Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 598 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dom pająka - Paul Bowles

Literacka legenda dwudziestego wieku

Krystalicznie czysta proza, wyjątkowy literacki głos. Paul Bowles to pisarz jedyny w swoim rodzaju.

Joyce Carol Oates

Na pierwszy rzut oka prolog Domu pająka wydaje się żywcem wyjęty z Baśni tysiąca i jednej nocy: cudzoziemiec, Amerykanin John Stenham, wraca nocą do hotelu przez labirynt uliczek starego miasta, podążając za Berberem w dżelabie. […] Sytuacja, która w przypadku innych pisarzy mogłaby stać się punktem wyjścia do snucia fabuły pełnej przygód i egzotyki, dla Bowlesa jest okazją do wglądu w psychikę oczarowanego, próżnego emigranta. A gdy dodamy, że Stenham to pisarz, zacznie on bardzo przypominać nam autora. Sam Bowles zadurzył się bowiem w Maroku, osiadł tam i zrobił karierę, opisując - przede wszystkim w swych powieściach - kulturę tego kraju. Jednym z głównych bohaterów Domu pająka jest Marokańczyk, co pozwala nam wejrzeć w umysł "Innego" - i przede wszystkim ten fakt sprawia, że ta powieść jest tak różna od Pod osłoną nieba, arcydzieła Bowlesa.

"The Washington Post"

Dzięki atmosferze złowrogiego napięcia, scenom ucieczek i pogoni w dzielnicy arabskiej, opisom nacjonalistycznych spisków i działań francuskiej policji Dom pająka czyta się momentami jak pierwszorzędny thriller polityczny. […] Bowlesowi niewątpliwie udało się tchnąć życie w pełną napięcia rzeczywistość Fezu.

"The New York Times"

Paul Bowles umieścił akcję swej trzeciej powieści w Maroku, w ważnym dla tego kraju momencie historycznym. Bohaterami książki są amerykański pisarz, były komunista, z niepokojem obserwujący rozwój nacjonalistycznego zrywu przeciwko Francuzom, równie zagubiony 15-letni arabski chłopiec, wychowany w duchu ortodoksyjnego islamu, oraz amerykańska rozwódka, wyznająca liberalne zasady. Cała trójka zostaje wciągnięta w wir politycznych zamieszek i społecznego niepokoju w Fezie w roku 1954. Bowles z charakterystyczną przenikliwością pisze o kulturowej przepaści, która może doprowadzić do wielu ludzkich tragedii. Jego elegancka, a zarazem brutalnie szczera proza do dziś brzmi niezwykle aktualnie, zwłaszcza w kontekście wydarzeń na Bliskim Wschodzie. Dom pająka, wydany w 1955 roku, ukazuje się w Polsce po raz pierwszy, ze wstępem Francine Prose.

Paul Bowles urodził się  w 1910 roku w Nowym Jorku, w dzielnicy Queens. Już jako nastolatek, nie mówiąc nikomu o swoich planach, wyruszył w podróż do Paryża. W 1931 roku wraz z ówczesnym nauczycielem muzyki, Aaronem Coplandem, po raz pierwszy odwiedził Maroko. Początkowo był znany jako kompozytor - stworzył muzykę między innymi do kilku sztuk Tennessee Williamsa. W 1938 roku ożenił się z pisarką Jane Auster. Po wojnie para osiedliła się w Tangerze (mimo że oboje utrzymywali głównie homoseksualne relacje, byli oddanymi przyjaciółmi). Od tego czasu Bowles skupił się przede wszystkim na pisaniu. Pod osłoną nieba - powieść zainspirowana jego podróżami przez Saharę - w 1950 roku dostała się na listę bestsellerów New York Timesa; po latach została przeniesiona na wielki ekran przez Bernarda Bertolucciego.  W kolejnych latach powstały jeszcze trzy powieści, niezliczone opowiadania i przekłady, w szczególności utworów Mohammeda Mrabeta, a także zebrane w tym tomie artykuły podróżnicze. Paul Bowles zmarł w Tangerze w 1999 roku.

Opinie o ebooku Dom pająka - Paul Bowles

Fragment ebooka Dom pająka - Paul Bowles

Tytuł oryginału The Spider’s House

WydawcaGrażyna Smosna

Redaktor prowadzącyTomasz Jendryczko

RedakcjaKarolina Iwaszkiewicz

Konsultacja arabistycznaElżbieta Krawczyk

KorektaEwa Garbowska Mirosława Kostrzyńska

The Spider‘s House Copyright © 1955, Paul Bowles All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Krzysztof Cieślik, 2015

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7943-500-5

Wstęp

Przed dziesięciu czy dwunastu laty do Tangeru przybył człowiek, który powinien był trzymać się od niego z dala”. To szalenie złowieszcze zdanie otwierające opowiadanie Paula Bowlesa The Eye mogłoby – gdybyśmy Tanger, kosmopolityczne miasto portowe, zastąpili średniowiecznym Fezem – równie dobrze posłużyć za początek Domu pająka, a także większości powieści i opowiadań jego autora, szczególnie jeśli rozszerzymy listę nierozważnych podróży tak, by objęła niemal całe Maroko i wirtualny bedeker potwornych miejsc w dżunglach Azji i Ameryki Południowej. Obsesją Bowlesa, problemem, do którego wciąż powracał i o którym wspaniale pisał, były bowiem tragiczne, niekiedy wręcz zgubne błędy popełniane przez ludzi Zachodu w nieprzemyślanych, często aroganckich kontaktach z obcymi kulturami.

Trudno sobie wyobrazić temat bardziej na czasie, lepiej pasujący do naszego niebezpiecznego nowego świata. Tym dziwniejsze, że nazwisko Bowlesa nigdy (o ile mi wiadomo) nie pojawiło się w układanych po 11 września zestawieniach klasycznych autorów, których dzieła sprzed dekad i stuleci można bezpośrednio i z pożytkiem odnieść do kryzysu, drastycznej zmiany realiów i dzisiejszych problemów: terroryzmu, przemocy, neokolonialnych wojen, rewolucji i świtającej nam świadomości ukrytych kosztów kolonializmu i globalizacji. Być może dlatego, że przywoływane najczęściej przy takich okazjach książki (Wojna i pokój, Biesy, Tajny agent i tak dalej) nawet w najbardziej pesymistycznych fragmentach oferują pewną nadzieję na odkupienie win i dostarczają przekonujących dowodów na szlachetność i żywotność rodzaju ludzkiego, podczas gdy proza Bowlesa jest ostatnim miejscem, gdzie można szukać otuchy lub choćby cienia nadziei, iż świat jest czymś więcej niż seansem grozy, barbarzyńskim polem darwinowskiej walki.

Bowles często rozpoczyna tak, jakby obiecywał czytelnikowi opowieść – lub groził mu nią – jakiej można by się spodziewać po innych pisarzach skupiających się na zderzeniu Zachodu ze Wschodem. Dotyczy to tak odmiennych autorów jak Conrad, Naipaul i Forster, u których naiwny mieszkaniec kolonii przemierza drogę do jakiegoś jądra ciemności i dożywa chwili, gdy może tego pożałować.

Dom pająka rozpoczyna się więc prologiem, który mógłby posłużyć niemalże – choć nie do końca – za wprowadzenie do niezwykle dobrze napisanego thrillera politycznego. John Stenham, amerykański pisarz od dawna mieszkający w Fezie, mówiący po arabsku, kochający tamtejszą kulturę z pasją bliską szaleństwu i rozumiejący Marokańczyków tak dobrze, jak tylko może człowiek Zachodu (a to znaczy: wcale), po uroczystej kolacji zostaje odprowadzony do domu. Jego marokańscy gospodarze upierają się, że ulice są zbyt niebezpieczne, by wracał w pojedynkę. Stenham protestuje z urażoną brawurą cudzoziemca, dumnego, iż stał się „miejscowym”, ale potem ulega, ponieważ w mieście panuje ostatnimi czasy osobliwa, niespokojna atmosfera. „Od roku, od dnia, gdy Francuzi zachowali się bardziej nieodpowiedzialnie niż zwykle i usunęli sułtana, w Fezie panowała napięta atmosfera i Stenham zdawał sobie z tego sprawę. Ale była to kwestia polityczna, a polityka istnieje tylko na papierze. I z całą pewnością polityka w roku 1954 nie miała nic wspólnego z tajemniczym średniowiecznym miastem, które znał i kochał”. Uważny czytelnik domyśli się już w tym miejscu, że owa „kwestia polityczna” wywrze na Stenhama wpływ większy, niż przewidywał czy sobie wyobrażał, a szok towarzyszący temu w najwyższym stopniu nieprzyjemnemu przebudzeniu nada Domowi pająka strukturę, jaką moglibyśmy odnaleźć w książce, powiedzmy, Grahama Greene’a.

Niemal natychmiast Bowles rozstaje się jednak z innymi pisarzami i wkracza na terytorium, które uważa za swoją wyłączną własność; niewielu z nas – jeśli w ogóle ktokolwiek – chciałoby w takim świecie zamieszkać, co nie oznacza, że dożywotnia egzystencja Amerykanina w tym smętnym i surowym (choć często ponuro komicznym) krajobrazie nie wydaje się całkowicie dobrowolna.

Kolejny długi fragment przedstawia perspektywę Amara, marokańskiego chłopca, skomplikowanego, inteligentnego, obdarzonego niezwykłą intuicją dzieciaka z pobożnej ubogiej rodziny. Amar, mimo swojego rozsądku i wyostrzonego instynktu, zostaje wciągnięty w sam środek „kwestii politycznej”, którą Stenham z radością ominąłby lub zignorował. Portret chłopaka jest przekonujący i śmiały – zważywszy, że niewielu europejskich czy amerykańskich pisarzy odważyło się pisać z perspektywy muzułmańskiego chłopca z Afryki Północnej – a przy tym niezbędny z punktu widzenia strategii narracyjnej Bowlesa. Trudno, by doświadczenia Amara, jego spojrzenie na politykę, religię, istotę ludzkiej egzystencji i funkcjonowanie wszechświata różniły się od czegoś bardziej niż od wyobrażeń Stenhama i jego eleganckich zblazowanych amerykańskich i brytyjskich przyjaciół. Ta głęboka nieusuwalna różnica stwarza napięcie, które leży u podstaw ciśnienia zwiększającego się wraz z gęstnieniem siatki konspiracji, narastaniem konfliktu i wybuchem krwawych zamieszek na sukach[1] i ulicach Fezu.

Bowles pisze w charakterystycznym dla siebie zdystansowanym i chłodnym tonie, stanowczo i ze spokojną pewnością, używając surowej, quasi-dziennikarskiej frazy; podchodzi do swoich tematów i bohaterów w sposób, który wydaje się bezlitośnie antropologiczny, naukowy i bezstronny, wolny zarówno od pogardy czy drwiny, jak i od sympatii czy lojalności wobec partykularnych plemiennych interesów.

Pisząc o nieufnej koegzystencji emigrantów i Marokańczyków w zatłoczonych miastach i pustynnych osadach Afryki Północnej, Bowles przedstawia wszystkich w złym świetle. Nawet niezwykle czarujący Amar byłby zdolny zabić (czy też nieumyślnie spowodować czyjąś śmierć) bez większych wyrzutów sumienia. Każda społeczność wydaje się zdolna do dowolnej zbrodni, nieważne, jak bezmyślnej czy ohydnej, i skłonna do wszystkiego z wyjątkiem zrozumienia innej społeczności.

To, co w znacznej mierze – jeśli nie całkiem – zwalnia Bowlesa z oskarżeń o rasizm, które ściągały nań czasami stworzone przez niego portrety okrutnych Marokańczyków, to fakt, że jego sprawozdania z rozmaitych rubieży barbarzyństwa są tak bezstronne i dotyczą wszystkich. Nie jest wcale oczywiste, iż mściwi kupcy z opowiadania The Delicate Prey czy sadystyczni bandyci z Odległego epizodu są w jakikolwiek sposób gorsi od Francuzów z Domu pająka, urządzających w feskiej medynie[2] obławę na młodych mężczyzn, których zaciągają na komisariat, by ich torturować i być może zabić. „Jeśli się nie mylę – powiedział Bowles w wywiadzie dla »Paris Review« w 1981 roku – ludzie ze wszystkich zakątków ziemi dysponują nieograniczonymi pokładami agresji”.

Czytelnicy nawykli do analizowania literatury w poszukiwaniu śladów biografii pisarza lub życiowych wskazówek, mogą czuć się zdezorientowani rozbieżnością między dziełami sugerującymi, by nigdy nie opuszczać domu, a wędrownym trybem życia Bowlesa. Pełen zapału nieustraszony podróżnik Paul, syn dentysty z nowojorskiej dzielnicy Queens, porzucił obiecującą karierę kompozytora[3], by spędzić wczesną dorosłość w Paryżu, Niemczech i Afryce Północnej, a następnie odwiedzić Meksyk, Gwatemalę, Tajlandię i Cejlon. Od 1940 roku właściwie na stałe mieszkał w Tangerze, wraz ze swą znaną z ekscentryczności, fascynującą żoną Jane, autorką olśniewająco oryginalnej powieści Dwie poważne damy. Nawiązał również wiele intymnych relacji z Marokańczykami i tłumaczył przekazywane ustnie opowieści z Maghrebu.

Bowles był niezmiernie dumny ze swojej wiedzy na temat północnoafrykańskich obyczajów, muzyki i podań i niezwykle w tych sprawach zaborczy. Szczycił się znajomością islamu oraz tym, że płynnie mówi w dialekcie marokańskim i rozumie Marokańczyków, lub przynajmniej w przeciwieństwie do większości cudzoziemców potrafi przyznać, iż nigdy ich nie zrozumie, i wie dlaczego mu się to nie uda. W prologu do Domu pająka znajduje się krótki fragment, gdy Stenham (postać, która – jak można by dowodzić – w największym stopniu przypomina samego pisarza) przyznaje, że ma „niewielkie poczucie wyższości, uprawnione, jak sądził, ponieważ tyle lat wytrzymał w trudnych warunkach Maroka. Udawanie, że wie coś, czego inni wiedzieć nie mogą, było jego małą słabością, premią za starszeństwo. W głębi duszy uważał, iż Marokańczycy są tacy sami jak inni ludzie, różnice dotyczą w głównej mierze rytuałów i gestów”.

Istotnie, Dom pająka powinien znajdować się na czele listy powieści odnoszących się do współczesności. Tło fabuły stanowią pierwsze niepokoje społeczne, zwiastujące nadejście bardziej radykalnej, brutalniejszej fazy marokańskiej walki o niepodległość, a ze względu na atmosferę, w której każdy aspekt codzienności wydaje się fałszywy i zniekształcony przez nacjonalizm, terroryzm i destrukcyjny wpływ kolonializmu, książka nie tylko sprawia wrażenie proroczej, ale jest też pełna grozy. To, co bohaterowie mówią o podstawowych przyczynach powstania i ponurych korzyściach z terroryzmu („Jeśli ludzie będą żyli tak samo jak zawsze, z pełnymi brzuchami, będą się zachowywać w ten sam sposób co zawsze. A jeśli będą głodni i wystarczająco niezadowoleni, to coś się stanie”), mrozi krew w żyłach. Przysłuchując się, jak ojciec lamentuje nad powszechnym upadkiem moralności, zwiastującym według niego koniec islamu, Amar zaczyna rozumieć, dlaczego jego rodacy „są gotowi ryzykować życie, by wykoleić pociąg, spalić kino czy wysadzić w powietrze urząd pocztowy. Nie chcieli niepodległości, chodziło o znacznie szybszą satysfakcję – o przyjemność patrzenia na cudze upokorzenie, cierpienie i śmierć, a także o świadomość, iż ma się przynajmniej tę małą władzę, która jest konieczna, by to upokorzenie sprowadzić. Jeśli nie można mieć wolności, zawsze pozostaje zemsta – i tylko zemsty wszyscy teraz pragnęli”.

Byłoby jednak dużym uproszczeniem i karygodną niesprawiedliwością wobec głębi, pomysłowości i psychologicznej złożoności Domu pająka, odczytywanie go jako czegoś w rodzaju podręcznika czy ostrzegawczej analizy źródeł antyamerykańskich nastrojów w świecie muzułmańskim. Pewien nacjonalista mówi Stenhamowi: „broni używanej przeciwko Marokańczykom w dużej mierze dostarcza pański rząd. Marokańczycy nie uważają Ameryki za kraj przyjazny ich sprawie”. Inny agitator zastanawia się nad najlepszym sposobem, by zwrócić uwagę Amerykanów: „A skoro dojdzie do kilku incydentów, w których ucierpią Amerykanie i ich własność, to może Ameryka się dowie, że istnieje taki kraj jak Maroko... Dziś nie odróżniają Maroka od Senegalu”. Ponadto Bowles niechętnie patrzy na oportunizm, cynizm, manipulatorską nieuczciwość i karygodną nieodpowiedzialność ruchu narodowego, tak zwanych wyzwolicieli ludu – i ta chłodna, racjonalna perspektywa skutecznie powstrzymuje czytelnika przed tworzeniem sobie uproszczonej wizji problemów regionu i ich możliwych rozwiązań.

Powieść jest tym bardziej intrygująca i przekonująca, że Bowles nigdy nie myślał o sobie jako o pisarzu politycznym – i pewnie z tego powodu niewielu czytelników go tak postrzega. W przedmowie do Domu pająka pisze: „Fikcja literacka powinna trzymać się z dala od politycznych rozważań. Nawet gdy się przekonałem, iż moja książka zmierza niechybnie w rejony, gdzie od polityki nie da się uciec, wciąż jeszcze wyobrażałem sobie, że dzięki dostatecznej zręczności zdołam uniknąć tego tematu. Ale kiedy wszyscy podlegają wielkiemu emocjonalnemu napięciu, obojętność jest nie do pomyślenia – każdą opinię odbiera się wówczas jako polityczną. Być apolitycznym to przyjąć stanowisko polityczne, które nikogo nie zadowala. Dlatego – czy mi się to podobało, czy nie – skończywszy pracę, odkryłem, iż napisałem książkę »polityczną«, za którą potępiają mnie zarówno Francuzi, jak i Marokańczycy”.

Szczególnie dużo mówi ostatnie zdanie. Pisarz polityczny (w takim znaczeniu, w jakim się zwykle ten termin rozumie) ma zdecydowane przekonania i polemiczne skłonności, opowiada się po jednej ze stron – dla trzymającego się zupełnie na uboczu Bowlesa byłoby to nie tylko artystycznym przekleństwem, lecz także charakterologiczną niemożliwością. Bohaterowie Domu pająka, zarówno Marokańczycy, jak i Amerykanie, po wielokroć wyrażają pogardę dla fanatyków gotowych poświęcić życie, by osiągnąć polityczne cele. Co więcej, na samym początku Bowles mówi (a później ta kwestia powraca), że do napisania książki popchnął go strach, iż Fez, a potem reszta Maroka, zmieni się i unowocześni nie do poznania – niepokój, któremu słusznie nie ufał jako wyrastającemu z nieznającej umiaru odmiany romantyzmu. W zdumiewającym przebłysku samoświadomości Stenham zdaje sobie sprawę, że „w zasadzie nie ma znaczenia, czy oddają cześć Allahowi czy gaźnikowi – i tak są przegrani. A Stenham w gruncie rzeczy troszczył się tylko o własne upodobania. Chciał zachować status quo, ponieważ należące do niego dekoracje zadowalały jego osobisty gust”. W całym dziele Bowlesa można obserwować walkę z własnym estetyzmem i cynizmem (jeden z bohaterów Domu pająka nazywa Stenhama „beznadziejnym romantykiem bez krztyny wiary w ludzkość”) i wysiłek, by postrzegać świat i jego mieszkańców takimi, jacy są naprawdę – bez sentymentalizmu, złudzeń i klapek na oczach.

Polityczny podtekst twórczości Bowlesa, choć niezamierzony, pozwala zauważyć, że kiedy pisze się o ludziach trafnie i wyczerpująco, polityka pojawia się w sposób nieunikniony, ponieważ – nie muszę tego chyba mówić – ma ona ogromny wpływ na wszystkie aspekty życia. Nawet Czechow, którego również jesteśmy skłonni uważać za pisarza w dużej mierze apolitycznego (w przeciwieństwie do, powiedzmy, Dostojewskiego czy Tołstoja), często tworzył lub charakteryzował swoje postaci, informując o ich politycznych sympatiach.

Wspominanie o Czechowie i Bowlesie w jednym akapicie, a nawet w jednym tekście wydaje się osobliwe. Czy istnieje dwóch pisarzy bardziej odmiennych, jeśli chodzi o literacką wrażliwość? Ze swoją zimną krwią, brakiem empatii i chłodną niechęcią do okazywania choćby przejściowego zainteresowania duchową przemianą czy indywidualnym odkupieniem Bowles jawi się jako anty-Czechow. I może właśnie dlatego wydaje się w tej chwili równie niezbędny, równie ważny, jeśli chodzi o wkład w literackie dziedzictwo ludzkości, i nie mniej potrzebny, gdy wziąć pod uwagę jego umiejętność przypominania, kim jesteśmy, jak żyjemy i co ze względu na swoją naturę możemy zrobić – i bez wątpienia zrobimy.

W epoce, kiedy okoliczności podobne do tych, które zainspirowały powstanie Domu pająka, popychają nas do niezwykle stronniczego i pełnego pasji zaangażowania w politykę, powinniśmy być świadomi związanych z tym zaangażowaniem zagrożeń i pułapek i ostrożnie do nich podchodzić. Należą do nich dogmatyzm, nietolerancja, niewzruszone przekonanie o własnej racji i niewinności, niezdolność lub niechęć do przyznania, że ludzie innej narodowości także mają serca i dusze, także kochają i nienawidzą, że ich życie wcale tak bardzo nie różni się od naszego, że cierpią i umierają dokładnie tak samo jak my. Paul Bowles przypomina i nie pozwala zapomnieć, że wszyscy, niezależnie od narodowości czy wyznania, potrafimy działać z wysoce podejrzanych, wątpliwych, „prymitywnych” pobudek i zachowywać się na sposób, którego – jak lubimy myśleć – nie potrafilibyśmy sobie nawet wyobrazić.

Francine Prose

1 Suk – targowisko; w większych miastach także ulica lub dzielnica, gdzie handluje się określonym rodzajem towarów (w zapisie wyrażeń arabskich zastosowano transkrypcję polską uproszczoną; w wyrażeniach w dialekcie marokańskim zachowano zapis oryginalny bądź możliwie najbardziej zbliżony do potocznej wymowy; przyp. kons.).

2 Medyna – miasto; stara dzielnica arabskiego miasta (przypisy nieoznaczone inaczej pochodzą od tłumaczy).

3 W rzeczywistości Bowles karierę kompozytora rozpoczął nieco później i nigdy jej nie porzucił; wręcz przeciwnie, z powodzeniem łączył komponowanie z podróżami i pisaniem (przyp. red.).

I ci, którzy sobie wzięli opiekunów poza Bogiem, są podobni do pająka, który przygotował sobie dom. A przecież dom pająka jest najnędzniejszym z domów. Gdyby oni byli wiedzieli!

Koran, 29:41[4]

4 Koran, PIW, Warszawa 1986, przeł. J. Bielawski.

Przedmowa

Chciałem stworzyć powieść, której tło stanowiłoby tradycyjne życie codzienne w Fezie, miasto to bowiem w XX wieku funkcjonowało wciąż w średniowieczny sposób. Gdybym zaczął rok wcześniej, wyszłaby z tego zupełnie inna książka. Zamierzałem przedstawić Fez takim, jaki wówczas był, ale zaledwie rozpocząłem pracę, wydarzyły się rzeczy, których nie dało się zignorować i szybko się przekonałem, iż będę musiał napisać nie o tradycyjnym życiu w Fezie, lecz o jego rozpadzie.

Czekałem ponad dwie dekady, by ujrzeć koniec francuskiego panowania w Maroku. Naiwnie wyobrażałem sobie, że gdy Maroko odzyska niepodległość, ludzie powrócą do dawnych zwyczajów, a kraj stanie się z grubsza taki, jak przed pojawieniem się Francuzów. Wstręt części społeczeństwa do wszystkiego, co europejskie, wydawał się gwarantować taki obrót spraw. Nie rozumiałem jednak, że jeśli Maroko wciąż było w dużej mierze średniowieczne, to dlatego, iż pragnęli tego Francuzi, nie Marokańczycy.

Ruch narodowy nie interesował się usuwaniem śladów cywilizacji europejskiej i przywracaniem Maroka do stanu przedkolonialnego; wręcz przeciwnie, chciał uczynić kraj bardziej „europejskim”, niż zrobili to Francuzi. Kiedy ci drudzy utracili kontrolę nad rządową machiną, porzucili ją z włączonym silnikiem. Marokańczycy wdrapali się na nią, by ruszyć w tym samym kierunku, tyle że z większą prędkością.

Zostałem uwikłany w spór, ale nie umiałem przyjąć punktu widzenia żadnej ze stron. Temat, którym chciałem się zająć, znikał na moich oczach z każdą godziną; mogłem tylko rejestrować proces gwałtownych przemian.

Fikcja literacka powinna trzymać się z dala od politycznych rozważań. Nawet gdy się przekonałem, iż moja książka zmierza niechybnie w rejony, gdzie od polityki nie da się uciec, wciąż jeszcze wyobrażałem sobie, że dzięki dostatecznej zręczności zdołam uniknąć tego tematu. Ale kiedy wszyscy podlegają wielkiemu emocjonalnemu napięciu, obojętność jest nie do pomyślenia – każdą opinię odbiera się wówczas jako polityczną. Być apolitycznym to przyjąć stanowisko polityczne, które nikogo nie zadowala.

Dlatego – czy mi się to podobało, czy nie – skończywszy pracę, odkryłem, iż napisałem książkę „polityczną”, za którą potępiają mnie zarówno Francuzi, jak i Marokańczycy. Dużo później powieść przeczytał i pochwalił Allal al-Fassi[5], „ojciec marokańskiego nacjonalizmu”. Chociaż doszło do tego po dłuższym czasie, dało mi to satysfakcję.

Każda powieść wymusza właściwy tylko dla niej reżim pracy. Pod osłoną nieba i No więc dobrze pisałem w podróży, ilekroć byłem w odpowiednim stanie ducha i sprzyjały temu okoliczności. Tymczasem Dom pająka od samego początku wymagał rygorystycznego harmonogramu. Pracę rozpocząłem latem 1954 roku w Tangerze. Co wieczór nastawiałem budzik na szóstą rano. Pisałem średnio dwie strony dziennie. Gdy nadeszła zima, popłynąłem na Sri Lankę, gdzie działałem według tego samego zwyczaju; o szóstej przynoszono mi herbatę, po czym siadałem do pracy i wyrabiałem dzienną normę. W połowie marca, pomimo wypadów do odległych świątyń i nocy spędzanych na oglądaniu „tańców diabła”[6], ukończyłem książkę i wysłałem ją z Weligamy do Random House.

Historia nie jest ani autobiograficzna, ani oparta na faktach, nie jest też powieścią z kluczem. Jedynie sceneria jest realistyczna, resztę zmyśliłem. Fabuła ogniskuje się wokół starego hotelu Palais Dżamaï przed modernizacją. W powieści nazwałem go Mérinides Palace, ponieważ by do niego dotrzeć, trzeba minąć grobowce Marynidów[7]. Obecnie na urwisku obok nich stoi zbudowany w latach sześćdziesiątych Hôtel des Mérinides.

Fez wciąż istnieje, choć nie jest już intelektualnym i kulturalnym centrum Afryki Północnej, lecz zaledwie kolejnym miastem nękanym przez nierozwiązywalne problemy Trzeciego Świata. Nie wszystkie spustoszenia spowodowane przez nasze okrutne czasy mają charakter materialny. Najbardziej przerażające są mniej zauważalne formy destrukcji – te, które dotyczą jedynie ludzkiego ducha.

Paul Bowles, grudzień 1981

5 Założyciel powstałej w latach 40. XX wieku i istniejącej do dziś konserwatywnej partii Al-Istiklal, która odegrała główną rolę w walce Maroka o niepodległość.

6 Tradycyjne tańce w maskach w buddyzmie tybetańskim.

7 Marynidzi – dynastia o berberyjskich korzeniach, która rządziła Marokiem od XIII do XV wieku.

Prolog

Była prawie północ, kiedy Stenham opuścił progi Si Dżaffara.

– Nie potrzebuję towarzystwa – powiedział, uśmiechając się sztucznie, by złagodzić brzmienie swojego głosu.

Nie chciał wydać się rozgniewany albo opryskliwy. Przecież przydzielając mu tego człowieka, Si Dżaffar korzystał jedynie z prawa, które przysługiwało mu jako gospodarzowi.

– Nikogo nie potrzebuję, naprawdę.

Chciał wracać sam, choćby i zupełnie ciemnymi ulicami. Wieczór nieznośnie się dłużył; Stenham nabrał ochoty, by zaryzykować, pomylić zakręty i na chwilę się zagubić. Gdyby szedł z kimś, długi spacer stanowiłby właściwie dalszy ciąg przesiadywania w salonie Si Dżaffara.

Ale i tak było już za późno. Wszyscy mężczyźni podeszli do drzwi, stali w mokrym zaułku i nalegali, by pozwolił się odprowadzić. Żegnali go zawsze przydługo i wylewnie, jakby udawał się na drugą stronę globu, a nie na przeciwległy kraniec medyny; w zasadzie lubił te pożegnania, bo stanowiły część tego, czym według Stenhama powinno być życie w średniowiecznym mieście. Nie zdarzyło się jednak, by narzucano mu obecność opiekuna, i to bez żadnego uzasadnienia.

Mężczyzna szedł przed nim w ciemności. Skąd oni go wzięli? – pomyślał, spoglądając znów na wysokiego brodatego Berbera w obszarpanym góralskim stroju, tak jak wtedy, gdy zobaczył go po raz pierwszy w przyćmionym świetle wewnętrznego dziedzińca domu Si Dżaffara. Przypomniał sobie zamieszanie i szepty, które jakieś półtorej godziny wcześniej dobiegły go z krańca salonu. Kiedy w obecności Stenhama dochodziło do rodzinnych dyskusji, gospodarz starał się odwrócić uwagę gościa, zaczynając opowieść. Historie zapowiadały się zwykle obiecująco. Si Dżaffar uśmiechał się rozpromieniony przez dwie pary okularów, ale wyraźnie skupiał uwagę na głosach w kącie. Gdy szepty cichły, mówił z coraz większym wahaniem, zaczynał błądzić wzrokiem, a jego uśmiech stawał się pusty i nieruchomy. Nigdy nie kończył. Niespodziewanie, bez związku z niczym, wykrzykiwał triumfalne „Aha!” i klaskał w dłonie, by przyniesiono tabakę, wodę z kwiatu pomarańczy albo drewno sandałowca do piecyka. Wyglądał wtedy na jeszcze bardziej zadowolonego i zdarzało mu się żartobliwie klepnąć gościa w kolano. Podobną komedię odegrał tego wieczoru koło wpół do jedenastej. Kiedy Stenham wrócił do niej myślami, doszedł do wniosku, że wiązała się z nagłą decyzją rodziny, by zapewnić mu kogoś, kto odprowadzi go do hotelu. Przypomniał sobie teraz, iż po tamtej rozmowie Abdeltif[8], najstarszy syn Si Dżaffara, zniknął na co najmniej pół godziny – zapewne wówczas sprowadzono przewodnika.

Kiedy wychodził, mężczyzna czekał przykucnięty w ciemnym wejściu na dziedziniec. Stenham czuł się nieco skrępowany, zdawał sobie sprawę, że Si Dżaffar nie jest zamożny. A choć taka niewielka usługa nie kosztowała nadzwyczajnie dużo, to jednak trzeba było za nią zapłacić. Ale Si Dżaffar postawił sprawę jasno.

– Proszę nic mu nie dawać – powiedział po francusku. – Już tego dopilnowałem.

– Ale ja go nie potrzebuję – zaprotestował Stenham. – Znam drogę. Niech pan sobie przypomni, ile razy wracałem sam.

Czterej synowie Si Dżaffara, jego kuzyn i zięć zaszemrali: „Nie, nie, nie”, a staruszek delikatnie klepnął gościa w ramię.

– Tak będzie lepiej – powiedział, lekko pochylając głowę w jednym ze swych dziwnie oficjalnych subtelnych ukłonów.

Protest nic by nie dał. Mężczyzna dotrzyma mu towarzystwa, powierzy go bezpiecznie hotelowemu stróżowi, rozpłynie się w mroku i wróci do ciemnego zaułka, z którego przyszedł, a Stenham już go więcej nie spotka.

Na ulicach nikogo nie było. Można by pewnie przemierzyć większą część drogi bardziej uczęszczanymi trasami, pomyślał, ale jego przewodnik najwidoczniej wolał puste uliczki. Stenham wyjął niewielką latarkę na dynamo i zaczął ją ściskać, kierując snop przyćmionego światła na ziemię u stóp Berbera. Owadzie brzęczenie sprawiło, że mężczyzna odwrócił się z wyrazem zdziwienia na twarzy.

– Światło – powiedział Stenham.

Przewodnik chrząknął.

– Za dużo hałasu – zaprotestował.

Stenham uśmiechnął się i pozwolił, by latarka zgasła. Ależ ci ludzie uwielbiają zabawy, pomyślał. Ten tutaj bawi się w policjantów i złodziei; zawsze kogoś śledzą albo są przez kogoś śledzeni. „Orientalne zamiłowanie do komplikacji, splątane linie, arabeski” – mówił Moss, ale Stenham nie miał pewności, czy o to chodzi. Mogło się to równie dobrze wiązać z głębokim poczuciem winy. Wspomniał o tym, ale Moss go wyśmiał.

Zabłocone ulice prowadziły ciągle w dół. Nie było nawet kawałka płaskiej ziemi. Musiał iść z usztywnionymi kostkami, przenosząc ciężar ciała na palce. Miasto spało. Głęboką ciszę przerywało jedynie szuranie jego butów. Bosonogi przewodnik poruszał się bezszelestnie. Od czasu do czasu, kiedy droga prowadziła nie przez wewnętrzne przejścia, ale po otwartej przestrzeni, samotna kropla deszczu spadała ciężko z nieba, jakby ledwie kilka metrów nad ziemią zawisł wielki kawał niewidzialnej mokrej tkaniny. Wszystko było niewidzialne: błoto na ulicy, mury, niebo. Stenham zapalił latarkę i mignęła mu postać człowieka idącego przed nim w brązowej dżellabie, a także jego ogromny cień padający na belki tworzące strop przejścia. Mężczyzna znów chrząknął na znak protestu.

Stenham uśmiechnął się: niewytłumaczalne zachowania muzułmanów zawsze go bawiły i zawsze im je wybaczał, ponieważ – jak mawiał – ktoś, kto nie jest muzułmaninem, nie wie o sposobie myślenia muzułmanów wystarczająco dużo, by móc go ganić. „Bardzo się od nas różnią – powtarzał. – Nie mamy pojęcia, co nimi powoduje”. W tej postawie zawierała się pewna doza hipokryzji; w gruncie rzeczy Stenham chciał przede wszystkim istnienie tej niemal niemożliwej do pokonania przepaści uświadomić innym. Sam fakt, iż mógłby później wspomnieć o przekonaniach i motywacjach leżących po jej drugiej stronie, dodawał mu pewności we własnych próbach zrozumienia muzułmanów i zapewniał niewielkie poczucie wyższości, uprawnione, jak sądził, ponieważ tyle lat wytrzymał w trudnych warunkach Maroka. Udawanie, że wie coś, czego inni wiedzieć nie mogą, było jego małą słabością, premią za starszeństwo. W głębi duszy uważał, iż Marokańczycy są tacy sami jak inni ludzie, różnice dotyczą w głównej mierze rytuałów i gestów i nawet utkana z magii kurtyna, przez którą spoglądają na życie, nie jest zbyt skomplikowana i nie nadaje ich spostrzeżeniom żadnej głębi. Zachwycało go, że anonimowy bosonogi Berber prowadzi go przez najciemniejsze, najrzadziej uczęszczane zaułki; nie miało znaczenia, dlaczego chce zachować dyskrecję. Berberowie to koty, ludzie nocy. Nieprzypadkowo w Fezie nie ma psów. Ciekaw jestem, czy Moss zwrócił na to uwagę, pomyślał.

Od czasu do czasu miał nieodparte wrażenie, że przecinają doskonale mu znaną ulicę lub znajomy plac, ale pod tak niespodziewanym kątem, iż znajome mury (jeśli rzeczywiście były znajome) zdawały się przyćmione lub zniekształcone, gdy kierował na nie snop szybko gasnącego światła. Zaczął podejrzewać, że elektrownia uległa poważnej awarii – prądu niemal na pewno wciąż nie włączono, w przeciwnym razie nie doszliby tak daleko, nie natknąwszy się na choć jedną zapaloną latarnię. Stenham był jednak przyzwyczajony do poruszania się po mieście w ciemności. Znał drogi w całym Fezie, kilkoma z tych tras mógłby iść nawet z zawiązanymi oczyma. W gruncie rzeczy spacerowanie po medynie nocą miało w sobie dużo z chodzenia z zawiązanymi oczyma; człowiek musiał zdać się na węch i słuch. Stenham znał brzmienie każdego odcinka swoich samotnych nocnych szlaków. Należało wsłuchiwać się w dwie rzeczy: własne kroki i szum wody za murami. Dźwięki kroków są nieskończenie różnorodne, zmieniają się zależnie od twardości podłoża, szerokości przejścia, wysokości i układu murów. Na ulicy Lemitiyine, między garbarnią a niewielkim meczetem, echo wprawiało w osłupienie – napięty metaliczny pogłos wibrował między ścianami jak seria melodyjnych wystrzałów z pistoletu. W jednych miejscach kroków niemal nie dało się dosłyszeć, w innych były donośne, pojedyncze, krótkie i od razu cichły, a gdy szedł przez opustoszałe krużganki, każdemu stąpnięciu towarzyszył prawie nieuchwytny wysoki ton, jakby spacerował po dobrze nastrojonej wznoszącej się skali, dopóki jakaś wystająca ściana albo korytarz nie zaburzyły nagle wzoru i nie rozpoczęły kolejnej części tego długiego nokturnu, która z kolei ujawniała powoli własną strukturę. Tak samo było z wodą, płynącą niezliczonymi strużkami w szczelinach w ziemi i między kamieniami. Rzadko widoczna, ale prawie zawsze obecna, spieszyła wzdłuż stromych alejek, to bulgocząc, to ledwie cieknąc, to znów uderzając z pluskiem o mury ogrodów albo rozkwitając w coś na kształt fontanny, to wreszcie spadając głucho z wysoka do niewidzialnej cysterny albo jako odnoga rzeki otwarcie, z hukiem mknąc po kamieniach (tak, iż niekiedy wiatr unosił nad murami zimną mgłę i zwilżał nią twarz Stenhama) lub rozlewając się przy piekarni w prawie nieruchomą zatoczkę, w której pływały szczury.

Tak często słyszał te równoległe ścieżki dźwiękowe kroków i wody, że wydawało mu się, iż zna każdy ich fragment na pamięć. Ale tym razem było zupełnie inaczej; zdał sobie sprawę, że to, co zna, to tylko jedna linia, pewna sekwencja, której części, wyrwane ze znajomego kontekstu, stawały się nierozpoznawalne. Wiedział na przykład, iż aby zbliżyć się do głównej odnogi rzeki tak jak teraz, musieli w pewnym momencie przejść przez ulicę prowadzącą od meczetu Al-Karawijjin do zawiji[9] Si Ahmada at-Tidżaniego. Nie miał jednak pojęcia, kiedy to się stało – nie rozpoznawał niczego.

Nagle zorientował się, gdzie są – na wąskiej drodze biegnącej przez niewielkie wzniesienie nad rzeką, tuż pod murami układającymi się w bryłę Funduk al-Jahudi. Zupełnie nie po drodze do hotelu.

– Dlaczego tu przyszliśmy? – spytał wzburzony.

– Idź i bądź cicho – odpowiedział mężczyzna z niepotrzebną obcesowością.

Zawsze tacy są, przypomniał sobie. Nie potrafił się przyzwyczaić do tej osobliwej mieszanki starannej powściągliwości i brutalnej bezceremonialności. Prawie parsknął śmiechem na wspomnienie absurdalnych słów usłyszanych pięć sekund wcześniej: Rhir zid o skut. W kilka minut okrążyli Funduk al-Jahudi i ruszyli przez mokry ogród; kiedy potrącali ciężkie postrzępione liście bananowców, spadał na nich deszcz zimnych kropel. Tym razem Si Dżaffar przeszedł samego siebie, pomyślał Stenham. Postanowił zadzwonić do niego nazajutrz i zrobić z tej przygody niezłą opowieść. Zid o skut. Cała rodzina mogłaby to przez następne dwa tygodnie powtarzać przy herbacie jako zabawne powiedzonko.

Noc była dziwna jak na lato – powietrze przeszywał niemal wczesnowiosenny chłód. Ogromna, gęsta chmura przetoczyła się nad Dżabal Zalagh i zawisła nad miastem jak niski strop, zamykając je w ogromnej komnacie, w której nieruchome powietrze pachniało świeżą mokrą ziemią. Gdy w ciszy weszli z powrotem na wzgórze, gdzieś nad ich głowami rozległ się pojedynczy krzyk sowy.

Kiedy dotarli do zewnętrznej bramy hotelu, Stenham wcisnął przycisk uruchamiający dzwonek w środku, w małym pomieszczeniu tuż obok stróżówki. Przez moment myślał: Nie zadziała, nie ma prądu – ale potem przypomniał sobie, że hotel ma przecież własny system zasilania. Zwykle mijało dobrych pięć minut, zanim na dziedzińcu rozbłysło światło, i kolejne dwie albo i trzy, nim stróż dotarł do wejścia. Tym razem światło zapaliło się natychmiast. Stenham stanął przy wysokich drzwiach i zajrzał przez szczelinę. Stróż rozmawiał z kimś na drugim końcu dziedzińca. Stenham usłyszał słowa Ah, oui. Europejczyk na zewnątrz o tej porze, pomyślał z pewnym zaciekawieniem, usiłując dostrzec coś więcej. Stróż podszedł do bramy. Stenham cofnął się szybko niczym dziecko złapane na gorącym uczynku, wsadził ręce w kieszenie i nonszalancko spojrzał na mur. Wtedy zauważył, że jego przewodnik odszedł. Nie słyszał oddalających się kroków, mężczyzna po prostu zniknął. Ciężki rygiel odsunięto; w wejściu stał stróż, w białym turbanie i płaszczu khaki, jak zwykle z zatroskaną twarzą.

– Bon soir, M’sio Stonamm – powiedział.

Czasem mówił po arabsku, czasem po francusku – nie dało się przewidzieć, jakiego języka akurat użyje. Stenham pozdrowił go i rozejrzał się po dziedzińcu, by zobaczyć, z kim rozmawiał. Nie dojrzał nikogo. Stały tam te same dwa samochody co zawsze: hotelowe kombi i nigdy nieużywany stary citroën dyrektora.

– Szybko pan dzisiaj przyszedł.

– Oui, M’sio Stonamm.

– Był pan może na zewnątrz, przy bramie?

Stróż zawahał się.

– Non, m’sio.

Porzucił temat zamiast się irytować, wiedział bowiem, co usłyszy, jeśli będzie drążył. Kłamstwo nie jest kłamstwem – to tylko pewna formuła, zamiennik, droga naokoło, uprzejmy sposób, by powiedzieć „Nie twój interes”.

Miał klucz w kieszeni, więc skierował się od razu do siebie, nieco zawstydzony, że wsadzał nos w nie swoje sprawy. Ale stojąc w pokoju na wieży i spoglądając na rozciągające się gdzieś w dole niewidzialne miasto, zrozumiał, iż można usprawiedliwić jego wścibstwo. Nie tylko oczywistym kłamstwem stróża, lecz przede wszystkim dziwnym zachowaniem Berbera, które bezpośrednio je poprzedziło: niepotrzebne nadłożenie drogi, opryskliwy nakaz zachowania ciszy i niewytłumaczalne zniknięcie zanim Stenham zdążył wręczyć przewodnikowi przygotowane dla niego trzydzieści franków. I nie tylko to, stwierdził, wracając myślami do wieczoru u Si Dżaffara. Cała rodzina nalegała, by w drodze do hotelu miał towarzystwo. To również wyglądało jak część jakiejś zmowy. „Wszyscy dziś powariowali” – powiedział sobie nie bez satysfakcji. Nie chciał jednak łączyć tego z wyczuwalnym w mieście napięciem. Bo od roku, od dnia, gdy Francuzi zachowali się bardziej nieodpowiedzialnie niż zwykle i usunęli sułtana, w Fezie panowała napięta atmosfera i Stenham zdawał sobie z tego sprawę. Ale była to kwestia polityczna, a polityka istnieje tylko na papierze. I z całą pewnością polityka w roku 1954 nie miała nic wspólnego z tajemniczym średniowiecznym miastem, które znał i kochał. Poszukiwanie logicznej zależności między tym, co podpowiadał mu rozum, a tym, co widziały jego oczy, wydawało mu się zbyt proste; bardziej bawiły go gierki z samym sobą.

Każdej nocy, gdy Stenham zamknął już drzwi na klucz, stróż wspinał się stromymi schodami na wieżę ancien palais i gasił jedno po drugim światła w korytarzu. Kiedy wracał na dół i wybrzmiewały odgłosy jego ostatnich kroków, zalegała głęboka nocna cisza, zakłócana tylko szumem osik w ogrodzie, jeśli wiał wiatr. Tej nocy jednak, po tym, jak na schodach rozległy się powolne kroki, zza drzwi zamiast swojskiego pstryknięcia wyłącznika po chwili wahania dobiegło delikatne pukanie. Stenham zdjął już krawat, ale wciąż był całkowicie ubrany. Otworzył niezadowolony. Stróż uśmiechnął się przepraszająco. Z całą pewnością nie chodzi o wyrzuty sumienia z powodu kłamstwa na dziedzińcu, pomyślał Stenham, patrząc na jego melancholijną, zrezygnowaną twarz. W ciągu pięciu sezonów, które spędził w tym hotelu, nie widział, by miała inny wyraz. Jeśli ten świat nie przestanie istnieć, Marokańczyk zestarzeje się i umrze jako nocny stróż w Mérinides Palace – żadna inna możliwość nie wchodziła w grę. Tym razem odezwał się po arabsku:

– Smatsi[10], przysłał mnie M’sio Moss. Chce wiedzieć, czy pan do niego przyjdzie.

– Teraz? – upewnił się Stenham z niedowierzaniem.

– Tak, teraz. – Stróż zaśmiał się lekceważąco i nieskończenie delikatnie, jak gdyby chciał powiedzieć, że naprawdę wszystko rozumie.

Pierwszą myślą Stenhama było: nie mogę pozwolić, żeby Moss tak mnie traktował.

– Gdzie on jest? – zapytał niechętnie.

– W swoim pokoju, numer czternaście.

– Znam numer – odparł. – Wróci pan do niego, żeby przekazać wiadomość ode mnie?

– Tak. Mam mu powiedzieć, że pan przyjdzie?

Stenham westchnął.

– Tak, na chwilę.

Oczywiście to stróż zlekceważy; powie po prostu Mossowi, że monsieurStonamm już idzie, a potem zniknie. Stróż ukłonił się, powiedział Wachcha[11] i zamknął drzwi.

Stenham stanął przed szafą z lustrem i ponownie założył krawat. Po raz pierwszy Moss przesłał mu wiadomość w nocy i Stenham był ciekaw, co skłoniło Anglika do porzucenia zasady bezwzględnej dyskrecji. Spojrzał na zegarek – dwadzieścia po pierwszej. Moss zacznie od kwiecistych przeprosin za przeszkadzanie mu w pracy, niezależnie od tego, czy wierzy, że faktycznie mu przeszkodził, czy nie. Stenham dokładał starań, by sprawiać wrażenie człowieka, który pracuje zarówno za dnia, jak i w nocy. Zapewniało mu to prywatność, a poza tym, od czasu do czasu, gdy była brzydka pogoda, szedł wcześnie do łóżka i rzeczywiście udawało mu się napisać kilka stron ledwie zaczętej powieści. Wiatr i deszcz w ciemnościach za oknem dostarczały zachęty niezbędnej, by zrekompensować wysiłek. W każdym razie tej nocy i tak by już nie pracował – było zdecydowanie za późno. Dzień w Fezie zaczynał się długo przed świtem i Stenhama niepokoiła myśl, że mógłby nie zasnąć, nim poranne wezwanie do modlitwy obudzi koguty, których pianie rozniesie się powoli nad miastem i nie osłabnie, dopóki dzień nie wstanie na dobre. Jeśli nie zdąży zasnąć, zanim muezini zaczną śpiewać, nie zaśnie już w ogóle. O tej porze roku zaczynali około wpół do trzeciej nad ranem.

Spojrzał na zapisane strony leżące na stole, postawił na nich ciężką porcelanową popielnicę i odwrócił się, by wyjść. Rozmyślił się jednak i schował maszynopis do szuflady. Podszedł do drzwi, rzucił szybkie tęskne spojrzenie na łóżko, wyszedł i zamknął pokój. Ciężki niklowy brelok przy kluczu ziębił go przez kieszeń niczym lód. Na wąskich schodach wieży poczuł chłodny powiew. Zszedł, najciszej jak umiał (choć nie było nikogo, komu hałas mógłby przeszkodzić), po omacku przemierzył ciemny korytarz i wyszedł na taras. Światło z recepcji kładło się na wilgotnej mozaice na podłodze. Przestało padać, w powietrzu unosił się delikatny wietrzyk. W ogrodzie na dole panowała zupełna ciemność. Cienkie kraty z kutego żelaza przy sadzawce poprowadziły go na dziedziniec, gdzie w słoneczne dni jadał czasem lunch z Mossem. Lampy przy potężnych drzwiach czternastki były zgaszone, ale przez opuszczoną żaluzję sączyło się światło. Gdy zapukał, jakieś przestraszone zwierzę, prawdopodobnie szczur albo fretka, rzuciło się do ucieczki przez rośliny i suche liście za jego plecami. Drzwi otworzył nieznajomy mężczyzna, który sztywno odsunął się na bok, by zrobić mu przejście.

Moss stał na środku pokoju, dokładnie pod olbrzymim żyrandolem, i skonsternowany nerwowo gładził się po wąsach. Jedynym uczuciem, z jakiego w tym momencie Stenham zdawał sobie sprawę, było gorące pragnienie, by wciąż znajdować się na zewnątrz w ciemnościach, jak pięć sekund wcześniej, zanim zapukał do drzwi. Zignorował mężczyznę przy wejściu.

– Dobry wieczór – zwrócił się do Mossa ze zwyczajową serdecznością.

Ale Brytyjczyk nadal był spięty.

– Czy mógłbyś wejść, John? – powiedział oschle. – Muszę z tobą porozmawiać.

8 Skrócona, dialektalna wersja arabskiego imienia Abd al-Latif – arab. miły, przyjacielski (przyp. kons.).

9Zawija – muzułmańska szkoła religijna, w skład której wchodzą zarówno miejsce przeznaczone do nauki i modlitwy, jak i pomieszczenia mieszkalne.

10 Proszę mnie posłuchać.

11 W porządku.

Księga pierwsza

Wielki mędrzec

Pojąłem, że świat jest przepastną nicością na nicości osadzoną... Dlatego zwą mnie wielkim mędrcem. Niestety! Czy ktokolwiek wie, co to mądrość?

Pieśń sowy z Księgi tysiąca i jednej nocy

1

Wiosenne słońce ogrzewało sad. Wkrótce miało się skryć za wysokimi trzcinami przy drodze, było już bowiem późne popołudnie. Amar leżał pod starym figowcem, zanurzony w bujnej trawie wciąż mokrej od porannej rosy. Porównywał swoje życie z tym, co wiedział o życiu znajomych, i myślał, iż to, które mu przypadło, z pewnością jest najmniej godne pozazdroszczenia. Zdawał sobie jednak sprawę, że to grzech – człowiekowi nie wolno wydawać takich ocen – i nigdy nie wypowiedziałby na głos swoich wniosków, nawet jeśli w myślach ubrałby je w słowa.

Spojrzał na drzewa wokół i niebo nad nimi i wiedział, że tu są. A od kiedy poczuł się głęboko rozczarowany kierunkiem, w jakim zmierzało jego krótkie jeszcze życie, miał też świadomość niezadowolenia. Świat był piękny, ze wszystkimi swoimi ruchliwymi zwierzętami i ptakami, z kwiatami i drzewami owocowymi stworzonymi przez Allaha w jego hojności, a Amar czuł w głębi serca, iż wszystko to należy do niego i nikt inny nie ma do tego prawa. To właśnie inni zawsze go unieszczęśliwiali. Leżał leniwie z głową opartą o pień drzewa i ostrożnie skubał płatki róży, którą zerwał, gdy pół godziny wcześniej wszedł do sadu. Nie miał już zbyt wiele czasu, by podjąć decyzję.

Jeśli miał uciec, musiał zrobić to szybko. Ale czuł już, że Allah nie zamierza ujawnić mu jego przeznaczenia. Pozna je, po prostu robiąc to, co zapisane. Niczego nie zmieni. Gdy wydłużą się cienie, wstanie i pójdzie w stronę drogi, bo zmrok budzi w drzewach złe duchy. Kiedy już znajdzie się na ulicy, będzie mógł iść tylko do domu. Musi tam wrócić i dostać lanie, nie ma innego wyjścia. Trzeba tam pójść i mieć to z głowy. To nie strach przed bólem go powstrzymywał. Ból sam w sobie jest niczym; Amar mógłby nawet czerpać z niego przyjemność, gdyby nie krzywił się ani nie krzyczał, ponieważ wrogie milczenie w pewnym sensie oznaczało triumf nad ojcem. Po wszystkim zawsze wydawało mu się, iż jest silniejszy i lepiej przygotowany na następny raz, choć w samym środku jego duszy pozostawała gorycz, coś, przez co czuł się jeszcze bardziej wyobcowany i samotny niż wcześniej. Ale to nie z obawy przed bólem czy uczuciem samotności wciąż siedział w sadzie; nie wyruszał, bo nie mógł znieść myśli, że choć jest niewinny, zostanie poniżony, jakby zawinił. Bał się konfrontacji z własną niemocą wobec niesprawiedliwości.

Ciepły wiatr spłynął przez zbocza i doliny z Dżabal Zalagh, odnalazł drogę do sadu między łodygami trzciny i poruszył płaskimi liśćmi nad głową Amara. Chłopak poczuł na karku jego nieśmiałą pieszczotę, ciarki przeszły mu po plecach. Włożył do ust płatek róży i rozgryzł go na mokre strzępki. W sadzie nikogo nie było i nikt nie miał się pojawić. Strażnik widział, jak Amar wchodzi, i nic nie powiedział. Zdarzały się sady, z których stróże przepędzali intruzów – chłopcy dobrze je znali. Ten należał do „dobrych”, dozorca nigdy nic nie mówił, chyba że rozkazywał psu, by przestał szczekać na nieproszonych gości. Staruszek zszedł na dół, w stronę rzeki. Od czasu do czasu drogą za trzcinami przejeżdżały ciężarówki, ale poza tym w tej części sadu panowała zupełna cisza. Amar nie chciał sobie wyobrażać, jak wygląda to miejsce po zachodzie słońca, wsunął więc stopy w sandały, wstał i wytrzepał dżellabę; przez chwilę się jej przyglądał – należała do jego brata i nienawidził jej nosić – a potem przerzucił ją przez ramię i ruszył w stronę prześwitu w trzcinowej dżungli, przez który tutaj wszedł.

Na drodze przygrzewało mocniej i silniej wiało. Minął dwóch małych chłopców uderzających w gałęzie morwy bambusowymi kijami. Trzeci, większy, zbierał zielone owoce w kaptur swojej dżellaby. Byli zbyt zajęci, by go zauważyć. Dotarł do ostrego zakrętu. Po drugiej stronie doliny wznosił się Dżabal Zalagh. Zawsze przypominał mu króla siedzącego w swoich szatach na tronie. Amar wspomniał o tym kilku przyjaciołom, ale go nie rozumieli. Nie spojrzawszy nawet na górę, mówili: „Jesteś stuknięty”, „Chyba w twojej głowie” i „Może po ciemku” albo po prostu się śmiali. Wydaje im się, że już wszystko wiedzą, i nie muszą więcej przyglądać się światu, pomyślał. Nie mylił się – większość jego znajomych rozstrzygnęła już, jaki jest świat i jakie jest życie. Już nigdy nie będą się nad nimi zastanawiać, by sprawdzić, czy mają rację czy nie, ponieważ skończyli szkołę albo wciąż do niej chodzili i umieli pisać, a nawet rozumieli to, co napisano, a to dużo trudniejsze. Niektórzy znali Koran na pamięć, choć oczywiście niewiele z niego pojmowali, jest to bowiem najtrudniejsza ze wszystkich sztuk, zarezerwowana jedynie dla garstki wybitnych ludzi. I nikt nie potrafi zrozumieć Koranu do końca.

– W szkole uczą, czym jest świat, a kiedy już się tego nauczysz, zawsze będziesz wiedział – powiedział Amarowi ojciec.

A jeśli świat się zmieni? pomyślał chłopak. Co wtedy będę wiedział? Nie dał jednak po sobie poznać, co myśli. Nie rozmawiał ze staruszkiem, jeśli nie musiał. Si Driss był surowy i życzył sobie, by synowie traktowali go z takim samym szacunkiem, jakim on darzył swego ojca przed pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu laty. Bezpieczniej było milczeć, jeśli nie pytał o zdanie. Gdyby Si Driss okazywał większą wyrozumiałość, w jego domu żyłoby się łatwiej, ale szacunek, jakim się cieszył, napawał syna dumą. Przychodzili do niego najbogatsi, najpotężniejsi mężczyźni z dzielnicy, całowali jego szaty i słuchali go w milczeniu. Amar miał surowego ojca, bo tak było zapisane, i jedyne, co mógł zrobić, to dziękować za to Allahowi. Wiedział jednak, że gdyby kiedykolwiek pragnął czegoś na tyle mocno, by przeciwstawić się ojcu, Si Driss uznałby, iż syn ma rację, i ustąpił. Amar przekonał się o tym, gdy ojciec posłał go do szkoły. Chłopcu tak bardzo się nie spodobało, że po pierwszym dniu wrócił do domu i oznajmił, iż nigdy więcej tam nie pójdzie. Si Driss tylko westchnął i wezwał Allaha na świadka, że zaprowadził dziecko do szkoły i zostawił pod opieką allema[12], więc nie odpowiada za to, co stało się później. Następnego dnia obudził chłopca o brzasku i oznajmił: „Jeśli nie pójdziesz do szkoły, musisz pracować”. Zaprowadził go do fabryki koców jego wuja w Al-Attarin, by pracował przy warsztacie tkackim. Było to dużo łatwiejsze niż szkoła, bo nie wymagało siedzenia bez ruchu, Amar nie został tam jednak dłużej niż w pozostałych kilkudziesięciu miejscach, w których pracował od tamtej pory. Tydzień albo dwa – i szedł się bawić, zwykle nie odebrawszy nawet zapłaty. W domu musiał ciągle walczyć o to, by nie posłano go do kolejnej wymyślonej przez ojca roboty.

Dlatego w odróżnieniu od swoich znajomych z dzieciństwa Amar nie nauczył się pisać i czytać tego, co napisali inni, i nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Gdyby jego rodzina nie należała do szurfów[13], potomków Proroka, jego życie z pewnością byłoby prostsze. Ojciec nie upierałby się tak zawzięcie przy uczeniu Amara praw ich religii i nie rozwodziłby się ciągle nad koniecznością bezwzględnego posłuszeństwa. Ale Si Driss uznał, że jeśli jego syn ma być analfabetą (co samo w sobie nie stanowiło wielkiego problemu), to powinien przynajmniej orientować się w moralnych nakazach islamu.

Mijały lata; Amar znalazł sobie nowych przyjaciół, podobnych do niego chłopców z rodzin tak biednych, iż nie rozważały nawet posyłania dzieci do szkoły. Gdy spotykał teraz znajomych z dzieciństwa i rozmawiał z nimi, wydawali mu się starcami, a ich towarzystwo nie sprawiało mu radości, podczas gdy jego nowi przyjaciele, którzy ciągle bawili się i walczyli ze sobą, jakby ich życie zależało od wyniku owych zabaw i potyczek, postępowali w sposób zrozumiały.

Najwspanialszą rzeczą w życiu Amara było to, że miał tajemnicę. Nie musiał jej nawet strzec, bo nikt jej nie mógł odgadnąć. Ale on ją znał i żył z nią. Polegała na tym, że jest inny niż wszyscy; posiada moce, których nikt nie ma. Ta pewność przypominała ukryty przed światem skarb i znaczyła o wiele więcej niż zwykła baraka[14]. Zdarzało się to wielu szarifom. Jeśli ktoś zachorował, wpadł w trans albo został nawiedzony przez obcego ducha, Amar potrafił go uleczyć dotykiem i modlitwą. W jego rodzinie baraka była bardzo silna, tak potężna, że w każdym pokoleniu jeden mężczyzna zostawał uzdrowicielem. Jedyną pracą, jaką przez całe życie wykonywali ojciec i dziadek Amara, było zajmowanie się wciąż napływającym potokiem ludzi, którzy przychodzili, by ich wyleczono. To, że on również posiadał ów dar, nie stanowiło zaskoczenia. Ale mówiąc sobie, iż jest inny niż wszyscy, Amar miał na myśli co innego. Oczywiście, znał swoją tajemnicę od zawsze, wcześniej nie miała jednak dla niego większego znaczenia. Teraz, gdy skończył piętnaście lat i był już mężczyzną, stawała się z każdą chwilą ważniejsza. Odkrył, iż codziennie przychodzą mu do głowy setki rzeczy, o których nikt inny by nie pomyślał, ale także zrozumiał, że jeśli chce o nich opowiadać – a oczywiście chciał – musi robić to tak, by ludzie się śmiali, bo w przeciwnym razie staną się podejrzliwi. Nie przeszkadzało mu, gdy znajomi mówili „Jesteś szalony”, jeśli w euforii zdarzyło mu się zapomnieć i krzyknąć: „Spójrz na Dżabal Zalagh! Chmura usiadła sułtanowi na ramieniu!”. Po prostu następnym razem próbował pamiętać, by wziąć pod uwagę ich świat i odnosić swoje opowieści do czegoś, co ich interesuje. Wtedy się śmiali, a on był szczęśliwy.

Dziś nad Dżabal Zalagh nie było chmur. Drzewa oliwne odcinały się wyraźnie na tle pięknego, jednolicie błękitnego nieba, a niezliczone wąwozy brużdżące nagie zbocza wypełniały się już gęstymi cieniami późnego popołudnia. Droga wijąca się po jednym z okrągłych wzniesień u stóp wzgórza wyglądała jak nitka; maleńkie białe figurki wspinały się po niej powoli na szczyt. Amar przez chwilę stał i przyglądał się im – to wieśniacy wracali do swoich osad. Przez moment gorąco pragnął być kimś innym, jednym z nich, i wieść proste anonimowe życie. Zaczął to sobie wyobrażać. Jako dżibli, wieśniak, dzięki swojemu sprytowi – bo wiedział, że jest sprytny – mógłby szybko zgromadzić więcej pieniędzy niż ktokolwiek w jego kabili[15]. Skupowałby ziemię, zatrudniał coraz więcej ludzi, by na niej pracowali, a gdyby Francuzi chcieli ją odkupić, odrzuciłby ich ofertę niezależnie od tego, jak byłaby wysoka. Chłopi darzyliby go ogromnym szacunkiem; jego imię stawałoby się coraz bardziej sławne, mężczyźni odwiedzaliby go jako kadiego[16], by prosić o pomoc i radę, a on by im wspaniałomyślnie pomagał. Pewnego dnia pojawiłby się i Francuz, by uczynić go ka’idem[17]; Amar widział samego siebie, jak śmieje się dobrodusznie i lekko oznajmia: „Jestem już dla swoich ludzi kimś więcej niż ka’idem. Po co miałbym cokolwiek zmieniać?”. A Francuz, niczego nie rozumiejąc, wysuwałby najróżniejsze nielegalne propozycje – oferowałby procent od podatków, dziewczęta z odległych plemion, zagajnik pomarańczy tutaj, gospodarstwo tam, akt własności domu w Ad-Dar al-Bajdzie[18] i olbrzymie ilości gotówki, Amar jednak śmiałby się tylko wesoło i mówił, że nie pragnie nic oprócz tego, co już ma – nic, oprócz szacunku swych ludzi. Francuz byłby zdumiony (bo czyż kiedykolwiek Marokańczyk powiedział coś takiego?) i odszedłby ze strachem w sercu, a wieść o potędze Amara rozniosłaby się szybko i daleko, aż w Ghafsaju i Taunacie wszyscy usłyszeliby o młodym dżiblim, którego Francuzom nie udało się przekupić. I pewnego dnia nadeszłoby jego szczęście. Sułtan posłałby po niego w tajemnicy, by doradzał mu w sprawach regionu, który tak dobrze zna. Amar zachowywałby się wobec władcy skromnie i z szacunkiem, ale nie uniżenie, a sułtan uznałby to za bardzo osobliwe i czułby się nieco dotknięty, dopóki Amar nie dałby mu w kilku słowach do zrozumienia, iż nie korzy się przed nim, ponieważ wie, że sułtanowie, choć wielcy, są tylko ludźmi, tak samo śmiertelnymi i omylnymi jak wszyscy. Władca byłby pod wrażeniem mądrości Amara i tego, iż miał odwagę ją okazać, i zaprosiłby go, by został u jego boku. Krok po kroku, dzięki słówku szepniętemu tu i tam, stałby się sułtanowi droższy niż sam Al-Muchri. A potem nadszedłby czas kryzysu, gdy władca nie potrafiłby podjąć żadnej decyzji. Amar byłby gotów. Bez wahania wkroczyłby do akcji i przejął kontrolę. Mogłyby wówczas pojawić się pewne problemy. Rozwiązałby je jak każdy wielki człowiek – stawiając wszystko na jedną kartę. Ujrzał, jak z przykrością wydaje rozkaz egzekucji sułtana; to konieczne ze względu na dobro ludu. Poza tym sułtan jest tylko Alawitą[19] z Tafilaltu, czyli, najprościej rzecz ujmując, uzurpatorem. Wszyscy o tym wiedzą. Mnóstwo Marokańczyków ma większe prawo do sprawowania rządów, w tym rodzina Amara, Idrysydzi[20], potomkowie pierwszej dynastii, jedynych prawowitych władców kraju.

Odległe postaci wspinały się z wolna po zboczu. Najpewniej będą szli przez całą noc i dotrą do domów dopiero po świcie. Dobrze wiedział, jak żyją ludzie na wsi; spędził wiele miesięcy w gospodarstwie ojca w Dżaradzie, zanim musieli je sprzedać. Przyjeżdżali tam co roku, by odebrać swoją część zbiorów. Żartobliwe lekceważenie, z którym mieszkańcy miast traktują chłopów, w przypadku Amara równoważył szacunek. Podczas gdy miastowi rozpowiadają o swoich zamiarach wszem wobec, wieśniacy po prostu bez słowa biorą się do rzeczy i robią, co do nich należy.

Wciąż stał, spoglądając na bezmiar nagiej, spalonej słońcem ziemi i podążając wzrokiem za małymi figurkami na zboczu, i zastanawiał się nad rozmiarem swojego nieszczęścia. Gdyby tylko trzy dni wcześniej w alei Maulaja Abd Allaha jego starszy brat nie odwrócił głowy w tej jednej chwili, Amar mógłby teraz pływać w rzece, grać w piłkę gdzieś przy Bab al-Futuh albo po prostu siedzieć spokojnie na dachu i grać na flecie, nie odczuwając brzemienia strachu. Ale Mustafa się odwrócił i zobaczył go w tamtym zakazanym miejscu, wśród wymalowanych kobiet. Na następny dzień podszedł do niego i zażądał dwudziestu riali. Amar nie miał pieniędzy i nie miał jak ich zdobyć. Obiecał Mustafie, że będzie płacił stopniowo, gdy tylko coś zarobi. Ale brat, równie bystry co bezlitosny, miał plan i nie interesowała go przyszłość. Nie zamierzał donosić na Amara; to rozumiało się samo przez się. Ich ojciec bardziej gniewałby się na kapusia niż na wydanego. Tego ranka Mustafa spytał Amara: „Masz pieniądze?”, a kiedy chłopak pokręcił głową, powiedział: „Będę w kawiarni Hamadiego o zachodzie słońca. Przynieś je albo strzeż się ojca, gdy wrócisz do domu”.

Nie miał pieniędzy; nie zamierzał iść do kawiarni i wysłuchiwać kolejnych gróźb. Wolał pójść prosto do domu i dostać lanie, by z czegoś, co dopiero ma nadejść, stało się ono sprawą przeszłości. Usłyszał za sobą ostrzegawczy dźwięk dzwonka rowerowego, odwrócił się i zobaczył znajomą twarz. Chłopak się zatrzymał, Amar usiadł na ramie i pomknęli przez ostre zakręty, raz w jedną, raz w drugą, a Dżabal Zalagh nad zalaną słońcem doliną wznosił się raz z lewej, raz z prawej strony.

– Jak hamulce? – spytał Amar.

Pomyślał, że przyjemniej byłoby zostać katapultowanym do rowu albo stoczyć się po zboczu niż trafić bezpiecznie do domu. Za cokolwiek ojciec miał go ukarać, może by mu wybaczył, gdyby Amar trafił do szpitala.

– Hamulce są w porządku – odparł chłopak. – Co jest? Boisz się?

Amar zaśmiał się pogardliwie. Pokonali most i wjechali na płaski teren. Chłopiec zaczął pedałować. Gdy dotarli do prowadzącego pod górę odcinka między doliną rzeki a skrzyżowaniem z drogą do Tazy, było mu już zbyt ciężko. Amar zeskoczył, pożegnał się i poszedł skrótem przez zagajnik granatowców. Nigdy nie miał roweru; jako syn zubożałego fakiha[21] nie mógł nawet o nim marzyć. Pieniądze zarabiali tylko ci, co kupowali i sprzedawali. Na rowery mogli sobie pozwolić synowie sklepikarzy; Amar co najwyżej czasem je od nich pożyczał, ponieważ ludzie, których Si Driss leczył swoimi świętymi słowami i zaklęciami, z reguły mieli jedynie drobniaki, a gdy czasem po radę przyszedł jakiś bogacz i próbował wręczyć ojcu Amara większą kwotę, ten stanowczo odmawiał.

– Jeśli zawdzięczasz pieniądze Allahowi – mawiał – nie kupujesz maszyn i innych nazarejskich głupot. Kupujesz chleb i dziękujesz, że możesz to zrobić.

– Hamdullah[22] – odpowiadał Amar.

Zatrzymał się w kawiarni w Bab al-Futuh i przez kilka minut przyglądał się grze w karty. Wreszcie w ponurym nastroju ruszył do domu. Wpuszczając go, matka rzuciła mu znaczące spojrzenie. Zobaczył ojca przy studni na dziedzińcu. Mustafy nigdzie nie było.

12Allem – nauczyciel, mistrz (dialekt marokański; arab. mu’allim; przyp. kons.).

13Szurfa – tytuł noszony przez władców Mekki, potomków Mahometa (dialekt marokański; arab. szarif; przyp. kons.).

14 Błogosławieństwo; dar, którym Allah obdarzył Mahometa.

15Kabila – plemię.

16Kadi – sędzia.

17Ka’id – wódz plemienia lub frakcji.

18 Ad-Dar al-Bajda – dosł. biały dom; Casablanca.

19 Alawici – dynastia, która panuje w Maroku od 1631 roku do dziś.

20 Pierwsza muzułmańska dynastia, która panowała w Maroku.

21Fakih – specjalista w dziedzinie prawa muzułmańskiego.

22 Bogu (Allahowi) niech będą dzięki (dialekt marokański; arab. al-hamdu li-(A)llah; przyp. kons.).

2

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

3

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Księga druga

Koniec z grzechami

Mówisz, że jedziesz do Fezu, Ale skoro mówisz, że jedziesz do Fezu, To znaczy, że nie jedziesz. Dowiedziałem się jednak, że jedziesz do Fezu.

6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

10

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

11

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

12

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

13

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

14

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Księga trzecia

Godzina jaskółek

Moim zdaniem nie ma nic wspanialszego niż bycie obcym. Obracam się więc pośród istot ludzkich, ponieważ nie są takie jak ja, a mówiąc precyzyjniej dlatego, że jestem pośród nich obca.

Pieśń jaskółki z Księgi tysiąca i jednej nocy

15

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

16

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

17

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

18

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

19

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

20

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

21

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

22

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

23

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Księga czwarta

Schodami w dół

Zapytał żądający wyjaśnienia o karę spadającą Na niewiernych – której nikt oddalić nie potrafi – Pochodzącą od Boga, władcy stopni.

Koran[160]

160Koran, PIW, Warszawa 1986, przeł. J. Bielawski.

24

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

25

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

26

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

27

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

28

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

29

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

30

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

31

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

32

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

33

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

34

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

35

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.