Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 458

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Dom mgieł - Eric Berg

Przeszłość zawsze Cię dogoni. Czy naprawdę chcesz spotkać swoich dawnych znajomych? Czwórka przyjaciół z młodości na wiele lat traci kontakt ze sobą. Kiedy w końcu odnajdują się dzięki internetowi i mediom społecznościowym, postanawiają spędzić ze sobą weekend na malowniczej wyspie Hiddensee. Podczas spotkania dochodzi jednak do tragedii. Podczas burzliwej, sierpniowej nocy trzy osoby giną od strzału z broni. Dodatkowo jedna z kobiet zostaje ciężko ranna i zapada w śpiączkę. Dwa lata po masakrze sprawę na nowo analizuje dziennikarka Doro Kagel. Czy uda się jej odkryć, co naprawdę wydarzyło się tej przerażającej nocy? „W zasadzie jest to kilka arcyciekawych, wciągających, wzajemnie splatających się historii, z których Berg stworzył pasjonujący kryminał. Treść i nastrój idealnie wpisują się w surowy krajobraz małej wyspy”. SR 3 Sommerkrimis „Książka szarpiąca nerwy, przytłaczająco realistyczna i odkrywająca brutalną prawdę o ludzkich skłonnościach”. Frizz Online

Opinie o ebooku Dom mgieł - Eric Berg

Fragment ebooka Dom mgieł - Eric Berg

Tytuł oryginalu:

DAS NEBELHAUS

Copyright © 2013 by Limes Verlag,

a division of Verlagsgruppe Random House GmbH, München, Germany.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Łukasz Kuć

Korekta: Edyta Malinowska-Klimiuk, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-8110-408-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Ruth von Bendzie, Sandrze Bräutigam, Arminowi Weberowi,Katji Hille, Katarinie Pollner i Petrze Miersch,z którymi od lat dzielę dole i niedolepisarskiego żywota.

Czyż to znaczy, iż mamy czynić zło, aby stąd wynikło dobro?

LIST DO RZYMIAN1

1 Biblia Tysiąclecia, wyd.III popr.

1

Trzy ofiary śmiertelne i osoba pogrążona w śpiączce. Taki był bilans nocnej rzezi na Hiddensee, która dwa lata wcześniej wstrząsnęła tą bałtycką wyspą. Informacja o popełnionej w amoku zbrodni pojawiła się nawet bezpośrednio przed sportem w ogólnokrajowych wiadomościach, a jeden z brukowców – ten, który ukuł określenie „nocna rzeź” – poświęcił jej obszerny materiał otwierający numer. Na pierwszej stronie, pomiędzy grubo ciosanymi literami tytułu, zamieszczono smętne czarno-białe zdjęcia w paszportowym stylu, na drugiej wyrazy konsternacji, głosy ocalonych, krewnych, zszokowanych sąsiadów. Na samym dole zabarwione gniewem pytania: Dlaczego? Kto ponosi winę? Kto zawiódł? Kto dopuścił się zaniedbania? Po pogrzebach ofiar temat ucichł, głównie dlatego, że nigdy nie doszło do procesu. Bo to domniemany sprawca pozostawał w śpiączce, a wraz z nim uśpione było dochodzenie.

W związku z rocznicą tragedii jedna z północnoniemieckich regionalnych gazet planowała opublikować na jej temat dwustronicowy materiał. Szukając odpowiedniego autora, naczelny dziennika postanowił zadzwonić do specjalistki od tego typu artykułów, Doro Kagel. Czyli do mnie.

Moje wprawne palce mknęły po klawiaturze.

Miejscowość Neuendorf na wyspie Hiddensee przed dwoma laty. 2 wrześ­nia 2010 roku dwie kobiety i mężczyzna przybywają do domu numer 37. Yasmin Germinal (35 l.), chwilowo bezrobotna, Leonie Korn (38 l.), przedszkolanka, i Timo Stadtmüller (33 l.), pisarz, przyjeżdżają na zaproszenie architekta Philippa Lothringera (45 l.) i jego żony Genovevy Nachtmann (43 l.). Goście mają spędzić z gospodarzami i ich pięcioletnią córką Clarissą przedłużony weekend, od piątku do poniedziałku. Dom numer 37 prawie codziennie odwiedza też pochodząca z Kambodży gospodyni, p. Nian Nan (67 l.). W wydarzenia, do których doszło w nocy z 5 na 6 września, uwikłani są również jej mąż Viseth i syn Yim…

Westchnęłam i skasowałam tekst. To było moje trzecie podejście do tego artykułu – jeszcze gorsze od poprzednich. Tym razem udało mi się uraczyć czytelnika gmatwaniną dziewięciu nazwisk wymienionych w zaledwie jedenastu linijkach tekstu.

Szukając natchnienia do napisania kolejnego wstępu, siedziałam jak zwykle w sypialni, która była jednocześnie moim gabinetem, i wpatrywałam się w ekran komputera. Nierzadko spędzałam tak jedenaście, dwanaście godzin dziennie. Godzin poświęconych pisaniu tekstów innych niż ten, a jednak za każdym razem jakby takich samych: o śmiertelnych pobiciach w metrze, o gwałtach, zabójstwach honorowych, morderstwach prostytutek, egzekucjach dokonywanych przez rosyjską mafię. Artykułów o tym obłędzie, który każdego dnia niczym ciężka, dusząca maź zalewa sale sądowe w stolicy i na prowincji.

Przestępstwa to moja specjalność. Nie zabiegałam o to, tak po prostu wyszło. Tak przynajmniej głosi jedna z wersji. Według drugiej przyczyniła się do tego śmierć mojego jedenastoletniego brata Benny’ego. Miałam dziewięć lat, gdy mężczyzna w średnim wieku udusił go i wrzucił do leśnej sadzawki. Ciało znaleziono dopiero po czterech dniach, mordercę dwa dni później.

Szczerze mówiąc, nie wiem, która z tych wersji jest prawdziwa. Fakty są takie: parę lat temu napisałam artykuł o młodych mężczyz­nach, którzy w jednym z berlińskich parków organizowali walki swoich psów i przy okazji zawierali nielegalne zakłady. Tekst zachwycił pewną redaktor, i tak się to wszystko zaczęło. Od tamtego momentu coraz częściej otrzymywałam zlecenia dotyczące drastycznych tematów i coraz więcej gazet wysyłało mnie na coraz głośniejsze procesy. Przemoc domowa, podpalenia, uprowadzenia dzieci, wyrodni ojcowie, bezwzględne młodzieżowe gangi… W końcu pewnego dnia wspięłam się na najwyższy szczebel w hierarchii kodeksu karnego i od tej pory piszę o morderstwach. I o mordercach. Z jednej strony powinnam się cieszyć, że coraz więcej gazet i czasopism łączy nazwisko Doro Kagel z określoną tematyką – nawet jeśli wiąże się ona z największą tragedią ludzkości, czyli wpisaną w ludzką naturę żądzą mordu. Z drugiej jednak strony morderstwa to temat pociągający i zarazem odpychający, fascynujący i odrażający, a ja miewam dni, kiedy wolałabym pisać o krajowej wystawie ogrodniczej niż o odmętach ludzkiej duszy.

Wyspa Hiddensee to najspokojniejsze miejsce na świecie. Otoczona ze wszystkich stron morzem (by się tu dostać, trzeba skorzystać z promu), porośnięta wrzosem, smagana wiatrem, który przegania – w każdym razie powinien przeganiać – wszelkie złe myśli. Na północy wyspy znajduje się piękna latarnia morska, a na południu przyrodnicza perełka – zamknięty dla zwiedzających rezerwat ptaków. Ruch turystyczny na Hiddensee jest bardzo umiarkowany. Może dlatego, że na wyspie nie wolno się poruszać samochodami, a jedyne pojazdy o mocy większej niż dwa konie mechaniczne to: autobus, wozy zaopatrzenia i auta służb. Tysiąc trzystu wyspiarzy mieszka w czterech miejscowościach.

Wioska Neuendorf leży na południu, z dala od pozostałych osad. Ulice nie mają tu nazw – są jedynie drogi, ścieżki i numery domów. Budynek znajdujący się pod numerem 37, stosunkowo nowy i oryginalny, bo w całości wykonany z drewna i szkła, zwany jest Domem Mgieł. Mieszkańcy wyspy nazywali go tak jeszcze przed potwornymi wydarzeniami z 5 września 2010 roku.

Dobry początek. Niestety – jedynie początek, a co gorsza, jego napisanie zajęło mi prawie godzinę. Krwawa zbrodnia, od której niebawem miały upłynąć dwa lata, pozostawała dla mnie nieprzenikniona i nie umiałam jej przekuć w temat. Może dlatego, że każde przestępstwo ożywa dopiero za sprawą osoby, która się go dopuściła, a w tym przypadku sprawcy nie było. Nikt nie stanął w kajdankach przed obliczem sądu, prokurator nie miał kogo oskarżać, obrońca ratować, świadkowie obciążać, krewni ofiar przeklinać, a psychologowie oceniać. Nie było żadnego za ani żadnego przeciw, żadnych opinii biegłych, żadnego uzasadnienia i żadnego wyroku. Nie było potwora. Bo sprawca, który nie został pojmany i osadzony, nie kwalifikuje się do tego, by być potworem. Jest niczym widmo, z wolna popadające w zapomnienie. Do materiału potrzebowałam bestii, lecz martwi słabo się sprawdzają w tej roli. Pacjenci pogrążeni w śpiączce – jeszcze gorzej.

To była zagadkowa i mroczna sprawa.

W poszukiwaniu natchnienia przekartkowałam swoje notatki i przejrzałam materiał zgromadzony podczas kwerendy. Przewertowałam ponownie raporty policyjne i komunikaty wydawane przez prokuraturę w Stralsundzie. We wszystkich tych dokumentach okropność zbrodni opisano najbardziej przerażającym językiem świata – językiem urzędników skoncentrowanych na bezdusznej precyzji i tak dalekich od ludzkiego wymiaru sprawy, jak to tylko możliwe. Szukałam wypowiedzi osób, które przeżyły, ale bezskutecznie. Najwyraźniej nie rozmawiały z prasą, prawdopodobnie zniechęcone sensacyjnym tonem użytym w relacji brukowca. Również informacje dotyczące prawdopodobnego przebiegu wydarzeń czy świadków były bardzo oszczędne.

Jednym haustem dopiłam filiżankę wystygłej kawy i odłożyłam teczkę na bok. Od paru dni sprawa nocnej rzezi wędrowała po moim biurku, pełzając po stosie innych spraw do załatwienia: korespondencji, formularzach podatkowych, rachunkach. Ostrożnie omijała talerz z winogronami i śliwkami, których intensywny zapach przypominał o zbliżającym się końcu lata, przemieszczała się z kanapy w salonie, przez stół kuchenny, aż na pustą połowę mojego łóżka i z powrotem na biurko. Biurko, które było stosem wyrzutów sumienia, napomnieniem, że nie dość ciężko pracuję, ponieważ liczba spraw do załatwienia zawsze przewyższała liczbę spraw już załatwionych.

Parę godzin wcześniej po długich poszukiwaniach odnalazłam teczkę za monitorem. Nie byłam w stanie wyjaśnić, jakim cudem się tam znalazła. Brzeg ekranu był obklejony kolorowymi fiszkami – koroną karteczek z zapisanymi terminami spotkań, numerami telefonów, przypomnieniami. Z tyłu zwykle można było znaleźć najwyżej kurz. Wyglądało to tak, jakby ta sprawa próbowała mi się wymknąć. Bezustannie miałam do zrobienia coś ważniejszego, jakieś pilniejsze artykuły, kwerendy. To popołudnie wyglądało podobnie.

Spojrzałam na stos prac przysłanych przez uczestników korespondencyjnego kursu dziennikarstwa – wysoki niczym ułożone na sobie trzy tomy encyklopedii. Zgodziłam się poprowadzić ten kurs, by dorobić do lichych zarobków wolnego strzelca, lecz nie sprawiało mi to specjalnej frajdy. Praca ta pochłaniała czas, którego i tak nie miałam, wymagała koncentracji, do której bardzo trudno mi było się zmusić, i przynosiła akurat tyle pieniędzy, ile co miesiąc musiałam wysłać mojemu studiującemu w Marburgu synowi. Nagrodą za ten trud był uśmiech Jonasa, rozświetlający moje zatopione w cierpieniu i zbrodni biurko.

Zmniejszenie stosu do dwóch trzecich pierwotnej wysokości zajęło mi dwie godziny. W tym czasie zredagowałam i oceniłam artykuły adeptów dziennikarstwa poświęcone tak fascynującym tematom jak: nieuchronny upadek sklepów pasmanteryjnych, opłakany stan kanalizacji w dużych miastach, porównanie piw produkowanych w różnych krajach, gospodarcze znaczenie pracy na czarno czy awans Berlina na liście najbardziej kultowych miast świata. Oprócz tego przez dwie godziny nie zdarzyło się niemal nic – wydłużyły się tylko cienie na moim biurku, sunąc w zwolnionym tempie po zadrukowanych papierach. Kolejne trzy filiżanki kawy zdążyły ostygnąć jedna po drugiej, zanim dotarły do moich ust.

Tuż przed szóstą przypadkowo przewróciłam ostatnią z nich i zimna czarnobrunatna ciecz rozlała się po materiałach dotyczących nocnej rzezi. Kiedy osuszyłam kartki, spostrzegłam, że na każdej z nich pozostało coś w rodzaju sepiowej mapy: wyraźna linia brzegowa u dołu i przypominające wyspy plamy powyżej. Nietknięta pozostała jedynie lista zawierająca numery telefonów – do osób, które przeżyły masakrę, krewnych i partnerów ofiar, mieszkańców Hiddensee, świadków, psychologów, policjantów, pracowników prokuratury i do szpitala, w którym przebywała pacjentka w śpiączce.

Gdy uporałam się z bałaganem, było siedem minut po szóstej i uznałam, że najwyższa pora wziąć się do pracy. Dokładnie za trzy tygodnie mój artykuł miał trafić na biurko redaktora północnoniemieckiego dziennika. Przyniosłam z kuchni kolejny kubek gorącej kawy, przez chwilę pomasowałam sobie kark, sięgnęłam po komórkę i spojrzałam na listę. Zastanawiałam się, od kogo zacząć. Od kogoś, kto ocalał z rzezi? Od kogoś z bliskich ofiar?

W normalnych okolicznościach osoby bezpośrednio związane z przestępstwem spotykałam w gmachu sądu. Tam dziennikarzowi pracuje się łatwiej. Ludzie liczą się z tym, że ktoś może im zadawać trudne pytania, a czasem wręcz cieszą się z tego, że mogą wyrazić swój ból, oskarżyć sprawcę, dać upust swojej odrazie do bestii.

Wybrałam jeden z numerów.

– Viseth Nan. – W słuchawce rozległ się wysoki głos niemłodego już mężczyzny.

– Dzień dobry, panie Nan. Nazywam się Doro Kagel. Piszę artykuł o tym, co wydarzyło się przed dwoma laty na Hiddensee. Będzie w nim również wzmianka o pańskiej żonie. O ile mi wiadomo, pańska żona była gosposią w domu pana Lothringera i pani Nachtmann, czy to się zgadza?

Brak reakcji. Oddech.

– Panie Nan?

Brak reakcji. Oddech.

Naturalnie słyszałam o pomyleńcach, którzy dzwonią na chybił trafił, żeby wystraszyć rozmówcę odgłosem swego oddechu, ale pierwszy raz spotkałam się z takim zachowaniem u kogoś, kto odebrał telefon.

– Rozumiem, że trudno panu rozmawiać o tych okropnych wydarzeniach, bo dotknęły one pana osobiście. Zapewniam jednak, że nie napiszę o pańskiej żonie niczego wbrew pana woli.

Znowu jedynie oddech.

– Czy zgodziłby się pan odpowiedzieć na kilka pytań?

Trzeszczenie na linii. Pan Nan odłożył słuchawkę.

Dziennikarze są jak taksówkarze – nic nie jest w stanie ich zdziwić. Odhaczyłam więc tę dziwaczną rozmowę, która dobiegła końca, zanim się w ogóle zaczęła. Mimo wszystko nie był to zachęcający początek. Zegar wskazywał kwadrans po szóstej, bolały mnie plecy, a sierpniowy upał, który ani myślał zelżeć, zamienił moje mieszkanie w mokry bąbel, sprawiając, że sukienka przykleiła się do mojego ciała niczym druga, sztuczna skóra. Miałam wrażenie, że jestem owinięta folią spożywczą. Muszki owocówki poderwały się z talerza i zaczęły krążyć wokół mojej głowy. Marzyłam o tym, by się rozebrać i wziąć zimny prysznic. Na jednym z balkonów nade mną zebrała się przy grillu grupka imprezujących przyjaciół. Tak powinien wyglądać letni dzień: świeżo umyte, pachnące włosy, chwila przeciągania się nago na łóżku, lekka sukienka, lodowate napoje i mnóstwo śmiechu.

Nie byłam jednak w stanie dopuścić do siebie tego jakże naturalnego pragnienia na dłużej niż sekundę. Biurko miało większą moc niż pokusa. Przyciągało mnie niczym magnes. A raczej jak narkotyk, bo napełniało satysfakcją z odniesionego sukcesu, z pokonanych przeciwności, z dobrze wykonanej pracy. Upajało mnie tempo, w jakim załatwiałam kolejne sprawy. Jeżeli oddalałam się od biurka na zbyt długo, nękało mnie dziwne uczucie bezużyteczności i zagubienia, bo wiedziałam, że pod moją nieobecność na blacie piętrzą się niczym wyrzut sumienia niezałatwione sprawy.

Oczywiście poza pracą istniał też inny świat – zakupy, urodziny, rozmowy telefoniczne z przyjaciółmi, od czasu do czasu spotkania, odwiedziny u krewnych, zaproszenia, wyjścia do kina – potrafiłam się jednak cieszyć tym życiem tylko z rzadka i tylko przez chwilę. Mój kosmos kurczył się z miesiąca na miesiąc, ograniczając się do słów, artykułów, morderców. Do wielkiej, żarłocznej czeluści komputera, która pochłaniała pisane przeze mnie teksty.

Wybrałam inny numer. Może z synem będę miała więcej szczęś­cia niż z wdowcem.

– Nan.

– Dzień dobry. Nazywam się Doro Kagel. Chciałabym rozmawiać z panem Yimem Nanem.

– Przy telefonie. W czym mogę pani pomóc, pani Kagel? – Yim miał czysty, łagodny głos, z którego emanowała taka cierpliwość, jakby pochodził z innego świata. Świata, do którego od paru lat nie miałam już dostępu. Świata harmonii i spokoju. Tembr tego głosu zdawał się pytać: Witaj, skąd przybywasz?

– Piszę artykuł o wydarzeniach na Hiddensee. Wkrótce upłyną dwa lata od tej tragedii i miałabym w związku z tym parę pytań. Jak się pan pewnie domyśla, chodzi o pana matkę. Chcę opowiedzieć czytelnikom, jakim była człowiekiem. Byłabym bardzo wdzięczna, gdyby udzielił mi pan paru informacji. To zajmie tylko chwilę.

– Chwilę? Uważa pani, że to wystarczy?

Zawahałam się. W ciągu sekundy przemknęło mi przed oczami kilka filmów, w których cierpliwi azjatyccy mistrzowie sztuk walki podczas pierwszej lekcji pouczają amerykańskich uczniów o wadze spokoju, koncentracji, pokory i autorefleksji.

– Przepraszam. Po prostu nie chciałam być zbyt natrętna. Czy znalazłby pan dla mnie trochę czasu?

Teraz to Yim zamilkł na moment.

– Będę z panią szczery. Prawda jest taka, że nie chcę odpowiadać na pani pytania. Nie chcę odpowiadać na niczyje pytania.

– Rozumiem. Na pana miejscu czułabym pewnie to samo, ale… no cóż, szczerość za szczerość. Proszę spojrzeć na to tak: niezależnie od pana decyzji w różnych gazetach ukaże się całe mnóstwo artykułów, wśród nich także mój, a ja chciałabym, żeby pan również miał wpływ na to, co się w nich znajdzie. Stąd moja prośba.

Tym razem Yim potrzebował na odpowiedź więcej czasu.

– Zgoda. Ale teraz jestem zajęty.

– Rozumiem. Kiedy mam do pana zadzwonić?

– Wcale.

– Rozumiem – powtórzyłam, choć w rzeczywistości nie rozumiałam. – Podam panu mój numer.

– Wolałbym spotkać się z panią osobiście. Nie mogę rozmawiać przez telefon o rzeczach, o które pani zapewne spyta.

Powinnam się była ucieszyć. Dla dobrego dziennikarza osobiste spotkanie to zawsze lepsza opcja, ponieważ podczas takiej rozmowy łatwiej sprawić, by rozmówca się otworzył. Ja jednak chciałam jak najszybciej skończyć artykuł i zająć się innymi sprawami. Żeby spotkać się osobiście z synem pani Nan, musiałabym wygospodarować więcej czasu, co stanowiło dla mnie spory kłopot.

– Jeśli chce pani ze mną porozmawiać, musiałaby pani przyjechać do Berlina – powiedział Yim.

– Mieszkam w Berlinie.

– Zatem nie ma problemu.

– Nie, nie ma problemu – powiedziałam i obtarłam czoło.– Czy pasuje panu dzisiejszy wieczór?

Yim znowu odczekał chwilę.

– Pasuje. Handjerystrasse 116. Restauracja nazywa się Sok sebai te. Kuchnia kambodżańska. O dwudziestej pierwszej?

– Nie dałoby się wcześniej?

– Niestety nie.

– Dobrze. W takim razie… niech będzie dwudziesta pierwsza.

Odłożyłam słuchawkę i spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze dwie i pół godziny. Uwzględniając szybki prysznic, zmianę ubrania i czas potrzebny na dojazd – półtorej. Przede mną piętrzyło się jeszcze dwadzieścia prac nadesłanych przez uczestników kursu. Sięgnęłam po leżącą na wierzchu teczkę, otworzyłam artykuł zatytułowany Żarówki energooszczędne. Kłamstwo i poprawiłam go, wlewając w siebie kolejną filiżankę zimnej kawy.

2

Dwa lata wcześniej, wrzesień 2010 r.

Pistolet, środki przeciwbólowe, zapałki, lexotanil. Leonie któryś już raz sprawdziła, czy poprzedniego dnia spakowała wszystko do torebki. Nie miała ochoty nigdzie jechać i najchętniej nie ruszałaby się od kuchennego stołu, dlatego aż do ostatniej chwili walczyła z lękiem, celebrując codzienne rytuały.

Kilkakrotnie cmoknęła. Przywołanie okolicznych kotów zajmowało jej czasem nawet godzinę. Na wypadek gdyby się miały pojawić, przygotowała miseczki z kocimi przysmakami. Nadała zwierzakom imiona, bo nie wiedziała, jak naprawdę się wabią. Odróżniała stałych bywalców od tych, którzy pojawiali się sporadycznie, i według tego klucza wydzielała im porcje. Czasami zdarzało się, że nie przychodził żaden kot. Może zależało to od pogody, a może od czegoś innego – Leo­nie nie miała pojęcia, co o tym decydowało.

Tak właśnie zdarzyło się tego ranka, gdy miała wyjechać na Hiddensee. Z hukiem zatrzasnęła drzwi tarasu, pozbierała miseczki i wrzuciła je do zlewu. Puściła na nie strumień ciepłej wody i tak je zostawiła.

Tknięta nagłą myślą, podeszła do torebki.

Pistolet, środki przeciwbólowe, zapałki, lexotanil. Dobrze!

Duża wskazówka zegara zbliżała się do pełnej godziny. Jeszcze dziesięć minut. Stojąc przy kuchennym stole, wypiła ostatni łyk rumianku. Pogrążona w myślach, sięgnęła po komórkę, nacisnęła jedynkę i nagrała Steffenowi wiadomość:

– Szkoda, że nie udało mi się do ciebie dodzwonić, pewnie jeszcze śpisz. Cóż, właśnie wyjeżdżam. Właściwie zupełnie nie mam na to ochoty. Nie wiem, dlaczego przyjęłam to zaproszenie, no ale teraz jest już za późno. We wtorek będę z powrotem. Cieszę się, że się wtedy spotkamy. Będę myśleć o tobie przez cały czas. Możesz w każdej chwili do mnie zadzwonić, okej? Na razie.

Wszystko, co powiedziała, było prawdą. Wszystko oprócz jednego: doskonale wiedziała, dlaczego przyjęła zaproszenie Philippa.

Jej wzrok przez chwilę błądził po wymalowanych na ceracie trus­kawkach, by się wreszcie zatrzymać na zdjęciu. Była to jej jedyna pamiątka z tamtych czasów, z dni spędzonych w towarzystwie Tima, Yasmin i Philippa. Właściwie nie było to zdjęcie, lecz jego strzępy, które znalazła w pudełku po butach i z konieczności złożyła w całość. Brakowało nóg Philippa, ale dla Leonie to nie miało znaczenia. Powiodła palcem po postaci Tima. Jego uśmiech sprawił, że na moment zapomniała o zdenerwowaniu.

Chwilę potem usłyszała dzwonek do drzwi.

– Och, mama. To ty. Spieszę się. Nie mogłaś zadzwonić?

– Dzwoniłam, kochanie, ale nie odbierałaś ani nie oddzwoniłaś. – W ciepłym, drżącym głosie słychać było troskę. Typowy głos sześćdziesięciosześcioletniej siwej matki. – Co się dzieje?

– A czy zawsze musi się coś dziać, kiedy nie oddzwonię? Mam trzydzieści siedem lat i nie jestem już na każde twoje zawołanie. Poza tym mam teraz naprawdę dużo zajęć. A konkretnie: wyjeżdżam.

– Wyjeżdżasz?

– Tak. Na Hiddensee.

– Hiddensee?

– Na cztery dni.

– Cztery dni?

– A ty co? Kakadu? Nie powtarzaj wszystkiego, co mówię.

– Przepraszam, kochanie. Ja tylko…

Starsza pani rozejrzała się po mieszkaniu, jakby w poszukiwaniu wskazówek wyjaśniających zaskakujące zachowanie jej córki. Wszystko jednak było po staremu: pastelowe meble z Ikei, na ścianach kilkanaście martwych natur, na wszystkich drzwiach i na wszystkich kuchennych szafkach ponaklejane żółte kółeczka z uśmiechniętą buźką, które, o dziwo, zawsze wydawały jej się nieco przerażające. Wszystko wyglądało jak zwykle – łącznie z Leonie, która jak zawsze miała na sobie szerokie spodnie i bluzkę z lejącego się materiału. Dobry wybór dla kogoś, kto chce ukryć pulchną figurę.

– Nie zrozum mnie, proszę, źle. Hiddensee we wrześniu jest na pewno cudowna i cieszę się, że robisz sobie krótki urlop, ale… Zadzwoniłam wczoraj do przedszkola i…

– Po co tam dzwoniłaś?

– Bo nie mogłam się z tobą skontaktować. Tak czy siak, powiedziano mi, że doszło do pewnego incydentu i… tydzień temu zostałaś zwolniona.

– To nieprawda. Dalej tam pracuję. To było jedynie nieporozumienie. A teraz wybacz. Wiesz już, że u mnie wszystko w porządku, więc…

– Jedziesz ze Steffenem? Od wieków go nie widziałam. Przyjdźcie razem na obiad albo kolację. Mogłabym…

Leonie delikatnie, acz zdecydowanie odprowadziła matkę do drzwi wejściowych.

– Nie, nie jadę ze Steffenem. Zaprosił mnie Philipp. Będzie też Timo. Zabieram jego i Yasmin z Berlina, a potem jedziemy nad Bałtyk.

– Philipp, Timo, Yasmin? Czy to nie ci, z którymi kiedyś się wygłupiałaś?

– Tak, to oni. Tylko że to nie były wygłupy. Wygłupiają się klauni, my robiliśmy poważne rzeczy.

– I ten Timo też będzie? Myślisz, że to dobry pomysł? Jak by na to nie spojrzeć, byłaś wtedy…

– To było piętnaście lat temu. Teraz od dwóch lat jestem w udanym związku ze Steffenem.

– Leonie, obiecaj mi, że zadzwonisz, jak tylko coś zacznie się dziać. O każdej porze. Obiecaj, że wyjedziesz…

– Obiecuję wszystko, co tylko chcesz, tylko oszczędź mi tego kazania. Do zobaczenia w przyszłym tygodniu. Zadzwonię, jak tylko wrócę.

Pięć minut później, tuż za pierwszym zakrętem, Leonie zatrzymała samochód na skraju drogi i chwyciła torbę leżącą na siedzeniu obok kierowcy.

Pistolet, środki przeciwbólowe, zapałki, lexotanil.

Wszystko zaczęło się od Facebooka, trzy tygodnie przed wyjazdem na Hiddensee. W pewien deszczowy dzień, chcąc sobie poprawić nastrój, Timo postanowił odkurzyć wspomnienia i wpisał do wyszukiwarki kilka niemal już zapomnianych imion i nazwisk. Potem wystarczyło parę sekund, by się dowiedzieć, czym obecnie zajmują się starzy znajomi: Philipp pracował jako architekt, a Leonie jako przedszkolanka. Sam Timo był pisarzem.

Na Philippie fakt, iż Timo go „odnalazł”, wywarł tak niesamowite wrażenie, że po paru dniach i kilku sesjach na czacie zaprosił jego i Leo­nie do swojego domu na Hiddensee. Piętnaście lat wcześniej, w czasach, gdy tworzyli dość specyficzną paczkę, odnalezienie starych znajomych byłoby czasochłonnym i niełatwym przedsięwzięciem, a takie spontaniczne spotkanie byłoby prawie niemożliwe.

Yasmin również należała do paczki, ale nie używała ani Face­booka, ani innych mediów społecznościowych. Philipp i Leonie przebąkiwali w swoich wiadomościach, że mogliby się obejść bez Yasmin, lecz Timo nie dał za wygraną. Uważał, że jeśli mają się poczuć jak za starych dobrych czasów, powinni się spotkać w komplecie. Pytanie, co stało się z Yasmin, nie dawało mu spokoju – czuł się trochę jak człowiek, któremu wyleciało z pamięci czyjeś imię i teraz, choć nie ma to większego znaczenia, za wszelką cenę próbuje je sobie przypomnieć. Wszczął zatem poszukiwania na wielką skalę i uruchomiwszy wszystkie stare kontakty, próbował dowiedzieć się czegoś o Yasmin.

Mimo to w przeddzień planowanego wyjazdu nadal nie miał o niej żadnych informacji. Uważał, że to niesprawiedliwe – jego zdaniem fakt, że Yasmin nie jest aktywna w Internecie, nie powinien oznaczać jej wykluczenia, zwłaszcza że gdyby nie ona, drogi członków ich paczki nigdy by się nie skrzyżowały.

Na szczęście w dniu poprzedzającym wyjazd Timo trafił na istotną wskazówkę. Niewiele myśląc, podążył tym tropem i odnalazł Yasmin na kocu rozłożonym nieopodal centrum handlowego KaDeWe. Koczowała w towarzystwie drzemiących psów oraz kobiet i mężczyzn z kolorowymi włosami, w jej wieku i młodszych. Yasmin szczególnie rzucała się w oczy, bo bez przerwy zabawiała innych rozmową. Zawsze lubiła rozmawiać, przesadnie przy tym gestykulując.

Timo się uśmiechnął. Czuł się tak, jakby po latach odnalazł zaginiony cenny drobiazg. Nim jednak podszedł do Yasmin, przez dwie minuty ukradkiem ją obserwował.

– Odlot! – powiedziała Yasmin, gdy tylko wsiedli z Timem do samochodu Leonie. – Dalej nie wierzę, że siedzę tu z wami. Rozumiecie? Z wami. Do głowy by mi nie przyszło, że jeszcze was kiedykolwiek zobaczę. Szkoda, że nasze drogi się rozeszły. Dlaczego zawsze tak jest? Przyjaciół nigdy za wielu. Filozofowie uważają, że to, czego człowiek potrzebuje, powinno zmieścić się w jednej walizce. To jest ponoć dobre dla duszy. Za to przyjaciół należy mieć jak najwięcej i warto w nich inwestować. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić, prawda? Nie mogę uwierzyć, że nie udało nam się utrzymać ze sobą kontaktu. Tak nie powinno być. Niniejszym przysięgam, że w przyszłości będę zachowywać większą czujność. Ludzie, ja…

Yasmin obtarła z zakłopotaniem łzy, które błysnęły w jej oczach.

– Dziękuję, Timo, spisałeś się na medal. Szukałeś mnie z takim uporem… – Siedząc w fotelu obok kierowcy, Yasmin wychyliła się do tyłu i objęła starego przyjaciela.

Timo był tak poruszony tą nieoczekiwaną pochwałą, że aż się zaczerwienił.

– Uważaj! – wykrzyknęła Leonie. – Nie mam jak zmieniać biegów.

– Przecież i tak cały czas jedziesz na piątce – odparła Yasmin, natychmiast jednak uznała swe słowa za zbyt opryskliwe i pogładziła Leonie po policzku. – Dziękuję, że po nas przyjechałaś. Na pewno jesteś skonana. Ile godzin siedzisz za kółkiem? Siedem? Jesteś bardzo dzielna. Ja nie mam nawet prawa jazdy, prawie się nie ruszam z Berlina. Latem nasza paczka jeździ czasem kolejką podmiejską za miasto, w kierunku Strausbergu. Rozbijamy obóz nad jeziorem w lesie i muzykujemy dla kormoranów.

– Paczka? – spytała Leonie tonem, w którym dało się wyczuć zupełny brak zainteresowania.

– No: Kila, Yogi, Sokrates, Kimmi, Leila, Surinam i Jonny. Jonny to mój przyjaciel. Znaczy, jesteśmy parą, w sensie damsko-męskim. Surinam i Kila grają na fletni Pana, Sokrates na gitarze, Leila i Kimmi śpiewają. Ja mam grzechotkę, na niczym innym nie potrafię grać. Yogi nie gra z nami, ale on za to zna się na reiki. Koniecznie chcę się tego nauczyć. Wszyscy mamy pracę, w pewnym sensie. Żebyście sobie nie pomyśleli, że jestem bezdomna, czy coś takiego. Do południa pracuję w sklepie z artykułami ezoterycznymi, ale popołudniami mam luz. Mogę rozwijać się artystycznie: muzykuję na deptakach, no i, naturalnie, rysuję. Timo poznał się już z resztą paczki.

Timo wrócił myślami do tego pierwszego spotkania. Przed oczami stanęły mu przede wszystkim psy, które wydały mu się jednocześnie szczęśliwe i smutne w tym swoim bezwarunkowym przywiązaniu. Jeśli chodzi o ludzi, to najbardziej wryły mu się w pamięć oryginalne kolczyki – aż trudno mu było uwierzyć, gdzie też je można umieścić.

Niezapomniane wrażenie wywarły na nim również olbrzymie krajobrazy rysowane kredą na chodniku przez Yasmin i Jonny’ego. Rysunki wyglądały niczym połączenie dzieł Caspara Davida Friedricha i eksplodującej paczki landrynek. Obok grupy siedział dobrotliwy, uśmiechnięty, złoty budda o wzroście ogrodowego krasnala i aparycji podchmielonego kloszarda. Służby porządkowe średnio trzy lub cztery razy dziennie przepędzały jego i resztę paczki.

Timo nie codziennie miał do czynienia z obkolczykowanymi dziewczynami i facetami, którzy w wojskowych ciuchach przesiadywali na kocu, przygrywając sobie na fletni Pana, ale, o dziwo, czuł się wśród nich naprawdę dobrze. Ludzie noszący imiona równie oryginalne jak ich fryzury zaprosili go na swój koc, jakby było to coś najnaturalniejszego na świecie, okazując gościnność, do jakiej nie byłby zdolny żaden gospodarz zapraszający nieznajomego do swego mieszkania. Kiedy usłyszeli, że jest pisarzem, zaczęli wiercić mu dziurę w brzuchu, co sprawiło mu wielką przyjemność. Rzadko kiedy miał okazję opowiadać o swoich książkach. Nie sprzedawały się tak, jak by sobie tego życzył, co przyprawiało go o ścisk w żołądku, ale Yasmin i jej przyjaciół nie obchodziły liczby. Przez pół godziny traktowali go z honorami godnymi prawdziwego przedstawiciela bohemy, zupełnie jakby przybył prosto z Montmartre’u. Spotkanie z nimi było niczym szybka terapia przeciw zwątpieniu i remedium na brak wiary w siebie.

Wszelako nie był to jedyny powód, dla którego Timo szybko nawiązał dobre relacje z Yasmin. Jak każdy chyba pisarz, uwielbiał spotykać oryginalnych ludzi, toteż Yasmin z miejsca go zafascynowała, gdyż stanowiła jakby mieszankę trzech różnych kobiet. Miała punkową fryzurę, ubranie dziewczyny z reklamy marlboro i biżuterię niczym cygańska wróżka. Poza tym była szalenie zabawna i tak dziecięco naiwna, że nie skrzywdziłaby muchy. Sama przyznała mu się do tego, że nigdy w życiu nie zabiła nawet komara – z obawy, że to zaszkodziłoby jej karmie i odbiło się na niej w kolejnym wcieleniu.

Nagle Yasmin opuściła szybę i nie zważając na prędkość, wystawiła głowę za okno.

– Ubierzcie się ciepło, mieszkańcy Hiddensee – zawołała, unosząc prawą pięść. – Nadciąga Zielona Zora.

Leonie spojrzała we wsteczne lusterko, próbując nawiązać kontakt wzrokowy z Timem, ten jednak śmiał się z Yasmin i jej szalonych pomysłów. Po chwili Leonie również się uśmiechnęła.

Yasmin miała przepalony, wiecznie zachrypnięty głos soulowej piosenkarki, który co chwilę się łamał.

– Ha, ha. Pamiętacie jeszcze? – wołała. – Zielona Zora. Tak się wtedy nazywaliśmy.

– O ile pamiętam, toty nas wtedy tak nazywałaś – odpowiedziała Leonie.

– Cholera, minęło tyle czasu.

– Nie da się ukryć – potwierdziła Leonie. – Nadal jesteś królową demonstracji?

– Pewnie, jeśli trzeba. Ale życie nie sprowadza się jedynie do demonstrowania przeciwko niesprawiedliwości. Już się nie biję. Zostałam buddystką.

Leonie znowu spojrzała w lusterko, szukając wzroku Tima, on jednak ją zignorował.

Przez chwilę milczeli. Nawet Yasmin, której buzia nie zamykała się od momentu, kiedy ruszyli, ku zaskoczeniu pozostałych przez chwilę się nie odzywała, lecz w końcu przerwała ciszę:

– Trochę mi niedobrze. Zawsze się tak czuję podczas szybkiej jazdy, to rodzaj choroby, jeszcze z dzieciństwa. Mój ojciec miał porsche i… Leonie, czy mogłabyś, proszę, jechać trochę wolniej?

– Musimy zdążyć na prom.

– Tak się składa, że ostatni prom odchodzi dopiero za trzy godziny. Wiem od kumpla.

– Ale przecież nie musimy płynąć ostatnimpromem, prawda? Długo oszczędzałam, ale teraz mam wreszcie samochód szybki jak pocisk.

– Pociski służą do zabijania.

– Wyluzuj.

– Cholera.

– Mam wszystko pod kontrolą.

– Zdaje się, że to były ostatnie słowa Jamesa Deana.

– Czuć od ciebie whisky – powiedział Philipp, stojąc z żoną na kei i czekając na zbliżający się prom.

– A od ciebie tanią wodę po goleniu – odparła Vev, uśmiechając się do męża. – Możemy zrobić zawody, kto gorzej śmierdzi.

Philipp z pewnym trudem odwzajemnił uśmiech. Choć często toczyli ze sobą tego rodzaju słowne potyczki, nie szkodziło to ich relacjom. Co prawda Philipp mógłby się bez nich obejść, ale uznał, że znoszenie od czasu do czasu sarkazmu Vev to cena, jaką warto zapłacić. Jedno spojrzenie na nią wystarczało, by poczuł dumę. Jego żona nawet w starych dżinsach i rozciągniętym swetrze wyglądała szykownie, a co dopiero w małej czarnej. Była ciemnowłosą wersją dojrzałej Brigitte Bardot.

Objął ją delikatnie ramieniem.

– Moja żona super dzisiaj wygląda.

Vev rozejrzała się wokół.

– Serio? Na Boga, gdzież ona jest?

Philipp zaśmiał się i mocniej otoczył ramieniem szczupłe barki Vev.

– Całkiem blisko.

– Idealna żona dla architekta – powiedziała Vev z ironią tak subtelną, że Philipp jej nie wyczuł. Upewniła się, że ich córeczka bawi się w pobliżu.

– Czy pani Nan przygotowała pokoje gościnne? – spytał Philipp.

– Nie jestem pewna.

– Nie sprawdziłaś tego?

– To jest Hiddensee, nie Alcatraz. Jeśli nawet rano tego nie przygotowała, zrobi to, kiedy my usiądziemy przy kawie. Albo sama to zrobię.

– Powiedziałaś jej, żeby wieczorem przyszła coś ugotować?

– Mówiłeś jej o tym siedem razy. Uważasz, że powinnam była przypomnieć jej po raz ósmy?

– Chcę zrobić dobre wrażenie. Kiedy ludzie odwiedzają cię po tak długim czasie…

– …warto pokazać, że stać cię na zatrudnienie kucharki.

– Nie to miałem na myśli.

– Na pewno?

Odwróciła się i kolejny raz sprawdziła, czy z Clarissą wszystko w porządku.

Tymczasem prom rozpoczął trwający kilka minut manewr przybijania do brzegu. Na dziobie stały dwie kobiety i mężczyzna. Machali do nich. Philipp i Vev powściągliwie odwzajemnili powitanie. Dzień był przepiękny, a niebo prawie bezchmurne, lecz dzięki chłodnym powiewom morskiej bryzy słońce nie dawało się zanadto we znaki.

– Kim jest ta kobieta z kolorowymi włosami? – spytała Vev.– Zabawnie wygląda, jakby miała na głowie lunapark. Podoba mi się. Na pewno znajdziemy wspólny język.

Philipp był jakby lekko zakłopotany.

– Prawdę mówiąc, jej nie zapraszałem.

– Jak się nazywa?

– Yasmin. Mogłaby być ładną dziewczyną, ale odkąd pamiętam, nie zwracała uwagi na wygląd i zawsze się jakoś oszpecała: a to kolorowe włosy, a to kolczyki czy kosmiczne ubrania, w których zupełnie jej nie było do twarzy… Ta babeczka przy kości to Leonie. A ten mały chudy to Timo.

– Nie jest aż taki znów mały. Prawdę mówiąc, ta trójka jakoś nie pasuje mi do reszty twoich przyjaciół.

– Właściwie Timo, Yasmin, Leonie i ja nie byliśmy przyjaciółmi.

– I bardzo dobrze. Twoi przyjaciele, których dotąd poznałam, nie bardzo mi przypadli do gustu.

– Nigdy mi tego nie powiedziałaś.

– Po co miałabym narzekać na coś, czego i tak nie zmienię? Twoi przyjaciele są po prostu nudni. Nic na to nie poradzę, ale zdarzają się przecież gorsze rzeczy. Poza tym wszyscy wyglądają jak podstarzali trenerzy tenisa. Może ta trójka okaże się bardziej zabawna. Powiesz wreszcie, skąd się znacie? Niedawno cię o to pytałam, ale mnie zbyłeś.

– Oj, zrobiliśmy razem parę głupich rzeczy.

Vev przez chwilę czekała, po czym sarkastycznie rzuciła:

– Czy jesteś w stanie opisać to jeszcze bardziej ogólnie i lako­nicznie?

Philipp się uśmiechnął.

– Przepraszam, ale to jest takie… Teraz to brzmi idiotycznie, ale wtedy… Na przykład włamaliśmy się do hodowli norek i wypuściliś­my je na wolność.

– Ty się włamałeś do… – Vev parsknęła śmiechem. – Philipp Loth­ringer, wybawiciel norek i postrach żon milionerów. Niepojęte.

– Uwalnialiśmy kurczaki z klatek, wieszaliśmy na kominach fabrycznych transparenty o niszczeniu lasów, wypisywaliśmy na murach fabryk proekologiczne slogany, byliśmy na paru demonstracjach…

Philippowi stanął przed oczyma obraz pochodzący z pozornie obcego świata: proste jak strzała tory niknące w szarości poranka, mgła przesuwająca się ponad nasypem, zimno przenikające przez kurtkę i śpiew tysiąca ptaków broniących swojego terytorium. Philipp siedzi przykuty do torów i wraz z towarzyszami śpiewa jakąś pieśń, spoglądając w kierunku, z którego zaraz ma nadjechać pociąg przewożący śmiertelnie niebezpieczne substancje. Zamiast pociągu pojawia się zając, który po chwili znika w zaroślach spłoszony przez nadchodzący oddział. Sto pałek przeciwko ośmiu spętanym rękom. Yasmin rzuca się jak szalona i wrzeszczy: „Zasrane gliny”. Załatwiła najsolidniejsze łańcuchy, jakie była w stanie znaleźć, i teraz triumfuje, bo nożyce nie dają im rady. Rozlega się syk palnika do metalu, w szarości poranka błyska niewielki błękitny płomień. Policjant ubrany w czarny strój przypominający kombinezon astronauty próbuje rozciąć stalowe kajdany Philippa. Zaledwie zaczyna, Yasmin kopie go w nogę (kwestia, czy zrobiła to celowo czy przypadkowo, będzie później przedmiotem postępowania sądowego, gdy protestujący zostaną oskarżeni o stawianie oporu przedstawicielom władz państwowych). Policjant potyka się i kieruje płomień palnika na nadgarstek Philippa.

Philipp wymacał niewielką, ledwie widoczną bliznę, a na jego twarzy pojawił się grymas, jakby ponownie poczuł palący ból. To nie ból jednak sprawił, że się skrzywił, lecz myśl, która nagle nim zawładnęła: „Zasrana Yasmin”.

– Jak długo się tak zabawialiście? – spytała Vev.

– Trochę ponad dwa lata. Byłem wtedy bliski przerwania studiów. Chciałem się całkowicie poświęcić protestom.

– Protestom? Przeciwko czemu?

– Chyba przeciwko wszystkiemu. Wtedy, w połowie lat dziewięćdziesiątych, miałem poczucie, a właściwie wszyscy je mieliśmy, że cały świat opiera się na wyzysku. Wiesz: ofensywa neoliberałów, degradacja środowiska naturalnego, niesprawiedliwy podział dóbr, bieda i tak dalej. Miałem dwadzieścia siedem lat i chciałem coś zrobić, coś… Sam nie wiem co, cokolwiek… Coś, co uczyniłoby świat lepszym. Yasmin i Timowi chodziło o to samo. Yasmin była z nas wszystkich najbardziej zaangażowana, nie dawała nam spokoju, co rusz rzucała jakiś szalony pomysł. Ja byłem najstarszy i stanowiłem mózg naszych działań. Timo był najmłodszy, ale miał najwięcej odwagi. Jako pierwszy wskakiwał przez okno czy wdrapywał się na kominy. Prawdziwy kozak. A co do Leonie… Nigdy nie rozumiałem, dlaczego trzymała się z nami. Bez słowa uczestniczyła we wszystkich akcjach, ale… Miałem wrażenie, że nie była całkiem szczera w tym, co robiła. Była nieco dziwna.

– Dlaczego wasze drogi się rozeszły?

– Życie. Skończyłem architekturę i zaraz potem dostałem fantastyczną pracę w Rostocku. Timo postanowił wyjechać na semestr za granicę. Nie wiem, co stało się z pozostałymi. Po prostu straciliśmy kontakt. Bez szczególnego powodu.

Zamilkli na chwilę.

– Nadal trudno mi w to uwierzyć – odezwała się w końcu Vev. – Mój mąż rewolucjonistą. To tak jakby papież był byłym członkiem gangu motocyklistów.

Słowa żony z jakiegoś powodu rozdrażniły Philippa. Przez moment spojrzał na siebie oczami Vev. Przywołał w myślach swoje lus­trzane odbicie: spore zakola pożerające kasztanową czuprynę, pokaźny brzuch obrośnięty sadełkiem dobrobytu i wygód oraz lekko nabrzmiałą, mieszczańską twarz, w której próżno by szukać śladów młodości. Co prawda miał teraz tyle wspólnego z tym młodym rewolucjonistą, którym przecież kiedyś był, co z młodzieńczą, niewinną miłością, która ogranicza się do przytulania, ale chciał wierzyć, że udało mu się zachować jakąś cząstkę swojego dawnego „ja”.

Zamierzał odpowiedzieć coś w stylu: „No przecież aż tak bardzo się nie zmieniłem” – bardziej po to, by przekonać o tym siebie samego niż Vev – jednak w tym samym momencie spojrzał na córeczkę.

– Clarissa podeszła bardzo blisko wody – powiedział z niepokojem w głosie.

– Jesteśmy na małej wyspie, więc to dość naturalne, nie sądzisz?

– Ale wciąż niebezpieczne.

– Daj spokój, cały czas mam ją na oku.

– Lepiej ją przyprowadzę. Nie lubię, kiedy się za bardzo oddala.

Chwilę później spuszczono trap i Timo, Leonie i Yasmin zeszli z pokładu.

– Cześć, jestem Vev Nachtmann, żona Philippa. Philipp jest tam, już idzie. Pilnuje, żeby nasza pięcioletnia córka nie utopiła się w dwudziestocentymetrowej toni. – Vev podała rękę Timowi i Leonie, którzy jako pierwsi zeszli z trapu. – Miło was poznać. Philipp opowiadał mi niestworzone historie i muszę się dowiedzieć, czy nie cyganił. Możemy sobie mówić po imieniu?

– Jasne – powiedział Timo. – A przy okazji: Vev brzmi bardzo ładnie. To zdrobnienie?

– Matka dała mi na chrzcie śliczne imię Genoveva. W połogu czytała bajki, resztę zrobiły leki, i tak, abrakadabra, nazywam się Genoveva. Osiągnąwszy wiek dojrzały, czyli dziewięć lat, stwierdziłam, że to okropne imię. Vev pisze się przez dwa „v”, a wymawia się „Wef”.

– Ja uważam, że Genoveva brzmi odlotowo – wtrąciła Yasmin, która jako ostatnia zeszła z pokładu. – Wywodzi się z języków goi­delskich, prawda? Starych języków celtyckich. Przypadek zrządził, że przywiozłam wam w prezencie łańcuszek z celtyckim symbolem. Chociaż nie, to z pewnością nie jest przypadek. Jesteśmy pokrewnymi duszami. Czy mogę mówić do ciebie Genoveva? Jestem Yasmin.

Vev uśmiechnęła się i wyciągnęła dłoń.

– Cześć, Yasmin, wolałabym Vev.

3

Restauracja przy Handjerystrasse była urządzona w stylu kambodżańskim, ale nie przytłaczała nadmiarem lokalnych ozdób. Obszerne pomieszczenie zostało udekorowane jedynie niewielką liczbą lampionów i jadeitowych figurek, lecz mimo to w środku dało się wyczuć azjatycki klimat. Stoliki pooddzielane od siebie misternie rzeźbionymi drewnianymi parawanami, plecione krzesła i fotele wykonano z pędów hiacyntów wodnych, a na podłodze rozłożono miękkie słomiane maty. Uwagę przykuwała wielka fototapeta przedstawiająca dżonkę i prom pasażerski, melancholijnie sunące po wodach Mekongu w leniwie przebijających przez mgłę promieniach popołudniowego słońca.

Po wejściu do lokalu poczułam się jak w indochińskim barze z lat trzydziestych lub czterdziestych ubiegłego wieku – choć, oczywiście, nigdy nie byłam w takim miejscu. Skojarzenie to potęgowały olbrzymi wentylator w stylu kolonialnym, który obracał się pod sufitem, łagodząc sierpniowy skwar, oraz przytłumiona francuska melodia, ledwie słyszalna w tle toczonych przez gości rozmów.

Przy stolikach, pochylone nad kartami dań, siedziały rozbawione pary berlińczyków, czwórka amerykańskich turystów z dredami na głowach, trzech ubranych w garnitury Azjatów i starszy mężczyz­na z krzaczastą brodą, sączący z lubością ryżową wódkę. Była środa, późny wieczór, i był zajęty jedynie co czwarty stolik, lecz mimo to zagadnęłam kelnera.

– Nie jestem pewna, czy mam rezerwację. Na nazwisko Nan?

Kambodżanin, na oko miłośnik dobrej kuchni, lekko się ukłonił i poprowadził mnie przez znajdujące się z boku drzwi do ogródka piwnego. Wszystkie cztery stoliki były w tej chwili wolne, lecz mimo to na każdym z nich migotała świeczka. Tańczące w osłonkach z kolorowego szkła płomyki rzucały skąpe światło na zielone pędy bambusa, kołyszące się przy najmniejszym podmuchu wiatru.

– Czego się pani napije?

– Poproszę wodę, niegazowaną. – Trochę bolała mnie głowa i chciałam zażyć tabletkę. – I bardzo gorącą kawę.

Na stole postawiłam dyktafon i przygotowałam go do nagrywania. Było dwanaście po dziewiątej, ale nie miało dla mnie znaczenia, o której wrócę do domu. Wiedziałam, że tak czy inaczej nie będzie mi łatwo zasnąć. W łóżku zawsze myślałam o tym, co mnie spotkało danego dnia. I co mnie czeka nazajutrz.

– Pani Kagel?

– Pan Nan?

Mężczyzna usiadł naprzeciwko mnie. Miał około czterdziestki, więc był moim rówieśnikiem, i na pierwszy rzut oka nie wyglądał na Azjatę. W każdym razie po kimś pochodzącym z Kambodży spodziewałam się zdecydowanie bardziej dalekowschodnich rysów. Mierzył prawie metr osiemdziesiąt wzrostu, miał nieznacznie ciemniejszą karnację – taką, jaką spotyka się u Włochów czy Hiszpanów – a kształt jego oczu niemal nie odbiegał od kształtu oczu Europejczyka. Mimo to w jego twarzy było jednak coś egzotycznego, co pozwalało się z pewnym trudem domyślić, że ma azjatyckie korzenie. Był ubrany w dżinsy, białą koszulę i luźną czarną marynarkę. Bujne, nieco przygładzone pomadą czarne włosy zaczesał do tyłu. Wbrew temu, co wyobraziłam sobie, słysząc jego głos w słuchawce, w niczym nie przypominał azjatyckiego nauczyciela sztuk walki czy buddyjskiego opata. Prędzej mógł się kojarzyć z egzotycznym kochankiem.

– Piękna restauracja – powiedziałam. – Czuć w niej atmosferę indochińskiego lokalu.

Zawsze byłam zdania, że trudny wywiad warto poprzedzić grzecznościową wymianą zdań. Mieliśmy przed sobą rozmowę o życiu i śmierci, o brutalnej przemocy, o roli przypadku i przeznaczeniu, o koszmarze, który nagle przerwał monotonię spokojnego życia.

Yim najwyraźniej zrozumiał moje intencje i podjął temat.

– W Berlinie są trzy kambodżańskie restauracje, ale najbardziej lubię tę. Chętnie pani pomogę w wyborze potrawy.

– Dziękuję, ale jestem już po kolacji. – Było to kłamstwo, bo przełknęłam jedynie kawałek czerstwej bułki, ale od miesięcy niewiele jadłam. Za dużo stresu, kłopoty finansowe…

Kelner postawił na stole dwa duże kieliszki z napojem w kolorze brzoskwiniowym.

– To chyba pomyłka – powiedziałam. – Zamawiałam kawę.

– Pozwoliłem sobie zamówić dla nas koktajle – powiedział Yim. – Mekong Sunset. Proszę spróbować.

– Przyjechałam samochodem.

– Tylko mały łyczek. Proszę się skusić.

Odmowa mogłaby zirytować mojego rozmówcę, więc z konieczności pociągnęłam odrobinę z kieliszka.

Koktajl był bardzo orzeźwiający – ani zbyt słodki, ani zbyt mocny. Idealne remedium na sierpniowy berliński skwar.

– Bardzo smaczny – powiedziałam i natychmiast skorzystałam z okazji, by przejść do właściwego tematu. – Trudno rozmawiać o nocnej rzezi na Hiddensee, siedząc w pięknym ogródku pośród kolorowych lampionów i sącząc egzotyczny koktajl.

Yim spuścił wzrok. Do tej chwili zachowywał się jak osoba potrafiąca cieszyć się życiem, lecz teraz jego głos się zmienił.

– Czy mógłbym prosić panią o nieużywanie tego sformułowania?

– Przepraszam, to rzeczywiście okropne wyrażenie. Jestem panu bardzo wdzięczna, że zechciał mi pan opowiedzieć o… tym, co się stało. Czy mogę włączyć dyktafon?

Yim ze smutkiem skinął głową. Niemalże czułam, jak serce wali mu w piersi.

Yim Nan mógł liczyć na moją empatię. Podczas rozmów z bliskimi ofiar zawsze miałam przed oczyma moją matkę. Siedziała w promieniach słońca na czarnej skórzanej kanapie obok drzwi wychodzących na taras. Miała na sobie sportowy podkoszulek w kolorze brzoskwini i białe legginsy, typowy zestaw w stylu Jane Fondy z lat osiemdziesiątych, i była oblana potem tak, jakby właśnie wyszła z aerobiku. Nic nie mówiła i nie płakała – jedynie kuliła się na kanapie z dłońmi pomiędzy udami. I tak przez cztery doby, po dwadzieścia godzin dziennie – dopóki nie odnaleziono ciała mojego brata.

Zabójstwo Benny’ego nie miało nic wspólnego ze zbrodnią popełnioną na Hiddensee. Te dwie sprawy w niczym nie były do siebie podobne. W przypadku rzezi na Hiddensee na wiele pytań nie znaleziono odpowiedzi, nie odbył się proces w sądzie, a śledztwo nigdy nie zostało zamknięte, podczas gdy śmierć Benny’ego została wyjaśniona, a sprawca osądzony. Dla mnie jednak, osoby bliskiej ofierze, ta sprawa nigdy nie została zamknięta. Trudno zapomnieć o takiej tragedii.

Otrząsnęłam się z zamyślenia i na nowo skoncentrowałam na moim rozmówcy.

– Dobrze. Może na początek opowie mi pan coś o swojej rodzinie? Kiedy pańscy rodzice przyjechali do Niemiec? Pan urodził się w Niemczech?

– Nie, urodziłem się jeszcze w Kambodży, a konkretnie w Kompong Cham nad Mekongiem. Ale nie mam prawie żadnych wspomnień z okresu przed wyjazdem, pamiętam jedynie kilka rozmazanych obrazów: pola ryżowe, dżunglę, małpy. Urodziłem się w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim roku. Moi rodzice uciekli trzy lata później, najpierw do Wietnamu, a potem do NRD. W tym czasie władzę w Kambodży przejęli Czerwoni Khmerzy. Pol Pot i tak dalej.

– Straszne. Dlaczego pańscy rodzice nie wrócili do ojczyzny po upadku reżimu Czerwonych Khmerów?

– Sytuacja w Kambodży polepszała się bardzo powoli. Gospodarka była zrujnowana, terroryzowana dotąd ludność nie potrafiła wrócić do normalności. Zwolennicy Pol Pota wycofali się, ale nadal jeszcze pociągali za sznurki, więc społeczeństwo nie miało jak się rozliczyć z przeszłoś­cią. Myślę, że rodzice na początku nie wierzyli, że pokój przetrwa, a z biegiem czasu, kiedy się przekonali, było za późno, ponieważ zaczęli już nowe życie tutaj. Ojciec pracował jako ogrodnik, zajmował się pielęgnacją kwiatów.

Uświadomiłam sobie, że człowiek kochający ogrody i kwiaty i mężczyzna, którego ciężki oddech słyszałam tego popołudnia podczas rozmowy telefonicznej, to jedna i ta sama osoba. Trudno było te dwie rzeczy ze sobą pogodzić.

Postanowiłam nie opowiadać Yimowi o tym, co przeżyłam, próbując skontaktować się z jego ojcem.

– Chciałabym, żeby czytelnicy mogli wyobrazić sobie, jaką osobą była pańska matka, jak żyła.

– Uwielbiała gotować. Najbardziej lubiła przyrządzać ryby. Często chodziła na długie spacery po wyspie. Kochała morze, mogłaby na nie patrzeć bez końca. Czasami pisała wiersze.

– Ciekawe. Zna pan jakiś jej wiersz?

– Nie, nigdy mi… to znaczy nam… nie czytała swoich utworów. Jako dziecko kilka razy przyłapałem ją na tym, jak zapisywała je w notesie z białą okładką.

– Gdzie ten notes znajduje się teraz?

– Zapewne w naszym domu na Hiddensee. O ile moja matka go nie zniszczyła. Albo mój ojciec…

– Dlaczego miałby to zrobić?

Yim zorientował się, że powiedział coś, czego nie powinien był mówić.

– Nie wiem. Tak mi przyszło do głowy. Jeśli pani chce, mogę go poszukać. W przyszłym tygodniu jadę na Hiddensee odwiedzić ojca.

– To by mi bardzo pomogło, dziękuję.

Milczałam przez kilka sekund, a następnie przeszłam do najbardziej drażliwej części rozmowy.

– Dlaczego pańska matka zgodziła się pracować u sąsiadów jako gosposia? Kobiecie w jej wieku musiało być ciężko zajmować się ich domem, małym dzieckiem i dodatkowo gotować. Bo gotowała, prawda?

– Jedynie od czasu od czasu. Właściwie tylko wtedy, gdy pojawiali się u nich goście.

– Mimo wszystko to dużo pracy.

– Myślę, że bardzo nużyło ją siedzenie w domu. Czuła się jak w więzieniu.

– Czy potrzebowała pieniędzy?

Yim ponownie się zawahał. Tylko na chwilę, lecz zdołałam to zauważyć.

– Nie, nie sądzę.

– Jaki był jej stosunek do pracodawców?

– Bardzo kochała Clarissę, ich córkę. Zawsze zanosiła jej smakołyki, na przykład specjalnie dla niej piekła słodkie ciasteczka ryżowe. W obecności Clarissy zawsze była uśmiechnięta.

–Tylko wtedy?

– W stosunku do innych, nie licząc mnie i mojego ojca, była grzeczna, ale zdystansowana. Rzadko się odzywała. Nie wyrażała głoś­no zdania na żaden temat. Nie wiem, co sądziła o Vev Nachtmann czy Philippie Lothringerze.

– A co pan o nich sądził? I o gościach, którzy przyjechali do nich na ten tragiczny weekend?

– Nie należy mówić źle o zmarłych.

– Nie wszyscy zginęli. Ale oczywiście rozumiem, że nie chce pan mówić o osobach trzecich. Chciałabym jednak spytać, czy pańska matka zetknęła się bliżej z Leonie Korn. Czy doszło między nimi do jakiejś wymiany zdań, rozmowy?

– Nic mi na ten temat nie wiadomo.

– A czy wie pan może, czy pańska matka miała jakiś bliższy kontakt z Yasmin Germinal lub Timem Stadtmüllerem?

Widać było, że Yim czuje się niekomfortowo. Po kilku sekundach milczenia postanowił zmienić ton.

– Popełniłem błąd, spotykając się z panią.

– Proszę pozwolić mi wyjaśnić, do czego zmierzam. Próbuję opisać w moim artykule nie tylko same zdarzenia, ale również ich genezę. Muszę zatem z jednej strony odtworzyć to, co wydarzyło się w ten weekend, a z drugiej spróbować jak najlepiej zrozumieć konstrukcję psychiczną zaangażowanych w tę tragedię osób.

Yim potrząsnął głową.

– Ktoś wpadł w amok i spowodował śmierć trojga ludzi. To straszne i nie ma na świecie osoby, która ubolewałaby nad tym bardziej niż ja. Ale takie rzeczy zdarzają się nieustannie. W szkołach, w rodzinach, w domach starców, w pracy, wszędzie.

– To prawda, ale mimo wszystko każdy przypadek jest inny.

– Mami pani swoich czytelników, obiecując, że im wyjaśni, jak dochodzi do takich zbrodni, a tak naprawdę nie jest pani w stanie niczego wyjaśnić. Nigdy nie zdoła pani zrozumieć tego, co się zdarzyło, i dobrze pani o tym wie. Wcale też nie ma pani zamiaru niczego wyjaś­niać. W rzeczywistości ta gadka o wyjaśnieniu i współczuciu ma na celu ukrycie pani prawdziwych zamiarów. Już widzę pierwsze słowa artykułu: „Pani Nan uciekła przed siepaczami Pol Pota, by trzydzieści pięć lat później paść ofiarą okrutnej zbrodni popełnionej na wyspie Hiddensee”. Wie pani co? Proszę w rocznicę zapalić świeczkę i postawić przy niej kartonik z napisem „Dlaczego?”. W ten sposób szczerzej wyrazi pani współczucie niż tymi swoimi pseudopsychologicznymi wypocinami.

Nagła zmiana, która zaszła w moim rozmówcy, była dla mnie niczym kubeł zimnej wody. Nagle poczułam, że kompletnie nie mam ochoty pisać tego artykułu, i pożałowałam chwili, w której przyjęłam to zlecenie. Było to o tyle dziwne, że zwykle przeszkody stanowiły dla mnie dodatkową motywację, a tego wieczora reakcja Yima Nana zadziałała na mnie odstraszająco. Tak, istotnie poczułam strach, nie wiedziałam jednak dlaczego. Byłam jak koń, który latami przeskakuje bez wahania nad przeszkodami, a nagle wyłamuje się na widok oksera.

Pakując swoje rzeczy, unikałam spojrzenia Yima, ale kątem oka widziałam, że opuścił zrezygnowany ręce. Czułam, że żałuje swojego wybuchu, i chętnie umożliwiłabym mu wyjście z tej sytuacji z twarzą. Przeważyło jednak we mnie inne uczucie: ulga, że mam dobry pretekst, by przerwać tę rozmowę. Z jednej strony ulga ta wiązała się z samym charakterem tej „sprawy”, która od początku budziła mój opór, ponieważ nie należała do sfery, w której zwykle się obracałam, z drugiej zaś – z sympatią, którą odczuwałam do Yima. Sympatią, która bardziej napawała mnie niepokojem, niż cieszyła.

Podniosłam się spokojnie.

– Przykro mi, panie Nan, nie będę się panu więcej narzucać.

Weszłam do pustej już restauracji i położyłam na barze dziesięcioeurowy banknot.

– Była pani gościem pana Nana – powiedział kelner.

– Nie chcę, by pan Nan za mnie płacił.

– Pan Nan nie będzie za panią płacił. On jest właścicielem tej restauracji.

Siedziałam za kierownicą mojego austina, rocznik ’88, którego nazywałam Ciotką Agathe, a w mojej głowie kołatały się różne myśli. Ciotka Agathe była kochaną, pokrytą rdzawymi plamami staruszką, która więcej chciała, niż mogła, traciła lakier i przy najmniejszym wysiłku wydawała z siebie przerażające jęki, jednak cudem przechodziła przeglądy techniczne, przedłużając w ten sposób swój żywot. Ale ponieważ słabości mojego samochodu, podobnie jak berlińskie ulice, nie miały dla mnie żadnych tajemnic, w drodze do domu mogłam się zatopić w rozmyślaniach o pani Nan i nocnej rzezi.

Tysiące berlińskich świateł przesuwały się za oknem mojego samochodu, lecz ja wyobraziłam sobie tamtą wrześniową burzową noc na Hiddensee. Na niebie nie widać gwiazd ani księżyca, drzewa się uginają, fale z hukiem rozbijają o brzeg, wiatr uderza w twarz niczym twarda poduszka.

Drobna, ubrana na czarno kobieta w całkowitej ciemności stawia niepewne kroki. Dwa w przód, jeden w tył. Znam jej twarz, ponieważ w brukowcu, który opublikował kilkustronicowy materiał o nocnej rzezi, przedrukowano również zdjęcie Nian Nan. Kobieta bardzo się boi, choć sama nie wie, z czego ten strach wynika. Niczego jeszcze nie przeczuwa. Naprzeciw niej wyłania się z ciemności widmowa postać. Pani Nan widzi pistolet, obraca się. Czuje zbliżającą się śmierć. Włącza się instynkt przeżycia, pierwotna siła poruszająca wszystkich jej przodków, od początków dziejów. Strach pcha ją naprzód, na przekór ulewie i wiatrowi. Adrenalina buzuje w jej żyłach, mózg przełącza się w tryb przeżycia. Liczy się tylko następna sekunda, następny krok. Potem drugi, trzeci. Przyspiesza. Przez chwilę wydaje się jej, że zdoła się uratować. Biegnie, nie oglądając się za siebie, przepełniona odwieczną – i odwiecznie płonną – nadzieją, że człowiek jest szybszy od śmierci, że nad jego losem czuwa sam Bóg.

Ta scena walki o życie towarzyszyła mi również we śnie. W niespokojnych majakach widziałam, jak ubrana na czarno kobieta potyka się, uciekając przed swoim mordercą.

Sapie. W oddali widzi już ciepłe światło, biegnie w jego kierunku. Wie, że to Dom Mgieł. Próbuje oszacować odległość. Jeszcze dwadzieś­cia kroków, jeszcze piętnaście, dziesięć, siedem, trzy, dwa… Czuje, że udało jej się ujść z życiem, że Bóg podarował jej jeszcze kilka lat na tym padole. Chwyta klamkę, obraca się – i wie już, że się myliła. Lecz wtedy następuje coś bardzo dziwnego. Strach ją opuszcza i jego miejsce zajmuje stoicki spokój. Już po wszystkim. W ostatnich sekundach życia Nian Nan nie myśli już o niczym, wypełnia ją ta sama pustka, co w pierwszych sekundach po narodzinach.

Obudziłam się w środku nocy. Czerwone cyfry widoczne na wyświetlaczu zegarka informowały, że jest dziewięć minut po czwartej. Początkowo się przestraszyłam, bo wyglądały jak para oczu. Dopiero potem przypomniałam sobie sen o zabitej kobiecie. Sen, który sprawił, że serce biło mi jak oszalałe, tak jakby to mnie ścigał zabójca. Po chwili zapadłam w niespokojny półsen, w którym bez ładu splatały się słowa i zdarzenia minionego wieczora: „pseudopsychologiczne wypociny”, Pol Pot, wiersze w białym notesie, kwiaty pana Nana, pistolet, Mekong Sunset, trzy ofiary śmiertelne, burza, Dom Mgieł, „Nie należy mówić źle o zmarłych”, światła, słodkie ciasteczka ryżowe, uśmiech, ciężki oddech, śpiączka, szwadrony śmierci, strzał, dzwonek telefonu…

Zbudziłam się ponownie – tym razem dlatego, że telefon na moim biurku zadzwonił naprawdę. Była czwarta czterdzieści jeden.

– Halo?

– Bardzo mi przykro. – Rozległ się w słuchawce głos Yima. – Wiem, że jest bardzo późno, albo bardzo wcześnie, jak kto woli, ale czuję, że muszę panią przeprosić, i że to nie może czekać. Zachowałem się w stosunku do pani bardzo niesprawiedliwie, bo, o ile jestem w stanie to ocenić, pisze pani poważne artykuły, a teraz pojąłem również, że nie chce pani jedynie odtworzyć chronologii zdarzeń, ale także zrozumieć, jak doszło do tej tragedii.

– Niesamowite! Jest czwarta czterdzieści dwie, a pan jest w stanie wykrzesać z siebie takie piętrowo złożone zdania?

– Czy to oznacza, że mi pani wybacza?

Uśmiechnęłam się.

– Jako dziennikarce łatwiej mi wybaczyć skomplikowane zdania.

– Pytam poważnie. Wybaczy mi pani?

Nie musiałam się długo zastanawiać.

– Oczywiście. To, co się stało na wyspie, bardzo pana dotknęło. Poczuł pan to na własnej skórze.

– To chyba przesada.

– Bynajmniej. Słyszał pan strzały, znalazł zabitych, pańską matkę…

– No dobrze, ma pani rację. Zapewne można powiedzieć, że poczułem to na własnej skórze.

– Nic dziwnego, że nadal jest pan wstrząśnięty. To miłe, że w ogóle zdobył się pan na odwagę i zgodził się ze mną spotkać i porozmawiać.

– Chętnie zdobędę się na tę odwagę raz jeszcze.

– No nie wiem…

– Co pani powie na mniej formalną rozmowę? Bez dyktafonu, za to nad Mekong Sunset, w mojej restauracji. Jak rozumiem, wie pani już, że jestem właścicielem Sok sebai te.

– Tak, niezły z pana dowcipniś, że ukrył pan przede mną ten fakt. Czy Sok sebai te znaczy może „dowcipniś”?

Roześmiał się.

– Po khmersku to znaczy mniej więcej „Jak leci?”. Tak się witamy. Czy pasowałby pani jutrzejszy wieczór?

– Właściwie nie mam czasu.

– Pojutrze?

– Raczej nie.

Skąd ten opór? Stąd, że moje weekendy bardzo przypominały dni robocze. W weekendy miałam trochę więcej wolnego czasu, ponieważ urzędy pustoszały, a w redakcjach pracowały jedynie osoby pełniące dyżur, ale wykorzystywałam tę odrobinę swobody na załat­wianie korespondencji, regulowanie rachunków, nieliczne prywatne telefony, a od czasu do czasu kilkugodzinne wypady do pizzerii z przyjaciółkami.

To ostatnie zresztą zdarzało się coraz rzadziej. Wszystkie moje przyjaciółki miały około czterdziestu lat i wymagające opieki i absorbujące całą ich uwagę dzieci w wieku od roku do trzech lat. Tematy naszych rozmów oscylowały więc wokół karmienia, chorób dziecięcych, dziecięcych psychologów, dziecięcej odzieży, literatury dla dzieci, mebelków do dziecięcych pokoików, przedszkoli, hoteli dla gości z dziećmi oraz, rzecz jasna, wokół samych dzieci, ich pierwszych słów i innych wyjątkowych dokonań. Rozumiałam to doskonale, bo sama przecież dwadzieścia dwa lata wcześniej byłam świeżo upieczoną matką, niemniej czułam, że nie pasuję do tego klubu zatroskanych rodzicielek.

Podczas gdy moje przyjaciółki rodziły potomstwo, a obowiązki macierzyńskie stawały się treścią ich dni, moje dziecko wyprowadziło się do innego miasta i rozpoczęło życie na własny rachunek, w którym ja z roku na rok odgrywałam coraz mniejszą rolę. Przeszło mi nawet przez myśl, czy nie postarać się o kolejną latorośl, ale ostatecznie zrezygnowałam. Z dwóch powodów: po pierwsze brakowało mi niezbędnego do realizacji tego planu mężczyzny, a po drugie uznałam, że tego rodzaju pokusy to typowy przejaw kryzysu wieku średniego. Koniec końców pogodziłam się z faktem, że spełniłam już najważniejszą w życiu powinność i mam za sobą etap bycia apodyktyczną i nadopiekuńczą matką. Coraz częściej też przedkładałam wieczór w towarzystwie zaludniających moje biurko morderców nad – tylko w założeniu – wesoły wypad z koleżankami na miasto. Gdy byłam zbyt zmęczona, by pracować, włączałam telewizor i specjalnie wybierałam jakiś głupawy, niewymagający intelektualnego wysiłku program. Na szczęście wybór był ogromny, a na niektórych nadawców można było się zdać w tej materii w stu procentach.

Krótko mówiąc: jeśli chodzi o moje życie, to właśnie miałam zamiar wywiesić tabliczkę z napisem „Nie przeszkadzać”.

– Chyba jestem już umówiona – powiedziałam i omiatając spojrzeniem stosy teczek i papierów na moim biurku, po raz kolejny uświadomiłam sobie, że nie cierpię tej pracy, a jednocześnie jest ona dla mnie niczym narkotyk.

– Proszę. Przecież znajdzie pani chwilkę na moje zadośćuczynienie. – Yim nie dawał za wygraną.

– Nie potrzebuję zadośćuczynienia.

– Ale ja potrzebuję.

Upór mojego rozmówcy odebrałam jako pochlebstwo, toteż po paru sekundach odpowiedziałam:

– No dobrze… Ale to będzie po prostu pogawędka, tak? Zatem w poniedziałek, też o dziewiątej?

Ponieważ od poniedziałku dzieliło mnie kilka dni, nieco się uspokoiłam. W ten sposób jeszcze przez chwilę mogłam sobie wmawiać, że spotkanie z Yimem to pieśń przyszłości.

– Zgoda. O dziewiątej. I proszę tym razem nic wcześniej nie jeść.