księgę.

W tym meczecie mrówek była jeszcze jedna rzecz, która odróżniała go od innych meczetów: szepty. Tak, szepty, strumień szeptów płynący tuż nad podłogą, nad tą zieloną, wytartą wykładziną. To musiała być kwestia jakiejś specyficznej akustyki. Jest taki moment w muzułmańskiej modlitwie, kiedy modlący się dotykają czołem dywanu. Ta chwila trwa kilka sekund i wtedy to niektórzy wierni szybko szepcą swoje prośby do Boga. I właśnie w tym momencie to słyszałem: te niesamowicie szybkie, przepojone smutkiem, błagalne szepty. Rozpaczliwe prośby pochylonych obok mnie ludzi. Tak, prawdopodobnie akustyka meczetu powodowała, że w momencie dotknięcia czołem dywanu szepty proszących stawały się słyszalne dla innych. Ale niewykluczone, że może tylko dla mnie. Tego nie wiem. Czy ktoś słyszał moje szepty? Jeżeli tak, to i tak ich przecież nie mógł zrozumieć. Ja szepcę po polsku. Zawsze.

Rzeka próśb. Odczuwałem wtedy, jakby naokoło mnie były same małe dzieci. Takie właśnie odnosiłem wrażenie. Czułem absolutną niewinność i bezradność w szeptach tych dorosłych mężczyzn dotykających czołami wykładziny w meczecie mrówek. Dzieci tak proszą, kiedy strasznie czegoś chcą, kiedy strasznie czegoś pragną, kiedy płaczą.

To było niesamowite, docierały do mnie poszczególne słowa tych męsko-dziecięcych inwokacji. Słyszałem nazwy różnych chorób, imiona ludzi, sumy pieniędzy, słyszałem prośby o zdrowie czyichś matek, ojców, dzieci, prośby o szczęście, pomyślność, miłość, o raj, ale przede wszystkim słyszałem powtarzające się cały czas słowo mut, śmierć.

Mut, mut... tak, to słowo padało najczęściej, przebijało się nad wszystkie inne, wznosiło się ponad pochylonymi głowami mężczyzn, kładło się delikatnie na ich kręconych czarnych włosach, a potem wznosiło się powoli i majestatycznie w stronę jednostajnie wirujących, milczących skrzydeł wiatraków. Tak uczyłem się arabskiego.

Przekręcałem lekko głowę i kątem oka widziałem głowę pochylonego obok mnie mężczyzny, jego szepcące usta, a ponad nim delikatną, cieniutką, eteryczną siateczkę mrówek opasującą meczet. Pisały, cały czas pisały.

*

Była jeszcze jedna tajemnicza rzecz związana z tym meczetem mrówek na sharia Bur Said. Nie wiem, czy owa rzecz była tam zawsze, to znaczy od czasu, kiedy zamieszkałem w Aleksandrii, czy pojawiła się dopiero potem, ale ta rzecz zaważyła na całej tej książce. Pamiętam tylko ten deszczowy, wietrzny dzień, kiedy wychodząc z meczetu, ściskając w dłoni kartkę z kolejnym rysunkiem mrówek, zwróciłem na nią uwagę. Zapadał zmierzch, było już prawie ciemno, uwagę moją przykuł dziwny poblask na ścianie między meczetem a sklepem z lampami. W pierwszej chwili pomyślałem, że to jakiś refleks, odblask padający z latarni ulicznej, odbijający się na mokrej ścianie. Ale że ja zwracam uwagę na wszelkie refleksy świetlne i blaski – światło od lat mnie fascynuje – zadałem sobie trud przeskoczenia ogromnej kałuży – do której jednak i tak wpadłem po kostki i cały mokry stanąłem w miejscu, gdzie na piaskowej ścianie był ów świecący punkt.

To była strzałka. Nieduża, kilkucentymetrowa strzałka, namalowana srebrną farbą. Taką fosforyzującą w ciemności. Zaintrygowało mnie, że strzałka jest namalowana bardzo precyzyjnie, chyba z użyciem szablonu, prawdopodobnie sprayem. W miastach, na murach i chodnikach, jest dużo takich dziwnych, niezrozumiałych znaków. Jakieś symbole, kompilacje cyfr i liter, numery, krzyżyki, strzałki. Jeżeli nie są to bazgroły dzieci ani graficiarzy, to są to przeważnie informacje i kody dla gazowników, elektryków, pracowników wodociągów. Nierzucające się w oczy pismo miasta, dyskretnie ukryte w cieniu reklam i plakatów. Na co dzień nikt na to nie zwraca uwagi; wszyscy czytają tylko krzyczące zewsząd pismo reklamy i ogłoszeń. No właśnie, takie kody służb miejskich są przeważnie rzucone na mury i trotuary szybko i od niechcenia. Tak bazgrolaście raczej niż geometrycznie dokładnie. Kierują wtajemniczonych do najbliższego zaworu z wodą, kanału czy skrzynki z prądem. Ale nie są to fosforyzujące, geometryczne, świecące w nocy strzałki. Ta akurat wskazywała na zachód. Zrobiłem jej zdjęcie telefonem komórkowym i postanowiłem pójść jej śladem, jak tylko poprawi się pogoda.

*

Pamiętam, kiedy podjąłem decyzję, że przeniosę się z Hasanem do Egiptu na stałe. To było w dniu, kiedy w gazecie znalazłem zdjęcie chłopczyka zakatowanego na śmierć przez swoich pijanych rodziców. To było kolejne morderstwo małego dziecka w Polsce dokonane przez dorosłych. Co miesiąc nowe zakatowane, uduszone, utopione dziecko, co miesiąc, a może częściej. Wtedy, patrząc na to potworne zdjęcie, którego już nigdy nie zapomnę, postanowiłem, że wyjadę z Polski. O, tak właśnie. Może jeszcze do tego tematu wrócę. Wiem, że Ciebie to interesuje; prawda?

Teraz jestem w Aleksandrii, jest wczesny poranek, wróciłem właśnie ze spaceru na plażę Silsila. Tak, była; stoi tam cały czas. Może trochę dalej od wieży ratownika, ale cały czas tam jest. Podnoszę z ulicy litrową ubłoconą butelkę po fancie, napełniam ją wodą z kranu przed meczetem i idę do opuszczonej willi podlać dzikie pomidory.

Potem otwieram na oścież drzwi tarasu i oparty o barierkę ogarniam wzrokiem moją nową ojczyznę. Morze Śródziemne – il-Bahr al-Mutawassit – skrzy się w świeżym jeszcze, ciepłym jak brzuszek zaspanego kota, łagodnym porannym słońcu. W nozdrza uderza intensywny zapach gnijących glonów. Około południa zapach zniknie, aby powrócić z całą siłą późnym wieczorem lub nocą, łącząc się z zapachem smażonego na oliwie czosnku i świeżej kolendry. Lubię tę nutę, uspokaja mnie. W Prowansji nazywa się czosnek przyjacielem człowieka. Zaprawdę, piękne określenie.

W oknie naprzeciwko tańczy dziewczyna z Sudanu. Tak, w domu naprzeciw, niewysokim, pokrytym łuszczącą się farbą i kilogramami łopoczącego na wietrze kolorowego prania, mieszka rodzina z Sudanu; grają często z magnetofonu muzykę ze swojego kraju. Głośno, przy szeroko otwartych oknach, jak to często ludzie tutaj. To przepiękne, zniewalające rytmy. Kołyszące, pulsujące, szybkie, ale jednocześnie niezwykle delikatne. A ponad nimi głos śpiewaka, drżący, przepojony uczuciem głos starszego mężczyzny, któremu raz po raz odpowiadają dziewczęce chórki. Czuć w ich głosach szczerość, ufność i nadchodzące macierzyństwo.

Ta dziewczyna nie ma więcej niż siedemnaście lat. Tańczy przed samym oknem. Przeważnie wieczorami, kiedy moja ulica mocno pachnie, ale czasem także rankami, tak jak dzisiaj właśnie.

Dziewczyna śpiewa wysokim głosem razem ze starym pieśniarzem i śmieje się do mnie, potrząsając srebrnymi bransoletkami, podzwaniającymi na jej szczupłych, czarnych jak sudańska noc, rękach. Za jej plecami miga mi szafa na wysoki połysk i makatka z Mekką. Czasami na szafie siedzi duży biały kot i wpatruje się w tańczącą dziewczynę. Ona ma na imię Rania. Wykrzyczała to imię kiedyś do mnie, wskazując na siebie. To jest zmysłowość nie do podrobienia.

Dziewczyna jest w hidżabie. Czasem spotykam ją na ulicy. Nosi czarne przeciwsłoneczne okulary w srebrnych oprawkach i złote buty na wysokim, chudym obcasie. Jej suknia jest za to śnieżnobiała. Chichocze do komórki, kiwając do mnie od niechcenia dłonią. Na piersi ma ciężki srebrny wisior. Wygląda jak przepiękny ptak na mojej zaśmieconej ulicy, gdzie co rano zmęczeni sprzedawcy gazu uderzają rytmicznie francuskimi kluczami w niesione na ramionach ciężkie butle.

Wypijam kawę z kardamonem z malutkiej filiżanki. Moje serce zaczyna mocniej bić, moje serce budzi się, moje serce zaczyna dzień. Szumią samochody na nadmorskim bulwarze. Aleksandria po arabsku to al-Iskanderija.

Hasan już pojechał do szkoły. Łyżeczką wygrzebuję ze słoika dżem o smaku mango, gryząc kawałek chleba od grubego piekarza. Czuję na języku jego ciepło i lekko słodkawy smak. Jest prawdziwy. Na morzu pojawiają się, jedna za drugą, pstrokato pomalowane łódki rybaków wypływających co rano po ośmiornice i krewetki. Jak kwiaty. Jak co rano. Otwieram Księgę Edmonda Jabesa i czytam:

Dzień był wyjątkowo upalny; niebo było ogromnym uderzeniem skrzydeł, a cień czołgał się u ich stóp, jak zraniony ptak wielkich przestworzy. (2/145)

Kardamon miesza się z mango i słodkością chleba. Zaraz muszę wyjść z domu. Muszę iść na miasto do mojej pracy. Muszę iść w stronę wskazaną przez błyszczącą srebrną strzałkę. Kto ją namalował na murze meczetu mrówek? Tak, zapowiada się wyjątkowo upalny dzień. Rania nie przestaje tańczyć. Morze skrzy się i pachnie glonami.

*

Oczywiście, że liczyłem się z tym, że ta strzałka może prowadzić donikąd i nic nie znaczyć. Ale czy to w sumie ważne? I tak, jak co dzień, poszedłbym przed siebie tymi ulicami o krzywych, zaśmieconych chodnikach, które muszę dogłębnie poznać, aby zadomowić się i poczuć jak u siebie, w tym nieznanym mi jeszcze gorącym, pachnącym labiryncie. Robię to codziennie. To jest moja praca. Chodzenie i patrzenie. Zatrzymywanie się i wpatrywanie w jakiś punkt, detal, w kawałek muru czy zamazany napis na ścianie domu. Czasami siedzenie w kafejce przy kawie i sziszy, łapanie oddechu, łapanie czasu, życia. Patrzenie. Słuchanie. Wchłanianie. Mam na sobie lekki chiński garnitur w prążki z supermarketu, czarne okulary i aktówkę mojego taty pod pachą. Teczka jest z 1976 roku. Brązowa, bardzo brzydka, czyli niezwykle piękna, z żółtym napisem Kablobeton – przedsiębiorstwo budowlane na boku. To jest właśnie rzecz prawdziwa.

Al-Iskanderija. Muszę ją uczynić. To długa droga, ciężka praca.

Tak, strzałka wskazywała na zachód, w tę stronę też się udałem.

Pierwsze moje wrażenie z miasta to było zawsze poczucie zagęszczenia. Zagęszczenie i nawarstwienie ludzi, rzeczy, dziejących się zdarzeń. Architektura ściśnięta, chaotyczna, kształty przenikające się i wchodzące na siebie. Przypomina mi to trochę ciasto drożdżowe, ale jeszcze bardziej jakąś monstrualną termitierę. Zabudowa jakby w nieustannym ruchu, żywa, pulsująca. Domy rozpierające się na boki, wypinające swoje rozlane kamienne brzuchy, obwisłe z tyłu, od strony zapyziałych podwórek, pełnych kotów i ich moczu, pełnych miednic z praniem i plecionych pustych krzesełek. Stare, przepięknie obdrapane kamienice: arabskie, greckie, żydowskie, tureckie pozlepiane z nowymi apartamentowcami o pięknych orientalnych elewacjach, złączone z niskimi, masywnymi budynkami trochę w bauhausowskim, przedwojennym stylu, czule objęte z betonowymi pudełkami jak z gierkowskiej polskiej prowincji i z przeróżnymi tworami architektonicznymi nieprzypominającymi żadnego znanego stylu, czasami nieprzypominające w ogóle architektury tylko sen. Wszystko oplecione pajęczyną kabli, sznurów z łopoczącym praniem i tysiącami hub satelitarnych anten. Piękne. Jak senny obraz erotyczny.

Zanurzam się w siatkę ulic, które momentami do złudzenia przypominają mi stary warszawski Mokotów. Słońce jest ostre jak buchający piec, ale jego żar chłodzony jest morskim wiatrem. Znakomite warunki do pływania w przestrzeni. Czarne okulary swędzą mnie lekko za uszami. Dokładnie tak. I lekko, leciutko, tuż nad chodnikiem płynę przed siebie w chińskim garniturze, z peerelowską aktówką pod pachą. Czuję się swoim własnym obrazem, czuję się nieostrym lustrem, czuję się prawdziwy. Sharia al-Chadeed Mowafah Abbas Hatatah przez chwilę zdaje mi się Willową albo Słoneczną, ale tylko przez chwilę, przez krótką chwilę; między domy ze starymi, zaśniedziałymi tabliczkami z greckimi i francuskimi napisami wcisnął się mały meczet. Masgid al-warda, meczet-kwiat, odczytuję jego nazwę, wymalowaną pod dużą, kiczowatą lampą o kształcie przejmująco pięknej róży. Z meczetu wychodzi starszy mężczyzna w białym zawoju na głowie, z którego wystają dwa papierosy, i bez słowa wręcza mi kawałek chleba. Chleb po arabsku to aijsz, ale to słowo oznacza również życie. Tu się wręcza aijsz nieznajomym, to nic dziwnego tutaj, to bardzo stary zwyczaj.

Nie, to nie Mokotów, nie ma tu mojej babci i jej sióstr. Są za to kobiety o grubych, naznaczonych żylakami i okrytych czarnymi pocerowanymi pończochami nogach. Spod czarnych chustek wystają siwe włosy, plastikowe spinki i rolki papilotów. Kobiety noszą czarne, pokryte kurzem, krzywe buty. Mają śniade twarze, ręce pokryte wątrobianymi plamkami i drewniane krzyże na piersiach. Całe odziane są w czerń, chociaż czasami buty bywają brązowe. To aleksandryjskie Greczynki. Takie kobiety spotkać można od Lizbony po Bejrut. To Kobieta Śródziemnomorska. Jej niska, korpulentna, kołysząca się na boki postać też powoduje u mnie zawsze rodzaj sennego uspokojenia. Przywołuje cienie obrazów Giorgia Chirica, kobiecych dłoni tłustych od oliwy kapiącej ze smażonych bakłażanów, milczący, metafizyczny upał południa i czyjąś skórę pachnącą czosnkiem. Te kobiety mają w sobie bardzo wyraźnie wyczuwalny aijsz i dużo srebrnych zębów. Chodzą ciężko po popękanych chodnikach, omijając wystawione na zewnątrz dziurawe worki ze śmieciami, które w tym mieście natychmiast padają łupem stad półdzikich kotów. Koty, tłukąc się między sobą, rozwłóczają resztki jedzenia po chodnikach i ulicy, uciekając z co lepszymi kawałkami pod samochody. Ostrożnie omijam rybie głowy, kartoflane łupiny i kurczacze kości. Nigdy nie śmiem kopać tych resztek, nigdy nie kopnę czyjegoś posiłku. Chodnik jest tłusty od jedzenia i od kapiącej wszędzie – z pełnych prania balkonów – wody z proszkiem. Pod murami, na gazetach plastikowe pudełka po makaronie koszari wypełnione jedzeniem dla kotów. Koty jedzą, ludzie jedzą, aijsz, aijsz...

Greczynki ściskają w dłoniach podniszczone złote torebki i siatki pełne bagietek i liści molokheji na wieczorną zupę. Podnoszę wzrok tak, jakbym poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Tak, patrzą na mnie te ciężkie grecko-arabskie domy. One mają dusze i stare serca. Jak wszystkie domy przecież.

Wpatrują się we mnie nieruchomymi oczyma swoich zielonych okiennic, jakby pragnąc poznać moje intencje. Jestem tutaj nowy, one to wiedzą, widzą, czują to. Patrzą na mnie ciężkie od wspomnień i historii zapisanych na zawsze w ich chłodnych, mrocznych pomieszczeniach i stylowych klatkach schodowych przesiąkniętych zapachami cebuli i anyżku, dalekimi dźwiękami rebetiko i dymem papierosów Dimitrino. Lewantyjskie, przysadziste jak te stare kobiety, kamienice z dyskretnymi dekoracjami w stylu Salonik i à la art déco, kamienice-kobiety z wysokimi żelaznymi, pięknie inkrustowanymi bramami, za którymi dostrzegam alabaster schodów i marmury wąskich klatek prowadzących do malutkich, dwuosobowych wind, przed którymi za zniszczonymi biurkami przysypiają wąsaci bawwabowie, dozorcy. Tu wszędzie są dozorcy. Zazwyczaj mieszkają w oficynie z całymi rodzinami. Ich bose, umorusane dzieci bawią się przed kamienicami, śmiejąc się do przechodniów, wymachując chińskimi zabawkami albo dźwigając w swoich malutkich dłoniach wielkie plastikowe torby wypełnione plackami i chlebem. Wszyscy do wszystkiego jedzą tutaj chleb.

Chleb po arabsku to aijsz, to słowo oznacza również życie – zapamiętałeś to?

Zapach pieczonego chleba jest w tym mieście na każdym kroku, oplata mnie całego, powodując, że czuję się dobrze, tak jak w oparach nocnych i porannych glonów. Jak w towarzystwie tych starych, korpulentnych kobiet śródziemnomorskich – czarnych, trochę złośliwych ptaków, kraczących co rano pod oknami. Bardzo dobrze. Jest coś dobrego w zapachu pieczonego chleba, podobnie jak w zapachu kociego moczu i czosnku. To dzieciństwo, to bezpieczeństwo, pokój, dom.

Z radia, gdzieś z daleka, gdzieś zza tych zielonych drewnianych oczu kamienic, dobiega z głośników drżący głos. To głos Oum Kalsoum, najpiękniejszy głos nad il-Bahar Mediterran: Ya misafir wahdak wa fayatni le tabbaid anni wa teżeghlelni... Och, samotny podróżniku, który mnie mijasz, nieważne jest, jak daleko jesteśmy od siebie, moje serce jest niezmienne, będę cię zawsze pamiętać, jeśli tylko ty nie zapomnisz mnie...

Ktoś przypalił czosnek na oliwie, o Boże, jak pięknie, jak pięknie. Opieram się o mur i wdycham przypaleniznę, pośpiesznie, zanim rozwieje ją ciepły, słonawy wiatr od Hama Hatikhon. Narkotyki, umyte dusze. Na murze żółtego domu po drugiej stronie ulicy, nad samym śmietnikiem, dostrzegam kolejną srebrną strzałkę. A więc wszystko gra. Śpiewają kamienice na Mokotowie.

Przeszedłem na drugą stronę i stanąłem przed śmietnikiem. Tak, taka sama strzałka. Wyjąłem z teczki miarkę i zmierzyłem ją – miała dokładnie dziewięć centymetrów. Potem komórką zrobiłem jej zdjęcie i umieściłem w galerii. Próbowałem doszukać się pewnych podobieństw umiejscowienia tej strzałki i poprzedniej. Tam był meczet i sklep z lampami, tutaj zaś po prostu pusta ściana ze stojącym tuż obok śmietnikiem. Rozejrzałem się dookoła... Nie, nic specjalnego, róg sharia Memphis i sharia Omar Zafane. Stoisko z fulem, gotowanym bobem, kiosk z chipsami i coca-colą, Sourp Krikor Lousavoritch Armenian Apostolic Church z bramą ozdobioną palmowymi gałązkami, zdezelowany, pokryty grubą warstwą kurzu fiat 500 z czasów młodości Marcella Mastroianniego, stare połamane krzesło... no, proza egipska.

Obok strzałki na ścianie był namalowany czerwono-żółtą farbą duży chiński znak. Zapewne drogowskaz do znajdującego się kilkadziesiąt metrów dalej chińskiego centrum handlowego. Drogowskaz dla Chińczyków tylko oczywiście. Jest ich w Aleksandrii coraz więcej, co mnie bardzo cieszy, bo kosmopolityzują jeszcze bardziej to miasto o tylu twarzach Innego. Ale ten chiński znak, mimo swojej oczywistej, narzucającej się tajemniczości, nic tutaj do tematu nie miał, czułem to.

I zaraz potem mój wzrok padł na stojącą obok latarnię. Tak, od razu zrozumiałem, że to latarnia. Ta strzałka, podobnie jak tamta, ulokowana była w cieniu, a właściwie w świetle latarni. Następna latarnia była dopiero za jakieś dwadzieścia metrów. To chyba był znak, że trzeba iść śladami strzałek wieczorem i nocą. Strzałki migoczą srebrzyście właśnie w świetle latarni, wskazując dokądś drogę. Aż zatrząsłem się z podniecenia tą rewelacją, którą wymyśliłem w ułamku sekundy w cieniu śmietnika, z którego wystawał brudny łeb chudego kota nakryty pudełkiem po pizzy.

– Tak? – zapytałem kota.

– Tak – odpowiedział kot i kiwnął lekko ubłoconą głową.

Miałem więc szczęście, że dostrzegłem strzałkę w świetle dziennym. Mogłem iść jej śladem nocami, to miasto jest bardzo bezpieczne, nie ma tu przestępców, ale wolałem spróbować za dnia. Nocami pracuję na balkonie, oglądając stare polskie filmy, wsłuchując się w szum morza i w dźwięki muzyki spływającej z okien.

Strzałka wskazywała tym razem lekko na północ, w stronę dzielnicy Ibrahimija. Ruszyłem niespiesznym krokiem. Z tyłu zostawał przypalony czosnek i Oum Kalsoum. Przypomniałem sobie wtedy, że ona zawsze występowała z jedwabną chusteczką w dłoni. Nigdy nie powiedziała dlaczego.

W mojej aktówce oprócz komórki i miarki miałem jeszcze aparat fotograficzny, malutki dyktafon, notes, długopis i książkę Edmonda Jabesa. Czy powinienem napisać, kto to jest Edmond Jabes?

To powinno być kilka szybkich zdań. Takie akty strzeliste. Najlepiej z okładki. I tak właśnie będzie. Wyciągnę tylko z aktówki książkę i dyktafon, o:

Edmond Jabes, żydowski pisarz i teozof piszący po francusku; urodził się w Kairze w 1912 r. Do 1967 mieszkał w Aleksandrii, mieście, którego duchowy klimat, przesycony żywą tradycją filozoficznych sporów, Kabały i myśli gnostyckiej pozostawił znaczący ślad w jego twórczości...

Nagrałem i zapisałem ten tekst. Teraz sam rozumiesz, Ty, który to czytasz.

Kiedy dotknąłem po raz pierwszy brązowej okładki jego książki w małej księgarni na ulicy Foksal w Warszawie i przeczytałem ten tekst, wiedziałem, że to jest dla mnie znak. Że to więcej niż znak, to przypalony czosnek na oliwie. Więcej: że to przypalony czosnek na oliwie zmieszanej ze świeżą kolendrą i pomidorami. Ta’lya – tak to się nazywa po arabsku.

Teraz oparłem czoło o chłodny mur i kartkowałem Księgę Jukiela, I Księgę Jabesa. Jest ich siedem. Śmietnik śmierdział upałem i zgnilizną. Kot z pizzą na głowie zniknął w jego czeluściach. Jabes pisał:

Gdy będąc dzieckiem, pierwszy raz napisałem me imię, uświadomiłem sobie, że rozpoczynam księgę. (1/wstęp)

Przechodząca obok mała dziewczynka z tornistrem w kształcie myszki głośno kichnęła i w tym samym momencie padające promienie słoneczne rozświetliły jej okrągłe kolczyki w uszach i dwa gile w nosie.

Czytam Jabesa w oparach śmietnika, pod murem ze strzałką, kiwając się w przód i w tył, w przód i w tył, w przód i w tył... aijsz, aijsz...

*

Stanąłem przed centrum chińskim. Czasami tam zaglądam w poszukiwaniu tandety, którą lubię zakładać na siebie, tak jak ten garnitur, nabyty jednak jeszcze w warszawskim Leclercu albo w czymś podobnym. Lubię nosić tanie ubrania, najchętniej cudze, po kimś. Lubię rzeczy znoszone, przeżyte, historyczne, tak jak zniszczone, porwane, zatłuszczone książki. Takie książki darzę czcią i miłością.

Lubię też po prostu krążyć po tym wielkim, krytym targowisku, oglądając stosy pstrokatych ciuchów i plastikowych przedmiotów jednorazowego użytku. Handlują tu całe chińskie rodziny, wszyscy mówią po arabsku, mało kto po angielsku. Przyglądam się zapracowanym Chińczykom, tym przyszłym władcom świata, próbuję ich ogarnąć, odczytać. Są niezwykli w swoich zdolnościach do przystosowywania się. Przynajmniej zewnętrznie. Pamiętam takie same centra w Senegalu i Ghanie. Chińczycy – niczym jakieś orientalne Zeligi – zdawali mi się tam żółtymi Murzynami. Pamiętam ich miękkie ruchy, pstrykanie palcami, gardłowe – zupełnie nie chińskie – pohukiwania w wolof czy akan, i ich wesoło błyszczące oczy spoza stosów galabii i boubousów, długich powłóczystych szat, noszonych przez Afrykanów. Wszystkie oczywiście uszyte w Chinach. Tutaj, w Aleksandrii, ci niewysocy, żółci, uśmiechnięci ludzie piją kawę z kardamonem, jedzą falafel z szawarmą, pociągając od niechcenia z fajek wodnych. Ale ich oczy, ich oczy są jakby daleko stąd, gdzieś indziej, w innym świecie...

Nie wiem, co to za świat, prawie nic nie wiem na temat Chin, nigdy tam nie byłem, za mało czytałem i mimo iż chińska filozofia fascynuje mnie – wielokrotnie sięgałem po Konfucjusza i Laozi – uważam, że wiem stanowczo za mało, aby wydać jakiś sensowny osąd. Mam w swoich zbiorach I tom „Dzieł zebranych” Mao Tse-tunga i poezję chińską. Czytam to, ale mało rozumiem. Ciągle za mało. Jest w tym coś ulotnego, sennego, eterycznego, coś jak padający za oknem tropikalny deszcz, wybijający o bambusowy dach jakąś tajemniczą melodię. Jeszcze jej nie słyszę. Jeszcze jest za daleko ode mnie. Jeszcze.

Oprócz jednej czy dwóch drogich chińskich knajp w centrum nie ma w moim mieście chińskiego jedzenia, a przecież te smaki zawsze jadą w świat razem z żółtymi ludźmi. Były w czarnej Afryce; jadałem tam kurczaka po kantońsku z fufu, kleistą pastą z manioku. Ale tu nie. Tu się nie sprzeda. Arabowie są niezmiernie przywiązani do swojej kuchni, to część ich życia. Tak, jak Chińczycy do swojej. Trafiła tutaj kosa na kamień, jak to się mówi. Obok mojego domu mieszka grupa Chińczyków, którzy co rano wychodzą na ulice objuczeni torbami z ubraniami, zmierzając do swojego centrum handlowego. Zawsze mnie pozdrawiają, jak tylko wpadniemy na siebie. Jest to to charakterystyczne pozdrowienie cudzoziemców między sobą na neutralnej ziemi. Zawsze pierwsi starają się kiwnąć mi dłonią albo głową. Ich ciche kobiety chodzą zawsze skromnie ubrane, szybko stawiając swoje drobne stopy w plastikowych sandałkach. Nigdy nie odsłaniają ciała, w przeciwieństwie do nielicznych tutaj turystek z Europy, krzykliwych i pełnych pretensji do dziurawych chodników i śmieci na ulicy. Małe Chinki z daleka przypominają Egipcjanki. Czasami wieczorami do arabskich zapachów fulu i smażonego mięsa wdziera się zapach sojowego sosu i smażonych warzyw, co mnie bardzo cieszy, bo czuję wtedy, że mój kosmopolityczny świat Innego jest bliżej mnie.

W chińskim centrum nie ma kurczaka po kantońsku, za to często gra chińska muzyka. Czasami, tak jak teraz, zatrzymuję się przed wejściem i nie wchodzę do środka, tylko przez chwilę słucham sentymentalnych, piszczących kobiecych głosów, płynących na tej dziwnej muzycznej skali, podobno najstarszej na świecie.

Niektórzy Chińczycy, siedząc na muzułmańskich modlitewnych dywanikach, palą małe świeczki i kadzidła przed ceramicznymi figurkami grubego Buddy. Nie narzucają się z tym jednak nikomu. Są dyskretni, osobni, wewnętrzni. Liczą egipskie funty, nie odrywając komórek od uszu, błyskawicznymi ruchami wrzucając pałeczkami falafel do ust. Zawsze są rozpromienieni i chętni do zrobienia interesu. Kłaniają się uprzejmie, godzinami prezentując swoje towary egipskim kobietom, nie okazując przy tym cienia zniecierpliwienia. Niektórzy, znużeni pracą i upałem, przysypiają czasami na polówkach rozstawionych między górami ubrań, plastikowych zabawek i miedzianych czajniczków na herbatę.

Patrzę na nich i czytam Jabesa:

„Obserwuj ludzi – mówił rabi Matias. – Są studniami odpędzonymi od wody. Kiedy ich krok staje się bardziej ociężały, znaczy to, że odnaleźli swoją ziemię”. (1/93)

Jest już bardzo gorąco. Wyjmuję ze stojącej przed sklepikiem na ulicy lodówki puszkę coca-coli i piję, wpatrując się w ulicę. Szukam czegoś, co będzie warte zatrzymania rzeczywistości na krótką chwilę. O, i już jest; w tym świecie rzeczywistość dzieje się, staje się i mnoży w niesłychanym tempie. To nie jest chłodna, wyważona i zaplanowana stateczna rzeczywistość europejska, to jest rosnące ciągle i puchnące ciasto drożdżowe. Moją uwagę przyciąga postać staruszka siedzącego na trzecim piętrze domu zaraz za chińskim centrum. Piłem coca-colę stosunkowo długo, bo była przeraźliwie zimna – nie chciałem stracić głosu – co najmniej pięć minut, a starzec, wpatrzony w przestrzeń przed sobą, ani razu się nie poruszył. Patrzyłem na niego, przechylając puszkę do ust. Nie drgnął nawet, gdy na ulicy stuknęły się lekko dwa samochody i kierowcy podnieśli straszny wrzask. Wszyscy zwrócili w ich stronę swoje oblicza, a on nie. Siedział nieruchomo ze wzrokiem utkwionym gdzieś bardzo daleko. Nie, nie spał, jego otoczone czarnymi workami oczy były otwarte. Usta chyba lekko się poruszały. Mógł być głuchy. Obok niego na balkonie stał kwiat w doniczce. Zielony, nieduży krzaczek, lekko już uschnięty. Czy ktoś pamięta o tej roślince? Dyskretnie wyciągnąłem z aktówki komórkę i zrobiłem starcowi zdjęcie. Potem usiadłem na krawężniku i w notesie zapisałem to wydarzenie, żeby nie zapomnieć. Przez jakąś minutę nagrywałem dyktafonem szum ulicy i  śmiechy Chińczyków. Leniwym truchtem minął mnie wielki pomarańczowy karaluch – spécialité mojego miasta. Jemu też zrobiłem zdjęcie. Wieczorami i nocami, siedząc na tarasie, robię obrachunki dnia, przeglądając zapiski z notesu, kartki z tajemnymi szlakami mrówek z meczetu, pomięte bilety tramwajowe i zdjęcia. Słucham też z dyktafonu odgłosów miasta. Lubię dyktafon, bo w przeciwieństwie do zdjęć i notatek, nigdy nie pamiętam miejsc, gdzie dokonałem nagrań. Jest tylko szum miasta. Wszystko zlewa się w jedną całość. Muzyka konkretna.

Zbiera mi się coraz więcej dokumentów, zaczynam zakładać teczki, zgrywam zdjęcia na dyskietki, a nagrania z dyktafonu na komputer, segreguję notatki, przez lupę oglądam różne zniesione do domu przedmioty: koraliki, kamyki, sznurki, skrawki gazet, szpilki, guziki... Czasami pracuję całą noc, do pierwszego azanu, a potem szybkim, równym krokiem zmierzam na plażę Silsila, żeby zobaczyć, czy ona ciągle tam jest. O tej porze pachnie chleb, o tej porze podlewam w ciszy dzikie pomidory pod grecką willą. Muszę uczynić to miasto.

Tak, mam aparat. Dobry, japoński aparat. Na początku robiłem nim zdjęcia, ale kiedy je potem oglądałem na tarasie, szybko pojąłem, że posiadam cudowną nieumiejętność robienia zdjęć w sensie artystycznym. Poza tym zawsze krępuję się, robiąc ludziom zdjęcia. Posiadam tę właśnie nieumiejętność. Przez jakiś czas postanowiłem nie wsadzać aparatu do aktówki, a zdjęcia robić tylko komórką, co jest szybkie i nieporównywalnie bardziej dyskretne. Udaję po prostu, że zamierzam rozmawiać, coś tam majstruję w telefoniku, przykładam go szybciutko do oka i zaraz potem mam zdjęcie. Nikt nic nie widzi.

Ale któregoś dnia jednak wróciłem do mojego aparatu, bo wpadłem na pomysł robienia zdjęć bez patrzenia w obiektyw. Zdjęcia z aparatu są jednak nieporównywalnie bardziej zdjęciami niż obrazy z komórki. Uznałem, że miasto jest przecież wszędzie i że tak samo ważny jest staruszek na balkonie, mężczyźni palący sziszę czy Chińczyk z falafelem, tłusta plama na ścianie, kawałek odpadającego tynku czy rozjechana na ulicy torebka arusy, egipskiej herbaty. Świetnie udają mi się też zdjęcia śmietników, zdjęcia niewyraźnych, chropowatych struktur na murach, fotografie kawałków czegokolwiek, kogokolwiek i niczego. Jednym z moich sztandarowych zdjęć czyniących miasto jest rozmazana fotografia czegoś, co nie wiem, czym jest. Często wpatruję się w to zdjęcie. Nie pamiętam, kiedy je zrobiłem, to tym bardziej mnie przybliża do tej fotografii. Jest na niej jakby kawałek muru, urwana rura, cień ptaka, który może też być kawałkiem starej reklamówki, malutka kulka, może koralik, trochę odbitego światła i coś, co przypomina zepsuty aparat telefoniczny albo respirator. Wszystko dalekie i nieostre. Bardzo lubię to zdjęcie.

Rzuciłem jeszcze okiem na starca na balkonie – trwał nieporuszony – i ruszyłem dalej, w stronę Ibrahimii.