Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 614 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dom na Skarpie - Nora Roberts

Bestsellerowa pisarka The New York Timesa Nora Roberts prezentuje nową powieść sensacyjną, pełną namiętności i napięcia.

Dom na Skarpie od ponad trzech wieków góruje nad Whisky Beach, strzegąc wybrzeży oraz tajemnic urokliwego miasteczka. Dla wakacyjnych turystów jest perłą w koronie przepięknej okolicy, dla miejscowych symbolem i legendą, dla Eliego Landona zaś rodzinnym domem.

Eli, bostoński prawnik, przez ostatni rok zmagał się z policją oraz opinią publiczną, odpierając oskarżenia o zamordowanie żony, z którą się rozwodził. Nie znaleziono dowodów jego winy, więc nie trafił do więzienia, lecz jego reputacja legła w gruzach. Po psychicznym załamaniu zaszywa się w Domu na Skarpie, by leczyć rany.

Kiedy ukochana babcia Eliego jedzie do Bostonu, gdzie dochodzi do siebie po groźnym upadku, domem zajmuje się Abra Walsh - joginka, jubilerka i fizjoterapeutka. Ta wszechstronna kobieta o wielkim sercu gotowa jest zaopiekować się każdym potrzebującym, nawet wbrew jego woli, i tym razem bierze na celownik Eliego.

Adwokat po przejściach szybko odkrywa, że już nie wyobraża sobie życia bez Abry, jej gotowania, sprzątania, masażów. Przy niej nie czuje się jak ofiara i postanawia oczyścić swoje dobre imię, rozwikłując sprawę morderstwa żony. Liczne sekrety Domu na Skarpie przyciągają jednak kogoś, kto nienawidzi Eliego i pragnie go pogrążyć. Wielosetletnie pogłoski i podania mogą sprawić, że Abra i Eli stracą nie tylko reputację, ale i życie.

Namiętność i obsesja, poczucie humoru i gorące uczucia - to znajdziesz w tej powieści o dwojgu ludziach, którzy otwierają się na prawdę i na siebie nawzajem.

Opinie o ebooku Dom na Skarpie - Nora Roberts

Fragment ebooka Dom na Skarpie - Nora Roberts

Tytuł oryginału: Whiskey Beach

Copyright © 2013 by Nora Roberts All rights reserved.

Copyright for the Polish Edition © 2013 G+J Gruner+Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42 faks 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77

Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska Korekta: Marianna Chałupczak Projekt okładki: Wioletta Wiśniewska Zdjęcie na okładce: Matt Tilghman / Shutterstock Redakcja techniczna: Mariusz Teler Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN: 978-83-7778-531-7

Skład i łamanie: KATKA, Warszawa

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Moim synom oraz córkom, które mi dali.

Zielone jak smok, lśniące, ciemne morze nękane przez węża.

MROK

Mnóstwo ludzi żyje w cichej rozpaczy. Co się zwie rezygnacją, jest w istocie desperacją.Henry David Thoreau

1

Masywny zarys Domu na Skarpie był widoczny przez ścianę deszczu ze śniegiem, zza której od czasu do czasu na wysokim urwisku po południowej stronie błyskało intensywne światło. Budynek stał frontem do lodowatego Atlantyku, całkiem jakby rzucał mu wyzwanie.

Będę trwał równie długo, jak i ty.

Wznosił się na wysokość trzech pięter ponad nierównym, surowym brzegiem w Whiskey Beach i ciemnymi oknami patrzył na rozbijające się o piach fale. Trwał tak od ponad trzech wieków. Kamienny domek, w którym obecnie przechowywano narzędzia ogrodnicze, świadczył o skromnych początkach tych, którzy pokonali gniewny i kapryśny Atlantyk, aby rozpocząć nowe życie na kamienistym gruncie odkrytego świata. Obecnie wyniosłe mury o barwie złocistego piasku, krzywizny ścian szczytowych i rozległe tarasy z miejscowego kamienia zdawały się wznosić peany na cześć najlepszych dni budowli.

Przetrwał sztormy, zaniedbania, beztroską ekstrawagancję i wątpliwy gust mieszkańców, wzloty, upadki i skandale. Za jego murami żyły i umierały pokolenia Landonów. Zdarzało się im tu świętować i opłakiwać zmarłych, knuć, odnosić sukcesy i przeżywać porażki. Dawniej lśnił niczym snop światła z latarni morskiej, które przetaczało się po wodach pełnego dostojnych skał północnego wybrzeża Massachusetts, i tylko czasem kulił się w mroku, za zasłoniętymi oknami. Stał tu długo, tak długo, że nazwano go Domem na Skarpie, który dominował nad morzem, piaskiem i miasteczkiem Whiskey Beach.

Dla Elego Landona było to jedyne miejsce, do którego mógł się udać – nie tyle schronieniem, ile kryjówką przed tym, czym stało się jego życie w ostatnich jedenastu okropnych miesiącach. Z trudem poznawał samego siebie.

Padał z nóg po dwuipółgodzinnej jeździe z Bostonu po śliskich drogach. Musiał jednak przyznać, że przez większość czasu zmęczenie koiło go niczym kochanka. Zatrzymał samochód przed domem, ale z niego nie wysiadł. Siedział w ciemnościach, a mokry śnieg rozpryskiwał się na przedniej szybie i na dachu auta. Zastanawiał się, czy zebrać w sobie dostatecznie dużo energii, aby wejść do środka, czy też pozostać w samochodzie i może nawet w nim zasnąć. Pomyślał jednak, że to głupie. Spanie za kierownicą nie miało najmniejszego sensu, skoro zaledwie kilka metrów dalej czekał dom pełen wygodnych łóżek.

Eli nie zdołał zmusić się do wyciągnięcia walizek z bagażnika i z fotela pasażera zabrał tylko dwie małe torby z laptopem i kilkoma niezbędnymi drobiazgami.

Śnieżyca zaatakowała, kiedy tylko opuścił pojazd, ale chłodne podmuchy świszczącego wiatru częściowo wyrwały go z letargu. Fale grzmiały na skałach i tłukły piasek, wydając z siebie nieustanny ryk. Eli wyjął z kieszeni kurtki klucze, ukrył się pod szerokim kamiennym portykiem i popatrzył na masywne dwuskrzydłe drzwi, wyciosane przed ponad wiekiem z drewna tekowego, które sprowadzono z Birmy.

Pomyślał, że minęły prawie trzy lata, odkąd był tutaj po raz ostatni. Zanadto skupił się na pracy i katastrofalnie nieudanym małżeństwie, żeby przyjechać do babci na weekend, krótki urlop czy choćby ze świąteczną wizytą. Dzwonił do niej regularnie, mailował, pisał na Facebooku i Skypie. Hester Hawkin Landon może i dobiegała osiemdziesiątki, ale witała nowe technologie i innowacje z młodzieńczą ciekawością oraz entuzjazmem. Naturalnie, spędzał czas z nieposkromioną starszą panią podczas jej wizyt w Bostonie. Zabierał ją na kolacje, zapraszał na drinka, pamiętał o kwiatach i pocztówkach, wręczał prezenty, przychodził na rodzinną Gwiazdkę oraz ważne urodziny.

Szperając w poszukiwaniu klucza, pomyślał, że wszystko to było jedynie racjonalizowaniem sobie faktu, że nie znalazł czasu na przyjazd do Whiskey Beach, miejsca, które babka kochała najbardziej, i nie poświęcał jej głębszej uwagi.

Odnalazł klucz i przekręcił go w zamku, a wchodząc do środka, zapalił światła. Po przekroczeniu progu rzucił torby na podłogę i przez chwilę rozglądał się po przestronnym holu. Od razu dostrzegł, że babcia przerobiła to i owo, udatnie łącząc nowości z tradycją. Zauważył także nowe dzieła sztuki, pejzaże morskie i ogrodowe, które tworzyły plamy stonowanych barw na ciemnobrązowych ścianach. Zerknął na schody, przy balustradzie ozdobione uśmiechniętymi maszkaronami – odpowiadał za nie kaprys jednego z Landonów. Na półpiętrze schody rozdzielały się i skręcały na lewo i prawo, ku północnemu i południowemu skrzydłu.

Mnóstwo sypialni – wystarczyło tylko wejść na górę i wybrać którąś z nich.

Jeszcze nie teraz.

Najpierw minął główny salon, czyli pokój o wysokich łukowych oknach z widokiem na frontowy ogród, a raczej na to, co z niego zostało po drapieżnym ataku zimy. Babcia opuściła dom ponad dwa miesiące temu, ale nigdzie nie zauważył ani odrobiny kurzu. Na palenisku kominka okolonego poświatą lazurytu leżały gotowe do podpalenia polana. Na stoliku Hepplewhite’a, który szczególnie sobie ceniła, stały świeże kwiaty. Napuszone poduszki aż zachęcały do siadania na trzech sofach w różnych miejscach salonu, a podłoga z szerokich desek kasztanowca lśniła niczym lustro.

Eli doszedł do wniosku, że babcia znalazła kogoś do sprzątania, i potarł czoło w miejscu, od którego zaczynał się rozwijać ból głowy. Rzeczywiście, przypomniał sobie, babka mówiła mu, że poprosiła o opiekę nad domem sąsiadkę, która zastępowała ją przy cięższych pracach porządkowych. Właściwie o tym nie zapomniał, tylko ta informacja na chwilę zagubiła się we mgle, która zbyt często przyćmiewała mu umysł.

Opieka nad Domem na Skarpie stała się teraz jego obowiązkiem. Miał dbać o budynek, może nawet tchnąć w niego więcej życia.

Podniósł torby, spojrzał na schody i zamarł. To właśnie u ich podnóża znalazła babcię sąsiadka, być może ta sama, która tu sprzątała. Bogu dzięki, że ktoś przyszedł sprawdzić, co słychać. Babcia była nieprzytomna, poobijana i zakrwawiona, a do tego miała roztrzaskany łokieć, pęknięte biodro, połamane żebra i wstrząs mózgu. Otarła się o śmierć. Lekarze byli zdumieni uporem, z jakim trzymała się życia. Nikt z rodziny nie kontaktował się z nią codziennie, nikt nie pomyślał, żeby zadzwonić, i nikt, nawet on, nie nabrałby złych przeczuć, gdyby nie odezwała się przez dzień lub dwa. Hester Landon, niezależna, niezwyciężona i niezniszczalna, mogła umrzeć po dramatycznym upadku, gdyby nie jej sąsiadka i niewzruszona wola przetrwania.

Teraz rezydowała w apartamencie w domu jego rodziców, odzyskując siły. Miała tam pozostać dopóty, dopóki zdrowie nie pozwoli jej powrócić do Domu na Skarpie. Eli dobrze wiedział, że jeśli rodzice postawią na swoim, babcia pozostanie z nimi, i tyle.

Chciał myśleć o niej tak, jakby była tutaj, w ukochanym domu, siedziała na tarasie i patrzyła na ocean, sącząc wieczorne martini. Mogłaby też krzątać się po ogrodzie albo ustawiać sztalugi do malowania. Pragnął wierzyć, że była pełna życia, a nie bezradna i połamana, kiedy on nalewał sobie drugi kubek porannej kawy. Postanowił dać z siebie wszystko do czasu jej powrotu i za wszelką cenę podtrzymywać życie w budynku.

Ruszył na piętro. Zamierzał zająć pokój, w którym zwykle sypiał podczas wizyt, zanim stały się wyraźnie rzadsze. Lindsay nienawidziła Whiskey Beach i Domu na Skarpie, a kiedy się tu zjawiała, niezmiennie wywoływała konflikt i Eli trafiał w sam jego środek, między wyniośle uprzejmą babcię a kąśliwą żonę. Dlatego w końcu poszedł na łatwiznę. Teraz mógł tylko ubolewać, że przestał przyjeżdżać i że wymyślał różne wymówki, a czas z babką spędzał wyłącznie w Bostonie.

Co się stało, to się nie odstanie.

Po wejściu do sypialni zauważył, że i tu ustawiono kwiaty, a ściany mają znajomy, łagodny odcień zieleni. Wisiały na nich dwie akwarele babci, które szczególnie lubił. Postawił torby na ławie u stóp łóżka w stylu empire i ściągnął płaszcz.

Tutaj wszystko było po staremu – małe biurko pod oknem, szerokie, podwójne drzwi prowadzące na taras, fotel o wysokim oparciu i podnóżek z pokryciem, które jego prababka obszyła haftem wiele lat temu. Po raz pierwszy od bardzo dawna dotarło do niego, że czuje się tu niemal jak w domu. Wyjął z torby zestaw przyborów toaletowych, po czym znalazł czyste ręczniki i wymyślne mydełka w kształcie małży. Niewiele myśląc, wziął też cytrynowy płyn do kąpieli.

W łazience celowo nie popatrzył w lustro. Przez ostatni rok sporo stracił na wadze i nie chciał sobie o tym przypominać. Wszedł pod prysznic w nadziei, że spłucze z siebie zmęczenie. Z doświadczenia wiedział, że jeśli położy się do łóżka wyczerpany i zestresowany, będzie spał nerwowo i obudzi się z uciążliwym bólem głowy.

Po kąpieli wziął ręcznik ze stosu, z zadowoleniem wdychając cytrynowy aromat. Wilgotne włosy kręciły się poniżej karku, tworząc wiecheć koloru ciemny blond, równie długi jak wtedy, gdy Eli miał dwadzieścia lat. Trudno się dziwić, skoro od prawie roku nie odwiedził Enrique’a, swojego fryzjera. Nie czuł potrzeby fundowania sobie strzyżenia za półtorej setki, podobnie jak nie miał ochoty skorzystać z kolekcji włoskich garniturów i butów. Nie był już nienagannie ubranym adwokatem, specjalizującym się w sprawach kryminalnych, z własnym gabinetem i perspektywą rychłego awansu na pełnoprawnego wspólnika. Tamten człowiek umarł wraz z Lindsay, tylko wówczas jeszcze o tym nie wiedział.

Odrzucił kołdrę, równie puszystą i białą jak ręcznik, wśliznął się pod nią i zgasił światło. W mroku słyszał jednostajny pomruk morza oraz szum tłukącego o szyby deszczu ze śniegiem. Eli zamknął oczy, podobnie jak każdej nocy życząc sobie choć kilku godzin nieświadomości.

Tylko tyle ich dostał.

Cholera! Naprawdę był wkurzony. Jadąc w intensywnym zamarzającym deszczu, myślał o tym, że absolutnie nikt nie zdołał wyprowadzić go z równowagi tak jak Lindsay.

Co za zdzira!

Jej umysł i najwyraźniej także sumienie funkcjonowały w sposób, którego nie zaobserwował u nikogo innego. Przekonała siebie, a z pewnością także sporą liczbę przyjaciół, matkę, siostrę i Bóg wie kogo jeszcze, że Eli jest winien rozpadowi małżeństwa. Że przez niego po nieudanych sesjach w poradni małżeńskiej trafili do sądu i przystali na separację, po czym wdali się w prawną batalię przedrozwodową. Rozgłosiła też, że to z jego cholernej winy zdradzała go przez ponad osiem miesięcy, o pięć więcej, niż trwała prawna separacja, na której tak jej zależało. Jakimś cudem Elego obarczono odpowiedzialnością za to, że dowiedział się o jej kłamstwach i zdradzie, zanim zdążył podpisać dokumenty i tym samym umożliwić Lindsay odejście z lwią częścią majątku.

Oboje byli wściekli. On, bo okazał się idiotą, a ona, bo poznał prawdę, zanim go oskubała. Eli spowodował, że wdali się w ostrą, paskudną i publiczną awanturę o jej cudzołóstwo pewnego popołudnia w galerii sztuki, w której Lindsay pracowała na pół etatu. Niewątpliwie źle wybrał czas i formę, ale nic go to nie obchodziło. Chciała zwalić na niego winę za to, że przestało jej zależeć do tego stopnia, że siostra Elego widziała ją z innym mężczyzną, jak się obściskiwali w hotelowym holu w Cambridge, a potem razem wsiedli do windy. Tricia odczekała dwa dni z poinformowaniem go o tym, ale nie mógł mieć do niej pretensji. Domyślił się, że niełatwo przekazać taką wiadomość. Musiały upłynąć kolejne dwa dni, zanim dotarło do niego to, co usłyszał. Dopiero wtedy przygotował się do walki i zatrudnił prywatnego detektywa.

Osiem miesięcy, pomyślał. Sypiała z innym w hotelach, pensjonatach, diabli wiedzą gdzie jeszcze, ale była za sprytna, żeby robić to w domu. Co by sąsiedzi pomyśleli? Może nie powinien był iść do galerii, uzbrojony w raport detektywa i własną furię, aby stawić czoło Lindsay. Może oboje powinni mieć więcej rozumu i nie wrzeszczeć na siebie tak głośno, że było ich słychać nie tylko w całym budynku, ale i na ulicy.

Problem w tym, że musieli dać upust frustracji.

Wiedział, że w obecnej sytuacji ustalenia majątkowe nie będą dla niej szczególnie korzystne. Miało być czysto i uczciwie, bez konieczności ścisłego przestrzegania umowy przedmałżeńskiej? Bardzo proszę. Lindsay przekona się o tym, kiedy wróci do domu z aukcji charytatywnej i zobaczy, że Eli zabrał obraz kupiony we Florencji, odziedziczony po prababce brylantowy pierścionek w stylu art déco oraz srebrny serwis do kawy, który go nie interesował, ale był jeszcze jednym elementem rodzinnej spuścizny.

Przekona się, że przyszła pora na nowe rozdanie.

Może to było małostkowe i głupie, a może słuszne i zasadne. Zaślepionego wściekłością Elego nic to nie obchodziło. Zatrzymał się na podjeździe domu w bostońskiej Back Bay. Dom miał stanowić solidny fundament małżeństwa, na którym już wcześniej pojawiły się pierwsze rysy. Eli liczył na to, że kiedyś przyjdą tu na świat dzieci, zwłaszcza że animozje chwilowo znikły, gdy wraz z Lindsay dobierał meble, debatował, spierał się i zgadzał w drobnych sprawach dotyczących wystroju wnętrz.

Eli zrozumiał, że zamiast wynajmować mieszkanie na, jak miał wcześniej nadzieję, krótki czas, lepiej zrobi, jak je kupi. Dla siebie, dodał w myślach, wychodząc z samochodu na deszcz. Bez dyskusji, kłótni i godzenia się. Stało się jasne, że będą musieli sprzedać dom za znacznie zaniżoną sumę.

Gdy uświadomił to sobie pod drzwiami wejściowymi, odczuł ulgę. Koniec z grą na zwłokę, z wątpliwościami, koniec z udawaniem, że to małżeństwo można albo należy ratować. Niewykluczone, że na swój kłamliwy, oszukańczy i nieszczery sposób Lindsay mimowolnie oddała mu przysługę, gdyż mógł odejść bez poczucia winy i bez żalu.

Równie dobrze mógł odejść z tym, co do niego należało.

Otworzył drzwi i wszedł do dużego holu, po czym wstukał kod alarmu. Na wypadek gdyby go zmieniła, miał przy sobie dokumenty z nazwiskiem i tym adresem. Już wcześniej postanowił, że w odpowiedzi na ewentualne pytanie policji lub ochrony będzie twierdził, iż zapomniał o zmianie kodu.

Lindsay pozostawiła stary kod, co powitał z ulgą, choć jednocześnie poczuł się urażony. Przekonana, że zna go jak własną kieszeń, uznała, iż bez jej wiedzy nie wejdzie do domu, który należał do niego tylko w połowie. Eli zgodził się wyprowadzić, dać im obojgu nieco przestrzeni, nie wątpiła więc, że nie przekroczy ustalonej granicy. Założyła, że jest prawomyślny, ale wkrótce miała odkryć, że ani trochę go nie znała.

Przez moment stał nieruchomo, rozkoszując się panującą wokół ciszą i wczuwając w atmosferę domu. Wszystkie obecne w nim neutralne tony służyły za tło dla plam i błysków barw, łącząc nowe ze starym i tworząc pomysłowo spektakularny styl. Musiał przyznać, że Lindsay była w tym dobra. Wiedziała, jak się zaprezentować, jak urządzić dom i zorganizować udane przyjęcia. Spędzili tu sporo miłych chwil, nawet bywali szczęśliwi. Zdarzały się im okresy zadowolenia, umieli się porozumieć, a nawet uprawiali satysfakcjonujący seks i od czasu do czasu leniuchowali w niedzielne poranki. Dlaczego zatem wszystko tak fatalnie się ułożyło?

– Chrzanić to – wymamrotał.

Obiecał sobie, że tylko wejdzie i wyjdzie, pobyt w domu zanadto go przygnębiał. Poszedł prosto na piętro, do saloniku przy głównej sypialni, i zauważył, że na półce na bagaże leży mała, do połowy spakowana walizka. Pomyślał, że Lindsay może sobie jechać, gdzie tylko zechce, z kochankiem czy bez niego, i skupił się na tym, po co przyszedł. W garderobie wstukał kombinację cyfr do otwarcia sejfu. Nie zainteresował się stertą gotówki, dokumentami oraz kasetką z biżuterią, którą ofiarowywał żonie przez lata i którą kupowała sama.

Tylko pierścionek, przypomniał sobie, klejnot Landonów. Zajrzał do pudełka, sprawdził, jak migocze i połyskuje w świetle, a następnie pudełko wepchnął do kieszeni kurtki. Gdy tylko zamknął i zabezpieczył sejf, ruszył ku schodom i nagle uświadomił sobie, że powinien był zabrać folię bąbelkową albo innego rodzaju materiał do owinięcia obrazu. Postanowił, że użyje do tego ręczników kąpielowych, które wyjął z szafy na bieliznę,

Z ulgą uprzytomnił sobie, że zaraz stąd zniknie. Wcześniej nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo pragnął opuścić ten dom, odsunąć od siebie wspomnienia, te złe, ale i dobre.

W salonie zdjął obraz ze ściany. Kupił go podczas miesiąca miodowego, ponieważ Lindsay ujęły prześwietlone barwy, urok i prostota pola słoneczników z gajami oliwnymi w tle. Od tamtej pory kupowali dzieła sztuki – obrazy, rzeźby, kosztowną ceramikę. Wszystko to mogło trafić do wspólnego worka i stać się przedmiotem negocjacji. Wszystko, tylko nie słoneczniki.

Eli położył opatulony obraz na sofie i ruszył przez dom. Z zewnątrz dobiegały go odgłosy szalejącej burzy. Zastanawiał się, czy Lindsay jedzie samochodem w takich warunkach, żeby dokończyć pakowanie przed jednodniową wycieczką z kochankiem.

– Ciesz się, póki możesz – mruknął.

Z samego rana zamierzał zadzwonić do adwokata i dać mu wolną rękę. Nadeszła pora rzucić się sobie do gardeł.

Skręcił do pokoju, który przerobili na bibliotekę, a gdy sięgał do włącznika światła, zauważył żonę w ostrym błysku błyskawicy. Od tego momentu do głuchego grzmotu pioruna miał zupełną pustkę w głowie.

– Lindsay?

Uderzył pięścią w przełącznik i rzucił się przed siebie. Nie potrafił pogodzić tego, co widział, z tym, co był w stanie przyjąć do wiadomości.

Leżała przed kominkiem, a na białym marmurze i ciemnej podłodze widniała wielka plama krwi. Oczy żony, o barwie gorzkiej czekolady, oczy, które tak bardzo go kiedyś zauroczyły, były szkliste i nieruchome.

– Lindsay…

Padł na kolana i dotknął jej dłoni, wyciągniętej tak, jakby po coś sięgała. Była zimna.

Eli obudził się w Domu na Skarpie, usiłując się otrząsnąć z kolejnego koszmaru. Zdezorientowany i oszołomiony, usiadł w pościeli. Rozejrzał się po zalanym słonecznym światłem pokoju, rozpamiętując sen, a w tym czasie jego serce powoli się uspokajało.

Dom na Skarpie. Przyjechał do Domu na Skarpie. Lindsay nie żyła prawie od roku. Dom w Back Bay wreszcie wystawiono na sprzedaż. Dramat dobiegł końca, choć Eli ciągle odczuwał jego skutki.

Przeczesał włosy palcami. Nie łudził się, że znowu zaśnie. Wiedział, że nawet jeśli mu się to uda, raz jeszcze powróci koszmar: w małej bibliotece będzie klęczał przy zamordowanej żonie. Mimo to nie przychodził mu do głowy ani jeden rozsądny powód, żeby wstać z łóżka.

Nagle dosłyszał muzykę, przygłuszoną i odległą. W ostatnich miesiącach, które spędził w domu rodziców, przywykł do rozmaitych hałasów i wcześniej nie dotarło do niego, że nie powinien słyszeć muzyki ani w ogóle żadnych odgłosów z wyjątkiem szumu morza i porywów wiatru. Zastanawiał się, czy włączył radio lub telewizor i zapomniał o tym. Nie byłby to pierwszy raz, odkąd zaczął go wciągać wir, z którego nie potrafił się wydostać.

Doszedł do wniosku, że w końcu znalazł powód, by wstać.

Ponieważ nie przyniósł do domu całego bagażu, szybko wciągnął na siebie dżinsy, w których przyjechał, chwycił koszulę i włożył ją już na korytarzu. Zbliżając się do schodów, uznał, że muzyka nie brzmi jak z radia, w każdym razie nie tylko z radia. Na parterze rozpoznał piosenkarkę Adele, której towarzyszył żeński głos. Razem tworzyły żywiołowy i głośny duet. Podążył za dźwiękiem, który zawiódł go do kuchni, gdzie wtórująca Adele kobieta sięgała właśnie do jednej z trzech płóciennych toreb sklepowych, umieszczonych na blacie. Wyjęła kiść bananów i dołożyła ją do jabłek i gruszek, ułożonych w bambusowej misce. Eli ani w ząb nie rozumiał, co się dzieje.

Kobieta śpiewała na całe gardło, i to całkiem nieźle – co prawda brakowało jej magii Adele, lecz była dobra. Do tego wyglądała jak wróżka, z gatunku tych smukłych i zwiewnych. Na ramiona spływały gęste, rozpuszczone loki o barwie orzecha. Eli widział jej twarz z profilu – miała ostry nos, wystające kości policzkowe i wyrazistą górną wargę. Wszystko razem tworzyło zjawiskową całość, chyba że w tak dziwnych okolicznościach oszołomiony umysł płatał mu figla.

Na palcach kobiety błyszczały liczne pierścionki, w uszach miała długie kolczyki, a na szyi naszyjnik z półksiężycem. Lewy nadgarstek zdobił zegarek z białym cyferblatem wielkości piłki do baseballu. Nie przestając się wydzierać, wyciągnęła z torby litr mleka i pół kilo masła, a gdy odwróciła się, by podejść do lodówki, ujrzała Elego. Nie krzyknęła, ale chwiejnie zrobiła krok do tyłu.

– Eli? – Odstawiła butelkę, która omal nie wyśliznęła się jej z rąk, i przyłożyła do piersi upierścienioną dłoń. – Jezu, ale mnie wystraszyłeś. – Zaśmiała się gardłowo. – Spodziewałam się ciebie dopiero po południu. Nie widziałam samochodu, ale weszłam od tyłu. – Wskazała drzwi na patio. – Jak rozumiem, dostałeś się do środka od frontu. Przyjechałeś wczoraj wieczorem? Pewnie było luźniej na drogach, ale przy takiej pogodzie kiepsko się jeździ. Tak czy siak, jesteś. Napijesz się kawy?

Ponownie pomyślał, że kobieta wygląda jak długonoga wróżka o śmiechu morskiej boginki. Na dodatek przyniosła banany.

– Kim jesteś? – spytał, nie odrywając od niej wzroku.

– Och, przepraszam, byłam pewna, że Hester ci powiedziała. Jestem Abra Walsh. Hester poprosiła mnie, żebym przygotowała dla ciebie dom, więc przyniosłam zakupy. Co u niej? Nie rozmawiałam z nią od paru dni, wymieniałyśmy tylko szybkie maile i sms-y.

– Abra Walsh – powtórzył. – To ty ją znalazłaś.

– Ja. – Wyjęła torebkę kawy i napełniła ekspres, niemal identyczny jak ten, z którego Eli kiedyś codziennie korzystał w kancelarii. – To był okropny dzień. Hester nie przyszła na zajęcia jogi, a nigdy ich nie opuszczała. Dzwoniłam, nie odbierała, więc do niej zajrzałam, bo mam klucz. Sprzątam tutaj.

Abra podstawiła ogromny kubek pod kranik ekspresu i ponownie zajęła się rozkładaniem zakupów.

– Z przyzwyczajenia weszłam od tyłu. Wołałam ją, ale… Potem zaczęłam się martwić, że źle się poczuła, i postanowiłam zajrzeć na górę. Właśnie szłam do schodów, a ona tam leżała. Bałam się, że… ale wyczułam tętno, a kiedy wypowiedziałam jej imię, na moment odzyskała przytomność. Zadzwoniłam po karetkę i przykryłam Hester narzutą z sofy, bo nie chciałam jej ruszać. Przyjechali szybko, chociaż wtedy wydawało mi się, że czekam wieczność.

Wyjęła z lodówki kartonik ze śmietanką i zabieliła kawę.

– Na szybko czy powoli? – zapytała.

– Co?

– Na szybko, czyli tutaj. – Postawiła kawę na blacie kuchennej wyspy. – W ten sposób będziesz mógł siedzieć i rozmawiać ze mną.

Eli wbił wzrok w kubek, a Abra się uśmiechnęła.

– Zaparzyłam jak trzeba, co? Hester powiedziała, że ma być z odrobiną śmietanki, bez cukru.

– Jasne, dzięki. – Eli jak w transie podszedł do wyspy i usiadł na taborecie.

– Hester jest silna, inteligentna i ma niepowtarzalną osobowość – ciągnęła Abra. – To moja bohaterka. Była pierwszą osobą, do której się zbliżyłam, kiedy przeniosłam się tutaj parę lat temu,

Trajkotała jak katarynka, nie zwracając uwagi na to, czy Eli słucha. Wiedziała, że czasami głos wpływa kojąco na ludzi, a wnuk Hester wyglądał tak, jakby potrzebował ukojenia. Pomyślała o jego zdjęciach, które pokazała jej Hester. Zrobiono je kilka lat wcześniej; Eli miał na nich swobodny uśmiech oraz rozpromienione niebieskie oczy Landonów, krystalicznie czyste z bardzo ciemną obwódką wokół tęczówki. Teraz sprawiał wrażenie zmęczonego, był smutny i wychudzony. Obiecała sobie, że zrobi, co się da, aby to zmienić, i wyjęła z lodówki jajka, ser oraz szynkę.

– Jest ci wdzięczna za to, że zgodziłeś się tutaj zatrzymać. Wiem, że Hester się martwiła, kiedy Dom na Skarpie stał pusty. Powiedziała, że piszesz powieść.

– Ja… uhm.

– Czytałam kilka twoich opowiadań. Podobały mi się. – Abra postawiła na kuchence patelnię, żeby się rozgrzała, a w tym czasie napełniła szklankę sokiem pomarańczowym, wsypała trochę jagód do małego durszlaka, żeby przepłukać je wodą, i wsunęła kromkę chleba do tostera. – Jako nastolatka pisałam kiepskie wiersze miłosne. Było jeszcze gorzej, kiedy spróbowałam połączyć je z muzyką. Uwielbiam czytać i podziwiam każdego, kto umie tak dobrać słowa, żeby opowiedzieć historię. Hester jest z ciebie bardzo dumna. Poważnie.

Podniósł wzrok i popatrzył w jej oczy o kształcie migdałów. Zauważył, że są zielone niczym morze w przerzedzonej mgle i równie zjawiskowe jak cała Abra. Nagle położyła dłoń na jego ręce, po czym od razu ją zabrała.

– Kawa ci wystygnie – oznajmiła.

– Racja. – Uniósł kubek, upił kilka łyków i poczuł się odrobinę lepiej.

– Nie zaglądałeś tu jakiś czas – kontynuowała, wlewając roztrzepane jajka na patelnię. – W miasteczku jest całkiem przyjemna restauracyjka i cały czas działa pizzeria. Wydaje mi się, że masz teraz wszystko, co potrzebne, ale w razie czego jest też sklep. Jeśli czegoś ci zabraknie, a nie będziesz miał ochoty jechać do miasteczka, daj mi znać. Gdybyś był w okolicy i zechciał mnie odwiedzić, mieszkam w Mewie Śmieszce. Znasz to miejsce?

– No… tak. A ty… pracujesz dla mojej babci?

– Sprzątam tutaj raz lub dwa razy w tygodniu, o ile tego sobie zażyczy. Sprzątam u kilku osób, od czasu do czasu. Poza tym pięć razy w tygodniu prowadzę zajęcia jogi w podziemiach kościoła, a jednego wieczoru w tygodniu we własnym domu. Przekonałam Hester, żeby spróbowała ćwiczyć jogę, i się wciągnęła. Robię także masaże… – spojrzała przez ramię na Elego i dodała z uśmiechem: – terapeutyczne. Zdobyłam uprawnienia. Działam na różnych polach, bo mam rozległe zainteresowania.

Przełożyła omlet na talerz, na którym uprzednio położyła świeże jagody i tost, i podsunęła Elemu razem z czerwoną lnianą serwetką i sztućcami.

– Muszę już iść, inaczej się spóźnię.

Wrzuciła mniejsze torby do dużej, w kolorze czerwonym, po czym włożyła ciemnofioletowy płaszcz, owinęła szyję szalikiem w kolorowe paski i naciągnęła na głowę czapkę z fioletowej wełny.

– Zobaczymy się pojutrze, około dziewiątej – oznajmiła.

– Pojutrze? – powtórzył

– Przyjdę posprzątać. Jeśli będziesz czegoś potrzebował wcześniej, to zadzwoń. Numer domowy i komórki znajdziesz na tamtej tablicy. A jeżeli wyjdziesz na spacer, a ja akurat będę w domu, wpadnij. Witaj z powrotem, Eli. – Abra podeszła do drzwi na patio i odwróciła się z uśmiechem. – Zjedz śniadanie – nakazała stanowczym tonem i znikła.

Siedział zapatrzony w drzwi, po czym opuścił wzrok na talerz. Wciąż oszołomiony, zabrał się do jedzenia.

2

Eli wędrował po domu w nadziei, że to pomoże mu się odnaleźć. Nie cierpiał bezcelowego snucia się z miejsca na miejsce, od myśli do myśli, bez żadnego punktu zaczepienia i kotwicy. Kiedyś jego życie miało kręgosłup i cel. Po śmierci Lindsay pozostał jedynie cel. Stała się nim walka o pozostanie na wolności i uniknięcie dożywotniego więzienia. Teraz, gdy zagrożenie stało się mniej bezpośrednie i realne, pozostało mu pisanie. Nie popadł w obłęd wyłącznie dzięki ucieczce w świat fantazji, wykreowany w procesie tworzenia opowieści. Gdzie znajdował się jego punkt zaczepienia, gdzie się podziała kotwica? Czy był nią Dom na Skarpie i czy to mogło wystarczyć?

W dzieciństwie i wczesnej młodości spędzał tu, w kuszącej bliskości plaży, mnóstwo czasu, jedno lato po drugim, święta i weekendy. Zapamiętał tamte chwile jako proste i niewinne, nie był jednak pewien, czy rzeczywiście takie były. Przypomniał sobie zamki z piasku i pikniki z pieczonymi owocami morza, żeglowanie z dziadkiem na ładnym slupie, przycumowanym w marinie Whiskey Beach, i hałaśliwe, gromadne kolacje świąteczne, podczas których ogień trzaskał we wszystkich kominkach. Wtedy nawet nie przyszło mu do głowy, że wiele lat później będzie wędrował po tym domu niczym gość nasłuchujący echa dawnych głosów czy szukający w pamięci wizji minionych czasów.

Stanął w drzwiach sypialni babci i uderzyło go, że chociaż trochę tu pozmieniała, wiele przypominało o przeszłości, jak choćby wielkie łoże z czterema słupkami, gdzie ze względu ma zamieć przyszedł na świat jego ojciec. Fotografia dziadków, młodych, pełnych życia i pięknych w dniu ślubu, oprawiona w srebrną ramkę, nadal stała na komódce. Także widok z okien na morze, piasek, poszarpaną krzywiznę skalistego wybrzeża nie zmienił się ani odrobinę.

Nagle ze zdumiewającą wyrazistością przypomniał sobie pewną letnią noc sprzed lat, gdy szalał sztorm, waliły pioruny, a błyskawice nieustannie przecinały niebo. Miał wtedy zaledwie pięć, może sześć lat, teraz jednak stanęło mu to przed oczami, jakby oglądał wspomnienia przez krystalicznie czyste soczewki. Widział błyski za oknem, wielkie łoże dziadków, u których wraz z Tricią poszukali schronienia. Usłyszał śmiech dziadka pomagającego przerażonej Tricii wejść do łoża. Dziwnie się poczuł, gdy uświadomił sobie, jak bardzo jego własny ojciec przypominał teraz dziadka z tamtych lat.

Mają dziś w niebie dziką imprezę! Niebiański koncert rockowy.

Chociaż ten widziany oczami wyobraźni obraz zniknął równie niespodziewanie, jak się pojawił, Eli poczuł się pewniej. Stanął przy drzwiach na taras, odsunął zasuwę i bez wahania wyszedł na chłód. Fale uderzały o brzeg, popychane silnym wiatrem o smaku śniegu. Na końcu zakrzywionego cypla ze sterty skał wyrastała nieskazitelnie biała latarnia morska. Daleko na Atlantyku Eli zauważył odległą plamkę – statek, który sunął przez wzburzone wody.

Dokąd płynął? Co transportował?

Pamiętał, że wiele lat temu razem z Tricią bawił się w tę odmianę gry w inteligencję. Do Armenii z arbuzami na pokładzie, pomyślał i po raz pierwszy od dawna uśmiechnął się do siebie, walcząc z przeszywającym zimnem. Na Bimini z bawołami. Na Celebes z cytrynami. Do Danii z dentystyczną nitką.

Gdy plamka znikła, postał jeszcze chwilę na tarasie, po czym wrócił do środka. Wiedział, że powinien jak najszybciej przynieść rzeczy z auta, rozpakować się i zadomowić.

Może jednak później.

Znów wyszedł na taras, wrócił i krążył po domu, aż zawędrował na drugie piętro, na którym kiedyś, zanim jeszcze się urodził, mieściły się kwatery służby. Teraz była tu graciarnia. Nakryte prześcieradłami meble, kufry i pudła zajmowały większość otwartej przestrzeni, podczas gdy labirynt sypialni pokojówek i kucharek świecił pustkami. Eli, nadal bez konkretnego celu, minął je i przeszedł do dużego szczytowego pokoju o łukowatych oknach z widokiem na ocean. Pomyślał, że prawdopodobnie była to sypialnia ochmistrzyni albo majordomusa. Nadszedł czas, gdy służba przestała być potrzebna, więc drugiego piętra nie odnawiano ani nawet nie ogrzewano. Oszczędna babcia zamknęła je dawno temu. Eli miał nadzieję, że przyszły właściciel domu przywróci piętru dawny blask, odświeży je i zdejmie te wszystkie widmowe szaty z mebli, dzięki czemu powróci tu ciepło i światło.

Teraz jednak nie mogłoby być bardziej puste i nieprzytulne.

Zszedł po schodach, by dalej się błąkać po domu, a wtedy natrafił na kolejne zmiany. Jedną z sypialni na pierwszym piętrze babcia przerobiła na gabinet i salonik w jednym. Domyślił się, że miał to być gabinet, bo zauważył stanowisko komputerowe na wspaniałym starym biurku, fotel do czytania oraz sofę, zapewne przeznaczoną na popołudniową drzemkę. Wisiało tu jeszcze więcej obrazów niż dawniej, na przykład różowe peonie w kobaltowym wazonie i mglisty pejzaż z wydmami. Widok za oknem był niczym bankiet dla wygłodniałej duszy.

Eli wszedł do pokoju, zbliżył się do biurka i oderwał od monitora karteczkę samoprzylepną.

Wiadomość od Hester. Pisz tutaj, i dlaczego nie zacząłeś wcześniej?
Przekazana przez Abrę.

Nie był pewien, co myśleć o tym, że babcia postanowiła wykorzystywać sąsiadkę do przekazywania mu poleceń. Z karteczką w dłoni rozejrzał się po pomieszczeniu, a potem zajrzał do małej łazienki i garderoby, w której obecnie znajdowały się materiały biurowe oraz pościel, koce i poduszki. Najwyraźniej oznaczało to, że sofa jest rozkładana, a babka jak zawsze postąpiła praktycznie. W domu było kilkanaście sypialni, Eli nawet nie pamiętał, ile, ale po co marnować przestrzeń, skoro można ją wszechstronnie wykorzystać?

Pokręcił głową na widok minilodówki z przeszklonym frontem, pełnej butelek z wodą oraz napojem o nazwie Mountain Dew, który, ku swojemu zakłopotaniu, uwielbiał od czasów college’u.

Pisz tutaj.

Pomyślał, że w gabinecie niczego nie brakuje, a perspektywa pisania wydała mu się nieporównanie atrakcyjniejsza niż rozpakowywanie rzeczy.

– No dobrze – mruknął do siebie. – Niech będzie.

Poszedł po torbę z laptopem, a potem odsunął klawiaturę i monitor, żeby zrobić miejsce dla własnego sprzętu i wetknął w niego pendrive’a. A skoro mountain dew już tu było, wyjął butelkę z lodówki.

– No dobrze – powtórzył. – Na czym stanęliśmy?

Otworzył butelkę, duszkiem wypił jej zawartość i pobieżnie przejrzał dokument. Po raz ostatni zerknął na widok za oknem i rzucił się w wir roboty.

Zatracił się w pracy.

Od czasu college’u pisał hobbystycznie – była to jego największa pasja i uwielbiał się tym zajmować. Ogarnęła go duma, gdy opowiadania się sprzedały. Przez ostatnie półtora roku, gdy jego życie zsuwało się po równi pochyłej, utwierdził się w przekonaniu, że pisanie to o niebo lepsza terapia niż pięćdziesięciominutowa sesja z psychoanalitykiem. Mógł uciec do stworzonego przez siebie świata, nad którym przynajmniej do pewnego stopnia panował. Co zdumiewające, czuł się tam bardziej sobą niż w otaczającej go rzeczywistości.

W pewnym sensie pisał o tym, co znał. Specjalizował się w prawniczych dreszczowcach. Początkowo pisał opowiadania, a ostatnio porwał się na powieść, co go jednocześnie przerażało i kusiło. Dała mu ona okazję do zabawy prawem, do wykorzystywania go, czasem nawet do nadużywania, w zależności od bohatera. Mógł tworzyć dylematy, łamigłówki, ryzykowne sytuacje, balansować na cienkiej linie między prawem a sprawiedliwością.

Został prawnikiem, ponieważ interesowały go prawnicze zawiłości oraz interpretacje, a także dlatego, że nie chciał zająć się rodzinnym przedsiębiorstwem, czyli wytwórnią Landon Whiskey, gdzie pracowali już jego ojciec, siostra i szwagier. Pragnął specjalizować się w prawie kryminalnym i zaciekle dążył do tego celu podczas studiów. Jednocześnie odbywał staż u sędziego Reingolda, którego podziwiał i szanował, a potem w kancelarii Brown, Kinsale, Schubert i wspólnicy. Teraz, kiedy prawo go zawiodło, pisał, aby poczuć, że żyje, przypomnieć sobie, iż kiedyś prawda wygrywała z kłamstwem, a sprawiedliwości stawało się zadość.

Gdy skończył, światło się zmieniło, stało się ponure i złagodziło odcienie wody. Ze zdumieniem zauważył, że już jest po trzeciej – pisał nieprzerwanie przez prawie cztery godziny.

– Hester znowu postawiła na swoim – powiedział do siebie.

Zrobił kopię tekstu i zalogował się do poczty pełnej spamu, który od razu usunął. Nie czuł się w obowiązku niczego przeczytać i zabrał się do pisania listu do rodziców, po czym wysłał jeszcze jeden, niemal identyczny, do siostry. Nie napotkał żadnych problemów w drodze, dom wygląda wspaniale, miło wrócić i się zadomowić. Ani słowa o powracających koszmarach, pełzającej depresji ani o gadatliwych sąsiadkach, które smażą omlety.

Potem napisał list do babci.

Piszę, jak kazałaś. Dziękuję, Babciu. Woda przypomina pomarszczoną stal, po której gnają białe konie. Zaraz spadnie śnieg, daje się wyczuć w powietrzu. Dom dobrze wygląda i ma lepszą atmosferę. Zapomniałem, jak wspaniale się tu czułem. Przepraszam. Tylko nie mów, żebym więcej nie przepraszał. Przepraszam, Babciu, że przestałem przyjeżdżać. Jest mi przykro nie tylko ze względu na Ciebie, ale i na siebie.

Może gdybym wcześniej przyjechał do Domu na Skarpie, wyraźniej dostrzegłbym pewne sprawy, akceptował je lub zmieniał. Może nie wszystko ułożyłoby się aż tak źle.

Nigdy się nie dowiem i nie ma sensu gdybać. Jestem za to pewien, że dobrze mi tutaj i zajmę się domem do Twojego powrotu. Teraz pójdę na plażę, potem wrócę i napalę w kominku, żeby było mi przyjemniej, kiedy spadnie śnieg.

Kocham Cię, Eli

PS Poznałem Abrę Walsh. Jest interesująca. Nie pamiętam, czy podziękowałem jej za to, że ocaliła miłość mojego życia. Zrobię to na pewno następnym razem.

Po wysłaniu e-maila przyszło mu do głowy, że nie pamięta, czy podziękował Abrze, pamiętał za to, że na pewno nie zapłacił jej za zakupy. Zapisał to sobie na znalezionej w szufladzie karteczce, którą następnie przylepił do monitora komputera. Ostatnio zbyt łatwo zapominał.

Doszedł do wniosku, że nie ma co dłużej odkładać rozpakowywania rzeczy. Musiał przecież zmienić ubranie, które nosił przez dwa dni z rzędu, nie mógł się znowu zapuścić. Wykorzystał energię, której dostarczyło mi pisanie, włożył płaszcz, przypomniał sobie, że musi wzuć buty, a potem wyszedł po walizy.

Szybko odkrył, że bezsensownie się spakował. Nie był mu tu potrzebny garnitur, a tym bardziej trzy ani też cztery pary eleganckich butów, ani piętnaście (na litość boską!) krawatów. Przyzwyczajenie, pomyślał. Pakował się na autopilocie.

Porozwieszał część ubrań, resztę poukładał w szufladach, rozstawił książki, znalazł ładowarkę do telefonu i w końcu dokopał się do iPoda. Kiedy już część rzeczy trafiła na nowe miejsce, doszedł do wniosku, że dzięki temu czuje się bardziej zadomowiony.

Wsunął do szuflady biurka książeczkę czekową oraz obsesyjnie duży zapas długopisów. Uznał, że pójdzie się przejść, żeby rozprostować nogi i zaczerpnąć świeżego powietrza. To były zdrowe i produktywne działania. Nie chciało mu się wysilać, ale gotów był się zmusić, tak jak sobie obiecał. Zamierzał wychodzić codziennie, chociażby na krótki spacer po plaży. Bez rozpamiętywania, bez pogrążania się w rozpaczy.

Włożył parkę, wsunął klucze do kieszeni, po czym wyszedł z domu, zanim zdążył zmienić zdanie. Zmusił się do przejścia po płytach patia, choć silny wiatr wiał mu prosto w twarz. Piętnaście minut, obiecywał sobie, z opuszczoną głową i przygarbionymi ramionami idąc po schodkach na plażę. To się zalicza jako wyjście z domu. Zejdzie, pomaszeruje przez siedem i pół minuty w jedną stronę, potem wróci. Napali w kominku, usiądzie przed nim i jeśli go najdzie ochota, pogrąży się w niewesołych rozmyślaniach nad szklaneczką whisky.

Piach osypywał się z wydm, tańcząc na wietrze od morza, który szarpał nadmorską trawę jak agresywny osiłek. Białe konie, o których Eli wspomniał babci, stawały dęba i galopowały po wodzie o groźnej, ciemnoszarej barwie. Przy każdym oddechu powietrze drapało go w gardło niczym potłuczone szkło. Zima przyczepiła się do Whiskey Beach jak lodowy zadzior, boleśnie przypominając Elemu, że nie zabrał z domu czapki i rękawiczek.

Targował się sam ze sobą, że jutro wyjdzie na pół godziny albo raz w tygodniu na godzinę. Niby kto powiedział, że musi wychodzić codziennie, kto ustalił te reguły? Było koszmarnie zimno i nawet idiota mógł spojrzeć na zasnute chmurami niebo i od razu zrozumieć, że gładkie, wirujące chmury tylko czekają na okazję do zrzucenia ładunku śniegu. I tylko idiota spacerowałby plażą podczas burzy śnieżnej.

Nie słysząc własnych myśli w ryku wody i wiatru, Eli dotarł do podnóża zasypanych piaskiem schodów. Doszedł do wniosku, że to nie ma żadnego sensu, a gdy już zamierzał zawrócić i wspiąć się, uniósł głowę.

Fale wylewały się ze stalowoszarego świata, by nacierać na brzeg niczym pełne siły i furii tarany. Nieustające okrzyki bojowe towarzyszyły kolejnym atakom i wycofywaniu się morza. Szalejący piasek uderzał o sterczące skały, przegrupowywał się i ponownie ruszał do boju w wojnie, w której żadna ze stron nie mogła liczyć na zwycięstwo. Sine niebo ponad tą bitwą czekało spokojnie, całkiem jakby postanowiło wyliczyć, kiedy przypuścić atak własną bronią.

Eli stał nieruchomo, zafascynowany potęgą i pięknem, a także ogromem niespożytej energii. Potem, nie zważając na szalejące żywioły, ruszył przed siebie. Na całej plaży nie widział żywej duszy, słyszał wyłącznie ryk przenikliwego wiatru i gniewnych fal. W domach nad wydmami wszystkie okna były starannie pozamykane. Nikt nie schodził po schodach na plażę ani nie stał na urwisku klifu, nikt nie spoglądał na morze z mola, gdzie bałwany tłukły bezlitośnie o słupy wspornikowe.

W tym momencie Eli był tu całkiem sam, niczym Robinson Crusoe.

Sam, ale nie samotny.

Uświadomił sobie, że w otoczeniu tak przytłaczającej siły oraz mocy nie ma mowy o samotności. Postanowił, że zapamięta to uczucie i przypomni je sobie, gdy następnym razem będzie próbował się wymigać od wyjścia i szukać wymówek. Kochał plażę, zwłaszcza ten wąski fragment. Uwielbiał chwile przed sztormem, zimą, latem, czy wiosną, bez różnicy. Przepadał także za sezonem wakacyjnym, gdy ludzie nurkowali w falach, rozkładali się na ręcznikach czy też siedzieli na leżakach pod parasolami. Lubił także plażę o wschodzie słońca i panującą tu atmosferę podczas łagodnego letniego zmierzchu.

Dlaczego zatem tak długo sobie tego odmawiał? Nie mógł zrzucić winy na okoliczności ani na Lindsay. Powinien był zjawiać się tu dla babci i dla siebie. Wybierał jednak to, co wydawało mu się łatwiejsze niż tłumaczenie, dlaczego żona nie przyjechała wraz z nim, wygodniejsze niż usprawiedliwianie jej i siebie, mniej irytujące niż kłótnie z Lindsay, która upierała się przy wyjeździe na Przylądek Cod, wyspę Martha’s Vineyard albo przy przedłużonych wakacjach na Lazurowym Wybrzeżu. W ostatecznym rezultacie, pozornie lepsze rozwiązanie wcale takie nie było i w końcu stracił coś niesłychanie istotnego. Wiedział, że jeśli teraz tego nie odzyska, będzie mógł za to winić wyłącznie siebie.

Dlatego pokonał całą drogę aż do mola i przy okazji przypomniał sobie dziewczynę, z którą gorąco flirtował tuż przed rozpoczęciem college’u. Pamiętał także wędkowanie z ojcem, w czym obaj byli beznadziejni. Wrócił myślą do dzieciństwa, wspominał, jak wraz z przelotnymi wakacyjnymi przyjaciółmi kopał w piasku przy odpływie, w poszukiwaniu pirackiego skarbu.

Pomyślał o Posagu Esmeraldy, legendarnym skarbie zagrabionym przez piratów podczas zaciekłej bitwy na morzu i utraconym, gdy piracki statek, „Calypso”, rozbił się na skałach Whiskey Beach niemal u stóp Domu na Skarpie. Przez lata Eli wysłuchał chyba każdej wersji tej wciąż żywej legendy, a jako dziecko poszukiwał skarbu z kolegami. Mieli go odnaleźć i dzięki klejnotom, srebrom i hiszpańskim peso zostać współczesnymi piratami. Podobnie jak inni poszukiwacze, znaleźli jedynie małże, piaskowe kraby i muszelki. Największą radość czerpali z zajadłego kopania w trakcie tych słonecznych wakacji sprzed lat.

Whiskey Beach zawsze była dla niego dobra i świetnie się tutaj czuł. Stojąc tak i patrząc na groźne grzywacze, plujące pianą i drobinami wody, wierzył, że nadal tak jest. Zawędrował dalej, niż zamierzał, i zabawił na plaży dłużej, niż planował. Pomyślał o szklaneczce whisky przy kominku, ale jak o czymś przyjemnym, jak o nagrodzie, a nie ucieczce czy pretekście do ponurych rozmyślań.

Pewnie powinien zrobić coś do jedzenia, bo nawet nie przyszło mu do głowy, żeby zjeść lunch. Uświadomił sobie, że nie miał nic w ustach od śniadania. To oznaczało, że złamał inną złożoną sobie obietnicę, a mianowicie odzyskania utraconej wagi i rozpoczęcia zdrowszego stylu życia.

Postanowił przyrządzić przyzwoitą kolację, pewien, że uda mu się sklecić coś z tego, w co zaopatrzyła kuchnię sąsiadka. Na myśl o niej podniósł wzrok i tuż za wydmą ujrzał Mewę Śmieszkę wraz z sąsiednimi domkami. Letni, wyrazisty błękit willi wyróżniał się na tle pasteli oraz kremowych barw innych budynków. Zapamiętał, że kiedyś dom miał kolor ciepłej szarości, jednak i tak zawsze najbardziej rzucał się w oczy wymyślny kształt konstrukcji o spadzistym dachu, szerokim tarasie na piętrze i szklanej kopule oranżerii.

Eli ujrzał migoczące światła, które rozpraszały półmrok. Postanowił, że pójdzie tam i zapłaci sąsiadce gotówką, dzięki czemu będzie mógł przestać myśleć o całej sprawie, a potem inną drogą wróci do domu i przy okazji przypomni sobie pozostałe budynki oraz ich mieszkańców.

Przyszło mu do głowy, że teraz nareszcie będzie miał coś pogodnego i prawdziwego do napisania. Poszedł na plażę (opis), a w drodze powrotnej wpadł do Abry Walsh. Coś tam, coś tam, nowy kolor Mewy Śmieszki dobrze się prezentuje. Widzisz, zatroskana rodzino? Wcale się nie izoluję. Wychodzę, nawiązuję kontakty. Kontroluję sytuację.

Rozbawiony Eli wszedł na schodki, układając w myślach e-maile do rodziny. Skręcił na gładką kamienną dróżkę, przecinającą niewielki ogródek, pełen krzewów i posążków. Były tu między innymi fantazyjna syrena, podkulona na ogonie, żaba brzdąkająca na bandżo i mała, kamienna ławeczka na nóżkach wyglądających jak skrzydlate wróżki. Eli tak się zdumiał nieznanym mu wyglądem otoczenia oraz jego dopasowaniem do budynku, że nie zauważył ruchu za szybami oranżerii, dopóki nie postawił stopy na progu.

Kilka kobiet na matach do jogi wygięło się mniej lub bardziej zręcznie w odwrócone V, które zidentyfikował jako pozycję „psa z głową w dół”. Większość miała na sobie stroje do jogi, czyli kolorowe topy i wąskie spodnie. Niektóre kobiety włożyły dresy, inne szorty. Wszystkie wysunęły chwiejnie nogę i wyprostowały tułów. W ten sposób jedną nogę miały ugiętą, drugą wyprostowaną, jedną rękę wyciągniętą przed siebie, drugą do tyłu. Nieco zażenowany Eli zaczął się wycofywać, kiedy nagle uświadomił sobie, że grupa naśladuje ruchy Abry. Z włosami związanymi w koński ogon, ćwiczyła przed zebranymi. Ciemnofioletowy top podkreślał jej smukłe, muskularne ręce, a szare spodnie opinały kształtne biodra i długie nogi. Na chwilę zapatrzył się na jej wąskie stopy o paznokciach pomalowanych na ten sam odcień fioletu co top.

Zafascynowany, przyglądał się, jak Abra, a wraz z nią reszta grupy, odchyla się do tyłu z ręką w górze, obraca tułów i unosi głowę. Potem wyprostowała nogę z przodu, pochyliła się i dotknęła dłonią podłogi, a drugą rękę wycelowała w sufit. Ponownie wykręciła tułów i zanim Eli zdołał się ruszyć, obróciła głowę. Jej spojrzenie powędrowało do góry i skrzyżowało się z jego wzrokiem. Uśmiechnęła się, całkiem jakby go oczekiwała, a nie jakby nieświadomie podglądał ćwiczące panie. Cofnął się, przepraszając gestem, ale ona już się prostowała, po czym machnęła ręką do jednej z kobiet i ruszyła ku niemu, omijając maty i ciała. Nie miał pojęcia, co teraz zrobić.

Drzwi frontowe się otworzyły.

– Witaj, Eli. – Abra znowu się uśmiechnęła.

– Przepraszam, nie wiedziałem… A potem już wiedziałem.

– Boże, jak tu zimno! Wchodź.

– Nie, jesteś zajęta. Tylko przechodziłem, a potem…

– Właź, zanim zamarznę na śmierć. – Wystawiła długą, bosą stopę, złapała go za dłoń i mocno pociągnęła. – Masz lodowate ręce. Nie chcę, żeby powietrze z zewnątrz wyziębiło salę.

Nie mając wyboru, przekroczył próg, a ona zamknęła za nim drzwi. Z oranżerii dobiegała muzyka w stylu new age, przypominająca szemranie wody w strumieniu. Eli zauważył, że kobieta zastępująca Abrę powtórzyła poprzednią pozycję.

– Przepraszam, że przeszkadzam – powtórzył.

– Nic się nie stało, Maureen może poprowadzić zajęcia, zresztą prawie kończymy. Może wejdziesz do kuchni? Napijesz się wina?

– Nie, dziękuję. – Eli żałował, że pod wpływem impulsu zaszedł do domku. – Po prostu… Spacerowałem i wstąpiłem do ciebie w drodze powrotnej, bo przypomniało mi się, że nie zapłaciłem ci za zakupy.

– Hester się tym zajęła.

– No tak, mogłem się domyślić. Porozmawiam z nią.

Oprawiony szkic, umieszczony przy drzwiach wejściowych, na chwilę go rozproszył. Rozpoznałby rękę babci nawet bez podpisu H. Hawkin Landon w dolnym rogu. Od razu zorientował się, że przedstawia Abrę – smukła i wyprostowana, stała w pozycji drzewa, z rękami nad głową i uśmiechem na twarzy.

– Hester podarowała mi to w zeszłym roku – wyjaśniła Abra.

– Co?

– Szkic. Namówiłam ją, żeby przyszła na zajęcia rysować. Ten pretekst miał na celu nakłonienie jej do ćwiczeń. Dała mi to w prezencie, jako podziękowanie po tym, gdy zakochała się w jodze.

– Świetny rysunek.

Nie był świadom, że Abra wciąż trzyma go za rękę, dopóki nie zrobiła kroku do tyłu, a tym samym on musiał wykonać krok w przód.

– Ramiona w dół i do tyłu, Leah. Tak jest. Rozluźnij szczękę, Heather. Dobrze. Bardzo dobrze. Wybacz – zwróciła się do Elego.

– Nie, to ja przepraszam, że przeszkadzam. Lepiej wróć do grupy.

– Jesteś pewien, że nie masz ochoty na lampkę wina? A może, biorąc pod uwagę… – zawiesiła głos, po czym dotknęła drugą ręką jego dłoni i ją roztarła. – …na gorące kakao?

– Nie, dziękuję. Naprawdę muszę wracać. – Poczuł niemal bolesny przypływ ciepła w dłoni, co mu przypomniało, że przemarzł na kość. – Jest… Zaraz zacznie padać śnieg.

– Idealny wieczór na lekturę przy kominku. – Abra puściła rękę Elego i otworzyła drzwi. – Do zobaczenia za dwa dni. Zadzwoń albo wpadnij, jeśli będziesz czegoś potrzebował.

– Dzięki.

Wyszedł szybko, żeby mogła zamknąć drzwi i nie tracić ciepła, Abra jednak stała w otwartych drzwiach i patrzyła za nim. Jej serce – jak twierdzili niektórzy, za miękkie i zbyt otwarte – ścisnęło się ze współczucia. Zastanawiała się, kiedy ktoś spoza rodziny przywitał go zziębniętego. Zamknęła drzwi i wróciła do oranżerii, po czym przejęła prowadzenie zajęć od swojej przyjaciółki Maureen.

Po ostatniej relaksacji zobaczyła, że śnieg, o którym wspominał Eli, cicho opada dużymi płatkami na szkło, więc teraz jej przytulna oranżeria przypominała wnętrze wymyślnej kuli śnieżnej. To ją zachwyciło.

– Pamiętajcie, żeby się nawadniać. – Podniosła butelkę z wodą, kiedy kobiety zwijały maty. – I nadal mamy wolne miejsca na jutrzejszych zajęciach Spotkanie Wschodu z Zachodem w podziemiach kościoła unitarian o dziewiątej piętnaście.

– Uwielbiam te zajęcia. – Heather Lockaby przeczesała palcami krótkie blond włosy. – Winnie, mogę cię zgarnąć rano, jeśli chcesz.

– Najpierw zadzwoń. Chętnie poćwiczę.

– A teraz… – Heather zatarła ręce. – To był facet, o którym myślę?

– Słucham? – zapytała Abra.

– Gość, którzy przyszedł w trakcie zajęć. Czy to był Eli Landon?

To nazwisko wywołało falę szeptów. Abra poczuła, jak mimowolnie spina ramiona i diabli biorą korzyści z godzinnych zajęć jogi.

– Tak, to był Eli – potwierdziła.

– A nie mówiłam? – Heather szturchnęła Winnie łokciem. – Doszły mnie słuchy o jego przeprowadzce do Domu na Skarpie. Sprzątasz wtedy, gdy on jest w domu?

– Nie bardzo byłoby co sprzątać, gdyby tam nikt nie mieszkał – zauważyła z przekąsem Abra.

– Nie denerwujesz się? Eli jest oskarżony o zabicie własnej żony i…

– Przecież oczyszczono go z zarzutów.

– Nie zebrano dostatecznie dużo dowodów, aby go aresztować, co nie znaczy, że jest niewinny. Nie powinnaś przebywać z nim sam na sam.

– Prasa lubi i rozdmuchuje skandale, zwłaszcza te z seksem i pieniędzmi w tle, a także te dotyczące amerykańskich rodzin z tradycjami. – Maureen zmarszczyła płomiennorude brwi. – Heather, chyba znasz starą prawniczą zasadę o domniemaniu niewinności?

– Wiem, że wylali go z kancelarii i że specjalizował się w prawie karnym. Trochę to dziwne jak na osobę, która nie zawiniła. Podobno był głównym podejrzanym. Świadkowie słyszeli, jak groził żonie w dniu, w którym zginęła. Dostałaby mnóstwo pieniędzy, gdyby doszło do rozwodu, a poza tym po co przyjechał do tego domu?

– Przecież to był jego dom – zauważyła Abra.

– Tak, ale się wyprowadził. Mówię po prostu, że nie ma dymu…

– Tam, gdzie jest dym, czasami ktoś inny podłożył ogień.

– Jesteś taka naiwna. – Heather objęła ramieniem Abrę. Mówiła szczerze, ale i protekcjonalnie. – Będę się o ciebie martwić.

– Myślę, że Abra dobrze zna się na ludziach i potrafi sama się o siebie zatroszczyć. – Greta Parrish, najstarsza, siedemdziesięciodwuletnia uczestniczka zajęć, włożyła ciepły wełniany płaszcz. – Gdyby Hester Landon choć trochę powątpiewała w niewinność Elego, nie wpuściłaby go do Domu na Skarpie. Zapamiętałam go jako dobrze wychowanego młodego człowieka.

– Darzę panią Landon wyłącznie szacunkiem i sympatią – zaczęła Heather. – Każda z nas modli się i liczy na to, że pani Landon wkrótce wróci do domu, ale…

– Żadnych ale. – Greta nasunęła czapkę na siwe włosy. – Ten chłopiec należy do naszej społeczności. Może i mieszka w Bostonie, ale to Landon i jest jednym z nas. Musi być bardzo zmęczony tą całą historią. Nie chciałabym się dowiedzieć, że ktoś tutejszy dołożył się do jego kłopotów.

– Przecież… nie o to mi chodziło. – Zdenerwowana Heather przenosiła spojrzenie z jednej twarzy na drugą. – Naprawdę nie. Po prostu martwię się o Abrę i nic na to nie poradzę.

– Wierzę ci – Greta skinęła głową – ale wydaje mi się, że nie masz powodów. To były bardzo miłe zajęcia, Abro.

– Dziękuję. Może odwiozę cię do domu? – zaproponowała Abra. – Pada gęsty śnieg.

– Chyba dam sobie radę, To zaledwie trzy minuty drogi – odparła Greta.

Ciepło ubrane kobiety wyszły na zewnątrz, została jedynie Maureen O’Malley, która wyraźnie zwlekała.

– Heather to oślica – oświadczyła.

– Podobnie jak wiele osób, które będą myślały tak jak ona: skoro był podejrzany, to na pewno jest winny. Nie wolno tak rozumować.

– Pewnie, że nie. – Rudowłosa, krótko ostrzyżona Maureen upiła łyk wody z butelki. – Problem w tym, że nie wiem, czy w skrytości ducha nie obarczałabym winą Elego, gdybym go nie znała. Ale znam.

– Nie wiedziałam o tym.

– Z nim pierwszym całowałam się na poważnie.

– Czekaj no. – Abra wycelowała palce wskazujące w Maureen. – Ta opowieść wymaga kieliszka wina.

– Nie dam się dwa razy prosić, tylko wyślę sms do Mike’a, że wrócę za pół godziny.

– Dobrze, a ja naleję wina.

W kuchni Abra zdecydowała się na shiraza, a tymczasem w przytulnym salonie Maureen usadowiła się na sofie.

– Dzieciaki się nie pozabijały i teraz korzystają z uroków burzy śnieżnej – zwróciła się z uśmiechem do Abry, która podała jej kieliszek i zajęła miejsce na sofie. – Dzięki. Powiedzmy, że napiję się dla kurażu przed powrotem do wojny domowej i karmienia armii głodomorów.

– Całowałaś się z Elim?

– Miałam piętnaście lat i chociaż wcześniej dawałam się całować, to był pierwszy prawdziwy pocałunek, z języczkiem, dyszeniem i obejmowaniem. Chłopak ma cudowne usta i bardzo ładne ręce. Przyznam, że on pierwszy dotknął tych cudownych cycuszków – poklepała się po piersiach, po czym wypiła odrobinę wina – lecz nie ostatni.

– Szczegóły, szczegóły!

– Święto Niepodległości, czwartego lipca, po fajerwerkach. W kilka osób rozpaliliśmy ognisko na plaży. Miałam pozwolenie, z trudem wybłagane, ale moje dzieci tak łatwo go nie dostaną, bo wiem, z czym to się wiąże. Sensacja: z Bostonu przyjechał Eli Landon, i to na miesiąc! Od razu wpadł mi w oko, zresztą nie tylko mnie. Był uroczy.

– Uroczy? – powtórzyła Abra.

– Do schrupania… Kręcone włosy, którym z dnia na dzień przybywało jasnych pasemek, cudowne, jasnoniebieskie oczy i uśmiech, który zwalał z nóg. Do tego atletyczna budowa – grał w koszykówkę, o ile dobrze pamiętam. Jeśli nie był na plaży, bez koszuli oczywiście, to siedział w domu kultury i grał w kosza, oczywiście bez koszuli. Pozwolisz, że powtórzę: do schrupania.

– Schudł – mruknęła Abra. 

– Widziałam zdjęcia w gazetach i telewizyjne wiadomości. Fakt, jest za chudy. Tamtego lata był piękny, młody, szczęśliwy i zabawny. Flirtowałam z nim jak szalona, co przyniosło efekty czwartego lipca przy ognisku. Najpierw pocałował mnie, gdy jeszcze siedzieliśmy z innymi. Grzmiała muzyka, część z nas tańczyła, część pływała. W końcu poszliśmy na spacer do molo. – Maureen westchnęła na wspomnienie tamtej nocy. – Wyobraź sobie nabuzowanych hormonami nastolatków w ciepły, letni wieczór. Nie posunęliśmy się dalej, niż wypadało, chociaż mój ojciec miałby inne zdanie. Wcześniej nie przeżyłam niczego, co mogłoby się z tym równać. Teraz to się wydaje słodkie i niewinne, ale wciąż zabawnie romantyczne. Surfowanie, morze, księżyc, muzyka na plaży, rozgrzane, na wpół nagie ciała, które dopiero zaczynały rozumieć, do czego są stworzone. I…

– I? I? – Abra pochyliła się i zaczęła ponaglać Maureen rękami. – Co się stało potem?

– Wróciliśmy do ogniska. Myślę, że pewnie posunęlibyśmy się dalej, gdyby nie odprowadził mnie do grupy. Byłam nieprzygotowana na to, co się dzieje z ciałem, kiedy ktoś wreszcie znajdzie odpowiedni przełącznik. Sama wiesz.

– I owszem.

– Eli to zatrzymał, a na koniec odprowadził mnie do domu. Widziałam go jeszcze kilka razy, zanim wrócił do Bostonu, i znów się całowaliśmy, ale nie przeżyłam tego tak mocno jak poprzednio. Później, kiedy znowu przyjechał, miałam chłopaka, a on też z kimś chodził. Już nigdy nie byliśmy sobie tak bliscy. Chyba nie pamięta tego czwartego lipca z rudą pod molem w Whiskey Beach.

– Nie doceniasz się.

– Może. Jak zdarzyło się nam wpaść na siebie, kiedy przyjechał z wizytą, to sobie pogadaliśmy. Kiedyś spotkałam go w sklepie. Byłam wtedy w zaawansowanej ciąży z Liamem. Eli zaniósł mi torby do auta. To przyzwoity człowiek. Naprawdę w to wierzę.

– Poznałaś jego żonę?

– Nie. Widziałam ją raz czy dwa, ale z daleka. Trzeba przyznać, że piękna kobieta, ale raczej nie z tych, co lubią uciąć sobie pogawędkę na targowisku. Chodzą słuchy, że Hester i jego żona nie przepadały za sobą. Eli zjawił się tu sam, a po ślubie parę razy z rodziną, a potem w ogóle przestał przyjeżdżać. Przynajmniej nic nie wiem o tym, żeby tutaj zaglądał. – Maureen popatrzyła na zegarek. – Muszę wracać do domu, by nakarmić rozszalałą hordę pasibrzuchów.

– A nie powinnaś go odwiedzić? – spytała Abra.

– W tej sytuacji wyglądałoby to na narzucanie się, a nie chciałabym wyjść na wścibską.

– Eli potrzebuje przyjaciół, ale może i masz rację. Niewykluczone, że za wcześnie na wizyty znajomych.

Maureen zaniosła pusty kieliszek do kuchni.

– Znam cię, Abrakadabro. Nie pozwolisz mu tkwić w beznadziei i stronić od ludzi, w każdym razie niezbyt długo. – Włożyła płaszcz. – Ty tak masz, że musisz pomagać, naprawiać, całować tam, gdzie boli. Hester wiedziała, co robi, kiedy poprosiła cię, żebyś zajęła się jej wnukiem i domem.

– Innymi słowy, nie mogę zawieść Hester. – Abra uścisnęła Maureen i otworzyła drzwi z tyłu domu. – Dzięki, że opowiedziałaś mi tę historię. Poznałam innego Elego, nie tego przygnębionego i smutnego.

– Tobie też przydałby się całus czy dwa.

– Poszczę. – Abra uniosła ręce.

– Wiem, ale gdyby nadarzyła się okazja… Eli ma boskie wargi. Do jutra.

Abra stała w progu i patrzyła, jak Maureen brnie przez gęsty śnieg. Zaczekała, aż zgaśnie światło nad tylnymi drzwiami sąsiedniego domu. Wtedy postanowiła napalić w kominku, zjeść zupę i zastanowić się nad Elim Landonem.

3

Eli musiał przyznać, że stracił zapał i nie szło mu tak szybko, jak kiedyś, ale przynajmniej tkwił nad książką przez większość dnia i coś tam tworzył. Gdyby zdołał utrzymać umysł na najwyższych obrotach, pisałby od przebudzenia do zaśnięcia. Pewnie nie byłoby to najzdrowsze, ale za to wydajne.

Śnieg przestał padać dopiero późnym popołudniem. Złożona sobie obietnica, żeby wychodzić z domu co najmniej raz dziennie, musiała poczekać, aż zmaleje półmetrowa i wciąż rosnąca warstwa śniegu.

W pewnym momencie, gdy nie mógł myśleć na tyle precyzyjnie, by pisać z sensem, udał się na wędrówkę po domu. Mijał czyste pokoje gościnne, łazienki w nienagannym stanie, aż nagle, ku swojemu zdumieniu, w dawnym saloniku na górze w północnym skrzydle natknął się na bieżnię, hantle i ogromny, płaski ekran telewizora. Chodził po pomieszczeniu i ze zmarszczonymi brwiami wpatrywał się w schludnie zwinięte na półce maty do jogi, ręczniki i pudełko pełne DVD. Otworzył je i zaczął przeglądać. Power joga – babcia to kupiła? Poważnie? Tai chi, pilates… Wypruj żyły?

Babcia Hester?

Usiłował to sobie wyobrazić. Wierzył, że ma bogatą wyobraźnię, inaczej nie wyżyłby z pisania. Nie zdołał jednak ujrzeć oczyma duszy rozmiłowanej w akwarelach i szkicowaniu ołówkiem babci, jak wyciska sztangę. Eli musiał przyznać, że rozkład i wyposażenie pomieszczenia były przemyślane i świadczyły o odpowiednim przygotowaniu teoretycznym. Może doszła do wniosku, że potrzebuje wygodnego miejsca do ćwiczeń w takie dni jak dzisiaj, kiedy pogoda uniemożliwiała jej odbywanie słynnych, pięciokilometrowych spacerów. A może wynajęła kogoś do wyposażenia tego pokoju? Hester Landon niczego nie robiła bez przyczyny ani na pół gwizdka. Nadal jednak nie potrafił wyobrazić sobie, jak babcia wsuwa DVD do odtwarzacza, a następnie wypruwa sobie żyły.

Od niechcenia przejrzał jeszcze kilka płyt i znalazł samoprzylepną karteczkę.

Eli! Regularne ćwiczenia są dobre dla ciała, ducha i umysłu. A teraz mniej ponurych myśli, więcej potu.
Kocham cię. Babcia
PS Przekazane przez Abrę Walsh.

– Jezu!

Nie wiedział, czy jest rozbawiony, czy zażenowany. Zastanawiał się, ile babcia powiedziała Abrze. Co z odrobiną prywatności?

Wsunął ręce do kieszeni i podszedł do okna z widokiem na plażę.

Morze się uspokoiło, ale wciąż miało szary kolor w odcieniu zanikającego sińca. Fale uderzały o pokrytą śniegiem plażę, powoli, stopniowo podgryzając poszarpaną puchową pierzynę. W oddali wznosiły się jasne pagórki wydm, morska trawa sterczała z nich niczym igły wbite w poduszeczkę. Rośliny drżały na wietrze, poddając się jego woli. Śnieg przykrył schodki na plażę i zalegał grubą warstwą na poręczach. Eli nie zauważył żadnych śladów stóp, a jednak świat na zewnątrz nie był martwy. Obserwował krążące mewy, nasłuchiwał ich przypominającego śmiech skrzeczenia. W pewnej chwili dostrzegł w szarości rozmazany, poruszający się kształt, który nieoczekiwanie zniknął.

Nagle pomyślał o Abrze.

Odwrócił się i bez entuzjazmu popatrzył na bieżnię. Nie lubił maszyn do ćwiczeń, a kiedy chciał się spocić, wolał pograć w koszykówkę.

– Nie ma tu ani piłki, ani kosza, a na zewnątrz jest ponad pół metra śniegu – oznajmił w pustą przestrzeń. – Może powinienem odśnieżyć podjazd. Tylko po co? Nigdzie się nie wybieram.

Uznał, że ostatnie zdanie oddaje stan, w którym tkwi od niemal roku.

– Dobra, ale nie będę ćwiczył żadnej cholernej power jogi – powiedział do siebie. – Kto to wymyślił? Lepiej wejdę na dziesięć minut czy kwadrans na tę piekielną maszynę. Zrobię ze trzy kilometry.

Czasami wychodził pobiegać wzdłuż rzeki Charles, zwykle dwa razy w tygodniu podczas dobrej pogody. Bieżnie w siłowni uważał za ostateczność, ale też spędził tam sporo czasu, więc niewątpliwie mógł sobie poradzić z małą bieżnią babci. Uznał, że poinformuje ją w e-mailu, że znalazł karteczkę i wykonał polecenie, i poprosi, żeby odtąd przekazywała mu sugestie w e-mailach. Nie chciał, żeby wprowadzała kumpelkę od jogi w każdy cholerny szczegół.

Niechętnie podszedł do bieżni, popatrzył na płaski telewizor i postanowił go nie włączać. Przestał oglądać telewizję, bo za często widział własną twarz na ekranie i słyszał uwagi na temat swojej winy lub niewinności. Nie cierpiał zwłaszcza okropnych relacji o swoim życiu osobistym, czasem całkiem wyssanych z palca. Pomyślał, że następnym razem, o ile taki nastąpi, weźmie ze sobą iPoda, teraz jednak chciał jak najszybciej mieć z głowy ćwiczenia. Zacisnął dłonie na uchwytach i odepchnął się stopami od bieżni, żeby się wczuć w rolę. Na wyświetlaczu mignęło imię Hester.

– Hm. – Z zainteresowaniem przyjrzał się ekranikowi. – Całkiem nieźle, babciu.

Według ostatniego wpisu, który, jak sobie uświadomił, pochodził z dnia upadku, przebiegła pięć kilometrów w czterdzieści osiem minut i trzydzieści dwie sekundy.

– Nie najgorzej, ale ze mną nie masz szans.

Zaintrygowany, nastawił drugiego użytkownika i wpisał swoje imię. Zaczął powoli, żeby się rozgrzać, a potem ruszył do ataku.

Czternaście minut i niespełna dwa kilometry później, zlany potem, z obolałymi płucami, poddał się i walcząc o oddech, dotarł do lodówki, gdzie stały butelki z wodą. Duszkiem wypił wodę z jednej z nich, padł plackiem na podłogę i znieruchomiał.

– Jezu Chryste – wychrypiał. – Nie potrafię dotrzymać kroku nawet staruszce. Żenada.

Wpatrywał się w sufit, próbując uspokoić oddech. Z niesmakiem uświadomił sobie, że mięśnie nóg trzęsą mu się ze zmęczenia. W cholernym Harvardzie grywał przecież w koszykówkę! Choć miał tylko metr dziewięćdziesiąt, był szybki, zwinny i wytrzymały. Cholera, był sportowcem, a teraz stał się za chudym i zbyt powolnym słabeuszem.

Chciał odzyskać życie. Nie, niezupełnie tak – nawet przed tym koszmarnym morderstwem jego życie było nieznośnie, głęboko niesatysfakcjonujące. Pragnął odzyskać siebie, ale zupełnie nie wiedział, jak to zrobić.

Co się z nim stało? Nie pamiętał już, jak to jest być szczęśliwym, a przecież kiedyś doświadczał tego uczucia. Miał przyjaciół, zainteresowania, ambicje, cholerną pasję. Teraz nawet nie potrafił się rozzłościć. Zwyczajnie nie chciało mu się wściec na siebie za to, że się poddał i pozwolił sobie tyle odebrać. Wcześniej brał antydepresanty, rozmawiał z psychoanalitykiem i już nie zamierzał do tego wracać. Nie mógł. Nie mógł też leżeć na podłodze, spocony i nieszczęśliwy. Musiał coś zrobić, byle co, cokolwiek.