Dom nad jeziorem. Porywająca opowieść o miłości, stracie i skrywanej tajemnicy - Tasmina Perry - ebook
lub
Opis

Czy da się zapomnieć o pierwszej miłości?

Ujmująca opowieść w scenerii rodem z Przeminęło z wiatrem!

Rok 1994. W Savannah jest upalne lato, które niesie ciepłą bryzę i zapach różaneczników. Kiedy młody student Jim spędza tam ostatnie przed wyjazdem na studia wakacje, nawet nie przypuszcza, że tak bardzo odmienią jego życie. Poznaje uroczą Jennifer Wayatt, córkę właściciela sąsiedniej posiadłości. Zakochują się w sobie bez pamięci, ale wspólne marzenia i plany rozpadają się jak domek z kart przez tragedię, która na zawsze zmieni życie spokojnego miasteczka.

Rok 2008. Jim odnosi spektakularne sukcesy w branży hotelarskiej i pnie się po szczeblach kariery. Nigdy nie wracał do miejsca, w którym spędził najważniejsze lato życia, choć jego myśli czasem krążą wokół tych wspomnień. Jego uczucia zostaną wystawione na próbę, kiedy jego szef zleca mu wykupienie dom nad jeziorem, w którym kiedyś mieszkała rodzina Jennifer. Kiedy ponownie ją spotyka, zaczyna rozumieć, że nigdy nie przestał jej kochać.

Czy powrót do przeszłości pomoże wyleczyć złamane serce i naprawić błędy młodości?

__

O autorce:

Tasmina Perryporzuciła karierę prawniczą, aby spełniać się w dziennikarstwie kobiecym. Pisywała do najbardziej prestiżowych magazynów, takich jak m.in. „Glamour”. Pracowała jako zastępca redaktora czasopisma „InStyle”. Była również pomysłodawczynią gazety modowo-podróżniczej „Jaunt”. Jej książki zostały wydane w osiemnastu krajach, a wszystkie powieści znalazły się na bestsellerowej liście "Sunday Times". Mieszka w Surrey z mężem i synem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 403

Popularność


Tę książkę dedykuję mojemu

Słowa uznania dla Domu nad jeziorem

Jedna z najlepszych pozycji lata 2016 roku.

„Red”

Ta uwodzicielska i tajemnicza powieść doskonale umili letnie popołudnie.

„Daily Express”

Ukryte sekrety, utracone miłości, zdrada i złamane serca sprawią, że czytelnik nie będzie mógł się oderwać od tej intrygującej i klimatycznej historii miłosnej.

„Sunday Express S”

Pięknie sugestywna, niezwykle romantyczna i absorbująca opowieść. Czysta rozkosz.

„Heat”

Klasyczna historia o nieszczęśliwych kochankach, z mrocznym wątkiem. Barwnie opowiedziana, zawiera mnóstwo niespodzianek.

„Good Housekeeping”

Trzymający w napięciu romans.

„Glamour”

Klimatyczna i wciągająca.

„Sunday Mirror”

>Wciągająca… znakomicie napisana. Zachwyciła mnie.

„Daily Mail”

Fantastyczna lektura, doskonałe połączenie romansu z dramatem.

„Irish Country Living”

Wzruszająca i oszołamiająca opowieść o miłości i zawiłych sekretach.

„LoveReading”

Tajemnica, intryga i romans łączą się tutaj w genialną lekturę.

„Fabulous”

Prolog

Nikt nie zapomina lata spędzonego w Casa D’Or. Pamiętasz je tak wyraźnie, że nie musisz nawet zamykać oczu, żeby przypomnieć sobie silną, ciepłą bryzę, zapach różaneczników i przyklejające się do opalonej skóry powietrze.

Ludzie zastanawiają się, dlaczego tu zostajemy w okresie od czerwca do września, gdy jest tak gorąco i wilgotno. Popołudniowe burze zamieniają wówczas niebo w czarne skrzydło szpaka, a deszcz potrafi w mgnieniu oka oblać dom. Pytają, dlaczego nie wyjeżdżamy na chłodniejsze plaże na północy lub do kosmopolitycznych miast Europy – Paryża, Londynu lub Rzymu. Ale oni nigdy nie byli w Casa D’Or. Nie poczuli tej magii.

Chociaż każde lato w Casa D’Or jest wyjątkowe, to jednak niektóre z nich w szczególny sposób wyróżniają się na tle innych, a wspomnienia z nimi związane mocniej zapadają w pamięć. Tak jak to, w trakcie którego zbudowaliśmy huśtawkę ogrodową nad jeziorem i spędziliśmy tam cały lipiec, popijając mrożoną herbatę brzoskwiniową i skacząc do wody. Albo to, kiedy popłynęliśmy Księżycową Rzeką o zmierzchu, a zachód słońca był tak olśniewający, że mieliśmy wrażenie, jakbyśmy byli otoczeni ogniem.

Ale już teraz wiem, że to lato przyćmi je wszystkie. Bo to właśnie tego lata cię poznałam. Tego lata poczułam się żywa i w końcu zrozumiałam, jak to jest, gdy miłość uszczęśliwia, uderza do głowy i sprawia, że świat, w którym nie ma ciebie, przestaje dla mnie istnieć. Jak mogłabym zapomnieć tę chwilę, gdy pocałowałeś mnie nad jeziorem lub po raz pierwszy wziąłeś mnie za rękę, a nasze dłonie wydawały się tak idealnie do siebie pasować?

Chodzi mi po głowie pewna piosenka z Lata Miłości* i zastanawiam się, czy tak właśnie się czuli ludzie w San Francisco w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku – upojeni tym poczuciem nowości, seksem i wolnością?

Tylko że ja w niczym nie przypominam hippisek ani palaczy marihuany. Nie mogę wyrazić swoich uczuć do ciebie na paradzie z transparentem pod ratuszem. To nie tylko lato wyjątkowych wspomnień, ale także sekretów, które dodają mu pewnego dreszczyku niebezpieczeństwa.

W głębi serca wiem, że to się nie skończy dobrze. Śmietana zawsze kwaśnieje, a słońce zachodzi.

Wyczuwam unoszącą się w powietrzu burzę. Nad jeziorem zbierają się ciemne chmury. Światło w twoim pokoju jest włączone – widzę, jak migocze na drugim brzegu jeziora, a gdy zmrużę oczy, jestem w stanie dostrzec twoją sylwetkę, kuszącą mnie zakazaną obietnicą. Chcę się z tobą spotkać, zanim zacznie padać.

* Lato Miłości (ang. Summer of Love) – zjawisko społeczne, które nastąpiło latem 1967 roku w San Francisco, gdzie zebrało się 100 000 hippisów (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

Rozdział 1

Szkockie Highlands, sylwester

Na zatłoczonych wałach ochronnych na chwilę zapanowała cisza. Wstrzymano rozmowy i oddechy, przechylono głowy. A wtedy to usłyszeli: łagodne uderzenie zegara kościelnego w wiosce Munroe wybijającego północ.

Szast!

Pierwsza rakieta wzbiła się z sykiem w niebo, po czym nastąpiły owacje i radosne okrzyki. Na czarnym niebie rozbłysły szkarłatne fajerwerki, a gdy kolorowa pajęczyna opadła z powrotem na ziemię, z ukrytych głośników rozległa się pieśń Auld Lang Syne*. Nowy Rok.

Wszyscy obecni na kamiennej balustradzie obejmowali się i całowali. Każdy dzielił tę chwilę z ukochaną osobą lub znajdującym się pod ręką nieznajomym, wymieniał z kimś szeptem jakieś słowa albo dobre życzenia. Z wyjątkiem Jima Johnsona, który spojrzał na zegarek, a potem na niebo. Osiemnaście i pół minuty – tyle ma trwać pokaz pirotechniczny, a potem zespół w sali balowej znów musi być na pełnych obrotach.

– Hej, Jim, niesamowita impreza – usłyszał.

Podniósł wzrok i uścisnął podaną mu rękę. To był Douglas Strand, wielka szycha w sektorze ropy i gazu oraz znana postać w szkockiej polityce. Jim uśmiechnął się na myśl o tym, że Strand spędza sylwestra w tym miejscu, a nie na balkonie z widokiem na Princes Street.

– Dzięki, Doug – powiedział, poklepując Stranda po plecach. – Rozpuścisz wieści?

Mężczyzna szklanką wskazał pokrzykujący, roześmiany i rozentuzjazmowany tłum na zamkowym dachu.

– Nie sądzę, żebym musiał to robić po dzisiejszej nocy – odrzekł. – Myślę, że jest tu każdy, kto miał się dowiedzieć o tym miejscu.

Jim uścisnął jeszcze więcej rąk i przyjął nietrzeźwe poklepywania, schodząc po schodach w kierunku Wielkiej Sali, największej ozdoby Munroe. To olśniewające atrium jeszcze kilka tygodni temu było jedynie brukowanym podwórzem zamkowym. Bruk pokryto drewnem dębowym i dywanami, a stare ściany nabrały cieplejszego i łagodniejszego charakteru dzięki zasłonom, dziełom sztuki i ukrytemu oświetleniu. Obserwując twarze gości, Jim zauważył, jakie wrażenie wywarło na nich to zapierające dech w piersi, eleganckie wejście do nowego europejskiego hotelu. Uroczyste otwarcie obiektu okazało się sukcesem pod każdym względem.

„A przynajmniej jak dotąd” – pomyślał, rozmasowując niewielkie napięcie w karku.

– Celine – powiedział, dostrzegając kobietę w czerwonej sukni balowej przy barze. – Dziękuję, że się zjawiłaś.

Głowy gości zwróciły się ku nim, gdy uderzająco piękna brunetka pocałowała go w policzek. Chociaż Celine Wood zbliżała się do czterdziestki, wciąż była jedną z najbardziej popularnych modelek na świecie, dlatego też nakłonienie jej do przyjazdu do Szkocji okazało się mistrzowskim posunięciem.

– Szczęśliwego nowego roku. Nie idziesz podziwiać fajerwerków?

– Przyszłam na drinka. Poczęstuj się. Wyglądasz, jakbyś tego potrzebował – stwierdziła, podając mu kieliszek szampana.

– Na zdrowie – rzekł i pociągnął łyk. – Nie spałem od czterdziestu ośmiu godzin.

– No cóż, wyglądasz wspaniale, jak zawsze – orzekła, wycierając ślad szminki z kącika jego ust. – Jeszcze wspanialej niż Munroe.

Jim uśmiechnął się nerwowo, zastanawiając się, czy czasem Celine Wood nie zaleca się do niego. Być może nawet już wcześniej flirtowali ze sobą, ale w kontakcie z ludźmi z show-biznesu nigdy nie był pewien, jak odróżnić zwykłą interakcję od takiej, która dawała zielone światło dla czegoś więcej. Wiedział jednak, że nie zamierza zrobić z siebie głupka, usiłując się tego dowiedzieć.

– Panie Johnson, czy mogę prosić na słówko? – usłyszał.

Zmarszczył brwi, gdy podszedł do niego konsjerż.

– Przy bramie wjazdowej jest pewne zamieszanie – oznajmił.

– Zamieszanie? – Jim szybko pozbył się swojego drinka.

Celine nie spuszczała z niego wzroku.

– Problemy z bezpieczeństwem, proszę pana. Myślę, że powinien pan tam pójść i się tym zająć.

Jim spojrzał na Celine, która wykrzywiła z niezadowoleniem swoje słynne ponętne usta.

– Muszę iść – oświadczył, dotykając jej ramienia.

– Możesz tego później potrzebować – szepnęła, wkładając mu coś do kieszeni. – W razie czego wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Zacisnął wargi, zapiął smoking i podążył za konsjerżem do biura dyrektora po drugiej stronie korytarza, pozwalając sobie szybko rzucić okiem za siebie w stronę Celine. Ale modelki nie było już przy barze. Może to i lepiej.

Zaprowadzono go przed monitor, a oczy wszystkich obecnych były zwrócone na niego.

– Co się dzieje? – spytał, patrząc na migoczący czarno-biały obraz z kamery.

– Problem przy bramie wjazdowej – powiedział szef ochrony Munroe. – Powiedzmy, że ten dżentelmen jest nieco nadpobudliwy. Mówi, że nazywa się lord Brodie. Domaga się, żeby go wpuszczono.

– O Boże – mruknął Jim, patrząc z przykrością na monitor.

– Zna go pan? – zapytał konsjerż.

– Tak.

– Powinniśmy go wpuścić?

– Nie w tym stanie.

– Więc co mamy zrobić?

Jim spędził ostatnie czterdzieści osiem godzin z ludźmi, którzy wciąż domagali się od niego jakichś odpowiedzi. Nowo mianowany dyrektor generalny Munroe, firma PR, dyrektor do spraw marketingu, dyrektor do spraw komunikacji, dyrektor generalny Omari Hotels, jego pracodawcy – wszyscy czegoś od niego chcieli, a on prawie nie spał od przybycia do Szkocji dwa dni temu, przez co teraz miał wrażenie, że jest na granicy wytrzymałości.

– Zamów mu taksówkę, a potem podejdź do bramy i upewnij się, że taksówkarz zabierze go, dokąd tylko zechce – powiedział, będąc już w połowie drogi do wyjścia. – Byle daleko stąd.

Spojrzał na zegarek: jeszcze sześć minut do końca fajerwerków. Poszedł do sali balowej i sprawdził bufet. Uzupełniono go o kaczkę, dziczyznę i pstrąga, a wszystko to lśniło w blasku świec. Dobrze.

Wiedział, że powinien poszukać kobziarza, który miał zagrać z murów obronnych po wejściu tłumu do środka, ale doszedł do wniosku, że to może jeszcze chwilę poczekać.

Chwycił otwartą butelkę szampana i wymknął się korytarzem przez zamek, docierając do bramy z kutego żelaza, która prowadziła do otoczonego murem ogrodu Munroe. Pchnął drzwi i wszedł do środka wdzięczny za to, że jest sam.

– Szczęśliwego nowego roku, Jim – mruknął do siebie, siadając na zimnej kamiennej ławce. Zasalutował butelką w stronę fajerwerków, po czym wziął łyk. Zdawał sobie sprawę, że większość ludzi nie lubi pracować w sylwestra, ale musiał przyznać, że sam to uwielbia. Naturalnie to zamek był gwiazdą tej nocy, lecz on też rozkoszował się uwagą, pełnymi podziwu spojrzeniami i poklepywaniem po plecach.

Znalazł to miejsce zaledwie osiemnaście miesięcy temu. Jechał na polowanie na kuropatwy, skręcił w złą stronę i natknął się na popadającą w ruinę szkocką budowlę należącą do starszego lorda. Jako menadżer do spraw inwestycji hotelowych z ponad piętnastoletnim doświadczeniem od razu dostrzegł potencjał tej posiadłości znajdującej się przy obrośniętym wrzosem jeziorze. Nie marnując ani chwili, skontaktował się z Brodiem, żeby zapytać go, czy jest gotów ją sprzedać. Początkowo staruszek nie chciał z nim negocjować, ale w końcu Jim go przekonał. A teraz, nieco ponad rok później, posiadłość stała się najbardziej atrakcyjnym hotelem w Europie i ukoronowaniem kolekcji hotelowej firmy.

Pijąc szampana z na wpół opróżnionej butelki, poczuł ukłucie winy, że Richard Brodie został wyproszony z imprezy. Postanowił zadzwonić do niego nazajutrz i zaprosić go na grzecznościowy wieczor w Munroe. Wciąż jednak miał wrażenie, że nie zachował się do końca honorowo, więc zdecydował, że nawet zagra z nim w golfa.

Wsunął rękę do kieszeni i odnalazł w niej przedmiot, który kilka minut wcześniej włożyła tam Celine Wood. Wspominając chwilę, kiedy sugestywnie wytarła szminkę z jego ust, spodziewał się, a może nawet miał nadzieję, że będzie to jej numer telefonu. A jednak wyciągnął paczuszkę z kokainą.

Kusiła go przez chwilę, ale potem parsknął cicho, odzyskując trzeźwość myślenia. Narkotyki klasy A w niczym mu nie pomogą.

– Tak myślałem, że to ty zniknąłeś tu w ciemnościach – powiedział głęboki głos z obcym akcentem.

– Simon. – Jim wstał, wpychając paczuszkę do kieszeni na widok swojego szefa. – Przepraszam, potrzebowałem tylko chwili wytchnienia.

– Usiądź wygodnie – odparł Simon Desai, machając niecierpliwie ręką.

Prezes globalnego konglomeratu z siedzibą w Bombaju, do którego należały Omari Hotels, rozpiął guzik w smokingu i usiadł obok Jima, który nie mógł się powstrzymać od uśmiechu samozadowolenia. Właśnie ucinał sobie pogawędkę w sylwestra z jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Oczywiście należało przyznać, że był tylko wynajętym pomocnikiem, ale i tak uważał to za całkiem niezły sukces jak na czterdziestolatka.

– A więc udało ci się – rzekł w końcu Simon.

– To nam się udało. Dzięki twojemu zaangażowaniu. – Jim poświęcił co prawda cały swój czas na prace renowacyjne, ale wiedział, że udało mu się stworzyć luksusowy, w pełni funkcjonalny hotel tylko dzięki temu, że Simon zechciał w niego zainwestować.

Często zastanawiał się, dlaczego szef zajmuje się hotelami butikowymi. Jego imperium było olbrzymie i obejmowało wszystkie gałęzie przemysłu, począwszy od stali, a skończywszy na napojach gazowanych, a Jim był pewien, że wszystkie te firmy były bardziej dochodowe i mniej ryzykowne niż Omari. Ale zrozumiał to w chwili, gdy deszcz złotego światła rozświetlił czarne niebo niczym opalizująca wierzba, a fajerwerkowi zawtórował śmiech.

– Hotele są magiczne, Jim – oznajmił Simon, jakby czytał mu w myślach. – Jako dzieciak spałem na materacu na podłodze z dwoma braćmi. W naszym domu nie było bieżącej wody ani nawet szyb w oknach. Ale ten widok… Gdybyś tylko mógł to zobaczyć…

Westchnął cicho, po czym kontynuował:

– Z naszego ganku widać było wieżyczki Jaipur Palace, najpiękniejszego hotelu w prowincji, i co noc zastanawiałem się, jak jest w środku, jak miękkie są tam łóżka i co podają na kolację. Wkrótce samo zastanawianie się przestało mi wystarczać. Postanowiłem osobiście to sprawdzić, więc przez dwa lata odkładałem pieniądze na wynajęcie najmniejszego pokoju na jedną noc.

– Spełnił twoje oczekiwania? – Jim się uśmiechnął.

– Tak. Czułem się jak król. Pomyślałem: „A gdyby tak każdy mógł to mieć? A gdyby królewskie życie było dostępne dla wszystkich, choćby tylko na jedną noc?”. No i od tego się wszystko zaczęło. Po dziesięciu latach kupiłem Jaipur Palace.

– Ależ z ciebie stary romantyk – zauważył Jim z uśmiechem i wypił resztkę szampana.

– Byłem sprytnym biznesmenem. – Simon wzruszył ramionami z nostalgicznym wyrazem twarzy.

Milczeli przez chwilę.

– No dobrze, co teraz? – zapytał Simon nieco bardziej szorstko.

Jim odchrząknął.

– No cóż, w Hvarze jest świetna nieruchomość. Osobiście uważam, że to nowe Saint-Tropez. To nadbrzeże o powierzchni dwudziestu pięciu akrów…

Simon potrząsnął głową.

– Mamy już cztery najlepsze nieruchomości w Europie, Jim. Dzielą je od siebie dwie godziny drogi. Potrzebujemy się rozwijać w Ameryce Północnej.

– Ameryka to nasycony rynek.

– Na pewno dojrzały – zgodził się Simon. – A jednak jest to największy rynek turystyczny na świecie.

– O jakim miejscu myślisz?

– O takim, gdzie jest ciepło przez cały rok. Kiedy w Hudson będzie minus piętnaście stopni, chcemy, żeby ludzie z Nowego Jorku i Waszyngtonu mogli uciec gdzieś, gdzie nie trzeba wkładać puchowych kurtek.

– Floryda? – zasugerował Jim. – Większość interesujących nieruchomości w Miami została już sprzedana i musielibyśmy zapłacić ogromne pieniądze za nędzny kawałek wybrzeża.

Simon położył mu dłoń na ramieniu.

– Nie interesują mnie te pryszcze przy plaży. Spójrz na to – powiedział, wskazując głową na mury obronne. – Wszystkie nieruchomości Omari mają swoją historię i znaczenie.

Zamilkł na chwilę.

– Myślałem o Głębokim Południu – ciągnął. – Szerokie tarasy, mrożona herbata i lniane stroje. Czyli to, o czym marzyłem, gdy byłem dzieckiem. To, co sprawiało, że czułem się jak król.

Jim potarł podbródek, poruszony nagłym, niewygodnym wspomnieniem.

– Mam na myśli wielki dom na plantacji na Głębokim Południu, do którego prowadzi kilometrowa aleja porośnięta drzewami i tymi roślinami, które wyglądają jak pajęczyny – kontynuował Simon.

– Mech hiszpański – podpowiedział Jim, zerkając na niego.

– No to wiesz dokładnie, jakiego rodzaju posiadłości szukam – stwierdził Simon i sięgnął do kieszeni po telefon.

W tym momencie Jim poczuł silną falę niepokoju.

– Simonie, fajerwerki się kończą, muszę iść sprawdzić bar, zgubiłem gdzieś kobziarza…

– Myślę o takiej posiadłości. – Simon zignorował jego obiekcje i postukał w ekran. Jim zmarszczył brwi na widok budynku, który zobaczył.

– To jest Tara. Dom z Przeminęło z wiatrem – powiedział, rozpoznając kultową rezydencję na plantacji.

– Powiedz mi, co wiesz o tym domu – zażyczył sobie Simon.

Jim poczuł, jak drży na zimnym nocnym szkockim powietrzu.

– No cóż, to styl grecki z początku dziewiętnastego wieku. Pełne wdzięku proporcje, niski dach dwuspadowy. Domy tego rodzaju zaczęto budować jako wyraz buntu wobec stylu brytyjskiego, stąd te filary, które są ukłonem w stronę greckiej architektury. Były popularne wśród bogatych biznesmenów z Głębokiego Południa, hodowców bawełny, dlatego też nazywano je domami na plantacjach. Jeśli się dobrze przyjrzysz, zobaczysz ich ciemniejszą stronę – chaty niewolników na terenie posiadłości i tym podobne.

– Znasz się na rzeczy.

– Spędziłem lato w takim domu.

Simon spojrzał na niego zaintrygowany.

– Gdzie to było?

– Tuż za Savannah. W Georgii – odparł Jim, rozdarty między wewnętrznym dyskomfortem a chęcią zaimponowania szefowi.

– Czy to był dom twojej rodziny?

– Ależ skąd. – Jim roześmiał się niezręcznie.

– Czyż twój ojciec nie jest znanym pisarzem? – spytał Simon. Pracowali ze sobą trzy lata i dopiero teraz po raz pierwszy zapytał o prywatne życie Jima.

– Większość pisarzy nie może sobie pozwolić na takie domy jak Casa D’Or – odparł Jim, wpatrując się w zimny kamień pod swoimi stopami.

– Casa D’Or – powtórzył Simon. – Cóż za piękna nazwa. Co oznacza?

– Dom ze złota.

Simon zaczął pisać na klawiaturze i na ekranie pojawiło się zdjęcie, pod wpływem którego Jim poczuł, jak palą go w gardle pozostałości po alkoholu, który właśnie wypił.

– Czy to ten? – zapytał Simon.

Nie czekając na odpowiedź, wskazał wyświetloną stronę internetową.

– Casa D’Or była zimowym domem Davida Darlinga, amerykańskiego magnata i kolekcjonera sztuki – zaczął czytać na głos. – Uważano ją za jeden z najwspanialszych domów rozrywkowych dwudziestego wieku, obok Hearst Castle i Biltmore. W latach czterdziestych została sprzedana rodzinie Wyattów.

Podniósł wzrok. Ekran oświetlał jego twarz, na której widniała chęć posiadania, jaką Jim widział już wcześniej.

– Czy nadal należy do Wyattów?

– Z tego, co wiem, to tak. Ale minęło dużo czasu, odkąd tam byłem.

– Ale znasz tych ludzi?

Jim wziął głęboki oddech.

– Znałem – odpowiedział po chwili, sztywniejąc.

– Myślisz, że go sprzedadzą?

– Simonie, to ich dom rodzinny. Wiesz, jak sentymentalni są ludzie, jeśli chodzi o takie miejsca.

Simon spojrzał na niego chłodno.

– Już nieraz widziałem, jak szybko znika ich sentyment w kontakcie z książeczką czekową.

– Tak, ale…

– Ale co, Jim? – zapytał Simon. – Czy jest coś, o czym mi nie mówisz?

„Nie masz nawet pojęcia” – pomyślał Jim, wstając.

– Sugeruję tylko, żebyśmy nie działali zbyt pochopnie. Casa D’Or nie jest jedynym domem na południu. Pozwól mi się w tym rozeznać i zobaczyć, jakie mamy możliwości. Posiadłości Omari muszą być absolutnie najwyższej klasy.

– Właśnie – powiedział Simon, wkładając telefon z powrotem do kieszeni. – Najwyższej klasy, a jeśli Casa D’Or jest wymieniana obok takich miejsc, jak Hearst Castle i Biltmore, to jestem naprawdę podekscytowany.

Jim poczuł, że traci kontrolę.

– Słuchaj, to miejsce ma swoją historię – zaczął ostrożnie. – Zdarzył się tam wypadek. Ktoś umarł…

Simon popatrzył w oczy młodszemu mężczyźnie, nie przejmując się jego obawami, a jego spojrzenie wskazywało na to, że interesuje go tylko zaspokojenie własnego pragnienia.

– Gdzie widzisz swoją przyszłość w tej firmie, Jamesie? – zapytał spokojnie. To było proste, a jednak wymowne pytanie. Simon był uczciwym pracodawcą, ale żaden miliarder nie dostał się na szczyt złotej piramidy bez pewnej bezwzględności. I chociaż Jim wyrobił sobie mocną pozycję w Omari, to jednak wiedział, że zgodnie z niepisaną zasadą nikt nie jest niezastąpiony.

– Uwielbiam pracować dla Omari – odrzekł po chwili. – To moje życie.

Simon skinął głową.

– Jesteś tu od samego początku i rozwijasz ten biznes. Chcę cię wynagrodzić za twoją wizję i lojalność.

– Pochlebia mi to, ale… – zaczął Jim.

– Żadnych ale. Chcę otworzyć najlepszy hotel na Głębokim Południu i ma to być Casa D’Or. Doprowadź do tego, a ja uczynię cię dyrektorem generalnym Omari Hotels.

Jim otworzył szeroko oczy.

– Dyrektorem generalnym?

Simon spojrzał na niego wymownie i przez chwilę oczy Jima również błyszczały pożądaniem. Potem z tarasu dobiegły głośne okrzyki i wiwaty. Simon uśmiechnął się i podniósł szklankę.

– No cóż, chyba powinieneś już iść i znaleźć tego kobziarza.

*Auld Lang Syne – szkocka pieśń ludowa, śpiewana tradycyjnie podczas sylwestra.

Rozdział 2

Jego pierwszą myślą było: „Potrzebuję nowych zasłon”. Słońce świeciło przez szwedzkie zasłony prosto na poduszkę, budząc go o wiele wcześniej, niż planował. „Wyłącz telefon” – to była druga myśl. Jim spojrzał na brzęczącą komórkę na nocnym stoliku. Na ekranie wyświetliła się litera „M”.

– Nie teraz – jęknął, wyłączając urządzenie i wciskając je pod poduszkę. Naciągnął kołdrę na głowę, ale wiedział, że już się rozbudził. To by było na tyle, jeśli chodzi o spanie do południa i czytanie gazety w trakcie tych kilku jakże wyczekiwanych godzin relaksu.

Drrrryń.

Znowu jęknął. Teraz dzwonek do drzwi.

Zsunął się z łóżka, chwycił szlafrok, podszedł do drzwi wejściowych i uderzył palcem w przycisk interkomu.

– Czego? – warknął zaspanym głosem.

– Jim, to ja. Wpuść mnie – dobiegł go niecierpliwy i zirytowany głos.

Cholera. Melissa. Zerknął na zegar nad kuchenką w otwartej kuchni i przetarł oczy. Już siedemnasta? Naprawdę jest aż tak późno?

– Psiakrew – mruknął, naciskając przycisk otwierania drzwi. Nie dość, że pracował w sylwestra, to jeszcze leżał w łóżku, gdy miała przyjść do niego jego dziewczyna. Nie był ekspertem od związków, a jednak wiedział, że zawalił.

Słyszał już dobiegające ze schodów kroki. Nie miał czasu na wymyślenie wymówki.

– Dlaczego nie odbierasz telefonu? – spytała Melissa, wchodząc do mieszkania.

– Przyleciałem późno w nocy z Inverness – odparł, tłumiąc ziewnięcie. – Wróciłem do domu dopiero o pierwszej i nie mogłem zasnąć.

– Naprawdę? Nie nabierasz mnie?

– Jestem wykończony, Mel. Munroe, otwarcie hotelu…

– Tak, wiem, że jest ci ciężko.

W jej głosie wyraźnie było słychać sarkazm.

– Szczęśliwego nowego roku – powiedział, po czym przyciągnął ją do siebie i pocałował delikatnie w usta. Przez chwilę stawiała opór, ale potem poczuł, że się odpręża.

– Tęskniłam za tobą – wyznała, wtulając mu się w szyję.

Jej włosy pachniały świeżo i słodko. To był zapach niepokoju i starań, który wzbudził w nim poczucie winy. Może powinien był ją zaprosić do Munroe. Ale przecież już na samym początku wyjaśnił jej, że praca jest dla niego priorytetem, a poza tym wieczorem zabierze ją na przyjęcie urodzinowe ojca, a to chyba coś znaczy.

– Wyglądasz świetnie – powiedział, cofając się, żeby na nią spojrzeć. Bladozielona, dobrze dopasowana sukienka sięgała jej do kolan, a blond włosy spływały na ramiona. Chciała zrobić odpowiednie wrażenie na jego rodzicach, ale i bez tego wyglądała niesamowicie seksownie.

– Myślisz? Nie byłam pewna, czy to będzie formalne przyjęcie.

– Literaci z Hampstead nie są znani z dobrego stylu. – Uśmiechnął się. – Większość z nich nosi muszki lub zjedzone przez mole blezery.

Wyglądała na zaniepokojoną.

– Uważasz, że za bardzo się wystroiłam?

– Uważam, że wyglądasz doskonale – oznajmił.

Przyciągnął ją do siebie.

– Chociaż nie mogę się doczekać, aż zobaczę cię później nagą – szepnął.

Odwiązała mu szlafrok i przycisnęła się do jego nagiej piersi, uśmiechając się szeroko.

– Dlaczego mielibyśmy odkładać to na później?

Taksówka zatrzymała się przed domem rodziców Jima w Hampstead prawie o dziewiętnastej trzydzieści, ale już można było odnieść wrażenie, że przyjęcie rozkręciło się na całego. W każdym oknie świeciło się złote światło i widać było sylwetki gości. Na wypolerowanych czarnych drzwiach wisiał ozdobny wieniec z ostrokrzewu, a od pokrytego lodem chodnika odbijał się blask ulicznej latarni. To wszystko sprawiało, że dom wyglądał jak obrazek z kartki bożonarodzeniowej stojącej na kominku Jima.

– Potrzymasz to przez chwilę?

Podał Melissie butelkę szkockiej, prezent urodzinowy dla ojca, i pochylił się, żeby zapłacić kierowcy. Gdy podniósł wzrok, była już na ulicy i patrzyła na dom.

– Ładne miejsce. Kiedy go kupili? – zapytała, gdy Jim zatrzasnął drzwi taksówki.

– W czasach, kiedy nie trzeba było pracować dwieście pięćdziesiąt lat na samą zaliczkę. Z góry przepraszam za mojego ojca, jeśli będzie próbował cię pocałować.

– Przecież już go poznałam.

– Tak, ale nie wiesz jeszcze, jaki jest nieznośny, gdy popija drinki i popisuje się na swoim terenie. – Jim z uśmiechem uderzył mosiężną kołatką w drzwi.

– Kochanie! Tak się cieszę, że przyjechałeś. Melisso, cudownie znów cię widzieć – przywitała ich matka Jima, która podeszła do nich i pocałowała syna, roztaczając wokół siebie zapach Chanel. Elizabeth Johnson zeszczuplała od ich ostatniego spotkania i wydawała się nieco bardziej wymizerowana, chociaż dobrze to ukrywała pod ozdobioną koralikami suknią koktajlową i nieodłącznymi, brzęczącymi bransoletkami.

– Wchodźcie – zaświergotała przez ramię, jakby prowadziła ich do zupełnie obcego budynku, a nie do domu, w którym dorastał Jim. – Znacie Tony’ego i Claire. Oczywiście Gillanowie też tu są.

Jim nie miał pojęcia, o kim mówi, ale był do tego przyzwyczajony. Ciągłe zmiany w literackim i artystycznym kręgu Elizabeth i Bryna Johnsonów oznaczały, że wszelkie sławy i zaszczytne nazwiska szybko były zastępowane przez inne. Tylko jego ojciec pozostawał stałym punktem, wokół którego wszystko się kręciło.

Był dokładnie tam, gdzie Jim spodziewał się go zastać – stał oparty łokciem o marmurowy kominek i gestykulował, trzymając na wpół wypełniony kieliszek, otoczony gronem admiratorów.

– Jimmy! – ryknął, przerywając w połowie swoją anegdotę. – Chodź, mój chłopcze. Zejdźcie mu z drogi.

Zamknął syna w niedźwiedzim uścisku, poklepując go po plecach.

– Drinka?

– Co świętujemy? – spytał Jim z uśmiechem.

Bryn Johnson spojrzał na niego, po czym zaśmiał się głośno.

– Johnsonowie zawsze przechodzą do sedna. Wszyscy pozostali niezręcznie unikają tego tematu, wciskając mi banialuki o wchodzeniu w złoty wiek i powtarzając, jak dobrze wyglądam.

– Rzeczywiście dobrze wyglądasz.

– Biorąc pod uwagę fakt, że dopiero co mnie kroili, faktycznie całkiem dobrze jak na chodzącego trupa.

Lubił prowokować – taką miał naturę. Naprawdę wyglądał dobrze, mimo zawału przebytego zaledwie cztery miesiące temu. Leżący na szpitalnym łóżku ojciec, z poszarzałą twarzą i rurkami wystającymi mu z nosa i piersi, ledwo przypominał samego siebie. Zawsze był silny jak byk, zarówno fizycznie, jak i w swoim podejściu do życia, więc jego słabość i bezbronność zaniepokoiły Jima bardziej, niż był gotów przyznać.

– Tato, pamiętasz Melissę.

– Oczywiście. Byliśmy razem na lunchu. Kaczka była bardzo smaczna, o ile dobrze sobie przypominam.

Melissa zarumieniła się, gdy podszedł do niej, żeby ją pocałować. Przez te wszystkie lata często komentowano fascynującą urodę Bryna Johnsona. Miał niezwykłe niebieskie oczy i kruczoczarne włosy. Nawet w wieku siedemdziesięciu lat nadal robił wrażenie na kobietach.

– To dla ciebie – powiedziała Melissa, podając mu butelkę szkockiej. Bryn przyjrzał się bacznie etykiecie.

– Dwudziestopięcioletnia Talisker. Bardzo miło. To muszą być moje urodziny. – Spojrzał na Jima. – A od ciebie nic nie dostanę?

– To od nas obojga – wyjaśnił Jim niezręcznie. – Sommelier z Munroe zdobył ją dla mnie. Jest świetna. Z dobrego rocznika. Jest tylko kilka tysięcy takich butelek – dodał, ale jego ojciec już umieścił alkohol na półce nad kominkiem.

– Francis, Edward, Peter, chodźcie tu. Nie poznaliście jeszcze Jamesa Johnsona. Owoc moich lędźwi. Czyż nie jest przystojny?

Bryn pospiesznie zapoznał syna z trzema mężczyznami: wydawcą, rzeźbiarzem i dramatopisarzem.

– Czy ty też zajmujesz się pisarstwem? – spytał Edward, żylasty, siwowłosy rzeźbiarz.

Jim pokręcił głową.

– Pracuję dla firmy deweloperskiej.

– Nieruchomości? Myślałem, że zajmujesz się poezją.

– Na uniwersytecie wykazywał ogromny talent literacki – wtrącił Bryn. – Saul, mój amerykański agent, zamierzał nawet podpisać z nim umowę, ale Jimmy nie chciał o tym słyszeć.

– To był dawno temu, tato.

– Zamiast tego stał się niewolnikiem płac. Skandaliczne, nieprawdaż? – Bryn wydał z siebie głośny śmiech.

Jim nie był pewien, czy ten komentarz miał go zranić. Ojciec potrafił być brutalny i bezlitosny, kiedy był w złym humorze. Atakował wówczas wszystkie aspekty osobowości rozmówcy, wzbudzając w nim poczucie bezwartościowości. A jednak wystarczyło zaledwie kilka serdecznych słów z jego ust, żeby podnieść kogoś na duchu. Całe dzieciństwo Jima oscylowało między tymi dwoma skrajnościami, choć ostatnimi czasy najbardziej obrywało mu się od ojca za karierę, na którą tak ciężko pracował, a do której starszy mężczyzna miał najwyraźniej ambiwalentny stosunek.

– Niezła frekwencja – zmienił temat Jim.

– To moja siedemdziesiątka.

– Przyjdzie Ian?

Ian McConnelly był ojcem chrzestnym Jima i przyjacielem Bryna z czasów Cambridge. Miał za sobą niezwykle udaną karierę – stworzył serię dziwacznych powieści komiksowych, które uznano za literackie następstwo humoresek P.G. Wodehouse’a o Jeevesie, ale Bryn w głębi duszy uznawał je za „populistyczne bzdury”.

– Muszę pogratulować mu tytułu szlacheckiego. To niesamowite – powiedział Jim, który otrzymał już wiadomość od swojego ojca chrzestnego i bardzo się cieszył jego sukcesem.

– Ktoś w pałacu prawdopodobnie się nad nim zlitował – stwierdził Bryn ze źle ukrywaną irytacją.

– Naprawdę?

– Alzheimer.

– Ian ma alzheimera? – Edward odwrócił się i dołączył do rozmowy.

– Mam nadzieję, że nie zapomniał o dzisiejszej imprezie. – Bryn zmarszczył brwi.

– Tato…

– Więc kto według was w tym roku dostanie Nobla? – zwrócił się do swoich kolegów.

Jim pokręcił głową i pociągnął Melissę za rękaw.

– Chodź, napijmy się – zaproponował.

– Co powiesz na wycieczkę po domu? – spytała, biorąc go pod rękę. – Chcę zobaczyć twój pokój z dzieciństwa.

Jim nie odwiedzał rodziców od kilku miesięcy, ale dom wyglądał dokładnie tak, jak zawsze. Gabinet ojca pachniał cygarami, a na korytarzach unosiła się lekko stęchła woń starych książek. Jego pokój również pozostał nietknięty. Pod oknem stał stos winylowych płyt w nieskazitelnym stanie. Na niebieskich ścianach nadal wisiał plakat czarno-białej okładki albumu Joy Division, a także psychodeliczny portret Hendrixa oraz tablica z biletami z Mud Club, Camden Palace i Wembley. Próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio był na jakimś występie lub koncercie na żywo. Kilka miesięcy temu zabrał paru klientów na kolację w Ronnie Scott’s Jazz Bar, ale nie był pewien, czy to się liczy. Melissa przeprosiła go i poszła do łazienki, a Jim skierował się do kuchni, żeby napełnić ich szklanki. Natknął się na matkę stojącą za kuchennym blatem i wsypującą orzechy nerkowca do szklanej miski. O dziwo, byli tam tylko we dwoje.

– Dobrze się bawisz? – zapytała, nie patrząc na niego.

Nigdy nie wynajmowała firm cateringowych, uznając to za stratę pieniędzy. Jak przystało na córkę oficera, miała praktyczne podejście do życia i uważała, że wszystko może zrobić sama, chociaż jej mąż domagał się, żeby ich przyjęcia robiły wrażenie na gościach.

– Tata chyba dobrze się bawi.

– Jest najszczęśliwszy w towarzystwie ludzi, których prawie nie zna.

Jim zaczął szukać w lodówce zimnego piwa.

– Słyszałem smutne wieści o Ianie.

– Wiem. Ale przynajmniej jest zachwycony swoim tytułem szlacheckim. Tylko nie wspominaj o tym przy ojcu.

– Już wspomniałem. Wydawał się rozdrażniony.

– Rozdrażniony? Zachowuje się jak niedźwiedź z bólem głowy, odkąd się o tym dowiedział.

– Ale przecież Ian jest jego przyjacielem. Powinien być z niego dumny.

– Teoretycznie – zauważyła łagodnie matka.

– Nie martw się, Melissa połechce jego ego. – Otworzył puszkę z sykiem i pociągnął długi, satysfakcjonujący łyk.

– Mała ślicznotka.

Jim podniósł wzrok i zauważył sardoniczny wyraz twarzy matki.

– Zamierzasz uczynić z niej uczciwą kobietę? – zapytała. – A może to tylko kolejny z twoich podbojów?

– Mamo.

– Nie rozumiem, dlaczego nie mogę o tym rozmawiać. W tym roku kończysz czterdzieści lat i nadal nie planujesz się ustatkować.

– To nie jest wyścig.

– Na szczęście.

Pomyślał o krótkim, intymnym momencie z Celine Wood na imprezie w Munroe. Co by zrobił, gdyby rzeczywiście włożyła mu do kieszeni swój numer? Nigdy nie zdradził żadnej ze swoich partnerek, ale teraz wciąż się nad tym zastanawiał.

Matka sięgnęła po butelkę wina i nalała sobie kieliszek.

– Ile ona ma lat? Trzydzieści cztery? Trzydzieści pięć?

– Chodzimy ze sobą dopiero od roku, mamo. Nie rozmawialiśmy o małżeństwie ani dzieciach.

– To nie znaczy, że o tym nie myśli. – Elizabeth się roześmiała.

Myśl o tym sprawiła, że serce mu się zatrzymało. Nie chodziło o to, że miał coś przeciwko małżeństwu i rodzinie. Do niedawna żal mu było przyjaciół, których wciągnęło życie rodzinne. Wcześniej pił z nimi, grał w piłkę nożną, jeździł na nartach i pływał na kajakach, a teraz widywał ich tylko sporadycznie na dziwacznych brunchach w pubach z placami zabaw lub przechowalniami dzieci, gdzie mieli szczęście, jeśli ich pociechy pozwoliły im odbyć chociaż dziesięć minut nieprzerwanej konwersacji. Ale ostatnio martwił się, że zostanie sam. Praca wypełniała mu prawie całe życie, lecz nie do końca wystarczała. Poza Melissą nie miał już zbyt wielu znajomych, z którymi mógłby spędzać czas, a jednak nie był pewien, czy chce się z nią związać na stałe.

– Szczerze mówiąc, wydaje się bardzo sympatyczna – kontynuowała matka. – W dodatku jest adwokatem. Co cię powstrzymuje?

– Być może to, że oczekuję od kobiety czegoś więcej niż tego, żeby była „bardzo sympatyczna”.

Elizabeth pociągnęła łyk wina i z dezaprobatą spojrzała na niego znad kieliszka.

– Co? – Jim poczuł się nieswojo pod jej bacznym spojrzeniem.

– Chyba nie myślisz wciąż o tamtej dziewczynie?

– Jakiej dziewczynie? – zapytał niewinnie Jim, chociaż doskonale wiedział, kogo ma na myśli.

– Cierpisz na najgorszy na świecie przypadek różowych okularów.

– Nie próbuj mi mówić, co czuję – odparł, usiłując się bronić.

Elizabeth przewróciła oczami.

– Poznałeś dziewczynę. Nie wyszło. Proste. Poza tym byliście jeszcze dziećmi. To prawie jak poprzednie wcielenie.

– Co masz na myśli?

– To, że przez ostatnie dwadzieścia lat porównujesz do niej każdą inną kobietę.

Jim potrząsnął gniewnie głową, przygotowując ripostę, ale Elizabeth wyciągnęła rękę i dotknęła jego policzka wierzchem dłoni. Był to tak nietypowy dla niej gest, że zamilkł.

– Och, kochanie – powiedziała. – Po prostu nie chcę, żeby jakieś wyidealizowane, nierzeczywiste wyobrażenia przesłoniły ci perspektywę realnego szczęścia.

– Nie martw się o to. – Spojrzał na nią, a potem na butelkę wina. – Właściwie to zostałem poproszony o powrót do Casa D’Or.

To był prawdziwy powód, dla którego nie mógł spać poprzedniej nocy. Wciąż przewracał się z boku na bok w łóżku, a jego umysł wypełniały wspomnienia o tamtym domu. I o niej.

– Powrót? Ale po co?

– Simon Desai zamierza nabyć jakąś historyczną nieruchomość na południu. Powiedziałem mu o tamtym domu, a on chce, żebym go kupił. Daje mi czek in blanco.

Elizabeth podniosła kieliszek do ust.

– No cóż, może być na sprzedaż.

– Naprawdę?

– Nie słyszałeś, że David Wyatt niedawno zmarł?

– Nie wiedziałem – odparł ze zdziwieniem.

Oczywiście nie było powodu, dla którego powinien był o tym wiedzieć. Wyatt był bogatym, szanowanym człowiekiem, ale nie cieszył się sławą ani nawet nie był szczególnie znany poza społecznymi kręgami północnej Georgii.

Poza tym Jim tak ciężko pracował nad Munroe, że nie zauważyłby nawet spadającej bomby.

– Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nich chciał zatrzymać ten dom – dodała Elizabeth, biorąc nerkowca. – Nie po tym wszystkim, co się tam wydarzyło.

Jim poczuł mocniejsze bicie serca.

– Jak myślisz, kto go dostał?

Matka wzruszyła obojętnie ramionami.

– Żona?

Zapadła chwila ciszy.

– Wiesz, że Jennifer wyszła za mąż?

Jennifer. Od tamtego odległego lata ani razu nie słyszał, aby ktokolwiek – a tym bardziej jego matka – wypowiedział na głos jej imię. Był zdumiony tym, jak bardzo go ono poruszyło, chociaż minęło już tyle czasu.

Oczywiście, że wiedział. Co kilka miesięcy wpisywał „Jennifer Wyatt-Gilbert” w wyszukiwarkę Google, natrafiając zwykle na jej zdjęcie z jakiejś uroczystej kolacji lub imprezy towarzyskiej. Wiedział, że poślubiła Connora Gilberta, swojego chłopaka z dzieciństwa, i mieszka z nim w Nowym Jorku. Nie przeszkadzało mu to już – a przynajmniej nie aż tak bardzo. Każdy wiedział, że Jennifer prowadzi takie życie, do jakiego została stworzona. I było to życie bez niego.

– Tak – powiedział. – Wiem.

– To zapomnij o niej, Jamesie. – Elizabeth uniosła znacząco brwi, gdy Melissa weszła do kuchni. – Już najwyższy czas, nie sądzisz?

Rozdział 3

Zostali na przyjęciu tak długo, jak mogli, rozmawiając ze wszystkimi pisarzami, aktorami i architektami, którym zostali przedstawieni. Melissa rzuciła się w tłum gości, przymilając się do Jill Jenkins, zagorzałej feministki starej szkoły. Ogłosiła się jej fanką, chociaż Jim nic nie wiedział o jej feministycznych zainteresowaniach. Już na początku związku oznajmiła, że po ślubie zamierza rzucić pracę i nie mógł sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek zapłaciła za kolację. Nie był pewien, czy to dyskwalifikuje ją jako feministkę, ale nie zawsze potrafił zrozumieć kobiety i ich pragnienia.

Kiedy odważył się wejść do salonu, żeby się pożegnać, Bryn nadal stał przy kominku, otoczony wielbicielami. Był w trakcie gorącej dyskusji ze znanym historykiem telewizyjnym nad rolą kobiet w polityce i ledwo zwrócił uwagę na syna oznajmującego mu, że wychodzą. Jim wiedział, że nie powinien się czuć urażony: taki przecież był jego ojciec. Poza tym, czyż sam nie chciał się wymknąć bez zbędnego zamieszania i konfrontacji? Znów jednak poczuł się zignorowany i zlekceważony, a to wciąż raniło go najbardziej.

Melissa wsunęła dłoń w jego rękę, gdy szli cichą uliczką, oddalając się od oświetlonego domu. Kiedy wyszli na główną ulicę, minęła ich taksówka, ale Jim nie podniósł ręki, żeby ją zatrzymać. Chciał się trochę przejść – uczucie chłodu na skórze sprawiało mu przyjemność. Okoliczne domy były jeszcze większe, ustawione z dala od drogi, otoczone murami i ogrodami.

„Czy tak właśnie wygląda życie, kiedy się wzbogacisz? – zastanawiał się. – Pracujesz przez te wszystkie lata, podlizujesz się ważnym osobistościom i śmiejesz się z ich żartów, żeby potem móc się schować za wysokimi murami, ukryty i samotny? Czy o to w tym wszystkim chodzi?”

Wziął głęboki oddech i wypuścił biały obłok z ust.

– Przepraszam, że nie było zbyt fajnie – powiedział w końcu. – Obawiam się, że tak to jest na przyjęciach literackich.

– A ja myślę, że było świetnie. Wszyscy ci genialni ludzie zebrani w jednym pomieszczeniu! Twój ojciec jest niesamowity, nieprawdaż?

Jim spojrzał na nią, zastanawiając się, czy mówi to z ironią, ale nie zauważył na jej twarzy cynicznego uśmieszku.

– I dobrze było zobaczyć, gdzie dorastałeś – dodała, ściskając mocniej jego dłoń.

– Mama mówi, że zamienią moją sypialnię w siłownię. – Roześmiał się.

– Też usłyszałam coś podobnego kilka miesięcy temu – odparła Melissa z uśmiechem. – Moi rodzice oznajmili, że robią generalne porządki, co było tylko uprzejmym sposobem na zakomunikowanie mi, że mają dość przechowywania moich starych rzeczy.

– To chyba oznacza, że jesteśmy już dorośli – powiedział, czując ukłucie smutku.

– Myślisz, że to znak? Stajemy się dorośli, gdy dostajemy z powrotem wszystkie swoje stare rzeczy z dzieciństwa?

Szli dalej przed siebie, od czasu do czasu słysząc odgłos przejeżdżającego obok samochodu – jedyny dźwięk na ulicy.

– A więc kim jest Jennifer? – zapytała sztucznie lekkim tonem.

– Jennifer?

Uzmysłowił sobie, że odruchowo wypuścił jej rękę. Zapiął marynarkę i nieznacznie przyspieszył kroku.

– To stara przyjaciółka rodziny.

Nastąpiła chwila ciszy.

– Tylko przyjaciółka?

– No cóż, ktoś w rodzaju mojej byłej dziewczyny, ale trudno ją tak nazwać. Nasze ścieżki spotkały się dawno temu, kiedy pewnego lata pojechałem z rodzicami do Stanów.

Jim spojrzał w bok i uświadomił sobie, że Melissa się zatrzymała. Odwrócił się, marszcząc brwi.

– Co się stało?

– Ktoś w rodzaju dziewczyny – powtórzyła Melissa twardszym tonem. – Domyślam się, że o mnie też tak mówisz.

Skulił się. A więc słyszała rozmowę o małżeństwie i dzieciach.

– Mel. – Wyciągnął ku niej rękę, ale ona zrobiła krok do tyłu.

– Nie, Jim – powiedziała. – Musimy o tym chwilę porozmawiać.

– Tutaj? – Wskazał ręką na drogę.

– A dlaczego nie tutaj? Dlaczego nie teraz? Zadajesz to pytanie za każdym razem, gdy poruszam ten temat.

Jim przeczesał włosy dłonią. Najwyraźniej tym razem się od tego nie wymiga.

– Jesteśmy razem już prawie rok – mówiła dalej. – Mam trzydzieści pięć lat, a ty prawie czterdzieści, na litość boską. Czy rzeczywiście powinniśmy się zachowywać jak dzieci i spotykać raz lub dwa razy w tygodniu? Wystarczy, że zostawię głupi sweter w twoim mieszkaniu, a ty już jesteś podenerwowany.

Wypuścił powietrze z irytacją.

– Czego byś chciała?

– Czegoś! Czegokolwiek! – krzyknęła Melissa, podnosząc ręce. – Cath zamieszkała z Danielem przed świętami Bożego Narodzenia, a zaczęli się spotykać sześć miesięcy temu. Nikki właśnie urodziła swoje pierwsze dziecko. Wszyscy moi przyjaciele zakładają rodziny.

– Aha, więc teraz mamy dorównać kroku Jonesom?

Spojrzała na niego wzrokiem, który mówił: „Nie igraj ze mną”.

– Czy wiesz, co robiłam w sylwestra? Wiesz?

Westchnął.

– Byłaś na przyjęciu u Suzanne.

– Mylisz się – syknęła, a jej oczy rozbłysły furią w ciemności. – Byłam sama. Oglądałam jakiś kiepski film z butelką wina i daniem z mikrofalówki.

Zmarszczył brwi.

– A co z przyjęciem?

– Nie było żadnego pieprzonego przyjęcia.

– Więc dlaczego powiedziałaś, że było?

W chłodnym blasku księżyca ujrzał kolorowe plamy na jej policzkach.

– Wszystkie moje przyjaciółki były z kimś tamtej nocy, z mężami, partnerami, kochankami. To właśnie robisz w sylwestra, kiedy kogoś kochasz. Nie zamierzałam się nikomu przyznawać do tego, że mój chłopak nie chce się ze mną widzieć.

– Ale ja chciałem się z tobą zobaczyć, Mel. Tylko pracowałem. Kiedy się poznaliśmy, wiedziałaś, jak zarabiam na życie. Otóż mam taką pracę, że muszę pracować właśnie w takie noce. Wiesz, jak ważny był dla mnie ten hotel.

– Och, wierz mi, wiem, jak ważna jest dla ciebie twoja praca, ale nie próbuj mi wmawiać, że nie mogłam tam być, bo nie wolno ci było zaprosić partnerki – prychnęła ze złością.

– Nie wolno! – krzyknął sfrustrowany.

– To dlaczego Annabel Miles powiedziała mi w Boże Narodzenie, że jedzie do Munroe na Hogmanay*?

– Annabel była tam, ponieważ jej mąż jest dyrektorem generalnym Omari. Nie pracował, tylko pił szampana, którego musiałem przynosić z furgonetek.

– Jim, oboje wiemy, że mógłbyś mnie zaprosić, gdybyś naprawdę chciał – powiedziała nieco łagodniejszym tonem. – Prawda jest taka, że nie życzyłeś sobie tam mojej obecności.

– Mel, to nieprawda.

– Prawda, Jim. Twoja praca zawsze wygrywa, gdy musisz wybrać między mną a nią. I wiesz co? Mam już dość drugiego miejsca. Nie jesteś pracoholikiem. Jesteś po prostu żałosny. Żałosny facet z lękiem przed zobowiązaniami i syndromem Piotrusia Pana, który będzie bardzo, bardzo samotny, jeśli nie zmieni swojego podejścia.

– Syndrom Piotrusia Pana?

– Podobno Hitler go miał.

– Porównujesz mnie do Hitlera? – Roześmiał się z niedowierzaniem.

– Naprawdę byłoby mi cię żal, Jim, gdybym nie zaczęła podejrzewać, że marnuję czas, czekając, aż wykonasz jakiś ruch. Związek, małżeństwo, to nic przerażającego. To się nazywa dorastanie. Zobacz, skąd właśnie wyszliśmy. Twoi rodzice są małżeństwem przez czterdzieści pięć lat, a założę się, że twój ojciec nie jest najłatwiejszym człowiekiem na świecie.

– Dwie minuty temu powiedziałaś, że jest niesamowity.

Pokręciła głową i spojrzała na niego.

– Powiedz mi, Jim, czy nasz związek dokądś zmierza?

– Potrzebuję tylko trochę czasu.

– Więc spójrz mi w twarz i powiedz, że mnie kochasz.

Zamknął oczy i uświadomił sobie, że nie może. Usłyszał, jak odchodzi, a jej kroki cichną w oddali. W końcu otworzył oczy i zawołał:

– Melisso, czekaj!

– Mam dość czekania! – odkrzyknęła, nawet się nie odwracając.

Patrzył, jak się oddala. Spojrzał na świecący znak metra w Hampstead i pomyślał, że może ją jeszcze dogonić, ubłagać, zasypać lawiną frazesów. Ale miała rację: w głębi serca wiedział, że nie dotrzyma – nie może dotrzymać – żadnych obietnic.

Zamknął oczy. Wdychając i wydychając zimne powietrze, wyobraził sobie oświetlony słońcem biały kamień Casa D’Or i poczuł się tak, jakby znów tam był. Przypomniał sobie to uczucie ciepła na skórze, przypływ podniecenia i oczekiwania. I miłość, prawdziwą miłość. Jego matka miała rację: każdą kobietę porównywał z Jennifer. Ale kiedy patrzył, jak Melissa skręca za rogiem i znika na schodach prowadzących do metra, zrozumiał, że musi coś zrobić, żeby znów coś takiego poczuć. A przynajmniej spróbować. I był na to tylko jeden sposób: wrócić do Casa D’Or i raz na zawsze zostawić za sobą ten dom i tamtą dziewczynę.

* Hogmanay – szkocki odpowiednik sylwestra.

Rozdział 4

Jim zatrzymał samochód przed imponującą bramą wjazdową na teren posiadłości Wyattów.

Dotarcie z hotelu w historycznej dzielnicy Savannah do Isle of Hope zajęło mu całą godzinę i przeklinał się za to, że nie skorzystał z opcji nawigacji satelitarnej w Hertz. Pogubił się w miejskich ulicach jednokierunkowych, labiryntach skwerów i bocznych uliczek, niemalże wjeżdżając w powóz konny, aż w końcu przyznał się do porażki i zapytał strażnika miejskiego o drogę na południe. Gdy wreszcie udało mu się na nią wjechać, utknął w strasznym korku, mijając w żółwim tempie szereg salonów kosmetycznych i sklepów z oponami. A kiedy w końcu zjechał z Truman Parkway, czas znów zwolnił. Ulice były tu szerokie i zacienione, zupełnie inne niż w historycznym śródmieściu z ciasno upakowanymi, eleganckimi domami. Znaki kierowały do stajni po zakurzonych ścieżkach, za palmami, płotami i szerokimi trawnikami stały pokryte drewnianą boazerią domy, a za słodkowodnymi bagnami Jim mógł podziwiać żywe kolory otoczenia, sitowie i cień drzewek limonowych na tle błękitnego nieba.

Chociaż był już spóźniony, wyłączył silnik i dał sobie chwilę na zastanowienie. Odczuwał nieprzyjemny niepokój, patrząc na kamienne przejście – niegdyś tak czyste, w kolorze miodu, a teraz poplamione i obrośnięte bluszczem. Wciąż jednak widniały na nim wyrzeźbione na środku litery: „Casa D’Or”.

Minęło ponad dwadzieścia lat, odkąd ostatni raz jechał tą drogą, ale wątpił, czy był przez ten czas chociażby jeden tydzień, w którym by o niej nie myślał. Casa D’Or to nie był tylko dom – zbiór drewna, cegieł i płytek – ale także miejsce, które odegrało ważną rolę w jego życiu i wydawało mu się jakby nie z tego świata. Gdy spojrzał w lusterko wsteczne wynajętego samochodu, jego serce zabiło mocno, a te wszystkie lata nagle zniknęły. Niemalże zobaczył swoje młodsze ja, które wcale nie chciało tu przyjeżdżać – swoją pozbawioną zmarszczek, pełną nadziei twarz i włosy sztywne od żelu.

W Wielkanoc tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku rodzina Johnsonów zdecydowała się opuścić zadrzewione Hampstead i wyjechać do Savannah w Georgii. Nie mówiono o tym zbyt wiele, ale wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że ta radykalna decyzja była ostatnią próbą wskrzeszenia kariery Bryna Johnsona. Jego debiutancka powieść Wszyscy moi ojcowie – burzliwa polemika na temat klasy, seksu i władzy – okazała się bestsellerem, a świat literacki okrzyknął go głosem ducha czasu. Płynąc na fali, uwielbiany i dumny z siebie Bryn potrzebował trzech lat na stworzenie kolejnej książki, która jednak okazała się zbyt wyszukana i niezrozumiała. Literacka elita Londynu i Nowego Jorku wciąż się nim zachwycała, ale opinia publiczna ruszyła dalej. Sprzedaż była „rozczarowująca”, a po zmniejszonym zainteresowaniu trzecią i czwartą książką Bryn przez prawie dziesięć lat nie był w stanie niczego napisać.

Jego agent z Nowego Jorku, Saul Black, zdecydował, że trzeba coś z tym zrobić, i rozkazał Brynowi zamknąć się gdzieś w ustronnym miejscu i pisać. Znalazł mały domek z przylegającym hangarem na łodzie w posiadłości znajomego i kupił im wszystkim bilety w jedną stronę. „Nie wracaj, dopóki czegoś nie stworzysz” – oświadczył pisarzowi.

Jim wrócił do teraźniejszości i spojrzał na prostą jak strzała aleję drzew. Dziewięćdziesiąt sześć dębów. Wyattowie zawsze byli dumni z tego, że drzewa zasadzone przez pierwszych właścicieli Casa D’Or nadal rosły wzdłuż drogi, wpatrując się w milczeniu w odwiedzających. Przeżyły huragany, choroby oraz wojnę domową i wyglądało na to, że przetrwały też ostatnie dwadzieścia lat. Jim wyobraził sobie, że czuje ich spojrzenie, gdy ruszył powoli po nieutwardzonej drodze, omijając dziury i kałuże. Jadąc, zerkał na delikatny szary mech hiszpański, przeplatający się z wysokimi gałęziami i blokujący światło słoneczne. Czuł się tak, jakby wpadł do króliczej nory i nie był pewien, czy po drugiej stronie odnajdzie Krainę Czarów.

Dotarłszy pod dom, wcisnął mocno pedał hamulca.

– Cholera jasna – szepnął, otwierając drzwi i wychodząc z samochodu.

Dom był dokładnie taki, jakim go zapamiętał – miał wysokie okna, szeroki taras z przodu i z tyłu oraz wysoki dwuspadowy dach, świadczący o jego świetności i tęsknocie za bardziej eleganckimi czasami. A jednak przyglądając mu się z bliska, Jim zobaczył, że posiadłość popada w ruinę. W dachu brakowało dachówek, niegdyś dostojne kolumny były szare i pokryte ekskrementami ptaków, a ogród rozpaczliwie wyschnięty i zarośnięty zielskiem. Nawet przednie schodki, na których lśniły kiedyś błękitno-białe włoskie płytki, teraz dusiły się pod niezamiecionymi liśćmi i chwastami.

Żwir zachrzęścił pod stopami, gdy Jim podszedł bliżej. Zadrżał, chociaż w Savannah było ciepło i przyjemnie w porównaniu z zimnym, szarym Londynem, skąd przyjechał.

Casa D’Or kojarzyła mu się ze skrajnymi emocjami: bezbrzeżną radością i całkowitą rozpaczą. Czasami jej nienawidził i żałował, że tamtej nocy się nie spaliła, nie zamieniła w popiół, ale stojąc przed nią teraz, widział tylko dom – wyjątkowy i piękny. Dom bardzo przez kogoś zaniedbany.

– Cześć, James.

Odwrócił się i zobaczył idącą w jego kierunku wysoką kobietę ze znajomym uśmiechem na twarzy. To była Marion Wyatt, która w tamtych czasach pracowała jako gospodyni Casa D’Or i nazywała się Marion Wilson. Wiedział, że potem poślubiła Davida Wyatta, swojego pracodawcę, przez co nie uniknęła złośliwych plotek. Przypuszczał, że ma co najwyżej pięćdziesiąt kilka lat. Z pewnością nadal można było ją uznać za piękną kobietę. Miała ciemne oczy, gładką skórę w kolorze kawy, wyraziste kości policzkowe i elegancką postawę. Wyglądała na nieco cięższą, a krótkie włosy, które nosiła z taką dumą dwadzieścia lat temu, sięgały jej teraz do ramion. Rozumiał, dlaczego spodobała się Davidowi.

– Marion. – Uśmiechnął się, podając jej rękę. – Dobrze cię znowu widzieć. Nie wiedziałem, że tu jesteś. Nie zauważyłem samochodu.

– Och, zaparkowałam z tyłu, w miejscu dla personelu – powiedziała. – Nie wyzbyłam się starych nawyków.

– Chociaż jesteś panią domu.

– Nic mi o tym nie wiadomo – odparła z uśmiechem, dotykając go ramieniem, po czym weszli do środka, gdzie temperatura wydawała się znacznie niższa.

Od razu uderzył go zapach stęchlizny, kojarzący mu się z wonią chłodnych kościołów. Następną rzeczą, na którą zwrócił uwagę, były olbrzymie schody zajmujące centralne miejsce w wyłożonym drewnem holu. Przyłapał się na tym, że odwraca wzrok, nie chcąc myśleć o tamtej nocy – swojej ostatniej nocy w Georgii. Przypomniał sobie szczupłe ciało Sylvii Wyatt leżące na wypolerowanej podłodze z orzecha niczym marionetka z zerwanymi sznurkami. Wziął głęboki wdech, odsuwając od siebie te myśli.

– Pomyślałam, że możemy wypić lemoniadę na tarasie, jeśli ci to odpowiada? – rzekła Marion.

Pokiwał głową wdzięczny, że może stamtąd wyjść.

Podążając za Marion, rozejrzał się w lewo i w prawo, gdzie znajdowały się biblioteka i kuchnia. Poza tym, że gruba tapeta w tureckie wzory odklejała się na rogach, a farba była popękana, wszystko inne wyglądało dokładnie tak, jak zapamiętał. Na czarnym fortepianie przy łukowatych oknach wciąż stały kartki z nutami, a na otwartej książce kucharskiej leżącej na wiejskim stole osiadał kurz.