Dom na wyspie - Dorota Milli - ebook

14 osób właśnie czyta

Opis

Radosna i rozgadana Alwina zjawia się w Dziwnowie. Wiecznie uśmiechnięta specjalistka od łapania szczęśliwych chwil, podejmuje się fotografowania zmian zachodzących w domu na wydmie. Alwina pragnie miło spędzić czas z dawnymi przyjaciółkami, tymczasem okazuje się, że Lilianna i Wiktoria będą potrzebowały jej pomocy w rozwiązaniu dawnych tajemnic. Więź, która je łączyła przed laty, okaże się bardzo trwała. Wspólnie z miejscowym przystojnym policjantem i ratownikiem, przyjaciółki stawiają czoła nowym trudnościom, których się nie spodziewały. Czy uda się im rozwikłać dawne tajemnice? Kim jest milczący mężczyzna, który stanie na ich drodze? Piękna opowieść o przyjaźni, rodzącej się miłości i zagadkach, które skrywa przeszłość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 463

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ewie i Beacie! Przyjaciółkom ze szkolnej ławki.

Żałuję, że nie spisywałam wszystkich naszych pomysłów.

Jeśli tylko przezwycięży wątpliwość,

znajdzie szczęście tam,

gdzie z początku nic go nie będzie zapowiadać.

Bernhard Schlink

PROLOG

Ciemność opatuliła ją jak koc, ale nie dała ciepła. Wstrząsnął nią dreszcz, przebiegł po skórze jak intruz, pozostawiając chłód. Pobliskie drzewa nie dawały schronienia, a nisko zwisające gałęzie jak palcem wskazywały jej obecność. Cienie igrały, mrok się nasilał, morze w oddali ucichło. Szmery i echo głosów wypełniały przestrzeń, nasilając strach, powstrzymując jej krzyk.

Została sama, a miały trzymać się razem. Wsłuchiwała się w las, wyławiając właściwe dźwięki, idąc za nimi jak po śladach na piasku. Przyśpieszony oddech zagłuszał jej trop, zmuszał do biegu, poszukiwania nadziei w ciemności. Zobaczyła niewyraźne sylwetki, które z każdym krokiem nabierały czytelniejszych kształtów. Usłyszała głos w oddali, niezbyt wyrazisty, po chwili głośny i jazgotliwy. Poczuła gwałtowny dotyk i wydała krzyk, który niepowstrzymywany wydostał się z jej gardła.

Zacisnęła powieki, a gdy je uniosła, była sama z uciążliwym przyśpieszonym oddechem, który przytłumił inne dźwięki. W blasku pełnego księżyca uparcie przebijającego się przez gałęzie dostrzegła mosiężne ogrodzenie, ścianę z cegieł i wyszczerbione schody. Zrobiła krok, by zejść, zebrała się na odwagę i postawiła kolejny. Wyciągnęła przed siebie dłoń i dotknęła drewna, szorstkiego, nieprzyjemnego w dotyku. Wciągnęła powietrze, poczuła woń starego drewna. I było coś jeszcze, coś trudnego do opisania. Bała się, ale mimo wątpliwości pchnęła drzwi.

1

Mrugnęła, a otoczenie wypełniło się światłem, słonecznym blaskiem, który wybudził ją ze wspomnień i przyjemnie ogrzewał skórę. Leżała na piasku na brzuchu, pozbywając się pozostałości ulatniającego się koszmaru, który wracał do niej w najmniej spodziewanych momentach. Wystarczyła chwila, opadnięcie powiek, a do wyobraźni wdzierały się obrazy przeszłości, migawki niedające się pochwycić w całość, pozostawiając luki, które domagały się wypełnienia i odpowiedzi.

Westchnęła i, podpierając się na łokciach, sięgnęła po wodę, która jeszcze chłodna przynajmniej na chwilę przyniosła orzeźwienie. Nie wstała, wyczekiwała właściwego momentu. Patrzyła przez wizjer aparatu, czekając na coś wyjątkowego, szukając unikatowego blasku światła, które zatrzyma na wieczność.

Czas, gdy budził się dzień, był najlepszy, by wyruszyć na polowanie i strzelać jedyne w swoim rodzaju ujęcia. Nadmorski klimat z intensywnością barw, majestatem morza i bezkresu nieba, rozciągającego się w nieznane, gwarantował szerokie spektrum obrazów. Na plaży nie było wielu wczasowiczów, ale z każdą godziną piaskowe połacie nabierały kolorów i wypełniały się ekwipunkiem plażowiczów. Muzykę morza lada chwila zastąpią gwar, śmiech i nawoływania. Jęczące mewy przestaną być solistkami, lecz zleją się w chór dźwięków. Plaża, jeszcze przez moment wyludniona, stanie się centrum rozrywki, celem i powodem napływu turystów z odległych zakątków kraju.

Zrobiła klika zdjęć i odpuściła, przekręcając się na plecy, twarzą do nieba. Popatrzyła na przepływające chmury, odgadując ich kształty, i w słońce, dając mu się oślepić. Niewiele dzisiaj zdziałała, ale nie narzuciła sobie dyscypliny. Przyjazd do miejsca wspomnień miał być jej przerwą od pracy, oddechem. Jednak emocje, które ją tu dopadły, sprawiły, że szukała odskoczni i wróciła do tego, co robiła na co dzień, co dawało jej poczucie sensu życia.

Przymknęła powieki, czekając, aż migoczące plamy znikną i ostrość widzenia powróci. Miała ochotę zasnąć, odpłynąć w spokojny sen, napełnić organizm siłą.

Nocne nasiadówki z przyjaciółkami odbijały się na jej wyćwiczonym trybie dnia, ale nie chciała z nich rezygnować. Pragnęła zapamiętać je na zawsze, czerpiąc z nich pozytywne emocje, które napełniały jej serce radością.

Ukochane siostry, tak wiele je dzieliło, ale jeszcze więcej łączyło. Smutna przeszłość, gorzki smak porzucenia i osamotnienia. Obiecała, że przyjedzie, złożyła przysięgę, więc nic nie mogło jej powstrzymać. Dziesięć lat rozłąki nic nie znaczy dla tej silnej więzi, która splotła ich losy w nadmorskim Dziwnowie. Los, jak przejażdżka na karuzeli, porzucił i zatrzymał je w tym samym miejscu, które przez trzy lata było ich domem.

Był wyjątkowy, pełen rozpaczy, smutku i wzruszeń. Nazywały go norą, ale ona wyobrażała sobie, że to miejsce jest jak z bajki o „tej” Alicji, po drugiej stronie lustra, po której znalazła się przez przypadek. Tak jak bohaterka przeszła przez posrebrzaną taflę, opuszczając krainę szczęśliwości i trafiając na terytorium smutku, gdzie wszystko było inne, mroczne i obce. W ciszy starała się z niej wyrwać, uciec, lecz czas pokazał, że trafiła do teraźniejszości, w przeszłości zostawiając radość i szczęście. To przyszłość okazała się ratunkiem, gdzie nie w ciszy, ale w dźwiękach odnalazła spokój.

Przyjazd budził wątpliwości, szereg zmartwień, ale spotkanie na plaży w umówionym punkcie, tuż przy ich wyspie, upewniło ją, że mimo upływu lat nic się nie zmieniło. Metamorfozie jedynie uległa ich wyspa. Wcześniej plażą można było z łatwością dostać się do nadmorskiego lasu, teraz wymagało to wspinaczki i zmierzenia się z gęsto rozrośniętymi krzakami, które jak strażnicy broniły dostępu. To wyjątkowe miejsce nazywała domem, za którym tęskniła każdego dnia. Wcześniej kojarzące się z radością i ich intymnym światem, w ostatnią noc pobytu w mieście stało się posępne i mroczne. Wydarzenia i cienie rozgrywającego się za kurtyną drzew koszmaru wracały do niej, nie dając o sobie zapomnieć.

Przyjechała ze względu na obietnicę, ale też żeby oddać to, co zabrała, bo nie należało do niej. Pragnęła to załatwić szybko, by cieszyć się towarzystwem przyjaciółek i pobytem nad morzem, ale przewrotny los ponownie udowodnił, że na odpowiedzi trzeba będzie poczekać i na własną rękę je odnaleźć, podejmując się odważnego zadania.

Usiadła i powoli składała sprzęt do torby, starając się, by drobinki piasku nie wślizgnęły się pod osłonę i w trudno dostępne miejsca. Aparat fotograficzny był dla niej ważny, jak ręka i noga, choć ona traktowała go jak drugie serce, organ łapania magii i uwieczniania jej na zdjęciach. Nie rozstawała się z nim, byli zgranym zespołem, tworzyli jedność, robiąc to, na czym jej zależało, a do czego aparat był powołany. Brzmiało to smutno, ale był w jej życiu czymś wartościowym, wsparciem w codzienności, dawał ukojenie.

Zapakowała sprzęt i zwinęła matę, którą zazwyczaj brała na sesje krajobrazowe. Rozpuściła i ponownie związała długie, falujące blond włosy. Morska wilgoć powodowała, że niesfornie się kręciły i uciekały z uchwytu gumki.

Odczuła miły i chłodny dotyk wiatru na odsłoniętym karku, gdy poprawiała zawieszki, które przesunęły się na plecy. Już nie jeden, a dwa łańcuszki zdobiły jej szyję. Oba wartościowe i ważne, nie z racji metali, z jakich były wykonane, ale obdarowujących osób. Złota stokrotka była symbolem jej dzieciństwa i pamiątką po kimś najważniejszym w jej życiu. Drugi, srebrna kotwica, to znak przyjaźni, siostrzanej więzi. Wiązała się z radosnymi wspomnieniami i przypominała o marzeniach, po które warto sięgać. Kojarzyła się też z domem, zapewniając, że nie była na świecie sama, miała swoją rodzinę.

Sprawdziła czas na zegarku, okrągłym i za dużym w zestawieniu z jej drobną ręką. Otrzepała ubranie i zeszła z wydmy. Stopy same zanurzały się w piasku, który coraz bardziej nagrzewał się od słońca. Już nie była sama pośród fal i krzyków mew. Turystów przybywało więcej i więcej.

Skierowała się na wschód, idąc brzegiem morza, gdzie z łatwością pokonywała każdy kolejny metr, nie męcząc się brodzeniem w piasku. Wypatrywała w oddali wyspy, miejsca skrywającego wspomnienia, emocje i tajemnice. Szybko odwróciła wzrok, na później odkładając zmierzenie się z przeszłością.

Jej jasne niebieskie oczy zatrzymały się na domu z niebieską dachówką, celem jej spaceru. Uśmiechnęła się, przepędzając smutek. Wewnętrzny głos szeptał, że sobie poradzi, bo nie była sama, uwolni się od koszmaru z pomocą rodziny. „Jej siostry na każde niebezpieczeństwo i mimo rozłąki na zawsze w pamięci” – zacytowała w myślach, przypominając sobie przysięgę, jaką złożyły w wieku piętnastu lat.

***

Blask promieni słonecznych odbił się od okien tarasu, oślepiając Alwinę. Skorzystała z furtki od strony plaży. Wydma kończyła się, przechodząc w porozrzucaną zieleń i łączyła się z niskim drewnianym płotem, niejednokrotnie połamanym przez wichry i orkany przybywające znad morza. Wysłużone deski miały niedługo zostać naprawione i umocnione, podobnie jak dom z szarymi ścianami i wysłużonymi okiennicami do ziemi. Alwina poznała ambitne plany przyjaciółki i Natana, cieszyła się, że będzie mogła dać coś od siebie.

Z zewnątrz dom prezentował się skromnie, upływ czasu był podkreślony rzucającymi się w oczy ubytkami i zużyciem. Farba na drewnie łuszczyła się, dachówka bezpowrotnie straciła intensywność barwy, nawet ramy okienne wymagały wymiany, mocno wysłużone. Wszystkie widoczne wady malały i stawały się wręcz niewidoczne, gdy spojrzało się na sąsiedztwo.

Stojąc na wydmie, w otoczeniu nadmorskiego lasu, piętrowy dom zyskiwał na uroku. Można było zbiec na plażę, docierając do brzegu, gdzie na wilgotnym piasku fale rozkładały swe wachlarze. Z okien na piętrze do podziwiania była nadmorska panorama i linia horyzontu widoczna w bezchmurne dni. Do woli można było zachwycać się zmiennością morza z nadejściem, trwaniem i przemijaniem każdej z pór roku. To zaleta, którą dom mógł się poszczycić.

Przeszła po świeżo skoszonej trawie i weszła na taras. Przez szybę dużych tarasowych okien dostrzegła przyjaciółkę. Lilianna pochylała się nad drewnianym stołem, a jej uwagę przykuwały rozłożone kartki. Za jej plecami wypatrzyła ruchomy cień, który w zbliżeniu okazał się być Natanem. Idealnie do siebie pasowali, zespalając swoje codzienności w jedną, wspólną.

Lilianna z jasną cerą, piwnymi oczami i krótkimi blond włosami była kontrastem, ale i uzupełnieniem mężczyzny o brązowych, falujących włosach, z oliwkową cerą, o zielonych, przepełnionych dobrocią oczach i z sercem wypełnionym empatią. Pomógł Lili i podarował jej najpiękniejszy prezent, na jaki przyjaciółka zasługiwała. Alwina uważała, że to jest najważniejsze w życiu.

Przez minione dwa tygodnie, odkąd zawitała do Dziwnowa, poznała historię miłosną Lili i Natana. Żałowała, że ją to ominęło, że nie mogła towarzyszyć Lili każdego dnia, kiedy się rozbudzała, jak kwiat rozkwitała po długiej zimie.

Tragedia, jaka wydarzyła się dziesięć lat temu, teraz połączyła wiele osób próbujących dojść do prawdy. Tajemnica wyspy wciąż nie została rozwiązana, więc razem postanowili pozbierać okruchy pamięci i odkryć to, co przyćmił czas, co zatajono i przemilczano.

Zapukała w szybę, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Z uśmiechem pchnęła tarasowe drzwi i weszła do środka, nagrzanego od słońca i pachnącego polnymi kwiatami stojącymi w wazonie.

– Nie przeszkadzam?

– Siostra, ty nigdy nie przeszkadzasz. – Lilianna przytuliła przyjaciółkę. – Nie będziemy ci wadzić i zaglądać przez ramię. Oboje wychodzimy. Cały dom dla ciebie. I Alwi, dziękuję. – Pocałowała ją w policzek przepełniona radością.

– Będę twoim dłużnikiem – powiedział Natan i uśmiechnął się, kiedy Alwina podeszła i go objęła. Była otwarta, przyjazna, całkowite przeciwieństwo jego Lili, z charakteru, ale też z wyglądu. Alwina była bardzo szczupła, wydawała się krucha i delikatna. Niedawno poznał smutną przeszłość Lili i był bardzo ciekaw, jak los potraktował Alwinę. Ile w sercu nosiła uraz, ile bólu doświadczyła i z czym musiała się zmierzyć.

– To ja jestem twoją dłużniczką, Natan. Lili jest szczęśliwa i zakochana, dałeś jej to, o czym marzyła. Niczego nie jesteś mi winny – zapewniła Alwina.

– Ja tylko zyskałem, więc zamierzam się odwdzięczyć. Cokolwiek będzie ci potrzebne, mów. – Natan wiedział, że obie potrzebują niezależności, prawa decydowania i podejmowania własnych autonomicznych decyzji. Wiedział też, że czasem ważne było wsparcie, rzucenie dobrego słowa, by wciąż trwać i pokonywać trudności.

– Dzięki, ale ja też zyskuję. – Alwina rozejrzała się po wnętrzu. – To dla mnie przyjemność. Sfotografowanie tak cudownego domu mającego swoją historię rzadko się zdarza, a jest co uwieczniać. Wzbogacę swoje katalogi, znajdę wielu nabywców. W dodatku zobaczę, jak się zmienia, jak nabiera blasku. Remont jest mu potrzebny. Nie martwcie się, wszystko zostanie fotograficznie udokumentowane.

– Warto zachować w pamięci to, jak wyglądał, żeby porównać zmiany. To stanie się częścią jego historii – powiedziała Lili, poprawiając włosy, które poleciały na czoło. – Zachowamy jego przeszłość, uszanujemy ją. – Popatrzyła na Natana z miłością. – Byśmy z czystym sercem weszli w przyszłość.

– On na to zasługuje – wyznał z lekkim drżeniem głosu Natan. – Już za długo był opuszczony i pozbawiony opieki.

– Teraz wszystko się zmieni. Na pewno będzie cudownie. – Alwina już rwała się do robienia zdjęć. Będzie miała szansę zostać z domem sam na sam, z jego starymi murami, dźwiękami i tajemnicami, które może pozwoli jej odkryć.

Uwielbiała doszukiwać się zapomnianych wydarzeń w ukruszonym tynku, wyszczerbionych drewnianych schodach czy w ciężkich i klasycznych meblach, w których pobrzmiewały echa przeszłości. Będzie szukać i wypatrywać zmian zadanych ręką czasu, śladu mieszkańców, rodziców Natana, którzy kiedyś tworzyli szczęśliwą rodzinę, zanim okrutny los nie odcisnął na nich swojego piętna.

– Wszystko zaplanowane i niedługo zaczniemy zmiany – powiedział Natan, ciesząc się z całego przedsięwzięcia. Od przyjazdu na pogrzeb ojca nie był pewny niczego. Teraz nabrał wiatru w żagle, z łatwością podejmował decyzje i kształtował wizję najbliższych dni. W Dziwnowie, swoim rodzinnym mieście, chciał pożegnać demony przeszłości, miał być to czas na złapanie oddechu, na uspokojenie emocji. Ale przeznaczone mu było spotkanie miłości jego życia. Gdy po raz pierwszy natknął się na Liliannę o piwnych oczach, ona potrzebowała pomocy. Fachowiec od jej udzielania nawet się nie zastanawiał. Los wciąż plątał ich losy, aż związał. Natan liczył, że na zawsze. Wcześniej dryfował po świecie, podnosząc żagiel, gdy słyszał głos wzywający pomocy. Teraz wpłynął do portu i wyrzucił kotwicę, na nowo układając przyszłość.

– Możesz oglądać i zaglądać w każdy kąt, czuj się jak u siebie – zachęcała Lili, składając i pakując dokumenty do szerokiej torby.

– Nie krępuj się, Alwi. – Natan przeszukał dom, zajrzał gdzie mógł, ale tego, czego szukał, nie udało mu się znaleźć. Ojciec, zawsze gromadzący przedmioty, przed śmiercią wszystko posprzątał, nie pozostawiając odpowiedzi na wiele jego pytań.

– Jeden z pokoi jest zastawiony moimi rzeczami, które przywiozłam z Poznania. Możesz je poprzesuwać, przestawiać, co tylko chcesz. Niech nic cię nie powstrzymuje.

– Niedługo przywieziemy moje rzeczy z Warszawy – wspomniał Natan, ostatecznie zamykając rozdział z tułaczką po świecie. Wracał do domu, już nie pustego, ale pełnego miłości, jego i Lili.

– Jesteście niesamowici – powiedziała Alwina i aż ręka jej się wyrwała do aparatu, by zachować ich radość w oczach. Oboje byli szczęśliwi, emocje biły z nich jak blask słońca. Pragnęła uwiecznić tę chwilę, zatrzymać na zawsze jako dowód, że naprawdę istniała. – Trafiliście na siebie w tym całym świecie chaosu. To takie romantyczne.

Lili spojrzała na Natana, który wyciągnął do niej rękę, patrząc głęboko w oczy.

– Tylko dlatego, że jest tu twoja siostra nie zaciągnę cię do sypialni – wyznał Natan.

– Dość! – Lili zaśmiała się odrobinę speszona. Uczucie miłości wypełniało jej serce po brzegi i zaskakiwało intensywnością. – Jadę załatwić ważną sprawę. Ważą się moje zawodowe losy, a ty do pracy. Wojtek nie będzie miał z kim wypić kawy – poganiała ukochanego.

– Masz rację, nie chciałbym narazić się szefowi.

– A co dokładnie masz do załatwienia? – zapytała Alwina.

Lilianna pracowała jako copywriter, tworząc hasła reklamowe. Przyjazd do Dziwnowa i chęć pozostania na dłużej zmienił jej obowiązki – już nie w wieżowcu w Poznaniu, ale przez łącze internetowe łączyła się z siedzibą firmy. Zawodowa codzienność przybrała inny rytm i od spotkań ze zleceniodawcami przeszła do mediów społecznościowych, sprawdzając się na nowym i szerszym polu.

– Powiem ci, jak się uda.

– A jak nie, też mi powiesz?

– Obiecuję.

– Trzymam kciuki, by się udało.

– Trzymaj, bardzo mi zależy – zapewniła Lili, korzystając ze wsparcia i troski, których jej przez minione lata brakowało. Siostry uściskały się przy drzwiach, a Alwina jeszcze chwilę w nich postała, machając obojgu na pożegnanie.

Przymknęła powieki, delektowała się morskim smakiem powietrza, za którym tęskniła. Zamknęła drzwi, opierając się o nie plecami. Została sama w dużym domu, wsłuchiwała się w jego dźwięki. Z niecierpliwością, wywołaną nowym czekającym ją wyzwaniem, wróciła do salonu, gdzie zostawiła swoją dużą kolorową torbę, i wypakowała aparat oraz lampę błyskową. Wszystkie niezbędne rzeczy, które pozwolą jej pochwycić ślady i znaki w domu na wydmie.

Czuła ekscytację i nagromadzenie energii, która już chciała zostać wykorzystana. Z aparatem w dłoni postanowiła poznać każde pomieszczenie, każdą wnękę, by złapać pierwszy kontakt i to, co dostrzeże, by dopiero później, metodycznie – jedno pomieszczenie po drugim, ściana po ścianie, jeden kawałek podłogi po drugim – fotografować szczegóły, które w niedługim czasie przejdą do historii.

Na parterze mieścił się przestronny salon, który przechodził w kuchnię, nieodgrodzony żadną ścianą. Duże okna wychodziły na słoneczny taras, z którego rozpościerał się widok na morskie fale i horyzont. Ciemnym korytarzem minęła schody na piętro i zajrzała za pierwsze drzwi, naprzeciw wejściowych. W niewielkim pomieszczeniu z małym okienkiem pod sufitem mieściła się kotłownia. Poszła dalej zaciekawiona drzwiami na końcu korytarza, które przez szparę przepuszczały pasmo światła.

Nacisnęła klamkę, która w pierwszej chwili stawiła opór, jakby sprzeciwiając się, aby ktokolwiek przekroczył próg pomieszczenia. Pchnęła ciężkie drzwi i momentalnie poczuła zapach starości i zaduchu, jakie wydawały wiekami niewietrzone kąty.

Oślepił ją blask bijący z okna, z każdą sekundą odsłaniał zawartość osamotnionego pokoju.

Odruchowo przyłożyła aparat do twarzy, a oko z niebieską tęczówką spojrzało przez wizjer. Robiła zdjęcia, wykorzystując oślepiające światło dnia, zamazujące kontury pokoju, ale tym dosadniej podkreślające jego skrywane sekrety. Liczyło się dla niej pierwsze spojrzenie, naturalna ciekawość, która pozwoli uwiecznić unikatowe ujęcie. Tak było zawsze, gdy poczuła zew polowania, pragnienie upamiętnienia obrazu, jakby zaraz miał zniknąć i nigdy więcej się nie pojawić.

Robiła zdjęcia bez opamiętania, zatracając się w poznawaniu i przyglądaniu, bo gdy moment uniesienia minie, mgła się rozrzedzi, a ciekawość zastąpi wiedza i pewność. Tak było za każdym razem, gdy odwiedzała nowe miejsce, a sporo ich było. Przemierzała kilometry dróg, wciąż goniąc za najlepszym i wyjątkowym zdjęciem, chwilą, którą zachowa, a której nikt jej nie odbierze.

Inaczej było z ludźmi, którzy pojawiali się i odchodzili, ona też przyjęła tę zasadę. Nieprzywiązywanie się, nietworzenie przyszłości, która mogła ulec zmianie, w sekundzie przewracając jej świat do góry nogami. Wolała jak aparat pochwycić unikatowe ujęcie, które zostanie w niej na wieczność, zanim rozbudzą się wątpliwości i pytania niedające jednoznacznej odpowiedzi.

Do jej świadomości przebił się dźwięk. Jednostajny, miarowy, po chwili głośniejszy. Przepędziła woal wspomnień i skupiła się na otoczeniu. Ktoś pukał do drzwi, ktoś stał za nimi i to ona musiała otworzyć.

***

Alwina otworzyła z uśmiechem, unosząc głowę.

– Dzień dobry. My się jeszcze nie znamy – przywitała się, wpatrując się w mężczyznę i jego uniesioną wysoko brew. Był wysoki i barczysty, mógł być groźny, ale w jego oczach wypatrzyła spokój.

– Dzień dobry. Raczej się nie znamy. Przyszedłem odmierzyć kąty – powiedział głębokim głosem, przyglądając się dziewczynie. Pierwsze, co go zaskoczyło, to jej drobna buzia i grzywka do połowy czoła. Była szczupła i wysoka, bez wyraźnych kobiecych kształtów, co go zdziwiło. Przyjaciel ze szkolnej ławy zazwyczaj omijał wzrokiem kruszynki, uwielbiając wypukłości biustu i zakrzywienia bioder.

– Natan nic mi nie wspomniał, że ktoś ma przyjść, ale proszę. – Odsunęła się, zapraszając gościa do środka. Przeszła korytarzem do salonu i zatrzymała się w kuchni. – Może kawa, herbata, napój?

– Nie chciałbym robić kłopotu...

– To żaden kłopot, naprawdę. Zaraz szybko przyszykuję i sama się napiję. Proszę się rozejrzeć, to wspaniały dom, ja zachwycam się nim nawet w takim stanie. Po remoncie będzie przepiękny...

Mężczyzna poszedł za dziewczyną, nie spojrzawszy na ściany i wnętrze, a wyłącznie na niej skupiając uwagę. Potok słów, który wylał się z jej ust, nie dał mu chwili na wtrącenie słowa. Był zaskoczony i zaciekawiony wyborem przyjaciela. Nawet jego trzy siostry nie mówiły tyle, ile dziewczyna o niebieskich dużych oczach, które przede wszystkim przyciągały jego wzrok. Zgadywał, że to właśnie one uwiodły Natana, który zrezygnował z tułaczki po świecie, i dla nich postanowił wrócić i osiąść w rodzinnym mieście.

– Przepraszam... Dokładnie to o czym rozmawiamy? – wtrącił, zupełnie jej nie słuchając, skupiony na swoich rozważaniach. Postanowił to uporządkować, oznaczyć, bo za wiele słów wprowadzało zbędny chaos.

– Herbata czy kawa? Przepraszam, nie wiem, jak działa ten ekspres, często spotykamy się w domu na wydmie, ale to zazwyczaj Natan robi kawę. – Niezrażona podeszła do urządzenia i próbowała je uruchomić. – To chyba pojemnik na mleko, ale jak go wyjąć? – zastanawiała się. – Może usiądziesz i poczekasz, a ja się wszystkim zajmę – zapewniała, gdy do niej podszedł, marszcząc brwi. Była zaskoczona wizytą niezapowiedzianego gościa. Zazwyczaj, jak poznała nową osobę, była niespokojna, odrobinę nerwowa, ale wątpliwości odpuszczały, gdy oddawała się rozmowie, która wiele ułatwiała i jeszcze więcej wyjaśniała. Chwyciła plastikowy pojemnik, który nie chciał wysunąć się z urządzenia.

– Nie musisz go wyciągać, nie piję z... – Nie zdążył dokończyć, gdy dziewczyna gwałtownie wyszarpnęła pojemnik, resztką białego napoju chlapiąc w jego twarz. – Mlekiem – dokończył, przymykając powieki i czując, jak po twarzy płyną mu krople mleka.

– Przepraszam! To niespecjalnie. Może pomogę. – Alwina odwróciła się, ręką sięgając po papierowy ręcznik, a gdy go pociągnęła, drewniany stojak przewrócił się, rozwijając całą rolkę, po czym spadł na podłogę.

– Stop! Nie ruszaj się i nic nie mów – zastrzegł groźnie, schylając się po ręcznik, i przetarł twarz, obserwując dziewczynę, która o dziwo posłuchała.

– Nie jestem niezdarą.

– Nie pomyślałbym tak.

– To seria niefortunnych zdarzeń. Zazwyczaj każdy sprzęt mnie słucha, jestem...

– Poczekaj. – Przyłożył palec do jej ust, nie chcąc, by ponownie zalała go lawina słów. – Za dużo informacji naraz, możemy zwolnić. Proszę – powiedział łagodnie, otrząsając się po pierwszym szoku, jakim okazała się dziewczyna Natana. Nawet był jej wdzięczny za ochlapanie chłodnym mlekiem, które go otrzeźwiło.

– Oczywiście, choć wolę od razu...

– Teraz moja kolej, moja kwestia – rzucił z lekko pobłażliwym uśmiechem. Nie chciał robić jej przykrości, bo była naprawdę urocza, poza tym skoro przyjaciel ją wybrał, musiała być wyjątkowa. – Nie musisz robić sobie kłopotu, wpadłem tylko na chwilę. Chciałem przyjrzeć się domowi, zobaczyć, co faktycznie jest do zrobienia. – Odwrócił wzrok od niebieskich tęczówek, które wnikliwie mu się przyglądały i rozejrzał po wnętrzu.

– Natan wspominał o jakimś koledze, który zawodowo zajmuje się budowlanką.

– To ja. Pozwolisz, że się rozejrzę i zobaczę resztę domu. – Nie czekał na jej odpowiedź, tylko skupił na tym, po co tu przyszedł. Chciał poznać konstrukcję budynku, wyłapać jego mocne i słabe strony, wychwycić to, co można było w nim pozmieniać na lepsze, a co należy zostawić, zachowując dawny kształt.

– Ten dom jest cudowny. Zachwyca już z zewnątrz, choć taras i ogrodzenie przy plaży potrzebują wymiany. Najbardziej lubię okna, duże tarasowe. Wpuszczają mnóstwo światła, nie ograniczając widoków. Przyjemnie jest oglądać tu zachody i wschody słońca, można w piżamie, prosto z łóżka wyjść do ogrodu i wpatrywać się w niebo, którego nic nie zasłania. A po kilku krokach można zanurzyć stopy w piasku i podziwiać morze.

– Umiejscowienie ma wyjątkowe – stwierdził, budząc się z rozmyślań, gdy słowa dziewczyny przedarły się przez jego skupienie. Poszedł w głąb korytarza. Niestety dziewczyna i jej głos szli za nim. Była jego nową klientką, więc nie mógł jej przepłoszyć czy do siebie zniechęcić, choć w duchu modlił się o samotność.

– Doszłam do ostatniego pokoju, jest taki tajemniczy, ciężki i duszny. To jest gabinet ojca Natana. On był...

– Prokuratorem, wiem – ubiegł ją, odwracając się do niej. Zatrzymali się w półmroku, blask z okna pokoju oświetlał ich profile, choć nadal stali w ciemnym korytarzu. – Myślę, że będzie jeszcze czas na omówienie wszystkich szczegółów – zapewnił ze spokojem, nachylając się nad dziewczyną, która mimo wysokiego wzrostu sięgała mu do brody. – Teraz chciałbym obejrzeć pomieszczenie i zobaczyć, co trzeba w nim zmienić.

– Jestem ciekawa twoich pomysłów. Na pewno wiele w życiu budowałeś i remontowałeś. Miałeś jakieś duże albo ciekawe projekty, wyzwania, którym z trudem sprostałeś? Masz może zdjęcia, przed i po zmianach, ja właśnie to mam...

– Poczekaj. – Ponownie przyłożył jej palec do pełnych ust, które wyróżniały się w drobnej twarzy. – Lili tak, Lili chciałbym...

– Nie jestem...

– Jeszcze nie skończyłem.

– Ale musiała zajść...

– Nie masz jakichś zajęć?

– Mam całkiem sporo, tylko że zaszła pomyłka, to z mojej winy, nie przedstawiłam się...

– Jestem Miron, miło mi cię poznać. – Słowny ping-pong zaczął go męczyć i irytować.

– Miło mi cię poznać, Mironie, ja...

– To może się nimi zajmiesz i zostawisz mnie samego, teraz. Proszę – rzucił, choć wcale nie było w jego słowach prośby.

– Oczywiście, pewnie, nie chciałabym przeszkadzać. – Zrobiła krok w tył urażona. – Chcę jedynie dodać, że jestem Alwi, nie Lili. To miłego oglądania, Mironie.

Zatkało go, znieruchomiał, widząc, jak z pochyloną głową wróciła do salonu. Poczuł się, jakby odtrącił miłego szczeniaka, który chciał się przywitać. Jej smutne oczy spowodowały u niego wyrzuty sumienia, w dodatku okazało się, że to nie była dziewczyna jego przyjaciela.

Nie wiedział, co zrobić, czy iść do niej i naprawić błąd, czy odwrócić się i dalej robić swoje. Zastanawiał się, gdzie popełnił błąd, przyznając, że to w drzwiach powinien się przedstawić. Dziewczyna jednak tak go zainteresowała, że zapomniał o dobrych manierach, a przez jej słowotok, zupełnie się zagubił. Natłok informacji podany w ciągu minuty każdego faceta by rozkojarzył, tak przynajmniej to usprawiedliwiał.

Przejechał ręką po jasnych, krótko obciętych włosach, szybko podejmując decyzję. Musiał naprawić złe wrażenie. Idąc do salonu, już w myślach rozważał, co jej powie, by załagodzić niepotrzebne spięcie.

– Alwi to od jakiego imienia? – Przyjrzał się jej, w oddali widząc długie blond włosy, które wypuściła z gumki i ponownie związała. Kręciły się w fale, sięgając do połowy drobnych pleców, tylko jej za krótka grzywka tworzyła niepasujący do całości element. Odwróciła się do niego i ponownie utknął w jej niebieskich dużych oczach. Odetchnął z ulgą, gdy się do niego uśmiechnęła. Nieświadomie ponownie wstrzymał oddech.

– Od Alwiny... Przepraszam, powinnam się przedstawić. Może zrobimy to odpowiednio. – Podeszła do niego, wyciągając szczupłą dłoń. – Alwina Konarska.

– Miron Nawrocki. – Pochwycił jej dłoń kontrastującą z jego twardą i spracowaną. – Miło mi cię poznać, Alwi.

– Cieszę się, że lepiej się poznamy. Lubię poznawać nowych ludzi. Jestem ciekawa twoich pomysłów i od czego zaczniesz remont. Pracy jest mnóstwo, a nasi przyjaciele zasługują na wspaniały dom. On też zasługuje na najlepsze.

– Zgadzam się.

– Niedługo poznasz Liliannę. Zobaczysz, oni pasują do siebie idealnie, wiesz, jak się poznali? Lili pękła...

Miron uśmiechnął się z pobłażaniem, a wyrzuty sumienia szybko się ulotniły, kiedy usłyszał, że dziewczyna na nowo się rozgadała. Nie powstrzymywał jej, tylko odwrócił się i ruszył do gabinetu, aby skończyć to, co zaczął. Niech tak zostanie: ona lubiła mówić, on lubił milczeć, więc każdy robił to, co dla niego najlepsze.

***

Gabinet prokuratora był urządzony praktycznie, nie było tam żadnych ozdób. Pod ścianami, jakby w szeregu, poustawiano regały wypełnione szczelnie książkami. Meble prezentowały klasyczny styl i solidne wykonanie. Bliżej okna stało wysłużone biurko, a przy nim fotel, jego tapicerka gdzieniegdzie była przetarta. Pokój był zakurzony i przesiąknięty zapachem starzyzny, nawet kilka dni czy tygodni wietrzenia nie przegoniłoby zaduchu przeszłości, który zagnieździł się w zgromadzonych tu przedmiotach.

Miron widział go w pastelowych barwach, z odnowionymi ścianami, z większą ilością oświetlenia i jaśniejszymi meblami. Przez okno wychodzące na zachód promienie słońca zaglądały tylko pod koniec dnia, więc dodałby lustra, które odpowiednio ustawione rozproszą światło po całym wnętrzu. To była jego propozycja, ale na pierwszym miejscu była wizja klienta, w tym wypadku jego przyjaciela. Miron przedstawi możliwości oraz praktyczne rozwiązania wykorzystania przestrzeni i razem ustalą co dalej. Chciałby, żeby Natan był zadowolony, zasługiwał na to nie tylko on, ale i dom, który przetrwał nie jeden orkan.

– Co o tym myślisz? – spytała Alwina, chcąc mu przypomnieć o swoim istnieniu. Gdy się rozglądał, wnikliwie mu się przyjrzała. Gęste brwi nisko wiszące nad szarymi oczami w ciemnym pomieszczeniu ściemniały. Prosty nos i wąskie usta z silnie zarysowaną szczęką wskazywały, że to człowiek, który nie ulega kompromisom, ustalając własne twarde zasady. Alwi powoli oswajała się z jego osobą, co pozwalało jej się rozluźnić i skupić na jego wyglądzie, obserwować go okiem fotografa, szukając ciekawych i sprzecznych elementów. Dojrzała bliznę nad brwiami biegnącą aż do skroni i urywającą się gwałtownie. Była szeroka, więc przeczuwała, że w dotyku jest szorstka. Zachwyciła się nią i z trudem powstrzymywała się by nie sięgnąć po aparat, aby uwiecznić ją na zdjęciu. Skaza czy to na duszy, czy na ciele dawała oryginalność nie do podrobienia. – Niewiele mówisz?

– Ty za to mówisz za dużo. – Uśmiechnął się, a jego rysy złagodniały. Wysoka i mocna sylwetka nabrała miękkości.

– Czy tak nie jest lepiej? Szybciej się poznamy.

– Nie to jest moim celem. Mam pracę do wykonania.

– A nie można tego połączyć? – zapytała zalotnie.

– Nie chcę się rozpraszać, wolę się skupić na jednym zadaniu, tak jak na jednym temacie rozmowy, ale wiem, że wy, kobiety, lubicie skakać z jednego tematu na drugi i niespodziewanie wracać do przerwanego wątku.

– Mówimy o wszystkim, co nam przyjdzie do głowy, by poruszyć każdy temat i o niczym nie zapomnieć.

– Tak, bo to byłoby marnotrawstwo i niepowetowana strata – ironizował.

– Rozmowa to komunikacja werbalna pozwalająca wymieniać się informacjami, radami, wskazówkami i przede wszystkim umożliwiająca wzajemne poznanie.

– Jaka ulga, że mówimy w tym samym języku. – Miron oglądał pomieszczenie, walcząc o skupienie.

– Niezrozumienie powoduje konflikty, a tego byśmy nie chcieli. Wolę jasny i wyczerpujący przekaz.

– Ja krótki i zwięzły.

– To ograniczające.

– Łatwe i szybkie.

– Pozostawiające wiele niedomówień i luk, wypełnione domysłami.

– To esencja i prostota.

– Ciemny dół z pytaniami, który kusi, by do niego zajrzeć.

– Stop! Właśnie wciągnęłaś mnie w słowotok.

– Wymianę informacji.

– Tracenie czasu na pustosłowie.

– Rozmowa to jedna z rozrywek ludzkości.

– Kobiecej części.

– Znam wielu mężczyzn, którzy uwielbiają rozmawiać. – Alwina zaszła mu drogę, gdy chciał opuścić pokój, jakby uciec od rozmowy.

– Mężczyźni wolą działać, niż gadać, to nasza dominująca profesja – zaznaczył z triumfem.

– Myślę, że lepiej i nawet grzeczniej jest powiedzieć, niż pokazać palcem – wytknęła z uśmiechem.

– Tak, jak coroczne przypominanie facetowi, że coś jest do zrobienia.

– Krótka pamięć to wasza częsta przypadłość.

– Ach i jeszcze wypominanie. Bez potoku słów nagany i niezadowolenia się nie obejdzie.

– Mówimy też miłe słowa.

– Wynieś śmieci? – rzucił z drwiną i tym razem udało mu się wyminąć dziewczynę. Ruszył ciemnym korytarzem, zapalił światło i teraz tu robił inspekcję.

– Mówisz, jakbyś miał w tym spore doświadczenie. Masz żonę?

– Trzy siostry.

– To nie to samo.

– Masz rację, to szkolenie przed jedną żoną.

– Nie masz dowodu ani doświadczenia – rzuciła, bagatelizując jego tezę. – Lubicie mówić o naszych kobiecych zaletach w komplementach – dodała, gdy spojrzał na nią, nie rozumiejąc.

– Raczej wy lubicie ich słuchać. Nawet jesteśmy do nich zmuszani.

– Zdobyłeś kiedyś kobietę bez słów? – zapytała powoli, tracąc argumenty.

– Też nad tym ubolewam.

– Czyli jednak – rzuciła z radością. – Rozmawiasz, żeby ją zdobyć.

– Nie do końca, zapytasz o coś kobietę i rozmowa, a raczej monolog, się rozwinie, zajmie się sama sobą, nam, facetom wystarczy słuchać.

– Nie wierzę! A flirt?

Miron nie odpowiedział, tylko wszedł na schody, chcąc dostać się na piętro.

– Nie lubisz flirtować? – Nie odpuściła i szybko ruszyła za nim. Miron stanowił dla niej ciekawy przypadek, musiała zrozumieć jego punkt widzenia.

– Nie mylmy gadulstwa z miłymi słówkami, gdzie obie strony dobrze się bawią. – Wszedł do pierwszego pokoju, którego okna wychodziły na plażę. Tak samo, jak w gabinecie prokuratora, w powietrzu wyczuwało się wiekowość zatrzymaną w starych meblach i przedmiotach.

– Czyli praktykujesz i dobrze się przy tym bawisz?

– Ograniczam do minimum.

– Jak to robisz?

– Trzy razy „k”. Kwiaty, jeden, wyjątkowo dwa komplementy i miła kolacja, na której zamieniam się w słuch, a później z górki.

Zaśmiała się, kręcąc głową. Miron przyjrzał się jej twarzy, małemu nosowi, pełnym ustom i dużym niebieskim oczom, jak morze w słoneczny dzień. Nie była pięknością z okładek magazynów, ale jej długie szczupłe nogi przyciągały jego wzrok. Posiadała jakiś urok, naturalność, która powodowała, że chciało się przebywać w jej towarzystwie.

– Dla mnie trzy razy „k” to za mało. Muszę bardzo dobrze poznać mężczyznę, by było z górki, jak to ładnie określiłeś.

– Nie należę do krasomówców, w odróżnieniu od ciebie.

– Zaczynasz mnie lubić, skoro prawisz mi komplementy. – Alwina uśmiechnęła się, a widząc jego wzrok, zwątpiła. – W każdym razie muszę przeprowadzić długie rozmowy i spędzić z mężczyzną wiele czasu.

– To odwlekanie i tracenie czasu, zamiast skupić się na celu.

– Z przyjemnością poznam twoją dziewczynę, może narzeczoną?

– Nie posiadam na stanie. To nie dla mnie.

– Dziwne? Wyglądasz na takiego z zasadami, takiego ułożonego i przewidywalnego.

– Ty wyglądałaś na grzeczną, a teraz widzę, że jesteś flirciarą.

– Ja, flirciarą, to naprawdę miłe. Coraz bardziej cię lubię, Mironie – wyznała z zadowoleniem.

– Jak już powiedziałem, wcale mi na tym nie zależy – zaznaczył, ale z uśmiechem, bo nie sposób jej było nie lubić. – A twój chłopak lubi rozmawiać?

– Nie mam nikogo takiego, ale gdyby był, to lubiłby ze mną rozmawiać i mnie słuchać.

– Przez dwie minuty, później by się wyłączył.

– Nie, on by słuchał.

– Może dlatego nie masz chłopaka? Wymagasz niemożliwego.

– Nie, to z innego powodu, ale ten właściwy taki by był – obstawała uparcie przy swoim.

– Jaki jest inny powód? – Pewność w jej głosie go zaciekawiła.

– Zagadujesz mnie i wypytujesz, Mironie? Uważaj, bo twoja koncepcja – kwiaty, komplement i kolacja – szybko się rozsypie.

– Tylko że ja cię nie... Chwileczkę.

Dziewczyna opuściła pokój, przechodząc do następnego, znajdującego się po przeciwnej stronie. Był cały zastawiony rzeczami, więc z trudnością można było dostać się do okna, które wychodziło na tył domu, gdzie bez przeszkód wolno było podglądać sąsiada.

– Ja cię nie podrywam i nie chcę zaprosić na kolację.

– Szkoda, tak fajnie się nam rozmawia.

– Może i fajnie, ale tracę czas, a raczej straciłem. – Miron spojrzał na zegarek i w myślach zaklął. – Muszę uciekać. Przez nasze gadanie nie zrobiłem tego, co powinienem.

– Wpadnij jutro, na pewno będę. Zrobisz to, co musisz, i znowu pogadamy.

– Właśnie to mnie martwi. Rozpraszasz mnie – powiedział, marszcząc brwi.

– To miło.

– To nie był komplement, tylko... Zaraz, co tu się dzieje?

– A co ma się dziać?

– Ty mnie podrywasz?

– Ja, ciebie? Chcę cię tylko bliżej poznać – odpowiedziała szczerze zaskoczona. Ale czy często jej się to przytrafiało, pomyślała z rozbawieniem. – Nigdy nikogo nie podrywałam.

– Jakoś trudno mi w to uwierzyć. – Miron zmierzył ją wzrokiem.

– Powiem to Wiki, na pewno się uśmieje.

– Wiki?

– Wiktorii Popławskiej.

– Właścicielce „Kotwicy”, to wy się znacie? – Miron nie pamiętał, żeby kiedykolwiek widział ją w otoczeniu Wiktorii.

– Czy się znamy? Ja u niej mieszkam. Wiesz, jak po raz pierwszy trafiłam...

Miron nawet się nie zastanawiał, podszedł do dziewczyny, kładąc jej palec na ustach, zatrzymując potok słów.

– Innym razem, Alwi. Pozdrów Wiki i do nieszybkiego zobaczenia, gaduło. – Zbiegł ze schodów, nie oglądając się za siebie.

– Miron! Poczekaj!

– Nie zatrzymuj się – mruczał pod nosem, widząc drzwi, swoje wybawienie od czaru, który dziewczyna na niego rzuciła, a od którego trudno mu było się uwolnić.

– Miron? – Pobiegła za nim, ale usłyszała tylko trzaśnięcie drzwi. – Chciałam powiedzieć, że miło mi było cię poznać.

***

Dom na wydmie wymagał odnowienia i odświeżenia. Alwina obeszła pokoje na piętrze, zajrzała do łazienki, porobiła kilka zdjęć, ale nie mogła skupić się na pracy i wyłapywaniu ciekawych ujęć. Ogół się rozmazywał, szczegóły umykały. Zbiegła po schodach do salonu. Zatrzymała się w pół kroku, widząc przez duże okna morską panoramę. Za każdym razem ten widok zwalał ją z nóg, atakował zmysł wzroku i przytrzymywał na kilka oddechów. O każdej porze dnia i nocy było coś do zobaczenia i dostrzeżenia. Alwinie nigdy on by się nie znudził. Cieszyła się, że dzięki pobytowi w Dziwnowie i dostępowi do tego domu wypełni swoje katalogi, urozmaici je i znajdzie nowych nabywców. Uśmiechnęła się, nie mogąc zrozumieć, co takiego było w Mironie, że ją tak rozstroił. Dostrzegła, że go irytuje, ale też ciekawi. Jego mimika zmieniała się jak jego oczy, wyrażając sprzeczne emocje. Do tego nazwał ją flirciarą, co totalnie ją rozbawiło. Gaduła, ciekawska, wścibska słyszała wiele razy, ale że flirciara – to po raz pierwszy.

Odpuściła pracę, nie będąc z siebie zadowoloną. Nadrobi to, obiecywała sobie w duchu. Opuściła dom, kierując się na plażę, którą dobrze znała. Delektowała się swoim uniesieniem i dobrym humorem. Dzień zaczął się wesoło, była ciekawa, jak się skończy.

Tłoczną promenadą skierowała się na zachód, mijając turystów w kolorowych strojach. Lato trwało w najlepsze. Chociaż lipiec był porą deszczową, na błękitnym niebie świeciło prażące słońce, opalając skórę promieniami.

Ostatnie zejście kończyło jej spacer. Weszła w uliczkę, widząc kolorowy chaos, którego nie sposób było przeoczyć. Restauracja „Kotwica” przyciągała wzrok barwnymi chorągiewkami, wystrojem i dźwiękami, które rozchodziły się echem od drewnianych dzwonków kołysanych przez żwawy wiatr. Gdy podeszło się bliżej, uwodził zapach świeżo mielonej kawy, wypieków i kwiatów rosnących w pękatych donicach. Miejsce było przytulne, z okrągłymi stolikami i krzesłami z kolorowymi poduszkami.

Alwina przecisnęła się do wnętrza, uśmiechając się do kelnerek ubranych w identyczne fartuszki. Nie widząc nigdzie szefowej, czmychnęła na tyły restauracji, bo pusty żołądek dawał o sobie znać. Od rana niczego nie zjadła, piła tylko chłodną wodę. Zazwyczaj w południe przypominała sobie o jedzeniu, o świcie zawsze była nastawiona na cel, upolowanie pięknego zdjęcia.

Szła za zapachem do kuchni, wiedząc, że kucharz poczęstuje ją swoimi pysznościami. Gdy tylko stanęła w przejściu, mężczyzna dużych rozmiarów uśmiechnął się do niej, patrząc krytycznie na jej wychudzoną sylwetkę. Był rumiany, rozgrzany, a jego biały fartuch bardziej przypominał wykrochmalone prześcieradło. Zmyślna czapka kucharska sterczała mu na głowie, podkreślając tytuł szefa kuchni. Alwina podeszła do niego, oplatając rękami jego ogromny kark, bo ramion nie była w stanie.

– Marcinie, nie krytykuj, wiem, że lubisz miękkie kobiece ciała, ale natura mi takiego poskąpiła, tylko skóra i kości. Ani piersi, ani tyłka. – Alwina od przyjaciółki dowiedziała się, że kucharz lubił kobiety o pełnych kształtach. Już w dniu jej przyjazdu zaserwował taką ucztę, że nie była w stanie zjeść wszystkich smakołyków.

– Możemy temu zaradzić, pamiętając o godzinach posiłków – zastrzegł z powagę. Podał jej szklankę z koktajlem, talerz z jajecznicą i naleśnikami z mnóstwem owoców i chmurką bitej śmietany. – Smacznego.

– Dziękuję! Zjem wszystko i jeszcze wyliżę talerz. – Pocałowała go w duży policzek z wdzięcznością.

– Za godzinę obiad!

– Uwielbiam cię, Marcinku.

W drzwiach jeszcze posłała mu buziaka z głośnym cmoknięciem. Przeszła korytarzem do biura szefowej z nadzieją, że tam ją zastanie.

– Jestem! – Chciała postawić talerz na biurku, ale nie znalazła skrawka wolnej przestrzeni. Jego blat był zaścielony papierami i dokumentami. Tym samym zgrywał się z całym biurem, które miało kilka zastosowań. Oprócz biura był tu magazyn suchy i składzik rzeczy, które nie zmieściły się nigdzie indziej. Miało się poczucie klaustrofobii, bo z wiszących półek niebezpiecznie wychylały się najróżniejsze przedmioty, których lekkie muśnięcie mogło spowodować, że spadną, pociągając za sobą inne.

– Tak szybko? Myślałam, że spędzisz tam cały dzień. – Wiktoria Popławska zsunęła gumkę z ciemnych włosów, które opadły, sięgając jej ramion. Roztrzepana, w swobodnym stroju zaskakiwała tytułem szefowej. – Gdzie z tym talerzem? Do ogrodu! Z przyjemnością zrobię sobie przerwę.

Korytarzem wyszły na prywatny ogród ze stołem z drewnianymi krzesłami oraz bujawką, która popychana przez wiatr cichutko skrzypiała. Wiki uśmiechnęła się, wychodząc z ciemnych murów na światło słoneczne, gdzie owiało ją rześkie, morskie powietrze. Postawiła kubek z niedopitą i chłodną już kawą na stole i podeszła do psa, który wygrzewał się w promieniach słońca, bez pośpiechu celebrując życie. Pochyliła się i dotknęła jego miękkiej sierści. Przytuliła policzek do jego mordki, a on z czułością ją polizał, wyrażając swoją bezgraniczną miłość.

– Łasuch jak zwykle w wyśmienitym humorze – powiedziała Alwina.

– On jedyny wie, jak traktować życie. Na luzie i na leżąco. Powinniśmy się od ciebie uczyć. – Z czułością potarmosiła jego kudłatą sierść. – Mam dla ciebie małe co nieco. – Wiki podała mu kawałek drożdżówki, jego przysmak. – Proszę bardzo, przyjacielu. – Troska odmalowała się w jej szarych oczach, którą rzadko odsłaniała przed ludźmi.

Alwina, siedząc przy stole, zapatrzyła się w ten cudowny obrazek. Wiktoria, jej siostra, znalazła wiernego towarzysza. Łasuch tak jak one został porzucony i bardzo skrzywdzony. Znaleźli się i teraz trzymali się razem. Uśmiechnęła się i rozejrzała w poszukiwaniu swojej towarzyszki. Słysząc za sobą szmer, odwróciła się, jej partnerka podróży podeszła się przywitać.

– Iskierka, kochanie, gdzie tym razem zapuściłaś swoje dorodne pazurki. – Kotka wskoczyła jej na kolana, przymilając się i ocierając o jej szyję, by tak zapewnić o swojej przyjaźni. Spotkały się w zadziwiających okolicznościach, które złączyły ich losy. Nazwała ją Iskierką, choć po kilku miesiącach pomyślała, że popełniła błąd. Z białym lśniącym futerkiem, czarnymi łapkami i miodowymi oczami prezentowała się po królewsku, więc Księżniczka bardziej do niej by pasowało. Do tego była wyniosła i miała odpowiednie maniery. Kotka poruszała się dostojnie, z klasą, dumnie, jednak uwagi Alwiny nie umykało jej spojrzenie, pełne tęsknoty, którą sama czuła w sercu. Przez kilka lat podróżowały w różne i odległe miejsca. Iskierka mogła odejść, znaleźć inny dom, jej pozostawiła decyzję, ale kotka zawsze do niej wracała i w dniu wyjazdu wchodziła do plastikowego transportera, dając się nieść jak w lektyce.

– Poznałam kogoś nowego. Pewnie go znasz – powiedziała Alwina między kęsami, delektując się puchowym ciastem naleśnika.

– Mieszkam w Dziwnowie od pięciu lat i znam osobiście albo z widzenia wszystkich. – Wiki usiadła na krześle, a na wolnym położyła nogi. Wystawiła twarz do słońca, łapiąc chwilę oddechu. Sezon letni w każdej nadmorskiej miejscowości był czasem żniw dla restauratorów. Połowa lipca to pełnia sezonu i największy napływ turystów. Nie narzekała, tylko podciągała rękawy i ostro zabierała się do pracy. Było tłoczno, głośno i wesoło. Mimo wielu obowiązków uwielbiała ten czas, bo dużo się działo i wiele mogło wydarzyć. Ten sezon był wyjątkowy, bo przyjechały jej przyjaciółki, samozwańcze siostry z domu dziecka. Nie była już sama, miała swoją małą rodzinkę.

– Przystojny, wysoki, nawet powiedziałabym potężny facet.

– Jeszcze powiedz, że ma penisa, to na pewno zgadnę – rzuciła z rozbawieniem.

– Miron Na... Nie pamiętam. Zupełnie wyleciało mi z głowy.

– Nawrocki. Musiał zrobić na tobie ogromne wrażenie. Poza tym czy on jest przystojny, to kwestia gustu.

– To nie przystojniak Edwin, ale ma coś w sobie, jakiś spokój, a jednocześnie kumulację emocji, może zdjęcie to z niego wydobędzie – rozważała w zamyśleniu.

– To on pomógł mi stworzyć „Kotwicę” i mieszkanie na poddaszu. Jest w porządku, poza tym Nawrockich znają wszyscy. Czy to on będzie remontował dom na wydmie?

– Tak. Zaskoczył mnie, kiedy przyszedł niespodziewanie. Wiesz, że wziął mnie za Lili. – Zaśmiała się na wspomnienie tej pomyłki. – Starał się być miły, ale moje gadulstwo mu się nie spodobało, ale i tak uczestniczył w rozmowie.

– Nie wierzę. Rozmowny jest tylko, jeśli porusza się temat budowy.

– Nie rozmawialiśmy wyłącznie o domu, ale o relacjach damsko-męskich. Porównywaliśmy nasze zamiłowanie do rozmów.

Wiktoria z zaskoczeniem popatrzyła na przyjaciółkę.

– Naprawdę jestem ciekawa, jak facet, który niewiele mówi, przeprowadził z tobą rozmowę.

– Na początku faktycznie był oporny, ale chyba nie wytrzymał. Nazwał mnie flirciarą, uwierzysz? Myślał, że go podrywam. Polubiłam go.

– A kogo ty nie lubisz?

– Po prostu niemiłe osoby omijam szerokim łukiem.

– Przyjmując twoją zasadę, musiałabym mieszkać na odludziu.

– Tylko tak mówisz, wiem, jaka jesteś uczuciowa i miła.

– Gajda potwierdzi – ironizowała. – Przypomnij mi, dlaczego go tak lubisz? – spytała, nie mogąc znieść, gdy za każdym razem z policjantem wymieniali się ociekającymi lukrem grzecznościami. Nawet jego typowe ironiczne wykrzywienie warg mogłaby odebrać jako uśmiech.

– Muszę to mówić, Wiki? Edwin jest troskliwy, opiekuńczy, dba o bezpieczeństwo miasta i pomaga nam w śledztwie.

– Czekaj, zapiszę sobie, bo zapomnę – burknęła. – Gajda nie pomaga, tylko przyczepił się, żeby wiedzieć, co jest grane.

– Pomaga, bo mu też zależy na odkryciu sprawcy.

– Niewiele mówiąc i zatajając fakty. Tylko zasypuje nas pytaniami. Dlatego, Alwino, pamiętaj, masz siedzieć cicho i nie zdradzić naszej tajemnicy.

– Ale czy nie powinnyśmy wyznać mu prawdy, powiedzieć, że było coś jeszcze, powód, dla którego proboszcz chodził na wyspę.

– Cicho! – Wiktoria rozejrzała się, zerkając w stronę drzwi. Czasem, gdy ruch w restauracji znacznie się wzmagał, kelnerki przybiegały, wołając ją do pomocy. – Jeszcze ktoś usłyszy.

– Nie uważasz, że to by pomogło?

– Raczej wsadziłby nas za kratki za zatajenie zeznań, zaniechanie i... – Nie wypowiedziała tego słowa, które od dziecka ją prześladowało, przylepiając niechlubną łatkę. – Jestem pewna, że Gajda wymyśliłby cokolwiek, by zamknąć mnie w areszcie. On myśli, że mnie wychowa. Rozumiesz? Mnie? Konserwator próbował, wiesz, jak się starał, i wiemy, jak się to skończyło.

– Jego nerwicą. Ale Edwina oczerniasz bezpodstawnie.

– Mieszkam tu dłużej niż ty, flirciaro. Może Miron miał rację. Powiedz, po co przyszedł? – Wiktoria zmieniła temat, nie chcąc ciągnąć dalej tego, co było dla niej jasne. Opinii o Gajdzie nie zamierzała zmieniać, bo swoje o nim wiedziała.

– Chciał się rozejrzeć i zmierzyć kąty. Zagadał się ze mną i tego nie zrobił.

– Zagadał się? Raczej ty zagadałaś jego.

– Pozdrawia cię.

– Pozdrów go, jak będziesz go widzieć, i nie zagaduj. Biedak, pewnie nie mógł się skupić przez twoją paplaninę i uciekł w popłochu.

– To była ciekawa rozmowa i nie uciekł, tylko w pośpiechu wyszedł. Śpieszył się.

– Czyli uciekł. – Wiktorii nie umknął rozmarzony uśmiech przyjaciółki, który mógł jej wiele ułatwić. Uważała, że rodzina, oczywiście kochana i troskliwa wobec siebie, powinna trzymać się razem, dlatego miała swój tajny plan.

***

Z przyjemnością przyjęła chłód domu, opuszczając nagrzany i nasłoneczniony ogród. Przy jej nogach szła Iskierka, która pierwsza wskoczyła na schody prowadzące na piętro. Alwina potrzebowała odpocząć po atrakcjach poranka, poczuła senność. Wstawanie wraz z budzącym się dniem zmuszało ją do drzemki w ciągu dnia. Miała stały rytm dnia, bez względu na to, gdzie była i jakie miejsce odwiedzała. Żyła w podróży, nie zmieniając godzin pracy i chwil odpoczynku. W Dziwnowie odeszła od zwykłego rozkładu, przeznaczając czas nie tylko na pracę, ale i rodzinę. Nadrabiały z siostrami dziesięć lat, które były jednocześnie marnotrawstwem i przemianą, uzyskiwaniem własnej tożsamości. Dla Alwiny był to czas trudny w związku z pożegnaniem ostatniej osoby, z którą tworzyła biologiczną rodzinę.

Całe poddasze znajdujące się nad restauracją przeznaczone było na mieszkanie. Okna były w ścianach i dachu. Nie docierały tu dźwięki z dołu, jedynie z ulicy, roznosząc się wesołym gwarem i odbijając od murów pobliskich budynków. Przestrzeń traciła na skosach dachu, ale i tak było sporo miejsca do zagospodarowania.

Styl został przeniesiony i odzwierciedlony z „Kotwicy”, dominował kolorystyczny chaos i różnorodność. Wiktoria lubiła wymieszane estetyki i eklektyczność. Ktoś mógłby pomyśleć, że to z braku pieniędzy, ale Alwina znała przyjaciółkę. Wiki zbierała różne rzeczy, których ktoś się pozbył, by je ratować, udowodnić, że piękno jest w drobiazgach na pierwszy rzut oka wydających się zbędnymi i niepotrzebnymi. To wyrażało wewnętrzny sprzeciw i bunt Wiki, pokrywało się z jej przeszłością.

Mieszkanie było przestronne i jasne. Od wejścia witał ją kolorowo urządzony salon z aneksem kuchennym, a korytarz prowadził do trzech pokoi i łazienki. Pierwszy po lewej oknami wychodził na ulicę i należał do właścicielki. Kolejny sama wybrała, uwielbiając unoszące się tam odgłosy, dźwięki zagłuszające dudniącą ciszę, która ją przerażała, bo była jak wstrzymanie oddechu. Po nim następował krzyk.

Po przeciwnej stronie znajdowała się łazienka i sypialnia z oknami wychodzącymi na zaciszny ogród. Ten pokój wybrała Lili, zanim się wyprowadziła do domu na wydmie. Alwina urządziła w nim pracownię. Wiki robiła wszystko, by czuła się jak u siebie. To ją wzruszało. Przyjaciółka zawsze była pełna uczuć, żałowała, że nie znalazł się nikt, na kogo by je przelała. Od dziecka pozbawiona czułości i wsparcia wciąż trzymała je na wodzy, bojąc się cierpienia, które mogły przynieść. Pod tym względem były podobne – siostry sieroty z poranionymi duszami. Miała nadzieję, że Lilianna wraz z Natanem przełamią ich fatum, o którym Alwina była przekonana. Wiedziała, co jest tego powodem, gdy tylko się tego pozbędzie, wszystko się ułoży, a przeszłość odejdzie.

Odstawiła torbę i aparat. Korzystała z karty pamięci, której zawartość chciała przenieść na laptopa, chcąc sprawdzić, czy udało jej się coś wyjątkowego upolować. Zmęczenie jednak przeważyło i przeszła do sypialni. Po chwili leżała i patrzyła w okno dachowe na leniwie przepływające chmury. Poczuła spokój, puls zwolnił tempo po porannym pośpiechu, nawet dźwięk upływających sekund na zegarze tracił na intensywności.

Po godzinie się przebudziła. Uśmiechnęła, gdy kotka wskoczyła na łóżko i się w nią wtuliła. Pogłaskała jej miękkie futerko, wsłuchała się w jej spokojny oddech. Myślami wróciła do domu na wydmie i mężczyzny, który niespodziewanie stanął w drzwiach. Lubiła poznawać ludzi, odkrywać ich wady i zalety, szukając usprawiedliwienia dla swoich czynów i postępowania z przeszłości. Dawne wydarzenia wciąż do niej wracały z siłą rażenia nie mniejszą niż za pierwszym razem. Paliły krytyką i suszyły wyrzutami sumienia, wystarczyła drobna iskra, by na nowo zapłonęły. Pełna wątpliwości w innych szukała swojego rozgrzeszenia.

Jej wzrok zatrzymał się na ciemnym przedmiocie leżącym na stole. Spojrzała na niego z niechęcią. Podjęła się go pilnować, czuwać nad jego wrażliwą zawartością. Zbrodnia popełniona dziesięć lat temu wołała o sprawiedliwość, była jak niezamknięte okno w deszczową noc, kroplami i wiatrem wdzierając się do środka, nie dając spokoju. Alwina pragnęła je zamknąć, definitywnie odciąć jak balast ciążący w podróży. Dała sobie czas, nie lubiła pośpiechu, który w przeszłości kierował ich błędnymi decyzjami.

Drzemka dodała jej sił, a praca nad uwiecznionymi o świcie ujęciami udowodniła, że minione godziny zostały w pełni wykorzystane. Zdjęcia morza w blasku budzącego się dnia i wschodu słońca były unikatowe i zaskakiwały kontrastami. Wymagały tylko drobnego szlifu, jej śladu, który lubiła na nich zostawiać. Uwielbiała nad nimi pracować, porównywać i odkrywać, patrzeć, jak zmienia się ich przejrzystość i ostrość.

Weszła na swoją stronę internetową i stworzyła kolejny katalog, tytułując go „Budzące się morze”, i dorzuciła poranną sesję.

Strona „Uwiecznione chwile” cieszyła się sporym zainteresowaniem, a zdjęcia powodzeniem. Wystawiała je na sprzedaż, nie tylko w swoim boksie sieciowym, ale na innych popularnych platformach.

Skończyła część artystyczną i przeszła do formalnej, odbierając pocztę, przyjmując zamówienia, sprawdzając propozycje do sesji zdjęciowych, których posiadała całą gamę, poczynając od ślubnych, po produkty reklamowe. Miała swoją markę, utrzymywała standardy, spełniając oczekiwania klientów.

Na koniec sprawdziła przelewy i stan konta, który podkreślał jej niezależność i wolność. Robiła to, co kochała, i mogła się z tego utrzymać. Nie sądziła, że nagły impuls doprowadzi ją do miejsca, w którym była. Prowadziła własną firmę, była swoim szefem i pracownikiem, ustalała swoje godziny pracy, odpoczynku i miejsca, które pragnęła uwiecznić. Jak za pierwszym razem, zawsze z ciekawością patrzyła przez wizjer aparatu, szukając wyjątkowości, i odwiedzała nowe miejsca, ciągle w podróży, wciąż z apetytem na przeżycie przygody.

Odchyliła się na krześle i zapatrzyła w okno dachowe i zaciemnione niebo, które straciło jasność rozbudzonego dnia. Wieczór nastał szybciej, niż się spodziewała, a z nim czekające ją spotkanie w domu na wydmie. Zamieszanie z Lili i Natanem i ich niespodziewane uczucie ograniczyło ich spotkania. Teraz wracali do śledztwa, które miało odkryć tajemnicę wyspy. Pytania potrzebowały odpowiedzi, a zebrane dowody i materiały tylko czekały, by ich użyć.

Denerwowała się, nie wiedząc, co się wydarzy. Polegała jednak na przyjaciółkach, które staną za nią murem, bez względu na to, co będzie. Na Liliannie, która była spokojna i wyważona w opisywaniu swoich przemyśleń, i Wiktorii, która może nieco gwałtownie i dosadnie narzucała swoje racje, ale zawsze to było dla ich dobra.

Był jeszcze Natan, ukochany Lili, zawodowy ratownik z powołania, który akceptował ludzi takimi, jakimi byli, do każdego wyciągał pomocną dłoń, dając wsparcie i zrozumienie. Miał dar zjednywania ludzi.

Mocnym atutem w ich gronie, ale jednocześnie wątpliwym, był Edwin Gajda, obecny komendant policji w Dziwnowie, który był po ich stronie, ale i reprezentował prawo, stojąc na jego straży. Współpracowali, obiecali sobie współdziałanie, ale do tej pory nie wyznali wszystkich tajemnic, czekając, co przyniesie ich amatorskie dochodzenie, a co zmusi ich do wyjawienia całej prawdy będącej konsekwencją złych decyzji.

– Gotowa? – krzyknęła z drugiej części mieszkania Wiktoria.

– Oczywiście! – Alwina zamknęła laptopa i opuściła pokój. Martwiła ją najważniejsza rzecz, jaka została jej powierzona, a z którą nie wiedziała, jak się obchodzić. Zgodziła się ją przechować jako osoba, której celem nie było poznanie jej zawartości. Wiedziała jednak, że zarówno Lili, jak i Wiki oczekują od niej zaangażowania w sprawę, która łączyła się z przeszłością i wyspą, na której popełniono zbrodnię.

***

Przyjaciółki opuściły „Kotwicę” i skierowały się do domu na wydmie. Mrok powoli wkradał się w alejki Dziwnowa, przytłumiając światło dnia. Unoszący się echem od budynków gwar nie malał, a wręcz przeciwnie – wzrastał, szykując się do nocnych imprez, które po nieśpiesznym dniu plażowania nabiorą prędkości rozrywkowych i energicznych zabaw.

Alwina komentowała tysiącem wypowiadanych słów to, co mijały po drodze. Kolorowe stragany i ich miejsca zabaw i mnóstwa wspomnień. To, co było kiedyś i co teraz zajmowały pnące się w górę budynki z apartamentami na wynajem. Chłonęła panującą atmosferę beztroski i lenistwa. Będąc w domu dziecka z przyjaciółkami, uwielbiała nocne życie. O dziesiątej miały leżeć w łóżkach w swoim pokoju, a one szykowały się do kolejnej przygody. Czuła wtedy dreszczyk emocji i strachu, który wprawiał ją w wyśmienity nastrój. Sama nigdy by się nie zdecydowała, ale z siostrami zrobiłaby wszystko.

Na pomysł tradycyjnie wpadła Wiktoria, mająca setki planów do zrealizowania, w każdym z nich upatrując świetnej rozrywki i odskoczni od codzienności. Zapomnieć o przeszłości, o porzuceniu i bawić się, łapiąc tyle radości, ile się da, wiedząc, że i tak nic nie trwa wiecznie.

Gdy mury sierocińca milkły, Alwina i jej towarzyszki wyprawy wymykały się przez okno, zachowując najciszej, jak potrafiły. Ułatwieniem było to, że ich pokój znajdował się na parterze, trudnością zaś strażnik, któremu musiały zbiec, niezauważone.

Konserwator Chojek był nadgorliwy i drobiazgowo przestrzegał regulaminu, co w połączeniu z jego odstraszającą aparycją i wrednym charakterem wróżyło same kłopoty. Nic jednak nie mogło ich powstrzymać, a raczej Wiki, która nie bała się zakazów, nakazów nie tylko stosowanych w domu dziecka, ale i ogólnie obowiązującego prawa. To Lili ją hamowała i ograniczała, a Alwina była rozjemczynią, która po długim monologu zazwyczaj przyznawała rację obu stronom. Była wagą, która ważyła wszystkie za i przeciw, i sprawdzała się w tym idealnie.

Jasnym promykiem i wsparciem, a nawet przeciwwagą dla konserwatora, była siostra Stefcia, ich opiekunka i zastępcza matka, jak ją pieszczotliwie nazywały, zazwyczaj gdy narozrabiały i oczekiwały kary. Miała decydujące zdanie, czego Chojek nigdy nie zaakceptował, mrucząc pod nosem obelżywe słowa. To w jej werdykcie upatrywały łagodności pokuty, bo że takowa będzie, nigdy nie miały wątpliwości.

Niektóre pomysły nie były tak fajne, jak na początku się wydawały. Czasem miały więcej szczęścia niż rozumu, jak na przykład gdy ukradły linę z portu, by zamontować bujawkę, pechowo wypuściły łódź na swobodne dryfowanie. Albo bezmyślnie chodziły po drewnianych falochronach, traktując to jak wyzwanie sportowe, gdzie liczył się czas. Niejeden wczasowicz w ten sposób skończył tragicznie, wpadając w wir wody, który pociągnął go w głąb morza, już nie wypuszczając ze swoich objęć. Alwina nie cofnęłaby jednak żadnego z tych zdarzeń. Zwariowane i czasem szalone chwile pozwoliły jej zapomnieć, wyrwać się z otchłani smutku, odgrodzić od brutalności świata, tworząc własny, odległy na ich ukochanej wyspie.

– Pamiętaj, nie wychodź przed szereg – przestrzegała Wiktoria, zerkając na zamyśloną przyjaciółkę, która nagle ucichła. Wzbudziło to jej niepokój. – Może tym razem ogranicz wypowiedzi, zamień na same hasła, bez dokładnych opisów. Nie bądź wyszukiwarką, która od razu podaje wszystko na tacy.

– A ty nie unoś się i niczego nie chlapnij – wytknęła Alwina. – Lili powiedziała mi, że to ty podałaś Edwinowi prawdziwe miejsce zbrodni proboszcza.

– To było niefortunne, taki lapsus – tłumaczyła speszona. – Dobrze, przyznaję, Gajda mnie zirytował i walnęłam zupełnie niepotrzebnie, ale nie zamierzam dać mu się podejść drugi raz.

– Drugi? Podobno od razu chciałaś biec na wyspę, gdy Edwin miał zamiar zrobić wizję lokalną?

– Dobrze, to trzeci raz nie dam mu się sprowokować. Z Lili coś za bardzo plotkujecie – wytknęła z niezadowoleniem. Wiki wcale nie cieszyła się ze swojej popędliwości. Szybkie wyrzucenie tego, co przyszło jej na język, czy działanie zazwyczaj bez rozważenia wszystkich za i przeciw w większości kończyło się nieprzyjemnymi konsekwencjami. Edwin Gajda miał zdolność rozbudzania jej złości, co było kolejnym powodem, by utrzeć mu nosa.

– Nadal uważam, że wyznanie tego, co wiemy, i przyznanie się do błędu ułatwi sprawę.

– Nie przekonacie mnie z Lili. Wiem, do czego zmierzasz, Alwi, ale nie rozgaduj się, nic z tego. Czekamy.

– Ale czy nie będzie łatwiej? – dopytywała z nadzieją.

– Łatwiej będzie, gdy znajdziemy sprawcę. Nasze zatajenie będzie wtedy niewiele znaczyło.

– Ale żeby go znaleźć, potrzebujemy wszystkich informacji.

– My mamy część, a Gajda ma drugą, ale jak wiemy, niechętnie się nimi dzieli.

– Tak jak my swoimi.

– Może i często łamię prawo, ale wiem, że to robię – wyznała z powagą Wiki. – Czekamy – powtórzyła z naciskiem. – Przysięgnij, żadnych zmian planów. Mówię serio.

– Dobrze, przysięgam.

Do domu zaszły od strony miasta, korzystając z furtki przymocowanej do ceglanego słupka. Jeszcze nie umilkł głośny jęk metalu, gdy otworzyły się drzwi, w których stanęła Lilianna.

– Jesteście! – Zbiegła ze schodków i przytuliła przyjaciółki. – Edwin już jest i... Wiki, grzecznie, bez zbędnych kłótni.

– Nie wiem, dlaczego mnie o to podejrzewasz – powiedziała z ironią przyjaciółka.

– Gdybym była konserwatorem, potarmosiłabym cię za ucho, żebyś lepiej pamiętała – wytknęła jej Lili.

– Jak wiemy, tarmoszenie nie przynosiło rezultatu – dodała Alwina, dobrze pamiętając wojny Wiki z Chojkiem, które kończyły się awanturami słyszanymi w całym sierocińcu.

– Robicie się nudne. – Wiki uśmiechnęła się i zaczerpnęła tchu. – Chodźmy, miejmy to z głowy. – Jako pierwsza weszła na schodki i po chwili zniknęła w domu.

– Jak, Alwi, wszystko w porządku? Jesteś jakaś milcząca?

– Myślisz, że nasze spotkania i to całe dochodzenie coś da? – zapytała pełna wątpliwości.

– Jestem dobrej myśli. Gdy przyjechałam do Dziwnowa, byłam pewna, że sprawca został już dawno zatrzymany i ukarany. Miałam nadzieję oddać to, co do mnie nie należy, powiedzieć to, co należało, i zmierzyć się z konsekwencjami, które będą mniej dotkliwe. Niestety okazało się inaczej. – Lili wzruszyła ramionami, niby z bezradności, ale to, co do tej pory się wydarzyło, było zaskakujące i przyniosło jej sporo radości. – Postanowiłam dojść prawdy, w końcu po dziesięciu latach siła emocji zmalała, ktoś odważy się powiedzieć więcej, ale moje amatorskie śledztwo nic nie odkryło, tylko rozwiązało worek z kolejnymi pytaniami. Nie narzekam, bo przy okazji znalazłam miłość. Chciałam zmierzyć się z ciemną stroną wspomnień, a odkryłam jasną, własną, którą wciąż miałam w sobie.

– Cieszę się twoim szczęściem, Lili.

– Daj sobie czas Alwi, nie poganiaj i niczego nie przyśpieszaj. Może też coś odkryjesz na wyspie.

– Naszej wyspie? W tamtą noc przestała nią być.

– Nigdy nie przestała, bo to ona nas ponownie ściągnęła. Kryła się we wspomnieniach.

– W tęsknocie – wyszeptała Alwina.

– Wtedy odkryła przed nami inny świat.

– Byłam na niej szczęśliwa.

– Może teraz też odsłoni to, co utraciłaś.

– Najbardziej z nas trzech wierzyłaś w marzenia.

– A ty miałaś determinację, by je realizować i osiągnęłaś swój cel.

– Wszystkie osiągnęłyśmy, stałyśmy się niezależne i nikt już nam nie mówi, co mamy robić, z kim i gdzie mieszkać. Same kierujemy swoim życiem.

– Dlatego jestem pewna, że sobie poradzimy i mimo trudności dopniemy swego, odkryjemy tajemnicę. – Lili była przekonana, że tak będzie, mimo że na razie poruszali się po omacku, po ciemku, szukając włącznika. – Współpracujemy, jesteśmy razem i możemy więcej. Zaczynamy sobie coraz bardziej ufać.

– Masz rację, Lili. Jesteśmy drużyną i los nam sprzyja.

– Choć czasem zmienia front. Poranny cytat coś mi podpowiedział.

– Twoja codzienna wyrocznia wylosowana ze słoika. – Alwina znała ceremoniał przyjaciółki, podszept przepowiedni, która miała się sprawdzić w rozpoczynającym się dniu.

Lili objęła przyjaciółkę ramieniem, po czym razem weszły do środka.

– „Najbardziej niespodziewane rzeczy mogą zdarzyć się wtedy, gdy wszystko idzie jak po maśle”[1]. – Lili z przekonaniem wierzyła w swoje sentencje, które przygotowywały ją do nadchodzących wydarzeń.

– Czyli? To dobra czy zła przepowiednia?

– Czyli czekają nas niespodzianki.

***

Z salonu dochodził gwar rozmów. Alwina podeszła do Natana i ponownie ciepło się z nim przywitała, całując w policzek. Tak samo przywitała się z Edwinem, który stanowił jego przeciwieństwo, a nawet kontrast, nie tylko w wyglądzie, ale i w zachowaniu.

Wysoki i szczupły, z ciemnymi oczami, rzadko wyrażał emocje. Jego twarz pozostawała nieruchoma, tylko w oczach i w zakrzywieniu ust można było wychwycić różnicę, jeśli dobrze się go poznało. Wzrok był czujny, jakby w ciągłej gotowości, niezdradzający zawartości jego duszy. Uśmiech to drobne zakrzywienie ust, które można było pomylić z wymowną ironią w wypowiadanych słowach. Natan za to uśmiechał się oczami, promieniując spokojem i otwartością.

Wieczór był ciepły, ale wietrzny, więc nie zostali na tarasie, tylko rozgościli się w salonie. Niedawno złożona przysięga, obiecująca współpracę powinna rozluźnić ich relacje, ale w powietrzu nadal wyczuwało się wahanie i oczekiwanie. Nie wypowiedziano wszystkich tajemnic, nie podzielono się wspomnieniami, jakby jeszcze nie nadszedł ten właściwy moment. Zebrani byli jednak przekonali, że tworzą drużynę, że zależy im na tym samym.

Lilianna i Natan przygotowali drobne przekąski i napoje. Wiki tradycyjnie przyniosła rogaliki z „Kotwicy”, jako wsparcie dla spotkań, które wszystkich kosztowały wiele nerwów. Każdy z zebranych ważył swoje słowa, kalkulował, co i ile może odsłonić.

– Czas zdecydować, co zrobić z prezentem, Lili – powiedziała Wiki, uważając, że tak ważny dowód nie może się dłużej marnować. Nie usiadła, tylko opierała się o ścianę, dzięki czemu z łatwością obserwowała i twarze zgromadzonych, i krajobraz za oknem, zerkając na ciemniejące niebo ozdobione gwiazdami, które błyskiem przyciągały wzrok.

– Może powinniśmy najpierw spytać księdza Backa, po co w ogóle dał go Liliannie – wtrącił Edwin. Po ostatnim nieformalnym przesłuchaniu duchowny tylko z daleka go pozdrawiał. Obaj schodzili sobie z drogi, co było łatwe wraz z napływem nowej fali turystów.

– Ksiądz będzie kłamał, kombinował i wymyślał niedorzeczne teorie. Nadal uważam, że to on jest winny. – Wiktoria wiedziała swoje i zamierzała się tego trzymać.

– Nie mając dowodu? – wytknął jej policjant.

– Dlaczego nie pokazał nam go, kiedy pytaliśmy o śmierć proboszcza? Kiedy wciskał nam swoje niewiarygodne alibi? – Podejrzewała obecnego proboszcza, a byłego wikarego, który zajął miejsce zamordowanego. – Może to jego.

– Popławska, dobrze wiesz, że to proboszcza Wincenta, poza tym sprawdziłem pismo.

– Kiedy? Miałeś się do niego nie zbliżać. Alwina?

– Tylko mu pokazałam, nic więcej – uspokajała wywołana do odpowiedzi.

– On się czegoś boi – pospieszyła z wyjaśnieniem Lilianna, nie chcąc, żeby Edwin i Wiki znowu zaczęli się kłócić. Chciała odgadnąć, co spowodowało, że to właśnie jej ksiądz Bacek podarował notes w ciemnej oprawie, wysłużonej od ciągłego przeglądania. Jego właściciel często z niego korzystał, zapisując niechlubne uczynki ludzi, którzy jedynie potrzebowali odpuszczenia win. Dwukrotnie próbowała księdza o to zapytać, ale zawsze otaczał się ludźmi, specjalnie nie dając jej tej możliwości.

– Kiedy opuszczaliśmy wyspę, nie chciał z nami wrócić do miasta – przypomniał Natan. – Jakby bojąc się, że ktoś go z nami zobaczy.

– Filipiakowa. Plotkara wszędzie chodzi i węszy, mogło się to jej nie spodobać, w końcu to ona zapewniła mu alibi. Nie ukrywa, że nie cieszy się, że wracamy do starej zbrodni. – Wiki miała zatarg z najstarszą i najbardziej wścibską mieszkanką Dziwnowa. Już od czasu pobytu w domu dziecka ich konflikt trwał, zawsze znalazł się powód, by na nowo go rozniecać. – Nie zdziwiłabym się, gdyby to ona ukatrupiła proboszcza.

– Teraz Filipiakowa, a ostatnio mówiłaś o rabusiach – wytknął jej Edwin, nie znosząc, gdy atakowała innych, nie mając na to dowodu, zazwyczaj osoby, za którymi nie przepadała. Dziewczyna kierowała się emocjami, rzucała oskarżeniami z lekkością, nie przejmując się konsekwencjami swoich słów.

– Mówiłam też o twoim ojcu, Gajda. Komendant wcale nie był święty, po mieście krążyły różne plotki. – Wiki z hardością patrzyła w jego chłodne oczy. Teraz siedział, a ona stała, co jej się spodobało. Była niska, to on zazwyczaj nad nią górował, przyciskając wzrokiem.

– Masz coś konkretnego na myśli? – spytał chłodno, groźnie. Zawsze starała się go wyprowadzić z równowagi, niestety czasem jej się to udawało.

– Obiecywaliście, że będziecie współpracować. Wszyscy składaliśmy obietnicę, pamiętacie, jedna drużyna i jeden team – wtrąciła Alwina, ubiegając Liliannę, która zazwyczaj interweniowała.

– Masz rację, Alwi, obiecywaliśmy, ale